Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
20.01 - 22.01 - pierwsze dni dwójki
20 styczeń 2003 (36)

   Już o 8 obudził mnie głos lidera, który wywoływał mnie i Marcina. Jak się okazało zespół naszych braci bardzo wcześnie wyruszył do góry i już przed 8smą był pod barierą skalną. Mieli więc ogromne szanse na pokonanie jej i założenie dwójki. Zatem, by nie było dziury w ataku na górę mieliśmy wyruszyć o dzień wcześniej niż planowaliśmy, czyli dzisiaj.
   Podczas śniadania przyszedł Gia. Coś stał mu się w kolano i podczas, gdy pozostała trójka ruszyła z jedynki w górę, on zawrócił do bazy.
   Słońce dzisiaj przebiło się w końcu przez pióropusz, wiatr trochę przycichł. Mimo późnego wymarszu z bazy już w okolicach 15-tej byliśmy w jedynce. Jedynie ostatnie liny trochę dały mi się we znaki, mimo to do jedynki dotarłem ze sporym zapasem sił. I dobrze, bo jutro będzie dużo cięższy odcinek.
   Ugotowaliśmy sobie między innymi boczek z cebulką. Co za rozkosz dla podniebienia. W jedynce znajduje się, w przeciwieństwie do bazy, sporo pysznego jedzenia. Taka jest taktyka lidera, co lepsze smakołyki wypychać do góry. Z wieczornej łączności dowiedzieliśmy się, że Denis z kolegami rozstawili namiot. Jednak miejsce, w którym stoi nie jest zbytnio komfortowe. Poszli tam w dużej mierze na lekko, mieli dziś spory odcinek do zaporęczowania. Spędzają zatem raczej biwak, niż normalny nocleg w obozie. Jutro zapewne od razu zaczną schodzić na dół po tej niewygodnej nocy. Wszystko wskazuje na to, że jutro będziemy musieli znaleźć nowe miejsce, albo sporo się namęczyć przy polepszaniu obecnego. Obyśmy dali radę po męczącym, stromym, lodowym odcinku, jaki oddziela obóz I od II.
   Namiot postawiony w sercu góry zaczyna żyć własnym życiem. Najpierw, w momencie rozstawienia, góra traktuje go jak intruza i usiłuje odrzucić. W miarę upływu czasu namiot i miejsce, w którym stoi stają się jednością i zaczynają żyć wspólnym życiem. W tej pierwszej, niechętnej fazie, leżąc w środku namiotu ma się nieodparte wrażenie, że góra robi wszystko, aby strącić intruzów w czeluść. Wiatr groźnie łomocze w ściany namiotu, śnieg usiłuje go zasypać, zepchnąć swoją białą masą na dół. W drugiej, asymilacyjnej fazie, odgłosy góry są zupełnie inne. Wiatr ślizga się po namiocie często nawet nim nie trzęsąc, śnieg stacza się niegroźnie po ścianach namiotu, chrzęści całkiem swojsko i przyjemnie. Czasem huknie rozwierająca się bardzo powoli szczelina. Słychać żyjącą górę i człowiek znajduje się w środku jej życia. Czasem jednak coś się zmienia w górze, z niewiadomego powodu przestaje być pobłażliwa. Niszczy wtedy małego intruza, miażdży maszty, rwie powłokę i tak zbezczeszczoną całość zrzuca na dół, albo przysypuje grubą warstwą śniegu i lodu.

21 styczeń 2003 (37)

   Wstaliśmy po 4. Ze dwie godziny zajęło nam gotowanie i przygotowywanie do wyjścia. Czekaliśmy, aż trochę się rozwidni. Jakoś dużo ciężej wyrusza się po ciemku. Przyszła mgła, z góry sporo pyłówek, a my lina za liną pięliśmy się do góry. Po kilku godzinach podeszliśmy pod skalną barierę i całkiem sprawnie wbiliśmy się w żleb. Rzeczywiście, tak jak mówił Siekierka, przejście żlebem przez mur skalny dłużyło się niemiłosiernie. Tuż na początku śnieżnolodowego pola, wyprowadzającego do dwójki minęliśmy się ze schodzącą trójką. Wydawało się, że upragniony namiot jest niedaleko, wszak na końcu kilkusetmetrowego pola. Ale dopiero teraz dało nam się we znaki zmęczenie i wysokość. Kilka kroków i długi odpoczynek, kolejne kilka kroków... Myślałem, że nigdy nie dojdę do dwójki, czas zwolnił. Cały czas zasypywały nas pyłówki, a zimny wiatr usiłował zbić z nóg.
   W końcu dotarliśmy. Nasi poprzednicy znaleźli jakąś prowizoryczną platformę. Wczoraj, jak tu docierali byli wymęczeni kawałem dobrej roboty. Bardziej biwakowali niż spali w namiocie. Schodząc w dół położyli namiot i przywalili kamieniami. Wiatr jest naprawdę silny, zacina cały czas śniegiem. Jesteśmy już na ostrzu filara, nic nas nie chroni przed podmuchami, przełęcz Savoya została dawno w dole.
   Stawiamy namiot i wpełzamy do środka. Wiatr ze śniegiem od razu atakuje, mam wrażenie, że jesteśmy intruzami i postanowił nas zdmuchnąć. Wycie i huk wręcz rwanego materiału będą nam towarzyszyć całą noc.
   Jutro naszym zadaniem jest znalezienie jakiejś sensownej platformy pod dwójkę. W okolicy można wypatrzyć sporo wraków namiotów z poprzednich ekspedycji, pomiażdżonych i porwanych. Od razu widać, co góra robi z intruzami.
   Idę spać z nadzieją, że wichura nie porwie nas razem z namiotem, na co ma widoczną ochotę

22 styczeń 2003 (38)

   W nocy wiatr wiał tak, jakby chciał zrzucić nasz biedny namiot do stóp filara. Oprócz tego podmuchy zasypywały nas śniegiem. Brzmiało to tak, jakby ktoś przez całą noc rzucał w namiot z całej siły grubym żwirem. Głowa mnie zaczęła boleć dokładnie z chwilą, kiedy postanowiłem zasnąć. Wysokość upomniała się o swoje prawa, jesteśmy przecież na około 6700... Jak na złość, okazało się, że jeszcze nikt nie wniósł do dwójki apteczki. Ostatnią tabletkę aspiryny postanowiłem zachować na moment desperacji. Nastąpił on w kilka godzin później, kiedy z piekielnym bólem głowy, wsłuchany w wycie wiatru i łopot namiotu desperacko chroniącego się przed porwaniem, usiłowałem nadal usnąć. Zjedliśmy z Marcinem po pół tabletki. Chyba trochę pomogło, bo czasem spałem, budziłem się, spoglądałem na zegarek, nie mogłem wyjść z podziwu jak niewiele czasu upłynęło i znów na moment zasypiałem. W okolicach czwartej nad ranem już tylko czekałem, aż budzik oznajmi 7mą, porę pobudki.
   Wiatr nie uspokoił się ani odrobinę. Dopiero przed dziesiątą wywlekliśmy się z namiotu. Nie dość, że wiało silnie, pyłówki kąsały boleśnie po twarzy, to jeszcze widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów. Już po kilku krokach byliśmy cali zalodzeni. Szukaliśmy wygodnego miejsca pod dwójkę, w zamian za obecne, prowizoryczne. Położyliśmy w tą wichurę 100 metrów lin, wszystkie, które mieliśmy do dyspozycji. Ich koniec wypadł akurat wśród poszarpanych szczątków kilku namiotów. W lecie pewnie było idealne miejsce na obóz, zapewne można było wykopać wygodne platformy w śniegu. Teraz było zalodzone, strome zbocze, w którym nie dałoby się wyciosać nawet najmniejszej platforemki.
   Darek z Maćkiem mieli dzisiaj do nas podejść. Jednak ze względu na wiatr i śnieg cofnęli się do jedynki. Jutro podejmą kolejną próbę. Zatem jeszcze w miarę będzie wygodnie we dwie osoby w obecnym namiocie, w czwórkę byłaby katorga. Dzisiaj raczej małe są szanse na zrobienie wygodnej platformy i przeniesienie namiotu. W końcu znaleźliśmy całkiem sensowne miejsce i zaczęliśmy kopać. Walka z wiatrem, tnącym śniegiem i ukształtowaniem terenu. Najpierw poszło łatwo, bo kopiąc głównie trafialiśmy na śnieg. Potem niestety trafialiśmy także na partie lodowe i robota gwałtownie zwolniła. Do tego wszystkiego ten cholerny wiatr. Daliśmy po prawie trzech godzinach za wygraną. Może jutro, przed zejściem do bazy, starczy nam sił na dokończenie platformy i przeniesienie namiotu, żeby stanęła w końcu wygodna dwójka. Ważny punkt na drodze do szczytu. Po dzisiejszym dniu ledwo wpełzliśmy do namiotu i ugotowaliśmy sobie posiłek. Wysokość i paskudna pogoda wyssały z nas prawie wszystkie siły. Zaś palce u nóg jeszcze po kilku godzinach leżenia mam prawie bez czucia, jakby ktoś wstawił mi zamiast nich kawałki drewna.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.piotrmorawski.com


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2008 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;