|
3 luty 2003 (50) Mroźna noc, znów prawie -30, jedna z takich, jak na początku wyprawy. O godzinie 9-tej słońce wisi już wysoko ponad granią. Momentalnie na namiotach pojawiają się śpiwory i skarpetki. Ciszy i spokoju nie mąci nawet najlżejszy podmuch wiatru. Dzisiaj wszystko powinno wyschnąć. Zmienia się też nastawienie do życia, do wyprawy. Pierwsze od dłuższego czasu, niczym niezmącone promienie słoneczne pompują w ludzi wiarę w sukces i optymizm. Jeśli taka pogoda utrzyma się przez następne, obiecane 3 dni będzie fantastycznie. Po ponurych dniach, w których została zniszczona z takim trudem postawiona dwójka, odszedł Gia i towarzysze, pogoda stawała się nieznośna, w końcu nadeszły wyczekiwane, wytęsknione chwile. Nad dwójką wisi już ponad 500 metrów lin, jest duża szansa na trójkę w najbliższych dniach, wiatr ustał, słońce świeci, a ludzie chcą nadal atakować K2. Które mimo tego, że nie jest spowite mgłą i chmurami, spoczywa jak zwykle w cieniu, a nad nim unosi się wielki, dzisiaj wyjątkowo gęsty i ciemny pióropusz. Jakby ostrzeżenie, że ten piękny kolos, ta wspaniała, wyniosła piramida tak łatwo nie da się pokonać. Pierwszy dzień wyprawy, w który chciałoby się krzyknąć: "co za upał!" Ludzie pościągali kurtki puchowe, rękawice, śmiali się wesoło i włóczyli po okolicy rozchełstani, w niepozawiązywanych butach, robili zdjęcia. Każdy namiot obłożony został rzeczami do suszenia. Baza z żółto-pomarańczowej zrobiła się pstra i różnokolorowa. Niektórzy nawet pokusili się o mycie. Oczywiście cały czas trwała obserwacja ściany. Krzysiek wyszedł sam z dwójki i zaraz po południu osiągnął dolną krawędź śnieżnego pola, na którym ma stanąć trójka. Siekierka musiał zostać ze względu na zepsutego raka, ale już idzie do niego nowa para. Jawień, Bartek i Jurek osiągnęli dwójkę i donieśli ładunki. Jurek zostaje w jedynce i oczekuje na zdążających do góry Darka i Maćka. Pozostała dwójka schodzi na noc do bazy. Poszczęściło się dzisiaj chłopakom, pogoda ułatwiła im pracę i zapewniła przepiękne widoki. Jak to powiedział Denis: "nareszcie wszyscy zaczynają pracować jak jedna maszyna". Atak na górę stał się bardziej zmasowany Z pięknego słońca skorzystała też telewizja. Zrobili wywiad z Denisem, Marcinem i ze mną. Usadowili nas na tle suszących się rzeczy i pytali o to jak nam się pracowało powyżej dwójki, jak znosiliśmy złą pogodę itp. Potem doktor miał swój występ z workiem Gamowa. Wsadził tam Lacchu i na jego przykładzie pokazywał jak się ratuje ludzi ciężko chorych na chorobę wysokościową. Wszyscy się zlecieli i zabawy było co niemiara. 4 luty 2003 (51) Znowu słońce wręcz wygoniło mnie z namiotu. Przyszedł chłodny, delikatny wiatr. Niewiele osób się nim przejęło, pozrzucali kurtki puchowe, pozakładali okulary przeciwsłoneczne i wolnym krokiem przechadzają się po bazie zażywając słonecznych kąpieli. W górze od samego rana praca wre. Lider z Siekierką wyruszyli, by ostatecznie założyć trójkę. Do dwójki zmierzają pozostali szturmujący. Denis od razu się nas zapytał, czy szczyt atakujemy z tlenem, czy bez. Bo jeśli z tlenem, to już przy tym wyjściu trzeba będzie wynieść do góry butle. On sam z założenia atakuje ośmiotysięczniki bez tlenu i na dodatek wręcz na nie wbiega. Gdzieś po 16-tej stanęła trójka. Wstępnie lider ocenił wysokość na 7200 metrów. Poza tym stwierdził, że namiot stoi bardzo solidnie, że obóz ten jest najlepszym z dotychczasowych. W naszej podubożałej już mocno kuchni pojawiło się z tej okazji pudełko ptasiego mleczka. Rarytas. Jutro założyciele nowego obozu schodzą na dół. Do trójki idą zaś Maciek, Darek i Jurek, którzy dzisiaj śpią w dwójce. Do bazy chińskiej dotarł dzisiaj spory, liczący sobie grubo ponad 20 osób chiński trekking organizowany przez Mr. Dżina (także opiekuna naszej wyprawy). Jak dobrze pójdzie jutro pojawi się też kilkuosobowa grupa głównie kanadyjska, pod wodzą Jaquesa Olka, na którą z niecierpliwością czekamy. Oprócz produktów kuchennych, na których brak narzekamy od dłuższego czasu (paliwo, jedzenie) Olek wiezie dla wielu z nas jakieś podarki z kraju, od rodzin i znajomych. Oby uczestnicy tej grupy dotarli do naszej bazy. W ciągu dnia przeszedłem się pod centralną część ściany, żeby poszukać zdmuchniętego z dwójki worka z ubraniami. O dziwo, pod samą ścianą znalazłem pusty worek. Jeszcze rozejrzałem się po okolicy szukając porozrzucanej odzieży. Niestety czas mnie gonił, śnieg począł się robić głęboki, zapadałem się w nim co chwila. Chciałem jeszcze przed zmrokiem znaleźć się w bazie. Może przyjdę tu jeszcze raz, na razie zawróciłem z pustym workiem..
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.piotrmorawski.com
|