Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
11.02 - 12.02 - założenie czwórki
11 luty 2003 (58)

   Około piątej obudziło mnie wilgotne zimno. Kombinezon ciepły i mokry, śpiwór nieprzyjemnie zimny, cały zalodzony. Jakoś doczekałem do 6.30 godziny dzisiejszej pobudki. Wyjrzałem poprzez pokryte już całkiem grubą warstwą lodu wejście śpiwora. Moi towarzysze ruszali się już nieśmiało, jak ja nie mogąc zdecydować się na wyjście z wilgotnej, zalodzonej szmaty do zasypanego grubą, białą warstwą wnętrza namiotu. Znowu codzienny rytuał, rozpalanie maszynek, strącanie szronu prawie przy każdym ruchu, przenikliwe zimno kłujące rozespane ciało. Aż do momentu, gdy maszynki rozgrzeją wnętrze namiotu, szron zniknie, a gorąca herbata rozleje się miłym ciepłem po żołądku.
   Mimo rozgrzewania stóp i botków nad palnikiem, zaraz po wyjściu czuć w palcach u nóg przenikliwe zimno. Nie ustępuje mimo rozpoczętego marszu, walenia palcami w skałę, wymachów nóg. Martwię się podczas całej drogi o odmrożenia. Trzymam się tej jednej myśli, żeby czas szybciej leciał. Nie leci. Czuję jak niektóre palce już zamarzły. Kłucie i ból w stopach staje się nieznośne.
   Wpatrzony w plecy Denisa, staram się za nim nadążyć. W plecaku mam namiot, który trzeba wynieść jak najwyżej i 50 metrów liny. Denis niesie 150 metrów, a po drodze znajduje się kolejne 100. Marcin czeka na razie na Jawienia z kolejnymi linami i jedzeniem. Razem w trójce będzie 200 metrów. Zadaniem Marcina jest wynieść je do góry, może jeszcze uda się je chociaż w części położyć.
   Obiecane słońce skryło się za mgłą i chmurami. Na szczęście wiatr prawie w ogóle się nie odzywa. Plecak ciąży z każdym metrem coraz bardziej. Denis zaczyna kłaść nowe liny. Kiedy stoję na stanowisku zimno wdziera się pod moje ubranie. W butach żywy lód. Z niecierpliwością czekam na moment, w którym Denis skończy wyciąg. Wtedy ruszam do góry, trochę się rozgrzewam. Nie jest mi ciepło, ale przynajmniej przestaję się na moment trząść.
   Idziemy śnieżno-skalnym zboczem. Kilkadziesiąt metrów po lewej, dokładnie na skalnym ostrzu filara, mijamy szczątki obozów kolejnych wypraw, na 7400, potem niecałe 7500. Wychodzimy na skalne plateau, tuż koło kolejnych szczątków. Wskazania GPS to 7560. Po chwili baterie zamarzają i więcej szczegółów już nie sprawdzę. Już wiemy, że Marcin z kolejnymi linami nie dotrze. Zostało nam 50 metrów, nie ma sensu ich na razie kłaść na długim, śnieżnym polu, które rozpościera się przed nami. Lepiej położyć jeden stumetrowy kawałek, aż do samych skał po przeciwnej stronie pola.
   Z ulgą pozbywam się namiotu. Jutro trzeba go będzie przetaszczyć wyżej, a na dodatek znaleźć dobre miejsce, rozłożyć namiot i się w nim przespać. Ale to dopiero jutro. Ostatnie 100 metrów ledwie przeszedłem. Wysokość dawała się porządnie we znaki. Kilka kroków i kilkadziesiąt oddechów w rozpaczliwym poszukiwaniu tlenu. Ale kolejne 250 metrów lin zawisnęło. 250 metrów bliżej do czwórki i bliżej do szczytu! Coś niewiarygodnego, zimowe K2, to wietrzne, lodowe, groźne K2 dopuściło nas ponad 7500 metrów. I to jeszcze kogo... Nowicjusza takiego jak ja. Kogoś zapatrzonego z zachwytem w surowe ściany tej, pięknej, wręcz niedostępnej góry. Jednocześnie żarłocznie pochłaniającego kolejne metry posępnego, północnego filara, bezczeszczącego jej zerwy marzeniami o szczycie... na którym będę mógł zostawić kilka nieistotnych dla świata, a dla mnie bardzo ważnych drobiazgów.
   Zaczęliśmy schodzić. Denis wypatrzył kilkadziesiąt metrów niżej jakiś nieposzarpany depozyt, jak się potem okazało nieużywany namiot. Słońce nagle zaświeciło, zrobiło się cieplej, nawet stopy mi zaczęły odmarzać. Wróciły zabłąkane gdzieś niedawno resztki sił. Postanowiłem zajrzeć do jednego z opuszczonych obozów. Zajęty poszukiwaniami, nie zauważyłem jak minął mnie Denis. On też mnie nie zauważył (zniszczone obozy znajdują się zupełnie nie w linii naszych poręczówek, oprócz ostatniego obozu, przy którym skończyliśmy dzisiejszą pracę) Den dotarł do trójki i z przerażeniem dowiedział się od Marcina, że mimo tego, że byłem wcześniej na poręczówkach, do namiotu nie dotarłem. Łatwo się domyślić, co sobie pomyśleli... Na szczęście już zdążałem do trójki (cdn.) i byłem z niej doskonale widoczny. Zobaczyli moją słaniającą się już ze zmęczenia, obładowaną postać i znikli, zapewne z ulgą w namiocie. Do którego dotarłem w kilkanaście minut później.
   W moje ręce wpadło kilka paczek liofilizatów, cztery butle gazowe, trochę różnego jedzenia, dwie porządne karimaty, mały, lekki plecak, zmarznięty na kość śpiwór. Może uda się go wysuszyć i będzie mi służył z powodzeniem w bazie. Namiot, dokładnie taki sam jak Denisa, zostawiłem uważając go za ciężki.
   W obozie rozpoczął się zwyczajny wieczór. Gotujemy i suszymy, wszystko, co się da wysuszyć. Ze szczególnym uwzględnieniem stóp. Niestety dobrze je czułem w ciągu dnia. W butach znalazłem sporo szronu, a skarpetki w okolicach palców były zamarznięte. Cztery palce okazały się sine, z początkami czarnych plam. Na szczęście bez pęcherzy. Jutrzejsze zejście do bazy sprawiłoby im ulgę, ale pozbawiłoby mnie noclegu w okolicach 7700 i świetnej aklimatyzacji przed następnym wyjściem, może atakiem szczytowym. Musiałbym i tak przespać się potem w okolicach 7700, a potem zejść na dół. Brr, kolejne dni by były do tyłu.
   Postanowiłem zaryzykować i pójść jutro do góry. Długo masowałem stopy i trzymałem je nad palnikiem. Byle ta gęsta krew zaczęła żywiej krążyć w zmarzniętych obszarach. Łyknąłem proszki na poprawienie krążenia i rozszerzenie naczyń krwionośnych. Oby się udało jutro nie odmrozić. Obym nie został zdyskwalifikowany od kolejnego wyjścia.
   Dzielny Jawień wrócił bez przeszkód do bazy. Z kolejnym transportem, również bez przeszkód dotarli do jedynki Maciek i Darek z zamiarem napierania w kolejnych dniach do góry. Skończył się drugi, ostatni z obiecanych dni pogody. Wiatr znów wziął się do roboty i łomocze naszym namiotem. Szykuje się niespokojna noc.

12 luty 2003 (59)

   Siedzieliśmy w namiocie dosyć długo. Marcin ze zmęczoną miną, Denis jak zwykle zdecydowany i pewny tego, co robi. Mnie rozpierała energia i mimo trzeciej nocy spędzonej na ponad 7100 rwałem się do góry. Nie miałem żadnych zniechęconych myśli, że jest zbyt zimno, albo, że jestem zbyt zmęczony. Nawet przez moment nie pomyślałem o zejściu do bazy. Jedynym moim zmartwieniem były palce u nóg. Dbałem o nie, każdego ranka i wieczora rozgrzewałem stopy nad palnikiem, rozgrzewałem i modliłem się, aby ich stan się nie pogorszył.
   W końcu z Denisem zapakowaliśmy po śpiworze, trochę jedzenia, palnik, dwie butle gazowe, po jednej karimacie i ruszyliśmy do góry. Marcin został jeszcze w namiocie. Jakąś godzinę później, kiedy spojrzałem z kolejnej poręczówki na malowniczo położoną trójkę (stoi na sporej platformie, jakby za nią była tylko ogromna przepaść, a jedyna droga do niej wiodła z góry, wzdłuż malowniczego, coraz bardziej swojskiego filara), Marcin zaczynał zjeżdżać. Po chwili zniknął za krawędzią półki.
   Chmury cisnące się znad przełęczy Savoya cały czas przysłaniały słońce. Było zimno w dłonie i stopy. Starałem się iść jak najszybciej, żeby krew szybciej krążyła, by było cieplej. Po drodze zabraliśmy jeszcze 200 metrów lin, które Marcin wczoraj zostawił mniej więcej w połowie drogi do obecnego końca poręczówek. Słońce czasem przebijało się przez chmury, ale na próżno czekałem na odrobinę ciepła z jego strony. Wiatr jak zwykle mroził co pewien czas silnymi podmuchami. Wysokość coraz bardziej dawała mi się we znaki. Nie mogłem już zaspokoić łaknącego tlenu, ciężko pracującego organizmu. Kilka kroków do góry, kilkadziesiąt z początku łapczywych, potem jak najgłębszych oddechów. Kolejne kilka kroków... Odliczałem poręczówki, czwarta, piąta, wbiłem się w szóstą. Już ponad 400 metrów poza mną. Teraz wpatruję się w koniec liny, na której jestem. Przybliżam się do niego, ale coraz wolniej. Jeszcze kilkadziesiąt kroków...
   Denis znacznie mnie wyprzedził, mimo tego, że ma więcej lin ode mnie, cięższy plecak. Jest niesamowity, silny i niezawodny, pracuje jak maszyna. Dochodzi trzecia, a my jeszcze nie osiągnęliśmy końca lin. Mimo wielu wątpliwości, co do tego jak skończy się dzień, ciągłej troski o zamarznięte palce u nóg, mozolnym, powolnym krokom, wydłużającym się odpoczynkom, czuję się niesamowicie. Chłonę każdymi zmysłami siłę, piękno, magię, nieziemskość tej niedostępnej góry. Jestem zmęczony, mięśnie wiotczeją od nadmiaru pracy, płuca rozpaczliwie starają się zaspokoić ciało, ale idę wytrwale w górę. Wiem, że dam radę, jestem szczęśliwy, że pozwolono mi tu być, zmierzyć się z tym zimnym filarem, być tu, gdzie jeszcze żaden człowiek zimą nie postawił stopy.
   Doszedłem do początku ostatniej poręczówki. Denis już szedł do góry, sam kładąc kolejne metry nowej liny. Krok za krokiem doszedłem do żółtopomarańczowych szczątków sporego obozu, końca naszej wczorajszej pracy. Przede mną widniała długa, jaskrawoczerwona lina, którą nazywaliśmy "warzywniakiem". Nie jest ona liną rdzeniową, tylko zwykłym sznurkiem (przez to lżejszą), stąd nadana jej nazwa. Załadowałem leżący w depozycie namiot i zarzuciłem plecak. Ciężki. Kilka kroków wzdłuż czerwonej, niknącej ponad 80 metrów nade mną, pomiędzy skałami liny. Plecak nagle stał się potwornie ciężki. Nie mogłem zrobić więcej niż 3-4 kroki. Potem długa przerwa na złapanie oddechu. Żeby tlen dotarł do wyczerpanych płuc. Nade mną, w skałach zwieńczających śnieżne pole, którym mozolnie pełzłem, kręcił się Denis. Już bez plecaka. Zatem znalazł miejsce na obóz IV i zaczął przygotowywać platformę na namiot. Usiłował coś mi powiedzieć, stał na wystającej skale, krzyczał i wymachiwał rękami. Jak się potem okazało, całą tą scenę oglądano z bazy. Wiedzieli już zatem, że obóz blisko.
   Coraz wolniej, coraz bardziej zmęczony, już co drugi krok przystając, z potwornie ciążącym plecakiem, obolałymi plecami i ramionami, wołając w duchu pomocy, jakiegoś przypływu sił, dotarłem do końca tego 100-metrowego "warzywniaka". Jeszcze kilkanaście metrów, zrzuciłem plecak i stanąłem na małej, wymagającej jeszcze dużo pracy platformie, obok zziajanego Denisa. Właśnie rąbał czekanem resztki starego, zalodzonego namiotu, aby poszerzyć platformę. Przyłączyłem się do pracy. Choć wiatr był niezbyt silny, cały trząsłem się z zimna. Mimo ciągłego ruchu, ciągłej pracy. Było zapewne około -40.
   Zanim ukończyliśmy nasze miejsce pod czwórkę zaczęło się ściemniać. Mróz się zwiększył, my zaczęliśmy pracować coraz bardziej nerwowo. Przy rozkładaniu namiotu okazało się, że niektórych czynności nie da się wykonać w grubych rękawicach (był to jeden z namiotów używanych w bazie, nasze szturmowe zaginęły). Gołe dłonie drętwiały momentalnie na tym mrozie i na tej wysokości. Co chwila trzeba było ogrzewać palce, które drętwiały tak, że ciężko było nimi poruszać, coś chwycić. Na szczęście chwile gołych rąk trwały dość krótko, inaczej nie uniknęlibyśmy odmrożeń. Po dwóch godzinach walki namiot stanął na przyciasnej trochę dla niego platformie. Wpełzliśmy do środka tuż po zmroku. Jeszcze trzęsąc się z zimna położyliśmy karimaty, wydobyliśmy palnik, postawiliśmy na środku namiotu i w końcu spokojnie usiedliśmy.
   Zapałki z niewiadomych przyczyn nie chciały się zapalać. Wybuchały przy pocieraniu błękitnym dymem, żadnej iskry, nadziei na ogień. Coraz bliżej stawała przed nami wizja braku ognia, a co za tym idzie, ciepła, wody i jedzenie. Jedna z zapałek zapłonęła, było to jednak za mało, by rozpalić zamarznięty palnik gazowy. Klęliśmy paskudnie na chińskie zapałki, walczyliśmy, aż wreszcie, kiedy zaczęliśmy już drugie i ostatnie pudełko, maszynka zaskoczyła zaczęła nas trochę ogrzewać bladoniebieskimi płomieniami.
   Następna godzina upłynęła nam prawie w ciszy na rozgrzewaniu zziębniętych stóp i dłoni. Było mi tak zimno, że trząsłem się nieustannie. Jednak zbytnio ten fakt do mnie nie docierał. Czas i zdarzenia jakby przepływały obok mnie, poruszaliśmy się jak w malignie. Oczy Denisa zmętniały, jakby wypił, albo zapalił trawę, zaczęliśmy snuć jakieś dziwaczne opowieści, rzucać anegdotami. Podmuchy wiatru co pewien czas przebijały się przez ściany namiotu. Było naprawdę zimno, maszynka tylko trochę ogrzewała. Kiedy nasze palce stały się mniej podobne do kawałków lodu, w końcu wstawiliśmy trochę lodu na herbatę. Rozgrzałem radio i w eter poszło moje radosne: "pozdrowienia z czwóreczki!" Byliśmy na 7650, założyliśmy obóz IV! Siedzieliśmy w ostatnim obozie, do zaporęczowania zostało ze 250 metrów, aż do wyjścia na podszczytowy lodowiec. Niecały kilometr nad nami spoczywał tak bliski, prawie na wyciągnięcie ręki, przerażająco osiągalny wierzchołek. Aż zaczęliśmy snuć plany kolejnego wspólnego wyjścia, ostatecznego ataku. Wiedziałem, że podczas ostatnich kilku dni, wytężonej pracy powyżej trójki uwieńczonej ustanowieniem obozu IV, jestem jednym z głównych kandydatów do wyjścia na szczyt. Z Denisem świetnie się dogadujemy i chcemy razem jako pierwsi ludzie postawić stopę na wierzchołku tej niesamowitej góry.
   Tak snując plany, dowcipkując, przysypiając, gotując, rozgrzewając stopy i dłonie, trzęsąc się co pewien czas z zimna przetrwaliśmy kilka godzin.
   Potem nadszedł czas spoczynku. Wpełznięcia do zalodzonych śpiworów. Denis ułożył się pierwszy i prawie natychmiast zasnął. Siedziałem jeszcze z godzinę rozgrzewając palce u nóg, susząc botki na jutrzejszy dzień. Nadal tylko 4 palce były sine. Bez widocznych zmian od kilku dni. Spędzaliśmy już czwartą noc powyżej 7000, organizmy powinny być już wymęczone. Skończyłem się grzać, wsunąłem w śpiwór i dygocąc zasnąłem ..

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.piotrmorawski.com


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2008 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;