|
27 luty 2003 (74) Noc cieplejsza niż ostatnio, minimalna temperatura wahała się w granicach -15. Czuć nadchodzącą według prognoz "wet weather", tak dobrze nam już znaną. Mgła ogarnęła bazę, dosyć częste szkwały zasypują nas drobnym śniegiem. Podczas śniadania wszyscy czekają na decyzję lidera. Czy będzie ogłoszony koniec wyprawy, czy jednak zdecydują się z Denisem na jeszcze jeden atak? Ludzie są poodmrażani, potwornie wymęczeni długim pobytem w skrajnie trudnych warunkach. Mija przecież 61 dzień od momentu postawienia w bazie pierwszego namiotu. Cały dzień lider pozostawia nas w niepewności. Wiatr przybiera na sile śniegu coraz więcej. Wczesnym popołudniem przychodzi Marcin i reszta ekipy wczoraj go ratującej. Marcin jest w dobrej formie i trudno, aż uwierzyć, że to ten sam człowiek, którego Denis ledwo co wyrwał z czwórki. Ogór i Jurek dostali polecenie zniesienia z obozu I wszystkiego, co wartościowe. Wszystko wskazuje na to, że wyprawa dobiegła końca. Nasi kucharze przygotowali dzisiaj bardzo obfitą i urozmaiconą kolację. Nie liczyli się z niewielką ilością zapasów, które jeszcze nam zostały. Jedliśmy w skupieniu, praktycznie w ciszy, można by rzec, że uroczyście. Potem Krzysiek zaczął przemowę. W krótkich, zwięzłych słowach podziękował wszystkim za wkład i wysiłek włożony w wyprawę. Stwierdził, że strasznie się cieszy, że wszyscy wrócimy do domu, że jest to niewątpliwy sukces. A góra? Cóż, będzie musiała jeszcze trochę poczekać. Nie ucieknie. A on, lider, snuje plany kolejnych wypraw, w tym ponownej próby ujarzmienia tego wymagającego, groźnego olbrzyma. Potem wyciągnął butelkę whisky i puścił wokoło stołu. Każdy brał łyka z nakrętki, wznosił toast, dziękował, składał życzenia. Tak się złożyło, że dzisiaj Roman miał urodziny, także córka lidera, a ponadto jest tłusty czwartek. Ledwo Lacchu i Birbal pozbierali naczynia po kolacji, Monika przyniosła talerz pełen słodyczy oraz, co wszystkich bardzo ucieszyło, pudełko ptasiego mleczka. W ten oto sposób oficjalnie wyprawa dobiegła końca. Jeszcze zostało przed nami pracochłonne zwijanie baz i długi powrót do domu. Żal tylko tak ogromnej pracy włożonej w zdobycie K2, która poszła na marne. Zostawiamy za sobą prawie 4 kilometry poręczówek i 4 świetnie zaopatrzone obozy. Wszystko przygotowane do ostatecznego ataku. A góra wyniośle nas odrzuciła. Kiedy byliśmy prawie pewni, że ulegnie sypnęła śniegiem, zawiała wiatrem i schowała się na długie dni za mroźną, gęstą, białą zasłoną. 28 luty 2003 (75) W środku nocy przychodzi potężny wiatr. Jeszcze w bazie tak silnego nie było. Przychodzi z wyciem szkwał, prawie unosi w powietrze namiot, który ledwie wytrzymuje uderzenie. Chwila ciszy. Słychać tylko wściekły ryk góry. Przytłumiony, z daleka, ale pełny potęgi. Nadchodzi następny poryw, szarpie kolejnymi namiotami. Narasta. Znów uderza w moje schronienie, sypie śniegiem, prawie rwie tropik. Odchodzi. I tak do rana. Powoli przyzwyczajam się do przetaczających się wokół szkwałów. Zasypiam. Budzi mnie przed ósmą krzyk lidera: "wstawać łosie! do mesy!" Po raz kolejny nie przetrwała nocy. Tym razem jednak jest naprawdę porządnie zniszczona, stelaż połamany w wielu miejscach, powłoka porwana. W kilkanaście osób z trudem odbudowujemy mesę. Zajmuje nam to ponad 2 godziny. Efekt jest mizerny, nie wygląda na to, żeby miała długo jeszcze postać. I rzeczywiście. Ledwo kończymy śniadanie potężny podmuch ponownie łamie stelaż. Usiłujemy przytrzymać połamane miejsca, naprawić. Kolejny szkwał zwala nam mesę na głowy. Wypełzamy spod jej szczątków, wynosimy wszystkie kubki, talerze, przyprawy. Stelaż rozkręcamy, tak by całość leżała płasko, przywalamy plandekę kamieniami, by wiatr jej nie porwał. Mesa zakończyła swój żywot. Zupę jemy już w kopułce.17 osób ledwie się w niej mieści. Humory wszystkim dopisują. Wiatr wzmaga się w ciągu dnia. Szkwały są coraz silniejsze i częstsze, śnieg hula wszędzie. Kilka namiotów zostaje pogiętych, na szczęście żaden poważnie zniszczony. Jutro wiatr ma być jeszcze silniejszy. K2 zgotowało mi pożegnanie, które ciężko będzie zapomnieć. Jutro żegnam się ostatecznie z bazą i schodzę na dół. Jest późny wieczór. Leżę w namiocie, pogrążony w rozmyślaniach i nie mogę zasnąć. Wiatr co pewien czas wpada gwałtownie pomiędzy namioty, szarpie, gniecie i cichnie gdzieś pomiędzy serakami. Ale to nie on nie pozwala mi zasnąć. Jutro schodzę na dół, zabieram wszystkie swoje rzeczy i opuszczam to miejsce, które przez dwa miesiące było dla mnie domem. Opuszczam górę, na której filarze zostawiłem wiele sił, przekleństw i radości. Spełniły się moje marzenia o walce z groźnym, lodowym olbrzymem, a także o walce z samym sobą. Na tych lodowo-skalistych stokach zostawiam część siebie, swojej duszy i swojego serca. Wracam uboższy właśnie o taką cząstkę samego siebie. Wiem, że po powrocie będę jej szukał nadaremnie. Będę się budził w nocy, patrzył w spokojny nieruchomy sufit i podświadomie nasłuchiwał wycia wiatru, jęku szarpanej nim góry. Przed oczami będę się starał wywołać jej obraz. Snuł plany powrotu do lodowej krainy, marzenia o walce, nadziei, porażce i smaku zwycięstwa. Smaku, którego nie dane mi było teraz zaznać. Jednocześnie się cieszę, że wrócę do kochanych osób, do świata, od którego sam uciekłem, a teraz za nim tęsknię. I tak już chyba pozostanie. Człowiek rozdarty między dwa skrajne światy, szukający cząstek samego siebie porozrzucanych wśród śnieżnych grani i ulic wielkiego miasta, rozpaczliwie usiłujący je pozbierać.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.piotrmorawski.com
|