Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Expedycja Morze Czarne '04
Autor: Hugo   
14 października 2004 roku (dzień 1 expedycji) [czwartek]

Każda dobra relacja powinna zainteresować czytelnika – czy nasza taka właśnie będzie ocenicie sami ...

Początek Expedycji Morze Czarne powinien rozpocząć się zgodnie z planem w dniu 12 września 2004 roku – tak jednak się nie stało, tragiczne wydarzenia w Rosji – atak terrorystów na szkołę w Bieslanie spowodował że sytuacji na trasie naszego przejazdu stała się nieprzewidywalna i zagrażająca bezpieczeństwu uczestników Expedycji.

Utwierdziły nas w tym przekonaniu przemówienie Prezydenta Rosji W. Putina zapowiadające wojnę zarówno z inspiratorami ataku, jak i również wszystkimi wrogami Rosji (szczególnie w domyśle tymi z Kaukazu). Po tym przemówieniu jak i innych relacjach w mediach kolejna wojna na Kaukazie mogła być kwestią dni lub tygodni.
W takich okolicznościach zapadła decyzja o przesunięciu terminu realizacji Expedycji ...

Wymuszona sytuacją w Rosji zmiana terminu realizacji Expedycji spowodowała efekt domina: Zwycięzca naszego Konkursu SMS-owego Krzysztof Waligórski zrezygnował z uczestnictwa z uwagi na rozpoczynający się dla niego na dwóch kierunkach rok akademicki.W myśl Regulaminu Konkursu miejsce Krzysztofa miało przypaść kolejnemu na liście Uczestnikowi zainteresowanemu udziałem w Expedycji.

W ten sposób został wyłoniony Grzegorz - Uczestnik o nr 3 (4) na liście uzyskanych czasów.

Niestety Grzegorz pomimo początkowej chęci dołączenia do naszego Teamu i zaangażowaniu się w przygotowania również zrezygnował.

Nie zrobił tego natomiast Michal Sarnek - Uczestnik o nr 9 (10) na liście uzyskanych czasów – stając się czwartą osobą w naszym Teamie.

Kilkudniowe wyłanianie nowego Uczestnika z Konkursu SMS spowodowało z kolei konieczność ponownego wyrobienia wiz rosyjskich dla reszty Teamu, kolejne dni opóźnienia ....

Międzyczasie w Bieslanie kończyła się zgodnie z prawosławną tradycja czterdziestodniowa żałoba - czas smutku, żalu i przygotowania do zemsty ojców i braci zamordowanych (miejscowa tradycja).

Komentarze w mediach władz Rosji stały się bardziej stonowane – powodowane prawdopodobnie obawa przed utratą kontroli nad mogącymi mieć miejsce samosądami.

Oceniając sytuację w rejonie przebiegu trasy Expedycji jako stabilizującą się postanowiliśmy dłużej nie czekać i ruszać.

Na Kaukazie spadł już pierwszy śnieg – stało się dla nas jasne że jest to ostateczny czas aby rozpocząć lub odwołać Expedycję. Mogła być tylko jedna decyzja RUSZAMY!

7:00
pakujemy do samochód od dawna już przygotowane do wyjazdu plecaki i wyposażenie,

8:00
ostatnie poprawki naklejek z logami naszych Partnerów na samochodzie;

9:00
KRAKÓW – MIEJSCE STARTU

(po drodze mamy jeszcze zabrać pozostałych dwóch uczestników Michała z Krzeszowic i Andrzeja z Rzeszowa);

9:25
Nawojowa Góra pod Krzeszowicami – czułe pożegnanie przez rodzinę Michał

14:40
W Rzeszowie dołącza do nas Andrzej i zajmuje o zgrozo 1/3 samochodu sprzętem do realizacji TV

Od wyjazdu z Rzeszowa jesteśmy już w komplecie:
Hugo (organizator),
Tomek (foto), Andrzej (operator TV),
Michał (Uczestnik Konkursu SMS – „EXPEDYCJA Morze Czarne”).

Ok. 15:30
Do naszych uszu dobiegł złowrogi dźwięk przypominający terkotanie, który nasilał się z każdym przejeżdżanym kilometrem. Początkowo sądziliśmy że to jakiś element metalowy wpadł do obudowy felgi lub kołpaka i o coś się obija wydając taki dźwięk. Dobiegał wyraźnie z lewego przedniego koła.

Nic nie zapowiadało poważniejszych problemów ... aż do zjazdu z niewielkiego pagórka kilka kilometrów przed Sanokiem. Niespodziewanie na stosunkowo prostej drodze samochód wpadł w poślizg (!) na szczęście z naprzeciwka nic nie jechało i udało się go wyprowadzić - z turkoczącego koła dobiegły dźwięki tarcia metalu o metal. Nieopodal rowu przy którym udało się nam zatrzymać był zakład wulkanizacyjny. Syn właściciela zakładu z lekkim dystansem zabrał się do sprawdzenia przyczyny usterki, tłumacząc się że opony są w porządku a koła prawidłowo dokręcone – a przyczyną naszego poślizgu jest ... niemal 8 cm „luz” w płaszczyźnie poziomej lewego koła, krótko mówiąc koło robi „ósemki” grożąc odpadnięciem.

Postanowiliśmy dojechać do odległego o ok. 5 km Sanoka do bardziej specjalistycznego zakładu ...

Z zawrotną prędkością sięgającą chwilami ok. 40 Km na godzinę dotarliśmy do pierwszego napotkanego zakładu full service.

Tu po odkręceniu koła a właściwie przednich kół diagnoza miejscowego specjalisty była dla nas przerażająca: nie były przykręcone prawidłowo łożyska w lewym kole w ogóle w prawym w połowie – cyt. „mieliście dużo szczęścia że żyjecie”.

Tu w tym miejscu należą się szczególne podziękowania dla firmy V-TECH TUNING z Krakowa za „profesjonalne” przygotowanie auta i tym samym nas na tamten świat – /sorki Panowie tym razem nie wyszło – może jakiś wysoko ubezpieczony rajdowiec skorzysta jeszcze z waszych usług/.

Po 2,5 godzinnej naprawie polegającej na dokręceniu nawet nie uszkodzonych łożysk i próbie wyprostowania nieprawidłowo założonej tarczki przy czujniku ABS (co jednak się nie udało z uwagi na materiał) ruszyliśmy w dalszą drogę było ok. 20-stej.

22:20
Do granicy w Krościenku dojechaliśmy już bez większych problemów.

23:15

Odprawa przebiegła by pewnie bezproblemowo gdyby było wiadomo gdzie są nabite nr karoserii w Ssangyoung’u Korando – tego ustalić nie udało się zarówno naszej jak i ukraińskiej straży granicznej po przeszło godzinnych próbach.

Ukraińskim udało się stwierdzić brak naklejki „PL” (faktycznie musiała zostać w ferworze oklejania pojazdu zaklejona) – koszt rozwiązania problemu to 5 EUR które wypadło akurat na siedzenie w trakcie rozmowy ze strażnikiem.

Kolejny problem pojawił się dla Ukraińskich celników przy spisywaniu deklaracji okazało się że nasze koszulki są nowe w ilości deklarowanej 60 szt. a to już ilość handlowa nie mówiąc o kilku kartonach produktów Lajkonika – istna kontrabanda! – koszt rozwiązania problemu to 4 koszulki z logiem „OTO MOTO” i kilka opakowań wspomnianej kontrabandy „Lajkonika”.

15 października 2004 (dzień 2 expedycji) [piątek]

0:30

Jesteśmy na Ukrainie!

Zaskakuje nas jakość drogi – bez pasów, oznakowanego pobocza z dziurami głębokimi na koło naszej terenówki.

Zgodnie z radami częstych bywalców na Ukrainie dojeżdżamy na pustym baku – bo „paliwo ma być na Ukrainie tańsze o ponad połowę”

Jest środek nocy więc nie ma możliwości zasięgnąć języka mamy tylko nadzieję że stacja będzie blisko.

Po 3 może 5 km od granicy wylania się z lewej strony drogi zadaszony niewielki plac a na nim i w jego okolicach ok. 30 pojazdów czekających w kolejce do dystrybutorów których jest może 4. Dystrybutory są leciwe więc paliwo wycieka z nich powoli – nikt w kolejce jednak się tym bynajmniej nie irytuje i cierpliwie czeka na swoją kolej „wszyscy przecież zdążą paliwa nie braknie i wszyscy na tym zarobią”. Choć nawierzchnia placyku jest gorsza od przebiegającej nieopodal drogi nikomu to zbytnio nie przeszkadza i nie zwraca uwagi – każdy leje do pełna plus 2 – 30 litrów jak to możliwe – zasada jest prosta: lekko zmodernizowany bak lub jak to robi wieli wjazd tylnym kołem na specjalnie przygotowaną belkę jaka znajduje się przy każdym dystrybutorze i którą można sobie podłożyć „żeby weszło więcej”. Są tu też tacy którzy wolą poza belką dodatkowo rozbujać samochód umożliwiając mu „ujście powietrza z układu” – technika tankowania jest nie ważna ważne żeby zmieściło się jak najwięcej bo to większy zysk.

Paliwowe mrówki mają swoje stałe stacje po Polskiej stronie granicy które chętnie skupują paliwo prosto z baku. Niestety nie udało nam się dowiedzieć ile stacje płacą za przywieziony litr paliwa i które to są stacje – ale „zysk jest na razie dobry - pozwala utrzymać rodzinę”.

Po ok. 30 minuta nadeszła nasza kolej – lejemy do pełna ... za 151,25 hrywny (litr ON w cenie 2,75 hrywny) cena wydaje się nam bardzo atrakcyjna 55 litrów paliwa za 23 EUR (to daje litr ON za 1,79 pln)

Czujemy że zrobiliśmy faktycznie dobry interes nie tankując przed granicą paliwa ... zawsze to drugi bak gratis !

1:00

Jedziemy dalej w stronę Drohobycza, jakość dróg jeszcze gorsza niż zaraz za granicą, ciemne nieczytelne sylwetki przemykają na poboczach, prędkość maksymalnie 60 km na godzinę – szybsza jazda to w najlepszych okolicznościach utrata zawieszenia.

1:15

Moc silnika w naszym Korando stopniowo ale systematycznie słabnie – po kolejnych 15 minutach już musimy zatrzymać się na poboczu – obroty spadają niemal do „ 0 ” – a po chwili silnik sam gaśnie.

Sytuacja wygląda nie dobrze: środek nocy (a nam radzono nie jeździć po Ukrainie w nocy), nieco odludne miejsce – w oddali lasek oraz nie znana przyczyna usterki.

Przyczyną awarii mogło być albo uszkodzenie w wyniku zlej jakości drogi albo paliwo bo tylko to się zmienilo na przestrzeni ostatnich 15-20 km.

Postawiliśmy na paliwo, którego jest PEŁNY BAK !

Próbujemy odpalić ... udało się ruszamy powoli ale ruszamy mocy nadal prawie „0” ale jakimś cudem jedziemy nawet ...przyspieszamy do 15km na godzinę !

Po prawej wyłania nam się „normalna stacja” , wtaczamy się na nią ... co może pomóc ? płyn do czyszczenia układu – może zatkały się wtryski ...?

Jest płyn lejemy w bak całą butelkę – uruchamiamy silnik ... niewiele pomaga, może to nie to ... a może za mało czasu na zassanie przez przewodu i ich przeczyszczenie. Staramy się jechać dalej i „rozruszać silnik” – może to przejściowe przytkanie ... a może to nie to ...

Musimy jechać nie możemy się tu przecież w środku nocy zatrzymać ... a może jednak stanąć i rano zawezwać lawetę i wracać do Polski ...?

Próbujemy jechać dalej, może to dławienie nie uszkodzi to silnika ...

2:36
Po kilku wymuszonych przez brak mocy postojach na kolejnej stacji dolewamy 6 litrów benzyny ... może to pomoże oczyścić układ...

nie pomaga jest nawet gorzej, każda nawet najmniejsza górka to problem na co najmniej trzy wyłączenia silnika i jego ponowne uruchomienie ( po uruchomieniu silnik ma przez chwilę większą moc na jakieś 150- 200 metrów potem znowu następuje spadek i samoistne wyłączenie). Dodawanie gazu nie pomaga a wręcz powoduje wcześniejsze wyłączenie pracy silnika, jedziemy dalej ...

Musimy wylać z baku paliwo ... tylko czym lub jak ?

3:50
Kolejna stacja (ósma albo dziesiąta – to już dla nas nie ważne) na której pytamy o rurkę przez którą dało by się ściągnąć paliwo – udaje nam się dobudzić Panią wraz z małomównym ale uczynnym Panem w niebieskim firmowym uniformie po krótkiej rozmowie jest rurka tyle za „krótka” – próbujemy przejść na metodę naszych rodaków z pierwszej stacji – Tomasz najeżdża na wysepkę z dystrybutorami co pozwala na lekki przechył tyłu samochodu – liczymy że to nam pomoże w wypompowaniu brudnego paliwa. Niestety rurka jest za krótka ... , Pan w uniformie popada na chwilę w zadumę, oddala się w stronę budynku stacji by powrócić z dłuższą i grubszą rurką.

Kolejno próbujemy zassać paliwo przez rurkę z baku, próby kończą się niestety tylko degustacją mixu oleju napędowego , wlanego płynu czyszczącego oraz benzyny – mieszanka kaloryczna ale niezbyt nam smakuje.

Tomasz mający jak sam stwierdził doświadczenie w czyszczeniu akwarium profesjonalnym zassaniem poza napełnieniem ust paliwowym mixem uruchamia wypływ paliwa ...,

Pan w niebieskim uniformie wyraźnie zaskoczony naszym sukcesem niespiesznie podstawia pojemnik 5 litrowy – nie wie jeszcze że w baku mamy full czyli jakieś 65 l.

Podstawiona 5 litrowa bańka przewidziana prawdopodobnie na olej silnikowy. nie wystarczyła na długo a z kolejnymi pojemnikami pojawił się chwilowy problem do czasu uświadomienie Panu w uniformie że może na tym złym dla nas ale dobrym dla innych paliwie zarobić. Niewiadomo skąd pojawiły się jeszcze pojemniki na 30 litrów ... i ona na długo nie wystarczyły.

Wskazówka baku wskazywała nadal ok. jednej trzeciej baku ... wyraźnie zmartwiony tym Pan w uniformie zadecydował aby pozostałą znajdującą się w baku część paliwa wylać na środek stacji ....

Paliwo wyciekające z rurki stopniowo zmieniało kolor kostki podjazdu stacji. Przechodząc po kałuży paliwa ciężko było utrzymać równowagę. Po ok. 20-30 minutach było po wszystkim – bak był prawie pusty, ale jak tu odpalić samochód znajdujący się w środku rozlewiska naszego mixu – każda iskra może spowodować jego zapłon ... i tu ponownie nieocenionym okazał się Pan w uniformie - po chwili namysłu niezbędnej do dokonania wnikliwej analizy sytuacji zadecydował: „jechać” .

Silnik odpalił stacja przy tej okazji nie spłonęła – pełny sukces.

Całość zdarzenia na stacji filmował Andrzej co nie uszło uwadze Pani za pancerną szybą kasy, która po odebraniu przez szufladę kasy nie chce uruchomić dystrybutora do czasu oddanie jej kasety z nagraniem, pomaga dopiero utwierdzenie Pani w przekonaniu że nasza kamera to kamera cyfrowa i nie ma w niej kaset tylko coś w rodzaju dysku, a zapis został ze stacji został wykasowany– Pani ku naszemu zaskoczeniu w nasze tłumaczenia uwierzyła :)

Samochód powoli stoczył się z wysepki – tankujemy ostrożnie za 50 hrywien; „mniej w baku mniej do spuszczania z baku”.

Uczynny Pan w uniformie za swoją pomoc dostaje 5 euro, które szybko chowa przed łatwowierną Panią kasierką.

Ruszamy ... ale samochód nie chce jechać lepiej ... może to chwilowe, przecież w układzie paliwowym są jeszcze resztki tego brudnego paliwa...

Jedziemy ... silnik słabnie, dławi się ... ale jakimś cudem jedziemy.

Zaczynamy się zastanawiać - może to nie wina paliwa, może przyczyna jest inna ... bardziej poważna – postanawiamy dojechać do Lwowa zostało jeszcze ok. 80 km.

Droga od granicy do Sambora fatalna licznie usłana głębokimi dziurami, na szczęście nie rozwijamy prędkości większej jak 30 – 40 km/h wiec znaczącą część udaje się ominąć.

Za Samborem nawierzchnia się nieco poprawia choć to dla nas i tak niewielka pociecha przy zawrotnej prędkości jaką rozwijamy i problemie z ciągłym brakiem mocy kończącym się na każdym pagórku dwu lub nawet trzykrotnym ponownym odpalaniem samochodu.

4:40
Jakaś stacja lekko na uboczu przed nami ... pusto postanawiamy nieco odpocząć może jak się rozwidni uda się usuną lub znaleźć usterkę.

5:23

Budzi nas chłód ... uruchamiamy silnik – może mu się poprawiło ? pracuje równomiernie ale nadal brak mocy – robimy rundkę po czymś co można nazwać placem stacji – bez zmian ...

Idziemu spać choć na 1,5 godziny.

7:20
Budzi nas ponownie przenikające zimno – jest już jasno.

Wizualna ocena silnika nie pozostawia złudzeń – nie wiemy co może być przyczyną braku mocy.

Ruszamy

Wjazd do stacji jest już „zamknięty” drutem zawieszonym między dwoma słupkami, na szczęście to tylko prowizoryczne zamknięcie, którego usunięcie nie stanowi problemu.

Kierujemy się w stronę okolicznych zabudowań, może jest tam jakiś warsztat ?

Warsztatu nie ma ale jest bieda, bieda ukraińskiej wsi gdzie czas zatrzymał się co najmniej 50 lat temu.

Wracamy się na główną drogę prowadzącą do Lwowa. Toczymy się dalej ...

10:40
Postanawiamy, że Michał i Andrzej pojadą autobusem lub stopem do Lwowa. Znajdą tam do naszego przyjazdu warsztat gdzie będziemy mogli naprawić samochód i stancje gdzie będziemy mogli się zatrzymać na najbliższą noc.

Michał, który kilka razy był we Lwowie ma swoje stale miejsce noclegowe u Pana Antoniego może i on pomoże w temacie warsztatu.

Pytamy o pomoc w napotykanych warsztatach – ale ich obsługa pacząc na nasz samochód rozkłada ręce – to nie wołga czy też moskwicz ...,

13:20
Rogatki Lwowa – trzy pasmówka aż do centrum miasta, przed pierwszymi światłami po lewej stronie serwis Daewoo – może oni naprawią ?

Po krótkiej rozmowie i oglądnięciu samochodu – obsługa rezygnuje z podjęcia się nawet diagnozy problemu kierując nas do centrum – „bo u nich diesli się nie naprawia”. Zrezygnowani odtaczamy się w stronę centrum gdzie mamy się tez spotkać z Michałem i Andrzejem.

Naszym kontaktem mają być krótkofalówki o zasięgu do 3 Km – tak wiec „w zasięgu się usłyszymy” ...

14:50
Zgodnie z ustaleniami czekamy na pierwszej stacji benzynowe na kontakt od Andrzeja i Michała – bez rezultatu. Na naszej częstotliwości natomiast są taxówkarze.

Dopiero na wysłane przez Tomka SMSy na telefon Michała jest odpowiedz „jesteśmy przy dworcu ...”

Po drodze do dworca postanawiamy znaleźć serwis w którym naprawimy samochód.

W każdym napotkanym lub wskazanym warsztacie odpowiedz jest ta sama – „u nas takiego nie naprawisz”.

Zrezygnowani poszukiwaniami i jazdą samochodem, który gasnie niemal na każdym skrzyżowaniu decydujemy się na ostatni desperacki krok – znalezienie serwisu mercedesa (silnik Ssangyoung’a jest właśnie Mercedesa).

Kierujemy się zgodnie z tablicami reklamowymi do lokalnego dealera Mercedesa, ku naszemu zaskoczeniu po drodze trafimy na warsztat przed którym stoją głównie mercedesy – nie ma oznaczeń autoryzowanej stacji ale sprawia wrażenie że może nam pomogą.

Szef warsztatu rozumiejący dość dobrze po polsku stwierdza że przyczyną są zapchane filtry i po ich wymianie wszystko będzie „o.k.” oraz że mogą to zrobić bez problemu od ręki.

Po ok. 45 minutach filtry są wymienione a samochód pracuje bez zarzutu.

Koszt naprawy to robocizna - 82 hrywny i 57,60 hrywien części – nie mając już prawie hrywien dopłacamy 20 euro.

Bez dalszych problemów docieramy pod dworzec – tu nasze krótkofalówki już działają wiec nie ma problemów z odnalezieniem się.

Drogi we Lwowie są w złym stanie poza standartowymi dziurami przebiegają przez nie tory tramwajowe, które wystają znacznie ponad powierzchnię „nawierzchni”. Dodatkowo znacząca część dróg w mieście to pofalowana przez czas we wszystkich kierunkach kostka brukowa pamiętająca jeszcze czasu Cesarza Franciszka Józefa.

Normą są tu samochody zaparkowane przy lub na lewym pasie drogi – nie na poboczu – jak mówią miejscowi „dla oszczędności przestrzeni”. Nie obowiązują niemal pasy dla pieszych, którzy przechodzą w każdym punkcie drogi często przez nie przebiegając lub niemal spacerując.

Na nawierzchni nie ma czytelnie narysowanych pasów wiec ruch odbywa się na zasadzie „zmieścimy się albo i nie ...” teoretycznie są np. trzy pasy jezdni w jednym kierunku a pojazdów jadących równolegle jest cztery lub dzięki zaparkowanym na środku drogi tylko dwa, do tego piesi więc obraz totalnej wolnej amerykanki drogowej.

Ku naszemu zaskoczeniu nie widać żeby kierowcą taka „kultura” jazdy przeszkadzała co więcej nie zauważyliśmy aby dochodziło tu do niebezpiecznych sytuacji czy też stłuczek.

16:20
Docieramy do mieszkania Pana Antoniego goszczącego według opinii Michała często Polaków.

Warunki lokalowe do przyjęcia – mieszkanie usytuowane w starej z końca XIX wieku kamienicy jest nieco zaniedbane ale czyste.

W mieszkaniu zastajemy tylko śpiącego Pawła – syna Pana Antoniego, studiującego w Polsce.

Po dobudzeniu Paweł deklaruje nam swoją pomoc w zwiedzaniu miasta ale najpierw wspólna herbata.

17:40
Samochód zostawiamy na parkingu przy hotelu – tak bezpieczniej w ocenie Pawła niż przed kamienicą

Ruszamy w miasto.

Starówka zachwyca – jest piękna choć jak tu wszystko strasznie zaniedbana strasząca miejscami biedą i brudem.

Powoli zapada zmrok, jest zimno jakieś 10-12 stopni – Paweł wskazuje nam przyjemną restaurację – gdzie można zjeść potrawy z typowo ukraińskiej kuchni.

Koszt to: 106,50 hrywien – kelnerka po otrzymaniu 110 hrywien zapomina przynieść resztę.

20:20
Zmęczeni wracamy do mieszkania Pana Antoniego, aby się umyć w ciepłej wodzie musimy się pospieszyć – jest tylko do 21:00. Jak nam objaśnia Paweł na Ukrainie jest problem z wodą i jest ona racjonowana – większe ciśnienie jest tylko w godz. 6:00-9:00 i 18:00-21:00.

Szybko się myjemy a i tak Andrzej nie zdążył wziąć prysznic w ciepłej wodzie.

21:40
Czas na zasłużony sen – jutro kolejny dzień zmagań.


16 października 2004 (dzień 3 expedycji) [sobota]

7:40

Powoli się dobudzamy, przygody z samochodem i nieprzespana noc dają się we znaki.

Pamiętamy że ciepła woda jest tylko do 9-ej :)

9:15

Ruszamy w miasto – być we Lwowie i go nie zwiedzić to byłby błąd.

Planujemy że o 13ej ruszamy w dalszą drogę. Do tego czasu Tomek i Andrzej postanawiają wykorzystać ten czas na fotografie i skręcenie interesujących miejsc a Ja i Michał poczuć klimat miasta czyli powłóczyć się nieco po starówce.

Zakup atlasu samochodowego to tu wydatek 15 hrywien.

12:30
Odbieramy samochód z parkingu – koszt parkingu nie mały 17 hrywien. W drodze do mieszkania wyczuwamy w samochodzie zapach paliwa.

13:15
Pożegnanie z Panem Antonim – regulowanie kosztów noclegu – 8 zł od osoby nie wydaje się wygórowany.

13:36

Jesteśmy już spakowani w aucie, nie daje nam jednak spokoju zapach paliwa – pod samochodem spostrzegam sporą świeżą plamę najprawdopodobniej ON.

Po otwarciu maski okazuje się że w przewodzie paliwowym w odległości 5cm od filtra paliwa jest otwór przez który wycieka paliwo. Nie wierzymy w to co widzimy – czeka nas kolejna naprawa – tym razem to na szczęście tylko wymiana kawałka przewodu.

Przed wyjazdem ze Lwowa musimy go wymienić – tracimy za dużo paliwa.
Pytamy w kilku przypadkowych po drodze sklepach z częściami ale nigdzie nie możemy dostać przewodu. W jednym ze sklepów kierują nas na „samochodowy targ” tam na pewno mają.

Mijamy po drodze sklep z przyległym do niego warsztatem – pytamy, jest przewód !
Z pobliskiego warsztatu pożyczamy narzędzia – Tomek szybko i sprawnie wymienia przewód – możemy jechać. Decydujemy że musimy mieć spory zestaw narzędzi na dalszą drogę bo średnio co 200 km mamy jakąś awarię. Narzędzia kupujemy na wspomnianym targu za 140 hrywien (cena startowa 150 hrywien).
Jesteśmy w przeczuciu że możemy teraz jechać bez dalszych przeszkód.

16:10
Wyjeżdżamy z Lwowa kierując się na Tarnopol – Chmielnicki – Winnice – Umań – Odesse.
Planujemy aby na rano dojechać do Odessy – miejsca oficjalnego startu expedycji.
Po drodze kilkakrotnie tankujemy za 50 hrywien (zgodnie z zasadą mniej w baku mniej z baku)
Dogi przelotowe przez które jedziemy są tu stosunkowo dobre – co nie oznacza że nie pozbawione miejscami głębokich i dużych dziur na których można urwać nie tylko koło.
Szybko zapada zmierzch – a my znowu nocą w trasie ...

Z żalem obserwowaliśmy jadąc obwodnicą światła miasta Chmielnicki, które pozwoliły nam sobie wyobrazić jego wielkość (podobno to drugie miasto po Kijowie pod względem liczby ludności na Ukrainie).

Do Winnicy prowadzi Tomasz potem zmiana Hugo.

Stopniowo od Lwowa na trasie pojawia się coraz więcej „rogatek” z DAI miejscową milicją mającą za zadania kontrolowanie wszystkich przejeżdżających.

Wygląda to tak:

Około 200- 500 metrów przed punktem jest znak informujący o posterunku, ograniczenia prędkości 70 – 50 –20 i znak STOP. Milicjant ubrany w czarny skórzany „mundur” podobny do tych które ma policja drogowa w USA (również z gwiazdą szeryfa) znakiem dwu kolorowej czarno – białej krótkiej pałki wskazuje jechać dalej albo zjechać na pobocze do kontroli. Większość z kontrolujących nas sprawdzała tylko paszport i dowód rejestracyjny – bardziej uciążliwa od tych kontroli była tylko ich ilość średnio co 30-50 km co najmniej jedna.

Zdarzały się też i takie przez które przejeżdżaliśmy bez problemu a milicjant lub milicjanci nawet nie wykonywał ruchu jak by byli w szoku na widok naszego obklejonego jak na rajd pojazdu.

Nasza nie anonimowość powodowała że milicjanci nie bardzo wiedzieli co mają kontrolować jak również jak sugerować że łamiemy jakieś przepisy – wiec szybko puszczano nas dalej.

22:30
W kolejnym napotkanym przydrożnym barze jemy objadokolacje – jedzenie jest tu odziwo smaczne i jest go dużo. Koszt posiłku: 62,50 hrywny.

Po posiłku postanawiamy skorzystać z toalety – tu zamiast klasycznej muszli – ceramiczna dziura w podłodze – rezygnujemy.

Ruszamy w dalszą drogę do Odessy.

17 października 2004 (4 dzień expedycji) [niedziela]

0:30

Droga staje się utrudniona przez kilkunasto kilometrowe remontowane odcinki przeplatane starą wyboistą nawierzchnią.

Nasz samochód powoli się „rozkręca” – wszystkie plastiki wyposażenia zaczynają wydawać dziwne dźwięki.

Droga – prosta wytyczona jak od linijki powoduje że oczy same się zamykają.

6:05
Senność i zmęczenie Hugo daje coraz bardziej się we znaki – konieczny staje się chwilowy odpoczynek lub nawet krótka chwila snu.

Na pierwszej dobrze oświetlonej stacja z parkingiem – zatrzymujemy się.

8:16
Hugo budzi zimno – ruszamy w dalszą drogę.

Przy uruchamianiu samochodu zgasły na dece rozdzielczej światełka sygnalizujące awarię napędów 4x4, której nie udało się naprawić w V-tech Tuningu w Krakowie – to cud a może lecznicze właściwości dróg Ukrainy usunęły awarie a może to po prostu brak profesjonalizmu serwisu (?).

Od tej pory cztery napędy działają – choć po ich uruchomieniu słychać tarcie przypominające odgłosem szlifowanie zębatki dobywające się z lewego przedniego koła. Na wszelki wypadek napędy zostają wyłączone.

10:15
Jesteśmy na rogatkach Odessy

Na początek chcemy znaleźć Patiomkinską Lestnice – Schody Patiomkinskie, jeden z najbardziej znanych i charakterystycznych turystycznie punktów Odessy.

Trasa przez miasto podobna do tej ze Lwowa, dziury i drogowa wolna amerykanka – docieramy do centrum.

To miasto nawet wizualnie różni się od poznanego przez nas Lwowa – po ulicach porusza się sporo drogich zagranicznych samochodów, w centrum sklepy z drogimi i exluzywnymi towarami, kasyna, restauracje ...

Jesteśmy pod wrażeniem, które niestety mija na widok tego co za pięknymi fasadami - czyli brudnych i obskurnych podwórzy, śmieci wysypujących się z kontenerów czy tez zdewastowanych, zrujnowanych kamienic wplecionych pomiędzy wyremontowane i odnowione budynki lub też za nimi schowanych.

Docieramy do centrum – parkujemy jak się okazało nieopodal Schodów.

11:16
Oficjalny start EXPEDYCJI!


Kręcimy ujęcie naszego teamu na Schodach – przed nami widok portu ... za nami budynek z fotosami z filmu „Deja-vu” z Jerzym Szturem w roli głównej.

Schodzimy do portu pooglądać trzy pokaźnych rozmiarów statki wypoczynkowe – bo tylko one się aktualnie tam zmieściły (nazwy statków the WORD, DISCOVERY i nazwa trzeciego nam uleciała).

13:40

Po zwiedzeniu przyportowej starówki ruszamy w dalszą drogę na Krym.

Przez naprawę samochodu straciliśmy stosunkowo dużo czasu więc trzeba go teraz nieco nadrobić.

21:38
Jesteśmy w Krasnopieriekolsku poprzednia zarwana noc i kolejne kilkaset kilometrów skłania nas do skorzystania z hotelu.

Kierując się za tabliczkami informacyjnymi trafiamy do hotelu „Fantazja” który sprawia wrażenie czystego i nie drogiego. Na dole w recepcji siedzi milicjant dbający o bezpieczeństwo gości.

Cena za noc nie jest mała ale do zaakceptowania za 2 osobowy pokój z łazienką i ciepłą wodą 90 hrywien za 2 osobowy pokój z łazienką wspólną na korytarzu 60 hrywien. Hugo i Tomasz lokują się w tym pierwszym „z duszą” czyli po polsku łazienką a Michał i Andrzej w drugim.

18 października 2004 ( 5 dzień expedycji) [poniedziałek]

8:40

Powoli się budzimy – znów czas pobudki nie zgodny z planowanym ale co tam ważniejsze to dobrze wypocząć przed dalszą trasą

9:43

Na dole zaskakuje brak w recepcji milicjanta – czyżby nie trzeba było nas już chronić, za parking hotelowy płacimy tu 7 hrywien za noc, pakujemy do auta bagaże i ruszamy w dalszą drogę.

Kierujemy się na Czarnomorskoje a dalej w planach Ewpatorija.

Jedziemy nadbrzeżnymi drogami z prawej strony roztacza się piękny widok plaż czarnego morza, przejeżdżamy przez liczne małe i biedne wioski. Poraża nas panująca w nich bieda a jednocześnie niesamowita abstrakcyjna kolorystyka zabudowań kontrastująca z otaczająca ze wszystkich stron szarością.

Domki są małe przypominające altanki na polskich działkach pracowniczych.

Otaczająca domki roślinność nadaje im bajkowego kolorytu. Odnosi się wrażenie że całość została dawno temu zawieszona w czasie i przestrzeni.

11:30
20 km za miejscowością Czarnomorskiej zjeżdżamy z „głównej” drogi. Przed nami krótki odcinek drogi przez małą wioskę na końcu którego rysują się kontury morza. Jadąc przez wioskę mijamy domki – w jednym z nich na ogrodzie trwa jakieś przyjęcie, mijamy je - dojeżdżamy do końca drużki nad sam brzeg urwistego klifu. Roztacza się z niego niesamowity widok postrzępionego przez morze półwyspu. Schodzimy wąska wyżłobioną przez deszcze ścieżką w dół ok. 40 metrów na usłaną kamieniami plaże.

Dla takich widoków tu przyjechaliśmy. Po krótkim ok. 20 minutowym spacerze brzegiem klifu postanawiamy ruszać w dalszą drogę – Tomek i Andrzej chcą przejść się przez wioskę i skręcić nieco materiału. Z Michałem ruszamy za nimi 15 minutach – w połowie drogi przez wioskę dobiega do nas gwizd Andrzeja dającego nam znaki do zawrócenia (?) Zawracamy po maruderów, którzy właśnie zostali zaproszeni na przyjęcie urodzinowe.

Solenizantami są Ojciec świętujący 50 urodziny i jego syn Misza obchodzący 29-te. Za usilną namową gospodarza przyłączamy się do uroczystości. W większości świętujący z solenizantami to najbliższa rodzina: Serjoża (młodszy syn) oraz Natalija (żona starszego solenizanta), dziadek Wania i sąsiedzi.

W prezencie dajemy im synom i ojcu koszulki z logiem Expedycji oraz kilka opakowań ciastek Lajkonika – to przełamuje ostatnie lody – jesteśmy traktowani jak dawno oczekiwana rodzina.

Siadamy do suto zastawionego stołu głównie produktami z „własnego wyrobu”: suszone ryby, krem z gorczycy, przecier z papryki,

Rozmawiamy niemal o wszystkim ale tematem wiodącym jest życie tu na Ukrainie i tam w Polsce.

Wspólna niedola obu narodów ich splecione losy, zmiany jakie zachodzą na Ukrainie, nowe nadzieje w związku z wyborami i ostatni dobry dla miejscowych sezon turystyczny.

Natalija opowiada nam o losach swojej rodziny: pradziadku uczestniku powstania kościuszkowskiego wywiezionym w głąb Rosji, jego przymusowym pobycie aż wreszcie osiedleniu się w Rosji, żalem i tęsknota za polską i rodzinnym podkrakowskim majątkiem.

Tematów jest wiele – bariery językowej niemal w cale – niezrozumiale słowa tłumaczy ekipie Michał albo są wyjaśniane innymi zrozumiałymi. Andrzej który nie zna rosyjskiego zaczyna dzięki sporej ilości wypitej wódki tworzyć swój język w fonetyce podobny do rosyjskiego ale nie mający z nim nic wspólnego ba nawet nie podobny do polskiego. Impreza przeciąga się do późnego wieczoru – większość jej uczestników ma poważne problemy z grawitacja nie wyłączając naszej ekipy. Postanawiamy przenocować w Marine bo tak nazywa się ta wioska – choć jak sami mówią jej mieszkańcy powinna nazywać się Tarkankut co mniej więcej znaczy „tam gdzie diabeł mówi dobranoc” .

Z oczu znika nam Andrzej, który z Miszą i Saszą postanawiają połowić z morza muszle główne zajęcie tutejszej ludności poza sezonem turystycznym.

Prawdziwym mistrzem jest tu jednak Tarkan pies Miszy, który nurkując wyławia je i wynosi na brzeg w pysku – niesamowity widok. Na szczęście pojawia się mama Miszy i całą wesołą trójkę wyciąga na brzeg. Jest zimno ok. 9 stopni – bynajmniej taka temperatura nie przeszkadza Andrzejowi w kąpieli.

Nie chcąc urazić gospodarzy a nie widząc u nich możliwości noclegu – rozbijamy przy świetle reflektorów samochodu namiot sytuując go dokładnie 7 kroków od końca urwiska. Liczymy że rano o świcie obudzi nas piękny wschód słońca nad morzem.

21:40
Idziemy spać – rano poza wschodem słońca czeka nas długa droga przez Krym


19 października 2004 (6 dzień expedycji) [wtorek]

2:50

Przenikliwe zimno i wiatr wiejący od strony morza nie zapowiada pięknej pogody.

7:20
Wstajemy – jedni mniej inni bardziej obolali po wczorajszej uroczystości.

Krótkie podsumowanie tak zwanych strat własnych, odświeżenie pamięci i ruszamy w dalszą drogę nie zapominając jednocześnie o pożegnaniu z naszymi wczorajszymi solenizantami i ich bliskimi.

Obraliśmy kierunek na Sewastopol i Jałtę

Lekko zmęczeni nocą w namiocie i co niektórzy po ostrej balandze zmierzamy na tak zwaną Riwierę Krymską.

Kierując się atlasem drogowym trafiamy na drogę przelotowa przypominającą polny dojazd do dużego PGR-u.

Pomijając już jakość drogi po której obu stronach rozciągają się aż po horyzont pola nie widzimy jakichkolwiek jej oznaczeń czy tez dalszych drogowskazów. Co do słuszności naszego wyboru trasy utwierdzają nas inne przejeżdżające nią z przeciwnego kierunku pojazdu – łącznie może osiem samochodów i dwóch motocyklistów z których jednego na pewno spotkaliśmy ok. 40 km od tego miejsca na innej kolorystycznie maszynie – co stwierdziliśmy przeglądając fotki – bo sami nie mogliśmy w to uwierzyć.

Generalnie do tej pory drogi na Ukrainie nie były rewelacyjna ale też i nie były traktami przez pola – tym razem ten niemal 30 km odcinek nas swoją jakością negatywnie zaskoczył.

Ponadto większość Ukraińskich dróg jak i ulic jest dobrze oznakowana, co prawda czasem błędnie ale jest.

Oceniliśmy nawet że łatwiej się poruszać po Ukrainie niż po kiepsko oznaczonym naszym Śląsku – człowiek się mniej gubi.

Nie zrażani koleinami i dziurami głębokimi do połowy kół jechaliśmy dalej – nasza wytrwałość została nagrodzona – na końcu drogi rozpościerał się widok na morze i niewielką groble przez którą przechodziło pędzone przez kilka osób stado krów – dla nas scena niemal jak z fotografii lub obrazu z przed 100 laty.

Początkowo chcieliśmy wolno wjechać w stado i je wyminąć ale krowy niechętnie nie widząc jakby potrzeby nam ustępowały z drogi wiec postanowiliśmy się nasycić tą chwilą i popaczyć jak spędzane jest stado do obejść.

Z tego co udało nam się dowiedzieć wynikało że każda z krów ma swojego właściciela a wypasane są przez dzień razem – pilnują je wybrane z wioski osoby – a na wieczór są spędzane do swoich obejść pomagają w tym też i inni mieszkańcy wioski.

12:20
Jesteśmy na pięknej krętej drodze wiodącej nad samym wybrzeżem morza – Riviera Krymska zachwyca barwami jesieni i kolorytem morza.

Po drodze natrafiamy na miejscowość Ikerman – z wykutymi w skale „celami” mnichów i przyległą do niej starą cerkwią. Trud włożony przez mnichów w stworzenie tego kompleksu budzi respekt i podziw.

Aktualnie cerkiew jest intensywnie odnawiana podobnie jak część połączonych z nią korytarzy z celami.

Jesteśmy zaskoczeni stosunkowo wysoką dodatnią temperaturą jaka panuje wewnątrz korytarzy i cel – odczuwalnie wyższą niż aktualnie panującą na zewnątrz.

Nad cerkwią i kompleksem – na górze skały choć lepiej określić ją mianem góry kiedyś stała twierdza broniąca okoliczną ludność i mnichów. Do współczesnych czasów niewiele z niej pozostało.

Po części kompleksu oprowadza nas człowiek który przez jak sam mówi półtora roku szedł do Ikerman z Uralu a teraz tu mieszka i pracuje u mnichów – jego uścisk dłoni budzi respekt.

14:30
Udajemy się serpentynami w dalsza drogę.

Prędkość jaką rozwijamy trudno określić zawrotną – to góra 30-50 km na godzinę.

Ekipa w samochodzie odbija się od lewej do prawej burty.

Małą możliwą do rozwinięcia prędkość rekompensują piękne widoki roztaczające na morza.

Pomimo wspomagania kierownicy w naszym aucie – ciągłe niemal pełne skręty kierownicą daje się we znaki Hugo, ale taka droga cieszy jest mniej monotonna niż jazda prostymi jak od linijki po horyzont drogami Ukrainy.

17:00
Zmęczeni kilkugodzinna jazdą serpentynami postanawiamy znaleźć nocleg.

Pomimo zakończonego sezonu – nie jest to łatwe.

Zjeżdżamy do kolejnych po drodze oznaczonych pensjonatów, domów wypoczynkowych, sanatoriów – część z nich jest już zamknięta lub ma komplet. Ceny za nocleg sięgają i 170 hrywien od osoby (?)

Jedziemy dalej w stronę Jałty – może będzie taniej lub uda nam się wynająć prywatny apartament – kwaterę.

18:30
Jesteśmy w miejscowości Simiejz i tu podobnie jak na trasie ostatnich 30 km

Ceny w pensjonatach wysokie a część prywatnych kwater już nie działa – po sezonie.

Napotykamy grupę powracających z wędkami rybaków – jeden z zapytanych o możliwość wynajęcia pokoju stwierdza za lekką namową kolegów że u niego jest taka możliwość i „jeśli chcemy możemy pojechać on pokaże”.

Zabieramy ze sobą wędkarza – jego psa i jedziemy krętymi wąskimi uliczkami – po niespełna 10 minutach jesteśmy na miejscu.

Od strony ulicy wąskiej niemal na szerokość półtora samochodu przechodzimy przez metalową bramkę do wąskiego korytarza w dół po betonowych schodach. W połowie schodów znajduje się taras z którego naszym oczom ukazuje się widok na morze. Do tarasu przyległe są dwa pokoje, jeden z kuchnią oraz łazienka.

Jesteśmy mile zaskoczeni – wszystko jest tu nowe no i ten widok na może ...

Początkowo planowaliśmy spędzić tu tylko jedną noc i jechać dalej ale jakość zaoferowanego pobytu i cena 5 USD od osoby skłania nas do pozostania aż na dwa dni – cały czas czujemy się zmęczeni, może tak działa na nas klimat a może ta ciągła jazda samochodem ?

Ostatecznie z Żenią (czyli Grzegorzem) negocjujemy 35 USD za dwa dni i za cztery osoby.

/ Spokojnie możemy polecić to miejsce na wypoczynek – dla zainteresowanych podajemy adres: Simiejz ul. Ganskowo 21 tel. 240 – 131 (prosić Żenię albo Ljusię)/

20:30
Pierwsza od początku expedcyji możliwość spokojnej archiwizacji foto na CD – zajęcie na wieczór dla Hugo reszta ekipy wychodzi zaszaleć na miasto.

I zaszaleli – kolacją za 165 hrywien (!)

21:40

Nocna włóczęga po plaży

Spotykamy rozśpiewaną grupę studentów z Moskwy („wspinaczy skalnych”) siedzących przy kuchence palnikowej i przygotowujących grzańca. Zostajemy zaproszeni do „ognia”. W rozmowie dowiadujemy się że większość ze skałkowieczów to bywalcy również naszych polskich Tatr.

22:20
Dziękujemy za degustacje grzańca po rosyjsku i wracamy do naszego apartamentu.

Znowu zimna woda ! i tu też jest problem z wodą podobnie jak we Lwowie – jest tylko do 21:00 od 18:00 – nie ma jak zimny prysznic o wieczorze.

W nocy znów wieje zimny i mocny wiatr od morza, mamy wrażenie ze nasz apartament oderwie się od reszty zabudowań Żeni.

20 października 2004 (7 dzień expedycji) [środa]

8:30

Powolne zwlekanie się z łóżek w planie zwiedzanie okolic oraz archiwizacja sporo już ilości fotek i spisywanie relacji z ostatnich dni robota dla Hugo.

10:30
Michał, Andrzej i Tomek – ruszają w góry na sesję plenerową.

15:00
Wreszcie otwarta po przerwie firma telekomunikacyjna z której po złożeniu zamówienia można zadzwonić za granice.

Zamówienie rozmowy polega na podaniu pani w okienku: kraju do jakiego chce się zadzwonić oraz kwoty jaką chce się za połączenie zapłacić. Pani wpisuje do komputera dane a następnie wskazuje kabinę z której można samodzielnie wybrać numer. Koszt rozmowy – 1 minuty to 3,75 hrywny. Im więcej minut tym rozmowa nieco tańsza za 40 hrywien połączeniem z numerem stacjonarnym trwało ok. 16 minut.

17:40
Powraca wygłodniała ekipa – obolały od kręcenia kierownicą po serpentyną Tomek gotuje leczo.

19:20

Jest już po kolacji – zostajemy w apartamencie – jest chłodno i dalej wieje silny wiatr.


21 października 2004 (8 dzień expedycji) [czwartek]

7:05

Kolejna bolesna dla nas pobudka

W planie droga do Jałty i dalej do Feodocji – tam planujemy nocleg aby rano opuścić Krym.

8:30
Tomek i Andrzej chcą przejść się jeszcze raz w okolicach plaży i utrwalić charakter miejscowości dla potomnych.

Miało im to zająć 30 minut wracają po niemal dwóch godzinach.

10:20
Ruszamy w dalszą drogę. Droga do Jałty z Simiejz wiedzie dalej nad morskimi serpentynami – postanawiamy że następny odpoczynek i postój dopiero w Jałcie.

Na szczęście do przejechania został nam już niewielki odcinek drogi około 30 km.

11:45
Jesteśmy w Jałcie.

W planie dostanie się do cafejki internetowej i szybkie zwiedzenie miasta – ujmuje nas swym kolorytem i architektonicznym przepychem nabrzeżna promenada.

Parkujemy w „strefie centrum miasta” – koszt parkingu 5 hrywien za godzinę.

Z interntu można skorzystać w czymś w rodzaju poczty – są tu stanowiska za które płaci się w okienku kasy – w tym samym można uregulować rachunek za domowy telefon. Stoimy w 30 minutowej kolejce.

Koszt internetu 4,20 hrywny za godzinę.

Tomek i Andrzej już tradycyjnie idą w miasto coś skręcić lub sfotografować.

Hugo próbuje wysłać zarchiwizowane na CD relacje i foto – niestety nie ma w terminalach sprawnych stacji CD, a na dodatek co chwila na ekranie wyświetla się samoczynnie strona porno – z naprawdę mocnymi fotosami -zmieniamy miejsce.

14:00
Poszukiwania lepszej cafejki nie dały rezultatu – czas na zwiedzenie miasta, może gdzieś po drodze natrafimy na nią ?

16:00

Michał znajduje cefe internet – jest szansa na przekaz bitów :)

Kolejny problem nasze pliki są za duże jak na jakość transferu w cafejce – wyświetlony czas przekazu ftp fotografi – jednego 700 megowego folderu to 7 dni i 6 godzin! a mamy takich folderów co najmniej 9 do wysłania.

Próba pomniejszenia plików przez obsługującego cafe informatyka kończy się niepowodzeniem.

Pozostaje tylko w ramach przewidzianego na cafe czasu zainstalowanie komunikatora tlen.pl i rozmowa z bliskimi.

17:05
Wyjeżdżamy z Jałty kierując się do Feodocji.

Droga stopniowo staje się coraz mniej kręta i przyległa do morza.

18:30
Jesteśmy w Sudaku powoli zapada zmierzch – planujemy znalezienie tu kwatery i spędzenie nocy – rano planowane zwiedzanie twierdzy z przeszło 2 km murem obronnym.

W większości napotkanych stancji słyszymy że jest po sezonie i nie są przygotowani na przyjęcie gości.

Błąkamy się po mieście – postanawiamy zapytać taxówkarza czy nie zna jakiegoś dobrego lokalu – nie hotelu – gdzie moglibyśmy się przespać na jedną noc. Taxówkarz nie zna takiego miejsca ale do rozmowy włącza się modnie ubrany młody człowiek i mówi że u jego koleżanki będziemy mogli się przespać za 100 hrywien za noc – dzwoni do niej. Po 15 minutach pojawia się dziewczyna lat około 30 kilku z którą jedziemy do jej mieszkania – ma być ciepła woda. Warunek do 7:15 musimy wyjechać bo ona idzie do pracy.

Ciemnymi dziurawymi uliczkami trafiamy przed nieoświetlony garaż, z boku garażu furtka do wąskiego między ogrodzeniami ogrodu.

Po mieszkaniu biega dwójka małych dzieci lat od 3 do 6. Wszędzie panuje nieporządek, jest biednie ale czysto – na stary wypłowiały dywan w „budach wchodzić nie wypada” – uwaga do Hugo, który nie zdjął butów.

Mielibyśmy spać na kanapie i dużym małżeńskim łóżku. Łazienka mała ale czysta.

Po chwili zastanowienia rezygnujemy z noclegu zdając sobie sprawę że naszym pobytem w mieszkaniu za bardzo ingerujemy w życie dziewczyny i jej małych dzieci.

Ruszamy w dalszą drogę.

20:20
Jesteśmy w Feodozji, omijamy centrum kierując się za miasto w stronę morza – planujemy noc spędzić w namiocie na plaży.

Jest zimno około 5-7 stopni. Plaża znajduje się w odległości 20 – 30 metrów od głównej drogi – martwi nas że nie jest nigdzie osłonięta np. pagórkiem lub drzewami dającymi schronienie autu i namiotowi.

Po drodze powoli rozglądamy się za możliwością rozbicia się z namiotem na jakiejś prywatnej posesji.

21:10
Zatrzymujemy się przed zamkniętą bramą z niewielkim ogródkiem wiodącą do cafe – w budynku świecą się jeszcze światła a przed nim w mroku poruszają się jakieś postacie. Długim sygnałem klaksonu oznajmiamy nasze przybycie.

Do bramy podchodzi wysoki człowiek o typowej wschodniej zakaukazkiej urodzie. Pytamy o możliwość noclegu. Po krótkim zastanowieniu wskazuje nieodległy dom „babuszki” u której są pokoje do wynajęcia.

Prosimy o zaprowadzenie. Niestety ledwo dobudzona starsza pani – właścicielka kilku pokoików nie może znaleźć kluczy do kudek na które są one zamknięte. Udaje się tylko do jednego wiejącego stęchlizną pokoiku z dwoma starymi łóżkami. Rezygnujemy – wygodniejszy nasz namiot.

Wracamy do cafe – po drodze Alek – bo tak ma na imię nasz nowy znajomy zapytany o możliwość noclegu na posesji wyraża zgodę. Po chwili namysłu proponuje nocleg w nieużywanej już po sezonie części cafe – w czymś w rodzaju przybudówki – wiaty, tu jak sam mówi będzie nam cieplej niż w namiocie a tylko tyle może nam zaoferować. Z okazywaną Alekowi radością korzystamy z zaproszenia.

Wypakowujemy śpiwory i kalimaty – dziś noc spędzimy na tureckich ławach. Po chwili pojawia się Alek i zaprasza na zaplecze gdzie czeka już na nas gorąca zupa przypominająca solankę i mocna herbata.

Nie chcąc być dłużni po staropolsku wyjmujemy z samochodu ciastka Lajkonika oraz 0,5 l ukraińskiej wódki - prezent jaki dostał Hugo od rodziny w Marine. Siadamy do rozmowy – naszymi gospodarzami są Alek rodowity Uzbek oraz „T”- imienia nie zapamiętaliśmy – rodowity Tatar Krymski, którzy prowadzą sezonową cafejkę z typową uzbecką kuchnią cenioną tutaj na Krymie.

Alek opowiada o siebie, swojej rodzinie i kraju – w jego głosie słychać tęsknotę – za tydzień może 10 dni wraca już do siebie „jest po sezonie”. U siebie w kraju też ma przydrożne cafe. Zgodnie z tradycją rodzinna jest „jak jego ojciec i dziadek i ojciec dziadka” kucharzem. Rano mamy spróbować samsy – typowej potrawy Uzbeckiej – specjalności cafe z której Alek jest dumny, mówi że tylko u niego tu na trasie jest najlepsza bo wypiekana w typowym tandarze – piecu z gliny który przywiózł ze swojego kraju .

Alek i „T” sporo pytają o Polskę jak się tu żyje jaka jest kuchnia ile można zarobić, czy jest taka kuchnia i czy znamy takie potrawy pachnące stepem ...

Rozmowa przeciąga się do późnej nocy.


22 października 2004 (9 dzień expedycji) [piątek]

5:10

Budzą nas dźwięki dobiegające z kuchni i przenikający ściany zapach ciętej cebuli.

6:30

Powoli wstajemy ... interesuje nas jak wygląda przygotowanie samsy „od kuchni”.

Składnikami są: mięso wolowe, dużo cebuli, tłuszcz barani, przyprawy oraz ciasto w które wszystkie składniki są zawijane.

Alek i „T” rozpalają piec – musi mieć odpowiednią temperaturę – nie za gorący ale i nie za chłodny.

7:20
Piec jest już rozgrzany do właściwej temperatury można wkładać kulki samsy. W sezonie sprzedaje się ich ponad 600 dziennie – koszt jednego to 0,50 USD – jak mówi Alek ten sezon był dobry – zrobili dobry interes.

8:30
Po sowitym poczęstunku świeżo wypieczonymi samsami i po pożegnaniu ruszamy w dalszą drogę – opuszczamy już Krym za zamiarem dojechania do granicy Ukraińsko – Rosyjskiej.

14:20
Opuszczamy Krym

15:30
Dojeżdżamy do wybrzeża Morza Azowskiego, przy drodze stragany zastawione świeżym kawiorem (czarnym i czerwonym) i będącym pod ochrona jesiotrem wystawianym z bagażnika do sprzedaży.

Cena kawioru to tu od 100 do 140 hrywien za słoik 0,5 litrowy.

15:50
Kolejna z wielu kontroli – tym razem mamy za ciemne szyby – przekraczamy dopuszczalne normy przyciemnienia – wykupując odpowiednią plakietkę – badanie techniczne możemy bez problemu jechać dalej – koszt plakietki „legalizującej” niedopuszczalne przyciemnienie to 104 hrywny.

Mamy do wyboru: zapłacić albo auto zostanie skierowane do zakładu w którym zostaną odklejone folie i dopiero po odklejeniu będzie można nim dalej poruszać się po drogach.

Na zachętę milicjant informuje nas że plakietka jest ważna nie tylko na Ukrainie ale i w Rosji i Białorusi. Płacimy.

16:40

Kolejna kontrola tym razem Hugo przekracza prędkości z dopuszczalnych 60 km/h – na wskazaniu radaru milicjanta 93 km/h. Koszt dalszej jazdy to dwie koszulki Expedycji i kilka paczek Lajkonika.

Od teraz jedziemy już zgodnie z przepisami.

17:20
Opłata za plakietkę pochłania ostatnie hrywny – musimy wymienić waluty – pytanie tylko gdzie.

Na kolejne napotkanej stacji nie chcą od nas przyjąć euro – a bak prawie pusty, musimy znaleźć kantor.

Zjeżdżamy z głównej drogi do Primorska – w atlasie oznaczona jako miejscowość turystyczna – po drodze mijamy osiedle bloków – tylko w niewielkiej część mieszkań widać życie – w pozostała większości jest opuszczona z powybijanymi szybami z rzadka tylko osłoniętymi szmatami.

Mamy wrażenie że trafiliśmy w osiedle slumsów. Przejeżdżamy czym prędzej.

W nieodległym od miasteczka barze Michał próbujemy dowiedzieć się gdzie możemy wymienić pieniądze. Jak udało mu się dowiedzieć tu w okolicy nigdzie - dopiero w Biedrjański.

Zaraz za Michałem wychodzi z baru dwóch ubranych w skórzane kurki męszczyzn wsiadają do białego BMW serii 7 po chwili BMW rusza w kierunku w którym i my zmierzamy wyłączając pomimo zmierzchu światła – dziwne.

Przez kilka minut Hugo obserwuje w lusterku czy nie jadą za nami dalej – na szczęście już nie ...

Kilka kilometrów dalej natrafiamy na otwarty bar decydujemy się na posiłek. Z obsługą ustalamy że zapłacimy euro – kelnerka je od nas odkupi – kurs niezbyt korzystny za 15 Euro dostajemy 90 hrywien tyle ile wynosi rachunek za dość obfity dwu daniowy posiłek.

19:45
Na rezerwie w baku zbliżamy się do Biedrjańska może tu uda nam się wymienić pieniądze.

W mieście szaro zapada zmierzch – trafiamy do dzielnicy portowej licząc na punkty wymiany walut – niestety wszystkie o tej porze są już zamknięte.

Za radą napotkanego młodego człowieka idziemy na niewielki bazar – o tej porze tylko tu można wymienić waluty. Właściwego człowiek Michał znajduje bez większego trudu – kurs nie najlepszy (6,40 hrywny za euro) ale co robić kiedy w baku pusto a planujemy jeszcze przejechać kawałek drogi.

Rozważamy możliwość pozostania i noclegu – miasto wydaje się interesujące, stare niskie kamienice na Prospekcie Lenina w centrum miasta pamiętają czasy imiennika. Niestety ceny hoteli bynajmniej są współczesne – pokój 4 osobowy w dobrych warunkach to 240 rubli.

Pozostawieni w aucie Tomek i Andrzej spotykają Stefana – studenta nauk matematycznych, który oferuje pomoc w znalezieniu noclegu – najpierw podwozimy Stefana pod sklep z elektroniką – ma coś tu załatwić. Następnie obieramy kurs na mieszkanie koleżanki Stefana, która może chcieć wynająć pokój na noc – czekamy pod blokiem - niestety nic z tego tej nocy. Obieramy kolejny kierunek za radą naszego przewodnika - jedziemy do dzielnicy domków, których właściciele w sezonie wynajmują pokoje. Większość z nich jest jednak zamknięta na głucho.

Nieco poirytowani tą przejażdżka po mieście postanawiamy jechać dalej.

21:30
Zbliżamy się do Marinopolu – tu planujemy spędzić ostatnią noc na Ukrainie.

Nie ma wielkiego wyboru musimy nocować w hotelu.

22:20
Jesteśmy zainstalowani w hotelu.

Mamy wrażenie że jego wystrój jest niezmienny od czasów towarzysza Breżniewa.

Pokój trzy osobowy wynajmujemy dla naszej czwórki bez problemu za dopłatą.

Koszt pokoju to 120 hrywien dopłata to 60 hrywien – łącznie 180 hrywien za noc.

Za parking przy recepcji płacimy z góry 7 hrywien za noc – samochód będzie tu bezpieczny „Ci Panowie pilnują”.

Wskazani Panowie bynajmniej nie wzbudzają zaufania ale może to tylko nasze odczucie.

Pokój a właściwie dwa małe pokoje są czyste z telewizorem, łazienka duża ale nieco obskurna – odpadające kafelki nie robią dobrego wrażenia – jest woda i to na dodatek ciepła!

22:30
Ekipa poza Hugo, który zostaje w pokoju żeby zarchiwizować fotki idzie w miasto.

23:50
Wszyscy powoli układają się do snu jutro Rosja.

23 października 2004 (10 dzień expedycji) [sobota]

8:10

Kolejny dzień expedycji - powoli się dobudzamy i wstajemy.

9:05
Przy chodniku przed hotelem nasz samochód nadal stoi – ruszamy w dalszą drogę.

9:30

Kolejna z wielu kontrola drogowa – jesteśmy tuż przed granicą jakieś 8-10 km.

Pewni że wszystko mamy w porządku – ba nawet więcej zalegalizowaliśmy nielegalne przyciemniane szyby czekamy na pozwolenie dalszej jazdy – tym razem milicjant jednak nie daje łatwo za wygraną w poszukiwaniu czegoś co mogło by sprawić żeby jego stan majątkowy się powiększył. Udaje mu się – brak nam plakietki państwa czyli PL-ki.

Jakieś dejavu – już raz za to płaciliśmy – zaczynając naszą wizytę na Ukrainie. Tym razem negocjacje zaczynają się od 50 USD ! Chyba bliskość granicy sprawia że ceny rosną w geometrycznym postępie. Hugo pokazuje portfel na dowód że jest w nim tylko 20 euro – reszta na karcie – nie wozimy gotówki – możemy zapłacić góra 10 euro musimy mieć przecież jakąś gotówkę choćby na telefon. Milicjant przystaje na propozycję – 10 euro i „paszli” – przed odjazdem mówi nam żeby przy kolejnej kontroli powiedzieć że „Piotrowic nas pustil” – nie będzie już dalszych problemu. Jedziemy.

Po około 3 km mijamy kolejną kontrolę tym razem zajętą sprawdzaniem innego samochodu – spokojnie przejeżdżamy – poręczenie Piotrowicza nie jest nam już potrzebne.

Granica.

Na przejściu prawie pusto jesteśmy drudzy w kolejce a odprawa Ukraińska szybko i sprawnie przebiega – nawet nie musimy otwierać samochodu – wzbudzamy jak zwykle tylko ogólne zainteresowanie : „skąd – dokąd, co to za maszyna ?”

Po 15 –20 minutach jesteśmy już na Rosyjskiej punkcie kontrolnym.

Dostajemy do wypisania kolejne deklaracje i karty. Po odprawie paszportowej musimy wyrobić „strachowke” – ubezpieczenie komunikacyjne na terenie Rosji – bez niej nie dostaniemy dalszych dokumentów uprawniających do poruszania się po drodze. Ubezpieczenie można wyrobić w baraczku na granicy. Koszt ubezpieczenia jest wysoki więc Hugo idzie sprawdzić czy polisa z zieloną kartą nie wystarczy – „w Rosji nie obowiązuje Polskie ubezpieczenia – nie ma umowy”. Koszt „strachowki” to 1029, 60 rubla po komputerowym wypisaniu danych do formularza idzie się następnie z dyskietką i wydrukowaną deklaracją do kolejnego baraczka – tu Pani wypełnia ponownie dane i archiwizuje je na dyskietce – mają posłużyć do wydrukowania zezwolenia drogowego – koszt to dalsze 100 rubli. Korzystając z okazji Hugo kupuje za 30 rubli identyfikacyjną plakietkę z emblematem państwa – RU – przerabiamy ją wycinając i podklejając na niej białą wyciętą z kartki papieru elipsę z napisanymi czarny długopisem literami PL. Mamy już PL-kę.

Z dyskietką dalsza droga wiedzie do kolejnej tym razem już budki metalowej w której siedzi urzędnik wystawiający „zezwolenia drogowe” – po otrzymaniu dyskietki informuje że zezwolenie wystawi ale tylko na 5 dni – więcej dostaniecie na miejscu jak zgłosicie się do tu podaje niezrozumiale nazwę urzędu.

Tłumaczenie że wizy mamy jeszcze na 3 tygodnie i że „strachowka” obowiązuje przez 14 dni niewiele pomagają – „to inne przepisy ja mam takie z Moskwy”. Pomaga dopiero wsadzone do szuflady 100 rubli – dostajemy zezwolenie aż do końca obowiązywania ubezpieczenia czyli nie na 5 a na 14 dni.

Odprawa celna przebiega już bez problemu – po otwarciu bagażnika celnik zadaje tylko pytania o materiały pirotechniczne i narkotyki – jednych i drugich nie mamy – więc koniec odprawy.

W baku znów posłucha – musimy tankować – 3 km za granicą ponowna kontrola tym razem milicji rosyjskiej.

Prowadzi Tomek, w ocenie milicjanta nowe polskie prawo jazdy nie jest dobre –„ nie ma na nim napisane permis de conduire, tak jak na starym prawku Hugo. Poirytowani tym idziemy z milicjantem do posterunku, który chce nam pokazać książkę gdzie jest napisane jak ma wyglądać obowiązujące na terenie Rosji prawo jazdy – „musi być napisane w nim napisane w 4 językach w tym rosyjskim”. Zdenerwowany Hugo udaje że dzwoni do Polski do znajomego konsula rosyjskiego żeby zapytać go czy to prawda – wychodząc mówi że jako ekipa TV mamy wysoko postawionych znajomych. Podczas oglądania prawa jazdy okazało się że ma napisy tyle że widoczne pod rożnym kontem – nawet w języku rosyjskim. Wszystko w porządku możemy jechać dalej – czyżby obyło się bez dowodów wdzięczności.

Szukamy stacji jadąc za radą milicjantów w boczną drogę po 2 km natrafiamy na stację – nie sprzedają jednak na niej ON. Jest nie dobrze nawet rezerwa się już kończy. Ruszamy.

Po 10 minutach jesteśmy na stacji – za ostatnie jakie pozostały po opłatach 200 rubli tankujemy. Wskazówka nieznacznie przekroczyła wskaźnik rezerwy.

12:53
Jesteśmy w Taganrok – może tu uda się nam wymienić walutę na ruble. To niewielkie miasto.

Jest sobota może być z tym problem – pytamy o kantor dowiadujemy się że „u nas takich niet” może w banku –parkujemy. Koło targu oddalonym od samochodu o jakieś 5 minut drogi rozdzielamy się: Hugo i Michał idą szukać banku a Tomek i Andrzej mają podjechać pod mur targu i zaczekać. Odszukany bank jest już od 20 minut zamknięty ale pracownik banku mówi że można wymienić walutę na nieodległym targu, na który udaje się Michał – Hugo czeka na samochód z resztą ekipy.

13:40
Hugo zostaje wywołany przez krótkofalówkę – to Andrzej i Tomek: „mamy problem – zatrzymała nas milicja, idziemy w twoją stronę” (!?)

Oczom Hugo ukazuje się na końcu uliczki z której miał nadjechać samochód - dwóch milicjantów a za nimi Andrzej i Tomek, którzy zostali zatrzymani za filmowanie i fotografowanie bazaru (?!). Dwaj młodzi milicjancie trzymają ich paszporty.

Z rozmowy Hugo z milicjantami wynika że w Rosji filmowanie jest zabronione i mamy problem. Mamy w trójkę nieodparte wrażenie że problemem jest chęć otrzymania przez Panów milicjantów łapówki – dwie na jeden dzień nam już wystarczą – żądamy zaprowadzenia nas na posterunek do komendanta – wzbudza to lekkie zdziwienie młodych funkcjonariuszy – pod drodze nawiązuje się rozmowa że może by tak i nie iść – niestety dziś nas już nie interesują łapówki.

Na komisariacie zostajemy ponownie wylegitymowani – siadamy w poczekalni razem ze „studentkami”, które zgłaszającymi pobicie – tak określają milicjanci 6 młodych i ładnych miejscowych prostytutek.

Po chwili wychodzi do nas oficer dyżurny – Andrzej pokazuje mu co filmowali – ryby na targu – nieco rozbawiony incydentem oficer woła innych kolegów żeby zobaczyli skuteczność jego podwładnych. Po „surowym” pouczeniu że nie wolno filmować obiektów strategicznych a w szczególności targów z rybami jesteśmy wolni.

Mamy jednak problem z wymianą waluty – pytamy więc na komisariacie gdzie możemy jej dokonać – odpowiedź jest tylko jedna na targu – ale uważajcie. Nasi bohaterscy milicjanci deklarują że nas odprowadzą do targu i wskażą gdzie wymienić – przyjmujemy ich propozycję po drodze zadając pytanie czy to legalne (może to ich prowokacyjna zemsta?).

Po drodze natrafiamy na Michała, który czeka już mocno zdenerwowany w ustalonym na spotkanie miejscu a o którym całkiem zapomnieliśmy.

Na targu wymieniamy nasze dewizy na miejscowe ruble – kurs: 26.7 rubla za USD (było by 28 ale macie drobne 20 dolarówki a nie 100 – choć wspólnie wymieniamy ponad 100 USD) oraz 35 za euro – podobnie jak w przypadku dolarów.

15:30
Mając już ruble spokojnie możemy ruszać na stacje.

Jedziemy – po 3 minutach drogi – kolejna kontrola tym razem jedziemy pod prąd (pas tylko dla marszrutek i autobusów). Tomek ponownie idzie się tłumaczyć – udając że nie rozumie i że ostatnią godzinę spędził na komendzie zostaje po pouczeniu puszczony – możemy jechać.

W napotkanych po drodze stacjach usiłujemy kupić atlas lub mapę samochodową – bez rezultatu – w Rosji nie ma map na stacjach. Kierowani w jednym z na trasie z miast trafiam na autobazar już po jego zamknięciu.

Jedziemy tylko zgodnie z tablicami informacyjnymi.

19:10
Jesteśmy w Rostowie nad Donem – to jedno z większych miast w tym rejonie Rosji.

W napotkanej przy myjni knajpce zatrzymujemy się na obiadokolacje.

Cena za posiłek wynosi: 930 rubli.

20:20
Poinstruowani przez obsługę knajpki ruszamy w dalszą drogę do Soczi – po drodze nie ma sensu się już zatrzymywać na nocleg. Planujemy jazdę przez całą noc.

Wyjeżdżając z miasta mijamy przydrożny całodobowy bazar rozciągnięty na niemal 2 – 3 km.

Czas zakupić tu atlas samochodowy. Cena 200 rubli – dla Polaków 180 rubli – bierzemy.

20:40
Kolejna kontrola milicyjna – nawet dla sportu już ich nie liczymy (jakaś 9-14 w dniu dzisiejszym) – ta jest jednak inna prowadzona bardziej szczegółowo pod kątem nie dokumentów a tego co mamy w samochodzie.

Sprawdzane są nasze bagaże, samochód – ba nawet kieszenie.

Padają liczne pytania o narkotyki, materiały pirotechniczne, broń...

Po 20 minutach jesteśmy wolni możemy jechać - ujęci tak drobiazgową kontrolą – postanawiamy podarować Panom milicjantom nieco ciastek – do herbaty na ciężką noc.

W duchu liczmy że do Soczi będziemy mieli już spokojniejszą drogę.

Jedziemy – tej doby mamy jeszcze tylko dwie kontrole.

24 października 2004 (11 dzień expedycji) [niedziela]

2:30

Droga powoli zmienia się w znane nam z Krymu serpentyny – z informacjami z atlasa zbliżamy się na „rosyjską rivierę”. Postanawiamy zatrzymać się do rana aby móc podziwiać widoki z drogi jakie mogą nas ominąć w trakcie jazdy w nocy.

3:10
Stacja benzynowa – staje się naszą noclegownią.

Hugo nauczony doświadczeniem pakuje się w śpiwór, reszta okrywa się kurkami – czas na chwilę snu.

7:30
I znów budzi nas chłód – stanowczo nieco mniejszy niż przez ostatnie dni a właściwie noce spędzane w samochodzie.

7:50
Ruszamy w dalszą drogę.

Po drodze mijamy kilka tarasów widokowych – naprawdę warto się na nich, choć na chwilę zatrzymać.

Jesteśmy zaskoczeni że przejechanie odcinka 30 km zajmuje niemal godzinę – serpentyny są tu lepsze niż na Krymie.

14:20
Jesteśmy w Soczi.

Jak zapamiętali z czytanki starsi uczestnicy expedycji z książki do nauki języka rosyjskiego „mieście ogrodzie”.

Plan na dzień: kawa i tym razem śniadanio – objad, potem znalezienia kantoru i wymiana waluty, następnie sprawdzenie możliwości przejazdu przez Abchazję – awaryjnie sprawdzenie połączeń promowych do Batumi w Gruzji a na koniec znalezienie kwatery na noc.

Z kawą i jedzeniem podobnie jak z wymianą walut poszło sprawnie – gorzej z informacjami o możliwości przekroczenia granicy z Abchazją.

Z promem też nie najlepiej – koszt promu to dla czterech osób przeszło 19000 rubli czyli ponad 700 USD.

Jesteśmy więc w tak zwanej kropce.

Pozostało znalezienie kwatery na noc tą lub i na kolejną.

O kwaterę najlepiej zapytać na dworcu – „u babuszek”

- jak ją nazwaliśmy mafia babć rządzi rynkiem pośrednictwa kwater w mieście – każda ma do zaoferowania kilka pokoi w różnych kwotach i lokalizacjach.

Michałowi i Tomkowi udało się znaleźć „maklera”, który ma do zaoferowania dwa dobre apartamenty za 600 i 700 rubli za noc. Jedziemy za nim krętymi wąskimi dróżkami często ostro pod górę lub w dół. Poznajemy „zaplecze” miasta. Po drodze widoki na ośnieżone już szczyty kałkazu widoczne z niektórych górek wprowadzają nas w osłupienie.

Zatrzymujemy się przed jednym z domów gdzie są do wynajęcia pokoje. Po szybki rekonesansie rezygnujemy – pokoje są jeszcze w trakcie budowy. Nasz „makler” prosi o jeszcze jedną szanse – chce pokazać „lux” pokoje za 700 rubli za noc – przy samej plaży, będziemy zadowoleni.

Jedziemy tym razem głównie w dół miasta.

Wskazany dom robi pozytywne wrażenie podobnie jak i jego właścicielka około pięćdziesięcioletnia Pani – o imieniu Sonia. Zostajemy – samochód można wprowadzić na niewielkie podwórze – będzie tu bezpieczny.

Ustalamy cenę 700 rubli za tą noc i 600 za każdą następną jeśli zostaniemy.

17:40
Szybkie zakupy, znów nam coś upichci Tomas.

18:30
Rekonesans po mieście, czas dowiedzieć się o inne możliwości dalszej podróży.

Budżet expedycji nie przewiduje aż tak dużego wydatku w postaci promu, podobnie ma się z idę expedycji – okrążenie miało być realizowane drogami lądowymi a nie morskimi – ale może nie będzie innego wyjścia.

22:15
Zmęczeni całonocną drogą idziemy spać

25 października 2004 (12 dzień expedycji) [poniedziałek]

9:30

Znowu z planowanej na 7:30 pobudki nic nie wyszło – chyba nasze organizmy dalej są w czasie polskim (aktualnie różnica 2 godzin: tu 7:30 a w Polsce 5:30 daje się we znaki).

Dziś w planie tylko nadrabianie zaległości w pisaniu relacji (Hugo), sprawdzenie kiedy odchodzi kolejny najbliższy prom do Turcji lub Batumi w Gruzji z możliwością przewozu samochodu i ile będzie kosztowała przeprawa (Michał), wypoczynek na plaży połączony z fotografią rybaków (Tomek i Andrzej).

Na pytanie o możliwość przeprania w pralce brudnych ciuchów nasza gospodyni Pani Sofia deklaruje swoją pomoc i sama zabiera rzeczy do prania.

Czas na pisaniu ucieka nie ubłaganie, wypalane z foto płytki może uda się wysłać jutro kurierem bo ich pojemność każda powyżej 500 MB nie nadaje się do wysłania przez sieć – szkoda.

17:40
Czas na posiłek tym razem mocno przesolona kura na zimno z supermarketu.

19:40

Tomek i Andrzej uderzają zaszaleć w miasto nie chcą zabrać ze sobą Michała – czyżby coś planowali. Michał zrezygnowany pozostaje z piszącym od rana relacje Hugo – co najwyraźniej nie sprawia mu radości, ba nie pomaga nawet „bielyje” piwo.

23:00
Koniec pisania relacji czas na sen jutro rekonesans granicy Rosji z Abchazją może tędy uda się przejechać do Gruzji a dalej do Turcji.

Równie interesujące są widoczne z Soczi ośnieżone szczyty Gór Kaukazu.


26 października 2004 (13 dzień expedycji) [wtorek]

0:20

Idziemu spać ale najpierw składamy życzenia solenizantowi – ANDRZEJ OBCHODZI DZIŚ URODZINY - KONCZY 22 LATA!

8:15
Powoli wstajemy

W planie sprawdzenie możliwości przejazdu przez Abchazje do Gruzji a dalej do Turcji – oby było to możliwe, choć niemal od każdego z miejscowych jak i przyjezdnych na odpoczynek Rosjan z którym rozmawiamy o planowanej trasie naszego przejazdu dowiadujemy się że w Abchazji trwa wojna i słyszymy że chyba zwariowaliśmy jeśli chcemy tam teraz jechać.

Aktualnie Abchazja odłączyła się od Gruzji i jest niezależną republiką z mocno pro rosyjskim kierunku politycznym, z czym nie zgadza się znacząca część społeczeństwa chcąca pełnej niezależności lub dalszej przynależności do Gruzji.

Podobno co kilkanaście kilometrów można spotkać na drodze uzbrojonych osobników zbierających opłaty za przejazd – średnio 100 USD od osoby. Mogą to być zarówno „bojownicy” walczący za lub przeciw władzy, „przedstawiciele” lokalnego wataszki czy też łasi na zysk zwykli bandyci – nikt tego tutaj tak do końca nie wie.

Spotykamy się również z opiniami że nic nam nie grozi jeśli nie będziemy zjeżdżać z głównej drogi czy też jechać nocą lub po prostu zatrzymywać się przy drodze – to może wzbudzić zainteresowanie.

Możemy też wynająć ochronę ale to kosztuje ... ok. kilkaset dolarów no i trzeba wiedzieć z kim rozmawiać.

Kolejny problem nad którym się zastanawiamy to jak wygląda granica Abchazko – Gruzińska i czy przez nią przejedziemy (czy dostaniemy na niej wizy Gruzińskie) bo powrotu do Rosji już nie będzie (mamy wizy jednokrotne).

Tak wiec sytuacja jest poważna a my jesteśmy w tak zwanej kropce bez dostatecznych informacji.

9:40
Kierujemy się z Soczi na nieodległą granice znajdująca się w miejscowości Adler.

[ok. 23 km od centrum Soczi]

10:15
Dojeżdżamy do strefy przygranicznej ok. 500 m przed granicą.

Z lewej strony mijamy tętniący życiem niewielki bazar – miejsce handlu wszelakimi towarami.

Na bazarze można spotkać zarówno Rosjan jak i Abchazów korzystających na przygranicznym handlu korzystnym dla obydwu stron. Wydaje się że bliskość granicy jest najlepszą weryfikacja opłacalność transakcji.

A że z miejscowego handlu można nieźle żyć utwierdzają nas drogie zachodnie samochody zaparkowane na poboczy głównie nowe BMW i Audi, kontrastujące ze leciwymi ŁAZ-ami i Ładami poruszającymi się w stronę granicy.

Mijamy niewielką kolejkę samochodów oczekujących na przejazd. Napotkany przed przejściem Rosyjski celnik po obejrzeniu naszych paszportów informuje że nie uda nam się przejechać tej granicy – jak to tłumaczy: „jest to wewnętrzne przejście graniczne obsługujące tylko Rosjan i Abchazów”. I że służby graniczne Rosyjskie nas nie wypuszczą bo nie spełniamy warunków i jesteśmy obcokrajowcami oraz dodaje nieco ciszej że również dla naszego bezpieczeństwa.

A nawet gdybyśmy przejechali to i tak były by problemy na granicy Gruzińskiej bo jak widzi nie mamy wiz a na granicy ich nie dostaniemy.

Sugeruje prom do Batumi – gdzie schodząc na ląd w porcie dostaniemy wizy lub drogę do Władykałkazu do Ambasady Gruzińskiej i wyrobienie wiz oraz próbę przejścia granicy przez przejścia w Osetii.

Ta ostatnia propozycja wydaje nam się jeszcze bardziej ryzykowna od wersji przejazdu przez Abchazie ...

Na koniec naszej rozmowy po raz kolejny upewniamy się czy aby na pewno nie ma innego sposobu (delikatnie sugerując łapówkę) ale odpowiedz celnika nie daje złudzeń tędy nie przejedziemy – pozostaje dalej przeprawa promowa: z Soczi do Batumi lub z Soczi bezpośrednio do portu w Turcji.

Nieco zmienia to koncepcję okrążenia Morza Czarnego drogą lodową ale może to jedyne wyjście w tej sytuacji aby zgodnie z planem kontynuować Expedycję.

Żałujemy że omijamy najciekawsze – bo najmniej znane w Polsce miejsca w tej części naszej trasy – najbardziej żal nam Gruzji, kraju świeżo po „rewolucji róż”.

11:40
Koniec zwiedzania przygranicznego bazaru ruszamy w dalszą drogę – trasa wiedzie do Krasnej Polany – miejscowości położonej malowniczo w górach Kaukazu przeszło 600 metrów nad poziomem morza.

[Do Krasnej Polany z miejscowości Adler mamy ok. 47 km]

Droga do Krasnej Polany wiedzie przez niesamowite górskie drogi – częściowo w przebudowie.

Ruch pojazdów na odcinku 7 km wykutym w zboczu skalnym odbywa się wahadłowo – co godzinę ruch w jednym kierunku. Widok z drogi „w dół” mrozi krew w żyłach.

Aktualnie trwające prace drogowe mają za zadanie wykucie tuneli pod górami a nie jak dotychczas wykucie dróg wiodących po ich stokach tuż nad przepaściami wyżłobionymi przez rwące górskie rzeki.

13:40
Dojeżdżamy do Krasnej Polany – przy drodze mijamy liczne domy wypoczynkowe i pensjonaty dla na prawdę zamożnych turystów. Podejrzewamy że wypicie kawy w którymś z nich w znaczący sposób naruszyło by nasz budżet.

14:05

Koniec drogi

Jesteśmy przy małym ale dobrze urządzonym i wyposażonym centrum turystycznym z wyciągiem krzesełkowym wywożącym na szczyt góry na wysokość przeszło 2200 metrów. Koszt przejażdżki to 500 rubli a czas ok. 60 minut w jedną stronę – są dwie przesiadki po drodze.

Obok wyciągu restauracje, sklepy i kafejki.

Z uwagi na koszty przeszło 23 USD od osoby rezygnujemy z przyjemności przejażdżki.

Korzystając z okazji wychodzimy na najbliższy pagórek na którym pasą się konie – widok równie piękny z doliny na ośnieżone już szczyty Kaukazkie.

15:00
Pożegnaliśmy już Krasną Polanę.

Oczekujemy na przejazd przez strefę remontów – od 15-ej do 16-ej mogą się poruszać pojazdy w stronę Soczi, jeszcze jadą samochody z przeciwnego kierunku.

15:15
Ruszamy już bez przeszkód – teraz cala droga (szerokości dużej ciężarówki) jest do naszej dyspozycji.

16:40

Dojeżdżamy do Soczi – postanawiamy sprawdzić inne możliwości połączeń promowych (zadanie dla Michała), przygotować posiłek (Andrzej i Tomek) oraz sprawdzić przez internet co słychać w kraju (Hugo).

Koszt internetu – 36 rubli za godzinę.

19:00
Kolacja i mała „IMPREZA” URODZINOWA ANDRZEJA /młokosa/.

23:40
Czas na sen jutro może już opuszczamy Soczię.

27 października 2004 (14 dzień expedycji) [środa]

8:15
To już normalne ze zaspaliśmy wiec nawet już na nikim w ekipie nie robi to wrażenia norma – przecież w Polsce to dopiero 6:15 !

9:20
Michał i Tomek idą do portu sprawdzić możliwości przeprawy promowej z samochodem – w poniedziałki i czwartki odchodzi ponoć prom, który może nas zabrać (Turecki armator) – koszt promu niższy niż ostatnio nam mówiono nie ponad 19 000 rubli dla 4 osób i samochodu a 14175 rubli dla 3 osób i samochodu (kierowca jest na wyposażeniu auta).

14:10
Ustalamy warunki z przewoźnikiem (okienko nr 11 w porcie), dajemy nr paszportów i dane samochodu, mamy czekać na telefon – może to być około godziny 4ej w nocy jak również około 8ej – po wyładunku towarów.

Problemów z rosyjską strażom graniczną nie będzie zapewnia organizator łapówkę już dostali.

Rano mamy po telefonie szybko przyjechać do portu – mamy mieć też przygotowane 14175 rubli na bilet – resztą ma zając się nasz przewoźnik.

14:40
Powoli wszystko wraca do normy – Expedycja ma szanse na kontynuacje – czas na relaks na plaży, słonce mocno świeci jest około 22 – 25 stopni.

16:20
Powrót do naszej kwatery – porządkowanie rzeczy przed jutrzejszym wyjazdem.

Pakowanie, wypełnianie kolejnych deklaracji celnych – tym razem wywozowych, zaleceni przewoźnika – żeby nie było pytań na „oprawie”.

17:40
Przestaje współdziałać z notebookiem wypalarka CD – a fotek przybywa dziennie co najmniej 350 - 600.

18:20
Wymiana waluty na ruble.

24:50
Czas na sen – jutro zamiast jazdy po serpentynach – pływanie i prawdopodobna choroba morska.

28 października 2004 (15 dzień expedycji) [czwartek]

8:10

Sonia – nasza gospodyni przychodzi z informacją że dzwonili do nas od armatora i mamy być w porcie o

9:00
Po nocnym wyczekiwaniu na telefon to dobra informacja.

Szybkie dopakowywanie bagaży a w przypadku Tomasza – pakowanie i jesteśmy 8:40 gotowi do wyjazdu – pożegnanie z Sonią obdarowującą nas na drogę owocami z przydomowego ogrodu i ruszamy.

[ I to miejsce możemy polecić: Soczi, ul Ordżonikidze 25/1 tel. 924624, kom. 8-918-409-74-74]

Za ostatnie ruble w kwicie 480 postanawiamy jeszcze uzupełnić zapasy paliwa – mając w pamięci lekcje z Ukrainy. Realizacja zakupu nie jest jednak prosta w Soczi drogi są w większości jednokierunkowe, nie koniecznie przebiegające w „swojej bliskości” w przeciwnych kierunkach – znalezienie przełączki do zmiany kierunku i drogi w przeciwną stronę niż tą którą aktualnie się jedzie to nierzadko w przypadku głównych dróg konieczność przejechania 400- 700 metrów – a my nie pamiętamy gdzie przy głównej drodze w centrum była stacja benzynowa – nerwowo kręcimy się w okolicy portu łamiąc przy okazji znaczną część miejscowych przepisów drogowych.

Jest stacja – tankujemy – jest już 9:10 ! nerwowa atmosfera udziela się wszystkim – nie chcemy się spóźnić na prom to oznaczało by kolejny dzień pobytu albo nawet konieczność przeczekania do poniedziałku.

9:20
Jesteśmy w „przygranicznej strefie” portu

Krótka kontrola przy szlabanie naszych paszportów – wszystko o.k. – mają na liście Ssangyounga możemy jechać dalej „priama i na lewa”. Kolejna brama – tu każą nam wycofać i czekać – „oni podzwonią”.

9:50
Możemy wjeżdżać przed prom – najpierw zebranie paszportów, chwilę potem deklaracji celnych.

Nasz obklejony samochód wzbudza zainteresowanie – nawiązuje się „znajomość” z młodym celnikiem zainteresowanym naszą Expedycją i tym jak się żyje w Polsce.

Dostajemy cichą zgodę na filmowanie przejścia – „filmujcie tak byśmy tego nie widzieli i znaczące mrugnięcie okiem”.

Kupujemy bilety – cena 14175 rubli na biletach widnieje 450 USD – to jak dotychczas nasz największy wydatek.

[50 USD od osoby oraz 300 USD za samochód i kierowcę].

Pod samochodem rośnie plama wyciekającego z pod silnika jakiegoś płynu wzbudzając zainteresowanie pograniczników (!) po szybkim sprawdzeniu na szczęście to tylko uszkodzony pojemnik lub przewód od płynu do spryskiwacza – no cóż chyba przyzwyczailiśmy się do częstych awarii naszego Ssangyoung’a ta wiec nie robi na nas specjalnego wrażenia.

10:10
„Wszystko w porządku – możecie jechać” – jesteśmy zaskoczeni – nawet nie było konieczności otwarcia samochodu czy tez bagażnika – wspomniana przez przedstawiciela armatora łapówka musiała dobrze zadziałać.

Stoimy przed promem – najpierw załadunek TIR-ów potem nasza kolej.

10:40
Powoli, kierowani przez obsługę wjeżdżamy na prom, chwile później pojawia się młody człowiek i mówi że chce nasze paszporty (?) – jest ubrany „po cywilnemu” i nie ma żadnej legitymacji na dodatek nie mówi słowa po rosyjsku jak i angielsku. Odmawiamy wydania paszportów, nie zirytowany tym faktem pokazuje aby z nim pójść do kapitana. Napotkany człowiek z identyfikatorem na „smyczy” wyjaśnia trudno zrozumiałym angielskim z domieszką tureckiego że jest musimy dać paszporty do spisania danych dla armatora i żeby nie było problemów na granicy z celnikami (czyżby i tam było wszystko opłacone ?). Z dużą obawą oddajemy nasze paszporty starając się nie spuszczać młodego człowieka z oczu.

13:28
Cumy rzucone płyniemy !

Soczi powoli się od nas oddala – z morza roztacza się piękny widok na miasto i nie odległe od niego ośnieżone szczyty Kaukazu – szkoda że niebo jest dziś zachmurzone i nie da się tego dobrze utrwalić na kamerze czy foto.

Dowiadujemy się że w Turcji będziemy ok. 24ej. Tak wiec czeka nas cały dzień na promie.

Prom i opłynięcie morzem Abchazji i niestety nad czym najbardziej ubolewamy Gruzji był jedynym możliwym rozwiązaniem aby kontynuować założenia Expedycji – okrążenie Morza Czarnego i Azowskiego.

Po promie poruszamy się swobodnie – wchodząc niemal wszędzie.

Toaleta nie nadaje się do użytku – to ceramiczna dziura w podłodze pokładu, z której ulatuje smród nie do zniesienia.

Po krótkich negocjacjach z II oficerem dostajemy kabinę cztero osobową.

Pościel na pryczach też dawno nie widziała pralni - tu z kolei panuje zapach brudnych skarpet.

Na szczęście działa gniazdko – możemy odpalić notebooka i doładować baterie kamery.

To dziwne ale niemal nie wyczuwalnie kołysze – może obejdzie się bez choroby morskiej ?

17:30
Powoli oswajamy się z promem i jego warunkami, kilka minut drzemki dobrze nam zrobiło.

W żołądkach powoli czujemy nieprzyjemne ssanie – a tu nie licząc jednego małego chleba, dwóch pasztetów i kilku owoców nie mamy nic do jedzenia i picia.

Z promowej kuchni dobiegają zapachy – widzimy jak załoga siada do obiadu. Z powodu jak się później okazało naszego nie doinformowania obiad był również i dla nas.

19:40
Zaczyna mocniej huśtać.

21:20
Huśtanie jest nieco większe – a żołądki nadal puste. Hugo nieco zzieleniał.

Wymuszony sen może pomoże – nie pomaga.

Na promie poza załogą są tylko kierowcy TIR-ów, większość sprawia wrażenie dobrych znajomych.

Często razem na tej trasie pływają.

Dowiadujemy się że możemy korzystać z kuchni – mocnej zaparzonej herbaty jest tu pod dostatkiem.

Panujący brud nawet już tak nie rzuca się w oczy – może już do niego przywykliśmy, korzystamy nawet z oryginalnej dla nas toalety.

22:50
Może uda się nieco zdrzemnąć – jutro kolejny dzień w drodze.

29 października 2004 (16 dzień expedycji) [piątek]

1:30
Z okien widać światła portu w oddali – powoli zbliżamy się do wybrzeża Turcji.

2:30
Budzi nas odgłos cumowania, typowy okrętowy szczęk łańcuchów i pokrzykiwań marynarzy.

3:20
Jeden z marynarzy wskazuje abyśmy poszli już do samochodu. Wychodzimy z kajuty.

Rozmowa z 2 oficerem – możemy zostać do 8:00 na promie i się wyspać i tak wcześniej nie będzie odprawy a nasze paszporty są u przedstawiciela armatora.

Próbujemy się zdrzemnąć jeszcze przy odgłosach wyładunku TIRów

6:00
ORIENT – z portu z głośnika dobiega głos wzywający na modlitwę.

Niesamowite przebudzenie.

TIR-y nadal są wyładowywane ...

8:00
Po raz kolejny wołają nas do samochodu ... i po raz kolejny opuszczenie promu odwołane – „musicie zostac .. paszporty w niebieskim budynku ...- ok. 9-ej będzie o.k.”

9:30
My nadal na promie ...

Nie ma zarówno 2 oficera jak i przedstawiciela armatora – nikt nic nie wie – może o 12-ej będziecie mogli wyjechać ...

10:30
Pojawia się nieco zaspany przedstawiciel armatora znający tylko dwa słowa: „paszporty – i tu wskazanie palcem budynku w porcie – go” . Skoro „go” – to ruszamy. Powoli nasz samochód jest opuszczany platformą na zerowy poziom – możemy ruszać na odprawę.

Przy wskazanym budynku nikt nic nie wie ... – „jakie paszporty ?” ...

Jeden z policjantów wskazuje budynek w którym mieści się sklep bezcłowy – idziemy ... tak to tu – za sklepem znajduje się okienko straży granicznej (policji) nawet nasze paszportu już tu są – co za ulga.

Starszy Policjant wita nas „dzień dobry” - to jak się nam wydaje dobry początek – mamy nadzieję że i tu jest wszystko opłacone przez armatora.

„wszystko w parjadkie - musicie czekać ... „

10:50
Starszy Policjant powoli wpisuje dane z paszportów do komputera.

10:20
Zniecierpliwiony Hugo pyta co dalej ... „czekajcie u was nie ma wizy ... wiza 10 USD – tam” – Starszy Policjant zaprowadza Hugo do kolejnego okienka zamkniętego na głucha – „zadzwonię” – na szybie pokoiku widnieje kartka z imionami i nr telefonów. Dzwoni ... „10 minut – o.k.”

10:50
Jak na razie nie pojawił się nikt od wizy ... czekamy – na szczęście nie tylko my ... ale i kierowcy TIR-ów którzy muszą w tym okienku coś zapłacić ...

11:20
Znów zniecierpliwiony Hugo pyta policjantów – „jak długo ? ” – oni nie wiedzą gdzie jest człowiek z okienka – on będzie za 10 minut ... (!)

Starszy Policjant bierze wędkę i idzie łowić ryby na nabrzeże portu (!!!) – „wszystko o.k. – 10 minut...”

12:30
Dalej nic ... – czekamy

12:55
Czekamy opalając się przed wejściem - Hugo kładzie się na betonie 2 metry przed wejściem do budynku.

13:05
Podchodzi policjant i lekko kopie go w nogę – wskazując miejsce pod murem budynku gdzie z reszty naszej ekipy sączy się już pot.

13:10
Coś się ruszyło ... małe zamieszanie przy okienku z wizami ... to kierowcy TIR-ów wszyscy na raz chcą zapłacić ...

13:20
Spokojniej teraz nasza kolej – mamroczący coś pod nosem urzędnik wkleja do paszportów wizy ... za 20 USD (!) – krótkie upomnienie że jesteśmy „Polonia” – chwila zastanowienia ... zmiana decyzji ... teraz ostrożne odklejanie naklejek – wiz i nowe naklejki za 10 USD są już w naszych paszportach. Tyle kosztuje wiza dla Polaków do Turcji.

13:40
Nie ma już Starszego Policjant – do pracy z naszymi paszportami przystępuje młodu nieco wychudzony jego aktualnie na 10 minut jego zmiennik.

14:10
Młody Policjant nadal wprowadza dane do komputera ... nie może nadziwić się literze :„Ł” – „co to jest – takiej nie ma tu – wskazuje klawiaturę” ...

Krótkie wyjaśnienie to ... L tyle że po „poloni”.

14:30
„Pasport o.k. – go ...”

Na pytanie co „cłem i samochodem – maszynom” – młody Policjant odpowiada: „Car – o problem” – i wskazuje kolejne okienko – „car o.k.”

We wskazanym okienku dostajemy jakiś formularz i mamy wracać do okienka z opłatami – tu do zapłaty 12 000 000 lirów tureckich – nie mamy lirów – urzędnik przyjmuje 10 Euro i wydaje 3 000 000 w lirach stosując bandycki kurs – 1 euro jako 1 5000 000 lirów (kurs bankowy to tego dnia minimum 1 800 000 lirów za 1 euro).

Próbujemy dowiedzieć się za co płacimy ... nie sposób się porozumieć – u urzędnika brak podstawowej znajomości jakiegokolwiek języka obcego. „Płacić /chyba to oznaczały nie zrozumiałe dla nas słowa/ ...” – za co ?, urzędnik pokazuje kwit 12 mln – i powtarza płacić – ALE ZA CO ? „10 USD” ! – o.k. whot is it ? szto eto ? ...” – i tak przebiega nasza rozmowa przez niemal 5 minut – co za impas – nikogo kto zna angielski czy choćby rosyjski a tu jakaś opłata tylko za co ...?

Zmęczeni wysłuchiwaniem coraz bardziej nerwowego urzędnika płacimy 10 euro – mamy wracać do okienka w którym dostaliśmy formularz. Tu inny urzędnik wypisuje jego treść: imię, nazwisko właściciela pojazdu, nazwa pojazdu, nr rejestracji, nr nadwozia i silnika” – i znowu słyszymy 2 000 000 lirów – za co ?

Z rozmowy na migi i przekleństwa w obydwu językach wynika że za wydanie formularz lub jego wypisanie (!) – Hugo nie chce zapłacić – dość tych opłat ... za wypisanie kilku słów 2 000 000 lirów (?) do ozywionej rozmowy włączają się też i inni petenci dwóch z nich żeby urzędnik miał Hugo z głowy rzucają na stół owe 2 mln. Na to nie może przystać Hugo – „to wskazuje na pieniądze - no problem – problem whot is’t ... ?” – nie uzyskując odpowiedzi zwraca pozostałym petentom ich wkład w szybsze rozwiązanie problemu urzędnika.

Mamy z tym wypisanym formularzem iść dalej ...- tu na pomoc przychodzi pracownik jednego z niedoszłych darczyńców, który zaprowadza Hugo do właściwego okienka – tym razem w innym budynku ... następuje ożywiona rozmowa między naszym pomocnikiem a kolejnym urzędnikiem – teraz stosunkowo szybko pojawia się kolejna pieczątka na formularzu ... wracamy z powrotem do okienka gdzie dostaliśmy formularz. Tym razem tylko mamy zostawić tu oryginał i jedną z kopii – „finisz” – jak mówi urzędnik „i gestem - umywa ręce – go ...”

Domyślamy się że jest to jakaś forma opłaty drogowej związanej z autem bo na słowo „green kart” – urzędnik kręcił przecząco głową” a jest to coś związane z samochodem.

15:10
Możemy opuszczać port jest po kontroli – nikt nawet nie zainteresował się jakim samochodem przyjechaliśmy – ważne były tylko papiery ..

Wyjazd ze strefy granicznej portu – kolejny mundurowy na bramce chce dokumenty – dostaje wszystkie ... kręci głową - na jego twarzy maluje się niemal nad ludzki wysiłek ... wchodzi do swojego domku – po chwili z niego wychodzi – jeszcze bardziej strudzony – „o.k. – go”

15:25
Opuszczamy port udając się do centrum miasta Trabzon.

Od chwili zacumowania promu minęło raptem 10 minut tureckich czyli przeszło 16 godzin z czego samej odprawy przeszło 4,5 – a mogła trwać tylko 30 minut.

Wjeżdżamy w centrum miasta – na ulicach tłumy ludzi ... ciężko się przecisnąć przez nich – niechętnie niczym święte krowy przechodzą na chodnik lub inną część drogi.

Musimy wymienić pieniądze tylko gdzie ... ?

Na jednej z ulic zapytany o bank sprzedawca chce nam zamienić walutę na liry – dopytuje się uprzednio sąsiada jaki jest kurs – dziś ok. 1 800 000 lirów za euro – wymieniamy 20 euro – potrzebujemy lokalnej gotówki.

Powoli zdajemy sobie sprawę że z miejscowymi możemy mieć problem się porozumieć – prawie nikt nie rozumie nawet najprostszych słów po angielsku czy w innym niż swój języku.

Wymieniamy 20 euro – za 37 000 000 lirów – po dobrym kursie.

Chwila spaceru po wąskich zastawionych towarami uliczkach - wracamy do samochodu ... czas ruszać w drogę.

Nieopodal zaparkowanego samochodu – knajpka z jedzeniem ... nie jesteśmy w stanie się dogadać co chcemy zamówić – jakiś koszmar – Michał pokazuje jedną potrawę a kucharz chce mu dać inną potrawę – na pytanie o cenę konsternacja (ile tu powiedzieć ...?) – padają różne stawki 5 000 000 i 7 000 000 lirów za tą samą potrawe – kucharz jedną stawka kelner druga (?) – wychodzimy ...

16:50
Zmęczeni odprawą i poprzednią nocą na promie oraz głodni rozglądamy się za jakąś restauracją.

W jakieś niewielkiej miejscowości przy stacji benzynowej dostrzegamy cafe ...

Zamawiamy cztery duram-y – zawinięty w placek farsz – coś w rodzaju twistera z KFC tyle że co najmniej trzy razy większy i o niebo lepszy.

Placek jest bardzo sycący – jesteśmy najedzeni ... możemy ruszać dalej

Koszt czterech duram-u i mocnych kaw to 9 000 000 lirów

Jedziemy wolno poniżej dopuszczalnej prędkości, nie chcemy przynajmniej w tym kraju mieć kontaktu z drogówką a dwu miejscami trzy pasmowa droga doskonale nadaje się do omijania nas przez jadących z zawrotnymi prędkościami Turków.

17:30
Nadal odczuwając zmęczenie zaczynamy rozglądać się za noclegiem – początkowo myślimy o noclegu w namiocie ale brak widocznego wolnego dostępu do morza uświadamia nam że raczej nie będzie to możliwe.

Powoli rozglądamy się więc za hotelem z umiarkowanymi cenami

19:18
Kolejna miejscowość Tirebolu ... zapada coraz głębszy zmrok – dziś już dalej nie pojedziemy.

Przydrożny szyld wskazuje nam otel Ayana, z którego na nasz widok wychodzi obsługa recepcji. Nie wyłączając silnika Hugo idzie dowiedzieć się o cenę. Początkowo jest to 40 euro, po krótkich negocjacjach kwota za nocleg to 30 euro. Dostajemy dwa oddzielne pokoje z łazienkami.

Hotel wygląda na mocno zużyty – wyposażenie zarówno wykładziny jak i obicia nadgryzł ząb czasu już dość znacznie. Pokoje są czysto nie licząc dużego grzyba u dołu ściany w pokoju Tomka i Hugo.

Po szybkim rozpakowaniu ruszamy w miasto poczuć klimat.

Po drodze natrafiamy na kilka „herbaciarni”, w których siedzą tylko mężczyźni i piją kolorem przypominającą kawę mocną herbatę. Postanawiamy wejść do jednej z nich i też się napić. Ponieważ większość z nich w coś gra więc i my prosimy opisowo o karty do gry. Tomasz uczy nas gry w kanastrę. Po kilkunastu minutach kiedy nie wzbudzamy już żywego zainteresowania Andrzej uruchamia kamerę i powoli zaczyna filmować wnętrze – znów jesteśmy w centrum zainteresowania. O dziwo nikt nie protestuje co więcej część obecnych chce być sfilmowana, do akcji rusza z aparatem i Tomasz.

Koszt łącznie ośmiu herbat to 2 000 000 lirów.

21:50
Powoli wracamy do hotelu – po drodze jakiś mężczyzna chce abyśmy weszli z nim do kolejnej „herbaciarni” nie rozumiemy o co mu chodzi ale wchodzimy. Podchodzi do nas tęgi mężczyzna i wskazuje przygotowywany na zewnątrz stolik – to właściciel herbaciarni, który też chciał abyśmy spróbowali u niego herbaty – próbujemy się porozumieć ale nic z tego nie wychodzi – dziękując za poczęstunek ruszamy w dalszą drogę do hotelu.

23:40
Upragniony czas na sen


30 października 2004 (17 dzień expedycji) [sobota]

8:30

Ruszamy dalej w kierunku Sansun

Próbujemy jeszcze przed wyjazdem z miasteczka coś kupić do jedzenia ale wszystko jest jeszcze zamknięte.

Jadać drogą przy brzegu morza odnosimy wrażenie jesteśmy w jednej miejscowości – praktycznie od Trabzun nie było przerwy w zabudowie – jest ona mniej lub bardziej skupiona ale cały czas dość intensywna.

Droga po której się poruszamy jest dobrej jakości i przeważnie to dwupasmówka.

Powoli załamuje się pogoda, pada deszcz.

14:23
Jesteśmy w Sansun, które początkowo minęliśmy nie dostrzegając tablicy z nazwą miejscowości.

Zatrzymujemy się przy jednym z droższych tu hoteli „Bujak Sans” i idziemy zwiedzić centrum – w planie ma nam zająć to dwie i półgodziny.

Miasto sprawia wrażenie nowoczesnego, trudno tu znaleźć tradycyjny sklep – wszystko co nas otacza niczym nie rożni się wizualnie od uliczek i produktów w polskich miastach no może wykrzykujący sprzedawcy.

Tu pierwszy raz mamy możliwość dowiedzieć się jaki jest kurs miejscowej waluty i to zarówno w „kantorze” jak i w banku: 1 USD – 1 448/1 468 000 a 1 euro –1 850/ 1 873 000.

15:37
Nieco rozczarowani miastem, postanawiamy ruszać w dalsza drogę.

18:20
Złe nastroje – jesteśmy głodni nic prawie nie jedząc od rana poza kilkoma kromkami z pasztetem.

Po drodze bar ... – zamawiamy obiad.

Dostajemy cztery zupy z czego dwie inne niż te które zamawialiśmy oraz sałatki – co do drugiego dania chyba się nie dogadaliśmy bo go nie dostajemy.

Koszt posiłku to 12 000 000 lirów.

Po drugiej stronie skrzyżowania jest sklep z owocami kupujemy kilka bananów, pomidorów i ponad kilogram winogron – może to uśpi kwasy w żołądku.

Koszt zakupów 6 000 000 lirów

W sklepie spotykamy Gruzina z Tibilisi mieszkającego w Turcji od kilkunastu lat – zamieniamy z nim kilka zdań po rosyjsku co sprawia mu równie dużą przyjemność jak nam że możemy z kimś się dogadać nie „na migi”.

19:19
Jest zimno i przelotnie pada – i dziś z namiotu nici, musimy znaleźć hotel.

Z głównej drogi w bok do mijanego właśnie małego miasteczka odsyła nas kolejny szyld z napisem OTEL.

Wjeżdżamy do Gerze, malowniczego niewielkiego miasteczka, gdzie bez trudy znajdujemy hotel „Kalyoncu”.

Tym razem kwotą startową negocjacji za nocleg jest 40 000 000 lirów – Hugo proponuje 30 000 000 – cena zaakceptowana – możemy wnosić nasze bagaże.

19:50
Idziemy zwiedzić miasteczko.

Gerze jest niewielkie raptem trzy – cztery główne uliczki - ale bardzo malownicze i spokojne – czujemy że czas tu zwolnił do maximum.

Udaje nam się bez trudu znaleźć działającą od 10:30 do 3:00 cafejkę internetową z dobrym szybkim łączem, z działającymi CD.

Po krótkim spacerze znając już topografię znaczącej części miasteczka postanawiamy wypić herbatę podobnie jak ostatniego wieczoru w tradycyjnej herbaciarni. Zamawiamy cztery serwowane tu herbaty oraz karty do gry.

Podobnie jak poprzedniego wieczora koszt herbat to 2 000 000 lirów a dodatkowe cztery małe – niespotykane w Polsce buteleczki pepsi to kolejne 2 000 000 lirów.

22:15
Jesteśmy już w hotelu

Tym razem mamy mały czteroosobowy czysty pokoik.

Idziemy spać – jutro w planie kolejne 200 – 300 km drogi.


31 października 2004 (18 dzień expedycji) [niedziela]

8:45
Kolejny dzień Expedycji – w planie na początek mała sesja foto rybaków w porcie i wysłanie relacji z cafejki czynnej od 10:30.

Czekając do otwarcia cafejki internetowej Hugo w hotelu archiwizuje karty z foto.

10:10
Nieopodal portu natrafiamy na kolejną cafejkę internetową już działającą.

Koszt 15 minut serfowania po sieci to tu: 500 000 lirów.

10:30
Ruszamy w stronę Istambulu. Planujemy że dziś przejedziemy przynajmniej 400 km – może się uda ..

12:50
Jesteśmy w Sinopu, kończy się nam zatankowana za ostatnie ruble w Soczi rosyjska ropa w baku – udało się na niej przejechać przeszło 550 km.

Musimy tu zatankować i zrobić zakupy na drogę.

Na początku miasta natrafiamy na ruiny starej fortyfikacji – poniżej nich w oddali w morzu baraszkują delfiny, zwracając na siebie nie tylko naszą uwagę ale i patrolu policji.

Robimy zakupy, kupujemy: chleb (250 0000 lirów), dwa kurczaki z grilla (9 000 0000 lirów) i suszone morele (1 000 000 lirów).

Ruszamy dalej – droga staje się coraz bardziej malownicza ale i trudniejsza – średnia na godzinę to miejscami 35-40 km/h.

16:20
Mijamy Abanę, kolejną niewielką ale bardzo malowniczą miejscowość po drodze. W kolejne miejscowości zatrzymujemy się przy interesujących Tomka pod względem fotograficznym zabudowaniach.

Podjeżdża do nas BMW serii 5 – w nim dwóch młodych męszczyzn i kobieta. Pytają skąd jesteśmy ... „from Polend”... – a Polonia (!?) – bez chwili zastanowienia jeden z nich nieco łamanym angielskim zaprasza nas do swojego domu na herbatę i rozmowę ...

Grzecznie odpowiadamy że musimy jechać w dalszą drogę. Męszczyzna jednak dalej nalega mówi że jego ojciec jest bardzo zamożny ma tu duży dom – porozmawiamy, wypijemy herbatę – coś zjemy ...

Nie chcąc okazać się nieuprzejmi zgadzamy się. Meszczyźni muszą jednak odwieść kobietę do domu a nam znowu brakuje paliwa - umawiamy się wiec w kolejnej miejscowości na stacji benzynowej.

Jadać zastanawiamy się jakie intencje mają dwaj młodzi ludzie w prawie nowym BMW 5 oraz czy spotkamy się na wspomnianej stacji.

16:35
Jesteśmy na stacji w Inebolu – tankujemy jak zwykle niewiele paliwa tak aby wystarczyło na 100 - 150 km do kolejnej stacji.

Tomek spostrzega że przymocowany na lewym przednim błotniku reflektor do noktowizji odpada – puściły mocujące go już trzy z czterech nitów – a czwarty przy „teście” wytrzymałości rozsypał się mu w rękach. Nie pozostaje nic innego jak odciąć kable zasilające zwisający z błotnika reflektor. Na scenę odcinania reflektora podjeżdżają BMW nosi nowi znajomi z drogi.

Nieco zdziwieni i zaniepokojeni pytają się jak pomóc ... nawet jeden z nich dzwoni do warsztatu żeby to naprawić – delikatnie ale stanowczo odmawiamy mówić że to nie problem że Ssangyung sypie nam się po kawałku już od kilku tysięcy kilometrów i jedzie jednak dalej ... –„o.k. no problem car o.k.”

Z lekkim niepokojem ruszamy za nimi ... – mieliśmy nadzieję że „pomylimy” stacje lub nie przyjadą na umówione spotkanie. BMW jadzie szybko po znanej nam już górskiej drodze – miejscami 80-110 km/h a my staramy się nadążyć.

Po 15 - 20 minutach szaleńczej jazdy serpentynami, którą normalnie pokonalibyśmy w ok. 1, 5 godziny skręcamy w boczną drogę ... po chwili podjeżdżamy pod okazały duży dom z czerwonej cegły.

Jesteśmy zapraszani do domu – z tarasu roztacza się widok na stary lekko zaniedbany ogród, morze i malowniczą dolinkę.

Przed drzwiami wejściowymi podobnie jak dwaj mężczyźni z BMW zostawiamy obuwie. Przekraczając drzwi wchodzimy do okazałego salonu – na ciągnących się pod ścianami stołach stoją w koszach, wazonach – sztuczne kwiaty nadając wnętrzu żywe kolory.

Kierowca BMW oprowadza nas po domu – szczególne wrażenie robi na nas jego stosunkowa wielkość, która z zewnątrz nie wydaje się jest aż tak okazała oraz widok z balkonu na piętrze – okazałego tarasu.

Dosłownie wszędzie widzimy książki ... te które już się nie mieszczą na pułkach regałów stoją w wysokich kolumnach obok nich na podłodze. Większość wydaje się nowa ... „to prezenty od ludzi dla ojca” – objaśnia nam nasz przewodnik, „ojciec lubi książki”. P