Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Expedycja Morze Czarne '04
Autor: Hugo   
14 października 2004 roku (dzień 1 expedycji) [czwartek]

Każda dobra relacja powinna zainteresować czytelnika – czy nasza taka właśnie będzie ocenicie sami ...

Początek Expedycji Morze Czarne powinien rozpocząć się zgodnie z planem w dniu 12 września 2004 roku – tak jednak się nie stało, tragiczne wydarzenia w Rosji – atak terrorystów na szkołę w Bieslanie spowodował że sytuacji na trasie naszego przejazdu stała się nieprzewidywalna i zagrażająca bezpieczeństwu uczestników Expedycji.

Utwierdziły nas w tym przekonaniu przemówienie Prezydenta Rosji W. Putina zapowiadające wojnę zarówno z inspiratorami ataku, jak i również wszystkimi wrogami Rosji (szczególnie w domyśle tymi z Kaukazu). Po tym przemówieniu jak i innych relacjach w mediach kolejna wojna na Kaukazie mogła być kwestią dni lub tygodni.
W takich okolicznościach zapadła decyzja o przesunięciu terminu realizacji Expedycji ...

Wymuszona sytuacją w Rosji zmiana terminu realizacji Expedycji spowodowała efekt domina: Zwycięzca naszego Konkursu SMS-owego Krzysztof Waligórski zrezygnował z uczestnictwa z uwagi na rozpoczynający się dla niego na dwóch kierunkach rok akademicki.W myśl Regulaminu Konkursu miejsce Krzysztofa miało przypaść kolejnemu na liście Uczestnikowi zainteresowanemu udziałem w Expedycji.

W ten sposób został wyłoniony Grzegorz - Uczestnik o nr 3 (4) na liście uzyskanych czasów.

Niestety Grzegorz pomimo początkowej chęci dołączenia do naszego Teamu i zaangażowaniu się w przygotowania również zrezygnował.

Nie zrobił tego natomiast Michal Sarnek - Uczestnik o nr 9 (10) na liście uzyskanych czasów – stając się czwartą osobą w naszym Teamie.

Kilkudniowe wyłanianie nowego Uczestnika z Konkursu SMS spowodowało z kolei konieczność ponownego wyrobienia wiz rosyjskich dla reszty Teamu, kolejne dni opóźnienia ....

Międzyczasie w Bieslanie kończyła się zgodnie z prawosławną tradycja czterdziestodniowa żałoba - czas smutku, żalu i przygotowania do zemsty ojców i braci zamordowanych (miejscowa tradycja).

Komentarze w mediach władz Rosji stały się bardziej stonowane – powodowane prawdopodobnie obawa przed utratą kontroli nad mogącymi mieć miejsce samosądami.

Oceniając sytuację w rejonie przebiegu trasy Expedycji jako stabilizującą się postanowiliśmy dłużej nie czekać i ruszać.

Na Kaukazie spadł już pierwszy śnieg – stało się dla nas jasne że jest to ostateczny czas aby rozpocząć lub odwołać Expedycję. Mogła być tylko jedna decyzja RUSZAMY!

7:00
pakujemy do samochód od dawna już przygotowane do wyjazdu plecaki i wyposażenie,

8:00
ostatnie poprawki naklejek z logami naszych Partnerów na samochodzie;

9:00
KRAKÓW – MIEJSCE STARTU

(po drodze mamy jeszcze zabrać pozostałych dwóch uczestników Michała z Krzeszowic i Andrzeja z Rzeszowa);

9:25
Nawojowa Góra pod Krzeszowicami – czułe pożegnanie przez rodzinę Michał

14:40
W Rzeszowie dołącza do nas Andrzej i zajmuje o zgrozo 1/3 samochodu sprzętem do realizacji TV

Od wyjazdu z Rzeszowa jesteśmy już w komplecie:
Hugo (organizator),
Tomek (foto), Andrzej (operator TV),
Michał (Uczestnik Konkursu SMS – „EXPEDYCJA Morze Czarne”).

Ok. 15:30
Do naszych uszu dobiegł złowrogi dźwięk przypominający terkotanie, który nasilał się z każdym przejeżdżanym kilometrem. Początkowo sądziliśmy że to jakiś element metalowy wpadł do obudowy felgi lub kołpaka i o coś się obija wydając taki dźwięk. Dobiegał wyraźnie z lewego przedniego koła.

Nic nie zapowiadało poważniejszych problemów ... aż do zjazdu z niewielkiego pagórka kilka kilometrów przed Sanokiem. Niespodziewanie na stosunkowo prostej drodze samochód wpadł w poślizg (!) na szczęście z naprzeciwka nic nie jechało i udało się go wyprowadzić - z turkoczącego koła dobiegły dźwięki tarcia metalu o metal. Nieopodal rowu przy którym udało się nam zatrzymać był zakład wulkanizacyjny. Syn właściciela zakładu z lekkim dystansem zabrał się do sprawdzenia przyczyny usterki, tłumacząc się że opony są w porządku a koła prawidłowo dokręcone – a przyczyną naszego poślizgu jest ... niemal 8 cm „luz” w płaszczyźnie poziomej lewego koła, krótko mówiąc koło robi „ósemki” grożąc odpadnięciem.

Postanowiliśmy dojechać do odległego o ok. 5 km Sanoka do bardziej specjalistycznego zakładu ...

Z zawrotną prędkością sięgającą chwilami ok. 40 Km na godzinę dotarliśmy do pierwszego napotkanego zakładu full service.

Tu po odkręceniu koła a właściwie przednich kół diagnoza miejscowego specjalisty była dla nas przerażająca: nie były przykręcone prawidłowo łożyska w lewym kole w ogóle w prawym w połowie – cyt. „mieliście dużo szczęścia że żyjecie”.

Tu w tym miejscu należą się szczególne podziękowania dla firmy V-TECH TUNING z Krakowa za „profesjonalne” przygotowanie auta i tym samym nas na tamten świat – /sorki Panowie tym razem nie wyszło – może jakiś wysoko ubezpieczony rajdowiec skorzysta jeszcze z waszych usług/.

Po 2,5 godzinnej naprawie polegającej na dokręceniu nawet nie uszkodzonych łożysk i próbie wyprostowania nieprawidłowo założonej tarczki przy czujniku ABS (co jednak się nie udało z uwagi na materiał) ruszyliśmy w dalszą drogę było ok. 20-stej.

22:20
Do granicy w Krościenku dojechaliśmy już bez większych problemów.

23:15

Odprawa przebiegła by pewnie bezproblemowo gdyby było wiadomo gdzie są nabite nr karoserii w Ssangyoung’u Korando – tego ustalić nie udało się zarówno naszej jak i ukraińskiej straży granicznej po przeszło godzinnych próbach.

Ukraińskim udało się stwierdzić brak naklejki „PL” (faktycznie musiała zostać w ferworze oklejania pojazdu zaklejona) – koszt rozwiązania problemu to 5 EUR które wypadło akurat na siedzenie w trakcie rozmowy ze strażnikiem.

Kolejny problem pojawił się dla Ukraińskich celników przy spisywaniu deklaracji okazało się że nasze koszulki są nowe w ilości deklarowanej 60 szt. a to już ilość handlowa nie mówiąc o kilku kartonach produktów Lajkonika – istna kontrabanda! – koszt rozwiązania problemu to 4 koszulki z logiem „OTO MOTO” i kilka opakowań wspomnianej kontrabandy „Lajkonika”.

15 października 2004 (dzień 2 expedycji) [piątek]

0:30

Jesteśmy na Ukrainie!

Zaskakuje nas jakość drogi – bez pasów, oznakowanego pobocza z dziurami głębokimi na koło naszej terenówki.

Zgodnie z radami częstych bywalców na Ukrainie dojeżdżamy na pustym baku – bo „paliwo ma być na Ukrainie tańsze o ponad połowę”

Jest środek nocy więc nie ma możliwości zasięgnąć języka mamy tylko nadzieję że stacja będzie blisko.

Po 3 może 5 km od granicy wylania się z lewej strony drogi zadaszony niewielki plac a na nim i w jego okolicach ok. 30 pojazdów czekających w kolejce do dystrybutorów których jest może 4. Dystrybutory są leciwe więc paliwo wycieka z nich powoli – nikt w kolejce jednak się tym bynajmniej nie irytuje i cierpliwie czeka na swoją kolej „wszyscy przecież zdążą paliwa nie braknie i wszyscy na tym zarobią”. Choć nawierzchnia placyku jest gorsza od przebiegającej nieopodal drogi nikomu to zbytnio nie przeszkadza i nie zwraca uwagi – każdy leje do pełna plus 2 – 30 litrów jak to możliwe – zasada jest prosta: lekko zmodernizowany bak lub jak to robi wieli wjazd tylnym kołem na specjalnie przygotowaną belkę jaka znajduje się przy każdym dystrybutorze i którą można sobie podłożyć „żeby weszło więcej”. Są tu też tacy którzy wolą poza belką dodatkowo rozbujać samochód umożliwiając mu „ujście powietrza z układu” – technika tankowania jest nie ważna ważne żeby zmieściło się jak najwięcej bo to większy zysk.

Paliwowe mrówki mają swoje stałe stacje po Polskiej stronie granicy które chętnie skupują paliwo prosto z baku. Niestety nie udało nam się dowiedzieć ile stacje płacą za przywieziony litr paliwa i które to są stacje – ale „zysk jest na razie dobry - pozwala utrzymać rodzinę”.

Po ok. 30 minuta nadeszła nasza kolej – lejemy do pełna ... za 151,25 hrywny (litr ON w cenie 2,75 hrywny) cena wydaje się nam bardzo atrakcyjna 55 litrów paliwa za 23 EUR (to daje litr ON za 1,79 pln)

Czujemy że zrobiliśmy faktycznie dobry interes nie tankując przed granicą paliwa ... zawsze to drugi bak gratis !

1:00

Jedziemy dalej w stronę Drohobycza, jakość dróg jeszcze gorsza niż zaraz za granicą, ciemne nieczytelne sylwetki przemykają na poboczach, prędkość maksymalnie 60 km na godzinę – szybsza jazda to w najlepszych okolicznościach utrata zawieszenia.

1:15

Moc silnika w naszym Korando stopniowo ale systematycznie słabnie – po kolejnych 15 minutach już musimy zatrzymać się na poboczu – obroty spadają niemal do „ 0 ” – a po chwili silnik sam gaśnie.

Sytuacja wygląda nie dobrze: środek nocy (a nam radzono nie jeździć po Ukrainie w nocy), nieco odludne miejsce – w oddali lasek oraz nie znana przyczyna usterki.

Przyczyną awarii mogło być albo uszkodzenie w wyniku zlej jakości drogi albo paliwo bo tylko to się zmienilo na przestrzeni ostatnich 15-20 km.

Postawiliśmy na paliwo, którego jest PEŁNY BAK !

Próbujemy odpalić ... udało się ruszamy powoli ale ruszamy mocy nadal prawie „0” ale jakimś cudem jedziemy nawet ...przyspieszamy do 15km na godzinę !

Po prawej wyłania nam się „normalna stacja” , wtaczamy się na nią ... co może pomóc ? płyn do czyszczenia układu – może zatkały się wtryski ...?

Jest płyn lejemy w bak całą butelkę – uruchamiamy silnik ... niewiele pomaga, może to nie to ... a może za mało czasu na zassanie przez przewodu i ich przeczyszczenie. Staramy się jechać dalej i „rozruszać silnik” – może to przejściowe przytkanie ... a może to nie to ...

Musimy jechać nie możemy się tu przecież w środku nocy zatrzymać ... a może jednak stanąć i rano zawezwać lawetę i wracać do Polski ...?

Próbujemy jechać dalej, może to dławienie nie uszkodzi to silnika ...

2:36
Po kilku wymuszonych przez brak mocy postojach na kolejnej stacji dolewamy 6 litrów benzyny ... może to pomoże oczyścić układ...

nie pomaga jest nawet gorzej, każda nawet najmniejsza górka to problem na co najmniej trzy wyłączenia silnika i jego ponowne uruchomienie ( po uruchomieniu silnik ma przez chwilę większą moc na jakieś 150- 200 metrów potem znowu następuje spadek i samoistne wyłączenie). Dodawanie gazu nie pomaga a wręcz powoduje wcześniejsze wyłączenie pracy silnika, jedziemy dalej ...

Musimy wylać z baku paliwo ... tylko czym lub jak ?

3:50
Kolejna stacja (ósma albo dziesiąta – to już dla nas nie ważne) na której pytamy o rurkę przez którą dało by się ściągnąć paliwo – udaje nam się dobudzić Panią wraz z małomównym ale uczynnym Panem w niebieskim firmowym uniformie po krótkiej rozmowie jest rurka tyle za „krótka” – próbujemy przejść na metodę naszych rodaków z pierwszej stacji – Tomasz najeżdża na wysepkę z dystrybutorami co pozwala na lekki przechył tyłu samochodu – liczymy że to nam pomoże w wypompowaniu brudnego paliwa. Niestety rurka jest za krótka ... , Pan w uniformie popada na chwilę w zadumę, oddala się w stronę budynku stacji by powrócić z dłuższą i grubszą rurką.

Kolejno próbujemy zassać paliwo przez rurkę z baku, próby kończą się niestety tylko degustacją mixu oleju napędowego , wlanego płynu czyszczącego oraz benzyny – mieszanka kaloryczna ale niezbyt nam smakuje.

Tomasz mający jak sam stwierdził doświadczenie w czyszczeniu akwarium profesjonalnym zassaniem poza napełnieniem ust paliwowym mixem uruchamia wypływ paliwa ...,

Pan w niebieskim uniformie wyraźnie zaskoczony naszym sukcesem niespiesznie podstawia pojemnik 5 litrowy – nie wie jeszcze że w baku mamy full czyli jakieś 65 l.

Podstawiona 5 litrowa bańka przewidziana prawdopodobnie na olej silnikowy. nie wystarczyła na długo a z kolejnymi pojemnikami pojawił się chwilowy problem do czasu uświadomienie Panu w uniformie że może na tym złym dla nas ale dobrym dla innych paliwie zarobić. Niewiadomo skąd pojawiły się jeszcze pojemniki na 30 litrów ... i ona na długo nie wystarczyły.

Wskazówka baku wskazywała nadal ok. jednej trzeciej baku ... wyraźnie zmartwiony tym Pan w uniformie zadecydował aby pozostałą znajdującą się w baku część paliwa wylać na środek stacji ....

Paliwo wyciekające z rurki stopniowo zmieniało kolor kostki podjazdu stacji. Przechodząc po kałuży paliwa ciężko było utrzymać równowagę. Po ok. 20-30 minutach było po wszystkim – bak był prawie pusty, ale jak tu odpalić samochód znajdujący się w środku rozlewiska naszego mixu – każda iskra może spowodować jego zapłon ... i tu ponownie nieocenionym okazał się Pan w uniformie - po chwili namysłu niezbędnej do dokonania wnikliwej analizy sytuacji zadecydował: „jechać” .

Silnik odpalił stacja przy tej okazji nie spłonęła – pełny sukces.

Całość zdarzenia na stacji filmował Andrzej co nie uszło uwadze Pani za pancerną szybą kasy, która po odebraniu przez szufladę kasy nie chce uruchomić dystrybutora do czasu oddanie jej kasety z nagraniem, pomaga dopiero utwierdzenie Pani w przekonaniu że nasza kamera to kamera cyfrowa i nie ma w niej kaset tylko coś w rodzaju dysku, a zapis został ze stacji został wykasowany– Pani ku naszemu zaskoczeniu w nasze tłumaczenia uwierzyła :)

Samochód powoli stoczył się z wysepki – tankujemy ostrożnie za 50 hrywien; „mniej w baku mniej do spuszczania z baku”.

Uczynny Pan w uniformie za swoją pomoc dostaje 5 euro, które szybko chowa przed łatwowierną Panią kasierką.

Ruszamy ... ale samochód nie chce jechać lepiej ... może to chwilowe, przecież w układzie paliwowym są jeszcze resztki tego brudnego paliwa...

Jedziemy ... silnik słabnie, dławi się ... ale jakimś cudem jedziemy.

Zaczynamy się zastanawiać - może to nie wina paliwa, może przyczyna jest inna ... bardziej poważna – postanawiamy dojechać do Lwowa zostało jeszcze ok. 80 km.

Droga od granicy do Sambora fatalna licznie usłana głębokimi dziurami, na szczęście nie rozwijamy prędkości większej jak 30 – 40 km/h wiec znaczącą część udaje się ominąć.

Za Samborem nawierzchnia się nieco poprawia choć to dla nas i tak niewielka pociecha przy zawrotnej prędkości jaką rozwijamy i problemie z ciągłym brakiem mocy kończącym się na każdym pagórku dwu lub nawet trzykrotnym ponownym odpalaniem samochodu.

4:40
Jakaś stacja lekko na uboczu przed nami ... pusto postanawiamy nieco odpocząć może jak się rozwidni uda się usuną lub znaleźć usterkę.

5:23

Budzi nas chłód ... uruchamiamy silnik – może mu się poprawiło ? pracuje równomiernie ale nadal brak mocy – robimy rundkę po czymś co można nazwać placem stacji – bez zmian ...

Idziemu spać choć na 1,5 godziny.

7:20
Budzi nas ponownie przenikające zimno – jest już jasno.

Wizualna ocena silnika nie pozostawia złudzeń – nie wiemy co może być przyczyną braku mocy.

Ruszamy

Wjazd do stacji jest już „zamknięty” drutem zawieszonym między dwoma słupkami, na szczęście to tylko prowizoryczne zamknięcie, którego usunięcie nie stanowi problemu.

Kierujemy się w stronę okolicznych zabudowań, może jest tam jakiś warsztat ?

Warsztatu nie ma ale jest bieda, bieda ukraińskiej wsi gdzie czas zatrzymał się co najmniej 50 lat temu.

Wracamy się na główną drogę prowadzącą do Lwowa. Toczymy się dalej ...

10:40
Postanawiamy, że Michał i Andrzej pojadą autobusem lub stopem do Lwowa. Znajdą tam do naszego przyjazdu warsztat gdzie będziemy mogli naprawić samochód i stancje gdzie będziemy mogli się zatrzymać na najbliższą noc.

Michał, który kilka razy był we Lwowie ma swoje stale miejsce noclegowe u Pana Antoniego może i on pomoże w temacie warsztatu.

Pytamy o pomoc w napotykanych warsztatach – ale ich obsługa pacząc na nasz samochód rozkłada ręce – to nie wołga czy też moskwicz ...,

13:20
Rogatki Lwowa – trzy pasmówka aż do centrum miasta, przed pierwszymi światłami po lewej stronie serwis Daewoo – może oni naprawią ?

Po krótkiej rozmowie i oglądnięciu samochodu – obsługa rezygnuje z podjęcia się nawet diagnozy problemu kierując nas do centrum – „bo u nich diesli się nie naprawia”. Zrezygnowani odtaczamy się w stronę centrum gdzie mamy się tez spotkać z Michałem i Andrzejem.

Naszym kontaktem mają być krótkofalówki o zasięgu do 3 Km – tak wiec „w zasięgu się usłyszymy” ...

14:50
Zgodnie z ustaleniami czekamy na pierwszej stacji benzynowe na kontakt od Andrzeja i Michała – bez rezultatu. Na naszej częstotliwości natomiast są taxówkarze.

Dopiero na wysłane przez Tomka SMSy na telefon Michała jest odpowiedz „jesteśmy przy dworcu ...”

Po drodze do dworca postanawiamy znaleźć serwis w którym naprawimy samochód.

W każdym napotkanym lub wskazanym warsztacie odpowiedz jest ta sama – „u nas takiego nie naprawisz”.

Zrezygnowani poszukiwaniami i jazdą samochodem, który gasnie niemal na każdym skrzyżowaniu decydujemy się na ostatni desperacki krok – znalezienie serwisu mercedesa (silnik Ssangyoung’a jest właśnie Mercedesa).

Kierujemy się zgodnie z tablicami reklamowymi do lokalnego dealera Mercedesa, ku naszemu zaskoczeniu po drodze trafimy na warsztat przed którym stoją głównie mercedesy – nie ma oznaczeń autoryzowanej stacji ale sprawia wrażenie że może nam pomogą.

Szef warsztatu rozumiejący dość dobrze po polsku stwierdza że przyczyną są zapchane filtry i po ich wymianie wszystko będzie „o.k.” oraz że mogą to zrobić bez problemu od ręki.

Po ok. 45 minutach filtry są wymienione a samochód pracuje bez zarzutu.

Koszt naprawy to robocizna - 82 hrywny i 57,60 hrywien części – nie mając już prawie hrywien dopłacamy 20 euro.

Bez dalszych problemów docieramy pod dworzec – tu nasze krótkofalówki już działają wiec nie ma problemów z odnalezieniem się.

Drogi we Lwowie są w złym stanie poza standartowymi dziurami przebiegają przez nie tory tramwajowe, które wystają znacznie ponad powierzchnię „nawierzchni”. Dodatkowo znacząca część dróg w mieście to pofalowana przez czas we wszystkich kierunkach kostka brukowa pamiętająca jeszcze czasu Cesarza Franciszka Józefa.

Normą są tu samochody zaparkowane przy lub na lewym pasie drogi – nie na poboczu – jak mówią miejscowi „dla oszczędności przestrzeni”. Nie obowiązują niemal pasy dla pieszych, którzy przechodzą w każdym punkcie drogi często przez nie przebiegając lub niemal spacerując.

Na nawierzchni nie ma czytelnie narysowanych pasów wiec ruch odbywa się na zasadzie „zmieścimy się albo i nie ...” teoretycznie są np. trzy pasy jezdni w jednym kierunku a pojazdów jadących równolegle jest cztery lub dzięki zaparkowanym na środku drogi tylko dwa, do tego piesi więc obraz totalnej wolnej amerykanki drogowej.

Ku naszemu zaskoczeniu nie widać żeby kierowcą taka „kultura” jazdy przeszkadzała co więcej nie zauważyliśmy aby dochodziło tu do niebezpiecznych sytuacji czy też stłuczek.

16:20
Docieramy do mieszkania Pana Antoniego goszczącego według opinii Michała często Polaków.

Warunki lokalowe do przyjęcia – mieszkanie usytuowane w starej z końca XIX wieku kamienicy jest nieco zaniedbane ale czyste.

W mieszkaniu zastajemy tylko śpiącego Pawła – syna Pana Antoniego, studiującego w Polsce.

Po dobudzeniu Paweł deklaruje nam swoją pomoc w zwiedzaniu miasta ale najpierw wspólna herbata.

17:40
Samochód zostawiamy na parkingu przy hotelu – tak bezpieczniej w ocenie Pawła niż przed kamienicą

Ruszamy w miasto.

Starówka zachwyca – jest piękna choć jak tu wszystko strasznie zaniedbana strasząca miejscami biedą i brudem.

Powoli zapada zmrok, jest zimno jakieś 10-12 stopni – Paweł wskazuje nam przyjemną restaurację – gdzie można zjeść potrawy z typowo ukraińskiej kuchni.

Koszt to: 106,50 hrywien – kelnerka po otrzymaniu 110 hrywien zapomina przynieść resztę.

20:20
Zmęczeni wracamy do mieszkania Pana Antoniego, aby się umyć w ciepłej wodzie musimy się pospieszyć – jest tylko do 21:00. Jak nam objaśnia Paweł na Ukrainie jest problem z wodą i jest ona racjonowana – większe ciśnienie jest tylko w godz. 6:00-9:00 i 18:00-21:00.

Szybko się myjemy a i tak Andrzej nie zdążył wziąć prysznic w ciepłej wodzie.

21:40
Czas na zasłużony sen – jutro kolejny dzień zmagań.


16 października 2004 (dzień 3 expedycji) [sobota]

7:40

Powoli się dobudzamy, przygody z samochodem i nieprzespana noc dają się we znaki.

Pamiętamy że ciepła woda jest tylko do 9-ej :)

9:15

Ruszamy w miasto – być we Lwowie i go nie zwiedzić to byłby błąd.

Planujemy że o 13ej ruszamy w dalszą drogę. Do tego czasu Tomek i Andrzej postanawiają wykorzystać ten czas na fotografie i skręcenie interesujących miejsc a Ja i Michał poczuć klimat miasta czyli powłóczyć się nieco po starówce.

Zakup atlasu samochodowego to tu wydatek 15 hrywien.

12:30
Odbieramy samochód z parkingu – koszt parkingu nie mały 17 hrywien. W drodze do mieszkania wyczuwamy w samochodzie zapach paliwa.

13:15
Pożegnanie z Panem Antonim – regulowanie kosztów noclegu – 8 zł od osoby nie wydaje się wygórowany.

13:36

Jesteśmy już spakowani w aucie, nie daje nam jednak spokoju zapach paliwa – pod samochodem spostrzegam sporą świeżą plamę najprawdopodobniej ON.

Po otwarciu maski okazuje się że w przewodzie paliwowym w odległości 5cm od filtra paliwa jest otwór przez który wycieka paliwo. Nie wierzymy w to co widzimy – czeka nas kolejna naprawa – tym razem to na szczęście tylko wymiana kawałka przewodu.

Przed wyjazdem ze Lwowa musimy go wymienić – tracimy za dużo paliwa.
Pytamy w kilku przypadkowych po drodze sklepach z częściami ale nigdzie nie możemy dostać przewodu. W jednym ze sklepów kierują nas na „samochodowy targ” tam na pewno mają.

Mijamy po drodze sklep z przyległym do niego warsztatem – pytamy, jest przewód !
Z pobliskiego warsztatu pożyczamy narzędzia – Tomek szybko i sprawnie wymienia przewód – możemy jechać. Decydujemy że musimy mieć spory zestaw narzędzi na dalszą drogę bo średnio co 200 km mamy jakąś awarię. Narzędzia kupujemy na wspomnianym targu za 140 hrywien (cena startowa 150 hrywien).
Jesteśmy w przeczuciu że możemy teraz jechać bez dalszych przeszkód.

16:10
Wyjeżdżamy z Lwowa kierując się na Tarnopol – Chmielnicki – Winnice – Umań – Odesse.
Planujemy aby na rano dojechać do Odessy – miejsca oficjalnego startu expedycji.
Po drodze kilkakrotnie tankujemy za 50 hrywien (zgodnie z zasadą mniej w baku mniej z baku)
Dogi przelotowe przez które jedziemy są tu stosunkowo dobre – co nie oznacza że nie pozbawione miejscami głębokich i dużych dziur na których można urwać nie tylko koło.
Szybko zapada zmierzch – a my znowu nocą w trasie ...

Z żalem obserwowaliśmy jadąc obwodnicą światła miasta Chmielnicki, które pozwoliły nam sobie wyobrazić jego wielkość (podobno to drugie miasto po Kijowie pod względem liczby ludności na Ukrainie).

Do Winnicy prowadzi Tomasz potem zmiana Hugo.

Stopniowo od Lwowa na trasie pojawia się coraz więcej „rogatek” z DAI miejscową milicją mającą za zadania kontrolowanie wszystkich przejeżdżających.

Wygląda to tak:

Około 200- 500 metrów przed punktem jest znak informujący o posterunku, ograniczenia prędkości 70 – 50 –20 i znak STOP. Milicjant ubrany w czarny skórzany „mundur” podobny do tych które ma policja drogowa w USA (również z gwiazdą szeryfa) znakiem dwu kolorowej czarno – białej krótkiej pałki wskazuje jechać dalej albo zjechać na pobocze do kontroli. Większość z kontrolujących nas sprawdzała tylko paszport i dowód rejestracyjny – bardziej uciążliwa od tych kontroli była tylko ich ilość średnio co 30-50 km co najmniej jedna.

Zdarzały się też i takie przez które przejeżdżaliśmy bez problemu a milicjant lub milicjanci nawet nie wykonywał ruchu jak by byli w szoku na widok naszego obklejonego jak na rajd pojazdu.

Nasza nie anonimowość powodowała że milicjanci nie bardzo wiedzieli co mają kontrolować jak również jak sugerować że łamiemy jakieś przepisy – wiec szybko puszczano nas dalej.

22:30
W kolejnym napotkanym przydrożnym barze jemy objadokolacje – jedzenie jest tu odziwo smaczne i jest go dużo. Koszt posiłku: 62,50 hrywny.

Po posiłku postanawiamy skorzystać z toalety – tu zamiast klasycznej muszli – ceramiczna dziura w podłodze – rezygnujemy.

Ruszamy w dalszą drogę do Odessy.

17 października 2004 (4 dzień expedycji) [niedziela]

0:30

Droga staje się utrudniona przez kilkunasto kilometrowe remontowane odcinki przeplatane starą wyboistą nawierzchnią.

Nasz samochód powoli się „rozkręca” – wszystkie plastiki wyposażenia zaczynają wydawać dziwne dźwięki.

Droga – prosta wytyczona jak od linijki powoduje że oczy same się zamykają.

6:05
Senność i zmęczenie Hugo daje coraz bardziej się we znaki – konieczny staje się chwilowy odpoczynek lub nawet krótka chwila snu.

Na pierwszej dobrze oświetlonej stacja z parkingiem – zatrzymujemy się.

8:16
Hugo budzi zimno – ruszamy w dalszą drogę.

Przy uruchamianiu samochodu zgasły na dece rozdzielczej światełka sygnalizujące awarię napędów 4x4, której nie udało się naprawić w V-tech Tuningu w Krakowie – to cud a może lecznicze właściwości dróg Ukrainy usunęły awarie a może to po prostu brak profesjonalizmu serwisu (?).

Od tej pory cztery napędy działają – choć po ich uruchomieniu słychać tarcie przypominające odgłosem szlifowanie zębatki dobywające się z lewego przedniego koła. Na wszelki wypadek napędy zostają wyłączone.

10:15
Jesteśmy na rogatkach Odessy

Na początek chcemy znaleźć Patiomkinską Lestnice – Schody Patiomkinskie, jeden z najbardziej znanych i charakterystycznych turystycznie punktów Odessy.

Trasa przez miasto podobna do tej ze Lwowa, dziury i drogowa wolna amerykanka – docieramy do centrum.

To miasto nawet wizualnie różni się od poznanego przez nas Lwowa – po ulicach porusza się sporo drogich zagranicznych samochodów, w centrum sklepy z drogimi i exluzywnymi towarami, kasyna, restauracje ...

Jesteśmy pod wrażeniem, które niestety mija na widok tego co za pięknymi fasadami - czyli brudnych i obskurnych podwórzy, śmieci wysypujących się z kontenerów czy tez zdewastowanych, zrujnowanych kamienic wplecionych pomiędzy wyremontowane i odnowione budynki lub też za nimi schowanych.

Docieramy do centrum – parkujemy jak się okazało nieopodal Schodów.

11:16
Oficjalny start EXPEDYCJI!


Kręcimy ujęcie naszego teamu na Schodach – przed nami widok portu ... za nami budynek z fotosami z filmu „Deja-vu” z Jerzym Szturem w roli głównej.

Schodzimy do portu pooglądać trzy pokaźnych rozmiarów statki wypoczynkowe – bo tylko one się aktualnie tam zmieściły (nazwy statków the WORD, DISCOVERY i nazwa trzeciego nam uleciała).

13:40

Po zwiedzeniu przyportowej starówki ruszamy w dalszą drogę na Krym.

Przez naprawę samochodu straciliśmy stosunkowo dużo czasu więc trzeba go teraz nieco nadrobić.

21:38
Jesteśmy w Krasnopieriekolsku poprzednia zarwana noc i kolejne kilkaset kilometrów skłania nas do skorzystania z hotelu.

Kierując się za tabliczkami informacyjnymi trafiamy do hotelu „Fantazja” który sprawia wrażenie czystego i nie drogiego. Na dole w recepcji siedzi milicjant dbający o bezpieczeństwo gości.

Cena za noc nie jest mała ale do zaakceptowania za 2 osobowy pokój z łazienką i ciepłą wodą 90 hrywien za 2 osobowy pokój z łazienką wspólną na korytarzu 60 hrywien. Hugo i Tomasz lokują się w tym pierwszym „z duszą” czyli po polsku łazienką a Michał i Andrzej w drugim.

18 października 2004 ( 5 dzień expedycji) [poniedziałek]

8:40

Powoli się budzimy – znów czas pobudki nie zgodny z planowanym ale co tam ważniejsze to dobrze wypocząć przed dalszą trasą

9:43

Na dole zaskakuje brak w recepcji milicjanta – czyżby nie trzeba było nas już chronić, za parking hotelowy płacimy tu 7 hrywien za noc, pakujemy do auta bagaże i ruszamy w dalszą drogę.

Kierujemy się na Czarnomorskoje a dalej w planach Ewpatorija.

Jedziemy nadbrzeżnymi drogami z prawej strony roztacza się piękny widok plaż czarnego morza, przejeżdżamy przez liczne małe i biedne wioski. Poraża nas panująca w nich bieda a jednocześnie niesamowita abstrakcyjna kolorystyka zabudowań kontrastująca z otaczająca ze wszystkich stron szarością.

Domki są małe przypominające altanki na polskich działkach pracowniczych.

Otaczająca domki roślinność nadaje im bajkowego kolorytu. Odnosi się wrażenie że całość została dawno temu zawieszona w czasie i przestrzeni.

11:30
20 km za miejscowością Czarnomorskiej zjeżdżamy z „głównej” drogi. Przed nami krótki odcinek drogi przez małą wioskę na końcu którego rysują się kontury morza. Jadąc przez wioskę mijamy domki – w jednym z nich na ogrodzie trwa jakieś przyjęcie, mijamy je - dojeżdżamy do końca drużki nad sam brzeg urwistego klifu. Roztacza się z niego niesamowity widok postrzępionego przez morze półwyspu. Schodzimy wąska wyżłobioną przez deszcze ścieżką w dół ok. 40 metrów na usłaną kamieniami plaże.

Dla takich widoków tu przyjechaliśmy. Po krótkim ok. 20 minutowym spacerze brzegiem klifu postanawiamy ruszać w dalszą drogę – Tomek i Andrzej chcą przejść się przez wioskę i skręcić nieco materiału. Z Michałem ruszamy za nimi 15 minutach – w połowie drogi przez wioskę dobiega do nas gwizd Andrzeja dającego nam znaki do zawrócenia (?) Zawracamy po maruderów, którzy właśnie zostali zaproszeni na przyjęcie urodzinowe.

Solenizantami są Ojciec świętujący 50 urodziny i jego syn Misza obchodzący 29-te. Za usilną namową gospodarza przyłączamy się do uroczystości. W większości świętujący z solenizantami to najbliższa rodzina: Serjoża (młodszy syn) oraz Natalija (żona starszego solenizanta), dziadek Wania i sąsiedzi.

W prezencie dajemy im synom i ojcu koszulki z logiem Expedycji oraz kilka opakowań ciastek Lajkonika – to przełamuje ostatnie lody – jesteśmy traktowani jak dawno oczekiwana rodzina.

Siadamy do suto zastawionego stołu głównie produktami z „własnego wyrobu”: suszone ryby, krem z gorczycy, przecier z papryki,

Rozmawiamy niemal o wszystkim ale tematem wiodącym jest życie tu na Ukrainie i tam w Polsce.

Wspólna niedola obu narodów ich splecione losy, zmiany jakie zachodzą na Ukrainie, nowe nadzieje w związku z wyborami i ostatni dobry dla miejscowych sezon turystyczny.

Natalija opowiada nam o losach swojej rodziny: pradziadku uczestniku powstania kościuszkowskiego wywiezionym w głąb Rosji, jego przymusowym pobycie aż wreszcie osiedleniu się w Rosji, żalem i tęsknota za polską i rodzinnym podkrakowskim majątkiem.

Tematów jest wiele – bariery językowej niemal w cale – niezrozumiale słowa tłumaczy ekipie Michał albo są wyjaśniane innymi zrozumiałymi. Andrzej który nie zna rosyjskiego zaczyna dzięki sporej ilości wypitej wódki tworzyć swój język w fonetyce podobny do rosyjskiego ale nie mający z nim nic wspólnego ba nawet nie podobny do polskiego. Impreza przeciąga się do późnego wieczoru – większość jej uczestników ma poważne problemy z grawitacja nie wyłączając naszej ekipy. Postanawiamy przenocować w Marine bo tak nazywa się ta wioska – choć jak sami mówią jej mieszkańcy powinna nazywać się Tarkankut co mniej więcej znaczy „tam gdzie diabeł mówi dobranoc” .

Z oczu znika nam Andrzej, który z Miszą i Saszą postanawiają połowić z morza muszle główne zajęcie tutejszej ludności poza sezonem turystycznym.

Prawdziwym mistrzem jest tu jednak Tarkan pies Miszy, który nurkując wyławia je i wynosi na brzeg w pysku – niesamowity widok. Na szczęście pojawia się mama Miszy i całą wesołą trójkę wyciąga na brzeg. Jest zimno ok. 9 stopni – bynajmniej taka temperatura nie przeszkadza Andrzejowi w kąpieli.

Nie chcąc urazić gospodarzy a nie widząc u nich możliwości noclegu – rozbijamy przy świetle reflektorów samochodu namiot sytuując go dokładnie 7 kroków od końca urwiska. Liczymy że rano o świcie obudzi nas piękny wschód słońca nad morzem.

21:40
Idziemy spać – rano poza wschodem słońca czeka nas długa droga przez Krym


19 października 2004 (6 dzień expedycji) [wtorek]

2:50

Przenikliwe zimno i wiatr wiejący od strony morza nie zapowiada pięknej pogody.

7:20
Wstajemy – jedni mniej inni bardziej obolali po wczorajszej uroczystości.

Krótkie podsumowanie tak zwanych strat własnych, odświeżenie pamięci i ruszamy w dalszą drogę nie zapominając jednocześnie o pożegnaniu z naszymi wczorajszymi solenizantami i ich bliskimi.

Obraliśmy kierunek na Sewastopol i Jałtę

Lekko zmęczeni nocą w namiocie i co niektórzy po ostrej balandze zmierzamy na tak zwaną Riwierę Krymską.

Kierując się atlasem drogowym trafiamy na drogę przelotowa przypominającą polny dojazd do dużego PGR-u.

Pomijając już jakość drogi po której obu stronach rozciągają się aż po horyzont pola nie widzimy jakichkolwiek jej oznaczeń czy tez dalszych drogowskazów. Co do słuszności naszego wyboru trasy utwierdzają nas inne przejeżdżające nią z przeciwnego kierunku pojazdu – łącznie może osiem samochodów i dwóch motocyklistów z których jednego na pewno spotkaliśmy ok. 40 km od tego miejsca na innej kolorystycznie maszynie – co stwierdziliśmy przeglądając fotki – bo sami nie mogliśmy w to uwierzyć.

Generalnie do tej pory drogi na Ukrainie nie były rewelacyjna ale też i nie były traktami przez pola – tym razem ten niemal 30 km odcinek nas swoją jakością negatywnie zaskoczył.

Ponadto większość Ukraińskich dróg jak i ulic jest dobrze oznakowana, co prawda czasem błędnie ale jest.

Oceniliśmy nawet że łatwiej się poruszać po Ukrainie niż po kiepsko oznaczonym naszym Śląsku – człowiek się mniej gubi.

Nie zrażani koleinami i dziurami głębokimi do połowy kół jechaliśmy dalej – nasza wytrwałość została nagrodzona – na końcu drogi rozpościerał się widok na morze i niewielką groble przez którą przechodziło pędzone przez kilka osób stado krów – dla nas scena niemal jak z fotografii lub obrazu z przed 100 laty.

Początkowo chcieliśmy wolno wjechać w stado i je wyminąć ale krowy niechętnie nie widząc jakby potrzeby nam ustępowały z drogi wiec postanowiliśmy się nasycić tą chwilą i popaczyć jak spędzane jest stado do obejść.

Z tego co udało nam się dowiedzieć wynikało że każda z krów ma swojego właściciela a wypasane są przez dzień razem – pilnują je wybrane z wioski osoby – a na wieczór są spędzane do swoich obejść pomagają w tym też i inni mieszkańcy wioski.

12:20
Jesteśmy na pięknej krętej drodze wiodącej nad samym wybrzeżem morza – Riviera Krymska zachwyca barwami jesieni i kolorytem morza.

Po drodze natrafiamy na miejscowość Ikerman – z wykutymi w skale „celami” mnichów i przyległą do niej starą cerkwią. Trud włożony przez mnichów w stworzenie tego kompleksu budzi respekt i podziw.

Aktualnie cerkiew jest intensywnie odnawiana podobnie jak część połączonych z nią korytarzy z celami.

Jesteśmy zaskoczeni stosunkowo wysoką dodatnią temperaturą jaka panuje wewnątrz korytarzy i cel – odczuwalnie wyższą niż aktualnie panującą na zewnątrz.

Nad cerkwią i kompleksem – na górze skały choć lepiej określić ją mianem góry kiedyś stała twierdza broniąca okoliczną ludność i mnichów. Do współczesnych czasów niewiele z niej pozostało.

Po części kompleksu oprowadza nas człowiek który przez jak sam mówi półtora roku szedł do Ikerman z Uralu a teraz tu mieszka i pracuje u mnichów – jego uścisk dłoni budzi respekt.

14:30
Udajemy się serpentynami w dalsza drogę.

Prędkość jaką rozwijamy trudno określić zawrotną – to góra 30-50 km na godzinę.

Ekipa w samochodzie odbija się od lewej do prawej burty.

Małą możliwą do rozwinięcia prędkość rekompensują piękne widoki roztaczające na morza.

Pomimo wspomagania kierownicy w naszym aucie – ciągłe niemal pełne skręty kierownicą daje się we znaki Hugo, ale taka droga cieszy jest mniej monotonna niż jazda prostymi jak od linijki po horyzont drogami Ukrainy.

17:00
Zmęczeni kilkugodzinna jazdą serpentynami postanawiamy znaleźć nocleg.

Pomimo zakończonego sezonu – nie jest to łatwe.

Zjeżdżamy do kolejnych po drodze oznaczonych pensjonatów, domów wypoczynkowych, sanatoriów – część z nich jest już zamknięta lub ma komplet. Ceny za nocleg sięgają i 170 hrywien od osoby (?)

Jedziemy dalej w stronę Jałty – może będzie taniej lub uda nam się wynająć prywatny apartament – kwaterę.

18:30
Jesteśmy w miejscowości Simiejz i tu podobnie jak na trasie ostatnich 30 km

Ceny w pensjonatach wysokie a część prywatnych kwater już nie działa – po sezonie.

Napotykamy grupę powracających z wędkami rybaków – jeden z zapytanych o możliwość wynajęcia pokoju stwierdza za lekką namową kolegów że u niego jest taka możliwość i „jeśli chcemy możemy pojechać on pokaże”.

Zabieramy ze sobą wędkarza – jego psa i jedziemy krętymi wąskimi uliczkami – po niespełna 10 minutach jesteśmy na miejscu.

Od strony ulicy wąskiej niemal na szerokość półtora samochodu przechodzimy przez metalową bramkę do wąskiego korytarza w dół po betonowych schodach. W połowie schodów znajduje się taras z którego naszym oczom ukazuje się widok na morze. Do tarasu przyległe są dwa pokoje, jeden z kuchnią oraz łazienka.

Jesteśmy mile zaskoczeni – wszystko jest tu nowe no i ten widok na może ...

Początkowo planowaliśmy spędzić tu tylko jedną noc i jechać dalej ale jakość zaoferowanego pobytu i cena 5 USD od osoby skłania nas do pozostania aż na dwa dni – cały czas czujemy się zmęczeni, może tak działa na nas klimat a może ta ciągła jazda samochodem ?

Ostatecznie z Żenią (czyli Grzegorzem) negocjujemy 35 USD za dwa dni i za cztery osoby.

/ Spokojnie możemy polecić to miejsce na wypoczynek – dla zainteresowanych podajemy adres: Simiejz ul. Ganskowo 21 tel. 240 – 131 (prosić Żenię albo Ljusię)/

20:30
Pierwsza od początku expedcyji możliwość spokojnej archiwizacji foto na CD – zajęcie na wieczór dla Hugo reszta ekipy wychodzi zaszaleć na miasto.

I zaszaleli – kolacją za 165 hrywien (!)

21:40

Nocna włóczęga po plaży

Spotykamy rozśpiewaną grupę studentów z Moskwy („wspinaczy skalnych”) siedzących przy kuchence palnikowej i przygotowujących grzańca. Zostajemy zaproszeni do „ognia”. W rozmowie dowiadujemy się że większość ze skałkowieczów to bywalcy również naszych polskich Tatr.

22:20
Dziękujemy za degustacje grzańca po rosyjsku i wracamy do naszego apartamentu.

Znowu zimna woda ! i tu też jest problem z wodą podobnie jak we Lwowie – jest tylko do 21:00 od 18:00 – nie ma jak zimny prysznic o wieczorze.

W nocy znów wieje zimny i mocny wiatr od morza, mamy wrażenie ze nasz apartament oderwie się od reszty zabudowań Żeni.

20 października 2004 (7 dzień expedycji) [środa]

8:30

Powolne zwlekanie się z łóżek w planie zwiedzanie okolic oraz archiwizacja sporo już ilości fotek i spisywanie relacji z ostatnich dni robota dla Hugo.

10:30
Michał, Andrzej i Tomek – ruszają w góry na sesję plenerową.

15:00
Wreszcie otwarta po przerwie firma telekomunikacyjna z której po złożeniu zamówienia można zadzwonić za granice.

Zamówienie rozmowy polega na podaniu pani w okienku: kraju do jakiego chce się zadzwonić oraz kwoty jaką chce się za połączenie zapłacić. Pani wpisuje do komputera dane a następnie wskazuje kabinę z której można samodzielnie wybrać numer. Koszt rozmowy – 1 minuty to 3,75 hrywny. Im więcej minut tym rozmowa nieco tańsza za 40 hrywien połączeniem z numerem stacjonarnym trwało ok. 16 minut.

17:40
Powraca wygłodniała ekipa – obolały od kręcenia kierownicą po serpentyną Tomek gotuje leczo.

19:20

Jest już po kolacji – zostajemy w apartamencie – jest chłodno i dalej wieje silny wiatr.


21 października 2004 (8 dzień expedycji) [czwartek]

7:05

Kolejna bolesna dla nas pobudka

W planie droga do Jałty i dalej do Feodocji – tam planujemy nocleg aby rano opuścić Krym.

8:30
Tomek i Andrzej chcą przejść się jeszcze raz w okolicach plaży i utrwalić charakter miejscowości dla potomnych.

Miało im to zająć 30 minut wracają po niemal dwóch godzinach.

10:20
Ruszamy w dalszą drogę. Droga do Jałty z Simiejz wiedzie dalej nad morskimi serpentynami – postanawiamy że następny odpoczynek i postój dopiero w Jałcie.

Na szczęście do przejechania został nam już niewielki odcinek drogi około 30 km.

11:45
Jesteśmy w Jałcie.

W planie dostanie się do cafejki internetowej i szybkie zwiedzenie miasta – ujmuje nas swym kolorytem i architektonicznym przepychem nabrzeżna promenada.

Parkujemy w „strefie centrum miasta” – koszt parkingu 5 hrywien za godzinę.

Z interntu można skorzystać w czymś w rodzaju poczty – są tu stanowiska za które płaci się w okienku kasy – w tym samym można uregulować rachunek za domowy telefon. Stoimy w 30 minutowej kolejce.

Koszt internetu 4,20 hrywny za godzinę.

Tomek i Andrzej już tradycyjnie idą w miasto coś skręcić lub sfotografować.

Hugo próbuje wysłać zarchiwizowane na CD relacje i foto – niestety nie ma w terminalach sprawnych stacji CD, a na dodatek co chwila na ekranie wyświetla się samoczynnie strona porno – z naprawdę mocnymi fotosami -zmieniamy miejsce.

14:00
Poszukiwania lepszej cafejki nie dały rezultatu – czas na zwiedzenie miasta, może gdzieś po drodze natrafimy na nią ?

16:00

Michał znajduje cefe internet – jest szansa na przekaz bitów :)

Kolejny problem nasze pliki są za duże jak na jakość transferu w cafejce – wyświetlony czas przekazu ftp fotografi – jednego 700 megowego folderu to 7 dni i 6 godzin! a mamy takich folderów co najmniej 9 do wysłania.

Próba pomniejszenia plików przez obsługującego cafe informatyka kończy się niepowodzeniem.

Pozostaje tylko w ramach przewidzianego na cafe czasu zainstalowanie komunikatora tlen.pl i rozmowa z bliskimi.

17:05
Wyjeżdżamy z Jałty kierując się do Feodocji.

Droga stopniowo staje się coraz mniej kręta i przyległa do morza.

18:30
Jesteśmy w Sudaku powoli zapada zmierzch – planujemy znalezienie tu kwatery i spędzenie nocy – rano planowane zwiedzanie twierdzy z przeszło 2 km murem obronnym.

W większości napotkanych stancji słyszymy że jest po sezonie i nie są przygotowani na przyjęcie gości.

Błąkamy się po mieście – postanawiamy zapytać taxówkarza czy nie zna jakiegoś dobrego lokalu – nie hotelu – gdzie moglibyśmy się przespać na jedną noc. Taxówkarz nie zna takiego miejsca ale do rozmowy włącza się modnie ubrany młody człowiek i mówi że u jego koleżanki będziemy mogli się przespać za 100 hrywien za noc – dzwoni do niej. Po 15 minutach pojawia się dziewczyna lat około 30 kilku z którą jedziemy do jej mieszkania – ma być ciepła woda. Warunek do 7:15 musimy wyjechać bo ona idzie do pracy.

Ciemnymi dziurawymi uliczkami trafiamy przed nieoświetlony garaż, z boku garażu furtka do wąskiego między ogrodzeniami ogrodu.

Po mieszkaniu biega dwójka małych dzieci lat od 3 do 6. Wszędzie panuje nieporządek, jest biednie ale czysto – na stary wypłowiały dywan w „budach wchodzić nie wypada” – uwaga do Hugo, który nie zdjął butów.

Mielibyśmy spać na kanapie i dużym małżeńskim łóżku. Łazienka mała ale czysta.

Po chwili zastanowienia rezygnujemy z noclegu zdając sobie sprawę że naszym pobytem w mieszkaniu za bardzo ingerujemy w życie dziewczyny i jej małych dzieci.

Ruszamy w dalszą drogę.

20:20
Jesteśmy w Feodozji, omijamy centrum kierując się za miasto w stronę morza – planujemy noc spędzić w namiocie na plaży.

Jest zimno około 5-7 stopni. Plaża znajduje się w odległości 20 – 30 metrów od głównej drogi – martwi nas że nie jest nigdzie osłonięta np. pagórkiem lub drzewami dającymi schronienie autu i namiotowi.

Po drodze powoli rozglądamy się za możliwością rozbicia się z namiotem na jakiejś prywatnej posesji.

21:10
Zatrzymujemy się przed zamkniętą bramą z niewielkim ogródkiem wiodącą do cafe – w budynku świecą się jeszcze światła a przed nim w mroku poruszają się jakieś postacie. Długim sygnałem klaksonu oznajmiamy nasze przybycie.

Do bramy podchodzi wysoki człowiek o typowej wschodniej zakaukazkiej urodzie. Pytamy o możliwość noclegu. Po krótkim zastanowieniu wskazuje nieodległy dom „babuszki” u której są pokoje do wynajęcia.

Prosimy o zaprowadzenie. Niestety ledwo dobudzona starsza pani – właścicielka kilku pokoików nie może znaleźć kluczy do kudek na które są one zamknięte. Udaje się tylko do jednego wiejącego stęchlizną pokoiku z dwoma starymi łóżkami. Rezygnujemy – wygodniejszy nasz namiot.

Wracamy do cafe – po drodze Alek – bo tak ma na imię nasz nowy znajomy zapytany o możliwość noclegu na posesji wyraża zgodę. Po chwili namysłu proponuje nocleg w nieużywanej już po sezonie części cafe – w czymś w rodzaju przybudówki – wiaty, tu jak sam mówi będzie nam cieplej niż w namiocie a tylko tyle może nam zaoferować. Z okazywaną Alekowi radością korzystamy z zaproszenia.

Wypakowujemy śpiwory i kalimaty – dziś noc spędzimy na tureckich ławach. Po chwili pojawia się Alek i zaprasza na zaplecze gdzie czeka już na nas gorąca zupa przypominająca solankę i mocna herbata.

Nie chcąc być dłużni po staropolsku wyjmujemy z samochodu ciastka Lajkonika oraz 0,5 l ukraińskiej wódki - prezent jaki dostał Hugo od rodziny w Marine. Siadamy do rozmowy – naszymi gospodarzami są Alek rodowity Uzbek oraz „T”- imienia nie zapamiętaliśmy – rodowity Tatar Krymski, którzy prowadzą sezonową cafejkę z typową uzbecką kuchnią cenioną tutaj na Krymie.

Alek opowiada o siebie, swojej rodzinie i kraju – w jego głosie słychać tęsknotę – za tydzień może 10 dni wraca już do siebie „jest po sezonie”. U siebie w kraju też ma przydrożne cafe. Zgodnie z tradycją rodzinna jest „jak jego ojciec i dziadek i ojciec dziadka” kucharzem. Rano mamy spróbować samsy – typowej potrawy Uzbeckiej – specjalności cafe z której Alek jest dumny, mówi że tylko u niego tu na trasie jest najlepsza bo wypiekana w typowym tandarze – piecu z gliny który przywiózł ze swojego kraju .

Alek i „T” sporo pytają o Polskę jak się tu żyje jaka jest kuchnia ile można zarobić, czy jest taka kuchnia i czy znamy takie potrawy pachnące stepem ...

Rozmowa przeciąga się do późnej nocy.


22 października 2004 (9 dzień expedycji) [piątek]

5:10

Budzą nas dźwięki dobiegające z kuchni i przenikający ściany zapach ciętej cebuli.

6:30

Powoli wstajemy ... interesuje nas jak wygląda przygotowanie samsy „od kuchni”.

Składnikami są: mięso wolowe, dużo cebuli, tłuszcz barani, przyprawy oraz ciasto w które wszystkie składniki są zawijane.

Alek i „T” rozpalają piec – musi mieć odpowiednią temperaturę – nie za gorący ale i nie za chłodny.

7:20
Piec jest już rozgrzany do właściwej temperatury można wkładać kulki samsy. W sezonie sprzedaje się ich ponad 600 dziennie – koszt jednego to 0,50 USD – jak mówi Alek ten sezon był dobry – zrobili dobry interes.

8:30
Po sowitym poczęstunku świeżo wypieczonymi samsami i po pożegnaniu ruszamy w dalszą drogę – opuszczamy już Krym za zamiarem dojechania do granicy Ukraińsko – Rosyjskiej.

14:20
Opuszczamy Krym

15:30
Dojeżdżamy do wybrzeża Morza Azowskiego, przy drodze stragany zastawione świeżym kawiorem (czarnym i czerwonym) i będącym pod ochrona jesiotrem wystawianym z bagażnika do sprzedaży.

Cena kawioru to tu od 100 do 140 hrywien za słoik 0,5 litrowy.

15:50
Kolejna z wielu kontroli – tym razem mamy za ciemne szyby – przekraczamy dopuszczalne normy przyciemnienia – wykupując odpowiednią plakietkę – badanie techniczne możemy bez problemu jechać dalej – koszt plakietki „legalizującej” niedopuszczalne przyciemnienie to 104 hrywny.

Mamy do wyboru: zapłacić albo auto zostanie skierowane do zakładu w którym zostaną odklejone folie i dopiero po odklejeniu będzie można nim dalej poruszać się po drogach.

Na zachętę milicjant informuje nas że plakietka jest ważna nie tylko na Ukrainie ale i w Rosji i Białorusi. Płacimy.

16:40

Kolejna kontrola tym razem Hugo przekracza prędkości z dopuszczalnych 60 km/h – na wskazaniu radaru milicjanta 93 km/h. Koszt dalszej jazdy to dwie koszulki Expedycji i kilka paczek Lajkonika.

Od teraz jedziemy już zgodnie z przepisami.

17:20
Opłata za plakietkę pochłania ostatnie hrywny – musimy wymienić waluty – pytanie tylko gdzie.

Na kolejne napotkanej stacji nie chcą od nas przyjąć euro – a bak prawie pusty, musimy znaleźć kantor.

Zjeżdżamy z głównej drogi do Primorska – w atlasie oznaczona jako miejscowość turystyczna – po drodze mijamy osiedle bloków – tylko w niewielkiej część mieszkań widać życie – w pozostała większości jest opuszczona z powybijanymi szybami z rzadka tylko osłoniętymi szmatami.

Mamy wrażenie że trafiliśmy w osiedle slumsów. Przejeżdżamy czym prędzej.

W nieodległym od miasteczka barze Michał próbujemy dowiedzieć się gdzie możemy wymienić pieniądze. Jak udało mu się dowiedzieć tu w okolicy nigdzie - dopiero w Biedrjański.

Zaraz za Michałem wychodzi z baru dwóch ubranych w skórzane kurki męszczyzn wsiadają do białego BMW serii 7 po chwili BMW rusza w kierunku w którym i my zmierzamy wyłączając pomimo zmierzchu światła – dziwne.

Przez kilka minut Hugo obserwuje w lusterku czy nie jadą za nami dalej – na szczęście już nie ...

Kilka kilometrów dalej natrafiamy na otwarty bar decydujemy się na posiłek. Z obsługą ustalamy że zapłacimy euro – kelnerka je od nas odkupi – kurs niezbyt korzystny za 15 Euro dostajemy 90 hrywien tyle ile wynosi rachunek za dość obfity dwu daniowy posiłek.

19:45
Na rezerwie w baku zbliżamy się do Biedrjańska może tu uda nam się wymienić pieniądze.

W mieście szaro zapada zmierzch – trafiamy do dzielnicy portowej licząc na punkty wymiany walut – niestety wszystkie o tej porze są już zamknięte.

Za radą napotkanego młodego człowieka idziemy na niewielki bazar – o tej porze tylko tu można wymienić waluty. Właściwego człowiek Michał znajduje bez większego trudu – kurs nie najlepszy (6,40 hrywny za euro) ale co robić kiedy w baku pusto a planujemy jeszcze przejechać kawałek drogi.

Rozważamy możliwość pozostania i noclegu – miasto wydaje się interesujące, stare niskie kamienice na Prospekcie Lenina w centrum miasta pamiętają czasy imiennika. Niestety ceny hoteli bynajmniej są współczesne – pokój 4 osobowy w dobrych warunkach to 240 rubli.

Pozostawieni w aucie Tomek i Andrzej spotykają Stefana – studenta nauk matematycznych, który oferuje pomoc w znalezieniu noclegu – najpierw podwozimy Stefana pod sklep z elektroniką – ma coś tu załatwić. Następnie obieramy kurs na mieszkanie koleżanki Stefana, która może chcieć wynająć pokój na noc – czekamy pod blokiem - niestety nic z tego tej nocy. Obieramy kolejny kierunek za radą naszego przewodnika - jedziemy do dzielnicy domków, których właściciele w sezonie wynajmują pokoje. Większość z nich jest jednak zamknięta na głucho.

Nieco poirytowani tą przejażdżka po mieście postanawiamy jechać dalej.

21:30
Zbliżamy się do Marinopolu – tu planujemy spędzić ostatnią noc na Ukrainie.

Nie ma wielkiego wyboru musimy nocować w hotelu.

22:20
Jesteśmy zainstalowani w hotelu.

Mamy wrażenie że jego wystrój jest niezmienny od czasów towarzysza Breżniewa.

Pokój trzy osobowy wynajmujemy dla naszej czwórki bez problemu za dopłatą.

Koszt pokoju to 120 hrywien dopłata to 60 hrywien – łącznie 180 hrywien za noc.

Za parking przy recepcji płacimy z góry 7 hrywien za noc – samochód będzie tu bezpieczny „Ci Panowie pilnują”.

Wskazani Panowie bynajmniej nie wzbudzają zaufania ale może to tylko nasze odczucie.

Pokój a właściwie dwa małe pokoje są czyste z telewizorem, łazienka duża ale nieco obskurna – odpadające kafelki nie robią dobrego wrażenia – jest woda i to na dodatek ciepła!

22:30
Ekipa poza Hugo, który zostaje w pokoju żeby zarchiwizować fotki idzie w miasto.

23:50
Wszyscy powoli układają się do snu jutro Rosja.

23 października 2004 (10 dzień expedycji) [sobota]

8:10

Kolejny dzień expedycji - powoli się dobudzamy i wstajemy.

9:05
Przy chodniku przed hotelem nasz samochód nadal stoi – ruszamy w dalszą drogę.

9:30

Kolejna z wielu kontrola drogowa – jesteśmy tuż przed granicą jakieś 8-10 km.

Pewni że wszystko mamy w porządku – ba nawet więcej zalegalizowaliśmy nielegalne przyciemniane szyby czekamy na pozwolenie dalszej jazdy – tym razem milicjant jednak nie daje łatwo za wygraną w poszukiwaniu czegoś co mogło by sprawić żeby jego stan majątkowy się powiększył. Udaje mu się – brak nam plakietki państwa czyli PL-ki.

Jakieś dejavu – już raz za to płaciliśmy – zaczynając naszą wizytę na Ukrainie. Tym razem negocjacje zaczynają się od 50 USD ! Chyba bliskość granicy sprawia że ceny rosną w geometrycznym postępie. Hugo pokazuje portfel na dowód że jest w nim tylko 20 euro – reszta na karcie – nie wozimy gotówki – możemy zapłacić góra 10 euro musimy mieć przecież jakąś gotówkę choćby na telefon. Milicjant przystaje na propozycję – 10 euro i „paszli” – przed odjazdem mówi nam żeby przy kolejnej kontroli powiedzieć że „Piotrowic nas pustil” – nie będzie już dalszych problemu. Jedziemy.

Po około 3 km mijamy kolejną kontrolę tym razem zajętą sprawdzaniem innego samochodu – spokojnie przejeżdżamy – poręczenie Piotrowicza nie jest nam już potrzebne.

Granica.

Na przejściu prawie pusto jesteśmy drudzy w kolejce a odprawa Ukraińska szybko i sprawnie przebiega – nawet nie musimy otwierać samochodu – wzbudzamy jak zwykle tylko ogólne zainteresowanie : „skąd – dokąd, co to za maszyna ?”

Po 15 –20 minutach jesteśmy już na Rosyjskiej punkcie kontrolnym.

Dostajemy do wypisania kolejne deklaracje i karty. Po odprawie paszportowej musimy wyrobić „strachowke” – ubezpieczenie komunikacyjne na terenie Rosji – bez niej nie dostaniemy dalszych dokumentów uprawniających do poruszania się po drodze. Ubezpieczenie można wyrobić w baraczku na granicy. Koszt ubezpieczenia jest wysoki więc Hugo idzie sprawdzić czy polisa z zieloną kartą nie wystarczy – „w Rosji nie obowiązuje Polskie ubezpieczenia – nie ma umowy”. Koszt „strachowki” to 1029, 60 rubla po komputerowym wypisaniu danych do formularza idzie się następnie z dyskietką i wydrukowaną deklaracją do kolejnego baraczka – tu Pani wypełnia ponownie dane i archiwizuje je na dyskietce – mają posłużyć do wydrukowania zezwolenia drogowego – koszt to dalsze 100 rubli. Korzystając z okazji Hugo kupuje za 30 rubli identyfikacyjną plakietkę z emblematem państwa – RU – przerabiamy ją wycinając i podklejając na niej białą wyciętą z kartki papieru elipsę z napisanymi czarny długopisem literami PL. Mamy już PL-kę.

Z dyskietką dalsza droga wiedzie do kolejnej tym razem już budki metalowej w której siedzi urzędnik wystawiający „zezwolenia drogowe” – po otrzymaniu dyskietki informuje że zezwolenie wystawi ale tylko na 5 dni – więcej dostaniecie na miejscu jak zgłosicie się do tu podaje niezrozumiale nazwę urzędu.

Tłumaczenie że wizy mamy jeszcze na 3 tygodnie i że „strachowka” obowiązuje przez 14 dni niewiele pomagają – „to inne przepisy ja mam takie z Moskwy”. Pomaga dopiero wsadzone do szuflady 100 rubli – dostajemy zezwolenie aż do końca obowiązywania ubezpieczenia czyli nie na 5 a na 14 dni.

Odprawa celna przebiega już bez problemu – po otwarciu bagażnika celnik zadaje tylko pytania o materiały pirotechniczne i narkotyki – jednych i drugich nie mamy – więc koniec odprawy.

W baku znów posłucha – musimy tankować – 3 km za granicą ponowna kontrola tym razem milicji rosyjskiej.

Prowadzi Tomek, w ocenie milicjanta nowe polskie prawo jazdy nie jest dobre –„ nie ma na nim napisane permis de conduire, tak jak na starym prawku Hugo. Poirytowani tym idziemy z milicjantem do posterunku, który chce nam pokazać książkę gdzie jest napisane jak ma wyglądać obowiązujące na terenie Rosji prawo jazdy – „musi być napisane w nim napisane w 4 językach w tym rosyjskim”. Zdenerwowany Hugo udaje że dzwoni do Polski do znajomego konsula rosyjskiego żeby zapytać go czy to prawda – wychodząc mówi że jako ekipa TV mamy wysoko postawionych znajomych. Podczas oglądania prawa jazdy okazało się że ma napisy tyle że widoczne pod rożnym kontem – nawet w języku rosyjskim. Wszystko w porządku możemy jechać dalej – czyżby obyło się bez dowodów wdzięczności.

Szukamy stacji jadąc za radą milicjantów w boczną drogę po 2 km natrafiamy na stację – nie sprzedają jednak na niej ON. Jest nie dobrze nawet rezerwa się już kończy. Ruszamy.

Po 10 minutach jesteśmy na stacji – za ostatnie jakie pozostały po opłatach 200 rubli tankujemy. Wskazówka nieznacznie przekroczyła wskaźnik rezerwy.

12:53
Jesteśmy w Taganrok – może tu uda się nam wymienić walutę na ruble. To niewielkie miasto.

Jest sobota może być z tym problem – pytamy o kantor dowiadujemy się że „u nas takich niet” może w banku –parkujemy. Koło targu oddalonym od samochodu o jakieś 5 minut drogi rozdzielamy się: Hugo i Michał idą szukać banku a Tomek i Andrzej mają podjechać pod mur targu i zaczekać. Odszukany bank jest już od 20 minut zamknięty ale pracownik banku mówi że można wymienić walutę na nieodległym targu, na który udaje się Michał – Hugo czeka na samochód z resztą ekipy.

13:40
Hugo zostaje wywołany przez krótkofalówkę – to Andrzej i Tomek: „mamy problem – zatrzymała nas milicja, idziemy w twoją stronę” (!?)

Oczom Hugo ukazuje się na końcu uliczki z której miał nadjechać samochód - dwóch milicjantów a za nimi Andrzej i Tomek, którzy zostali zatrzymani za filmowanie i fotografowanie bazaru (?!). Dwaj młodzi milicjancie trzymają ich paszporty.

Z rozmowy Hugo z milicjantami wynika że w Rosji filmowanie jest zabronione i mamy problem. Mamy w trójkę nieodparte wrażenie że problemem jest chęć otrzymania przez Panów milicjantów łapówki – dwie na jeden dzień nam już wystarczą – żądamy zaprowadzenia nas na posterunek do komendanta – wzbudza to lekkie zdziwienie młodych funkcjonariuszy – pod drodze nawiązuje się rozmowa że może by tak i nie iść – niestety dziś nas już nie interesują łapówki.

Na komisariacie zostajemy ponownie wylegitymowani – siadamy w poczekalni razem ze „studentkami”, które zgłaszającymi pobicie – tak określają milicjanci 6 młodych i ładnych miejscowych prostytutek.

Po chwili wychodzi do nas oficer dyżurny – Andrzej pokazuje mu co filmowali – ryby na targu – nieco rozbawiony incydentem oficer woła innych kolegów żeby zobaczyli skuteczność jego podwładnych. Po „surowym” pouczeniu że nie wolno filmować obiektów strategicznych a w szczególności targów z rybami jesteśmy wolni.

Mamy jednak problem z wymianą waluty – pytamy więc na komisariacie gdzie możemy jej dokonać – odpowiedź jest tylko jedna na targu – ale uważajcie. Nasi bohaterscy milicjanci deklarują że nas odprowadzą do targu i wskażą gdzie wymienić – przyjmujemy ich propozycję po drodze zadając pytanie czy to legalne (może to ich prowokacyjna zemsta?).

Po drodze natrafiamy na Michała, który czeka już mocno zdenerwowany w ustalonym na spotkanie miejscu a o którym całkiem zapomnieliśmy.

Na targu wymieniamy nasze dewizy na miejscowe ruble – kurs: 26.7 rubla za USD (było by 28 ale macie drobne 20 dolarówki a nie 100 – choć wspólnie wymieniamy ponad 100 USD) oraz 35 za euro – podobnie jak w przypadku dolarów.

15:30
Mając już ruble spokojnie możemy ruszać na stacje.

Jedziemy – po 3 minutach drogi – kolejna kontrola tym razem jedziemy pod prąd (pas tylko dla marszrutek i autobusów). Tomek ponownie idzie się tłumaczyć – udając że nie rozumie i że ostatnią godzinę spędził na komendzie zostaje po pouczeniu puszczony – możemy jechać.

W napotkanych po drodze stacjach usiłujemy kupić atlas lub mapę samochodową – bez rezultatu – w Rosji nie ma map na stacjach. Kierowani w jednym z na trasie z miast trafiam na autobazar już po jego zamknięciu.

Jedziemy tylko zgodnie z tablicami informacyjnymi.

19:10
Jesteśmy w Rostowie nad Donem – to jedno z większych miast w tym rejonie Rosji.

W napotkanej przy myjni knajpce zatrzymujemy się na obiadokolacje.

Cena za posiłek wynosi: 930 rubli.

20:20
Poinstruowani przez obsługę knajpki ruszamy w dalszą drogę do Soczi – po drodze nie ma sensu się już zatrzymywać na nocleg. Planujemy jazdę przez całą noc.

Wyjeżdżając z miasta mijamy przydrożny całodobowy bazar rozciągnięty na niemal 2 – 3 km.

Czas zakupić tu atlas samochodowy. Cena 200 rubli – dla Polaków 180 rubli – bierzemy.

20:40
Kolejna kontrola milicyjna – nawet dla sportu już ich nie liczymy (jakaś 9-14 w dniu dzisiejszym) – ta jest jednak inna prowadzona bardziej szczegółowo pod kątem nie dokumentów a tego co mamy w samochodzie.

Sprawdzane są nasze bagaże, samochód – ba nawet kieszenie.

Padają liczne pytania o narkotyki, materiały pirotechniczne, broń...

Po 20 minutach jesteśmy wolni możemy jechać - ujęci tak drobiazgową kontrolą – postanawiamy podarować Panom milicjantom nieco ciastek – do herbaty na ciężką noc.

W duchu liczmy że do Soczi będziemy mieli już spokojniejszą drogę.

Jedziemy – tej doby mamy jeszcze tylko dwie kontrole.

24 października 2004 (11 dzień expedycji) [niedziela]

2:30

Droga powoli zmienia się w znane nam z Krymu serpentyny – z informacjami z atlasa zbliżamy się na „rosyjską rivierę”. Postanawiamy zatrzymać się do rana aby móc podziwiać widoki z drogi jakie mogą nas ominąć w trakcie jazdy w nocy.

3:10
Stacja benzynowa – staje się naszą noclegownią.

Hugo nauczony doświadczeniem pakuje się w śpiwór, reszta okrywa się kurkami – czas na chwilę snu.

7:30
I znów budzi nas chłód – stanowczo nieco mniejszy niż przez ostatnie dni a właściwie noce spędzane w samochodzie.

7:50
Ruszamy w dalszą drogę.

Po drodze mijamy kilka tarasów widokowych – naprawdę warto się na nich, choć na chwilę zatrzymać.

Jesteśmy zaskoczeni że przejechanie odcinka 30 km zajmuje niemal godzinę – serpentyny są tu lepsze niż na Krymie.

14:20
Jesteśmy w Soczi.

Jak zapamiętali z czytanki starsi uczestnicy expedycji z książki do nauki języka rosyjskiego „mieście ogrodzie”.

Plan na dzień: kawa i tym razem śniadanio – objad, potem znalezienia kantoru i wymiana waluty, następnie sprawdzenie możliwości przejazdu przez Abchazję – awaryjnie sprawdzenie połączeń promowych do Batumi w Gruzji a na koniec znalezienie kwatery na noc.

Z kawą i jedzeniem podobnie jak z wymianą walut poszło sprawnie – gorzej z informacjami o możliwości przekroczenia granicy z Abchazją.

Z promem też nie najlepiej – koszt promu to dla czterech osób przeszło 19000 rubli czyli ponad 700 USD.

Jesteśmy więc w tak zwanej kropce.

Pozostało znalezienie kwatery na noc tą lub i na kolejną.

O kwaterę najlepiej zapytać na dworcu – „u babuszek”

- jak ją nazwaliśmy mafia babć rządzi rynkiem pośrednictwa kwater w mieście – każda ma do zaoferowania kilka pokoi w różnych kwotach i lokalizacjach.

Michałowi i Tomkowi udało się znaleźć „maklera”, który ma do zaoferowania dwa dobre apartamenty za 600 i 700 rubli za noc. Jedziemy za nim krętymi wąskimi dróżkami często ostro pod górę lub w dół. Poznajemy „zaplecze” miasta. Po drodze widoki na ośnieżone już szczyty kałkazu widoczne z niektórych górek wprowadzają nas w osłupienie.

Zatrzymujemy się przed jednym z domów gdzie są do wynajęcia pokoje. Po szybki rekonesansie rezygnujemy – pokoje są jeszcze w trakcie budowy. Nasz „makler” prosi o jeszcze jedną szanse – chce pokazać „lux” pokoje za 700 rubli za noc – przy samej plaży, będziemy zadowoleni.

Jedziemy tym razem głównie w dół miasta.

Wskazany dom robi pozytywne wrażenie podobnie jak i jego właścicielka około pięćdziesięcioletnia Pani – o imieniu Sonia. Zostajemy – samochód można wprowadzić na niewielkie podwórze – będzie tu bezpieczny.

Ustalamy cenę 700 rubli za tą noc i 600 za każdą następną jeśli zostaniemy.

17:40
Szybkie zakupy, znów nam coś upichci Tomas.

18:30
Rekonesans po mieście, czas dowiedzieć się o inne możliwości dalszej podróży.

Budżet expedycji nie przewiduje aż tak dużego wydatku w postaci promu, podobnie ma się z idę expedycji – okrążenie miało być realizowane drogami lądowymi a nie morskimi – ale może nie będzie innego wyjścia.

22:15
Zmęczeni całonocną drogą idziemy spać

25 października 2004 (12 dzień expedycji) [poniedziałek]

9:30

Znowu z planowanej na 7:30 pobudki nic nie wyszło – chyba nasze organizmy dalej są w czasie polskim (aktualnie różnica 2 godzin: tu 7:30 a w Polsce 5:30 daje się we znaki).

Dziś w planie tylko nadrabianie zaległości w pisaniu relacji (Hugo), sprawdzenie kiedy odchodzi kolejny najbliższy prom do Turcji lub Batumi w Gruzji z możliwością przewozu samochodu i ile będzie kosztowała przeprawa (Michał), wypoczynek na plaży połączony z fotografią rybaków (Tomek i Andrzej).

Na pytanie o możliwość przeprania w pralce brudnych ciuchów nasza gospodyni Pani Sofia deklaruje swoją pomoc i sama zabiera rzeczy do prania.

Czas na pisaniu ucieka nie ubłaganie, wypalane z foto płytki może uda się wysłać jutro kurierem bo ich pojemność każda powyżej 500 MB nie nadaje się do wysłania przez sieć – szkoda.

17:40
Czas na posiłek tym razem mocno przesolona kura na zimno z supermarketu.

19:40

Tomek i Andrzej uderzają zaszaleć w miasto nie chcą zabrać ze sobą Michała – czyżby coś planowali. Michał zrezygnowany pozostaje z piszącym od rana relacje Hugo – co najwyraźniej nie sprawia mu radości, ba nie pomaga nawet „bielyje” piwo.

23:00
Koniec pisania relacji czas na sen jutro rekonesans granicy Rosji z Abchazją może tędy uda się przejechać do Gruzji a dalej do Turcji.

Równie interesujące są widoczne z Soczi ośnieżone szczyty Gór Kaukazu.


26 października 2004 (13 dzień expedycji) [wtorek]

0:20

Idziemu spać ale najpierw składamy życzenia solenizantowi – ANDRZEJ OBCHODZI DZIŚ URODZINY - KONCZY 22 LATA!

8:15
Powoli wstajemy

W planie sprawdzenie możliwości przejazdu przez Abchazje do Gruzji a dalej do Turcji – oby było to możliwe, choć niemal od każdego z miejscowych jak i przyjezdnych na odpoczynek Rosjan z którym rozmawiamy o planowanej trasie naszego przejazdu dowiadujemy się że w Abchazji trwa wojna i słyszymy że chyba zwariowaliśmy jeśli chcemy tam teraz jechać.

Aktualnie Abchazja odłączyła się od Gruzji i jest niezależną republiką z mocno pro rosyjskim kierunku politycznym, z czym nie zgadza się znacząca część społeczeństwa chcąca pełnej niezależności lub dalszej przynależności do Gruzji.

Podobno co kilkanaście kilometrów można spotkać na drodze uzbrojonych osobników zbierających opłaty za przejazd – średnio 100 USD od osoby. Mogą to być zarówno „bojownicy” walczący za lub przeciw władzy, „przedstawiciele” lokalnego wataszki czy też łasi na zysk zwykli bandyci – nikt tego tutaj tak do końca nie wie.

Spotykamy się również z opiniami że nic nam nie grozi jeśli nie będziemy zjeżdżać z głównej drogi czy też jechać nocą lub po prostu zatrzymywać się przy drodze – to może wzbudzić zainteresowanie.

Możemy też wynająć ochronę ale to kosztuje ... ok. kilkaset dolarów no i trzeba wiedzieć z kim rozmawiać.

Kolejny problem nad którym się zastanawiamy to jak wygląda granica Abchazko – Gruzińska i czy przez nią przejedziemy (czy dostaniemy na niej wizy Gruzińskie) bo powrotu do Rosji już nie będzie (mamy wizy jednokrotne).

Tak wiec sytuacja jest poważna a my jesteśmy w tak zwanej kropce bez dostatecznych informacji.

9:40
Kierujemy się z Soczi na nieodległą granice znajdująca się w miejscowości Adler.

[ok. 23 km od centrum Soczi]

10:15
Dojeżdżamy do strefy przygranicznej ok. 500 m przed granicą.

Z lewej strony mijamy tętniący życiem niewielki bazar – miejsce handlu wszelakimi towarami.

Na bazarze można spotkać zarówno Rosjan jak i Abchazów korzystających na przygranicznym handlu korzystnym dla obydwu stron. Wydaje się że bliskość granicy jest najlepszą weryfikacja opłacalność transakcji.

A że z miejscowego handlu można nieźle żyć utwierdzają nas drogie zachodnie samochody zaparkowane na poboczy głównie nowe BMW i Audi, kontrastujące ze leciwymi ŁAZ-ami i Ładami poruszającymi się w stronę granicy.

Mijamy niewielką kolejkę samochodów oczekujących na przejazd. Napotkany przed przejściem Rosyjski celnik po obejrzeniu naszych paszportów informuje że nie uda nam się przejechać tej granicy – jak to tłumaczy: „jest to wewnętrzne przejście graniczne obsługujące tylko Rosjan i Abchazów”. I że służby graniczne Rosyjskie nas nie wypuszczą bo nie spełniamy warunków i jesteśmy obcokrajowcami oraz dodaje nieco ciszej że również dla naszego bezpieczeństwa.

A nawet gdybyśmy przejechali to i tak były by problemy na granicy Gruzińskiej bo jak widzi nie mamy wiz a na granicy ich nie dostaniemy.

Sugeruje prom do Batumi – gdzie schodząc na ląd w porcie dostaniemy wizy lub drogę do Władykałkazu do Ambasady Gruzińskiej i wyrobienie wiz oraz próbę przejścia granicy przez przejścia w Osetii.

Ta ostatnia propozycja wydaje nam się jeszcze bardziej ryzykowna od wersji przejazdu przez Abchazie ...

Na koniec naszej rozmowy po raz kolejny upewniamy się czy aby na pewno nie ma innego sposobu (delikatnie sugerując łapówkę) ale odpowiedz celnika nie daje złudzeń tędy nie przejedziemy – pozostaje dalej przeprawa promowa: z Soczi do Batumi lub z Soczi bezpośrednio do portu w Turcji.

Nieco zmienia to koncepcję okrążenia Morza Czarnego drogą lodową ale może to jedyne wyjście w tej sytuacji aby zgodnie z planem kontynuować Expedycję.

Żałujemy że omijamy najciekawsze – bo najmniej znane w Polsce miejsca w tej części naszej trasy – najbardziej żal nam Gruzji, kraju świeżo po „rewolucji róż”.

11:40
Koniec zwiedzania przygranicznego bazaru ruszamy w dalszą drogę – trasa wiedzie do Krasnej Polany – miejscowości położonej malowniczo w górach Kaukazu przeszło 600 metrów nad poziomem morza.

[Do Krasnej Polany z miejscowości Adler mamy ok. 47 km]

Droga do Krasnej Polany wiedzie przez niesamowite górskie drogi – częściowo w przebudowie.

Ruch pojazdów na odcinku 7 km wykutym w zboczu skalnym odbywa się wahadłowo – co godzinę ruch w jednym kierunku. Widok z drogi „w dół” mrozi krew w żyłach.

Aktualnie trwające prace drogowe mają za zadanie wykucie tuneli pod górami a nie jak dotychczas wykucie dróg wiodących po ich stokach tuż nad przepaściami wyżłobionymi przez rwące górskie rzeki.

13:40
Dojeżdżamy do Krasnej Polany – przy drodze mijamy liczne domy wypoczynkowe i pensjonaty dla na prawdę zamożnych turystów. Podejrzewamy że wypicie kawy w którymś z nich w znaczący sposób naruszyło by nasz budżet.

14:05

Koniec drogi

Jesteśmy przy małym ale dobrze urządzonym i wyposażonym centrum turystycznym z wyciągiem krzesełkowym wywożącym na szczyt góry na wysokość przeszło 2200 metrów. Koszt przejażdżki to 500 rubli a czas ok. 60 minut w jedną stronę – są dwie przesiadki po drodze.

Obok wyciągu restauracje, sklepy i kafejki.

Z uwagi na koszty przeszło 23 USD od osoby rezygnujemy z przyjemności przejażdżki.

Korzystając z okazji wychodzimy na najbliższy pagórek na którym pasą się konie – widok równie piękny z doliny na ośnieżone już szczyty Kaukazkie.

15:00
Pożegnaliśmy już Krasną Polanę.

Oczekujemy na przejazd przez strefę remontów – od 15-ej do 16-ej mogą się poruszać pojazdy w stronę Soczi, jeszcze jadą samochody z przeciwnego kierunku.

15:15
Ruszamy już bez przeszkód – teraz cala droga (szerokości dużej ciężarówki) jest do naszej dyspozycji.

16:40

Dojeżdżamy do Soczi – postanawiamy sprawdzić inne możliwości połączeń promowych (zadanie dla Michała), przygotować posiłek (Andrzej i Tomek) oraz sprawdzić przez internet co słychać w kraju (Hugo).

Koszt internetu – 36 rubli za godzinę.

19:00
Kolacja i mała „IMPREZA” URODZINOWA ANDRZEJA /młokosa/.

23:40
Czas na sen jutro może już opuszczamy Soczię.

27 października 2004 (14 dzień expedycji) [środa]

8:15
To już normalne ze zaspaliśmy wiec nawet już na nikim w ekipie nie robi to wrażenia norma – przecież w Polsce to dopiero 6:15 !

9:20
Michał i Tomek idą do portu sprawdzić możliwości przeprawy promowej z samochodem – w poniedziałki i czwartki odchodzi ponoć prom, który może nas zabrać (Turecki armator) – koszt promu niższy niż ostatnio nam mówiono nie ponad 19 000 rubli dla 4 osób i samochodu a 14175 rubli dla 3 osób i samochodu (kierowca jest na wyposażeniu auta).

14:10
Ustalamy warunki z przewoźnikiem (okienko nr 11 w porcie), dajemy nr paszportów i dane samochodu, mamy czekać na telefon – może to być około godziny 4ej w nocy jak również około 8ej – po wyładunku towarów.

Problemów z rosyjską strażom graniczną nie będzie zapewnia organizator łapówkę już dostali.

Rano mamy po telefonie szybko przyjechać do portu – mamy mieć też przygotowane 14175 rubli na bilet – resztą ma zając się nasz przewoźnik.

14:40
Powoli wszystko wraca do normy – Expedycja ma szanse na kontynuacje – czas na relaks na plaży, słonce mocno świeci jest około 22 – 25 stopni.

16:20
Powrót do naszej kwatery – porządkowanie rzeczy przed jutrzejszym wyjazdem.

Pakowanie, wypełnianie kolejnych deklaracji celnych – tym razem wywozowych, zaleceni przewoźnika – żeby nie było pytań na „oprawie”.

17:40
Przestaje współdziałać z notebookiem wypalarka CD – a fotek przybywa dziennie co najmniej 350 - 600.

18:20
Wymiana waluty na ruble.

24:50
Czas na sen – jutro zamiast jazdy po serpentynach – pływanie i prawdopodobna choroba morska.

28 października 2004 (15 dzień expedycji) [czwartek]

8:10

Sonia – nasza gospodyni przychodzi z informacją że dzwonili do nas od armatora i mamy być w porcie o

9:00
Po nocnym wyczekiwaniu na telefon to dobra informacja.

Szybkie dopakowywanie bagaży a w przypadku Tomasza – pakowanie i jesteśmy 8:40 gotowi do wyjazdu – pożegnanie z Sonią obdarowującą nas na drogę owocami z przydomowego ogrodu i ruszamy.

[ I to miejsce możemy polecić: Soczi, ul Ordżonikidze 25/1 tel. 924624, kom. 8-918-409-74-74]

Za ostatnie ruble w kwicie 480 postanawiamy jeszcze uzupełnić zapasy paliwa – mając w pamięci lekcje z Ukrainy. Realizacja zakupu nie jest jednak prosta w Soczi drogi są w większości jednokierunkowe, nie koniecznie przebiegające w „swojej bliskości” w przeciwnych kierunkach – znalezienie przełączki do zmiany kierunku i drogi w przeciwną stronę niż tą którą aktualnie się jedzie to nierzadko w przypadku głównych dróg konieczność przejechania 400- 700 metrów – a my nie pamiętamy gdzie przy głównej drodze w centrum była stacja benzynowa – nerwowo kręcimy się w okolicy portu łamiąc przy okazji znaczną część miejscowych przepisów drogowych.

Jest stacja – tankujemy – jest już 9:10 ! nerwowa atmosfera udziela się wszystkim – nie chcemy się spóźnić na prom to oznaczało by kolejny dzień pobytu albo nawet konieczność przeczekania do poniedziałku.

9:20
Jesteśmy w „przygranicznej strefie” portu

Krótka kontrola przy szlabanie naszych paszportów – wszystko o.k. – mają na liście Ssangyounga możemy jechać dalej „priama i na lewa”. Kolejna brama – tu każą nam wycofać i czekać – „oni podzwonią”.

9:50
Możemy wjeżdżać przed prom – najpierw zebranie paszportów, chwilę potem deklaracji celnych.

Nasz obklejony samochód wzbudza zainteresowanie – nawiązuje się „znajomość” z młodym celnikiem zainteresowanym naszą Expedycją i tym jak się żyje w Polsce.

Dostajemy cichą zgodę na filmowanie przejścia – „filmujcie tak byśmy tego nie widzieli i znaczące mrugnięcie okiem”.

Kupujemy bilety – cena 14175 rubli na biletach widnieje 450 USD – to jak dotychczas nasz największy wydatek.

[50 USD od osoby oraz 300 USD za samochód i kierowcę].

Pod samochodem rośnie plama wyciekającego z pod silnika jakiegoś płynu wzbudzając zainteresowanie pograniczników (!) po szybkim sprawdzeniu na szczęście to tylko uszkodzony pojemnik lub przewód od płynu do spryskiwacza – no cóż chyba przyzwyczailiśmy się do częstych awarii naszego Ssangyoung’a ta wiec nie robi na nas specjalnego wrażenia.

10:10
„Wszystko w porządku – możecie jechać” – jesteśmy zaskoczeni – nawet nie było konieczności otwarcia samochodu czy tez bagażnika – wspomniana przez przedstawiciela armatora łapówka musiała dobrze zadziałać.

Stoimy przed promem – najpierw załadunek TIR-ów potem nasza kolej.

10:40
Powoli, kierowani przez obsługę wjeżdżamy na prom, chwile później pojawia się młody człowiek i mówi że chce nasze paszporty (?) – jest ubrany „po cywilnemu” i nie ma żadnej legitymacji na dodatek nie mówi słowa po rosyjsku jak i angielsku. Odmawiamy wydania paszportów, nie zirytowany tym faktem pokazuje aby z nim pójść do kapitana. Napotkany człowiek z identyfikatorem na „smyczy” wyjaśnia trudno zrozumiałym angielskim z domieszką tureckiego że jest musimy dać paszporty do spisania danych dla armatora i żeby nie było problemów na granicy z celnikami (czyżby i tam było wszystko opłacone ?). Z dużą obawą oddajemy nasze paszporty starając się nie spuszczać młodego człowieka z oczu.

13:28
Cumy rzucone płyniemy !

Soczi powoli się od nas oddala – z morza roztacza się piękny widok na miasto i nie odległe od niego ośnieżone szczyty Kaukazu – szkoda że niebo jest dziś zachmurzone i nie da się tego dobrze utrwalić na kamerze czy foto.

Dowiadujemy się że w Turcji będziemy ok. 24ej. Tak wiec czeka nas cały dzień na promie.

Prom i opłynięcie morzem Abchazji i niestety nad czym najbardziej ubolewamy Gruzji był jedynym możliwym rozwiązaniem aby kontynuować założenia Expedycji – okrążenie Morza Czarnego i Azowskiego.

Po promie poruszamy się swobodnie – wchodząc niemal wszędzie.

Toaleta nie nadaje się do użytku – to ceramiczna dziura w podłodze pokładu, z której ulatuje smród nie do zniesienia.

Po krótkich negocjacjach z II oficerem dostajemy kabinę cztero osobową.

Pościel na pryczach też dawno nie widziała pralni - tu z kolei panuje zapach brudnych skarpet.

Na szczęście działa gniazdko – możemy odpalić notebooka i doładować baterie kamery.

To dziwne ale niemal nie wyczuwalnie kołysze – może obejdzie się bez choroby morskiej ?

17:30
Powoli oswajamy się z promem i jego warunkami, kilka minut drzemki dobrze nam zrobiło.

W żołądkach powoli czujemy nieprzyjemne ssanie – a tu nie licząc jednego małego chleba, dwóch pasztetów i kilku owoców nie mamy nic do jedzenia i picia.

Z promowej kuchni dobiegają zapachy – widzimy jak załoga siada do obiadu. Z powodu jak się później okazało naszego nie doinformowania obiad był również i dla nas.

19:40
Zaczyna mocniej huśtać.

21:20
Huśtanie jest nieco większe – a żołądki nadal puste. Hugo nieco zzieleniał.

Wymuszony sen może pomoże – nie pomaga.

Na promie poza załogą są tylko kierowcy TIR-ów, większość sprawia wrażenie dobrych znajomych.

Często razem na tej trasie pływają.

Dowiadujemy się że możemy korzystać z kuchni – mocnej zaparzonej herbaty jest tu pod dostatkiem.

Panujący brud nawet już tak nie rzuca się w oczy – może już do niego przywykliśmy, korzystamy nawet z oryginalnej dla nas toalety.

22:50
Może uda się nieco zdrzemnąć – jutro kolejny dzień w drodze.

29 października 2004 (16 dzień expedycji) [piątek]

1:30
Z okien widać światła portu w oddali – powoli zbliżamy się do wybrzeża Turcji.

2:30
Budzi nas odgłos cumowania, typowy okrętowy szczęk łańcuchów i pokrzykiwań marynarzy.

3:20
Jeden z marynarzy wskazuje abyśmy poszli już do samochodu. Wychodzimy z kajuty.

Rozmowa z 2 oficerem – możemy zostać do 8:00 na promie i się wyspać i tak wcześniej nie będzie odprawy a nasze paszporty są u przedstawiciela armatora.

Próbujemy się zdrzemnąć jeszcze przy odgłosach wyładunku TIRów

6:00
ORIENT – z portu z głośnika dobiega głos wzywający na modlitwę.

Niesamowite przebudzenie.

TIR-y nadal są wyładowywane ...

8:00
Po raz kolejny wołają nas do samochodu ... i po raz kolejny opuszczenie promu odwołane – „musicie zostac .. paszporty w niebieskim budynku ...- ok. 9-ej będzie o.k.”

9:30
My nadal na promie ...

Nie ma zarówno 2 oficera jak i przedstawiciela armatora – nikt nic nie wie – może o 12-ej będziecie mogli wyjechać ...

10:30
Pojawia się nieco zaspany przedstawiciel armatora znający tylko dwa słowa: „paszporty – i tu wskazanie palcem budynku w porcie – go” . Skoro „go” – to ruszamy. Powoli nasz samochód jest opuszczany platformą na zerowy poziom – możemy ruszać na odprawę.

Przy wskazanym budynku nikt nic nie wie ... – „jakie paszporty ?” ...

Jeden z policjantów wskazuje budynek w którym mieści się sklep bezcłowy – idziemy ... tak to tu – za sklepem znajduje się okienko straży granicznej (policji) nawet nasze paszportu już tu są – co za ulga.

Starszy Policjant wita nas „dzień dobry” - to jak się nam wydaje dobry początek – mamy nadzieję że i tu jest wszystko opłacone przez armatora.

„wszystko w parjadkie - musicie czekać ... „

10:50
Starszy Policjant powoli wpisuje dane z paszportów do komputera.

10:20
Zniecierpliwiony Hugo pyta co dalej ... „czekajcie u was nie ma wizy ... wiza 10 USD – tam” – Starszy Policjant zaprowadza Hugo do kolejnego okienka zamkniętego na głucha – „zadzwonię” – na szybie pokoiku widnieje kartka z imionami i nr telefonów. Dzwoni ... „10 minut – o.k.”

10:50
Jak na razie nie pojawił się nikt od wizy ... czekamy – na szczęście nie tylko my ... ale i kierowcy TIR-ów którzy muszą w tym okienku coś zapłacić ...

11:20
Znów zniecierpliwiony Hugo pyta policjantów – „jak długo ? ” – oni nie wiedzą gdzie jest człowiek z okienka – on będzie za 10 minut ... (!)

Starszy Policjant bierze wędkę i idzie łowić ryby na nabrzeże portu (!!!) – „wszystko o.k. – 10 minut...”

12:30
Dalej nic ... – czekamy

12:55
Czekamy opalając się przed wejściem - Hugo kładzie się na betonie 2 metry przed wejściem do budynku.

13:05
Podchodzi policjant i lekko kopie go w nogę – wskazując miejsce pod murem budynku gdzie z reszty naszej ekipy sączy się już pot.

13:10
Coś się ruszyło ... małe zamieszanie przy okienku z wizami ... to kierowcy TIR-ów wszyscy na raz chcą zapłacić ...

13:20
Spokojniej teraz nasza kolej – mamroczący coś pod nosem urzędnik wkleja do paszportów wizy ... za 20 USD (!) – krótkie upomnienie że jesteśmy „Polonia” – chwila zastanowienia ... zmiana decyzji ... teraz ostrożne odklejanie naklejek – wiz i nowe naklejki za 10 USD są już w naszych paszportach. Tyle kosztuje wiza dla Polaków do Turcji.

13:40
Nie ma już Starszego Policjant – do pracy z naszymi paszportami przystępuje młodu nieco wychudzony jego aktualnie na 10 minut jego zmiennik.

14:10
Młody Policjant nadal wprowadza dane do komputera ... nie może nadziwić się literze :„Ł” – „co to jest – takiej nie ma tu – wskazuje klawiaturę” ...

Krótkie wyjaśnienie to ... L tyle że po „poloni”.

14:30
„Pasport o.k. – go ...”

Na pytanie co „cłem i samochodem – maszynom” – młody Policjant odpowiada: „Car – o problem” – i wskazuje kolejne okienko – „car o.k.”

We wskazanym okienku dostajemy jakiś formularz i mamy wracać do okienka z opłatami – tu do zapłaty 12 000 000 lirów tureckich – nie mamy lirów – urzędnik przyjmuje 10 Euro i wydaje 3 000 000 w lirach stosując bandycki kurs – 1 euro jako 1 5000 000 lirów (kurs bankowy to tego dnia minimum 1 800 000 lirów za 1 euro).

Próbujemy dowiedzieć się za co płacimy ... nie sposób się porozumieć – u urzędnika brak podstawowej znajomości jakiegokolwiek języka obcego. „Płacić /chyba to oznaczały nie zrozumiałe dla nas słowa/ ...” – za co ?, urzędnik pokazuje kwit 12 mln – i powtarza płacić – ALE ZA CO ? „10 USD” ! – o.k. whot is it ? szto eto ? ...” – i tak przebiega nasza rozmowa przez niemal 5 minut – co za impas – nikogo kto zna angielski czy choćby rosyjski a tu jakaś opłata tylko za co ...?

Zmęczeni wysłuchiwaniem coraz bardziej nerwowego urzędnika płacimy 10 euro – mamy wracać do okienka w którym dostaliśmy formularz. Tu inny urzędnik wypisuje jego treść: imię, nazwisko właściciela pojazdu, nazwa pojazdu, nr rejestracji, nr nadwozia i silnika” – i znowu słyszymy 2 000 000 lirów – za co ?

Z rozmowy na migi i przekleństwa w obydwu językach wynika że za wydanie formularz lub jego wypisanie (!) – Hugo nie chce zapłacić – dość tych opłat ... za wypisanie kilku słów 2 000 000 lirów (?) do ozywionej rozmowy włączają się też i inni petenci dwóch z nich żeby urzędnik miał Hugo z głowy rzucają na stół owe 2 mln. Na to nie może przystać Hugo – „to wskazuje na pieniądze - no problem – problem whot is’t ... ?” – nie uzyskując odpowiedzi zwraca pozostałym petentom ich wkład w szybsze rozwiązanie problemu urzędnika.

Mamy z tym wypisanym formularzem iść dalej ...- tu na pomoc przychodzi pracownik jednego z niedoszłych darczyńców, który zaprowadza Hugo do właściwego okienka – tym razem w innym budynku ... następuje ożywiona rozmowa między naszym pomocnikiem a kolejnym urzędnikiem – teraz stosunkowo szybko pojawia się kolejna pieczątka na formularzu ... wracamy z powrotem do okienka gdzie dostaliśmy formularz. Tym razem tylko mamy zostawić tu oryginał i jedną z kopii – „finisz” – jak mówi urzędnik „i gestem - umywa ręce – go ...”

Domyślamy się że jest to jakaś forma opłaty drogowej związanej z autem bo na słowo „green kart” – urzędnik kręcił przecząco głową” a jest to coś związane z samochodem.

15:10
Możemy opuszczać port jest po kontroli – nikt nawet nie zainteresował się jakim samochodem przyjechaliśmy – ważne były tylko papiery ..

Wyjazd ze strefy granicznej portu – kolejny mundurowy na bramce chce dokumenty – dostaje wszystkie ... kręci głową - na jego twarzy maluje się niemal nad ludzki wysiłek ... wchodzi do swojego domku – po chwili z niego wychodzi – jeszcze bardziej strudzony – „o.k. – go”

15:25
Opuszczamy port udając się do centrum miasta Trabzon.

Od chwili zacumowania promu minęło raptem 10 minut tureckich czyli przeszło 16 godzin z czego samej odprawy przeszło 4,5 – a mogła trwać tylko 30 minut.

Wjeżdżamy w centrum miasta – na ulicach tłumy ludzi ... ciężko się przecisnąć przez nich – niechętnie niczym święte krowy przechodzą na chodnik lub inną część drogi.

Musimy wymienić pieniądze tylko gdzie ... ?

Na jednej z ulic zapytany o bank sprzedawca chce nam zamienić walutę na liry – dopytuje się uprzednio sąsiada jaki jest kurs – dziś ok. 1 800 000 lirów za euro – wymieniamy 20 euro – potrzebujemy lokalnej gotówki.

Powoli zdajemy sobie sprawę że z miejscowymi możemy mieć problem się porozumieć – prawie nikt nie rozumie nawet najprostszych słów po angielsku czy w innym niż swój języku.

Wymieniamy 20 euro – za 37 000 000 lirów – po dobrym kursie.

Chwila spaceru po wąskich zastawionych towarami uliczkach - wracamy do samochodu ... czas ruszać w drogę.

Nieopodal zaparkowanego samochodu – knajpka z jedzeniem ... nie jesteśmy w stanie się dogadać co chcemy zamówić – jakiś koszmar – Michał pokazuje jedną potrawę a kucharz chce mu dać inną potrawę – na pytanie o cenę konsternacja (ile tu powiedzieć ...?) – padają różne stawki 5 000 000 i 7 000 000 lirów za tą samą potrawe – kucharz jedną stawka kelner druga (?) – wychodzimy ...

16:50
Zmęczeni odprawą i poprzednią nocą na promie oraz głodni rozglądamy się za jakąś restauracją.

W jakieś niewielkiej miejscowości przy stacji benzynowej dostrzegamy cafe ...

Zamawiamy cztery duram-y – zawinięty w placek farsz – coś w rodzaju twistera z KFC tyle że co najmniej trzy razy większy i o niebo lepszy.

Placek jest bardzo sycący – jesteśmy najedzeni ... możemy ruszać dalej

Koszt czterech duram-u i mocnych kaw to 9 000 000 lirów

Jedziemy wolno poniżej dopuszczalnej prędkości, nie chcemy przynajmniej w tym kraju mieć kontaktu z drogówką a dwu miejscami trzy pasmowa droga doskonale nadaje się do omijania nas przez jadących z zawrotnymi prędkościami Turków.

17:30
Nadal odczuwając zmęczenie zaczynamy rozglądać się za noclegiem – początkowo myślimy o noclegu w namiocie ale brak widocznego wolnego dostępu do morza uświadamia nam że raczej nie będzie to możliwe.

Powoli rozglądamy się więc za hotelem z umiarkowanymi cenami

19:18
Kolejna miejscowość Tirebolu ... zapada coraz głębszy zmrok – dziś już dalej nie pojedziemy.

Przydrożny szyld wskazuje nam otel Ayana, z którego na nasz widok wychodzi obsługa recepcji. Nie wyłączając silnika Hugo idzie dowiedzieć się o cenę. Początkowo jest to 40 euro, po krótkich negocjacjach kwota za nocleg to 30 euro. Dostajemy dwa oddzielne pokoje z łazienkami.

Hotel wygląda na mocno zużyty – wyposażenie zarówno wykładziny jak i obicia nadgryzł ząb czasu już dość znacznie. Pokoje są czysto nie licząc dużego grzyba u dołu ściany w pokoju Tomka i Hugo.

Po szybkim rozpakowaniu ruszamy w miasto poczuć klimat.

Po drodze natrafiamy na kilka „herbaciarni”, w których siedzą tylko mężczyźni i piją kolorem przypominającą kawę mocną herbatę. Postanawiamy wejść do jednej z nich i też się napić. Ponieważ większość z nich w coś gra więc i my prosimy opisowo o karty do gry. Tomasz uczy nas gry w kanastrę. Po kilkunastu minutach kiedy nie wzbudzamy już żywego zainteresowania Andrzej uruchamia kamerę i powoli zaczyna filmować wnętrze – znów jesteśmy w centrum zainteresowania. O dziwo nikt nie protestuje co więcej część obecnych chce być sfilmowana, do akcji rusza z aparatem i Tomasz.

Koszt łącznie ośmiu herbat to 2 000 000 lirów.

21:50
Powoli wracamy do hotelu – po drodze jakiś mężczyzna chce abyśmy weszli z nim do kolejnej „herbaciarni” nie rozumiemy o co mu chodzi ale wchodzimy. Podchodzi do nas tęgi mężczyzna i wskazuje przygotowywany na zewnątrz stolik – to właściciel herbaciarni, który też chciał abyśmy spróbowali u niego herbaty – próbujemy się porozumieć ale nic z tego nie wychodzi – dziękując za poczęstunek ruszamy w dalszą drogę do hotelu.

23:40
Upragniony czas na sen


30 października 2004 (17 dzień expedycji) [sobota]

8:30

Ruszamy dalej w kierunku Sansun

Próbujemy jeszcze przed wyjazdem z miasteczka coś kupić do jedzenia ale wszystko jest jeszcze zamknięte.

Jadać drogą przy brzegu morza odnosimy wrażenie jesteśmy w jednej miejscowości – praktycznie od Trabzun nie było przerwy w zabudowie – jest ona mniej lub bardziej skupiona ale cały czas dość intensywna.

Droga po której się poruszamy jest dobrej jakości i przeważnie to dwupasmówka.

Powoli załamuje się pogoda, pada deszcz.

14:23
Jesteśmy w Sansun, które początkowo minęliśmy nie dostrzegając tablicy z nazwą miejscowości.

Zatrzymujemy się przy jednym z droższych tu hoteli „Bujak Sans” i idziemy zwiedzić centrum – w planie ma nam zająć to dwie i półgodziny.

Miasto sprawia wrażenie nowoczesnego, trudno tu znaleźć tradycyjny sklep – wszystko co nas otacza niczym nie rożni się wizualnie od uliczek i produktów w polskich miastach no może wykrzykujący sprzedawcy.

Tu pierwszy raz mamy możliwość dowiedzieć się jaki jest kurs miejscowej waluty i to zarówno w „kantorze” jak i w banku: 1 USD – 1 448/1 468 000 a 1 euro –1 850/ 1 873 000.

15:37
Nieco rozczarowani miastem, postanawiamy ruszać w dalsza drogę.

18:20
Złe nastroje – jesteśmy głodni nic prawie nie jedząc od rana poza kilkoma kromkami z pasztetem.

Po drodze bar ... – zamawiamy obiad.

Dostajemy cztery zupy z czego dwie inne niż te które zamawialiśmy oraz sałatki – co do drugiego dania chyba się nie dogadaliśmy bo go nie dostajemy.

Koszt posiłku to 12 000 000 lirów.

Po drugiej stronie skrzyżowania jest sklep z owocami kupujemy kilka bananów, pomidorów i ponad kilogram winogron – może to uśpi kwasy w żołądku.

Koszt zakupów 6 000 000 lirów

W sklepie spotykamy Gruzina z Tibilisi mieszkającego w Turcji od kilkunastu lat – zamieniamy z nim kilka zdań po rosyjsku co sprawia mu równie dużą przyjemność jak nam że możemy z kimś się dogadać nie „na migi”.

19:19
Jest zimno i przelotnie pada – i dziś z namiotu nici, musimy znaleźć hotel.

Z głównej drogi w bok do mijanego właśnie małego miasteczka odsyła nas kolejny szyld z napisem OTEL.

Wjeżdżamy do Gerze, malowniczego niewielkiego miasteczka, gdzie bez trudy znajdujemy hotel „Kalyoncu”.

Tym razem kwotą startową negocjacji za nocleg jest 40 000 000 lirów – Hugo proponuje 30 000 000 – cena zaakceptowana – możemy wnosić nasze bagaże.

19:50
Idziemy zwiedzić miasteczko.

Gerze jest niewielkie raptem trzy – cztery główne uliczki - ale bardzo malownicze i spokojne – czujemy że czas tu zwolnił do maximum.

Udaje nam się bez trudu znaleźć działającą od 10:30 do 3:00 cafejkę internetową z dobrym szybkim łączem, z działającymi CD.

Po krótkim spacerze znając już topografię znaczącej części miasteczka postanawiamy wypić herbatę podobnie jak ostatniego wieczoru w tradycyjnej herbaciarni. Zamawiamy cztery serwowane tu herbaty oraz karty do gry.

Podobnie jak poprzedniego wieczora koszt herbat to 2 000 000 lirów a dodatkowe cztery małe – niespotykane w Polsce buteleczki pepsi to kolejne 2 000 000 lirów.

22:15
Jesteśmy już w hotelu

Tym razem mamy mały czteroosobowy czysty pokoik.

Idziemy spać – jutro w planie kolejne 200 – 300 km drogi.


31 października 2004 (18 dzień expedycji) [niedziela]

8:45
Kolejny dzień Expedycji – w planie na początek mała sesja foto rybaków w porcie i wysłanie relacji z cafejki czynnej od 10:30.

Czekając do otwarcia cafejki internetowej Hugo w hotelu archiwizuje karty z foto.

10:10
Nieopodal portu natrafiamy na kolejną cafejkę internetową już działającą.

Koszt 15 minut serfowania po sieci to tu: 500 000 lirów.

10:30
Ruszamy w stronę Istambulu. Planujemy że dziś przejedziemy przynajmniej 400 km – może się uda ..

12:50
Jesteśmy w Sinopu, kończy się nam zatankowana za ostatnie ruble w Soczi rosyjska ropa w baku – udało się na niej przejechać przeszło 550 km.

Musimy tu zatankować i zrobić zakupy na drogę.

Na początku miasta natrafiamy na ruiny starej fortyfikacji – poniżej nich w oddali w morzu baraszkują delfiny, zwracając na siebie nie tylko naszą uwagę ale i patrolu policji.

Robimy zakupy, kupujemy: chleb (250 0000 lirów), dwa kurczaki z grilla (9 000 0000 lirów) i suszone morele (1 000 000 lirów).

Ruszamy dalej – droga staje się coraz bardziej malownicza ale i trudniejsza – średnia na godzinę to miejscami 35-40 km/h.

16:20
Mijamy Abanę, kolejną niewielką ale bardzo malowniczą miejscowość po drodze. W kolejne miejscowości zatrzymujemy się przy interesujących Tomka pod względem fotograficznym zabudowaniach.

Podjeżdża do nas BMW serii 5 – w nim dwóch młodych męszczyzn i kobieta. Pytają skąd jesteśmy ... „from Polend”... – a Polonia (!?) – bez chwili zastanowienia jeden z nich nieco łamanym angielskim zaprasza nas do swojego domu na herbatę i rozmowę ...

Grzecznie odpowiadamy że musimy jechać w dalszą drogę. Męszczyzna jednak dalej nalega mówi że jego ojciec jest bardzo zamożny ma tu duży dom – porozmawiamy, wypijemy herbatę – coś zjemy ...

Nie chcąc okazać się nieuprzejmi zgadzamy się. Meszczyźni muszą jednak odwieść kobietę do domu a nam znowu brakuje paliwa - umawiamy się wiec w kolejnej miejscowości na stacji benzynowej.

Jadać zastanawiamy się jakie intencje mają dwaj młodzi ludzie w prawie nowym BMW 5 oraz czy spotkamy się na wspomnianej stacji.

16:35
Jesteśmy na stacji w Inebolu – tankujemy jak zwykle niewiele paliwa tak aby wystarczyło na 100 - 150 km do kolejnej stacji.

Tomek spostrzega że przymocowany na lewym przednim błotniku reflektor do noktowizji odpada – puściły mocujące go już trzy z czterech nitów – a czwarty przy „teście” wytrzymałości rozsypał się mu w rękach. Nie pozostaje nic innego jak odciąć kable zasilające zwisający z błotnika reflektor. Na scenę odcinania reflektora podjeżdżają BMW nosi nowi znajomi z drogi.

Nieco zdziwieni i zaniepokojeni pytają się jak pomóc ... nawet jeden z nich dzwoni do warsztatu żeby to naprawić – delikatnie ale stanowczo odmawiamy mówić że to nie problem że Ssangyung sypie nam się po kawałku już od kilku tysięcy kilometrów i jedzie jednak dalej ... –„o.k. no problem car o.k.”

Z lekkim niepokojem ruszamy za nimi ... – mieliśmy nadzieję że „pomylimy” stacje lub nie przyjadą na umówione spotkanie. BMW jadzie szybko po znanej nam już górskiej drodze – miejscami 80-110 km/h a my staramy się nadążyć.

Po 15 - 20 minutach szaleńczej jazdy serpentynami, którą normalnie pokonalibyśmy w ok. 1, 5 godziny skręcamy w boczną drogę ... po chwili podjeżdżamy pod okazały duży dom z czerwonej cegły.

Jesteśmy zapraszani do domu – z tarasu roztacza się widok na stary lekko zaniedbany ogród, morze i malowniczą dolinkę.

Przed drzwiami wejściowymi podobnie jak dwaj mężczyźni z BMW zostawiamy obuwie. Przekraczając drzwi wchodzimy do okazałego salonu – na ciągnących się pod ścianami stołach stoją w koszach, wazonach – sztuczne kwiaty nadając wnętrzu żywe kolory.

Kierowca BMW oprowadza nas po domu – szczególne wrażenie robi na nas jego stosunkowa wielkość, która z zewnątrz nie wydaje się jest aż tak okazała oraz widok z balkonu na piętrze – okazałego tarasu.

Dosłownie wszędzie widzimy książki ... te które już się nie mieszczą na pułkach regałów stoją w wysokich kolumnach obok nich na podłodze. Większość wydaje się nowa ... „to prezenty od ludzi dla ojca” – objaśnia nam nasz przewodnik, „ojciec lubi książki”. Pod jedną ze ścian na półpiętrze widzimy oprawiona ozdobne wersety z Koranu – wszystkie niemal wizualnie tej samej treści ... – „to dowody szacunku od ludzi dla ojca ...”

Nie wiedząc czym się zajmuje nasz gospodarz – a nie chcąc na bestrzelnego pytać wprost czym zajmuje się lub kim jest nasz gospodarz zaczynamy podejrzewać że jest lokalnym „królem wioski” lub „donem” – bo któż inny byłby obdarzany aż taką ilością prezentów a może lepiej powiedzieć szacunku.

Odnosimy wrażenie że oprowadzanie nas po domu ma za zadanie uświadomienie nam kto nas gości i jaką ma pozycję.

W salonie czeka na nas tęgi około 55-60 letni mężczyzna ojciec kierowcy BMW – właściciel domu.

Znacząca tusza utrudnia mu poruszanie się po okazałym salonie, w którym czeka na nas już posiłek i tradycyjna turecka herbata.

Siadamy za stołem – mężczyźni pytają co tu robimy, jakie mamy plany na drogę, czym się w Polsce zajmujemy – rozmawiamy głównie o nas – chcieli by wiedzieć jak najwięcej o swoich gościach – a my z wdzięczności za gościnę odpowiadamy. W miarę dobra znajomość angielskiego naszych młodych gospodarzy znacząco ułatwiała nam konwersację – niestety nie można było tego powiedzieć o Panu domu, któremu starano się na bieżąco tłumaczyć naszą rozmowę a który nieco irytował się faktem że nie może w niej bardziej aktywnie zabierać głos.

A głoś miał donośny proporcjonalny do swojej postury. Często w jego wypowiedziach przeplatało się słowo „Allach”.

Po około 40 minutach rozmowy przy mocnej tradycyjnej herbacie dowiadujemy się że jeśli chcemy możemy tu przenocować ...- taka decyzja ojca - Pana domu ... – tą propozycją jesteśmy nieco zaskoczeni ... z jednej strony bardzo nam się tu podoba a z drugiej głos rozsądku podpowiada że może to jakiś podstęp ... – wygrywa jednak potrzeba wygodnego spędzenia nadchodzącej nocy – przyjmujemy zaproszenie z okazywanym zachwyceniem.

Dowiadujemy się że mamy około półtorej godziny czasu do przybycia gości na kolację – „jest Ramadan możemy jeść tylko po zmroku ...” – „jeśli chcecie możecie się umyć - wziąć prysznic teraz przed kolacją lub po ale nie wiadomo o której się skończy – róbcie jak wam wygodniej” – postanawiamy od razu doprowadzić się do używalności i nie być dodatkowo przez nasz zapach atrakcją wieczoru.

19:15
Zapadł już dość głęboki zmierzch, a nam udało się domyć i wnieść nasze bagaże do domu – czas na kolację.

Do domu naszego gospodarza powoli schodzą się goście ... jesteśmy przedstawiani jako „polonia” – i jak podejrzewaliśmy zapowiada się że będziemy atrakcją wieczoru i kolacji. Przybyli goście nie znają dobrze angielskiego ale go w miarę rozumieją. Gośćmi są: Prezydent prowincji w której się znajdujemy z żoną, lekarz naszego gospodarza, Imam – czyli nauczyciel słowa Koranu – duchowe wsparcie naszego gospodarza – innymi słowy lokalna intelektualna śmietanka towarzyska.

Przybyli goście chcą jak najwięcej dowiedzieć się co myślimy o Turcji jak ... ją oceniamy w porównaniu z innymi poznanymi już po drodze naszej Expedycji państwami ... czy byliśmy przez lokalną ludność dobrze traktowani ... czy były jakieś problemy z władzami ... – odpowiadamy szczerze że jesteśmy zachwyceni tym co widzimy, gościnnością, ludźmi.

Czas na kolacje – stoły uginają się pod ilością różnorodnych potraw, których zarówno nazw jak i składników nie znamy – no może poza pomidorami, ogórkami kiszonymi, oliwkami, daktylami, kasztanami jadalnymi oraz chlebem ...

Mamy wrażenie że trafiliśmy na wcześniejsze Boże Narodzenie, Wigilie i Wielkanoc w jednym.

Nasz gospodarz wymownym gestem nie znoszącym sprzeciwu oraz głośnym zawołaniem do Allacha nakazuje zabrać się do powoli stygnącego posiłku.

Po przeszło godzinie ciągłego jedzenia ciągle to nowych potraw postanawiamy w trosce o nasze żołądki jeść nieco mniejsze porcie – natychmiast spotyka się to z głośnym sprzeciwem naszego gospodarza ... „mamy jeść bo inaczej ojciec się obrazi” – tłumaczy nam szybko syn gospodarza Mużdżat – a tego raczej byśmy nie chcieli choćby z uwagi na perspektywę możliwe nocy pod gwiazdami lub w odległym o 100 km hotelu.

Jemy, jemy ... – Tomasz stwierdza że jak w bajce gospodarze chcą nas utuczyć a następnie już nieco podtuczonych usmażyć w piecu – bo to jedyne rozsądne wytłumaczenie całej sytuacji.

Po przeszło dwu i półgodzinie jest chwila przerwy w posiłkach – postanawiamy ją wykorzystać i proponujemy że „dla zdrowia i lepszego snu pójdziemy na spacer się nieco przejść”. Ten pomysł przypadka do gustu również Mużdżatowi, który chce nam pokazać pobliski pagórek zachwalając widok jaki się z niego rozpościera na okolice.

Po chwili docieramy na niewielki pagórek oddalony od domu o jakieś 300 metrów.

Jest już noc i jedynie mamy okazję podziwiać malownicza iluminację oddalonego o 20 km niewielkiego miasteczka, które minęliśmy przedpołudniem (Catalzeytin).

Obawiając się dalszego rozciągania naszych już i tak nad wyrężonych jelit sugerujemy dalszy spacer ... „może nad brzeg morza – to nie daleko 7 km” – proponuje przyjaciel Mużdżata – Adnan perspektywa tych raptem 7 km wydaje nam się o wiele bardziej pociągająca niż kolejna w perspektywie godzinka przy stole.

Idziemy. Jest stosunkowo jasno – czyste niebo i świecący księżyc niemal w pełni oświetlają nam stromą asfaltowa drogę.

Po 30 minutach jesteśmy przy głównej znanej nam już drodze wiodącej nad brzegiem morza.

Idziemy wolnym krokiem z wiadomych powodów w stronę niewielkiej zatoczki w której widzimy przycumowane trzy lub cztery niewielkie kutry rybackie.

Przy krzyżówce dróżki wiodącej do zatoczki i tej po której idziemy spostrzegamy zaparkowany samochód Jandarmerii – to patrol wojskowy. Przy samochodzie pięciu uzbrojonych żołnierzy, po chwili spostrzegamy również i szóstego nieco schowanego w przydrożnych krzakach – pewnie ubezpiecza pozostałych.

Patrol również nas spostrzega co nas nie zaskakuje z uwagi na nasze głośne rozmowy i drgania ziemi jakie wywołują nasze obciążone stopy w kontakcie z podłożem. Dowódca patrolu coś spokojnym tonem w naszą stronę mówi ... na te słowa Mużdżat podchodzi do samochodu patrolu – my zatrzymujemy się nieco dalej ...

Dowódca patrolu wypytuje Mużdżata o nas ... z każdą chwilą mina naszych dwóch młodych gości z radosnej przechodzi w wystraszoną – coś jest nie tak ... Adnan tłumaczy nam fragmenty rozmowy. Wynika z nich że Dowódca patrolu wypytuje skąd nas nasi gospodarze znają ..., co tu robimy ... gdy dowiaduje się że poznaliśmy się przy drodze i że nocujemy w ich domu nie może w to uwierzyć i zrozumieć zachowania Mużdżata – to wydaje mu się bardzo podejrzane i nie rozważne a wręcz głupie, gdy dowiaduje się że realizujemy film dla TV chce dostać pisemną zgodę władz tureckich na filmowanie wydane dla telewizji która nas tu przysłała ... – zaczynamy mieć poważne problemy... tłumaczymy że to będzie film o nas a nie o Turcji i takiego zezwolenia nie posiadamy bo zgodnie z informacjami w ambasadzie nie było on nam potrzebne – filmujemy tylko „turystycznie” – po tym wyjaśnieniu dowódca patrolu chce zobaczyć to co nakręciliśmy ... Mużdżat proponuje oficerowi że zadzwoni do ojca żeby ten wyjaśnił całą sytuację i przywiózł nasz sprzęt filmowy.

Czekamy ... między czasie pada pytanie o nasze paszporty ... ma go przy sobie tylko Hugo – potrzebne będą wszystkich.

To nasz pierwszy kontakt w Turcji z „władzą” do tej pory nawet drogówka nas nie zatrzymała czy tez inne służby takie jak Jandarmeria mająca tu jak się teraz dowiadujemy uprawnienia większe niż policja.

Nasi gospodarze nas uspakajają choć sami jak nam się wydaje też są zaniepokojeni sytuacją i jej dalszym rozwojem. Może słowa oficera dały im do myślenia ... obcy cudzoziemcy zaproszeni do domu mogą być groźnymi terrorystami ...a może nie chcą abyśmy o Turcji mieli opinię kraju policyjnego.

Po 10 minutach od telefonu Mużdżata do domu – pojawia się nie ojciec ale Prezydent prowincji, który wyciąga nas z tarapatów – jesteśmy wolni możemy iść – oficer chce tylko zobaczyć paszport Hugo – „polonia ? ... o.k.”

Mużdżat pyta czy chcemy wracać czy dalej iść nad morze. Wybieramy dalszy spacer żeby nieco ochłonąć.

Dziękujemy Prezydentowi za pomoc i ofertę podwiezienia ... – idziemy nieco zdenerwowani do zatoczki ... spostrzegamy że nasi gospodarze też stracili dopisujący im dobry humor, nie chcą komentować całej sytuacji – wyraźnie są nią niezadowoleni ... „nadgorliwość i kompleksy wojska to właśnie widzieliśmy”.

W niewielka zatoczka jest oddzielona od morza wysokim betonowym falochronem przy którym zacumowane cztery małe kutry rytmicznie podskakują ocierając burtami z oponami o betonowe nabrzeże – poza tymi dźwiękami otacza nas szum spokojnego tej nocy morza ...

22:45
Zmęczeni drogą, obfitą kolacją, sytuacją z Jandarmerią postanawiamy wracać, Mużdżat dzwoni po transport, 10 minut później siedzimy już wygodnie w małym busie i wracamy do domu naszych gospodarzy. Po drodze mijamy miejsce kontroli – po wojskowych ani śladu ...

23:05
Z gości naszego gospodarza przy stole wytrwał tylko Immam.

Nieco zmęczeni ale jeszcze nie śpiący postanawiamy porozmawiać z naszymi młodymi gospodarzami.

Idealnym miejscem do rozmowy i wypicia niezliczonej już dziś herbaty jest duży urządzony w tradycyjnym stylu pokój. Na podłodze gruby dywan i poduszki, na środku dwa małe niskie okrągłe stoliki na których stawiamy herbatę.

W trakcie rozmowy dowiadujemy się że zarówno Mużdżat jak i Adnan wracają jutro rano do Istambulu gdzie mieszkają i pracują – proponują nam że jak dotrzemy do Istambulu to się musimy spotkać bo chcą nam pokazać miasto – z radością przystajemy na tą propozycję.

1 listopada 2004 (19 dzień expedycji) [poniedziałek]

1:35
Dziękujemy za wspaniały posiłek i spacer oddalamy się na spoczynek – rano podobnie jak nasi nowi znajomi mamy ruszać w dalsza drogę do Istambulu.

5:30
Przez sen dobiegają do nas dźwięki dochodzące z salony – to Mużdżat i Adnan jedzą śniadanie przed wyjazdem do Istambulu.

6:40
Budzi nas pukania do drzwi – to Mużdżat „do zobaczenia w Istambule ... – możecie spać ile chcecie ojciec o 10ej je śniadanie”.

7:05
Tomasz myśląc że nikt go nie widzi wymyka się przez okno na poranną sesję foto – powoli dzień wygrywa z nocą.

8:40
Powoli, obolali po wczorajszej uczcie wstajemy, nie chcemy opuszczać tego domu, w którym nas tak gościnie przyjęto.

Dom jest jeszcze uśpiony, po cichu przemykamy kolejno pod prysznic – nie chcemy dłużej nadużywać tak miłej gościnności.

9:30
Próba wymknięcia się przed śniadaniem zaliczona do nieudanych – nasz gospodarz nie chce nas wypuścić bez śniadania ... stół ponownie zaczyna uginać się pod potrawami ... z każdym nowym półmiskiem mina ekipy rzednie – to będzie trzeba zjeść a poprzedni posiłek jeszcze nie przetrawiony zalega w żołądku.

Hugo nie opacznie siada obok naszego gospodarza, który zaczyna nakładać jakąś potrawę na talerze – próba zaprotestowania przed TAKĄ ilością na talerzu kończy się dla Hugo przyjacielskim klepnięciem wykonanym przez gospodarza w plecy, które rosłego chłopa przewróciłby na twarz. Hugo łapiąc równowagę na krześle już je nie chce więcej zachęt ... – a to dopiero początek posiłku.

Przy drugiej potrawie Hugo gestem wskazuje pełny brzuch na co gospodarz powtarza swój rytuał klepnięcia – może ma to na celu „ugniecenie” jedzenia ... i zaczyna z okazywanym smakiem również jeść nie tylko ze swojego ale i z talerza Hugo.

Na stole ląduje miseczka z białą papką, która zwraca uwagę Andrzeja – postanawia spróbować dziwnej substancji, która według opisu gospodarza ma służyć do smarowania chleba. Andrzej moczy w niej kromkę chleba, nie trzeba było większej zachęty dla naszego dobrodzieja – zawartością miseczki obdarza nas wszystkich – smak potraw przypomina zmieszane mleko, wiórki kokosowe i miód – istny ulipek, który teraz musimy czy chcemy czy też nie chcemy zjeść – szybciej i lepiej jest go wypić.

Śniadanie trwa już ponad godzinę ... obawiając się że nie będzie jego końca z radością przyjmujemy widok gospodarza który wychodzi aby porozmawiać przez telefon – jeden z pięciu jakie ma stale obok siebie ...

Szybko sprzątamy ze stołu zanosząc w większości puste półmiski do kuchni. Uradowani z fortelu czekamy na koniec dobiegającej z drugiego pokoju rozmowy...

Hugo przygotowany ze słownikiem chce wyrazić nasze podziękowanie za gościnę i się pożegnać w języku Tureckim – nawet nie ma szans wypowiedzieć słowa – gospodarz na widok pustego stołu głośno krzyczy i wzywa na pomoc Allacha ... pełna konsternacja ... obraziliśmy go ?

Sytuację ratuje ogrodnik, który odwraca uwagę naszego dobroczyńcy od pustego stołu – na którym ląduje teraz okazałe skrzyżowanie sierpa z kopaczką – czyżbyśmy aż tak urazili honor Pana domu ?

Po chwili na stole lądują ogórki kiszone o posmaku ryb oraz zapiekanki na drogę – nasz gospodarz się nieco uspakaja tym widokiem a z uwagi na dużą otyłość każdy jego krok poprzedza albo sapnięcie albo zawołanie do Allacha.

Zaopatrzeni na drogę, nisko się kłaniając bo tylko tak możemy okazać zrozumiale naszą wdzięczność żegnamy się z Panem okazałego domu i stołu.

11:10
Obolali z przejedzenia ruszamy z radością w dalszą drogę ... jeszcze dzień takiego jedzenia i było by po nas.

Mijamy stację na której umówiliśmy się z Mużdżatem jej widok wywołuje ona u nas teraz uśmiech ... w baku paliwa na 80 – 100 km nie tankujemy musimy nadrobić nieco drogi i czasu.

Serpentyny wydają się nie mieć końca a przed nami jeszcze co najmniej 700 km takiej drogi.

Mijamy po drodze kolejne malownicze i urokliwe małe osady rybackie, miasteczka, wioski – mamy wrażanie że wszystkie są takie same że krążymy cały czas w kółko nabijając tylko kilometrów.

Scenariusz zaklętego koła wygląda tak samo: jedziemy serpentynami pod górę: skręt w lewo , skręt w prawo i tak po 50-60 razy zjeżdżamy w dół z górki roztacza się widok na małą osadę z meczetem po środku – przy nabrzeżu małe kutry rybackie, znowu pod górkę: skręt w prawo, skręt w lewo i ponownie 60-80 razy tak samo zjeżdżamy z górki aby zobaczyć małą dolinkę ze strumyczkiem – znowu pod górkę ... za nią mała wtopiona w skały wioska z minaretem i meczetem pośrodku ...

13:20
Kończy się powoli paliwo ... a tu od 70 km nie spotkaliśmy stacji a według mapy kolejna miejscowość ze stacją ma być za 30 – 40 km – jedziemy już na rezerwie.

14:10
Jesteśmy w Doganyurt miała tu być stacja ale została zlikwidowana lub zamknięta po sezonie – plomby na dystrybutorach wskazują że nie kupimy tu paliwa. Po drodze mijamy zaparkowaną między domami samochód cysternę.

Pytani przy nabrzeżu małego portu mężczyźni mówią że najbliższa stacja jest ok. 65 km stąd w Cide nie ma po drodze innej gdzie moglibyśmy zatankować. Widząc nasze zakłopotanie faktem że możemy tak nie dojechać jeden z nich łamanym niemieckim mówi że załatwi nam paliwo – mamy na niego poczekać.

Nie czekając Tomek i Andrzej tradycyjnie idą w miasteczko połowić ciekawe twarze do foto i naszego filmu.

Po 15 minutach dobre wieści – jest paliwo musimy tylko podjechać w kierunku wskazywanym ręką grupkę domów. Tu ku zaskoczeniu mamy tankować prosto z samochodu cysterny ... „diesel ?” pyta drobnej budowy wyciągnięty z domu kierowca cysterny – „yes” – chwila na odpalenie silnika cysterny i paliwo szybko przepompowywane jest do naszego auta. Po kilku 3-4 sekundach w baku jest 11 litrów na kolejne 100 km – więcej to przecież ryzyko a cena paliwa taka sama jak na stacji – nieco zaskoczony Hugo takim dystrybutorem dziękuje mężczyzną za paliwo i pomoc – możemy jechać dalej.

15:20
Mijamy niewielki mecze w miejscowości Kurukasile, który wygląda jakby ziemia się spod niego usunęła w czasie jakiegoś osuwiska czy też trzęsienia ziemi – przechylony o jakieś 30 stopni robi wrażenie jakby był domkiem dla lalek porzuconym w kąt niewielkiego pagórka i drogi. Meczet jest zdewastowany z powybijanymi szybami bez drzwi i okiennic – postanawiamy go bliżej obejrzeć.

Meczet nie jest stary ma może 50 – 75 lat, stojąc w jego wnętrzu widzimy kolorowe jeszcze ornamenty i kafelki w części już zdewastowane. Podłoga jest przekrzywiona pod kątem około 30 stopni w przeciwną stronę od wejścia.

Przechodząc po wnętrzu meczetu kręci nam się w głowach, dziwne ale nie możemy utrzymać równowagi – tak jakby ściany się na nas waliły lub podłoga uciekała nam z pod nóg.

Hugo i Tomek poczuli się gorzej ... wychodząc mają wrażenie że zaraz zwymiotują ... – jak z archiwum X tajemnicza siła ich dopada – czują się fatalnie.

Po 20 minutach nadal jest im nie dobrze i narzekają na nudności – nawet zjedzenie lekarstw na kaca nie pomaga – przecież to nie możliwe aby tak ten meczet na nich zadziałał – Michał i Andrzej też czuli się jakoś dziwnie po wyjściu ale po chwili doszli do siebie.

Z wnętrza samochodu dochodzi odór „kisu” – to ogórki jakie dostaliśmy rano zaczynają przeciekać z reklamówki obdarowując swoim zapachem również i pozostałe jedzenie na drogę – część zapiekanek nie nadaje się już do zjedzenia. Czym prędzej pozbywamy się reklamówki z zapachowym jedzeniem w przydrożnym rowie obok tajemniczego meczetu.

Z zawrotami głowy i nudnościami Hugo i Tomasz postanawiają czym prędzej ruszać w dalszą drogę.

16:35
Jesteśmy w Cide czas na tankowanie i znalezienie noclegu – tym razem planujemy na plaży jaka ma tu rozciągać się na długości 8 km.

Niestety plaża jest ale nie jest od drogi osłonięta wiec będzie problem z rozbiciem namiotu, poza tym przy drodze na całej długości plaży rozciągają się zabudowania – od morza wieje zimny przenikliwy wiatr.

Dziś Wszystkich Świętych dociera do nas ta myśl a my jesteśmy daleko od grobów naszych bliskich – chwila refleksji.

Ruszamy za miasto może tam uda się nam znaleźć kawałek dobrej plaży na nocleg zanim zapadnie głębszy zmierzch.

Niestety z każdym kilometrem brzeg morza staje się coraz bardziej kamienisty i coraz wyżej wznosi się nad nim droga by po kilku kilometrach stać się znanymi nam serpentynami nad kilkusetmetrowymi przepaściami.

17:20
Jest już prawie ciemno ... mijamy niewielki opuszczony domek na wzgórzu nad urwiskiem – postanawiamy tam spędzić tę noc.

Parkujemy za domem samochód żeby nie rzucał się z drogi w oczy i rozbijamy namiot na niewielkiej łączce obok domu na której wypasane są najprawdopodobniej krowy lub inne domowe zwierzęta.

Niemal w ciemnościach rozbijamy namiot – księżyc jeszcze nie jest wystarczająco wysoko by oświetlić nam łączkę. W pobliskich krzakach oddzielających małe pastwisko od brzegu urwiska cały czas coś się porusza, starając się pozostać w mroku i tym samym z dala od naszych zaniepokojonych tymi odgłosami spojrzeń.

18:40
Leżymy na kalimatach w śpiworach obok namiotu wsłuchując się w noc ... odgłosy z krzaków już nie wzbudzają naszego niepokoju – niemal ucichły.

Tomek i Andrzej ubolewają nad tym ze nie mają tu gdzie iść na herbatę i karty ... zapadamy w drzemkę ...

22:18
Hugo krząta się koło namiotu, czegoś szuka ... śniło mu się że ktoś chodził po obozowisku, podszedł i ukradł mu ze śpiwora telefon, którego teraz nie może znaleźć ...latarka Michała niemal wysiadła dając mniej światła niż żar papierosa. Może rano uda się znaleźć telefon. Hugo zmarznięty poszukiwaniami jako jedyny idzie spać do namiotu – może tam będzie mu cieplej.

23:40
Budzą nas odgłosy przepływających nieopodal urwiska kutrów rybackich – po chwili zapada cisza ...

2 listopada 2004 (20 dzień expedycji) [wtorek]

6:40

Chłód i wilgoć budzi Hugo, który postanawia się nieco poruszać i składa namiot w którym jako jedyny spał w nocy.

Reszcie ekipy ze śpiworów wystają tylko czubki nosów – też nie było im zbyt ciepło tej nocy.

Krzątanina i przekleństwa jakie rzuca Hugo przy wyciąganiu śledzi powoli dobudza resztę ekipy.

Noc spędzona pod gołym niebem choć chłodna i wilgotna dobrze wszystkim zrobiła – tak miała wyglądać Expedycja gdyby ruszyła miesiąc wcześniej: namiot, ogniska, dzikie plaże, zero wygód – niestety nawet tu o tej porze roku noc zapada wcześnie a temperatury niewiele na „plus” różnią się od tych w kraju. Tej nocy mogło być góra plus 4 - 5 stopni C.

Morze przysłania gęsta mgła – tylko odgłosy rozbijających się o brzeg fal w dole urwiska przypominają nam że jesteśmy nad morzem a nie w górach.

7:05
Ruszamy w dalszą drogę – dziś chcemy dotrzeć do Istambulu odległego według naszych wyliczeń o jakieś 600 km – postanawiamy odbić z wybrzeża w stronę autostrady – nie możemy stracić kolejnych trzech a może więcej dni na przejazd serpentynami, których pokonanie 20 km często zajmuje nam ponad godzinę.

Planujemy dotrzeć do Amasry a następnie skręcić na Gerede do autostrady Istambul – Ankara będziemy mieli wówczas jakieś 380-430 km.

8:15
Do Amasry jakieś 30-40 km natrafiamy na jakieś niewielki turystyczne miasteczko, czas na posiłek – po uczcie w domu Mużdżata w naszych żołądkach pozostało już tylko miłe wspomnienie.

Kupujemy dwa kurczaki z rożna i dwa bochenki chleba oraz kilkadziesiąt dekagramów suszonych daktyli – zamiast słodyczy – łączny koszt to ok. 12 000 000 lirów.

Przed wyruszeniem w dalszą drogę postanawiamy na spokojnie gdzieś na brzegu morza a nie w samochodzie zjeść posiłek. Wybór pada na molo w porcie nieopodal starych murów obronnych.

W wodzie widzimy tysiące małych meduz starających się gdzieś płynąć. Nasze przybycie na molo nie pozostaje nie zauważone przez małego bezpańskiego kundelka, który dołącza do nas załapując się na nie obgryzione kości, które wcześniej były naszym darem dla meduz.

Najedzeni do syta ruszamy – czas płynie nieubłaganie.

10:08
Jesteśmy w Amastrze, początkowo nie planowaliśmy tu postoju na dłużej niż tylko wybranie gotówki z bankomatu i może kilku łyków kawy – jednak malowniczość miasteczka nas urzekła.

Z zachowania miejscowej ludności wynika że jest to miejscowość turystyczna, prawie na nikim obiektyw kamery Andrzeja czy taż aparatu Tomka nie robi specjalnego wrażenia „czek, czek – o.k.” – wszyscy chcą być chętnie fotografowani.

Starówka miasteczka zachwyca – kiedyś musiała to być potężna forteca – do dziś pozostały z niej już tylko niewielkie fragmenty, które i tak budzą nas respekt i zachwyt. Mamy wrażenie że większość domostw a przynajmniej ich fundamentów i niższych pięter jest nadal wtopiona pamiętające średniowiecze mury.

O tej porze roku nie ma tu turystów co nas niezmiernie cieszy. Pomimo braku czasu decydujemy że zwiedzimy to miasteczko – jest wizualnie bardziej atrakcyjne niż większość, przez które przejeżdżaliśmy czy też w których byliśmy. Tu każdy niemal kamień opowiada nam historię tego miasteczka krzycząc przez minione wieki.

Andrzej jest zachwycony gwarnym niewielkim bazarem, fascynują go obecni na nim ludzie ich naturalne i interesujące twarze.

13:20
Jak plan to plan z żalem musimy ruszać w dalszą drogę – Istambul nas wzywa.

15:47
Docieramy do wjazdu na autostradę – na elektronicznej bramce automat drukuje nam kupon z nadrukowanymi odległościami do kolejnych miejscowości – bramek, zaczynamy się martwić ile to będzie kosztować przejazd bo do celu dzisiejszej podróży mamy około 400 km. Znając ceny z bramek naszych „autostrad” liczymy ze zostawimy za przejazd jakieś 100 euro. W duchu liczymy że Pan Kulczyk nie ma tu swoich udziałów bo wyjść może nawet i drożej stosując analogię stawek stosowanych na nieco ponad 70 km odcinku autostrady wielkopolskiej możemy i zostawić 150 euro. Ta perspektywa nas nieco przeraża – z nieskrywanym niepokojem oczekujemy dojazdu do najbliższego punktu poboru opłat.

Krajobraz się zmienia – z zielonych soczystych kolorów lasów z domieszką kolorowej jesieni nad wybrzeżem na bardziej stonowane brązy typowe dla kontynentalnego suchego klimatu. Teren jest nieco mniej pofałdowany – góry zostały za nami i ciągną się nieco po lewej stronie gdzieś daleko na horyzoncie.

16:40
Jazda autostradą jest dla nas niezwykłą odmianą po serpentynkach – a prędkość naszego kanciastego auta dochodząca chwilami do 150 km wydaje się wręcz nie realna. Teraz w ciągu godziny możemy przejechać odległości jakie nie udawała się po minięciu Inebolu pokonać nieraz w ciągu całego dnia, no i ręce mniej bolą od kręcenia kierownicą.

Jesteśmy na punkcie poboru opłat – przed nami 2 samochody, zaczynamy się zastanawiać co będzie jak nam braknie gotówki ... Ku naszemu zaskoczeniu opłata wynosi tylko 2 000 000 lirów czyli 1 euro ! a przejechaliśmy ponad 100 km – nie możemy w to uwierzyć aby za autostradę bez remontów i takiej długości odcinek kosztował tylko 4 złote. „Panie Kulczyk za co Pan bierze 24 złote bo chyba nie za te marne 70 km” – to jedyne pytanie jakie nam się nasuwało ?!

17:40
Postój dla TIR-ów, przydrożna restauracyjka, może tu coś zjemy ... czas wreszcie zjeść kebab. Próba wytłumaczenia że chodzi nam o bułkę z kawałkami mięsiwa i sałatką z warzyw kończy się tu pokazem surowego mięsa z witryn chłodniczych to jest tu „kebab” – możemy sobie wybrać do podsmażenia... Odpuszczamy na rzecz dobrze wyglądającego a również surowego szaszłyka – zapowiada się dobra porcja za 1 500 000 lirów. Hugo negocjuje rabat na ryż i surówkę. Udaje mu się zbić cenę o 2 000 000 lirów.

Szybkie podsmażanie na ruszcie i brak kontroli kucharza skutkuje według nas jedynie połową szaszłyka na naszych talerzach – reszta się gdzieś ulatnia w procesie obróbki – a może negocjacje były nie na rękę szefowi kuchni...

18:35
Kolejny punkt poboru opłat – tu zostawiamy trochę więcej bo 3 500 000 lirów. Łączny bilans przejazdu ponad 400 km odcinkiem autostrady wychodzi całkiem nieźle - niecałe 4 euro.

Przedmieścia Istambulu – tablice od jakiś 30 minut kierują nas na różne dzielnice Istambulu znane nam z przewodnika.

19:15
Nie możemy uwierzyć ale cały czas jedziemy przez Istambul – postanawiamy odbić z autostrady do centrum – jak nam się wydaje z właściwego zjazdu ...

Jesteśmy na niezwykłym moście łączącym Azję z Europą lub jak kto woli Eurpę z Azją, robi on na nas naprawdę wielkie wrażenie. Sznur ciągnących się przez most samochodów wydaje się nie mieć końca – światła samochodów przypominają dwa wijące się w przeciwnych kierunkach węże – jeden biały drugi czerwony.

Zafascynowani mostem i widokiem z niego na migoczącą galaktykę świateł wielkiego miasta przegapiamy prawdopodobnie właściwy zjazd i lądujemy w jakiejś dzielnicy Istambulu.

20:20
Nadal krążymy po dzielnicy – próbując wrócić na autostradę i właściwą jak nam się wydaje drogę. Zaczyna nam znowu brakować paliwa ... tankujemy.

W naszym przewodniku mapa Istambulu jest mało precyzyjna więc krążymy po omacku nawet mijane tablice informacyjne niewiele nam pomagają wprowadzając za to dodatkowy czynni stresu w naszych dywagacjach jaki kierunek obrać „lewo czy prawo” ...

Pytamy o centrum – napotkani ludzie rozkładają w znanym nam już od ponad godziny geście ręce nie rozumieją o co nam chodzi ... „centr, centrum, citi” nic im nie mówi. Zaczynamy się zastanawiać czy jesteśmy w Istambule – wiec zaczynamy pytać o Istambuł – znowu gesty – tak chyba jesteśmy w Istambule. Wpadamy na pomysł może nie centrum a jakieś konkretne miejsce „Hagia Sofia ...” – wreszcie wraca do nas zagapione gdzieś na Bosfor szczęście - napotkany przy budce z jedzeniem mężczyzna rozumie angielski – gorzej z mówieniem. Stara się nam wytłumaczyć gdzie mamy zjechać aby tam trafić – nic nie rozumiemy może dla tego że mówi połączeniem niemieckiego i tureckiego – zmartwiony że go nie rozumiemy wskazuje gestem zaparkowany swój samochód – mamy jechać za nim ...

Kilka ślimaków i jesteśmy na prostej trójpasmówce, mężczyzna zatrzymuje samochód na poboczu – pokazuje ręką kolejny migoczący światłami zjazd – tam mamy jechać ... – ruszamy na pożegnanie zostawiając suwenir w postaci koszulki OTOMOTO i frykasów Lajkonika.

Niestety zjazd okazał się niewłaściwy znów wróciliśmy do dzielnicy którą chcieliśmy opuścić – a może to już zmęczenie daje się nam we znaki.

Kolejny napotkany przechodzień – nie rozumie ani słowa po angielsku ale rozumie o co nam chodzi ... chce nam pokazać – zapraszamy go więc do samochodu – mijamy trzy lub cztery przecznice – mężczyzna zatrzymuje nas wskazując drogę pod wiaduktem na którym jesteśmy – gestem wskazuje: „cały czas prosto”.

Szybko wysiada zanim mamy okazje go obdarować. Jedziemy.

20:50
Przejeżdżamy przez kolejny most nieco mniejszy i krótszy – tu oznaczenia dzielnic są zgodne z naszą mapką z przewodnika – tak nam się przynajmniej wydaje.

Skręcamy w druga lub trzecią za mostem w lewo ... trafiamy w starą zaniedbaną ,jak nam się wydaje ,część miasta. Otacza nas zewsząd specyficzny, przesiąknięty wilgocią smród.

Uliczki stają się coraz bardziej wąskie – momentami musimy składać lusterka aby móc przez nie przejechać.

Dzielnica po której jedziemy jest mroczna, nie oświetlona. Okna ,a właściwie okiennice są pozamykane lub pozabijane deskami. Na ulicach nieomal pusto, czasem ktoś przemyka szybko w oddali. Przypominamy sobie słowa Mużdżara, który mówił że Istambuł to niebezpieczne miasto.

Uliczki są bardzo wąskie wiodą to stromo w górę to w dół ... momentami samochód zaczyna się na wilgotnej kosce brukowej ślizgać – a napędy znowu w naszym Korando nie działają.

Pod kołami coraz częściej szczęka rozbite szkło – a wymiana koła w takiej ciasnocie ulicy wydaje się perspektywą nie realną.

W pewnym momencie jedna z uliczek nieznacznie się rozszerza – na środku uliczki siedzi grupka dzieci, kiedy podjeżdżamy powoli z zaciekawieniem schodzą z drogi – podchodzą do okien samochodu i wyciągając ręce wołają „money, ... dolar, ...” cały czas choć wolno jedziemy przez ciemną uliczkę, nawoływania dzieci przechodzą w krzyk ... niektóre z nich zaczynają bić pięściami po samochodzie co bardziej śmiałe ruszają na okna czym prędzej przez Tomka, który jest teraz kierowca zamykane. Przyśpieszamy ... małe potworki zostają z tyłu... na szczęście nie żegnają nas kawałkami starego antycznego bruku.

Po kilku minutach jesteśmy w bardziej oświetlonej dzielnicy – rzadkie światła uliczne odsłaniają ,niemal pamiętający czasy Bizancjum ,bród. Mijamy kilka lokali – „disco” w ostro czerwonym oświetleniu ...

Jedziemy dalej rozglądając się za noclegiem – przewodnik nie wiele nam teraz pomoże – wolimy jeśli nie jest to konieczne nie otwierać okien i się nie zatrzymywać.

Świateł ulicznych jest coraz więcej – dostrzegamy kolorowe intensywnie świecące neony – postanawiamy sprawdzić co reklamują. Większość oświetlonych witryn to reklamy nocnych klubów z wrażliwymi na zasobność kieszeni klientów Paniami oraz dyskoteki. Hotelu czy motelu jak na lekarstwo – nieco z żalem pozostawiając za sobą kolorowe wabiące światełka ruszamy w stronę starego miasta – jak nam się wydaje.

Po zaledwie kilku przecznicach trafiamy w rejon miasta oświetlony szyldami i neonami „oteli” i pensjonatów.

Tomas zostaje w aucie a Hugo, Michał i Andrzej niczym legendarni Ruś, Lech i Czech rozbiegają się na trzy strony nieco mrocznego skrzyżowania w poszukiwaniu taniego i dobrego noclegu.

Poszukiwanie są bez owocne – jeśli cena jest do przyjęcia to albo nie ma wolnych miejsc albo warunki przypominają te z promu. Tak czy owak ceny noclegu nie są niskie a negocjacje kończą się na cenie startowej, nikt tu chyba nie narzeka na brak klientów. A co do owych klientów no cóż ... dobrze że widzimy ich w środku hoteli niż w ciemnej ulicy – twarze bardzo charakterystyczne – jakby to określił Tomas. Szybka decyzja jedziemy dalej ... zapuszczając się w powoli usypiające miasto.

Znowu grupkach szyldów i powtórka z trzech stron świata... Hugo i Andrzej znajdują nocleg w podobnej cenie – ale warunki hotelu wskazanego przez Hugo są lepsze ... mamy gdzie spać.

Hotel Agan w porównaniu z dotychczasowymi noclegowniami nie jest tani 50 000 000 lirów za nocleg za cztery osoby w „czwórce” z łazienką. Pokój jest czysty i sprawia wrażenie świeżo odnowionego. Łazienka podobnie jak w większości hoteli tureckich w których mieliśmy okazję już nocować przypomina jedną dużą kabinę prysznicową. Nie ma podziału na łazienkę, toaletę i umywalkę – przechodząc przez drzwi jest się w „brodziku”. Biorąc prysznic praktycznie „zalewa” się całe wnętrze. Przy niewielkich rozmiarach łazienki należy uważać żeby nie zmoczyć ręcznika czy też ubrań.

22:50
Powoli się rozpakowujemy wniesione nasze bagaże – zmęczenie i wrażenia z przejazdu przez mroczne dzielnice szumią nam w głowach nie pozwalając pozostać w pokoju – „może by tak mały spacer ?”

Sympatyczny lecz nie ugięty w negocjacjach cenowych Pan z recepcji wręcza każdemu z nas wizytówkę z danymi adresowymi hotelu – z uśmiechem łamanym angielskim mówi „będziecie tego potrzebować” ... nieco zaskoczeni już podejrzewając możliwe problemy z policją bierzemy wizytówki.

Dzielnica już śpi (?!) ... nieliczni przechodnie przemykają szybko uliczkami. Idziemy krętymi i momentami stromymi uliczkami kierując się w „górę”. Po kilku minutach mamy wrażenie że jesteśmy w labiryncie. Uliczki są wąskie, ciemne ... sprawiające wrażenie opuszczonych , gdzieniegdzie z rządka dobiegają do nas odgłosy nacechowanych południowym temperamentem rozmów w gronie rodzinnym.

Ignorując dobiegające nas „rozmowy” i nieświadomi czyhających na nas niebezpieczeństw zapuszczamy się dalej w starą część miasta.

23:40
Pusta i słabo oświetlona uliczka ... powoli zbliża się do nas samochód policyjny – w środku dwóch policjantów i jakiś po cywilnemu mężczyzna. Zatrzymują się przy naszej nieco rozciągniętej w marszu grupce. I znowu łamany angielski „turyści ... a skąd ? ... Polonia (!)” i tu policjant nie wiadomo dla czego przechodzi jak mu się wydaje na rosyjski „gdzie spicie ? ... macie kartę hotelu (chodziło mu o wizytówkę) ... a to dobry hotel ale daleko stąd ... zabłądziliście ? ... nie ? to niebezpieczne miasto ... możecie mieć tu problemy ... źli ludzie ... wracajcie do hotelu ... musicie iść z powrotem ... u nas nie ma miejsca w aucie ... – wracacie ? ... Policjanci powoli oddalają się wąską uliczką a my przez kilka kroków symulujemy że zawracamy w stronę hotelu ... Gdy radiowóz znika za zakrętem możemy kontynuować nasze poszukiwania mocnych nocnych wrażeń.


3 listopada 2004 (21 dzień expedycji) [środa]

0:08
Tomas z torby, w której normalnie mieści się aparat i obiektywy dobywa 0,7 przeźroczystego płynu z opisem cyrylicą – pamiątka z Soczi ... – dziś TOMASZ MA URODZINY !!!

Wiedzieliśmy że urodziny Tomasa są kilka dni po jubileuszu Andrzeja ale przez wrażenia ostatnich dni zbiorowo uleciało nam to z pamięci. Teraz nieco zaskoczeni składamy życzenia częstując się napitkiem, który w zastraszającym tempie niczym woda na pustyni wsiąka w spragnione usta ekipy.

Po kilku minutach puste już szkoło ląduje z brzękiem w pamiętającym wyprawy krzyżowe rynsztoku – na szczęście.

0:40
Zmęczeni nocną włóczęgą i błądzeniem wokół murów Złotego Bazaru usiłujemy wrócić do hotelu – a nie jest to zadanie jak się okazuje łatwe ...

Idziemy na „azymut” wyznaczany przez kompas jaki zabrał ze sobą przed wyjściem z hotelu Hugo.

„Azymut” kompasu nie pokrywa się z „azymutem” obieranym przez Tomka i Andrzeja a wypity urodzinowy alkohol dodatkowo zaburza grawitację ... czujemy się jak uwięzieni w trójkącie bermudzkim.

1:40
Okolice hotelu – wiemy już gdzie jesteśmy ! Czas na odpoczynek i sen.

8:20
Tradycyjna powolna pobudka ... dziś się nigdzie nie spieszymy w planie jedynie zwiedzanie miasta – na piechotę.

9:45
Wychodzimy na miasto – ulica przy hotelu jest teraz pełna pędzących przed siebie przechodniów!

Wczorajsze ciemne i mroczne ulice są teraz nie do poznania, pełno na nich ludzi i różnokolorowych wystawianych ze sklepów wprost na ulicę towarów. Gwar jest nie realny w porównaniu do wczorajszej ciszy i spokoju.

Przez chwile nieco zagubieni stoimy na ulicy zadając sobie pytania: „co my tu robimy ? i skąd biorą się te tłumy ?”. Po chwili szok mija i ruszamy w miasto, które niczym ale to naprawdę niczym nie przypomina tego, które poznaliśmy w nocy. Nawet ulice nie wyglądają tak samo. Mając w pamięci lokalizację murów i bram Złotego Bazaru decydujemy że tam rozpoczniemy naszą dzisiejszą włóczęgę.

Po drodze natrafiamy na bar z kebabami nie różniącymi się wyglądem od tych serwowanymi w kraju.

Od razu zamawiamy po jednym cena 1 500 000 lirów również jest do przyjęcia.

Trafiamy na aleję przy której usytuowały się banki i „bazary” – domy handlowe. Widok jest niesamowity stare kamienice zamienione w ekskluzywne sklepy eksponujące towary niczym z krakowskich sukiennic przeznaczone wyłącznie dla zamożnych naprawdę zamożnych klientów – turystów.

Tak jakby czas tu się zatrzymał – przed wejściami do niektórych sklepów stoją w dobrze skrojonych garniturach niczym od Armaniego ochroniarze. Panujący w nich wschodni przepych aż onieśmiela przed rozważeniem możliwością zakupu czegokolwiek zresztą poziom cen nie na naszą kieszeń.

10:30
Docieramy do jednej z głównych bram Bazaru – uruchamiamy nasze papugi czyli krótkofalówki – tak na wszelki wypadek jeśli się rozdzielimy pomogą mam się wśród tłumów odnaleźć ...

Wchodzimy ... cały bazar to jakby połączenie ze sobą kilkudziesięciu krakowskich sukiennic. Sklepiki i alejki łączą się ze sobą umożliwiając przejście z jednego „sklepu” do drugiego a to wszystko pod jednym połączonym dachem. Zewsząd otacza nas bogactwo i przepych przygotowany z myślą o sakiewkach a może lepiej powiedzieć kartach kredytowych bogatych zachodnich turystów.

To wszystko pomimo swoistego orientalnego uroku jest dla nas sztuczne i wręcz odpycha od zapuszczania się w dalsze części jeszcze nie poznanego przez nas Bazaru.

Trudno tu znaleźć coś autentycznego i nie stworzonego z myślą o zaspokojeniu wyobrażeń i gustów zamożnych amerykanów czy też japończyków – w których języku jest część napisów informujących o ofertach danego sklepu.

Nasze przeczucia się sprawdzają – rozdzielamy się, nawet krótkofalówki nie pomagają w odnalezieniu się ... wszystkie bramy wyglądają podobnie ... teraz poruszamy się parami: Hugo i Michał oraz Tomasz i Andrzej. Celem pierwszej jest zwiedzenie miasta pod kątem historii i architektury druga skupia się na obrazach – próbując dotrzeć do naturalnych i sprawiających wrażenie autentycznych miejsc nie przygotowanych z myślą o turystach.

Przez krótkofalówki ustalamy że w hotelu spotkamy się ok. 16ej i zjemy wspólnie obiad – na tym kontakt falowy aż do wyznaczonej pory się kończy.

16:20
Jesteśmy w komplecie w pokoju hotelowym.

Andrzej i Tomek po wyjściu z labiryntu uliczek i sklepików Bazaru trafili w okolicę przyległych do niego gwarnych uliczek wypełnionymi przekrzykującymi się sprzedawcami zachwalającymi nad wyraz głośno swoje towary lub ich ceny – co trudno było ocenić z uwagi na delikatną różnicę lingwistyczną między językiem polski a tureckim.

Po kilku godzinach zmęczeni zgiełkiem z radością dotarli do zacisza pokoju hotelowego.

Z Michałem obraliśmy za bazarowym labiryntem kierunek na starą handlową dzielnicę Beyoglum. Po przejściu mostu imieniem Ataturka (Tureckiego odpowiednika Piłsudckiego) kierując się pierwszy raz w trakcie Expedycji zgodnie z trasą zwiedzania opisaną w przewodniku dotarliśmy do początku a właściwie końca trasy turystycznej po Beyoglum na Taksimie.

Jednak zanim tam udało nam się dojść musieliśmy pokonać całkiem spore podejście na górę na jakiej znajduje się Taksim. Kondycja samochodowego kierowcy dała szybko o sobie znać a dodatkowy przelotny deszcz wymógł chwilową przerwę w internet cafe. Koszt godzinnego dostępu do newsów z kraju i świata to 1 750 000 lirów.

I tu podobnie jak w większości odwiedzonych już na trasie podobnych przybytków nie było technicznej możliwości szybkiej transmisji danych pozwalającej na przesył 2 MB plików z fotografiami. Dodatkowo ograniczeni czasem zaplanowanym na zwiedzanie opuściliśmy cafe po niespełna 20 minutach.

Beyoglum – to dzielnica niegdyś zamieszkała przez kupców i dyplomatów z państw europejskich. W czasach imperium Otomańskiego była przeciwieństwem spokojnej, starej - przesiąkniętej orientem części miasta z której rozpoczęliśmy nasze zwiedzanie. Właśnie tu na wzgórzu wygodni kupcy europejscy uruchomili pierwszą w Turcji linie tramwajową.

Koniec trasy – zwiedzania, która skojarzyła nam się ze zwiedzaniem nieco dłuższej i szerszej ul Florjańskiej w Krakowie – sporo drogich sklepów, kafejek, restauracji a gdzieś pod tym lub lepiej powiedzieć za tym ukryta pod szyldami i jasno świecącymi nawet w dzień neonami historia – stare budynki, mury, wytarty przez wieki bruk ...

Tak czy owak z Michałem jesteśmy pod wrażeniem – szkoda że mamy tak mało czasu aby poznać to miasto fascynujące nas swoją historią i współczesnością. Za przewodnika i nauczyciela mamy jedynie mury zabytkowych kamienic dzięki którym staramy się zrozumieć znaczenie tego miasta przez tysiąclecia dla współczesnych.

Przytłacza nas świadomość że tu było już tętniące życiem miasto z budynkami robiącymi wrażenie jeszcze teraz - kiedy teren dzisiejszej Polski porastały gęste puszcze a miasta przypominały Biskupin.

Ogarnięci poznawaniem historii danej nam przed oczami nie zauważyliśmy upływającego nieubłaganie czasu do spotkania z resztą ekipy w hotelu. Droga z powrotem w okolice bazaru okazała się znacznie łatwiejsza może z uwagi na coraz intensywniej padającego deszczu – tak czy owak zdążyliśmy na umówioną porę do hotelu.

16:50
Po wymianie spostrzeżeń na temat tego co udało nam się zobaczyć udajemy się w miasto coś zjeść.

Przed wyjściem z hotelu mając w pamięci obietnice Mużdżata, który tak serdecznie ugościł nas w swoim domu na wsi koło Katalzeytin - że pokaże nam miasto postanawiamy skorzystać z oferty. Hugo udaje się z recepcji dodzwonić do Mużdżata – ustalamy że spotkamy się w hotelu o 21:00, mamy wiec nieco czasu do spotkania z naszym przyjacielem a ponieważ okolice Bazaru nie rokują dobrym posiłkiem jak wynika z naszych wspólnych obserwacji miejscowej gastronomii kierujemy się w stronę poznanej przez Hugo i Michała dzielnicy Beyoglu.

Za mostem trafiamy do małej restauracyjki na kolejną wersję kebaba z colą. Kucharz – współwłaściciel knajpki chwali się swoim polskim pochodzeniem i znajomością języka polskiego – nie możemy odgadnąć czy robi to dla reklamy baru czy też faktycznie jakiś jego niedaleki jak wynika z relacji przodek został urzeczony pięknem miejscowych kobiet.

Koszt posiłku to 16 000 000 lirów – wynik tradycyjnych i chyba już z przyzwyczajenia stosowanych negocjacji Hugo.

Jest już po zmierzchu wiec z filmowania ulicznego gwaru generalnie bez sztucznego oświetlenia nici – pozostaje fotografia ...

Nie mogąc znaleźć interesującego tematu w Beyoglu kierujemy się z powrotem przez most nad portowym „Złotym Rogiem” do „starego miasta”.

Tu na moście naszą uwagę przykuwają wędkarze łowiący ryby – stoją w odległości 2-3 kroków od siebie na całej długości mostu. Pomiędzy nimi krążą sprzedawcy słodyczy, jakiegoś jedzenia oraz herbaty. Co chwilę któryś z nich wyciąga złowioną niewielkich rozmiarów srebrzysta rybę. Niektórzy maja w reklamówkach lub wiaderkach po kilkanaście sztuk. Ilość najwyraźniej rekompensuje wielkość połowów – prawo ekonomi. Pytani rybacy wyjaśniają że są to połowy na własne potrzeby lub do niewielkich knajpek jakich jest tu w centrum sporo.

Kiedy jesteśmy w połowie mostu spostrzegamy na krawężniku młodą dziewczynę trzymającą się za prawy bok brzucha i wijącą się z bólu. Podchodzimy by zapytać jak pomóc. Dziewczyna nie zna angielskiego ... a jej stan wygląda na poważny. Hugo który miął operowany wyrostek i jak sam opowiada miał podobne objawy jest przekonany że dziewczyna ma teraz właśnie atak wyrostka i powinna udać się na pogotowie – ale jak jej to wytłumaczyć ...?

Napotkanych przechodniów pytamy czy znają angielski ... , po kilku próbach - ... „yes ...” szybko prosimy o pomoc w tłumaczeniu ...

Nasza tłumaczka około 23 letnia ładna Turczynka wyjaśnia nam że obolała dziewczyna wraca do domu od koleżanki ale ostry ból w boku ją tu zatrzymał. Dzwoniła już po brata, który po nią jedzie z drugiego końca miasta gdzie pracuje ... musi tu poczekać ... nie ma pieniędzy na taxi ... pierwszy raz ma taki atak i nie wie co to może być ... między czasie dzwoni telefon dziewczyny – brat nie może dojechać utknął w korku i nie wie kiedy dojedzie – nasza tłumaczka nieco się spieszy prosimy więc aby przetłumaczyła naszą diagnozę i uświadomiła dziewczynie że musi jechać do szpitala na badania ... . Dziękujemy naszej tłumaczce za pomoc i deklarujemy że zostaniemy z dziewczyną do przyjazdu jej brata – tak na wszelki wypadek.

Po ok. 20 minutach brata nadal nie ma ... a stan naszej podopiecznej się nieco pogarsza – nie może ustać bez podkurczania prawej nogi ... woli siedzieć na krawężniku ruchliwej dwupasmówki jaka wiedzie przez most.

Zaczepiamy kolejnego przechodnia – o dziwo rozumie angielki ... prosimy o pomoc ... dziewczyna dzwoni ponownie z komórki do brata – fatum nie przyjedzie jest nadal daleko stąd w korku ... musi radzić sobie sama (?!) – prosimy aby nasz nowy tłumacz pomógł nam wezwać dla dziewczyny kratkę – choć ta na taką perspektywę protestuje ... nie chce jechać do szpitala boi się ... że tam zostanie na dłużej ...

Na moście spostrzegamy na motocyklach (marki BMW) patrol policyjny – prosimy ich o pomoc w zawezwaniu pogotowia – policjant w ożywiony sposób rozmawia o czymś z dziewczyną – prędzej teraz przyjedzie taxi niż karetka – policjant zatrzymuje pierwszą wolną taxówkę – płacąc za kurs nakazując odwieść dziewczynę do szpitala ... krótkie pożegnanie ... i podziękowania – możemy iść dalej ...

Powielamy trasę z nocy – faktycznie nawet przy sporym ulicznym ruchu o tej porze dzielnica nie wzbudza naszego zaufania.

Przeczuwając plany Mużdżata udajemy się w stronę hotelu naładować baterie i to zarówno do sprzętu elektronicznego jak i naszych nieco wyczerpanych zwiedzaniem miasta i błądzeniem po Bazarze bio-organizmów.

20:40
Dzwonek telefonu wyrywa nas z letargu – to Mużdżat jest już na recepcji ...

Szybko żądni wrażeń pakujemy się do srebrnego BMW 5 Mużdżata – ruszamy w miasto a naszym przewodnikiem jest jego szczery wielbiciel.

Mużdżat wybiera kilka punktów widokowych z których chce nam pokazać panoramę Istambułu jak sam mówi to najlepsze miejsca aby pokazać miasto.

Andrzej wykorzystuje szyber dach BMW jako idealne stanowisko do filmowania. Mużdżatowi wiszący nad głową z kamerą Andrzej nie przeszkadza aby rozwijać ponad 100 km / h w centrum starego miasta.

Nasza wycieczka po mieście przypomina stary polski film w którym bohaterowie jako turyści zwiedzający Warszawę – co po chwilę słyszą na prawo most na lewo most ... Z nami jest podobnie ... Mużdżat co chwilę wskazuje jakiś budynek i wymienia jego nazwę w języku tureckim oraz wiek w którym powstał ... Po kilku budowlach nawet nie staramy się zapamiętać ich nazw a tym bardziej informacji o wiekach w których powstały, bo większość dotowana jest przed XV wiekiem ... wyjątek stanowią „Pałace”, których tu w centrum Istambyłu Mużdżat wymienił przynajmniej dziesięć w większości należących do rządu lub potomków dynastii skoligaconych z Otomanami – ostatnią dynastią rządzącą Turcją.

Średnio co 30 minut zatrzymujemy się na jakimś wzgórzu dającym możliwość podziwiania niesamowitego widoku galaktyki światełek 12 milionowego miasta.

Niektóre jego obszary są nie oświetlone a przez to wyraźnie wizualnie odcinają się od reszty. Te ciemne plamy przypominające czarne dziury – to według słów Mużdżata prywatne parki i lasy w środku miasta.

Jesteśmy nad dzielnicą z widokiem na Bosfor – tu ceny za domy nie schodzą poniżej 3 mln dolarów!

Wjeżdżamy na autostradę – wracamy do azjatyckiej części Istambułu tu czekają na nas kolejne wspaniałe jak opisuje je Mużdżat widoki na coraz bardziej zasypiające miasto.

Wybierane przez naszego przewodnika miejsca faktycznie dają wspaniały widok na panoramy miasta, których z pewnością bez jego pomocy nie udało by nam się zobaczyć – jesteśmy Mużdżatowi ponownie wdzięczni za okazaną nam przyjaźń i gościnność.

23:40
Zmęczeni eksternistycznym nocnym zwiedzaniem miasta jesteśmy zaproszeni na gorące mleko z miodem do domu Mużdżata gdzie mamy spotkać się z drugim z naszych przyjaciół Adnanem.

Adnan czeka już na nas pod domem Mużdżata, który mieści się w azjatyckiej części miasta. Mieszkanie mieści się na II piętrze czteropiętrowej jeszcze w części w budowie nowej kamienicy. Wnętrze mieszkania podobnie jak poznany przez nas dom na wsi łączy nową architekturę i wyposażenie z stylizowanymi tradycyjnymi dębowymi meblami. Z zajmujących całą ścianę mieszkania okien rozpościera się wspaniały widok na Bosfor po którym powoli przesuwają się słabo oświetlone barki i statki.

Atmosfera mieszkania i gorący napój działa na nas relaksująco i usypiająco. Staramy się nie rozmawiać o nas ale o Turcji ludziach tu żyjących ... rozmowa przeciąga się do późnej nocy ...


4 listopada 2004 (22 dzień expedycji) [czwartek]

2:20

Rozmowa w mieszkaniu Mużdżata przeciągnęła się dłużej niż to planowaliśmy. My pośpimy do 9ej ale nasi przyjaciele muszą iść do pracy ... Delikatnie ale stanowczo dziękujemy za gościnę – czas powrotu do hotelu.

Miasto już śpi – puste ulice pozwalają Mużdżatowi na naprawdę szybkie odwiezienie nas do hotelu gdzie jesteśmy w niespełna 20 minut.

Szczere, mocne, męskie uściski na pożegnanie przed wejściem do hotelu – mamy nadzieję że się jeszcze spotkamy, może tym razem w Polsce ? „może , ale nie w zimie ...” – odpowiada z uśmiechem Mużdżat.

3:10
Pełen wrażeń dzień zwalił nas z nóg ...

5:20
Budzi nas zgiełk ulicy ... po bruku jedzie ktoś ciągnie wóz z metalowymi kołami, których odgłos toczenia się mógłby zbudzić umarłego ... a my chyba jesteśmy śmiertelnie zmęczeni skoro po chwili ponownie zasypiamy ...

8:40
Nie ustający zgiełk ulicy powoli nas dobudza, czemu wczoraj nam rano nie przeszkadzał ? ...

Dziś w planie bynajmniej nie zwiedzanie – czas na zakupy, być w Istambule i nie przywieść suvenirów – to czego nas nauczyły wyprawy krzyżowe ?

9:40
Pakujemy nasze plecaki do samochodu – to była ostatnia noc jaką planowaliśmy spędzić w Turcji.

Mając na uwadze doświadczenia z dnia wczorajszego postanawiamy już teraz że jeśli się rozdzielimy – a na pewno tak się stanie czy tego będziemy chcieli czy też nie to o 16ej spotykamy się przy samochodzie.

Jedynym zabytkiem jaki chcemy jeszcze przed wyjazdem na pewno zobaczyć to Aya Sofya – kościół Świętej Mądrości - ruszamy więc w stronę jedynego meczetu z czteroma minaretami.

10:20
Jesteśmy przed jednym z cudów świata. Koszt biletu - 15 000 000 lirów.

Przed wejściem bramki wykrywające metal i kontrola bagażów podręcznych jak na lotnisku.

Nie ma wyraźnych zakazów filmowania czy też fotografowania.

Żadna relacja czy też opis z jakim mieliśmy możliwość się zapoznać nie oddaje wrażenia jakie robi na nas Aya Sofya - ta relacja też tego nie odda wiec nawet nieudolnej próby opisu tu nie będzie. Aya Sofye trzeba po prostu zobaczyć !

Wystarczyć sobie wyobrazić że sobór olśniewał swoim blaskiem na długo przed przyjęciem przez pierwszych Piastów chrześcijaństwa i to w czasach kiedy nasi przodkowie gonili liczne tury po puszczy z włóczniami z kamiennymi grotami odziani w nie garbowane skóry.

13:40
Z różnymi wrażeniami Wychodzimy z soboru ... czas na zakupy.

W planie mamy zakup na bazarze „oryginalnych” levisów według informacji Hugo tu produkowanych. W związku z niską ceną każdy z nas chce tu kupić nie mniej jak 2 pary ... postanawiamy trzymać się razem dla uzyskania niższej ceny przy jak nam się wydaje iście hurtowym zakupie.

Królują tu głównie modele 501 i 507 w cenie od 15 000 000 do 45 000 000 lirów. Cena jak mamy okazję się przekonać bynajmniej nie zależy od modelu ale od skomplikowanego algorytmu łączącego w ekonomicznym mixie uporu negocjatora, zasobność jego kieszeni z nastrojem danego dnia sprzedawcy ściśle powiązanego z ilością sprzedanych par spodni danego dnia. Trafiamy w część bazaru oferującymi wyjątkowo dobrze uszyte oryginalne levisy z emblematami 501 wytłoczonymi na guzikach, których według słów sprzedawców nie zobaczymy u konkurencji kilka przecznic dalej nie mówiąc o postrzępionych obszyciach szwów – dowód na 100% „oryginalność” ...niemal każdy sprzedawca demonstruje jakość swojego towaru ” o zobacz jaki mocny szef tam /mowa o innym bazarze/ takich nie dostaniesz ... a jeśli chcesz idź tam dwa miesiące i 0 spodni a te mam 3 lata nosze je codziennie i zobacz ... dobre co ? ” – chyba tylko sprzedawcy w tym kraju mówią stosunkowo komunikatywnie po angielsku ba nawet część ekspedientów szczególnie tych w wieku około 40 lat zna podstawy języka polskiego - niemal drugiego języka urzędowego tu na bazarze na przełomie lat 80tych i 90tych.

Ceny oscelujące w tej części bazaru w okolicach 30 000 000 lirów nie skłaniają nas do realizacji tu zakupów – postanawiamy znaleźć miejsce z większym wyborem modeli i z bardziej umiarkowanymi cenami.

Trafiamy w dość ludną część bazaru, w trakcie przebijania się przez napierające ze wszystkich stron tłumy – znowu się rozdzielamy. Teraz poruszamy się dwójkami w stałym składzie Tomek i Andrzej oraz Hugo i Michał. I te duety ulegają ponownemu rozbiciu przez rządnych towarów klientów bazaru po ok. 20 minutach.

16:40
Zmęczeni zakupami jesteśmy przy samochodzie w komplecie. Brak widocznych toreb lub reklamówek w rękach Andrzeja i Michała jest wyraźnym znakiem dla reszty ekipy że nic nie udało im się upolować na bazarze. Tomasz w małej reklamówce skrywa przyprawy oraz nieziemsko pachnąca prosto zakupioną w palarni mielona kawę. Prawdziwym łowcą zakupów zostaje Hugo, który z wyraźnym grymasem od jakiegoś już czasu przed przybyciem ekipy stara się upchać w bagażach zakupione dodatkowe pary spodni, całkiem pokaźnych rozmiarów reklamówkę z przyprawami (jak sam mówi smakiem wschodu), co najmniej kilogramem jadalnych kasztanów. W ostatniej chwili przed dociśnięciem plecaka Hugo przypomina sobie o starannie zapakowanym tradycyjnym komplecie do picia herbaty który teraz ląduje zamiast części kaset w schowku.

Przed wyjazdem robimy na drogę zakupy – nie wiadomo gdzie spędzimy kolejną noc – zanosi się że już w Bułgarii i najprawdopodobniej będzie zbyt późno aby znaleźć nocleg i prześpimy się w samochodzie.

Za 2 kilogramy bananów, 1 kilogram białych winogron , 2 chleby oraz 1 kilogram pomidorów płacimy 12 000 000 lirów – to naszą kolacja i najprawdopodobniej śniadanie.

17:20
Usiłujemy wyjechać ze Starego Miasta na autostradę, już na początku drogi mylimy zjazd i trafiamy na most łączący Beyoglu ze Starym Miastem musimy zawrócić z powrotem do Starego Miasta a nie jest to zadanie proste z uwagi na jeden kierunek i brak możliwości skrętu ... Jedziemy przez miasto jakieś 20 minut w korku zanim udaje nam się zawrócić. Kierujemy się teraz bardziej na azymut niż niewiele mówiącymi nam drogowskazami.

Trafiamy chyba w godziny szczytu, które w Istambule i tak trwają niemal przez cały dzień.

Teraz wiemy że Tomasz który chciał wyjechać z Istambuły w nocy miał rację – to byłby jedyny sposób aby uniknąć błądzenia oraz nerwowej jazdy w kokach ale Hugo chciał być jak najwcześniej na granicy więc planowany „zaoszczędzony” na zwiedzaniu miasta czas spędzaliśmy w smogu spalin jadąc miejscami 30 km/h .

19:10
Jakimś cudem po kilkudziesięciu minutach błądzenia udaje nam się wjechać na autostradę ... ruszamy dalej kierując się na Edirne. Do granicy z Bułgarią mamy jakieś 280 – 340 km ... i może dotrzemy tam za jakieś 4 godziny. Z mapy jak i przewodnika nie wynika czy to przejście jest całodobowe więc może okazać się że będziemy musieli przejechać kolejne 75 km do innego przejścia lub przenocować przy szlabanie.

21:27
Musimy zatankować – nie chcemy aby paliwo skończyło się przed granicą z Bułgarią.

22:20
Punkt poboru opłat – za przejazd z Istambulu do Beyazkoy około 200 km płacimy 3 500 000 lirów.

22:40
Za ostatnie zebrane od ekipy liry tankujemy, z doświadczenia już wiemy że późnej nie będzie możliwości wymiany lub wydania.

23:10
Jesteśmy na granicy kilka kilometrów za niewielką miejscowością Derekoy w Azizje.

Przejście graniczne sprawia wrażenie zamkniętego – opuszczony przed wjazdem na teren przejścia szlaban i z pozoru pusta budka wróżą spędzenie nocy przed przejściem ... Hugo energicznym pukaniem w szybę budzi zdziwionego widokiem obklejonego samochodu pogranicznika, który podnosi szlaban. Przejście jest słabo oznakowane – chwilę po nim błądzimy – nikt nie zwraca na nas swojej uwagi. Poirytowani kierujemy się do kolejnej budki ze szlabanem – tu strażnik informuje nas że musimy iść do budynku, który wskazuje ręką po dwie pieczątki – bez nich nie wyjedziemy. Zapowiada się powtórka z odprawy w porcie w Trabzon – totalna dezinformacja. W budynku wszyscy pracownicy są zajęci ... oglądaniem meczu. Jak nie łowienie ryb to mecz – co za naród ! Zdrowo zdenerwowany Hugo z paszportami czeka na pierwszą pieczątkę od inspektora drogowego. Po 20 minutach udaje się inspektorowi dotrzeć a po kolejnych 15 nawet znaleźć markę Sangyoung w spisie w komputerze – „wszystko o.k.... możecie jechać”. Wyjeżdżamy ... na szlabanie ponownie nawrotka – brakuje wam tu jednej pieczątki musicie wracać do budynku ... Tym razem trafiamy w ręce celników, który chcą zobaczyć co wywozimy – Tomek przestawia auto na lepiej oświetlony plac za budynkiem przygotowany do odpraw – na przygotowane stoły zaczynamy wykładać część bagaży z bagażnika, Pani celnik po przeglądnięciu pierwszych bagaży w większości już z brudnymi ciuchami przerywa wyładunek – „ o.k. ... go ...” . Nauczony logiką turecką Hugo zapobiegliwie pyta okazując paszport czy to wszystkie pieczątki ... brakuje jednej ... (!) policji granicznej ... – tym razem wszyscy idziemy do budynku w celu identyfikacji fotek z paszportu ze zmianami typologicznymi właścicieli paszportów po latach od wyrobienia. Okazanie wypada pozytywnie „ o.k. ... go ...” – ku zaskoczeniu wszystkich Hugo chce jeszcze jedna pieczątkę tak na wszelki wypadek – robi to w sposób zwracający uwagę wszystkich na sali odpraw i nie chce odejść bez tej dodatkowej nadprogramowej pieczątki – po chwili pojawia się Pani celnik mówiąca nawet całkiem składnie po angielsku, która zapewnia go że to koniec wszystkich formalności – Hugo nie dowierza: „co tylko 45 minut odprawy i możemy jechać, a tamten policjant z granicy znowu nas zawróci ? nie zostajemy tu ... szkoda paliwa na takie jazdy !” Sytuacja robi się zgoła dziwna celnicy zapewniają nas że już nas nikt nie zawróci, bo mamy wszystko w porządku. Między czasie podjechał autokar z turystami z Bułgarii, którzy zaczynają się interesować zachowaniem Hugo sprawiającym wrażenie poszkodowanego przez służby graniczne. Tomasz przejmuje inicjatywę nakazując pakowanie się „do auta i odjazd”, ciągle klnący Hugo siedzi w środku – podjeżdżamy pod szlaban, chyba uprzedzony o naszym przybyciu pogranicznik nawet nie pyta o paszporty ... „go ... goodbay” mówi jakby na siłę widząc z wyrazem mordu w oczach minę Hugo.

Do przejścia z Bułgarią mamy jakieś 100 – 200 metrów. W tym czasie następuje metamorfoza u Hugo – z nieskrywanej wściekłości przechodzi w fazę euforii ... , czyżby to przemęczenie ? „Nie ! wszystko o.k. ale ich i Was wkręciłem co ? – zaczyna śmiać się jak wariat Hugo ... to jedyny sposób na absurd prezentowany przez tutejszych celników i pograniczników – na Turków jak widzicie trzeba z południowym, wrzaskliwym temperamentem a na Bułgarów ... no cóż mam inną metodę, zaraz zobaczycie jaką ...”

Pierwszy szlaban ... Hugo tradycyjnie wychodzi z paszportami. Od strony budki dobiega głośny iście wariacki śmiech Hugo ... zanosi się od niego – po chwili wraca do samochodu po pieniądze - w budce urzędnik „oferujący” dezynsekcję samochodu w dużej kałuży brudnej wody (?!) – koszt to 2 dolary lub 2 euro – płacimy 2 euro „a niech zarobią mówi Hugo a co im będziemy za odkażenie żałować ... dzięki temu może nie sprowadzimy zarazy do Europy z Azji to Panowie ma sens !”

Odkażanie polega na przejechaniu przez kałużę na szczęście nie głęboką – mającą jakieś 5 cm głębokości.

Jedziemy pod oświetlony niewielkich rozmiarów budynek, z którego na nasz widok wychodzi chyba cała obsługa. Ktoś zabiera nam paszporty, ktoś inny dokumenty wozu ... przed nami pojawia się kolejna Pani celnik tym razem to atrakcyjna ok. 30 lat brunetka – dopraszamy się osobistej rewizji. Zarówno my jak i nasze zachowanie wzbudza nieskrywaną radość u urzędników i pograniczników, nawet nie musimy otwierać bagażnika a cała odprawa trwa może 5 minut nie licząc czasu na próby zainteresowania Pani celnik naszą wydumaną na potrzeby kontroli kontrabandą. Możemy jechać dalej przed nami ostatni szlaban a w nim urzędnik od dróg jak mówią o nim celnicy ... tu opłata – podatek drogowy kosztuje 14 euro lub 14 dolarów – Hugo postanawia dać upust swojemu pomysłowi:

<Hugo> z wymownym gestem wręcza urzędnikowi karte VISA ze słowami: „ściągnij sobie ...”

<Urzędnik> zdziwiony powtarza „14 euro lub 14 dolarów ...”

<Hugo> „płacę kartą ..., co nie macie możliwości zapłaty kartą – to gdzie my jesteśmy w Afryce ? gdzie bankomat ?”

<Urzędnik> zaskoczony odpowiada że tu „nie ma bankomatu w okolicy ...”

<Hugo> atakuje dalej „jak to nie ma – co nie ma u was banków ?”

<Urzędnik> „banki są ale tu nie ma bankomatu”

<Hugo> nakręcony zdziwieniem urzędnika :jak nie tu to gdzie ? a transferem bankowym można ?”

<Urzędnik> całkowicie zdębiały „jakim transferem ?!”

<Hugo> z miną krezusa „z banku do banku – waszego banku obsługuje was bank ?”

<Urzędnik> ” „nie da rady”

<Hugo> „to nie płacę ... nie mam gotówki” uśmiech wariata

<Urzędnik> „nie wiedziecie”

<Hugo> „nie musimy ... zostaniemy tu przed szlabanem bo do Turcji już nie mamy wiz – teraz to problem Bułgarii i naszego ambasadora”

<Urzędnik> „to macie problem ...”

<Hugo> „nie to ty masz problem ... Bułgaria to dziki ... bez bankomatów i transferów ... tam jest ładna Pani celnik zostajemy tu ... no i co teraz ?”

<Urzędnik> wyraźnie zaskoczony i zdziwiony rozkłada ręce, po chwili nerwowo przegląda jakieś notatki z telefonami a Hugo nadal stoi mu w okienku z wyrazem twarzy wariata ... „nie mogę was puścić ...”

<Hugo> „jak nie to zapewnij nam nocleg tu chyba że chcesz mieć aferę międzynarodową – zobacz jedziemy z polski jesteśmy ekipą telewizyjną wiesz co to znaczy ?”

<Urzędnik> niemal ze łzami w oczach ... „nie mogę...”

<Hugo> „no już się nie martw ...” wymowny gest ręką tym razem do portfela „masz tu te 14 euro tylko wydaj resztę w euro ...- co ... był stresik nie zawsze twoja robota musi być łatwa”

<Urzędnik> z wyrazem twarzy łączącym ulgę i nie dowierzanie „ej wy Polaki” kręcąc głową wypisuje kwit ... wręczając go Hugo na pożegnanie z wyraźnym wysiłkiem mówi: „szczęśliwej drogi”.

Szlaban powoli unosi się do góry – jesteśmy w Bułgarii !

Po drodze ekipa próbuje dociec od Hugo o co chodziło z tym urzędnikiem – odpowiedz jest krótka:

„negocjowałem ... ale nie wyszło ... szkoda że to nie bazar w Istambule ...” .


5 listopada 2004 (23 dzień expedycji) [piątek]

0:56

Od wyjazdu z przejścia granicznego mamy wrażenia że trafiliśmy nie do Bułgarii a rumuńskiej Transsylwani ... krajobraz iście z filmów o Drakuli. Prawie nie dostrzegamy oświetlonych ludzkich siedlisk. Drogowskazy z rzadka wskazują na miejscowości oddalone od drogi po której jedziemy o kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów. Im dalej o przejścia granicznego tym krajobraz coraz bardziej staje się górzysty ... droga miejscami wije się przez las stromo w dół lub w górę. Tomas jest już nieco zmęczony powtórką z serpentyn Tureckich ... Co jakiś czas drogę przebiegają w smugach świateł naszego pojazdu lisy i inne z uwagi na szybkość poruszania się słabo rozpoznawalne zwierzęta z rodziny psowatych. W pewnym momencie na niemal na środku drogi dostrzegamy siedzącą białą sowę paczącą prosto na nas – pewnie nie zrobiła by ona na nas wrażenia gdyby nie fakt że rozmiarami przypominała bardziej orła bielika niż znane nam małe sówki. Za to my na niej nie zrobiliśmy żadnego wrażenia ba nawet nie odfrunęła z drogi widząc nasz nadjeżdżający i oświetlony samochód. Z wrażania minęliśmy ją nie próbując się nawet zatrzymać – po przejechanych ok. 30 metrach postanowiliśmy sprawdzić czy aby nie była naszym przewidzeniem ... kiedy Tomas cofnął w miejsce gdzie stała, ale po sowie a może duchu jaki ją określił Hugo już nie było śladu. Nad horyzontem przez nisko płynące chmury i mgłę przebijał się niemal w pełni księżyc ... droga stała się jaśniejsza a otoczenie jeszcze bardziej bajkowe. W światłach reflektorów w zaroślach świeciły na nas dziesiątki małych i większych fosforyzujących oczek ... cała okolica tętniła nocnym życiem.

01:40
Na totalnym pustkowi, na skrzyżowaniu dróg zatrzymuje nas uzbrojony po zęby w kałasznikowy i kamizelki kuloodporne nocny patrol policji. Tradycyjna rozmowa :

„Paszporty...zielona karta ... prawojazdy ... a Polak ? ... co wy tu o tej porze robicie ? ... wszystko dobrze możecie jechać ...”. Jedziemy więc dalej, tureckie paliwo powoli się już kończy ... przy braku szczegółowej mapy czujemy się znowu jakbyśmy jechali po omacku. Góry powoli ustępują bardziej płaskiemu krajobrazowi ...

Zanosi się że będziemy jechali całą noc aby rano lub przed południem dotrzeć do Varny.

02:27
Jesteśmy na nieco „szerszej drodze” oznaczenia nadal nic nam nie mówią ale kierujemy się na północny wschód – liczymy że dotrzemy do jakiś stacji gdzie będziemy mogli kupić paliwo i mapę.

Trafiamy na stację z szyldem „24/h” paliwo jest ale my nie mamy miejscowej waluty a euro sprzedawca nie chce przyjąć o mapie możemy również zapomnieć. Na pytanie czy możemy zapłacić kartą sprzedawca z powagą kręci głową ... a walutę możecie zamienić w mieście 40 km stąd.

Mamy paliwa na jakieś 30 no może 35 km ... (!) Jedziemy dalej ...

02:50
Mijamy kolejną małą stację przy drodze ... Hugo postanawia spróbować zapłaty kartą lub ostatnimi 10 euro jakie w gotówce posiada. Błąd systemu „brak komunikacji z bankiem” uniemożliwia zapłatę karta ale sprzedawca przyjmuje zapłatę w euro ... tankujemy. Paliwa powinno starczyć na jakieś 100 no może 130 km.

03:40
Zatrzymujemy się na kolejnej stacji benzynowej. Jest niewielkich rozmiarów ale posiada parking i jest dobrze oświetlona a na dodatek sprzedawca wyraża zgodę abyśmy mogli tu odpocząć. Czas na krótki ale jakże domagany się przez organizm sen.

5:20
Nieco wypoczęty Hugo rusza w dalsza drogę. Księżyc już zaszedł wiec teraz nawet jest ciemniej niż kilka godzin temu a dzień nie zaczął jeszcze nawet walki z nocą – do świtu jakaś godzina może dwie... .

6:35
Jesteśmy w Burgas miasto powoli budzi się do życia. Krótki odpoczynek na stacji niewiele pomógł Hugo w regeneracji sił. Na parkingu przy jednym z bloków zatrzymujemy się na kolejne kilka minut snu ...

8:10
Hugo czuje się już bardziej wypoczęty i jak sam twierdzi więcej snu już nie potrzebuje - możemy jechać dalej.

Zanim wyjedziemy z miasta musimy znaleźć bankomat i zatankować.

Jadąc przez miasto nie dostrzegamy nigdzie banku lub oznakowań bankomatów ... Nawet zwiedzenie jednego z osiedli nie pomaga ... nie ma tu bankomatów.

Kierując się wyrobioną w trakcie Expedycji logiką postanawiamy odnaleźć tu jakieś duże centrum handlowe lub drogi hotel.

Nigdzie nie możemy natrafić na reklamy lub szyldy jakiegoś dużego centrum za to z hotelem nie mamy problemu ... ma co najmniej 10 pięter i znacząco góruje nad okoliczną zabudową osiedlową.

Przy wejściu do hotelu Hugo znajduje bankomat, który początkowo nie chce współpracować ale po chwili wypluwa żądaną gotówkę.

Tankujemy na stacji znajdującej się nieopodal hotelu, tu również nie możemy kupić mapy drogowej Bułgarii.

Na szczęście droga do Varny jest świetnie oznakowana.

Po drodze wypijamy kawę w przydrożnej restauracji z malowniczym widokiem z pagórka na którym jest usytuowana na okoliczne aż po horyzont pola i winnice. Koszt kawy to 2 leje.

10:40
Jesteśmy w Varnie ... w odróżnieniu od drogi dojazdowej w mieście mamy początkowo problem ze znalezieniem centrum - znaki drogowe wprowadzają nas w błąd i robimy co najmniej dwa okrążenia wokół jednego z osiedli. Rezygnujemy z drogowskazów, pierwszy napotkany przechodzień wskazuje nam bezbłędnie właściwą drogę.

Jesteśmy w centrum nieopodal głównego deptaku i plaży. Parkujemy w jednej z zadrzewionych uliczek.

Po drodze na plażę „zahaczamy” o kilka hoteli i pensjonatów ... ceny nieco nas zaskakują, są wysokie choć jest po sezonie i porównywalne bardziej z tymi w Turcji niż Rumuni ale nadal jak dla nas za wysokie.

Po zaplanowanym spacerze po plaży planujemy znalezienie pensjonatu lub prywatnej stancji, Tomasz i Hugo mają w pamięci czasy kiedy wyjazd do Bułgarii i Varny był marzeniem niemal każdego obywatela PRL-u – większość wczasowiczów wypoczywała w pensjonatach lub „prywatnych kwaterach” wskazywanych przez biuro podróży. Teraz i my potrzebowaliśmy takiej prywatnej kwatery ... tylko mającej poziom cen z lat 80tych.

11:15
Wyjątkowo piękna pogoda i mocne słońce skłaniają nas nie tylko do spaceru po plaży ale również aby się na nie na chwilę położyć i nieco „po opalać”. Opolanie przypomina w stylu bardziej to znane z plaż naszego Bałtyku w sierpniu niż z plaż Tunezji w grudniu ale zawsze jest to chwila tak upragnionego przez nas słońca i relaksu.

13:30
Z rzadka przesuwające się po niebie chmury na krótkie chwile przerywają nasze w pełni błogie lenistwo ... i przypominają jednocześnie że czas znaleźć nocleg.

Drogę powrotna do samochodu wybieramy dłużą wiodącą przez nabrzeżną dzielnicę willową. W jednej z kamienic natrafiamy na biuro turystyczne za pośrednictwem którego możemy znaleźć apartament dla czterech osób za 6 euro od osoby za dobę. Przystajemy na zaproponowane warunki – przy ustalaniu szczegółów dowiadujemy się że nie możemy zobaczyć apartamentu przed zapłatą ... mamy zapłacić dostać vauczer z którym udamy się pod wskazany adres gdzie zobaczymy apartament, jeśli się nam spodoba zapłacimy vauczerem jeśli nie wrócimy do biura gdzie zostaną nam zwrócone pieniądze. Warunki chociaż dziwne są przez nas do zaakceptowania – prosimy o kilkanaście minut czasu na wyjęcie środków z bankomatu ... Po drodze do bankomatu wstępujemy do kilku pensjonatów i hotelików – efekt i poziom cen ten sam, co więcej wieje w nich pustką ... więc nie możemy zrozumieć czemu nie chcą wynająć nam taniej pokojów.

Posilamy się kebabem w wydaniu bułgarskim, które poza ceną 4 lewy niewiele różni się od tych znanych nam już tureckich.

Mamy już gotówkę ale biuro turystyczne jest zamknięte ... może przerwa obiadowa ? Postanawiamy poczekać.

Po 30 minutach nadal nikogo nie ma ... (!?) coś jest nie tak ... postanawiamy powielić naszą stałą metodę – rozchodzimy się w różnych kierunkach w celu znalezienia noclegu. Ustalamy spotkanie pod biurem turystycznym 14:50 zostawiamy tu też samochód.

14:55
Hugo ma dobre wieści – na końcu uliczki przy której znajduje się biuro znalazł hotel w którym co prawda nie ma wolnych dwóch pokoi dwuosobowych ale jest pokój 3 osobowy. Koszt noclegu udało się wynegocjować w wysokości 5 euro od osoby i co ważne możemy ulokować się w nim w czwórkę.

Mamy klimatyzacje, TV satelitarną i naprawdę gorącą wodę – jest super.

Hugo wypada jak ogień na umówioną rozmowę przez internet – reszta ekipy zostaje aby się doprowadzić do ładu.

15:00
Młody pracownik hotelu – Paweł zaprowadza Hugo do znajdującej się w odległości ok. 150 metrów od hotelu cafejki – cena za internet 1,8 lewy za godzinę nie wydaje się wygórowana. Może to wpływ konkurencji – cafe internet są średnio co 100 – 150 metrów.

Problem pojawia się przy próbie zainstalowania komunikatora Tlen ... jak informuje pracownik cafejki nie jest to możliwe „zabezpieczenia”. W kolejnej kafejce ten sam problem ... i chociaż cafejek jest tu w centrum kilka to każda z nich ma takie same zabezpieczenia uniemożliwiające zainstalowanie komunikatora ... Pozostaje stara metodą komunikacji w formie e-maili ze skrzynką pocztową odświeżaną co kilka sekund – nieco przypomina to komunikator tyle że działający nieco wolniej, można niemal jak przez komunikator „normalnie” porozmawiać.

18:00
Jesteśmy w komplecie ... czas na już nocne zwiedzanie miasto i posiłek. Idziemy w stronę plaży gdzie przed południem widzieliśmy otwartych kilka smażalni ryb.

W jednej z dwóch otwartych o tej porze no i po sezonie restauracji zamawiamy: cztery gorące rosoły, trzy smażone ryby z frytkami, trzy sałatki oraz dwa piwa i herbatę. Po kilkunastu nerwowo wyczekiwanych minutach na naszym stole lodują robiące wrażenie porcie sałatek i rosoły. Drugie danie bynajmniej nie odbiega obfitością od przystawek i zupy. Za całość rachunek wynosi 37,10 lewy czyli około 80 złotych.

19:40
Najedzeni ruszamy w miasto.

Wieczór jest ciepły, ulice zapełniają się grupkami młodych osób. Po bulwarze spacerują trzymające się pod ręce po dwie trzy młode dziewczyny – chłopcy ich rówieśnicy stoją i rozmawiają w małych grupach – widok trochę dziwny ale ... interesujący.

Nasza uwagę zwracają bezdomne psy. Jest ich tu naprawdę sporo. Nie są agresywne, ich zachowanie bardziej przypomina wyuczoną do perfekcji żebraninę. Nie dostrzegamy aby któryś z psów był chory lub „zabiedzony” – wszystkie mają w uszach duże żółte kolczyki. Dowiadujemy się że władze miasta szczepią psy a następnie nie mając możliwości umieszczenia w schronisku, których zresztą tu dla zwierząt nie ma - wypuszczają je z powrotem. O psy dbają głównie sami mieszkańcy wynosząc im jedzenie a i wkład turystów w żywienie bezpańskich psiaków jest wyraźnie zauważalny po ich często aż nad wyraz przyjaznym zachowaniu.

Odnosimy wrażenie że każdy ze zwierzaków ma na wyłączność swój rewir, który broni głośnym obszczekiwaniem nawet na smyczy potencjalną konkurencję. Obrona rewiru polega jedynie na szczekaniu nie widzimy aby którykolwiek z „zakolczykowanych” zaatakował innego psa lub przechodnia. Może jest to wynikiem dużej życzliwości mieszkańców do bezdomnych zwierząt a może wynikiem swoistej symbiozy zwierząt i ludzi żyjących w jednym mieście.

22:30
Poprzednia niezbyt wygodnie przespana w samochodzie noc daje o sobie znać zmęczeniem i sennością Hugo, który wraca do hotelu. Reszta ekipy do późnych godzin nocnych kontynuuje tradycyjny nocny maraton mieście i jego urokliwych lokalach.

6 listopada 2004 (24 dzień expedycji) [sobota]

7:40

Chyba już nie ma sensu planować wcześniejsze pobudki, które i tak na nikim z ekipy nie robią już to wrażenia.

9:15
Dobudzeni i w większości wypoczęci mamy w planie dokończenie zwiedzania miasta, sesje foto niezwykłych miejskich zwierzaków oraz ... dotarcie do Rumuni. Na zwiedzanie miasta planujemy czas do 13:00 no może 14-ej.

14:15
Jesteśmy przed hotelem w komplecie.

Tomas i Andrzej trafili na niesamowitą scenę jaką widzieli przed i w cerkwi: większość przychodzących na modlitwę wiernych przynosiła ze sobą żywność, którą częstowano osoby bezdomne lub ubogie ... Wrażenie jakie to na nich zrobiło mogą oddać tylko zrobione w cerkwi fotografie i nakręcony film.

Do granicy z Rumunią mamy niecałe 100 km – chcemy tam dotrzeć do zmroku ... żegnamy ze smutkiem że tak krótko mogliśmy tu być - Varnę.

Staramy się trzymać dróg przy wybrzeżu tak aby cały czas mieć „po prawej” widok morza ... dzięki czemu trafiamy do kilku miejscowości turystycznych – kurortów przypominających teraz małe wyludnione miasteczka ogrodzone siatkami i szlabanami z pustymi budkami strażników i policji. W jednym z takich kurortów trafiamy na zamkniętą z uwagi na zakończenie sezony dróg wyjazdowych – powrót na „główną” drogę pochłania nam kilkanaście cennych minut.

Im bliżej do granicy z Rumunią tym jakby mniej miejscowości turystycznych i kurortów.

Trafiamy w niezwykłe miejsce. Na polach aż po widnokrąg są „porozrzucane” duże beczki do których odprowadzone są prosto z odwiertów rury ... w powietrzu unosi się ostry zapach przypominający siarkowodór.

Dostrzegamy w oddali niemal już na widnokręgu że z niektórych beczek przepompowywana jest jakaś substancja.

Powoli zbliżamy się do oddalonego od brzegu o 20-50 metrów odwiertu – szybu. Teren jest strzeżony przez uzbrojonych w broń ochroniarzy zakazujących nam fotografowania i nakazujących opuszczenie terenu (?!).

Nie starając się wdawać z ochroną w dyskusje opuszczamy niezwykły prawdopodobnie roponośny półwysep z ziemi którego sama niemal tryska ropa.

Powoli zapadający zmrok skłania nas do przyspieszenia w stronę nieodległej już granicy.

17:40
Do przejścia mamy niecałe 10 km – mijamy zapadającą w zmierzch restauracje. Postanawiamy zjeść tu ostatni w Bułgarii posiłek.

Ponieważ bułgarskie lewy są już na „wykończeniu” ustalamy z właścicielka częściową zapłatę w euro. Zamawiamy zachwalaną przez właścicielkę zupę rybną oraz porcie fileta z kurczaka z frytkami plus herbatę za całość mamy zapłacić 5 lewów i 6 euro. Faktycznie zupa rybna jest wyśmienita ... Między czasie w restauracji pojawia się mąż właścicielki, który z decyzji żony dotyczącej przyjęcia części rozliczenia w euro jest nad wyraz nie zadowolony. Zachowanie właściciela wyraźnie wpływa na naszą ocenę smakową posiłku. Jesteśmy również wyraźnie co okazujemy właścicielowi restauracji zdenerwowani faktem że ustalaliśmy przed złożeniem zamówienia że płacimy część w euro bo miejscową walutę wydaliśmy już przed wyjazdem z Varny nie planując wydatków po drodze.

Po kieszeniach znajdujemy jakieś drobne łącznie możemy zapłacić w miejscowej walucie nie 5 a 7 lewów plus 5 euro. Wyraźnie poprawia to nastrój restauratora, który jak sam mówi jest restauratorem a nie bankowcem.

Cała zaistniała sytuacja w knajpce psuje nieco nasze dobre po dobrym i w dużej ilości jedzeniu samopoczucie.

19:10
Jesteśmy na słabo oświetlonym przejściu granicznym. Całe przejście do zaledwie jeden mały budynek mniejszy od tego, który widzieliśmy na poprzednim przejściu. Wychodzi z niego rosły pogranicznik i celniczka nakazująca wyładunek wszystkich bagaży. Jesteśmy nieco zaskoczeni ponieważ do tej pory praktycznie nie mieliśmy takiej kontroli granicznej.

Uwagę Iwana bo tak ma na imię pogranicznik przykuwają zapakowane w folie nowe koszulki OTO MOTO i EXPEDYCJI. Iwan szybko zaprzyjaźnia się z Hugo obejmując go po przyjacielsku i mówiąc że wygląda że „wszystko jest u nas w porządku ... ale to ich powinność sprawdzić dokładniej ... przyjechaliście z Turcji może macie jakieś narkotyki ... ?” Ponieważ w bagażach mamy już tylko brudne ciuchy rozmowa schodzi na tematy bardziej przyziemne – „po co wam te koszulki ? ... dla mnie jedna dla koleżanki druga i wszystko jest u was o.k. ...” Iwan nie pytając o zgodę bierze XL EXPEDYCJI i L-kę OTO MOTO – Hugo próbuje zamienić jedną z ostatnich koszulek Expedycji na w tym samym rozmiarze OTO MOTO ale Iwan stwierdza krótko że się na to nie godzi - jemy bardziej podoba się czerwona „lubię czerwone ...” wydaje się że nie ma sensu upierać się przy podmianie.

Po chwili Hugo jest wołany do budynku – ma podpisać raport z kontroli ... na jego protestu że nie chce podpisać czegoś czego nie rozumie słyszy od Iwana „ty mój przyjaciel podpisz ... tu napisane że u was wszystko jest w porządku ... gdyby było nie w porządku nie wyjechalibyście ...taka u nas powinność”, Hugo mając za przyjaciela Iwana spokojnie już podpisuje protokół – możemy jechać dalej ... „szczęśliwej drogi” – słyszymy od stojącego w progu budynku uśmiechniętego Iwana na pożegnanie.

Opuszczając posterunek Bułgarski nasunęło nam się wspólne spostrzeżenie że pomimo braku znajomości miejscowego języka posługując się głównie polskim i czasem rosyjskim świetnie się dogadywaliśmy – rozumieliśmy co do nas mówiono no i my byliśmy rozumiani.

19:40
Po kilkudziesięciu metrach „ziemi niczyjej” podjeżdżamy pod szlaban pograniczników Rumuńskich. Z budynku wychodzi umundurowany urzędnik – jest wyraźnie faktem naszego przybycia niezadowolony. Ruch – szczególnie ten turystyczny i na tym przejściu jest o tej porze roku znikomy. Próby Hugo luźniejszej rozmowy kończą się reprymendą w dość poprawnym języku angielskim. Po chwili do smutnego jak go nazywamy urzędnika dołącza atrakcyjna celniczka. Powoli udajemy że nasz z kolei angielski nie jest wcale taki dobry i nie rozumiemy połowy tego o co nas pytają. Kontrola na granicy ku naszemu zaskoczeniu kończy się bez konieczności wyładunku bagaży i jedynie po dokładnym sprawdzeniu naszych dokumentów głównie dotyczących samochodu.

Cała Rumuńska odprawa graniczna jest jak na razie rekordowa i trwa niecałe 15 minut – jesteśmy tym mile zaskoczeni. Ciekawe czym nas jeszcze Rumunia, kraj o którym mamy najmniej informacji „z pierwszej ręki” zaskoczy.

Z uwagi na coraz chłodniejsze dni a szczególnie noce i „krótszy” dzień planujemy że w Rumuni będziemy jeden może dwa dni.

Po opuszczeniu przejścia kierujemy się na jedno z większych miast Rumuńskich na wybrzeżu na Constancję.

Drogi są dobrze oznakowane i dobrej jakości – obawialiśmy się najbardziej że będzie inaczej.

Po kilkunastu kilometrach mijamy Mangalie – niewielkie miasto portowe. Nocne życie kwitnie – grupy młodych osób są niemal przy każdej czynnej teraz migotliwej światełkami dyskotece.

21:20
W kolejnej po drodze miejscowości dostrzegamy ReffaizenBank z bankomatem, na brak których w miejscowościach przez które przejeżdżaliśmy nie możemy narzekać.

Z bankomatu podejmujemy na wszelki wypadek gotówkę w wysokości 2 000 000 lei - w planie ma to wystarczyć na nasz jednodniowy pobyt.

21:50
Dojeżdżamy do Constancji – poszukiwania noclegu pochłaniają nas na niemal godzinę. Ceny za nocleg są wysokie porównywalne z cenami hoteli tej samej klasy w kraju. W jednym z trzygwiazdkowych hoteli od miłej recepcjonistki dostajemy namiary na konkurencyjny „dobry i tańszy niż ten hotel”.

W poszukiwaniu wskazanego adresu przemierzamy niemal całe miasto ... niezwykle pomocni w naszych poszukiwaniach okazują się głównie młodzi tubylcy, którzy w przeważającej większości znają przynajmniej podstawy angielskiego.

Docieramy pod wskazany adres. W restauracji hotelowej trwa przyjęcie weselne ... Cena za nocleg wynosi 1 644 400 lei czyli jak na razie to najdroższy nasz nocleg to około 165 złotych.

Pokoje pamiętające jeszcze czasu wodza Czauczesku sprawiają wrażenie zaniedbanych ale pościel i łazienka jest czysta.

Po wypakowani bagaży z samochodu i chwili relaksu ruszamy w miasto – nasze nocne zwiedzanie stało się już tradycją, może to ostatni przed powrotem do kraju nocny rekonesans.

Na naszej trasie pod hasłem „bez specjalnego celu i kierunku” mijamy kilka ciekawych architektonicznie budynków i kilkanaście muzeów i galerii głównie sztuki współczesnej. Z niektórych bram dobiega głośna muzyka. Wstępujemy do jednego z nocnych lokali. Wejście wiedzie przez stare nie czynne już kino. Wytarta wykładzina nie wiele w kolorze różni się od równie brudnych i powycieranych foteli. Zapach unoszący się przypomina przenoszone przez maratończyka skarpety. Przed nami metalowe drzwi z wizjerem znanym z filmów gangsterskich – jednym słowem niezły klimat ... Sam lokal jest nie wielki – składający się z baru oraz holu na końcu którego na podeście młoda dziewczyna o kruczo czarnych włosach wykonuje striptiz przy rurce.

Klientami lokalu są tu głównie marynarze o azjatyckich rysach ... którzy są obiektami żywego zainteresowania grupki kobiet zawodowo zajmujących się sprawianiem przyjemności ...

Ceny wybitnie europejskie trzy piwa kosztują 10 USD – barmanowi waluta nie robi różnicy ważne że się płaci.

23:55
Odgłosy muzyki i radosnej zabawy weselnej z restauracji hotelowej usypiają nas ... jutro kolejny dzień Expedycji.

7 listopada 2004 (25 dzień expedycji) [niedziela]

8:25

Z naszych pokoi dobiegają odgłosy porannych pryszniców. To efekt próby narzucenia dyscypliny ekipie.

Za niecałe 30 minut śniadanie, zwiedzanie miasta i ok. 13-ej wyjazd z Rumuni taki plan.

9:15
W hotelowej restauracji jemy śniadanie wliczone w cenę noclegu. Po całonocnej zabawie weselnej nie ma już śladu. Na naszych talerzach lądują dziwne placki pod nazwą z menu omlet. Smakiem przypominają bardziej podpłomyki ale są pożywne wiec szybko znikają z naszych talerzy. Podana kawa czy herbata profilaktycznie jest już posłodzona.

Przed wejściem do hotelu czeka na nas gromadka kolorowo ubranych dzieci. Większość z nich jest przeraźliwie brudna. Niemal na każdej z małych twarzyczek widoczne są świeże i stare zadrapania oraz siniaki.

Gromadka podbiega do nas z wyciągniętymi rączkami i przekrzykując się woła: „dolar” „[ewro]”. Pośpiesznie wyciągamy z samochodu paluszki i krakersy Lajkonika, które tylko na chwile uspakajają żadne gotówki dzieciaki. Szybko wkładamy nasze bagaże. Niektóre z bardziej odważnych dzieci w trakcie kiedy my upychamy nasze bagaże niemal niepostrzeżenie wpełzają do środka samochodu ciekawsko się po nim rozglądając i biorąc do rąk niemal wszystko co jest w ich zasięgu a nie jest na trwałe przytwierdzone do karoserii.

W obawie o wyposażenie szybko zamykamy samochód i otoczeni hałaśliwą gromadką idziemy w stronę centrum miasta i portu. Skruszony ubóstwem Andrzej rozdaje kilka monet euro i staje się od razu obiektem uwielbienia coraz bardziej natarczywych maluchów. Staramy się na nich nie zwracać uwagi – może to poskutkuje?

Z każdą mijaną przez nas przecznicą, towarzysząca nam grupka na szczęście maleje.

Okolica jaką zwiedzamy robi na nas mieszane wrażenie – pomiędzy zadbanymi i czystymi kamienicami przeplatają się straszące powybijanymi szybami przysłoniętymi z rzadka brudnymi szmatami rudery. Zaskakujące jest dla nas że przy niektórych ruderach stoją zaparkowane nowe luksusowe samochody. Czujemy się jak w amerykańskim filmie ze slamsami w roli głównej i handlarzami prochów w drogich brykach.

11:20
Docieramy do niewielkiej osłoniętej falochronem od morza przystani jachtów. Zaczepia nas „szef ochrony” pobliskiego hotelu, który oferuje swoje usługi „gdybyśmy mieli problemy ... jakiekolwiek ...– szczególnie z policją lub z [czipsi] – (cyganami)”. Nasz napotkany „szef ochrony” po tej krótkiej wymianie zdań poczuł się bardzo spragniony i bez żenady zwrócił się z „prośbą o jakieś drobne 5 – 10 euro na colę ...”(!?) dla niego i jego pracownika siedzącego w budce nieopodal wjazdu do hotelu. Niestety nie mieliśmy takich drobnych ...

Zniesmaczony naszym brakiem szczodrości „szef ochrony” zadeklarował że nic nam już więcej (?!) nie opowie o tym wspaniałym mieście poczym nieco chwiejnym krokiem oddalił się w stronę swojego pracownika siedzącego w budce.

12:05
Zbliża się czas zaplanowany na opuszczenie Constanty - powoli opuszczany przymorskie deptaki zapuszczając się w dzielnicę portową w której zostawiliśmy samochód na przy hotelowym chodniku. Do idącego nieco z tyłu Andzeja niosącego kamerę podchodzi dwóch młodych mężczyzn. Wywiązuje się krótka rozmowa- początkowo nie odbiega ona od typowych zaledwie kilku zdaniowych wymian informacji: skąd jesteśmy, co tu robimy, jak nam się podoba ... .Według późniejszej relacji Andrzeja młodzi mężczyźni w pewnym momencie zaproponowali zamianę pasków u spodni, jeden z nich chciał zobaczyć jaki pasek ma Andrzej, równocześnie niemal nie wyczuwalnie wyciągał drugą ręką już portfel z kieszeni w spodniach Andrzeja. Na szczęście amator cudzych portfeli nie był mistrzem w swoim fachu i niedoszła ofiara zorientowała się chwytając w ostatnim niemal momencie rękę trzymającą za portfel w kieszeni. Nastąpiła wymiana niecenzuralnych słów w różnych językach w pełni zrozumiałych przez adeptów sztuki doliniarskiej. Młodzi złodzieje zaskoczeni rozwojem sytuacją pospiesznie zakończyli pogawędkę i udając że to jakieś nieporozumienie na tle fonetyki pospiesznie oddalili się w stronę marudzącego w ogonie Tomasa, który stał się ich następną niedoszłą ofiarą dzięki ostrzeżeniu Andrzeja przy użyciu papug - krótkofalówek.

Kilka minut później po tym incydencie Michała i Hugo są w niemal w identyczny sposób zaczepieni przez innych dwóch młodych mężczyzn tym razem rozmowa zaczyna się od „fascynacji” futbolem i polskimi sławnymi piłkarzami. Dochodzi niemal do szarpaniny pomiędzy jednym z mężczyzn a Michałem, który koniecznie chce zobaczyć skórzany pasek u spodni Michała.

12:30
Zbliżamy się do zaparkowanego przy hotelu samochodu – jesteśmy już zmęczeni koniecznością zachowania ostrożności i uwagi przy niemal każdym mijanym przechodniu, który przechodzi obok nas czy też „niechcąco” wpada na któregoś z nas.

Nieopodal samochodu czeka na nas znajoma gromadka małych obdartusów specjalistów od wyciskania łez i drobnych od turystów. Kiedy pojawiamy się w zasięgu wzroku na końcu uliczki wyraźnie ożywia dzieciaki, z których część wybiega nam na powitanie. Z prawdziwą radością jest przez nich jednak witany tylko dobroczyńca Andrzej.

12:45
Jesteśmy już zamknięci w samochodzie. Conastnta miasto, które początkowo wydawało nam się interesujące zostawiło w naszej pamięci jak na razie najgorsze wspomnienie, wspomnienie - bycia celem drobnych złodziejaszków i dzieci żebraków. Już zapomnieliśmy początek lat 90-tych w Polsce i swoistego „najazdu” cyganów rumuńskich trudniący się żebraniną – to co widzieliśmy na ulicach Constanty i jak byliśmy postrzegani przez większość ludzi z którymi mieliśmy kontakt znacznie przekraczało złe wspomnienia ze wspomnianych lat 90-tych w naszym kraju.

Kierujemy się zgodnie z mapą w stronę granicy z Ukrainą. Nie planujemy spędzenia w Rumuni kolejnej dnia no może z konieczności nocy. Do przejścia granicznego na mapie mamy jakieś 90 – 115 km.

13:30
Okolica staje się coraz bardziej malownicza. Mijamy ciągnące się miejscami po horyzont winnice.

Powoli zapominamy o złym wrażeniu jakie na nas pozostawiła Constanta, decydujemy że spędzimy jeszcze jeden dzień w Rumuni i tą noc przenocujemy w Tulceii.

Zbliżamy się do serca Delty Dunaju - okolica staje się coraz bardziej bajkowa i niezwykła. Mamy wrażenie że czas dla żyjących tu ludzi stanął w miejscu jakieś 200 – 300 lat temu. Tylko z rzadka mijające nas samochody w większości nowe i luksusowe przypomina nam że mamy XXI wiek. Ubóstwo domostw miejscowej ludności jest dla nas przerażające. Mijamy pastuszków, pasących owce, krowy czy też kozy – widok dla nas mieszczuchów niezwykły.

Ku naszemu zdziwieniu pomimo biedy napotykani ludzie są uśmiechnięci, przyjaźni i otwarci zupełnie inni niż w Constancie. Spotykamy się z wyczuwalną niemal przy każdym nawet najkrótszym nawet kontakcie z życzliwością i uprzejmością. Nikt nas nie nagabuje o pieniądze czy też inne prezenty.

14:40
W Babadagdzie skręcamy w stronę Enisali wybierając nieco gorszej jakości i dłuższą drogę do Tulcei.

Niemal cała droga biegnie pomiędzy powoli usychającymi w jesiennym słońcu winnicami. Kierujemy się w stronę zaznaczonych na mapie trzema kropkami ruin zaciekawieni tym co tam zobaczymy.

Mijani po drodze ludzie poruszający się głównie dwukołowymi wózkami zaprzężonymi osłami lub mułami z rzadka końmi. Wzbudzamy ich równie dużą ciekawość widokiem kamery i oklejonego samochodu jak oni naszą.

Żałujemy że jesteśmy tu z końcem października a nie w okresie winobrania - widok zbiorów musi być malowniczy i niesamowity.

Na horyzoncie dostrzegamy górujące nad okolicą ruiny zamczyska – kierujemy się w ich stronę.

15:05
Zatrzymujemy się pod ruinami zamczyska usytuowanego na najwyższym pagórku malowniczej okolicy.

Już u podnóża zamku dostrzegamy rusztowania prac budowlanych mających za cel rekonstrukcje budowli.

Wyjście na z pozoru niewielką górkę zajmuje jednak trochę czasu a i górka wcale nie jest taka mała jak nam się wydawało kilkaset metrów niżej.

Niemal z trzech stron zamek otaczają ciągnące się po horyzont mokradła – budowniczowie dobrze wybrali to miejsce na jego lokalizację.

Samochód parkujemy niemal na skraju mokradła mając nadzieję że teren nie jest tu jeszcze podmokły i nie ugrzęźnie w nim.

Już z zamku obserwujemy jak nad malowniczą okolica powoli zapada zmierzch a jest to naprawdę piękny widok.

17:30
Opuszczamy okolice zamczyska udając się w kierunku Tulcei.

Po drodze próbujemy znaleźć jakiś hotel lub motel – niestety bezskutecznie, „baza” hotelowa tu nie istnieje.

Tomas rzuca pomysł noclegu w namiocie ale warunki atmosferyczne: duża wilgotność i niska temperatura oscylująca w okolicach zera stopni w nocy przy naszym niedostatecznym wyekwipowaniu na taką okazie odpada.

18:40
Docieramy do Tulcei. Zaczynamy tradycyjne poszukiwanie noclegu w przystępnej cenie – noclegi w rumuńskich hotelach są dotychczas najdroższe ze wszystkich państw w jakich przyszło nam nocować.

Krążymy po hotelach w mieście - ceny za nocleg są wyższe niż w hotelach tej samej klasy w Polsce.

Próbujemy dowiedzieć się w recepcjach hotelowych o tańszą konkurencje ale słyszymy tylko „nie wiem gdzie jest taniej i gdzie jest inny hotel” – choć w centrum jest jeden obok drugiego. Powoli wracają nam złe wspomnienia z Constanty. W ciągu niespełna dwóch godzin odwiedzamy większość hoteli w centrum miasta. Na stacji benzynowej jedna ze sprzedawczyń podaje nam adres motelu dla młodzieży –„tam może być tanio i czysto”.

Jedziemy pod wskazany adres ale niestety brak miejsc – właśnie dotarła wycieczka szkolna.

Uprzejmy kierownik motelu oferuje nam swój pokój ale niestety jest za mały aby pomieścić naszą czwórkę, bagaże i już nieco pijanego gospodarza. Na szczęście dostajemy kolejny adres i nazwę hotelu.

21:20
Znajdujemy hotel Europolis. Nad wejściem do hotelu widnieją trzy gwiazdki. Cena za nocleg to 2 000 000 lei za pokój dwuosobowy ze śniadaniem. Jest to faktycznie najtańszy ze wszystkich hotel jakie zwiedziliśmy w okolicy z wolnymi pokojami.

22:10
Idziemy w miasto coś zjeść. Okolica w jakiej usytuowany jest hotel sprawia wrażenie nowej i w miarę zadbanej. Nie oznacza to że po kilku minutach spaceru nie jesteśmy nagabywani przez kilku wyrostków o drobne najlepiej w dolarach.

Trafiamy do pełnej młodych ludzi pizzeri. Zamawiamy po dużej pizzy – nawet smacznej i sycącej.

Konsumując posiłek planujemy na następny dzień powrót przed południem do wiosek w Delcie, którymi jesteśmy wszyscy zachwyceni a wieczorem wyjazd z Rumuni przez najbliższe przejście z Ukrainą.

8 listopada 2004 (26 dzień expedycji) [poniedziałek]

7:30
Z naszych pokojów dobiegają odgłosy krzątaniny – chcemy być jak najwcześniej we wczorajszej malowniczej okolicy. Kilka minut później jesteśmy już po śniadaniu w samochodzie. Na zewnątrz Tulca ginie w gęstej porannej mgle. Nie jest dobrze ale liczymy że szybko opadnie i będziemy mieli dobrą widoczność. Opuszczając miasto tankujemy żeby później nie tracić niepotrzebnie czasu.

9:30
Jedziemy powoli w gęstej mgle, miejscami widać jedynie pobocze w pewnym momencie ze mgły wyłania się naprzeciwko nas biały koń – obraz jak z filmowej baśni. Hubo hamuje żeby się mu lepiej przyjrzeć – z tyłu dobiega pisk opon ale mgła jest tak gęsta że w lusterkach nic nie widać, po chwili dopiero omija nas stara Dacia z bladym z wściekłości kierowcą.

11:05
Mgła powoli opada, teraz dopiero widzimy jak piękna okolica skryła się we mgle przed nami.

Zatrzymujemy się w pierwszej napotkanej wiosce, która zachwyca nas swoimi kolorowymi domostwami.

W niemal każdej stodole stoją beczki z samogonem, którym z nieskrywaną radością gospodarze nas częstują nie wspominając o chlebie, serze kozim czy też suszonych rybach. Napotykani na drodze wiodącej przez wieś ludzie gównie starsze kobiety błogosławią nas i życzą szczęśliwej drogi. I choć tu również otacza nas widok skrajnej w naszym odczuciu biedy to niemal w każdym domu w którym nas dostrzeżono chcą nas gościć lub chociaż poczęstować tym co mają najlepsze. Robi to na nas duże wrażenie.

Około południa po mgle nie ma już śladu a my ruszamy dalej pozostawiając w pamięci wspomnienie niezwykłej wioski i jej mieszkańców, które w tej relacji słowami ciężko opisać.

13:15
Kolejna miejscowości. Mijamy otwarta tego nie świątecznego dnia cerkiew – Tomas chce zrobić kilka zdjęć wnętrza. Naprzeciwko cerkwi mieści się szkoła – właśnie zaczęła się przerwa. Dzieci przez płot ciekawie na nas paczą – jesteśmy dla nich atrakcją dnia. Mamy jeszcze trochę paluszków i krakersów Lajkonika oraz kilka koszulek OTO MOTO – wydaje się że to idealne miejsce aby jej rozdać, te dzieciaki naprawdę to ucieszy.

Paluszki i krakersy rozchodzą się wśród dzieciaków momentalnie. Chwilę później pojawia się młody nauczyciel – Hugo wpada na pomysł że koszulki dostaną dwaj najlepsi uczniowie - prosi młodego nauczyciela o pomoc w ich wskazaniu. To wydaje się uczciwy sposób obdarowania tylko wybranej dwójki z dzieci. Czując się nieco głupio że nie możemy im nic więcej dać, że większość przewidzianych upominków już rozdaliśmy. Spostrzegamy że obok nas są chyba wszystkie dzieciaki z tej niewielkiej szkoły wliczając w tą gromadkę również młodą panią dyrektor, która dziękuje nam za prezenty dla dzieciaków.

14:20
Jesteśmy w kolejnej niezwykłej miejscowości. Zatrzymujemy się na skraju brzegu jednego z dopływów Delty w Parku Narodowym. Naprzeciwko nas roztacza się widok zarezerwowany tylko dla ptaków zamieszkujących szuwary Delty. Po wodzie wolno płynącej ciemnej wodzie w starych sprawiających wrażenie zdezelowanych łodziach płynie kilku rybaków nadając nieco realności obrazowi jaki mamy przed otrzyma.

Mijamy wyciągnięte na brzeg stare i zaniedbane łodzie podobne do tych na wodzie nadające okolicy romantyczny koloryt.

Podobnie jak w mijanych wcześniej wioskach ludzie są tu dla nas bardzo uprzejmi i otwarci, chętnie zapraszają do swoich ubogich domostw pokazując nam jak żyją z Delty.

Ciągle nie możemy zrozumieć skąd w tych ludziach jest tyle radości i pogody ducha choć w naszej ocenie prowadzą często skrajnie ubogie życie. Może ich tajemnica tkwi właśnie w tym że żyją z dnia na dzień i każdy kolejny przeżyty dzień jest szczodrym darem a może po prostu nie znają innego życia i cieszą się tym co mają. Tak czy owak podziwiamy ich pozytywne nastawienie do życia.

15:40
Opuszczamy powoli malowniczą okolicę udając się z powrotem w stronę Tulcei i dalej w stronę najbliższego przejścia granicznego.

Tomas ma pełne wszystkie już karty więc po drodze musimy się gdzieś zatrzymać aby podłączyć laptopa i zrzucić zawartość kart na dysk. Wybór pada na jedną z mijanych wiosek i znajdujący się w jej centralnym bar nieopodal przystanku autobusowego. Wytypowane bez głębszego zastanowienia miejsce nie sprawia dobrego wrażenia a większość klientów baru mogła by spokojnie bez specjalnej charakteryzacji zagrać w niejednym filmie akcji zbirów spod ciemnej gwiazdy – polecamy to miejsce dla specjalistów od castingów filmowych.

Wyciągamy przy barze sprzęt - nasze niespodziewane przybycie wywołuje na obecnych w środku degustatorach rodzimych destylatów tylko chwilowe zainteresowanie. Po spojrzeniach jakimi jesteśmy obdarzani wnioskujemy że dla większości jesteśmy tylko nierealnym pijackim majakiem. Po kilku minutach nikt na nas już nie zwraca najmniejszej uwagi. Nawet flashe aparatu Tomasa nie są w stanie uaktywnić świadomości znaczącej części klienteli sympatycznej starszej barmanki.

16:15
Docieramy do Isaccei - miejsca gdzie według mapy powinna znajdować się przeprawa rzeczna i przejście graniczne, niestety przejście jest od jakiegoś czasu nieczynne. Następne przejście znajduje się około 60 km na północ.

17:10
Docieramy do przeprawy promowej na Dunaju w miejscowości Bratianu. Prom jest na szczęście po właściwej czyli naszej stronie brzegu i waśnie trwa jego załadunek samochodami czekającymi spokojnie w kolejne. Nie tracąc czasu kupujemy w kasie bilety i ustawiamy się w krótkiej już kolejce oczekującej na wjazd na prom. Cena przeprawy to za samochód koszt 100 000 lei i odpowiednio 10 000 lei od osoby.

17:25
Jesteśmy już na drugim brzegu Dunaju w mieście Galatia, skąd do granicy dzieli nas tylko około 12 km. Jedziemy przez miasto rozglądając się za drogowskazami kierującymi do przejścia granicznego jak wynika z mapy z Ukrainą. Nigdzie jednak nie możemy znaleźć takiej informacji a napotkane osoby ze zdziwieniem rozkładają ręce, nie możemy uwierzyć że nikt nie wie gdzie jest granica z Ukrainą która oddalona jest o jakieś 8 km (?!). Powoli kończy się znów paliwo, musimy zatankować. Zatrzymujemy się na jednej z mijanych stacji. Hugo skończyła się już niemal cała miejscowa waluta a na stacji nie chcą przyjąć euro. Na szczęście jeden z klientów wyraża chęć odkupienia 15 euro. Możemy tankować – paliwa wystarczy na jakieś 95 - 120 km. Na stacji dowiadujemy się jak dojechać na przejście graniczne.

17:40
Niewielkie lokalne przejście graniczne przed nami kilka samochodów, których odprawa idzie nadzwyczajnie sprawnie. W większości samochody mają rejestracje rumuńskie lub mołdawskie. Nie widzimy aby byli tu kierowcy z Ukrainy.

Podchodzi do nas rumuński pogranicznik „paszporty ... nie macie wiz mołdawskich” (!) – nie jedziemy do Mołdawii tylko na Ukrainę (!) „ ale jesteście na przejściu granicznym do Mołdawii ... (!?) musicie mieć wizę bo was tam nie wpuszczą ... ja was mogę przepuścić ale to wam nic nie da ...” Hugo argumentuje że Polacy nie potrzebują wiz do Mołdawii na co pogranicznik rozkłada ręce – „jak chcecie jedzie ale tam was nie wpuszczą Polacy muszą mieć wizę – dostaniecie ja na następnym przejściu tam jest mołdawski konsul on ją wam tam wbije... to całodobowe przejście i konsulat”.

Jesteśmy załamani według informacji z naszego MSZ-ety na wjazd do Mołdawii nie są wymagane lub może lepiej powiedzieć jeszcze kilka tygodni temu nie były wymagane wizy czy to się teraz zmieniło ? Według mapy powinno to być przejście z Ukrainą. Według słów pogranicznika dzieli nas do Ukrainy w linii prostej jakieś 5 km terytorium Mołdawskiego. Hugo nie ukrywa swojej furii tym faktem i bezradnością w tej sytuacji. Do następnego przejścia mamy teraz około 60 km. Nie zwlekając udajemy się w dalszą drogę licząc że na miejscu okaże się że nie będziemy mieli problemów z dostaniem wiz (jeśli faktycznie są konieczne) i przejazdem przez Mołdawię.

Choć zapadający zmierzch ogranicza widoczność to i tak okolica, którą widzimy wygląda interesująco – a z każdym kilometrem przejeżdżamy przez coraz wyższe pagórki.

18:50
W Oanceii zapada noc, jesteśmy na kolejnym przejściu granicznym. Przed nami tylko jeden samochód. Młody rumuński pogranicznik odbiera nasze paszporty – „Polacy ? ... co wieziecie ? ... nic ?... ”. Dowiadujemy się również że na poprzednim przejściu źle nas poinformowano nie musimy mieć wiz aby wjechać do Mołdawii !!! musimy tylko zapłacić za lokalny podatek drogowy ok. 15 dolarów – ale szczegóły poznamy na przejściu mołdawskim.

Odprawa trwała niecałe 15 minut – tyle ile nasza rozmowa na temat konieczności posiadania wiz mołdawskich.

Musimy przyznać że zarówno odprawa graniczna przy wjeździe jak i wyjeździe z Rumuni przebiegła najsprawniej i bez zbytecznych utrudnień co więcej nie ma problemów językowych – wszyscy urzędnicy mówią lepiej lub gorzej po angielsku a na tym przejściu również w miarę po rosyjsku.

19:10
Jedziemy przez kilkuset metrowy odcinek ziemi niczyjej na końcu którego trafiamy na przejście graniczne służb mołdawskich. Przed przejściem sygnalizator – czerwone światło – stoimy i czekamy. Przejście przypomina rozbudowaną stację benzynową na której jak przy dystrybutorach pod wiatą czeka kilka samochodów. Nie ma w nich kierowców. Po kilku minutach dostrzegamy przyglądającego się nam uważnie pogranicznika. Postanawiamy to wykorzystać i podjechać do niego. Na pagonach dostrzegamy kilka gwiazdek. „Zdrastwójtie... pogranicznik nawet nie odpowiada tylko przechodzi od razu do reprymendy „znacie co oznacza czerwone światło ? – widzicie je ? czemu tu podjechaliście ? wracać i czekać !”. Bez słowa zawracamy. Kiedy ustawiamy się na poprzednim miejscu światło gaśnie i zapala się zielone. Podjeżdżamy pod wolne stanowisko. Podchodzi do nas ten sam pogranicznik: „paszporty, zielona karta, paszport auta... kierowca ze mną ...” – wszystko to wypowiedziane jest tonem bynajmniej dalekim od uprzejmości - czujemy że trafiliśmy do bardzo interesującego kraju mamy nadzieję że nie zabawimy tu długo.

Jedynym ułatwieniem jest niemal brak bariery językowej – językiem urzędowym jest rosyjski, więc w miarę możemy się porozumieć.

Hugo idzie do pierwszego z trzech budynków. Tu dostaje jakieś papiery z którymi udaje się do kolejnego budynku – odprawa drogowa. Oficer wypytuje o markę samochodu „Ssangyong korando - to dobra maszyna ? – mamy z nią problemy wiec nie tak dobra – odpowiada Hugo na co oficer – „ale silnik ma mercedesa to dobry i mocny silnik” pada kolejne pytanie: ”rejestracja KR – z Krakowa jesteś ?...” – Hugo jest zaskoczony profesjonalizmem – to jedyne przejście graniczne gdzie marka samochodu nie wywołuje konsternacji niewiedzy nie mówiąc o znajomości lokalizacji nowych tablic rejestracyjnych – „tak” – ”... u mnie na razie to wszystko – idź kasy ... potem wróć z kwitem ...”.

W kolejnym budynku: kasa – za wjazd zostawiamy około 15 USD i kolejny na naszej trasie granic „dział sanitarny”, którego pieczątka na obiegowej karcie przekroczenia granicy jest również wymagana.

Z kwitem Hugo odbiera dokumenty wozu na paszporty musimy zaczekać ... gdzieś się chwilowo zagubiły ... .

Niemal każdy z pograniczników oglądając nasz oklejony samochód głośno komentuje – zachwalając jego wygląd oraz „profesjonalnie” kopie w koła sprawdzając w nich poziom atomosfer.

20:30
Dokumenty w komplecie ruszamy w dalszą drogę.

Doga jest słabo oznaczona i oświetlona jedziemy niemal na wyczucie kierując się mapą rumuńską i drogowym atlasem ukraińskim. Po kilku kilometrach od wyjazdu z przejścia granicznego docieramy do miasta o nazwie Kahul. Choć jest już późno na ulicach miasta spory ruch. Ulice przez które przejeżdżamy nie wyglądają jak się spodziewamy na zaniedbane ale wręcz odwrotnie są dobrze oświetlone a sklepowe witryny kuszą markowymi towarami.

Po drodze przez miasto próbujemy wypatrzyć jakieś bankomat – ale bez skutecznie.

Nastroje naszej ekipy są coraz gorsze – od rana nie licząc poczęstunków w wioskach nic nie jedliśmy a po drodze nie natrafiamy na czynne przydrożne bary czy też restauracje. Liczymy że po przekroczeniu granicy trafimy na jakiś czynny bar.

Do przejścia granicznego z Ukrainą mamy jakieś 52 km a paliwa na jakieś 60 no może 70 km.

21:40
Mijamy kolejne miasto Vulkanesz, brak jakichkolwiek znaków informujących o bliskości przejścia lub na niego kierunkujące jest sporym utrudnieniem w dotarciu do niego. Jedziemy przez niemal nie zamieszkałe okolice z rzadka mijając się z jadącymi samochodami. Okolica sprawia wrażenie wymarłej.

Kierując się azymutem niespodziewanie trafiamy na niewielkie przejście graniczne. Różni się ono od tego, przez które wjechaliśmy do Mołdawii. Całe przejście to dwa małe stare baraki i szlaban w połowie uniesiony.

Nasze przybycie nie spowodowało specjalnego zamieszania. Z pierwszego baraku wyszedł nieco zaspany pogranicznik i poprosił o dokumenty poczym bez słowa oddalił się wolnym krokiem z powrotem do baraku. Po kilku minutach oczekiwania Hugo postanawia przyśpieszyć naszą odprawę i postanawia udać się do baraku w którym przepadły razem z pogranicznikiem nasze dokumenty. Nie wychodzi stamtąd przez kolejne ponad 20 minut niepokojąc tym faktem pozostałą część ekipy. Jak później relacjonuje dokumenty już czekały do odbioru ale rozmowa zeszła na tematy motoryzacyjne i nieco się przeciągła ... Pogranicznicy chcieli dowiedzieć się gdzie i za ile można tanio kupić w Polsce dobry zachodni samochód a ponieważ ich terminal komputerowy był połączony z internetem to i od razu nastąpiła prezentacja zawartości stron trader.pl i otomoto.pl. Jak to z prezentacjami bywa jej czas się nieco wydłużył ponad zakładany plan.

22:05
Serdecznie pozdrawiani przez już zupełnie rozbudzonych mołdawskich pograniczników kierujemy się w stronę ukraińskiego przejścia granicznego.

Ukraiński punkt kontrolny oddalony jest bez mała o 3 km od granicy mołdawskiej. Tu również panuje nocna atmosfera. Z równie małego jak z mołdawskiego baraczku wychodzi do nas pogranicznik aby zabrać dokumenty i wręczyć karty graniczne do wypełnienia. Tym razem nie mamy problemu z ich wypełnieniem. Szybko i w miarę sprawnie kompletujemy dokumenty a ponieważ nie chcemy tracić dłużej czasu nie wypisujemy również deklaracji celnych – zresztą i tak na dobrą sprawę nie mamy nic do oclenia.

Po około dwudziesty minutach Hugo jako kierowca jest proszony do baraku gdzie po krótkiej rozmowie o celu podróży są mu wręczanej dokumenty. Pogranicznicy pytani o pierwszą turę wyborów prezydenckich i jej wynik z niesmakiem rozkładają ręce – „a kto mógł wygrać ?... jeszcze nie ma zwycięzcy będzie druga tura ..., którą wiadomo kto wygra”.

Spokojnie czekamy na odprawę celną ... na samo przybycie urzędnika czekamy tylko 20 minut.

„wypakować bagaże ... pokazać co w środku ... nic nie macie ? na pewno ? a narkotyki z turcji ? ... skoro nie macie do droga wolna”.

Powoli wyjeżdżamy z przejścia – tuż przed jego końcem z ostatniego baraku wychodzi jakiś urzędnik i nas zatrzymuje przy użyciu znanej nam już biało czarnej krótkiej pałki milicyjnej – najwidoczniej lizaki są tu nie popularne.

Hugo jako kierowca jest proszony do środka baraku na „rozmowę”. Rozmowa dotyczy wniesienia opłaty ekologicznej za przejazd przez Ukrainę (?!). Hugo udaje że nic nie rozumie i woła na pomoc tłumacza czyli Michała. „Musicie zapłacić 20 dolarów – to wymagana opłata ekologiczna – macie duży samochód ... (?!)
na pytanie Hugo „dla kogo ta opłata – urzędnik, nie umie precyzyjnie odpowiedzieć”. Z informacji na ścianach wynika że jest to barak jakiegoś stowarzyszenia drogowego w rodzaju polskiego moto klubu.

Hugo kategorycznie odmawia zapłaty opłaty za bezzasadną i nie zgodną „pokażcie na to przepis ...”. Wyraźnie zdenerwowany zachowaniem Hugo „urzędnik” postanawia zrezygnować z pobrania opłaty – staliśmy się już ekologiczni. Cały czas rozmowie przysłuchiwał się ubrany w kitel młody mężczyzna, który również chce dostać opłatę tym razem za dezynsekcję (!?). Hugo i Michał udaje się razem z nim do jego części baraku. Mocno już zdenerwowany tymi próbami wyłudzenia kasy Hugo przybiera inną taktykę: „nie ma problemu dostaniecie kasę ale musicie nas zdezynfekcować – gdzie mamy się przebrać ?” na co ubrany w kitel mężczyzna stwierdza „że nie musimy się przebierać” ... „to w co mamy wjechać samochodem ? macie taką kałużę z płynem jak Bułgarzy ?” ... wyraźnie zaskoczony mężczyzna zachowaniem Hugo nie wie jak ma uzasadnić pobranie opłaty- widząc to Hugo atakuje dalej „chcecie opłatę to do roboty ... nie możemy przecież przywieść zarazy z Mołdawii do Ukrainy, jak musicie to dezynfekujcie a jak nie to nie płacimy i jedziemy dalej – więc jak będzie ?” – „jedziecie ale na własne ryzyko ... jak was zatrzyma milicja bez naszej pieczątki to więcej zapłacicie i będą problemy ...” [jasne].

Poirytowani próbami wyłudzenia odjeżdżamy z przejścia czując że za kilka kilometrów może czekać na nas „zaprzyjaźniona” milicja.

W baku niemal posucha ... do najbliższej stacji zgodnie z mapą mamy jakieś 10 – 12 km powinniśmy na styk dojechać. Liczymy że w Wołgradzie będzie poza stacją również bankomat i czynny o tej porze jakiś bar.

23:05
Jedziemy przez uśpione ukraińskie miasto. Ulicami z rzadka przemykają szybko przechodnie. To dziwne ale na Ukrainie czujemy się już niemal swojsko. Nawet szare i mroczne przez brak dostatecznego oświetlenia miasto przez które właśnie jedziemy nie robi na nas złego wrażenia – wiedzieliśmy ich przecież już sporo.

Postanawiamy zapytać o drogę i bankomat – pierwsi dwaj napotkani mężczyźni mówią po polsku (!) – słabo ale niemal wszystko rozumieją. Nieopodal jest bar i obok niego bankomat – powinien być jeszcze czynny. Jak się dowiadujemy w krótkiej rozmowie jeden z mężczyzn jest wnukiem Polaków zesłanych z kresów w czasach stalinowskich.

Bez problemu trafiamy do wskazanego baru, który jeszcze jest czynny a niemal przed wejściem do niego usytuowany jest bankomat.

Wygłodniali składamy szybko zamówienie licząc że nie będziemy zbyt długo czekać. Powoli rozglądamy się po lokalu, sześć może siedem stolików z których tylko przy dwóch siedzą nieco już podpici klienci reszta wolna.

Ubogi wystrój i ubikacja jak żywo przypominająca tą z tureckiego promu (dla przypomnienia dziura w podłodze obudowana ceramiką) nawet nie jest wstanie nas odstraszyć od spożycia tu posiłku.

Zamawiamy znane nam pielemienii za całość płacimy 57,50 hrywien.

23:35
Posileni ruszamy w dalszą drogę do Odessy. Jesteśmy zmęczeni a do celu naszej podróży jeszcze około 250 km.

Na pierwszej stacji tankujemy – tradycyjnie już na Ukrainie tylko połowę baku – tak na wszelki wypadek żeby nie powtórzyć błędy z pierwszej naszej wizyty w tym kraju.

Drogi są puste, niemal nie ma na nich ruchu i co dziwne jest znacznie mniej kontroli drogowych.

Wieje silny, zimny wiatr, który na długo rozbudza nas za każdym razem kiedy zatrzymujemy się na rozprostowanie kości.

Dochodzimy do wniosku że wcześniejsza duża ilość kontroli mogła być spowodowana wyborami prezydenckimi – ich pierwszą turą. Władza pewnie bała się zachowania niepokornego elektoratu i wolała dopilnować bezpieczeństwa.

Po drodze mijamy całkiem o tej porze uśpione już małe miasteczka i wioski.

9 listopada 2004 (27 dzień expedycji) [wtorek]

01:20
Jesteśmy na dziwnym punkcie kontrolnym poza milicją nasze dokumenty sprawdzają inne umundurowane służby. Jesteśmy tylko pytani o cel naszej podróży – bez zmian to Odessa.

Na punkcie dostajemy nieco postrzępioną małą karteczkę „talon”, na której wpisywany jest odręcznie numer rejestracyjny naszego pojazdu data i godzina. Możemy jechać dalej. Zarówno punkt jak i zachowanie mundurowych świadczy że albo przekroczyliśmy ponownie jakąś granicę albo jesteśmy w strefie przygranicznej. Kilkaset metrach dalej mijamy zaparkowany na poboczu uśpiony wojskowy patrol. Po około dziesięciu – piętnastu minutach jesteśmy na kolejnej „bramce” tym razem sprawdza nas tylko jeden mundurowy którego interesuje jedynie mała postrzępiona karteczka – „talon jest ... no wsio w pariadkie ...” , no to jedziemy.

Aż do samej Odessy jak i później nie spotkaliśmy podobnych punktów kontrolnych. Po chwili namysłu i analizie atlasu samochodowego prawdopodobnie krążyliśmy w strefie granicznej lub nawet „tranzytem” jechaliśmy przez pas ziemi niczyjej.

Kilka kilometrów dalej ponownie tankujemy tym razem niemal pełny bak – nie chcemy tracić czasu na kolejne tankowanie przed Odessą.

Jazda późną nocą przez Ukrainę ma swoje zalety – drogi są puste i niewiele na nich patroli, a te które mijamy mają mocno zaparowane szyby od sennych oddechów chwilowo wyłączonych z akcji lokalnych stróżów prawa.

Powoli zbliżamy się do Odessy. Jesteśmy zaskoczeni dobrym czasem przejazdu od granicy do przedmieść Odessy.

02:07
Jesteśmy niemal u kresu Expedycji – wolno mijamy tablicę z napisem Odessa !

Uwieńczeniem i dobrym miejscem na formalne zakończenie Expedycji będzie fotografia na schodach naprzeciwko portu – musimy więc do centrum.

Jadąc przez miasto przypominamy sobie naszą w nim pierwszą wizytę kilka tygodni wcześniej – trudne początki, ciągłe awarie samochodu i niepewność czy uda nam się zrealizować założenia Expedycji Morze Czarne.

W otwartym całodobowo sklepie monopolowym Hugo dokonuje strategicznego zakupu szampana.

03:00
Nie planowaliśmy ale punktualnie o 3:00 Hugo zaparkował samochód na samej górze schodów Patiomkińskich. W okolicy nie ma żywego ducha. Czujemy się trochę dziwnie ... zmęczeni, zmarznięci no i sami w uśpionym porcie. Od morza wieje zimny i przenikający do szpiku kości wiatr – jego zaletą jest to że na chwilę nas rozbudza.

Czas na formalne zakończenie EXPEDYCJI – szampan wystrzelił !

!!! UDAŁO NAM SIĘ !!!

Pamiątkowe fotki i ostatnie ujęcia – koniec !

03:25
Brrrrr jak zimno, zmarznięci ale zadowoleni że się udało jesteśmy w ciepłym samochodzie.

Teraz czeka nas już tylko miejmy nadzieję szybki powrót do Polski.

Hugo planuje powrót ponownie przez Mołdawie, Rumunię następnie Węgry i Słowację albo Ukrainę, Tomas jest innego zdania chce wracać przez Ukrainę, drogą którą pokonaliśmy rozpoczynając Expedycję – może, która jest dłuższa o jakieś 500 km ale przez to że już raz przejechaliśmy i nieco znamy – pewniejsza.

Jeden i drugi wariant ma swoje plusy i minusy.

Wariant Hugo zakłada przejechanie około 1100 km i czas przejazdu łącznie z odprawami granicznymi na około 15-16 godzin. Wielką niewiadomą są tu jednak godziny spędzone na przejściach granicznych.

Wariant Tomasa zakłada przejechanie około 1600 km i czas przejazdu w okolicach 23-26 godzin. To już przerobiliśmy i jest realne, choć i tu zagrożeniem są kontrole oraz czas na nich spędzany nie licząc kosztów łapówek dla drogówki.

Wyjeżdżając z Odessy wybieramy wariant drogi powrotnej Hugo, który właśnie układa się na tylnim siedzeniu do snu. Mijając rogatki Odessy Tomas jednak zmienia plany wprowadzając w realizację swoje trasy powrotnej.

05:23
Hugo przebudza się ze snu – pacząc na zegarek sądzi że jest po lub tuż przed granicą Mołdawską następnie wpada w furie dowiadując się że jest wywieziony jakieś 275 km w głąb Ukrainy. Odbicie w stronę granicy z Mołdawią staje się już bezcelowe. Krajobraz wtopiony w noc wydaje się znajomy – brak tylko licznych na tym odcinku robót drogowych i licznych tak zwanych „mijanek”.

Zdenerwowany sytuacją Hugo przejmuję kierownice – teraz dopiero możemy zobaczyć ile mocy można wycisnąć z silnika Korando.

Ponownie nie możemy wyjść z zachwytu z faktu że drogi wytyczono tu „od linijki” ... z punktu A do punktu B niemal bez zbędnych zakrętów czy też niemal bez jakichkolwiek łuków.

Mamy okazję porównać trasę jaką znamy z nocnego przejazdu z tym co widzimy teraz w dzień. Widok nie rożni się specjalnie od innych ukraińskich krajobrazów – pola, pola ... pola aż po horyzont. W przyrodzie widać nadchodzącą zimę. Na przydrożnych drzewach niemal już niema liści. Czekający na transport przy drodze ludzie są ciepło ubrani. Zastanawiamy się jak tu wygląda zimowa zawierucha ... zaspy śnieżne muszą być imponujące.

Jedziemy szybko cały czas 120 - 130 km na godzinę, droga jest niemal pusta. Milicji poza oznakowanymi punktami kontrolnymi – nie ma. Na punktach z konieczności zwalniamy do 30 - 40 km na godzinę.

Tuż przed Tarnopolem na długiej prostej z za łuku trafiamy na „w pełnej gotowości” patrol milicyjny ze sprawnym i na dodatek wycelowanym w nas radarem. Wynika pomiaru prędkości zaskakuje Hugo tylko 115 km przy dozwolonych na tym odcinku 40 km. Hugo długo nie może zrozumieć czemu zwolnił a może to błąd urządzenia. Tak czy owak rozpoczynają się w radiowozie negocjacje stawka startowa 50 euro po kilku argumentach Hugo stawka schodzi do 20 euro i ma być ostateczną: „jak nie - to samochód jest zatrzymany do czasu zapłaty mandatu w banku” (?!). Hugo postanawia zagrać va banqe – „zapłacę tyle ile mam w portfelu – zgoda ?” – na co milicjanci wyrażają zgodę - a w portfelu aż 5 euro. Po kilku sekundach od „wypadnięcia” 5 euro w radiowozie zostawiamy nieco smutnych funkcjonariuszy daleko z tyłu. Samochód znów nabiera prędkości ponad 100 km na godzinę co Hugo nie przejmując się znakami kwituję krótko: „koszt wkalkulowany w prędkość”.

Dobra widoczność, puste drogi, brak milicji i prędkość znacząco wpływają na czas przejazdu – do Lwowa z Odessy jedziemy ok. 14 godzin.

Znajomy widok przedmieść Lwowa wyraźnie nas ożywia. Planujemy we Lwowie krótki odpoczynek połączony z zakupami głównie alkoholu.

Znów nieoceniony okazuje się Michał ze swoją znakomitą znajomością topografii miasta. Trafiamy niemal bez zbytecznego błądzenia na parking w centrum miasto nieopodal znanego reszcie ekipy sklepowi z trunkami.

Szybka wymiana walut głównie złotówek po dobrym „nie kantorowym” kursie i kierunek na monopolowy.

Na bazarze nieopodal parkingu Hugo i Tomas natrafiają na wyśmienity w smaku miód zakupując po jego słoiku.

Zakupy trwały mniej niż początkowo się zanosiło po kilkunastu minutach jesteśmy w komplecie w samochodzie.

Miasto żegna nas szarówką przechodzącą w coraz głębszą noc.

Kierujemy się na znane nam już przejście w Krościenku – licząc że nie będzie na nim kolejek.

Dojeżdżamy do Starego Sambora – jest ciemno a my nie możemy natrafić na znaki kierujące na przejście ...

Zapomnieliśmy już jakie tu są gigantyczne dziury w drogach ... ale nasze amortyzatory długo tego nie zapomną ... jeśli tylko to przetrwają .

Rozpoznajemy okolice a szczególnie znajomą stacje benzynowa, na której zatankowaliśmy to coś co zatkało nam przewody pierwszego dnia Expedycji a co ciężko nazwać paliwem.

Przez chwilę rozważamy możliwość ponownego tankowania – na szczęście jedynie w formie niewyszukanego żartu.

Kilka kilometrów dalej czeka na nas już miejsce w dość długiej ale szybko posuwającej się kolejce na przejściu.

Przed nami kilkanaście mini tankowców grzeje silniki ... jak im nie szkoda cennego towaru!

Jesteśmy naprawdę bardzo zmęczeni, Ukraiński pogranicznik pyta tradycyjnie „narkotyki, broń, antyki” ? – na co Hugo, mocno już zmęczony tego typu pytaniami: „broni nie mamy podobnie jak antyków ale Michał ten przy samochodzie duży człowiek połknął ponad kilo kokainy jeszcze w Turcji i nie chce zwrócić a klienci nas naciskają...nie wiemy co robić – a Pan co sugeruje ?”. Pogranicznik niemal rentgenowskim spojrzeniem prześwietlił opartego o samochód Michala, którego twarz nie zdradzała najmniejszych oznak zdenerwowania – czy też zatwardzenia po połknięciu kilograma proszku po czym z uśmiechem wręczył Hugo paszporty które przez cały czas trzymał w ręce ze słowami – „możecie jechać”.

Kilka metrów dalej zaczyna się Polska ! W okienku odpraw znajome twarze – to przecież nasi eksperci od numerów nadwozia Ssangyong’a Korando ... nie mogą uwierzyć że wracamy autem, tym autem !

Daliśmy słowo że wrócimy to wracamy, na słowo nas przecież wypuściliście bez tych numerów ... – odpowiada Hugo.

Wyjeżdżając z przejścia kierujemy się na Rzeszów – miejsce odtransportowania Andrzeja. To naprawdę ciekawe uczucie poruszać się ponownie po kraju i móc poczucie się ... dobrze u siebie.

W Rzeszowie przy MacDonaldzie czeka na Andrzeja już ojciec, z przyjemnością przyjmujemy jego zaproszenie na Mac kolację. Posileni i napojeni dobrą kawą ruszamy w dalszą drogę zostawiając na parkingu Andrzeja z ojcem.

Droga z Rzeszowa choć rozkopana nie wzbudza już naszych emocji jak kiedyś .. te dziury wcale nie są takie wielkie.

23:55
Mocno zmęczeni po dwóch dniach i dwóch nocach ciągłej jazdy jesteśmy na rogatkach Krakowa.

Musimy jeszcze odbić do Krzeszowic i odstawić do domu Michała, który do kilkudziesięciu minut na dobre wyzwolił się z głębokiego letargu w jaki zapadł w drodze powrotnej przerywanego tylko wizytą we Lwowie i na granicy.

10 listopada 2004 (28 dzień expedycji) [środa]

0:15
Michał jest już za bramką swoje posesji – z plecakiem na plecach chwiejnym krokiem ścierpniętych nóg powoli zmierza do swojego uśpionego domu.

0:30
Kraków – miejsce zamieszkania Hugo i kiedyś Tomasa, który za kilka godzin planuje ruszyć do Warszawy, gdzie aktualnie mieszka – co mu z tego wyjdzie zobaczymy po przespanej nocy.

To już finał EXPEDYCJI MORZE CZARNE – wszyscy uczestnicy cali i zdrowo wrócili do swych domów !

Podsumowanie:

Pomimo początkowych trudności i przeszkód EXPEDYCJA MORZE CZARNE została zrealizowana i przeprowadzona zgodnie z założeniami, dostarczając jej uczestnikom niezapomnianych doświadczeń i wrażeń.

Na doświadczenie to składają się porażki i sukcesy zarówno przy jej organizacji jak i przebiegu, o których chciałbym tu w kilku słowach powiedzieć.

Do największych porażek EXPEDYCJI zaliczam jej czas realizacji – opóźnienie w wyruszeniu wynikające z zawirowań politycznych jakie miały miejsce w Rosji po tragicznych wydarzeniach w Biesłanie.

Poza niższymi niż się spodziewaliśmy temperaturami, głównie w nocy – problemem faktycznie stała się długość dnia – czas kiedy mieliśmy „właściwe słońce” do prac operatorskich i fotograficznych. Gdybyśmy wyruszyli w planowanym terminie dzień byłby dłuższy i przeszło trzy godziny w odniesieniu do ostatnich dni Expedycji, kiedy to ok. 11ej godziny mgły odsłaniały nam kadr a o ok. 15:30 zmierzch kończył nasz dzień zdjęciowy. Tak więc mieliśmy około 4 – 5 godzin dobrego światła a nie 8 -10.

Kolejną porażką jeśli tak można to nazwać było zachowanie części naszych kooperantów – podwykonawców uczestniczących w przygotowaniach realizacji Expedycji wynikające, ku naszemu zaskoczeniu z listy i prestiżu naszych Partnerów. Bardzo często zdarzało się że cena ustalona przed wykonaniem jakieś pracy lub usługi różniła się o kilkadziesiąt lub nawet o kilkaset procent w stosunku do ceny jaka nagle pojawiała się po ujawnieniu charakteru i skali przedsięwzięcia – można było odnieś wrażenie że część podwykonawców wpadała w jakiś tajemniczy amok, który mogę określić tylko mianem chęci „nachapania się” sądząc że dysponujemy „kosmicznym” budżetem przedsięwzięcia i dzięki nam zrobią interes roku ... .

Gdy odmawialiśmy renegocjowania warunków w takiej skali procentowej następowały próby zastraszenia i wymuszenia w formie: „poinformowania Partnerów” o naszej „nieuczciwości lub niewiarygodności”.

Po mojej stanowczej odmowie cześć z tych gróźb z tego co mi wiadomo została zrealizowana choć żadne z ty „roszczeń” nie zostało przedstawione w formie prawnej np. pozwu sądowego.

Zdarzyły się również wpadki związane z niewłaściwym doborem firm podwykonawców, z których usług z pewnością przy organizacji kolejnej Expedycji nie skorzystam:

V-tech Tuning, Kraków – w związku z niewłaściwym przygotowaniem samochodu do tego typu wyjazdu.

Mobiltek Sp. z o.o., Kraków – w związku z niezgodnym z założeniami i regulaminem konkursu SMS-owego rozpoczęciem konkursu o jeden dzień wcześniej i wysłaniem do części uczestników konkursu pytań finałowych – co podobno było to spowodowane błędem ludzkim – w co osobiście nie wierzę. Pytania finałowe miały być rozsyłane o godzinie 10:00 w dniu 31 sierpnia 2004 roku a nie 30 sierpnia jak to miało miejsce /zobacz kiedy wysłano pierwsze pytania finałowe/.

Finezja, Kraków ul. Zakopiańska – w związku z niewłaściwym wykonaniem oklejenia samochodu oraz z uszkodzeniem lakieru w trakcie wykonania usługi – docinanie naklejek bezpośrednio na lakierze to bynajmniej nie profesjonalne wykonanie a na dodatek powodujące konieczność lakierowania pojazdu. Niektóre nacięcia mają długość przeszło 100 cm !

Do sukcesów Expedycji zaliczam bez wątpienia powrót komplecie i w dobrej kondycji zdrowotnej jej uczestników oraz zrealizowanie trasy Expedycji.

Niewątpliwym sukcesem była możliwość poznania wielu ciekawych i interesujących zarówno miejsc jak i ludzi. Możliwością doświadczenia innych kultur oraz co chyba najważniejsze zmierzenia się z utrwalonymi w naszej polskiej świadomości stereotypami z rzeczywistością jaką było mi dane zobaczyć i poznać.

Bez wątpienia zrealizowanie ponad 50 godzin filmu autorstwa Andrzeja oraz przeszło 7 000 zdjęć wykonanych w wysokiej rozdzielczości przez Tomasa to kolejny bez sprzecznie sukces Expedycji.

Sukcesem mniejszej wagi uważam fakt że czterech bliżej sobie nie znanych facetów zamkniętych przez znaczącą część dnia a często i nocy w małej klatce – wnętrzu samochodu nie pozabijało się pomimo różnic w wielu tematach związanych i nie związanych z realizacją Expedycji.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Strona expedycji.
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;