Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Chiny '2005
Autor: Piotr Olszewski   
Zobacz też:
Kraków - Lwów
środa, 13 VII 2005

Ta podróż  miała korzenie sięgające sierpnia 2004 roku. Siedząc w zeszłym roku w Ułan Bator niejednokrotnie słyszałem od trampów wracających z Pekinu, że Mongolia to jeszcze Europa, że prawdziwa Azja zaczyna się w Chinach. Takie uwagi zmobilizowały mnie do wysiłków, by zwiedzić Państwo Środka. Zwłaszcza, że zauroczyły mnie świątynie lamajskie, a Chiny przecież oferują znacznie większy wybór świątyń i religii. Jak zawsze po wybraniu celu pozostawała kwestia, z kim i jak jechać. I jak zwykle podjąłem działania zbyt późno. Skontaktowałem się za pomocą sieci z wieloma osobami zainteresowanymi kierunkiem wschodnim i tak poznałem Jacka ze Śląska oraz Maję i Mariusza spod Warszawy.

Z krótkiego częstochowskiego spotkania wynikało, że chcemy jechać do Xinjiangu - zachodniej prowincji kraju. Właściwym pomysłodawcą był Jacek, który był już kilka lat wcześniej w Chinach wschodnich i środkowych, a teraz przed rocznym nauczycielskim pobytem w tym kraju - chciał poszerzyć swe trampowe doświadczenia o Xinjiang i Tybet. Ten ostatni starałem się mu wyperswadować, gdyż nie chciałem ponosić zbyt dużych kosztów związanych z permitami, a z drugiej strony zamiast grzęznąć w Tybecie wolałem zwiedzić cały kraj: od Kaszgaru i Urumczi na zachodzie po Kanton na południu i Harbin na północy. Plany miałem ambitne - być może nie do zrealizowania. Z kolei Jacek i warszawska para chcieli zwiedzać zachodnie prowincje powoli, nie spiesząc się i zostając po kilka dni w każdej miejscowości. Taka koncepcja nie za bardzo mi odpowiadała. Stanęło na tym, że Jacek i Warszawiacy lecą do Chin samolotem około 10 lipca, a ja jadę do Urumczi drogą lądową przez Kazachstan.

Świt na Ukrainie Wizę chińską dostałem na podstawie samolotowej rezerwacji na samoloty.onet.pl, tranzytową wizę kazachską na podstawie chińskiej a rosyjską tranzytową (podwójną) na podstawie kazachskiej. Wymyśliłem również, że pojadę przez Ukrainę - tak jak jechała Małgorzata Maniecka. Tyle przygotowań. Aha. Właściwie powinienem powiedzieć o najważniejszej sprawie, która rzutowała na późniejsze wydarzenia. Już na starcie byłem przeraźliwie spóźniony, dokładnie: o tydzień. Ten właśnie tydzień, kiedy mój paszport leżał u Kasi w Warszawie czekając, by zaniosła go do ambasady chińskiej. Tymczasem moi towarzysze drogi in spe słali mi mejle - już z drogi po Chinach z coraz bardziej naglącymi zapytaniami, kiedy jadę.

Wyruszyłem 13 lipca nocnym autobusem do Lwowa (60 zł). Deszczową noc spędziłem w półśnie jadąc na dwóch fotelach w pustawym autokarze. Odprawa graniczna trwała około 1 godziny. We Lwowie, na dworcu położonym na skraju miasta, zauważyłem odjeżdżający autobus do Kijowa i niewiele myśląc wsiadłem (52 Hr; kurs w kantorze 1$ = 4.9 Hr).

Lwów - Kijów
czwartek, 14 VII 2005

Dziewięciogodzinna podróż autobusem dłużyła mi się nadzwyczaj - Łuck, Równe, Żytomierz, w końcu Kijów. Nie do końca byłem przekonany, czy dobrze zrobiłem decydując się na autobus a nie na pociąg. Ale oszczędziłem czas na przejazd marszrutką na dworzec kolejowy, nie stałem w kolejce po bilet. Właśnie tych kolejek obawiałem się najbardziej - koleżanka z sieci kilka dni wcześniej przysłała mi dramatycznego mejla o tym, że stała kilkanaście godzin po bilet we Lwowie na pociąg transsyberyjski.
Jadąc do stolicy oglądałem ukraińskie krajobrazy i próbowałem sobie uświadomić, co takiego sprawia, że od razu czuć, że to nie Polska. Przede wszystkim - byle jakie samochody, łady i gruzawiki, autobusy na gaz. Po drugie - zaniedbane miasta, nieotynkowane bloki, poprzewracane płoty. Ale był i sympatyczny akcent - w kilku wsiach pod Kijowem prawie przed każdym domem znajdowało się gniazdo bocianie, a gnieździe - bociek ;-) Bogdan Chmielnicki w Kijowie

Kijów. Skorzystałem z wynalazku Wernera von Siemensa, by podjechać do stacji metra (0.5Hr), dalej kilka przystanków na dworzec (stancja Wokzalnaja; 0.5Hr), rzuciłem jednym okiem na ogromny hol, a drugim okiem na ogromne kolejki. Kolejki - wszędzie. Do informacji, do kas... Tylko nie do pustej, klimatyzowanej, lecz płatnej (5 Hr) poczekalni.

Po 3 godzinach zgrzytania zębami i wypoceniu iluś tam litrów płynów trzymałem w ręku bilet kupiejny na pociąg do Charkowa (nr 320, 35Hr). Najbliższą godzinę spędziłem na internetowaniu się i obchodzeniu dworcowych okolic. Znacznie lepszym pomysłem okazał się wyjazd metrem na Kreszczatik: ładnie oświetlona promenada z tłumami, głównie młodych ludzi: spacerujących, siedzących w kawiarenkach ulicznych, przysłuchujących się domorosłym muzykom. Śliczna kijowianka przedstawiła mi krótko, co mogę zwiedzić o tej porze - przeszedłem na Majdan Niezawisimosti, tu były jeszcze większe kolorowe tłumy, podświetlane fontanny, kolumna z uskrzydloną postacią - Pomnikiem Wolności. Plac Niepodległości w Kijowie W zapadającym mroku - choć bez uczucia nadmiernego zagrożenia, wdrapałem się stromymi, nieoświetlonymi uliczkami do historycznej części miasta. Tu ujrzałem dwie ładne cerkwie z kopułami lśniącymi w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Pospacerowałem po placu przed Monasterem o Złotych Kopułach z dzwonnicą oraz soborem pod wezwaniem św. Michała, a następnie przeszedłem pod pięknie oświetloną Cerkiew Sofijską. Wypróbowałem możliwości zdjęć nocnych nowego aparatu na konnym pomniku Chmielnickiego i wróciłem na Kreszczatik.

Charków - Biełgorod
piątek, 15 VII 2005

 Po ciemku rozłożyłem się w kupe, trochę obmyłem i ległem na śpiworze. Wreszcie dorwałem się do mojej kawy. Pociąg wlókł się niemiłosiernie, dojechałem do Charkowa dopiero o 10.20. Rano zdążyłem jeszcze wyprać przepoconą koszulkę i z pewną podejrzliwością zjadłem kanapki z Krakowa.
Charków: cerkiew Dworzec tu równie monumentalny, jak w Kijowie, ale krótsze kolejki świadczyły o prowincjonalnym charakterze miasta. Zaliczyłem dwa nieudane podejścia do zwykłych kas: nie obsługują obcokrajowców (przynajmniej chcących kupić bilet do Rosji). Skorzystałem więc z kas międzynarodowych dla cudzoziemców w klimatyzowanym pomieszczeniu (należy wejść bez kolejki!). Bezpośredni pociąg do Biełgorodu był dopiero o 14.55 - poprzedni odjechał, gdy wjeżdżałem do Charkowa. Wówczas nie wiedziałem, że są jeszcze inne pociągi do Biełgorodu: elektriczki - takim właśnie jechała Małgorzata Maniecka, ale: 1o w głównym budynku nie było ich na rozkładzie i to mnie zmyliło, 2o w kasach podmiejskich pannica wpuszczająca na peron powiedziała, że jako inostraniec i tak musiałbym iść po bilety tam gdzie byłem. Tak czy owak miałem przed sobą trzy godziny oczekiwania. Zaczepiona przed dworcem panienka zbyła moje pytanie o interesujące miejsca w Charkowie propozycją wycieczki objazdowej po mieście.

Rzeczywiście, na placu stał właśnie gotowy do odjazdu przedpotopowy grat, cena zwiedzania czterech chramów - 15 hrywien - niewiele więc myśląc zdecydowałem się na wycieczkę. Charków: cerkiewPrzewodniczka była z gatunku tych nawiedzonych religijnie i od czasu do czasu pozwalała sobie na cerkiewne nauki. Co jest jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę ogrom pracy nad zateizowanym postradzieckim społeczeństwem. Moje wyrzuty sumienia, że uczestniczę w czymś zorganizowanym znikły, gdy zobaczyłem na jak rozległym terenie leżą te najcenniejsze cerkwie. Na tyle cenne, że kobieciny pilnujące chramów rzucały się na każdego robiącego zdjęcia wewnątrz. No bo taki z aparatem to może potem mieć zinwentaryzowane ikony do kradzieży. Zaczęliśmy od cerkwi Trioch Swiatitieliej (Trzech Hierarchów), potem był Sobor Swiatoozierianskij, dalej biała Cerkiew Swiatopokrowskaja z błyszczącymi w słońcu złotymi kopułami. Tour zakończyliśmy przy Cerkwi Zwiastowania (Archanioła).

Muszę powiedzieć, że większość tych chramów poza Cerkwią Zwiastowania nie wyglądała zbyt atrakcyjnie na zewnątrz. Co innego w środku - wyciągnięte z jakichś NKWD-wskich magazynów ikony, pełne złoceń elementy wrót carskich, wrót diakońskich, odświeżone malunki i freski na ścianach. Było na co popatrzeć Ale i tak zwracałem większą uwagę na nastrój i ludzi (i oczywiście trzaskałem zdjęcia bez flesza).

Pociąg do Biełgorodu wypełnił się szybko pasażerami; podczas odprawy ukraińskiej zostałem uhonorowany zaproszeniem na oddzielną ławeczkę ;-) Charków: cerkiewZieloni panowie podumali, podumali, pooglądali wszystkie wizy, wypytali o profesję (zwykle mówię, żem nauczyciel). Sytuacja z powtórzyła się z niebieskimi panami w Biełgorodzie, dokąd dotarłem po półgodzinnym postoju nie-wiadomo-po-co. W dworcowej kasie zacząłem rzucać nazwami różnych miast w Rosji, dokąd mógłbym się ewentualnie udać. W końcu pani z uśmiechem powiedziała, że pociąg do Woroneża właśnie odjeżdża, biletów nie sprzeda, bo i tak nie zdążę.
Zdążyłem. Prowadnikowi wysapałem, że nie mam biletu i bez tchu padłem na leżance. Tym razem - jak można się było spodziewać nie zasiliłem budżetu RŻD (150Rb). Jak to dobrze, że miałem ruble z zeszłego roku!

Po krótkiej rozmowie z sympatycznym Rosjaninem, który pokazał mi czołgi na miejscu sławnej bitwy kurskiej (trzecie "pole" Rosjan po Borodino i Kulikowym Polu) i udałem się do Tatiany - naczelnika pociągu.
-Ja w Kitaj, a u was raspisanije pojezdow. Pomagite mnie najti sojedinienie w Nowosybirsk.
-Podażditie. Da, jest priamoj pojezd w 15.40
-Spasiba. A tiepier u mienia samyj ważnyj wopros. Jest u was taksja włast' cztoby zabronirowat' etot bilet dla menia?
Wróciłem do swojego wagonu w dobrym nastroju. Pogadałem z młodym żołnierzem na przepustce i usiłowałem usnąć w parnej atmosferze płackartnego wagonu. Wkrótce się przekonałem, że ten wagon to prywatny biznes prowadnika: praktycznie nikt tu nie ma biletów, płacą 80-90% ceny biletów. W innych wagonach aż biało od pościeli - tu nikt z niej ni korzysta. Ludzie jadą po kilka przystanków i wysiadają.
Od euforii do załamania krótka droga. O 23.00 przyszła naczelnik pociągu i powiedziała, że zamówiła dla mnie kupe za 4500 rubli. Z "usługami". Innych biletów brak... A niech to! To więcej niż cała zeszłoroczna droga do Mongolii. Otkazałem bronirowku. Prowadnik pocieszał mnie później, że bilety się znajdą, ale... Pożiwiom, uwidim...

Woroneż
sobota, 16 VII 2005


Rano poznakomiłem się z Romanem - sympatycznym bankowcem z Woroneża. Poopowiadaliśmy sobie o naszych krajach, wymieniliśmy kontaktami. Podprowadził mnie do kas i banku.
Na najbliższe chwile spuściłbym zasłonę. W każdym razie w pół godziny później miałem komplet biletów aż do Ałmaty. Będę tam 21 VIII rano.

Znów przede mną kilka godzin w oczekiwaniu na połączenie. Widzę w tym plusy i minusy. Tych drugich jest zdecydowanie mniej. Te przerwy w podróży powiększają moje spóźnienie. I gdyby nie to, że reszta ekipy już od kilku dni zwiedza Xinjiang, wcale bym się tymi przerwami nie przejmował. Bo z drugiej strony to niepowtarzalna okazja, bym poznał te miasta. Jadąc transsibem świat ogląda się tylko z okien pociągu. A choćby kilka godzin spaceru daje szansę na poznanie charakteru miasta. Woroneż: Stare domy

Zacząłem od wypytywania młodych Woroneżan o internet. Nikt nic nie wie. Przy Prospekcie Lenina zauważyłem dwójkę chłopaków siedzących pod pomnikiem bohaterów II wojny światowej.
-Można wam pomieszat' niemnożka?
-...
Poprosiłem o listę miejsc wartych odwiedzenia, i choć było to raczej młodzieżowe ujęcie, doszedłem do wniosku, że najważniejsza będzie Admiraltiejskaja Płoszczad' na brzegu rzeki Woroneż.
Ruchliwym Prospektem Lenina doszedłem do Placu Lenina ozdobionym - rzecz jasna - pomnikiem Lenina pośrodku. I tu zajrzałem do klubu internetowego. Dałem znać światu, że żyję, że mnie tu nie zjedli, i że dojadę do Ałmaty.

Strome schody wyprowadziły mnie na nadbrzeżną skarpę i muszę powiedzieć, że warto było: pomiędzy miejską zielenią tu i ówdzie wyłaniały się złote kopuły cerkwi, roztaczał się widok na wschodnią część miasta leżącą za zbiornikiem. Na Admiraltiejskiej Płoszczadi pomnik-łódka, pod którym tradycyjnie w soboty zajeżdżają pary nowożeńców. Dziś było ich zatrzęsienie - może ze 20 par.
Woroneż: Cerkiew św. Mikołaja Najbliższe dwie godziny przeznaczyłem na niespieszny spacer po okolicznych chramach i cerkwiach. Nadbrzeżna cerkiew to Uspienskij Admiralitielskij Chram o 400-letniej historii; w obecnej postaci wybudowany z polecenia Piotra I. Jeszcze nie dawno było to muzeum... Później zobaczyłem chram Swiato-nikolskij z początku XVIII wieku ozdobiony kolorową mozaiką z patronem, potem Woskriesienskij Chram i w końcu Pokrowskij Sobor obok akademickiego teatru. Każda z tych cerkwi w innym kolorze, szczególnie urzekła mnie cerkiew Woskriesienska, której żółta bryła pięknie komponowała się z zielenią drzew i błękitem nieba. Wewnątrz cerkwi jak zwykle: bogato złocony ikonostas, setki zapalonych świec. W Pokrowskim Soborze trwały specjalne - jak się domyślam - modły za zdrowie niepełnosprawnego chłopca, który przyjechał na wózku. Pop namaszczał kolejnych członków rodziny kreśląc przy pomocy pędzelka znak krzyża na twarzy.

Na dworcu kupiłem bilety powrotne z Czyty do Brześcia na 22 sierpnia. Zapomniałem jednak nazwy stacji granicznej (Zabajkalsk) a paniusie w kasie i informacji nie potrafiły tego sprawdzić. Później doszedłem do wniosku, że powinienem był kupić bilet na dzień późniejszy robiąc sobie rezerwę na nieprzewidziane okoliczności powrotu.

W stronę Nowosybirska W pociągu - przynajmniej w tej części, w której jechałem - pustki. W moim kupe jechała Zamfira z Ufy - stolicy Baszkirii - wracająca z komandirowki do Woroneża. Jest inżynierem i zajmuje się projektowaniem jakichś części do samochodów. Albo czołgów, kto ją tam wie. Jest sympatyczna i gadatliwa. Zasypuje mnie pytaniami o podróż do Chin i życie w Polsce. Mnie bardziej interesowało życie w Baszkirii, czy jak się teraz mówi - w Baszkortostanie. Dzieci, podobnie jak w Buriacji, od 5 lat uczą się w szkole oprócz rosyjskiego drugiego oficjalnego języka - tu baszkirskiego - przy czym, jak zaznacza Zamfira, nie lubią tego. Nie potrafi określić, jak część ludności republiki mówi tylko po baszkirsku. Mam wrażenie, że moja współtowarzyszka podróży nie za bardzo lubi Baszkirów. Już bliżej jej do Tatarów, może i takie ma korzenie; mówi, że jej brat, który wyjechał za żoną na Ukrainę jest teraz bardziej Ukraińcem niż Tatarem. Tradycyjnie już zapytałem o nazwy liczebników i podstawowych zwrotów w języku baszkirskich.
Ostatnie stresy zakończone zakupem biletów do Ałmaty spowodowały, że poczułem częściowe odprężenie i senność.
po baszkirsku:
1 - ber
2 - i'ke
3 - ytch
4 - dürt
5 - bysz
6 - ałty
7 - z'iede
8 - sigez
9 - tugaz
10 - un
cześć - salam
jak się masz? - halarni
jak zdrowie - haumasagaz
po tatarsku:
jak twoje zdrowie? - sałmasagaz


Penza - Ufa
niedziela, 17 VII 2005

Dzień w pociągu. O tyle inny, że bez wsiadania i wysiadania. Do Nowosybirska będę jechał w sumie 3 noce. I choć pociąg nazywa się pospieszny, to ma co chwilę dwuminutowy przystanek. Oczywiście, gdy spojrzy się na odległość do przebycia, to te przystanki nie są aż tak często. W większych miastach nie chce mi się wysiadać - dworce i życie dworcowe jest wszędzie takie samo. W Samarze tylko kupiłem chleb i rzuciłem okiem na "kosmiczną" wieżę budynku dworca. Zgrabne dziewczę roznosi codzienny posiłek z przekąsem nazywając nasz wagon "biznes-kłass".

Mało co rozmawiam z Zamfirą. Mam zły humor. Stresuję się dotychczasowymi wydatkami, bliższą i dalszą przyszłością. Mocno odczuwam, jakie skutki ma kupowanie biletów w ostatnim dniu. W kółko podliczam wydane hrywny i ruble, i liczę, ile mnie ta podróż będzie kosztować. Pocieszam się, że samolot do Pekinu (2100zł) i podróż do Urumczi (70$) kosztowałaby wciąż więcej. A trwałaby tylko o 3 dni krócej. Oczywiście, prawda jest taka, że reszta ekipy już od 6 dni jest w Chinach - polecieli do Pekinu 7 lipca (Jacek) i 10 lipca (Maja i Mariusz). Ale ja w zamian obejrzałem i Kijów i Charków i Woroneż. No i zerknę na Nowosybirsk, jakby nie było największe syberyjskie miasto.
Stresuję się poza tym transportem do Yiningu: nie wiem, czy znajdę coś o 9.00 rano w Ałmacie, czy też będę musiał nocować. A dalej - kwestia powrotu z Czyty: czy powinienem zmienić bilety na późniejsze o 2 dni - nie mogę się spóźnić na pociąg do Czyty 22 VII. I jeszcze sprawa krótkiego tranzytu przez skrawek Kazachstanu w Pietropawłowsku. O boże... przed chwilą spojrzałem na kalendarz: cała moja podróż to będzie trwała 50 dni! I nie mogę jej skrócić. Mam określony termin wizy powrotnej przez Rosję i kupione bilety powrotne. Muszę w Kitaju wytrzymać przez 30 dni! No i jeszcze muszę się tam dostać. Kurczę, no...! Dobrze, że jadę sam, bo te stresy wyładowywałbym na kimś innym.

Tysiąc sto sześćdziesiąty piąty kilometr od Moskwy. W kupe jest przeraźliwie zimno - czasem wychodzę na korytarz zagrzać się - tam termometr wskazuje 15oC. Większość dnia spędzamy przykryci kocami. Cóż, uroki klimatyzacji w wersji rosyjskiej. Obok, w płackartnym wagonie pasażerowie ociekają potem... Sąsiadka z kupe jedzie do Kazachstanu, ale sprytnie wysiada w Pietropawłowsku. Stąd po kilkunastu godzinach ma połączenie do Astany. Hm. Może to by było rozwiązanie dla mnie? Wieczór upływa na studiowaniu zapisków M. Manieckiej i obserwowaniu zachodzącego słońca. Później niebo ozdabiają podświetlone na fioletowo-czerwono chmury. Urozmaiceniem krajobrazu są rafinerie ropy naftowej z płonącymi gazami na kominach. Z przyjemnością słuchamy piosenek Igora Talkowa zastrzelonego kiedyś na koncercie.

O Baszkirii ciąg dalszy. Rzecz jasna, że jako republika federalna, Baszkortostan ma swój rząd i parlament. Uparcie wracam do tematu dzielenia pieniędzy między republikami a rządem federalnym, Zamfira nie potrafi dokładnie odpowiedzieć, ale według niej "wsie diengi bierut w Moskwu". Ludzie polityką się nie interesują, potrzeba im "chleba nie polityki". Do Baszkirii wciąż napływają przybysze - z Turcji, z Uzbekistanu, z Kazachstanu. Widać, że tu żyje się lepiej - kraj przecież stoi na gazie: prawda, wczoraj oglądałem płonący gaz w rafineriach.
Zachód w Baszkorstanie Przez Ufę cały dzień przetaczają się cysterny z ropą: miejscową i tą idącą z Tiumenia. Przyjezdni zakładają firmy, sklepy, zajmują się handlem. Baszkiria to republika muzułmańska - stąd działa jak magnes dla Turków, Tatarów i Uzbeków. Kogo Baszkirowie lubią? Hm, siebie lubią. To "nacjonalnyj narod". W każdym razie, zdaje się, że za Tatarami nie przepadają. A w ogóle to jest tu mieszanka narodowościowa: Tatarzy, Czuwasze, Maryjczycy, Chantowie, Mansyjcy, Urdmudzi, Polacy, Niemcy, Żydzi. Wracają czasem i Rosjanie, których los rzucił gdzieś dalej i w momencie rozpadu Związku Radzieckiego stali się obywatelami innych krajów. Dodajmy: czasem obywatelami drugiej kategorii. Brat Zamfiry, który kiedyś ożenił się z Uzbeczką, rozwiódł się, wrócił. Po roku pobytu będzie mógł się starać o ponowne obywatelstwo rosyjskie. Siostra Zamfiry - anglistka, wyszła za Włocha i zmieniła wiarę z muzułmańskiej na katolicyzm. Teraz mam zagwozdkę: Zamfira - Rosjanka - muzułmanka? Bo przecież mówi, że baszkirskiego w szkole się nie uczyła. Ach, te narodowościowe problemy...

Średnia pensja w kraju to 300-400$, mieszkanie 50-metrowe kosztuje 35.000$, można więc powiedzieć, że relacje cen są krakowskie. Ci, którzy nie mają mieszkania, wynajmują je (arenda) za 4000-6000 rubli miesięcznie lub biorą - tak jak brat Zamfiry - 20-letni kredyt. Są tacy, którzy od lat nie opłacają czynszu i mediów. Nikt ich jednak nie wyrzuca z mieszkania. Ot, taki sąsiad Zamfiry z XII piętra - pije, żona pije, córka pije. Inny sąsiad całą pensję przepuszcza na loterii i w kasynie. Może kiedyś odmieni się mu los?
Ufa. Zamfira pokazuje mi jeszcze konny pomnik XV-wiecznego bohatera narodowego Saławata Julajewa, i wysiada. Doswidania!

Czelabińsk - Omsk
poniedziałek, 18 VII 2005

 2144 kilometry od Moskwy. Rano obudziło mnie słońce. Pociąg powoli przeciskał się między górami. Krajobrazy beskidzkie. W końcu przyspieszyliśmy i zaczęliśmy zjeżdżać po wschodnich stokach Uralu. Witaj Azjo!
Tym razem będzie to prawdziwa Azja: inna niż w Turcji, Syrii i Jordanii inna nawet niż w Mongolii. Jadę do serca kontynentu - Ałmaty, do najgorętszego Turfanu, do Syczuanu i Yunnanu. Ależ ja chciałbym tam już być, mieć te wszystkie granice za sobą...
Dziś zapowiada się nudny dzień. Jadę sam w kupe, wagon prawie pusty, nie za bardzo chcę zostawiać rzeczy bez opieki, siedzę więc w przedziale. Ale - jeśli tranzyt przez Pietropawłowsk odbędzie się bez kłopotów - będę zadowolony. Minęliśmy już Czelabińsk z dworcowymi piramidami niczym w Luwrze, teraz przemierzamy bezkresne równiny. Brak tu pól uprawnych - tylko łąki, lasy, mokradła i drewniane wioski. Dworzec w Czelabińsku

Słońce chyli się ku zachodowi, choć według moskiewskiego czasu dopiero 17.30. Stoimy w Pietropawłowsku. To Kazachstan, przez fragment którego prowadzi postradziecka linia kolejowa ze Swierdłowska do Omska i Nowosybirska. Jak dotąd nie było żadnych kontroli, ani na stacji granicznej Pietuchowo ani tutaj. Nawet na peronie ludzie z rosyjskiego i kazachskiego pociągu się mieszają. Kazaszki noszą po peronie wiązanki wysuszonych na wiór ryb, a na tacach ciasta i pierniki, mężczyźni handlują futrzanymi czapami, zaczynają się ciekawsze klimaty. Napisy są dwujęzyczne, więcej też twarzy wschodnich niż słowiańskich. Ruszamy...

Nowosybirsk
wtorek, 19 VII 2005

Wczorajszy wieczór upłynął bez nadzwyczajnych wydarzeń. Kazachscy przemytnicy pozostawili swój towar w pustym kupe i obgadali sprawę z prowadnicą. Właściwa odprawa celna odbyła się dopiero w rosyjskim Bułajewie, ale jak zauważyłem - koncentrowali się na innych wagonach i pewnie na wybranych pasażerach. Mnie nie nawiedzili.
Siedzę sobie teraz na dworcu w Nowosybirsku w chłodnej i pustej poczekalni Serwis-Centra. Właściwie leżę - w głębokich skórzanych fotelach. To miłe miejsce jest o tyle godne odnotowania, że na rosyjskich dworcach jedynymi przyzwoitymi miejscami do oczekiwania na pociąg są płatne, klimatyzowane poczekalnie. Mój pociąg do Ałmaty jest dopiero za 1.5 godziny, ale jakby niedowierzając że obowiązuje moskiewski czas podany na bilecie przyszedłem wcześniej... Czasownia Mikołaja w Nowosybirsku

No cóż - Nowosybirsk mimo swojego ogólnosyberyjskiego znaczenia nie jest w stanie zaproponować zbyt dużo turystom. Ha! moja potrzeba zobaczenia czegoś interesującego w tym mieście spowodowała, że zażyczyłem sobie, by mnie zawieźli do Muzeum Wiecznej Zmarzliny w Akademgorodku oddalonym od miasta o 40 minut jazdy marszrutką (nr 15; 23RUB). Mieszkańcy tak długo zaprzeczali istnieniu tego muzeum aż w końcu sobie przypomniałem, że jest ono w... Jakucku! "U nas tiopło, niet zmierzłoty" - śmieją się mieszkańcy miasta.
Przeszedłem się na internet (ul. Czeluskincow 7; nie polecam, płaci się 5RUB/5MB). Wysłałem pocztę i sms-y. Tradycyjnie brak mejla z domu :-( Ciekawe, czy odnajdę Jacka w Chinach? Jego ostatni pomysł to wyskoczyć na parę dni do Pakistanu...
Dokupiłem bilet z Zabajkalska do Czyty. Już bez kombinowania z datami. Granicę muszę przekroczyć 21 sierpnia i dojechać na stację w Zabajkalsku przed 14.00. Wot i wsio. Następnie odbyłem długi spacer ulicą Krasnyj Prospekt. Zacząłem od Pl. Lenina, gdzie Wódz dla urozmaicenia został obstawiony pomnikiem robotnika i robotnicy oraz trójką sołdatow. W tle tym razem Akademicki Teatr Opery i Baletu. Stąd było dwa kroki do sympatycznej czasowni świętego Nikołaja Swiatitiela i Czudotworcy. Sympatycznej, gdyż ta malutka kaplica ozdobiona złotymi kopułami położona jest w samym sercu miasta i to pośrodku skrzyżowania! Niektórzy nawet twierdzą, że czasownia (całkiem młoda, bo odbudowana w 1991r w miejscu zniszczonej w okresie stalinowskim kaplicy z 1913r) wyznacza geograficzny środek Rosji... Hm, rzeczywiście, był to środek Imperium Rosyjskiego w 1914 roku, granice jego sięgały na zachodzie aż za Kielce. Ale od tego czasu Rosja się kończy znacznie bliżej... Nowosybirsk: sobór Aleksandra Newskiego

Muzeum Krajoznawcze było zamknięte (pn-wt), poszedłem więc na wystawę w sąsiednim muzeum malarstwa. Właściwie na dwie wystawy: zabawek rosyjskich (niewarte tych pieniędzy) oraz anatomopatologii (być może nie wartą). Z muzeum było już całkiem blisko do Soboru Aleksandra Newskiego - zdaje się całe wyposażenie jest współczesne, choć budynek ma ponad 100 lat. Głód zaspokoiłem w stołówce pracowniczej "Poligrafkompanii": szczi z mołodoj kapusty, kartoszka piure i mintaj (56RUB). W sklepie fotograficznym przegrałem dotychczasowe zdjęcia na CD (20+25RUB). Ostatnim punktem programu był Wozniesienskij Kafiedralnyj Sobor położony na skrzyżowaniu ulic Sowieckiej i Gogola. Wyjątkowo miłe miejsce. Posiedziałem dłuższą chwilę w mroku i chłodzie.
Ogólnie można powiedzieć, że Nowosybirsk okazał się - przynajmniej dla mnie - typowym rosyjskim miastem bez specjalnych klimatów. Nowosybirsk: cerkiew Wozniesienskaja

Nie wiem dlaczego na rosyjskich dworcach utajniane są numery peronów, z których odchodzą pociągi dalekobieżne. Zwłaszcza w przypadku pociągów zaczynających bieg powinno to być jasne i stałe. A tak - pasażerowie pociągu gromadzą się w wielkim holu przed tablicą w oczekiwaniu na wyświetlenie odpowiedniej informacji. Potem dopiero ruszają hurmem na peron. Tak było w Woroneżu i w Nowosybirsku. Trafiłem do wagonu z Rosjanami jadącymi na urlop do Ałmaty. Widać - z jednego zakładu pracy, bo wszyscy się znają. Kobiety, z którymi jadę w jednym boksie są idealnie zorganizowane: wszystko mają w pakietach: rzeczy do przebrania, jedzenie na kolację i śniadanie...
Prowadnica jest sympatyczna, opiekuje się wszystkimi, mówi do mnie po imieniu. Z pewnym zdumieniem odkryłem, że imię Piotr jest nie tylko spostrzegane jako rdzennie rosyjskie, ale i cieszy się dużym poważaniem i uznaniem.
Granicę przekroczymy nad ranem.

Semej - Aktogai
środa, 20 VII 2005

Budzi mnie ruch w wagonie - pociąg staje na stacji granicznej Lokot. Żołnierz z kontroli paszportowej wyciąga mnie z wagonu i zostawia w swojej kanciapie. Inostraniec...! Drugim takim rodzynkiem w całym pociągu jest dziewczyna z Niemiec. Czekamy z pół godziny, aż sprawdzą nas w systemie komputerowym, wszystko odbywa się w miłej atmosferze. Podobnie odprawa paszportowa po stronie kazachskiej w Auł. Ważna uwaga: od tego roku w Rosji nie są potrzebne deklaracje celne (tamożnaja deklaracija). Natomiast imigracjonnaja karta funkcjonuje zarówno na Ukrainie jak i w Rosji i w Kazachstanie.
Na odcinku drogi do Semeja (Semipałatyńska) za oknem rozciągają się stepowe, płaskie krajobrazy. Tak sobie to wyobrażałem. Dopiero przed samym miastem trochę wzgórz i wyschniętych lasów sosnowych. Handel dworcowy po kazachsku

Moi współtowarzysze podróży są różni, brakuje tu tylko biznesmenów. Są paniusie-elegantki robiące sobie dzienny i wieczorny makijaż, skubiące brwi i nakładające na twarz fluid. Są kaszaloty ledwie mieszczące się na leżankach, pomarszczeni, bezzębni staruszkowie z błyszczącą złotą jedynką i trochę nastolatków jadących zapewne po raz pierwszy tak daleko. Udział Kazachów w pociągu zwiększa się w miarę jak zbliżamy się do byłej stolicy. Dużo wśród nich rodzin z dziećmi.
Zauważyłem dziwaczną modę wśród Kazaszek: tapirowane włosy podniesione do góry, przycięte po bokach; jeśli do tego dodamy możliwości, jakie niosą ze sobą farby do włosów - efekt jest tragikomiczny...

Po wagonach tam i z powrotem kursują cinkciarze: "tengi, tengi, tengi!". Kurs euro: 150 rubli. "Nie, dziękuję". Na stacjach wciąż wołają po rosyjsku "chołodnoje piwo", "morożenoje", pielmieni, "żarienaja ryba". Po peronie przechadza się kobieta z olbrzymim wędzonym sumem. Ma ponad metr długości i kosztuje 250 rubli. Mijane osiedla kazachskie urozmaicają równinny krajobraz. Zazwyczaj to kilka murowanych, zniszczonych domów stojących na zaniedbanych, pełnych rupieci i odpadków podwórkach. Przygnębiające uczucie. Na kilku drewnianych chałupach dostrzegam grubą warstwę ziemi - zapewne prototyp współczesnej termoizolacji.

Kazachskie górki Czerwony krąg słońca powoli chowa się za horyzontem. Zapada zmrok. Gdzieś w oddali w pustym stepie pojawia się jasny punkt. Samotne domostwo? Ale oto pojawia się obłok kurzu powoli przemieszczający się wzdłuż drogi. Niewielki tu ruch...

Denerwuję się. Czym? O wszystko! Nina to nie poradzę. Widzę, że (w zasadzie) samotna podróż przyniesie mi tyle stresów, że albo się wykończę albo się wyleczę z ich tak silnego przeżywania. Część z nich jest bez wątpienia na wyrost; część stresów zostaje zlikwidowana dzięki zbiegom okoliczności, takiemu lub innemu rozwojowi sytuacji, w tym także moich działań.

Ałmaty - Żarkent
czwartek, 21 VII 2005

W nocy budzi mnie hałas na zewnątrz. Stoimy na małej stacji. Dobiegają mnie okrzyki kolejarzy i sprzedawców, i... nie rozpoznaję ani jednego słowa. Od tego momentu zaczyna się moja Azja...
Świt. Pociąg zakosami wspina się na płaskowyż. Jest coraz więcej osiedli, pojawiło się trochę zwierząt: koni i owiec. Tak - to właśnie nieobecność zwierząt w stepie odróżnia Kazachstan od Mongolii: tam na każdym kroku spotykałem ich niezliczone stada...

Na horyzoncie coraz wyższe szczyty pasma Küngö Alatoo. Zbieramy się. Ostatnia toaleta i kawa. Zapytuję jakieś niesłowiańsko wyglądające kobiety o autobus do Chin. Jedna z Kazaszek oferuje mi pomoc w znalezieniu marszrutki (nr 570) na dworzec Sayrom. Zapłacę za przejazd dopiero, gdy wymienię pieniądze.

Na remontowanym dworcu - tłumy godne największego, bo liczącego 1.200.000 ludzi, miasta Kazachstanu. Przejazd do południowej części Ałmaty trwa prawie godzinę. Duży ruch na ulicach, choć mniej tu japońskich samochodów niż w Nowosybirsku. Także i Rosjan mało - przynajmniej na pierwszy rzut oka stanowią tu mniejszość. Choć oczywiście wszyscy mówią po rosyjsku. Jedzie z nami Rosjanin z wnuczkiem, również pilotowany przez Kazaszkę. Na Sayram kobieta szuka dla nich właściwego autobusu i tu dochodzi do małej kłótni. Kobieta chce od nich 300 tenge (ponad dwa dolary). Okazuje się zwykłą naganiaczką-naciągaczką. Teraz tylko myślę o tym, jak ją spławić. Wymieniam 15 euro w dworcowym kantorze (1€ = 161-163 tenge; 1$ = 131-135 tenge), daję jej na odczepnego 100T (marszrutka 35T + bagaż + baba).

Autobus z Chin jeszcze nie wrócił i nie wiadomo kiedy to nastąpi. Kupuję więc bilet do Żarkentu za 720T (+120T za bagaż). Jem swoje pierwsze azjatyckie żarcie w tym roku - uzbecki płow - ryż z baraniną + chleb (205T). Wreszcie mam chwilę, by osapnąć. Kazaszka w Ałmacie

To, co jest najpiękniejsze w Ałmacie to panorama gór na granicy kirgisko-kazachskiej. To nie jakieś Zakopane z Giewontem, to coś więcej niż Alpy: ośnieżone szczyty sięgające 4800m, pionowe granie, które byłyby dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Namawiali mnie miejscowi na wyjazd do Medeo, tutejszej stacji wysokogórskiej - ale wiadomo, nie pojadę ze względu na krótkość wizy. Od czasu do czasu nachodzi mnie myśl, by pojechać do Kirgistanu: autobusów do Biszkeku jest dużo a stąd jest tak blisko! Mógłbym potem przejechać wprost do Kaszgaru przez przełęcz Toragout (Torug Art). Jest tylko jedno ale: takie dotarcie do granicy może zająć trochę czasu a tam przecież czekają na mnie.

Mam jeszcze dwie godziny do odjazdu autobusu (12.30). Młody facet zaczyna mnie zagadywać. Gairat jest Ujgurem, razem jedziemy do Żarkentu, tam mieszka z matką i siostrą. Teraz był w Ałmacie, przez miesiąc pracował u brata na budowie domu. Trzeba sobie pomagać, tu związki łączące nawet odległych kuzynów są bliskie: "My odna siemja". Autobus jest pełen Ujgurów, stopniowo uczę się ich odróżniać od Kazachów. Mają ciemniejszą skórę i bardziej wyraziste rysy twarzy. Kazachowie są bardziej pyzaci i mają jaśniejszą cerę.
Przed nami prawie 400 kilometrów drogi na północny zachód. Jak dobrze pójdzie będziemy tam za 7 godzin. Krajobrazy są na razie mało urozmaicone, spalona słońcem ziemia, z rzadka pole kukurydzy. Na horyzoncie pojawia się Ałtaj Dżungarski (Żongar Alatauy), jedno z pasm Tian Szanu, zbliżamy się wciąż u niemu. Gairat podaje swą naiwną etymologię ich nazwy. Otóż, te góry "tianutsja" - rzeczywiście grzbiet jest mało zróżnicowany, góry ciągną się bez wyraźnych kulminacji. "Szukałem kiedyś wierzchołka, długo łaziłem, ale nie znalazłem szczytu", wspomina chłopak.

Gairat i Radimira Za nami siedzą dwie piękne dziewczyny, Radimira i Anara. Gairat namawia mnie, abym objazałsja c nimi: "nada poobjazat z liudmi". Wyglądają na spłoszone, trochę więc próbuję wyhamować rozochoconego Gairata. Koleżanki jadą do Żarkentu, do babci jednej z nich. Zapędy mojego Ujgura nie słabną nawet, gdy jedna ze starszych pasażerek okazuje się ową babcią. Każe sobie zrobić zdjęcie z nimi. Sam nie ma żony, jeszcze się "nie wyguliał". Podejrzewam jednak, że rzecz w umiarkowanej atrakcyjności 33-letniego kandydata na męża bez konkretnego fachu. "Będę szukał stałej pracy w Ałmacie" - mówi. Tego miasta zresztą szczerze nie cierpi, kocha tylko swój Żarkent, tu wszyscy się znają. Już po kilku minutach znajomości zaprosił mnie do siebie, do domu na nocleg, stwierdzając, że o 8.00 wieczorem nie znajdę żadnego transportu na granicę. A jeśli nawet - i tak będzie zamknięta. Teraz co chwilę upewnia się, czy zaakceptowałem jego zaproszenie. A ja nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł. Gairat jest podpity a jego groźny wygląd nie wzbudza zaufania. Po 3 godzinach drogi robimy odpoczynek.
Ujgur ciągnie mnie do knajpy, kupuje nam pielmieni (tu: zupa z pierogami) i pół litra wódki. Kolejne toasty dotyczą: znajomości, zdrowia, spotkania i przyjaźni. Po 10 minutach impreza skończona, wracamy do autobusu. Gdy kierowca trąbi na spóźnialskich, chwiejnym krokiem nadchodzi Gairat z kiścią winogron: "dla zdorowija". Później zaznajamiamy się z Sirikiem - mężczyzną wracającym z siostrzeńcem do Żarkentu. Droga teraz zbliża się do pasma górskiego Kok-Tebe, wjeżdżamy w atrakcyjny widokowo przełom rzeki. W końcu jesteśmy na miejscu.

Przeciągłym gwizdem Gairat przywołuje taksówkę - ta, w tumanach kurzu, nadjeżdża z końca ulicy. Krótka rozmowa z kierowcą, co u niego w domu, co ze znajomymi, i już zajeżdżamy na podwórko. Gairat wita się z matką, siostrzenicami, przedstawia mnie. Obmywamy ręce i siadamy w patio. Niski stół, kucamy we trójkę wokół na dywanach. Po minucie pojawia się gorący płow i chłodna wódka. Niedawno zmarł ojciec sąsiada, teraz rodzina i sąsiedzi przez 40 dni czczą jego pamięć. My - wódką.
Po posiłku idziemy odwiedzić krewnych i znajomych. Wstępujemy do sklepu, chcę kupić w rewanżu wódkę na wieczór ale Gairat powstrzymuje mnie. Zachodzimy do kolejnych sąsiadów, w końcu do przyjaciela Gairata - odnogodnika. Jeszcze dobrze nie zasiedliśmy do stołu a już przed nami stały talerze pełne gorącej kaszy z mięsem oraz obowiązkowo kielich wódki. Salim pracuje na przejściu granicznym w Horgo, wypytuje mnie o życie w Polsce, sympatyczny chłopak. Obchodu miasta ciąg dalszy. Gairat pokazuje mi dom Polaka - najbardziej znanego w Kazachstanie (a przynajmniej w Żarkencie). Ta nieznana mi osobistość to pan G(o)łowacki, który tu zbudował i rozwinął największy sowchoz czy też kołchoz. Pokazywał Kazachom jak uprawiać ziemię, jak prowadzić gospodarkę. "Ale potem przyszła pierestrojka i wszystko diabli wzięli". Nie wiem, ile w tych opowiadaniach prawdy, ale to dobrze, że przynajmniej w Żarkencie Polska dobrze się kojarzy. Gairat pokazuje mi dom, w którym się urodził, szkołę, miejsca zabawy. Widać, że jest dumny ze swojego miasta.

Idziemy do starszego brata. Ten stoi z kolegami przed swoim domem. Jest jeszcze bardziej pijany od Gairata. Dochodzi między braćmi do sprzeczki, kłócą się między innymi o to, u kogo z nich ja mam spać, kto kogo ma słuchać, o jakieś pieniądze. Zbieramy się i idziemy do knajpy z kolegami brata. Znów piwo i wódka. Później ktoś odwozi nas samochodem pod dom. Szybciutko rozkładam śpiwór w pokoju i próbuję zasnąć. Niestety pojawia się starszy brat i dochodzi do kolejnej kłótni rodzinnej. Matka próbuje ich rozdzielić, obrzucają się obelgami, dochodzi do rękoczynów. Od czasu do czasu któryś z braci wpada do pokoju i coś do mnie po ujgursku krzyczy. Rano powtórka z rozrywki.

Horgo - Yining
piątek, 22 VII 2005

O szóstej rano  pakuję się. Wręczam matce Gairata cepeliowski upominek i wychodzę z chłopakiem. W kiosku kupuje ćwiartkę wódki i dwa kubki. Tym razem już udaję, że piję. Taksówki na granice są po 1000T (40km). Zdzierstwo, ale Gairat stawia kurs. Jedziemy. Przejście otwierają dopiero o 8.10. Drobni przewoźnicy zabierają ludzi do tamożnej (200T), dalej kolejny bus do odprawy paszportowej (200T). Wszystko idzie OK. Teraz kolejny bus do przejścia chińskiego (250T). Mijamy salutujących żołnierzy w białych rękawiczkach smażących się ku chwale ojczyzny w dzisiejszym skwarze. W formularzu oświadczam, że jestem zdrów jak ryba, panienka zapoznaje się z zabezpieczeniami polskiego paszportu, mijam ostatnią bramkę (rentgen) i ... "Welcome to China!"
A zatem jestem w Kitaju, po 8 dniach podróży, zmęczony, ale szczęśliwy, że mam tę podróż za sobą. A przecież to dopiero początek mej drogi...
Horgo: Witajcie Chiny!

Na placu dopada mnie tłum cinkciarzy i taksówkarzy. Z chęcią sprzedadzą mi juany po 7.5Y/$. Z pogardą ich odpędzam. Tłumaczą mi, że właśnie spadł kurs dolara. Najgorsze jest to, że mieli rację!. A ja nic a nic im nie wierzyłem. Pod pozorem zakupów wymieniam na stoisku 20$ na 160Y i szukam transportu do Yining. Wszystkie te czynności wykonuję na wpół automatycznie, jestem na razie oszołomiony chińskimi widokami. Zewsząd krzyczą do mnie gigantyczne chińskie hieroglify, na straganach, co prawda, ta sama chińszczyzna co w Polsce, ale ileż tu Chińczyków!
Witajcie Chiny! Idę do centrum Horgo, to około 20 minut. Pod dworcem autobusowym stoją marszrutki, czy też busy, cena 10Y za 80-kilometrową przejażdżkę. Na drodze trochę riksz i motorów, poza tym polskie krajobrazy. No, może poza tym, że u nas nikomu by się nie chciało lepić glinianego muru między zagrodami... Siedzę obok ślicznej Chinki, studentki medycyny w Ałmacie. Haini chce być pediatrą a teraz jedzie do rodziny w Yining.

W Yiningu pakujemy się z panienką do taksówki, która zawozi nas na dworzec autobusowy. Haini kupuje dla mnie bilet do Kuczy na dzień następny: jest tylko jeden kurs dziennie o 10.00, tak jak mówi Pascal. Tylko cena nie ta! 143 juany. Jestem przybity. Jak tak dalej pójdzie, pójdę z torbami... Idę potem na wymienić dolary i załamuję się jeszcze bardziej: dziś kurs wynosi 8.02Y/$. A przez cała lata było 8.23Y! No nic, jakoś to przeżyję, mówię wychodząc z banku z plikiem czerwońców z Mao.
Youyi - najtańszy hotel według przewodnika jest na tyle blisko, że idę na piechotę. Na pierwszy rzut oka - zbyt porządny jak dla mnie. Negocjacje kończą się na 120Y (jedynka ze śniadaniem). To cholernie dużo, ale nie mam sił już chodzić po mieście za czymś tańszym. Jestem tak zarośnięty, tak przepocony i brudny, że jedynym moim marzeniem jest dostać się jak najszybciej do pokoju. Moje pierwsze żarcie

Szoruję się, przebieram i wypijam długo oczekiwaną kawę. No, teraz to co innego! Biorę aparat i idę polować na Chińczyków. Na razie się trochę się wstydzę - widok obcokrajowca wzbudza ich czujność a jeszcze ten aparat! A tu takie fajne widoczki: rząd Chinek czyszczących buty przechodniom, mechanicy naprawiający samochody, fryzjerki strzygące swych klientów... Niby zwyczajne obrazki, ale w egzotycznej oprawie. Przecież to dla nich jeździ się tak daleko...

W drodze na dworzec (musiałem się upewnić, czy wyjazd jest o 12.30 czasu pekińskiego czy lokalnego; wiele osób ma tu zegarki ustawione wg czasu pekińskiego!) oglądam takie właśnie sympatyczne widoki. Kolorowe stragany, smażalnie szaszłyków, a przede wszystkim dziesiątki barów i knajpek. Na razie decyduję się na śliwki (2Y/kg) i pomidory (1Y/kg). Wkrótce przełamuje wstyd przed zbłaźnieniem się przy jedzeniu pałeczkami i zamawiam coś zwanego "ken juchecho nju ho" czyli makaron z mięsem i jarzynami. Czuję baczne spojrzenia na sobie - ale jakoś daję sobie radę. Wracam do hotelu usatysfakcjonowany dniem.

Wciąż nie wiem, kiedy spotkam się z Jackiem. Z jego e-maila, który przeczytałem po wielu trudach (nie były zainstalowane składniki systemu potrzebne do obsługi poczty Interii i WP) wynika, że Marysia i Mariusz odłączyli się, i w niedzielę wracają z Kuczy do Pekinu. Naiwnie sądzę, że uda mi się z nimi spotkać...

Yining - Narat
sobota, 23 VII 2005

 Jaka szkoda, że muszę się stąd wynosić! Robię sobie zapas herbaty do autobusu i idę na śniadanie. Tym razem widzę, że najem się do woli: stół szwedzki. Kilka razy okrążam stół dookoła nakładając pełną tacę jedzenia i podpatrując miejscowych, co z czym mieszają. Z mojego punktu widzenia najważniejsze są kęsy białego ciasta. Wiem również - po fakcie - że najlepiej unikać drobiazgów: groszku i fasoli. Nie ma co liczyć na nóż i widelec!
Do godziny 10.00 sprawdzam pocztę w budynku po przeciwnej stronie ulicy. Na szczęście są mejle z domu, poprawia mi się nastrój. Ostatnie dni obfitowały w taką ilość wrażeń, że nawet nie zastanawiałem się, czy tu w Yining jest coś ciekawego do oglądania. Rzut oka do Pascala i widzę, że spokojnie mogę się zadowolić zwyczajnym spacerem po mieście. To, co zawsze mi się podobało to szerokie ulice i swoboda w wyborze przejścia na drugą stronę ;-) Kierowcy czytający te słowa niech się nie denerwują: naprawdę - jak dotąd - nie widziałem rozjechanych przechodniów ani w Damaszku, ani w Nowosybirsku czy Salonikach, ani tutaj.

Na płytę dworca wpuszcza się pasażerów dopiero, gdy podjedzie autobus. Wcześniej kisimy się w poczekalni. Szybko wyodrębniłem grupę ludzi, z którymi będę jechać - to Ujgurzy - i teraz się im przyglądam. Autobus jest z gatunku hotelowych, moja leżanka jest tuż przy drzwiach, będę miał dobrą widoczność i wielu gości ;-) W drodze do Kuczy Jeszcze tylko podwójna kontrola, czy nie wsiadł tu niewłaściwy pasażer i ruszamy. Po drodze widzę kilka meczetów - Ujgurzy to muzułmanie - nie zdążyłem ich sfotografować, nie szkodzi, będzie okazja w Kaszgarze.
Po 30 minutach docieramy na drugi dworzec autobusowy w ujgurskiej dzielnicy nędzy. Od razu życie zwolniło tempa. Czuję się jak na "moim" dworcu w Homs. Stoimy tu już od 40 minut, Nowi pasażerowie - głównie Ujgurzy - wchodzą i wychodzą z autobusu. Robią jakieś zakupy, pakują gigantyczne toboły, kłócą się o miejsca. Mężczyźni często z rzadką, rozczochraną brodą lub z "arafatowym" siwym zarostem noszą tradycyjne ubiory: biała, zwykle ozdobiona kolorowym haftem, koszula z pojedynczym guzikiem pod szyją i rozszerzanymi rękawami, długi, skórzany płaszcz (na pewno jest w nim dziś przewiewnie!), na głowach charakterystyczne czworokątne kolorowe czapeczki - często pięknie zdobione srebrną lub złotą nicią. Kobiety - w jasnych, pastelowych chustach, w zwiewnych i kolorowych sukniach. Kilka pasażerek mojego autobusu ma dłonie lub tylko końce palców umazane brązową farbą. To samo dotyczy ich kilkuletnich córek. Pewnie jakiś miejscowy zwyczaj. Wszyscy tu palą: kierowca, jego pomocnicy, pasażerowie... Sąsiedni autobus - zwykły - nie sypialny, jest równie egzotyczny: na dach wciągane są i pieczołowicie mocowane niezliczone ilości tobołów i worków. Zastanawiam się, czy to nie z tego dworca idą do Kuczy tańsze autobusy wspomniane w Pascalu? W drodze do Kuczy

Jakoś po dwóch godzinach wyjeżdżamy z miasta. Suniemy z prędkością 80 km/h drogą obsadzoną topolami. To najpopularniejszy gatunek drzew tutaj. Rośnie szybko a plaga alergii - jak widać - Chińczyków jeszcze nie dotknęła. Kierowca co chwilę naciska klakson, zmuszając innych do ustąpienia z drogi. Przy tej masie i prędkości zasada minimalizowania liczby manewrów jest chyba słuszna. Największą atrakcją na drodze - oprócz kolorowych motorikszy - są niewiarygodnie obładowane trzciną ciężarówki. Wyglądają z daleka tak, jakby zajmowały całą szerokość drogi. Zdarzają się i inne urokliwe obrazki: rowerzysta wiozący stado martwych gęsi dyndających na sznurku, lub pełna węglowych kęsów riksza.
W przerwie na posiłek podłączam się do lepiej wyglądającego Chińczyka (sportowy wygląd, camcorder w ręku) i na migi pokazuję mu, że zjem, to co on. Tym razem makaron jest dłuższy niż wczoraj, więc Chińczycy mają więcej zabawy za mną. Idąc za przykładem innych dolewam sobie ostrego sosu sojowego, zagryzam danie ząbkiem czosnku, o który upomniał się Chińczyk. Coraz bardziej lubię to chińskie jedzenie!

Ujgurskie jurty Skręcamy w stronę rzeki Yili. Dolina od razu staje się wąska i wije się między górami. Chłonę te widoki i obserwuję pasażerów. Niewiele mogę pogadać - wygląda na to, że nikt w autobusie nie mówi po angielsku.

Przystanek w górach przy malowniczym przełomie. Tu zatrzymują się rejsowe autobusy, jest tu trochę barów i warsztatów. Można się najeść baraniny, kupić miód lub popróbować kumysu (lepszy niż ten z Ułan Baator. Mój aparat wzbudza zainteresowanie Ujgura, robimy sobie nawzajem zdjęcia.

Czas w drogę. Najgorsze, że nie wiem, jak długo będzie trwała ta podróż. Facet na dworcu w Yining mówił o 15 godzinach, choć przewodnik wspomina o 22 godzinach. Inna rzecz, że tam mowa o 55Y za bilet na zwykły autobus. Ten jest sypialny, nie powinienem narzekać - koszt biletu obejmuje i hotel dla mnie :-) Gapię się przez uchylone okno na przełom rzeki i napatrzeć się nie mogę. Zakręt za zakrętem, zakole za zakolem. Powoli wjeżdżamy w głąb kilkudziesięciokilometrowej doliny wznosząc się coraz wyżej. Spojrzenie na mapę prowincji uświadamia mi, że to miejsce to jedna z największych atrakcji regionu. Ale kiedy ten przełom się skończy? Rzeka niesie wciąż duże ilości wody, zdarzają się małe kaskady, woda roztrzaskuje się o gigantyczne głazy, przepływa pod kamiennymi łukami uroczych mostów. Dla tych, których to bawi - niezłe miejsce na rafting lub spływ kajakowy. Czasem mijamy ujgurskie jurty. Występują tu w dwóch wersjach: turystycznej, z białego wojłoku ozdobione czerwonymi wzorami, oraz w wersji naturalnej, pokryte szarym "harcerskim" płótnem bez zbędnych ozdób. I jedne i drugie różnią się od jurt mongolskich: są bardziej spiczaste, a "czubek" jest podnoszony na drągu. W ger-campach dostrzegam zaparkowane 4WD - wozy: widać, że to miejsca dla mieszczańskiej klasy.
Mój pierwszy Ujgur Dojeżdżamy do przełęczy Adunkur Daban (2860m npm). Tu asfaltowa droga się kończy, ale jakby dla urozmaicenia przejazdu usypano co 10 metrów hałdy żwiru. Gorączkowo staram się wyliczyć, o której w nocy wylądujemy w Kuczy, rozmyślam, do kogo z pasażerów wprosić się na nocleg. Nie chcę przecież brać jedynki w hotelu na kilka godzin! Ale - nieoczekiwanie dla mnie - porzucamy dolinę i zaczynamy wspinać się na fenomenalnie wysoki grzbiet górski. Słońce już zaszło, tylko gdzieś w oddali jaśnieje kolorowa poświata. Światła autobusów i ciężarówek pełzają po zboczu jak robaczki świętojańskie. Przypomina mi się zeszłoroczna nocna droga do Moron. Tu został dodany nowy, pionowy wymiar. Droga czasem jest nie szersza niż autobus, odwracam więc wzrok od przepaści i liczę dni do wyjazdu z Chin... Mój boże, w co ja się wdałem? Oczywiście wszystko przez Rosję! Ze względów praktycznych określiłem datę powrotnej wizy tranzytowej na koniec ważności wizy chińskiej. W rezultacie nie dość, że muszę tu być jeszcze 29 dni to cała podróż zajmie mi ich blisko 50!

Jest w pół do pierwszej w nocy, wyjeżdżamy na grzbiet górski. Z obudowy silnika zaczyna wydobywać się dym, silnik rzęzi ostatkiem sił. Pomocnik kierowcy używając rurki uzupełnia wodę w chłodnicy. Odbywa się to podczas jazdy, bez zatrzymywania pojazdu... Wokół surowe, górskie pejzaże: nagie skały pozbawione roślinności. Jesteśmy na wysokości około 3000m i wciąż się wspinamy. Nieco dalej na północ, równolegle do drogi biegnie skalisty grzbiet Borohoro Szan. Tam najwyższe szczyty sięgają 5.500 metrów. Te ponure krajobrazy ożywia w pewnym momencie stado jaków na łące: tak, prawdziwych jaków, "made in China".

Świt. W drodze do Kuczy Dopytuję kierowcy, kiedy będziemy w Kuczy. Uprzejmie odpowiada - tyle, że po chińsku - popierając swe słowa pokazaniem dwóch palców i kręceniem kółek na tarczy mojego zegarka. Niestety nie zwróciłem uwagi, których palców użył. Po kolejnych kilku godzinach drogi wśród poszarpanych skał i uedów, dochodzę do wniosku, że było to "8" a nie"2". Uspokojony, że nie będę musiał szukać w nocy hotelu, usiłuję usnąć. Ale to niemożliwe: silnik ryczy, autobus szarpie, podrzuca na wertepach, czasem musimy zawracać w poszukiwaniu lepszej drogi. Kiedyś droga tu będzie wyśmienita, dziś roboty prowadzone są chińskim "szerokim frontem": zamiast stopniowo modernizować drogę, rozpoczęto pracę na długości może 100 kilometrów, wszędzie pozaczynane są prace betoniarskie, lecz żaden most nie jest jednak dokończony, tak jakby zabrakło betonu lub stali zbrojeniowej. Dokuczliwe zimno, pełen żołądek i smród materacy i koców, pod którymi leżymy, to niezbyt piękna strona tej nocy. Ale te surowe, pustynne krajobrazy towarzyszące nam w nocy, a później soczysto-zielone hale wysokogórskie, które dostrzegam w rzedniejącym mroku doskonale rekompensują trudy tej drogi.

Korla - Kucza
niedziela, 24 VII 2005

Podróż bez końca... Czuję się zupełnie jak podczas zeszłorocznej drogi do Moron: niby tak blisko, raptem kilkaset kilometrów a tak daleko. I nikt nie wie, kiedy będziemy na miejscu.
Wreszcie wjechaliśmy na główną drogę Urumczi - Kaszgar. Jedziemy doliną rzeki Konqi He w malowniczym skalistym otoczeniu. Złoszczę się, bo akumulatorki się skończyły i nie mogę robić zdjęć w tych przepięknych miejscach. Asfaltowej drodze towarzyszy linia kolejowa otwarta kilkanaście lat temu. Niewątpliwie ma znaczenie strategiczne: żółte tablice rozmieszczone wzdłuż torów co kilkadziesiąt metrów ostrzegają zapewne o możliwości napotkania zmasowanego ognia karabinów maszynowych w razie próby zbliżenia się do nasypu.

Mijają kolejne godziny, już wiem, że w Kuczy będziemy o 13.00 ( w rzeczywistości byliśmy o...17.00), że raczej nie spotkam się z Martyną i Mariuszem. Przejeżdżamy obok Korli - dużego miasta (jak na tę prowincję), potem zjadamy posiłek w przydrożnym barze. Cena 8Y wzbudza gniew starego Ujgura, krzyczy i wygraża kelnerce. Ja jestem zadowolony, że już zjadłem - tym razem makaron był półmetrowy... Biorę z plecaka nowe akumulatorki, jedziemy dalej.

Kucza: za bramą inny świat... Za oknem kolejna atrakcja - słona pustynia: z pewnej odległości wygląda jak przyprószona pierwszym październikowym śniegiem. Ale to pozór: na wyschniętej popękanej glebie wykrystalizowała cienka warstwa soli. Takla Makan nie raz jeszcze mnie zadziwi. Pierwszy jej skrawek, który teraz widzimy pokryty jest rzadkimi słonoroślami, ale zobaczę i inne jej twarze: kamienistą hamadę i niezmierzone morze piasku...

W końcu Kucza. Biorę plecak i, bez specjalnych pożegnań z ludźmi, z którymi spędziłem ostatnie 30 godzin, idę do kas biletowych. Do Kaszgaru dziś nie pojadę, nie ma połączeń autobusowych. To znaczy - pewno są autobusy przelotowe, ale rozmowa na ich temat - przekracza nasze językowe możliwości. Że też się nie uczyłem chińskiego... Zgłasza się do mnie dwudziestokilkuletnia Abby ze swą przyjaciółką oferując swą pomoc. Prowadzą mnie do hotelu - zostawiam tu bety i jadę wraz z nimi na dworzec kolejowy (autobus #6, 1Y). Dziewczyny biorą bilety do Urumczi na jutro, do Kaszgaru biletów nie ma aż do jutrzejszego wieczoru. Ale to nic, decyduję się bilet bez miejscówki o 5.00 rano (99Y). Namawiam Chinki na zwiedzanie Ancient City (autobus #1) w dzielnicy muzułmańskiej. Kucza: meczet

Przejście przez most i dwie bramy to wkroczenie w zupełnie inny świat - wzdłuż ulic ciągną się sklepiki i warsztaty, piętrzą się stosy blaszanych wyrobów, kosze z przyprawami, worki z nasionami i barwnikami. Po ulicach chodzą kobiety ubrane w tradycyjne barwne - choć czasem i czarne - suknie, na głowie chusty; mężczyźni na ogół w wytartych, znoszonych marynarkach i kolorowych czapeczkach. Na placu dziesiątki straganów z owocami i mięsem ćwiartowanym na oczach klienta. Sprzedawcy zachwalają swe placuszki, naleśniki i szaszłyki, przekrzykują się wzajemnie. Idziemy w stronę Wielkiego Meczetu - jest on drugim co do wielkości w Xinjiangu - ale nie robi oszałamiającego wrażenia. Być może zmieniłbym zdanie po uiszczeniu opłaty 10Y, która otworzyłaby wrota do świątyni. Moje współzwiedzaczki również nie palą się do tego, podejmujemy próbę odszukania resztek starożytnego miasta. Miejscowi udzielają wymijających odpowiedzi - że daleko, że niebezpiecznie, że trudno znaleźć... Dziewczyny się poddają i wracają do swojego hotelu. Ja biorę sadzone jajka na patyku i kręcę się po placu. Jest już zmierzch i rzeczywiście trudno szukać tych ruin. Ale ten "bliskowschodni" zgiełk całkowicie dziś mnie usatysfakcjonował.

Wracam do hotelu, tłumaczę, że rezygnuję z noclegu i idę tylko do pokoju wziąć prysznic i przeprać rzeczy. Autobusy miejskie już nie jeżdżą - jest północ, biorę tuk-tuka, który z rykiem odrzutowca mknie po nieoświetlonych ulicach na dworzec. Kilka godzin w oczekiwaniu na pociąg spędzam początkowo na rozmowach z młodymi Ujgurami, później przy całonocnym straganie. Siedząc w dworcowej poczekalni otwieranej na godzinę przed nadejściem pociągu, poznałem Brada ze Stanów. Podobno po Chinach jeździ już dwa miesiące a wcześniej pół roku spędził w Indiach. Hm. Fajnie. Tu w Chinach wciąż będę spotykać ludzi spędzających w drodze po kilka miesięcy. Piękna sprawa dla młodych ludzi - jeśli się nie ma pracy, rodziny i innych obowiązków życiowych.

Liczebniki ujgurskie:
1 - bir
2 - ikki
3 - uch
4 - tut
5 - besh
6 - alte
7 - yetto
8 - sekkiz
9 - tok'kuz
10 - un
dzień dobry - essalamu eleikum
jak się masz? - yahshimusiz

Kucza - Kaszgar
poniedziałek, 25 VII 2005

Moje obawy o bezsenną noc  spędzoną na stojąco w zatłoczonym pociągu okazały się niepotrzebne. Chińska kolejarka zgromadziła bezbiletowych miejscowych pasażerów w jednym miejscu na peronie i rzuciliśmy się do wskazanych dwóch wagonów. Tu po raz pierwszy spotkałem się z brzydkim zachowaniem Chińczyków. 20-letnia panienka śpiąca na dwóch fotelach nie chciała ustąpić Bradowi miejsca. Bambus jej w oko! Przeprosiłem innego śpiącego i siadłem. Po chwili praktycznie wszyscy znaleźli sobie miejsca. Wkrótce się rozwidniło i zamiast się wyspać do końca, przyglądałem się pustynnym krajobrazom i okolicznym górom.

Jak na razie nie doświadczyłem wrażeń nieobcych innym podróżującym pociągami po Chinach: plucia, charkania, sypania śmieci na podłogę itp. Być może dlatego, iż pociąg był pospieszny a wagon zajmowała głównie "komórkowa" młodzież chińska. W wagonie były kąciki do mycia, dwa WC-ty z dziurą w podłodze, i co najważniejsze, maszyna z wrzątkiem. Kursowałem więc co chwilę a to po herbatę, a to po kawę, lub po chińską zupkę. Raz czy dwa razy udało mi się dostrzec ośnieżone szczyty Tian Szan na horyzoncie. Linia kolejowa poprowadzona jest szeroką doliną rzeki Tarym, ale w pewnym momencie oddala się od gór i krajobraz nie był zbyt urozmaicony.

Kaszgar: gazetka ścienna W Kaszgarze naganiacze zaciągnęli nas do darmowego busa jadącego pod Hotel Seman. Brad wybrał pokój z łazienką za 30Y, ja tańszy wariant toaletą publiczną (25Y).

Sprawdziłem od razu pocztę w hotelowym internecie - niestety Jacek kilka godzin wcześniej wyjechał z miasta nad jezioro Karakul. Co gorsza, będzie się starał o uzyskanie na granicy kilkudniowej wizy pakistańskiej. Hm... Na razie odświeżyłem się i ruszyłem "w miasto". Główną osią komunikacyjną jest Renmin Lu, szybko znalazłem się przy Old City (Gucheng). Tu, w dzielnicy muzułmańskiej zamieszkałej przez Ujgurów czas zatrzymał się przed laty...

Moje pierwsze kroki w Gucheng były wyjątkowo nieśmiałe. Praktycznie żywej duszy, ślepe uliczki, podwórka z domownikami przy ich obowiązkach... Czułem się jak intruz podglądający i fotografujący ich życie prywatne. Ale po chwili zobaczyłem wycieczkę Japończyków, którzy w ślad za swoją przewodniczką włazili na wybrane podwórka fotografując wszystko, co się dało. Pozbyłem się i ja zahamowań... Wędrówka po tych zakamarkach była czystą przyjemnością. Wydostałem się nad rzekę, stąd dwa kroki było na bazar. Widziałem tych wschodnich bazarów już trochę (Aleppo, Damaszek, Istambuł, Fez, Meknes, Casablanca, Ułan Bator), ale ten był naprawdę imponujący, jeśli chodzi o ilość towaru. A przecież nie była to słynna niedziela targowa, lecz zwykły handlowy dzień... Kaszgar: Stare Miasto Spacerowałem więc po uliczkach i całych kwartałach z materiałami, z dywanami, z butami, z przyprawami, z wyrobami rękodzieła artystycznego. Przy stoisku korzennym sprzedawca wyjaśniał mi jak rozpoznawać dobry i słaby szafran, inny namawiał mnie na suszone węże lub choćby żaby - wystarczy je sproszkować, zalać alkoholem, i już gotowa nalewka na wszelkie reumatyczne dolegliwości. Ja jednak byłem bardziej zainteresowany żeń-szeniem w cenie 300Y/kg, ale jakoś nie chcieli mi sprzedać jednego korzonka :-( Sympatycznie wyglądała scenka, gdy sprzedawca używając archaicznej asymetrycznej wagi odważał miejscowej piękności różne specyfiki mające poprawić cerę i jakość włosów. Namawiali mnie ile wlezie, jednak byłem tego dnia mało zdecydowany na jakiekolwiek pamiątki i bardzo nieufny, jeśli chodzi o poziom cen.

Powędrowałem znów dalej przez most nad Tumanem, rzeczką niosącą brudnoszare wody. To miejsce jest zajęte przez biedniejszą część sprzedawców. Oferują bardzo skromne towary, jakieś spinki, paski skórzane do zegarków, plastikowe autka, itd. Ale zdarzają się i bardziej oryginalne wyroby, jak choćby pieczątki z ptasich piór do odciskania wzorków w chlebie.

Siadłem sobie w końcu w "punkcie gastronomicznym", kupiłem gorące pierożki z baraniną na ostro i chłonąłem oczami bazarowe życie. Tuż przed zmierzchem ruszyłem w drogę powrotną do hotelu. Ku mojemu zaskoczeniu w tych wszystkich malutkich warsztatach wciąż trwała praca. Małe dzieci oferowały przechodniom gotowane ziemniaki w mundurkach, sprzedawcy szaszłyków wciąż rozniecali żar przy pomocy wielkich arkuszy blachy. Skusiłem się i wstąpiłem na małe żarełko za 3.5Y. Jak zawsze poruszenie w sali, gdy w knajpie znajdzie się obcy białas... W dzielnicy "miejskiej", tuż przy moim hotelu znajduje się supermarket. Trafiłem tu na pyszne lody po 3Y i ilekroć tędy przechodzę - pozwalam sobie na taką półlitrową przyjemność. Wieczorem przegrywam na cd pierwszą część moich zdjęć (25Y).

Kaszgar
wtorek, 26 VII 2005


Siedzę teraz na miękkich dywanach meczetu Id Kah. Czerwień dywanów kontrastuje z zielonymi słupami podtrzymującymi dachy podcieni. Po świątyni snują się grupki głośno zachowujących się Koreańczyków. Do meczetu wszedłem przez imponującą żółto-białą bramę. Główny budynek, podobno z 1442 roku, położony jest w gęsto zadrzewionym parku z sadzawkami. Wewnątrz meczetu - pustki, ozdobny tron-krzesło jest jedynym miejscem, gdzie gromadzą się turyści. Warto jeszcze rzucić okiem na pięknie rzeźbione drewniane sufity przed wejściem. Całość może trochę rozczarowywać, lecz jest to dobre miejsce by odpocząć w cieniu i w ciszy: poza murami rozbrzmiewa wszechobecny gwar a żar leje się z bezchmurnego nieba.

Wyszedłem z meczetu Id Kah i znów znalazłem się na rozpalonym placu. Pozaglądałem w okoliczne zakamarki wyławiając wzrokiem co ładniejsze domy z rzeźbionymi ganeczkami i werandami, a następnie siadłem między jakimiś ujgurskimi obszarpańcami i przyglądałem się ulicznemu życiu. Kaszgar: meczet Id Kah

Kaszgaru nie da się zwiedzać. Trzeba się po nim po prostu włóczyć! Łazić po wąskich uliczkach starego miasta, przeciskać się między kramami i grillami, zaglądać na podwórka, by choć przez moment uczestniczyć w życiu domowników; można przyglądać się pracy rzemieślników wyrabiających miejscowe rękodzieło, drobnych producentów metalowych i drewnianych przedmiotów, szwaczek i szewców, szlifierzy obrabiających kawałki jadeitu, kowali i mechaników grzebiących w rozbebeszonych silnikach... Te wszystkie rzeczy powstają na oczach przechodniów, można przykucnąć i porozmawiać przy herbacie o technice, o warunkach pracy, o życiu w Chinach... To jest niesamowite, że te wszystkie wyroby dostępne na markecie powstają właśnie w takich małych fabryczkach czy wręcz w mieszkaniach Starego Miasta w Kashi. Z przyjemniejszych stron tego włóczenia się po Kaszgarze trzeba wymienić uliczne jedzenie. Te tysiące barów, knajpek, straganów z rusztem i szaszłykami, z gotowanymi kukurydzami, pieczonymi figami, nadziewanymi baraniną ciastkami, te wszystkie soczki z lodem, kumys i czaj tak bardzo kuszą, by spróbować ich choćby trochę...

W hotelu wciąż brak wiadomości od Jacka. Kaszgar: meczet Id KahRano zostawiłem u niego w hotelu kartkę i rozmawiałem z kolegą Holendra, z którym pojechał nad jezioro Karakul. Bardzo żałuję, że rozminęliśmy się ledwie o kilka godzin. Uznałem, że nie ma sensu jechać za nim w ciemno, gdy nie wiadomo było, czy to nie "One-day trip" i czy stamtąd nie ruszył ku pakistańskiej granicy. No szkoda. Wiem, że na początku zawaliłem, spóźniłem się o tydzień, Jacek w końcu spodziewał się, że będziemy podróżować razem, ale teraz, hm, pojechał z Holendrem. C'est la vie.

Odświeżyłem się w budzącej grozę hotelowej toalecie i pojechałem zobaczyć meczet z grobowcem Abacha Chodży (Apak Hoja Tomb). Miejsce to zlokalizowane jest w północno-wschodnim Kaszgarze, autobus #20 dowiózł mnie tam w pół godziny. Oczywiście wstęp płatny (15Y), próbuję zdobyć obiekt od tyłu. Jak się okazało - bezskutecznie: wszędzie wysokie mury. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Trafiłem bowiem na kilka opustoszałych o tej porze cmentarzy muzułmańskich. Ku mojemu zaskoczeniu były to gliniane grobowce w kształcie kopców i trumien równo ułożonych rządkami. W niektórych kopcach znajdowały się otwory - pewnie dla wentylacji. Zupełnie inne grobowce spotykałem w arabskim Damaszku a jeszcze inne w Fezie.
Kaszgar: meczet Id Kah Muszę powiedzieć, że widok równo ułożonych grobowców o tak niezwykłych kształtach zrobił na mnie bardzo miłe wrażenie (jeśli można mówić o miłym wrażeniu na cmentarzu). Szkoda, że nie było tam nikogo, kto by mi powiedział czyje były grobowce wyróżnione białymi i lazurowymi kafelkami. Wróciłem do głównego wejścia, zapłaciłem za bilet. I stwierdzam, że absolutnie warto wydać te 4 złote, by zobaczyć meczet w całej okazałości a nie tylko czubki minaretów "zza płota". Nie wiem, z którego wieku jest ten meczet (ten i inne), ale to nieważne. Te wszystkie ozdoby na minaretach, lśniące w słońcu kolorowe kafelki, te roślinne esy-floresy na ścianach, misternie zdobione bramy i okna, drewniane sufity wyglądają tak baśniowo, że przestaje się liczyć wiek w latach. Mówiąc prawdę nauczyłem się wartościować zabytki kultury według ich wieku: im starsze tym cenniejsze. A przecież to nie zawsze jest prawdą. A także to, co najcenniejsze nie zawsze przybiera atrakcyjną dla oka turysty formę. Oczywiście, zawsze będę pełen uznania dla starożytnych cywilizacji - tych europejskich. Zawsze sobie porównuję ich ówczesne dokonania na tle rozwoju polskich czy słowiańskich ziem...
Wracając do meczetów, sądzę, że dla większości Europejczyków, czy też prościej - ludzi spoza kultury islamskiej, problem polega na tym, że nie potrafimy przypisać do budowli arabskiej lub muzułmańskiej konkretnego stylu czy też epoki. Widząc strzelisty kościół gotycki w Polsce czy we Francji łatwiej umiejscawiamy go w czasie. A tu... po prostu się musi podobać lub nie... Kaszgar: Ujgurzy

Grobowiec Abacha Chodży jest naprawdę olśniewający: potężna prostokątna brama wejściowa, w rogach cztery stożkowate wieżyczki, centralnie umieszczona kopuła. Ściany i dachy pokryte są żółtymi, brązowymi i zielonymi płytkami ceramicznymi. Tych ostatnich jest najwięcej i właśnie ta zieleń nadaje budynkowi niepowtarzalny urok. Do mauzoleum mogą wchodzić kobiety i mężczyźni, robić zdjęć w zasadzie nie wolno ;-) Wewnątrz - nakryte kolorowymi narzutami grobowce dostojnych przywódców religijnych. I znów zabrakło mi informacji z przewodnika o tym miejscu. Nic to, wzorem poprzednich lat wszystko doczytam po powrocie.
Oprócz głównego mauzoleum znajdują się tu jeszcze inne, starsze obiekty - Wysoki Meczet to niewielki budynek przy bramie wejściowej do kompleksu. Drewniane kolumny i stropy portyku były tu kiedyś bardzo kolorowe, dziś - farba poodpadała i zblakła, trwa ich renowacja. Część kapiteli kolumn jest już odnowiona, zachwycają kunsztem polichromii. Sąsiadujący budynek to Niski Meczet - niestety zamknięty. Poszedłem więc odpocząć do ogrodów. Sympatyczne miejsce z pergolami pełnymi dojrzewających winogron, kwiatami i ozdobnymi krzewami. Rzuciłem jeszcze okiem na maleńki Zielony Meczet, spacer wzdłuż kamiennych arkad, i zatrzymałem się na chwilę przed zachodnią stroną Wysokiego Meczetu, tu obejrzałem ukryty pod portykiem kolorowy minbar - odpowiednik naszej kazalnicy. Kaszgar: współczesne wyroby rzemieślnicze

W drodze powrotnej wysiadłem przy bazarze - pomyślałem sobie, że przyjemnie by było mieć jakieś pamiątki właśnie z Kaszgaru. Z chęcią kupowałbym tu dużo rzeczy, ale nie mogę przecież nadmiernie obładowywać plecaka już na samym początku swej chińskiej drogi. Włóczyłem się więc po bazarze wte i wewte uprzejmie zgadzając się na oglądanie zachwalanego towaru. W końcu pod wpływem impulsu kupiłem jedwabny szal. Ostro targowałem się a nawet udało mi się wcisną sprzedawcy 200 kazachskich tenge.
I znów poszedłem uliczkami starego miasta. Minąłem wiecznie zatłoczony plac przed Id Kah, zapuściłem się w zachodnią część ulicznego labiryntu, który nie dość dokładnie spenetrowałem poprzedniego dnia. Śmiać mi się chciało w pewnym momencie z moich wczorajszych obaw, kiedy nie wiedząc, czy można, czy nie można, pierwszy raz zapuszczałem się do Starego Miasta... Dziś łaziłem do upadłego trzaskając zdjęcia na prawo i lewo. W końcu przyłapał mnie jakiś Ujgur i kazał mi kupić białą ujgurską koszulę. Czy mogłem mu odmówić? Ale czy zarobił na niej, tego już nie jestem pewien... Około 22.00 dotarłem do hotelu. Akurat rozszalała się nad Kaszgarem burza, woda natychmiast zalała ulice. Takie oberwanie chmury jest tu zdaje się rzadkością i mieszkańcy zaczęli biegać na bosaka...

Yarkant - Kargilik
środa, 27 VII 2005

 Dziś ostatnia szansa dla Jacka, by się odezwał. Niestety, w mojej skrzynce brak mejli od niego. Na szczęście mam wiadomości od kochanej żony...
Idę na dworzec - jest autobus do Yarkand o 10.10. OK, pojadę do Hotanu na raty. Droga prowadzi znów skrajem Takla Makan. Monotonny krajobraz. W jednej z glinianych wiosek zatrzymujemy się na chwilę - kupuję kukurydzę i placki chlebowe. Te ostatnie trzeba zjadać póki pięknie pachną racuchami i są puszyste. W Yarkand - małe komplikacje: w kasie mówią mi, że do Hotanu nie ma dziś autobusu, g...... prawda, będzie przecież przelotowy autobus z Kaszgaru, ale jak się dowiedzieć, gdzie i kiedy się zatrzymuje? Nie ma nawet autobusów do Kargilik, trochę to dziwne, bo przewodniki mówią o 5 kursach dziennie. Umawiam się więc z taksówkarzem na kurs do Kargilik, stamtąd mają być często autobusy do Hotanu. OK, za 50Y mnie weźmie. He, he, poczekamy na komplet pasażerów. Yarkand: meczet Chcę jeszcze zwiedzić miasto - zostawiam więc bety po sąsiedzku w punkcie telefonicznym ;-), biorę motocykl za 1Y, by mnie zawiózł do meczetu Ałtyn. To spory kawałek od dworca, mkniemy główną ulicą z zawrotną prędkością 40 kilometrów na godzinę. Potem wciskamy się w wąskie uliczki z oślimi zaprzęgami i straganami. Zajeżdżamy z fasonem na podwórze, mój kierowca będzie czekał, aż obejrzę meczet i grobowiec Aman Isa Chan ustawiony obok. Oczywiście po chwili biegnie za mną cieć z biletem, muszę znów zapłacić 10Y.
Zaczynam od naprawdę atrakcyjnego grobowca XVI-wiecznej poetki. Jest bogato zdobiony, wszędzie kolorowa ceramika, wewnątrz duży nagrobek. Dalej meczet: wieżyczki jego minaretów tak ślicznie wyglądają na tle błękitnego nieba... Zaglądam później na dziedziniec, tu pustki, tylko samotny muzułmanin modli się przed zewnętrznym mihrabem , oglądam arcyciekawe tablice na ścianach, szkoda, że nie znam ujgurskiego... Mój kierowca chciałby już wracać, ale nic z tego. Musze jeszcze zobaczyć piękną miejską bramę po przeciwnej stronie ulicy.

Wracamy na dworzec. Właśnie ubierał się komplet pasażerów do taksówki i po krótkich targach (czy aby mnie nie oszwabią?) - jadę za 8Y. Godzinna jazda do Kargilik zlatuje szybko. Na dworcu stoi właśnie autobus do Hotan, rzucam się po bilety razem z jakąś Amerykanką, pędzimy do autobusu i wówczas się wyjaśnia, że pojedziemy dopiero za dwie godziny. Wyjątkowo na biletach w Kargilik godziny odjazdu są podane w miejscowym czasie.
Namawiam Cressicę, która - jak się okazuje - dwa lata siedzi w Chinach i mówi po chińsku, na spacer do meczetu Dżama Masdżid (Meczet Piątkowy).
Yarkand: meczet Yarkand: meczet
Jak się okazuje, jest on położony dość daleko, na miejsce przybywamy więc nieco zziajani. Wokół meczetu tłumy, przed nim - jak to często bywa - zlokalizowany jest bazar. Sam meczet, takie przynajmniej odniosłem wrażenie, jest mniej atrakcyjny od tamtego - w Yarkand. Młodzież męska właśnie zbiera się na pięterku jednego z dwóch minaretów, w ręku trzymają książki i notatniki, wygląda na to, że idą wkuwać wersy z Koranu. Zaglądam jeszcze na dziedziniec, Cressica czeka przed wejściem.
Kargilik: meczet Kargilk: meczet

Znów droga przez pustynię, coś tam rozmawiamy ze sobą, ale większość czasu przesypiam. Przystanek w jakiejś oazie. Mężczyźni wyładowują coś z bagażnika, gdzie leżą nasze plecaki. Jest to olbrzymi mimośród lub jakaś inna gigantyczna część do ciężarówki. Plecak Amerykanki jest cały wypaprany smarem, mój tylko zakurzony. Dziewczyna jest maksymalnie zezłoszczona, w dalszej drodze pochlipuje cichutko, mówi, że ma wszystkiego dosyć, z Hotanu leci do Urumczi i dalej do Hongkongu... Rozumiem ją. Ma akurat trudne dni, ma prawo sobie popłakać w obliczu takiej niefrasobliwości i nieodpowiedzialności Chińczyków...
Takla Makan: zerwany most Jedziemy. Połykamy kilometry pustyni, dziesiątki i setki... W pewnym momencie natykamy się na kolejkę kilkudziesięciu tirów i cystern. Woda zerwała most na rzece, transport odbywa się po prowizorycznym moście o małej nośności. W rzece tkwi kilka cystern należących do śmiałków, którzy próbowali sforsować rzekę...
Jedziemy dalej. Znów, na przemian pustynia i oazy. Do Hotanu zajeżdżamy o 22.00. i bierzemy taksówkę do hotelu. Hetian Yinbinguan ma dormy po 20Y. Śpimy z Amerykaninem, Stevem. Ma szczęście dziewczyna, trafiła na swojego, Kalifornijczyka. Ja natomiast na schodach spotykam "moje" Mołdawianki. I ja i one cieszymy się na swój widok. Rozmowa w egzotycznym języku wzbudza refleksje zaintrygowanej Cressici: "I'm so ignorant", stwierdza. W porządku, ty znasz chiński, ja rosyjski ;-)

Hotan
czwartek, 28 VII 2005

Amerykanie śpią, po cichutku zbieram się i wychodzę z hotelu. Muszę kupić bilet do Qiemo. Na dworcu okazuje się, że autobusy jadące na wschód (i na południe) odjeżdżają z innego miejsca: położonego kilkanaście kilometrów bardziej na wschód dworca Lop Biket (autobus #2, 10, 5). Po drodze poznaję Ableeza - sympatycznego kapitana PLA. Opowiada mi o swojej służbie, to jego 6 rok w armii, w ten sposób spłaca swój dług wobec państwa, które zafundowało mu wykształcenie. Nie za bardzo jest zadowolony z tego oficerskiego życia. Mówi, ze mundur nie ułatwia mu życia tutaj - w kraju Ujgurów. Stacjonuje w Hotanie, odprawia właśnie do innego garnizonu swojego żołnierza odbywającego powszechną dwuletnią służbę. Jest zapalonym turystą, w zeszłym roku przeszedł Ałtaj wzdłuż i wszerz... Wymieniamy się mejlami, zachęca mnie do górskich wycieczek po Xinjiangu. "Może się kiedyś wybierzemy razem" - mówi przy pożegnaniu. OK. Hotan: targ

Bilet do Qiemo mam na jutro, zostaję więc w hotelu na jeszcze jedną noc. Obiecałem Mołdawiankom, że skorzystają z pomocy Cressici w znalezieniu drogi do Malikewate Gucheng - wspominanego w przewodniku starożytnego miasta. Moich współspaczy już nie ma, przeprowadzam więc sam rozpoznanie. Po chwili dziewczyny już wiedzą jak dojechać do ruin. Problem z nimi polega na tym, że nie tylko nie znają (prawie) angielskiego, ale przede wszystkim nie mają pieniędzy i jeżdżą po Chinach stopem! Nawet w tym hotelu płacą po 10Y a nie 20 jak my! Podziwiam je! To mi się podoba! Żegnamy się.

Idę na miejski targ, kręcę się tu i ówdzie. Na to by odwiedzić fabryczkę dywanów zlokalizowaną kilka kilometrów za miastem nie miałem ani sił ani ochoty. Muszę się zadowolić wspomnieniami z Kurdystanu. Do ruin Malikewate odległych od Hotanu o 25 km też mi się nie chce jechać. Może i pojechałbym z Mołdawiankami współdzieloną taksówką, ale wiadomo: to za drogo dla nich. W ogóle jestem wściekły na Chińczyków: ich komputery w internet-cafe są bez twardych dysków, nie mogę otworzyć załączników w Wordzie, nie umiem ustawić po chińsku akceptacji cookies, by czytać listy z Wirtualnej Polski... Poza tym to podwajanie cen! Za wszystko, co chcę kupić! Czy ja wyglądam na Amerykanina?

Hotan - Keriya
piątek, 29 VII 2005

Chińczycy są nie do wytrzymania z tym śmieceniem. Wyrzucają śmieci gdzie popadnie, odpadki pod stół, butelki przez okno, pod prysznicem aż kolorowo od opakowań po jednoporcjowych szamponach. Normalny Europejczyk zbiera łupiny lub skórki na kupkę, i jeśli nie znajdzie kosza - zostawi śmieci przynajmniej w woreczku. Chińczyk zostawi po sobie chlew. Gdy pomyślę, że codziennie przy drodze pojawia się 1.300.000.000 nowych PET-ów - robi mi się niedobrze. Inna przywara Chińczyków - spluwanie i charkanie - przynajmniej w tej części kraju nie jest aż tak bardzo odczuwalna. Ale zdarza się, że elegancka para Hanów wychodzi z hotelu i on "hrrghhh! hhrrhhrg!" na prawo, a ona "krrghhhh! krrrrghhh!" na lewo... Powszechną czynnością wśród mężczyzn jest natomiast palenie; zdaje się, że nie zauważyłem - jak dotąd - ani jednej kobiety z papierosem. Palą wszędzie: na ulicy, w knajpie, także w autobusie. I z pewnością popielniczki to nie chiński wynalazek... Hotan:kup pan kratę!

Jak na razie byłem tylko w małych miastach - nawet Kaszgar ma tylko 400 tysięcy mieszkańców, które czynią go w warunkach chińskich większą wioską. Ale widzę, że tu kodeks drogowy, jeśli nawet istnieje, to jest swoiście pojmowany. Obowiązuje swoista "zasada dziobania". Przed autobusem w każdej sytuacji musi ustąpić furgon, przed furgonem - samochód osobowy, przed nim z kolei - motocykl, riksze i rowery. Piesi zamykają tę listę. Starszeństwo wymuszane jest klaksonem i zdecydowanymi manewrami. Na przeciętnej ulicy nie istnieje pojęcie pasów ruchu: pojazdy wymijają się raz z prawej, raz z lewej strony. Powszechna jest jazda pod prąd i skręcanie w lewo przed centralną wysepką na skrzyżowaniu z ruchem okrężnym. Kierowcy trąbią na wszystko, co się rusza a na pustej drodze - ot tak, dla przyjemności. W miastach takich jak Hotan czy Kaszgar komunikacja miejska jest dobrze zorganizowana i tania. Co prawda brak rozkładów jazdy na przystankach, a i same przystanki są czasem wirtualne, ale autobusy kursują często - przynajmniej na głównych trasach. Alternatywą dla komunikacji zbiorowej są riksze, motoriksze i oczywiście taksówki, które trąbią i podjeżdżają do każdego turysty. Mi jednak najbardziej spodobał się transport motocyklowy. Panowie w kaskach gromadzą się na postojach lub krążą po ulicach w poszukiwaniu klienta. Kobiety-pasażerki, ze względów obyczajowych, siadają nie okrakiem lecz bokiem, lekko tylko przytrzymując się kierowcy. Hotan: mały Ujgur

Życie w dzielnicach handlowych jest hałaśliwe i barwne. Sprzedawcy wrzeszczą, dostawcy towarów trąbią ile wlezie by się przecisnąć do straganu. przestrzeń wypełnia niesamowita mieszanka zapachów z kuchni. Biały dym znad rusztów, na których przypiekana jest kukurydza i baranie szaszłyki unosi się nad ulicą przypominając mi atmosferę placu Jemma el Fna. Czy nie boję się ulicznego jedzenia? W zasadzie nie. Choć, gdy zobaczyłem jak pożółkłe ze starości kurczaki są odświeżane w miednicy z brudną wodą... Inna rzecz, że od wczoraj czuję dziwny ciężar w żołądku...

Dziś w drodze na dworzec Lop odkryłem "stary bazar". Przejeżdżałem tędy wczoraj, ale cały świat był zasłonięty strugami deszczu. Przy placu stoi meczet obstawiony stoiskami z pieczonymi baranami i kobietami handlującymi czymś mlekopodobnym w słoikach. Pomimo tego bazarowego zgiełku można odnieść wrażenie, że handlarze nie narzekają na nadmiar klientów. Często jednak praca sprzedawcy jest łączona z przygotowywaniem na miejscu towaru do sprzedaży: kury są zarzynane, skubane i patroszone, barany są obdzierane ze skóry, mięso ćwiartowane i wieszane na hakach. Muszę powiedzieć, że widok kilkudziesięciu głów owiec na stosie jest smutny. Na innych straganach przekupki łuskają orzechy włoskie. Później połówki są zgrabnie układane w piramidki na miseczkach i w tej postaci oferowane chętnym. Często przekupka ma ze sobą niemowlę lub podrośnięte dziecko, które jest już w stanie jej pomóc przy pracy. O tej porze - jest wczesny ranek - spotyka się śpiących sprzedawców na prowizorycznych leżankach lub na kartonach, pewnie przyjechali ze swym towarem z daleka i pozostają na bazarze do chwili pozbycia się ostatniego owocu. Ale wystarczy odejść nieco od tego zgiełku, a już życie zwalnia tempa. Mężczyźni siedzą w kucki przy drodze, rozmawiają lub grają w karty. Wyciągają przed dom łóżko, przygotowują herbatę i zapraszają sąsiadów na popołudniową sjestę. Hotan: małe Ujgurki

Droga do Qiemo. Autobus wyrusza prawie pusty, za miastem dosiada się tylko kilku pasażerów. Jedziemy porządną drogą przez pustynię. Według miejscowego czasu jest godzina 10.00, lecz słońce wciąż nie jest w stanie przedrzeć się przez warstwę niskich chmur. Wzdłuż drogi, co sto metrów rozstawione są tablice informujące o niebezpieczeństwie zabłądzenia w niezmierzonej płaskiej przestrzeni. Szosa wymaga nieustannej troski - w okresie deszczu woda wypełnia uedy, wylewa się tworząc szerokie rozlewiska podmywając nasyp, po którym poprowadzona jest droga. Dlatego przez cały czas trwają prace zabezpieczające: z użyciem koparek sypane są wały ochronne wzdłuż szosy. Nie wiem, ile godzin będziemy jechać do Qiemo. To 560 kilometrów, Pascalu piszą o dwóch dniach. Zobaczymy.

Trochę etnografii. Ujgurzy witają się na różne sposoby. Dziś zauważyłem taki: młodszy wyciąga jedną rękę, starszy obie, obaj pochylają się i delikatnie dotykają połówkami dłoni. Zwykle zaś jeden lekko nakrywa dłoń drugiego. Keriya: meczet

Na dworcu w Keriyi jakiś szczeniak zamyka moje okno i opuszcza zasłonki. Opieprzyłem go. Kierowca woła mnie do siebie i każe wyjść, pokazując na migi, że to koniec drogi na dziś. Trzeba poszukać sobie hotelu, i przenocować. A zatem Pascal nie kłamał... Idę więc za resztą pasażerów do dworcowego hotelu. Właściciel chce mi dać jedynkę z gigantycznym łożem, ja jednak protestuję i daję się położyć z dwójką Chińczyków podróżujących - co jest rzadkością - turystycznie (20Y). Zostawiam plecak w pokoju i idę "na miasto".
Keriya czyli Yutian to kolejne starożytne miasto na Jedwabnym Szlaku. Jednakże nic o nim nie wiem - Pascal milczy na jego temat. Najłatwiej zapytać kogoś, co tu jest interesującego. Ha, ha... zapytać można... No nic, oni są zupełnie odporni na angielski. W sąsiednim hotelu pytam o internet podając nazwę angielską i w pinyin. Panienka nie reaguje. Natomiast chłopcy na ulicy wskazują sąsiedni budynek... ROTFL! Oczywiście, znów mam problemy z ustawieniami Internet Explorerze, jak tu po chińsku ustawić akceptację cookies?! OK, w Polsce wciąż przepychanki w Sejmie i w afery polityczne. Dobrze, że jestem z daleka od tego. W ogóle nie myślę o polskich sprawach, wyjątek - rzecz jasna - to Beata i Sergiusz.

Po drodze, obok chińskiej poczty, trafiam na posterunek policji. Policjanci, jak to policjanci - ani me ani be po angielsku. Zapraszają do siebie, coś tam do mnie mówią, szczebioczą po swojemu, śmiejemy się głośno. Jeden z nich ma matkę Rosjankę, zna może dwa słowa po rosyjsku. Heh, a ja chciałem z nimi pogadać o historii miasta i zabytkach! Na szczęście wszyscy znamy również słowa "meczet" i "bazar", które po ujgursku brzmią tak samo jak po polsku dzięki arabskim korzeniom. Keriya: slumsy Mam więc co zwiedzać przez najbliższe dwie godziny. Szef policji bierze mnie do radiowozu i trąbiąc na wszystkich zawozi mnie pod meczet. Dziś jest piątek i właśnie ze świątyni wychodzą tłumy wiernych. Aż biało od czapek, turbanów i chałatów! Sam meczet względnie nowy, chociaż na dziedzińcu znacznie starsze drewniane podcienia. Wylewająca się z bramy rzeka mężczyzn kieruje się ku bazarowi. Niektórzy kupują owoce, inni żywo gestykulując rozmawiają ze swymi znajomymi. Daję się ponieść temu tłumowi... Wzdłuż drogi otoczonej barami i straganami płynie rzeka. Nadzy chłopcy kąpią się w jej brudnych wodach...

Przez mostek dostaję się na drugą stronę, krążę po krytym bazarze, pełno tu warsztatów krawieckich, mechanicznych, zegarmistrzowskich; jest tu szewc, spawacz i dentysta. Akurat grzebie w zębach Tadżykowi w wysokiej futrzanej czapie, której - pewnie z przyzwyczajenia - nie zdjął. Heh, dobrze, że poszedłem do dentysty przed wyjazdem... Warunki pracy są tu okropne. Ja tu nie chcę mówić o obozach pracy laogai, patrzę na to, jak pracują tu w Keriyi jej mieszkańcy: w warsztatach jest ciemno, duszno, brak warunków sanitarnych. Siedzi taka kobiecina w ciemnym korytarzu, zawoalowana cała i wytęża wzrok w swoje ściegi; kowal, cały wypaprany, rozgrzał właśnie jakiś żelazny detal, kuje zapamiętale w swej dusznej kanciapie... Te, dopiero co wyprodukowane towary, trafiają na inne stragany prowadzone przez jakichś wujków czy kuzynów.

Zgłodniałem. Idę do knajpy przy meczecie, pokazuję - jak zwykle - palcem, co chcę zjeść. Chinka przynosi mi łyżkę do kluseczek z mięsem: jestem oburzony! Biorę pałeczki i jem po swojemu ;-) W połowie posiłku poddaję się jednak - te kluseczki są wyjątkowo śliskie!
Keriya: muzułmanie "Moi" Chińczycy z pokoju trochę się spóźnili, przynieśli z sobą kilka kilogramów jakichś ćwierćszlachetnych kamieni. Później przez godziny o nich rozmawiają. Geolodzy, czy co? Tej przerwy w podróży do Qiemo nie przewidziałem. Ale nie szkodzi: jeszcze jedno miasto na Jedwabnym Szlaku. Dziś przeczytałem mejla od Jacka: wrócił do Kaszgaru nie otrzymawszy wizy pakistańskiej. Jedzie do... Golmudu południowym szlakiem. Zabawne... teraz ja go wyprzedzam o kilka dni.

No, dobrze. Mój plan na najbliższe dni jest taki: jechać uparcie do Golmudu prosto przez Ruoqiang lub dookoła przez Dunhuang (wówczas zwiedzam Mogao Ku). Stamtąd pociąg do Xiningu i trasa Małgosi Manieckiej do Chengdu. Dojazd do Golmudu to powiedzmy dwa-trzy noclegi, potem 7 dni do Chengdu. Po oglądnięciu Leshan i Emei zostałoby mi 12 dni w Chinach. W sam raz na dotarcie do Pekinu, wyskok nad Morze Żółte i wyjazd do Manzhouli. Heh! Żeby tylko dało się mi ten plan zrealizować... O boże, jestem dopiero 7.5 dnia w Chinach, to 1/4 czasu jaki tu mam spędzić, a czuję się jakbym był tu już miesiąc! Czy przetrwam ten czas? Hm, przede wszystkim nie zakładałem, że będę sam. Ale - przynajmniej jak na razie - nie doświadczam jakichś zasadniczych problemów z tym związanych. po drugie: na razie nie byłem w Chinach lecz w Kraju Ujgurów. Na tyle mnie zauroczyli swoim wyglądem i islamskimi akcentami, że jestem skłonny wybaczyć im zawyżanie cen. Po trzecie - poznawałem Chiny inne od tych, które widzą klienci LogosTouru i większość trampingowców jadących transsibem do Pekinu. Keriya: muzułmanin

No, dobrze, ale sam kraj? Hm... kraj biedny i prymitywny w tej części. Komórki i dostęp do internetu to maleńki przejaw zmian na lepsze. Gospodarka, przemysł, rolnictwo i handel prowadzone są tu tradycyjnymi metodami. Ale jak mówię - główny atut regionu - to ludzie. To tyle w podsumowaniu. Leżę w swym byle jakim hoteliku, na zewnątrz miejska szczekaczka podaje lokalne wiadomości. W pokoju jest brudno a umyć się nie ma gdzie. Chiny... Aaaa... byłbym zapomniał o jeszcze innym rodzaju podsumowania - finansowym, Otóż przez 8 dni wydawałem średnio 100Y dziennie. Myślę, że 40 zł na podróżowanie spanie, jedzenie i zwiedzanie to nie tak dużo. Określałem wstępnie wydatki na 10-15$/dzień i jak na razie mieszczę się w tych granicach. Mongolię przeżyłem taniej. Rumunię po 10€/dzień. Chyba nikt mi nie może zarzucić, że jeżdżę na drogie wycieczki!

I jeszcze jeden suplement do dnia dzisiejszego. "Moi" Chińczycy wyciągnęli mnie na jedzenie. Wzbraniałem się jak mogłem - dopiero co zjadłem obiad. Zapowiedziałem, że tylko chcę herbatę, oni zamówili bóg wie ile jedzenia, zaczęli mnie częstować. Niezbyt udawało mi się wykręcać od tego próbowania - a jedliśmy wszyscy z jednej misy - była jajecznica z pomidorami, wołowina z papryką i ryżem, makaron z grzybami, zupa z jakąś trawą... Potem jeszcze sesja zdjęciowa pod pomnikiem Mao i Korban Toluma. W hotelu wcisnęli mi swoje adresy, zaprosili do siebie. Wieczór spędzili przed TV: czarno-biały Winnetou przemówił po chińsku...

Niya - Qiemo
sobota, 30 VII 2005

 Dziś ciąg dalszy drogi do Qiemo. Rano spotykam przy autobusie Steva, którego poznałem w Hotanie. Również chce dostać się do Golmudu. Zobaczymy jak będzie. Tymczasem dojeżdżamy do starożytnego Niya (Minfeng). Jaka szkoda, że miasto nie ma nic do zaoferowania turyście poza bazarem i meczetem. W okolicy są niesamowite groty z malowidłami przedstawiającymi nagie postacie (później w Urumczi oglądałem album zawierający te na wpół-pornograficzne malunki). Nie wiadomo jednak, jak się dostać do nich, również trudno się dowiedzieć, jak dotrzeć na stanowisko archeologiczne, skąd wydobyto zasuszone ciała sprzed tysięcy lat ("mumie"). Zresztą - wobec tego, że mamy ledwie kilkadziesiąt minut na postój w tym mieście - wszelkie dywagacje na temat poznawania okolicy są nie na miejscu. Poza tym - skoro mumie stąd wywieziono to trzeba jechać do Urumczi, do muzeum! Droga - podobnie jak od kilku dni - znów prowadzi obrzeżami pustyni Takla Makan. Ale są nowe elementy: widać coraz więcej wydm, niestety wciąż się chowają za drzewami, którymi obsadzono obie strony drogi. Czasem krajobraz jest śródziemnomorski, lecz zamiast starych gajów oliwnych, które często spotykałem w Grecji, i w południowych Włoszech, widać rzadko rosnące drzewa z nieznanego mi gatunku. Kora na ich nieproporcjonalnie grubych pniach jest zniszczona, pewnie to wpływ mrozów i upałów, które naprzemiennie występują w tym regionie. Wioska w drodze do Qiemo

Mijają godziny. Około 17.00 dojeżdżamy do Qiemo i od razu kierujemy się do kasy. Bad news... Autobus do Ruoqiangu jest, ale dopiero za dwa dni. Rzekomo nic innego w kierunku Golmud wcześniej nie pojedzie. Steve obawia się wieczornego autostopu, zaczynamy negocjować z taksówkarzami. Z początkowych 600Y za kurs do Rurociągu, jak go w myśli nazywam, schodzimy do 350Y. Steve jest gotów zapłacić...120Y. Za dwie osoby rzecz jasna :-) Impas... Ja bym się zdecydował i za 250Y, byleby tylko wydostać się z tej dziury. Dajemy czas kierowcom na przemyślenie naszej oferty i tymczasem idziemy do pobliskiego hotelu. Steve ogląda po kolei pokoje (10-30Y za łóżko) sprawdzając profesjonalnie kolanem jakość materacy... Widać, że nauczył się odgrywać przed Chińczykami teatr... Coś tam mówi po chińsku do hotelarki i idziemy dalej zmiękczać taksówkarzy. Cwane bestie, wyliczają nam koszty noclegów i jedzenia przez dwa dni pozostają przy swoich cenach. Ostatecznie - każdy z nas (niezależnie) dochodzi do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest pojechać sleeperem do Urumczi. "Travelling in China is unpredictible" - stwierdza chłopak. Tak, myślę że w tamtej chwili trzeba było być elastycznym zmieniając plany. Jak nie tędy, to tamtędy do Golmudu... A przecież moim celem nie jest Golmud lecz Xining. Spróbuję więc dojechać tam z Urumczi. A przy okazji wyskoczę na jeden dzień do Kotliny Turfańskiej zobaczyć słynny minaret i starożytne miasta... Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Takla Makan wieczorem

Pakujemy się w ostatniej chwili do autobusu (19.00) i wjeżdżamy na drogę prowadzącą do... Niya. "Nie będziemy jechać przez Hotan" - uspokaja mnie Chinka. OK. Wkrótce skręcamy na północ, zagłębiamy się w pustynię. I zaczyna się to, co najlepsze: gigantyczne, niesamowite w swych rozmiarach morze piasku! Jak okiem sięgnąć, na lewo i na prawo, wszędzie wydmy, małe, duże i olbrzymie. A wszystkie takie żółciutkie... Z prawdziwego piasku...! Cieszę się na ich widok jak dziecko. Słońce opada coraz bardziej, wydłużają się cienie na wydmach... Wzdłuż całej kilkusetkilometrowej drogi przez pustynię ciągnie się trzcinowy płotek - pierwsza zapora przed piaskiem zasypującym autostradę. Nieco bliżej drogi rozciąga się umacniająca wydmy kratownica z krótkich trzcinowych patyczków. Ileż wysiłku ileż czasu musiało kosztować przeprowadzenie tej drogi przez pustynię... Wkrótce wszystko ogarnia mrok, na rozpogodzonym niebie błyszczy kilka gwiazd. Mkniemy przez noc.

Urumczi - Turfan
niedziela, 31 VII 2005

 Nawet trochę pospałem w autobusie, nie powiem. Pewnie, że nie są to warunki podróży pociągiem na płackartnym choćby miejscu, ale sypialny autobus to i tak dobry wynalazek...
W nocy zatrzymaliśmy się raz na siusianie, zapoznałem się z kłującą pustynną roślinnością, szkoda, że nie porobiłem zdjęć... Tym razem wiedziałem, że dotrzemy na miejsce o 13.00, droga aż tak mi się nie dłużyła. Kupiłem sobie winogrona, Steve kupił wodę, poczęstowaliśmy się wzajemnie, było OK. Do Urumczi dojechaliśmy od strony Korli, towarzyszyły więc nam przez wiele godzin już znajome skaliste widoki. Muszę przyznać, iż rozmach prac drogowych jest tu imponujący, drogi są poszerzane, budowane są drugie nitki autostrad, nowe mosty i wiadukty czekają na połączenie z jezdnią... Aż zazdrość bierze, że w tym biednym ujgurskim kraju, gdzie czasem spotyka się tylko jedną ciężarówkę na godzinę tyle wydaje się na inwestycje. Żeby tak u nas było...!

Urumczi jest ślicznie położone między górami. Nie są to, co prawda, polskie zielone Beskidy, ale i tak skalisty horyzont mi się podoba. Droga do TurfanuO samym mieście - 3-milionowej stolicy prowincji niewiele mogę powiedzieć: po prostu olbrzymie, nowoczesne miasto z wieżowcami i zatłoczonymi ulicami. Niewiele ma zresztą do zaoferowania turyście - tutejsze muzeum, które od biedy mógłbym odwiedzić jest dziś zamknięte (niedziela).
Pożegnałem się ze Stevem na dworcu, i autobusem #915 podjechałem na dworzec kolejowy po bilet do Dunhuang na poniedziałek (18.15; hard sleeper). Wiem, że to dziwne, w Polsce kupiłbym bilet z Daheyan (stacja obok Turfanu) do Dunhuangu. Tu podobno nie da się kupić biletu od stacji innej niż miejsce zakupu. Później tym samym autobusem (to jest #915) podjeżdżam na dworzec autobusowy, by po chwili oczekiwania, pojechać do Turfanu (30Y). Gdyby nie to, że podobnych górskich widoków naoglądałem się wcześniej - zachwycałbym się teraz tą piękną autostradą poprowadzoną przez dzikie skaliste tereny. Najciekawsze miejsce po drodze to przełom nieznanej mi z nazwy rzeki wypływającej spod Bogda Feng (5445m npm), jutro to samo miejsce będę oglądać z okien pociągu, którego trasa wiedzie nie dnem doliny lecz wysoko po skałach...

Hotel Jinhao w Turfanie usytuowany jest właściwie na dworcu. Zapłaciłem 25Y za miejsce w czteroosobowym dormie, w holu z trudem opędziłem się od naganiacza-kierowcy oferującego jednodniowe toury po okolicach. Udało mu się wytargować 40Y ode mnie za jutrzejszą wycieczkę.
Turfan: Emin Ta Turfan: Emin Ta
Pokoik mam z klimatyzacją, pusty w tym momencie, tylko plecak w kącie i gruby manual do Nikona D-70 świadczy o tym, że będę nocował z nadzianym turystą. Odszukałem prysznice (ciepła woda!), obmyłem się i ruszyłem zwiedzać miasto. Autobus #6 podwiózł mnie pod minaret Emin Ta pochodzący z 1777 roku, jak podpowiada przewodnik. Okolica jest pełna winnic, pomiędzy którymi skryte są gliniane domki. Turfan: Emin Ta Na dachach wielu z nich znajdują się ażurowe ceglane konstrukcje służące jako klimatyzacja. Gorące powietrze ochładza się wewnątrz zacienionego pomieszczenia i spływa w dół, na parter, dostarczając miłego chłodku. Podobne rozwiązania zastosowano w licznych tu magazynach, w których przechowywane są zebrane winogrona. Z przyjemnością bym się położył w takiej winnicy pod krzaczkiem i poobjadał dojrzałymi winogronami, spieszyłem się jednak do minaretu.
Z obojętną miną minąłem napis "Entrance 30Y" i wspiąłem się po schodach prowadzących do meczetu. Minaret, ponoć w stylu afgańskim, o kształcie stożkowatej wieży pokryty jest ceglanymi ornamentami i jest tak wysoki (44 metry!), że trudno go ładnie skadrować. Chętni mogą go zwiedzić - za dodatkową opłatą - wchodząc na jego szczyt spiralnymi wewnętrznymi 72 schodami. Ja skupiłem się na historycznie młodszym meczecie Króla Imina (Amin King Mosque), również glinianym. Wejście prowadzi przez skromnie ozdobioną bramę, wewnątrz labirynt ciemnych korytarzy drewniane belki podpierają strop. Pusto tu jakoś... Prócz kilku czerwonych dywanów jedynymi kolorowymi elementami były żółte czapeczki Koreańczyków zwiedzających świątynię. Zrobiłem jeszcze krótką sesję zdjęciową na wyższych kondygnacjach meczetu, by uwiecznić tutejsze panoramy.
Wróciłem - dla urozmaicenia - autobusem #102, który za jedyne 5 jiao zawiózł mnie na zachodni kraniec miasta. Tu szybko wynegocjowałem 5Y za podwiezienie mnie do Jiahoe Gucheng i już jechałem motorikszą do ruin starożytnego miasta. Turfan: Jiaohe

Gdy tylko ujrzałem - jeszcze z drogi - Jiaohe tak pięknie usytuowane na skalnej wyspie, wiedziałem, że będzie to równie wspaniałe miejsce jak Palmira, Volubilis, czy Petra. Pozostał tylko kwestia płacenia za wstęp (20Y) - i znów miałem szczęście, że przyjechałem o tak późnej porze, gdy ludzi mało a kasjerzy zmęczeni.
Miasto sprzed 23 wieków leży na skale, wysokiej na może 100 metrów, pomiędzy dwoma rzeczkami obmywającymi ją ze wszystkich stron. Na powierzchni skały rozciągają się zniszczone ulice i zabudowania. Tyle właściwie wiedziałem z internetu i to mnie pchało do Kotliny Turfańskiej (oprócz rekordowej depresji i rekordowych temperatur). Ale rozmiary miasta przeszły moje oczekiwania: to było dobre dwa kilometry spacerów w jedną stronę - aż po tzw. Pagodę i Wielką Świątynię. Oczywiście samo miasto zachowało się w kiepskim stanie, użyty budulec często nie pozwalał na odróżnienie, co zostało wykonane ludzką ręka a co jest dziełem natury. Pewną pomocą były chińskie tablice informacyjne. To, co było dla mnie najpiękniejsze, w tym miejscu, to blask zachodzącego słońca na resztkach ścian, głębokie cienie w zakamarkach i wspaniała panorama Bogda Szan na horyzoncie. Praktycznie pustki - spotkałem może 5 osób.
Wróciłem motorikszą do hotelu, pokręciłem się po bazarze, najadłem się lodów po pół juana, kupiłem 3-kilogramowego arbuza za kolejnego juana i zacząłem czekać na mojego współspacza z pokoju. Właścicielem Nikona okazał się Robert, obywatel brytyjski z matki Hiszpanki i ojca Taja. Zapalony fotograf z 40 GB bankiem na zdjęcia. A przy okazji wykładowca literatury angielskiej na Tajwanie. Zabawny facet, musiałem mu ze szczegółami opowiadać, na czym polega moja praca.

Turfan - Urumczi
poniedziałek, 1 VIII 2005

 Ciężka to była noc. Ludzie, którzy chrapią powinni spać na boku. Zwłaszcza takie grubasy jak Robert!
W holu jest mój taksiarz, lecz z wczorajszej umowy nici: nie ma chętnych na tak szybki powrót do Turfanu z objazdu. Zbytnio się tym nie przejmuje, nie widziałem jeszcze właściwie samego Turfanu, zwłaszcza chciałbym zobaczyć słynne kerezy czyli sieć podziemnych kanałów doprowadzających wodę z gór do najgorętszej doliny w Azji. Portier doradził mi szukać kerezów na północ od terminalu autobusów miejskich w zachodniej części miasta (autobus #101). Chińskie dziewczęta dotrzymują mi towarzystwa prowadząc przez piękną aleję obrośniętą winną latoroślą. Podprowadzają mnie pod kasę. Wstęp 25Y. Pogięło ich chyba! Wycofuję się rakiem i atakuję kerezy od tyłu.

Wokół gliniana wioska, jest jeszcze wcześnie rano, siódma godzina według czasu lokalnego. Mieszkańcy dopiero rozpoczynają dzień. Zamiatają ulice, pakują towary na targ, zaprzęgają osiołki. Wychodzę na tyły wioski - tu zaczynają się winnice, znów pokusa, którą muszę zwalczyć. Cóż, tym razem bezpłatnego wejścia nie znalazłem. Dobry chiński wieśniak pokazuje mi jednak kierunek, w którym mogę zobaczyć darmowe kerezy. Na odchodnym częstuje mnie kiścią winogron. Xie xie! Rzeczywiście, idąc wiejską drogą dochodzę do miejsca, gdzie wypływają wody z podziemnej sieci. Kanał ma szerokość jednego metra, jest niski i nieregularny. Dwie dziewczynki robią sobie małe pranie. Sympatyczny obrazek. Inny Chińczyk mówi mi, że jest jeszcze inny kerez nieco dalej. Turfan: winnica
Po półgodzinnym spacerze faktycznie napotykam na drugi kerez otoczony punktami gastronomicznymi ;-) i straganami z pamiątkami. I oczywiście płatny (25 lub 30Y)! Przechodzę obok kasy z obojętną miną. Nikt mnie jakoś nie goni... O, nie: "Hello, mister!" - słyszę za sobą. "Yes?", odwracam się. "Wejście do kerezu jest tutaj, tędy proszę!" - co za sympatyczny człowiek!
Przed wejściem rzucam okiem na makietę przedstawiającą sposób wykonywania kerezów; widać jak ludzkie i zwierzęce - naturalnej wielkości - postacie z wysiłkiem wykonują swą pracę. Po schodach schodzę do labiryntu podziemnych korytarzy. Środkiem płynie woda w korycie, w niektórych miejscach nakrytym kamiennymi płytami. A więc to tak wygląda... No dobrze... Całość udostępniona turystom ma może sto metrów długości, zaglądam w ciemne korytarzyki rozprowadzające wodę. Z niechęcią myślę o upale panującym na powierzchni... tu taki przyjemny chłód...
Wychodzę na zewnątrz, wokół pełno straganów. Sprzedawcy koniecznie chcą mi coś sprzedać, ograniczam się do fotografowania ich towarów. Teren kerezu opuszczam wyjściem południowym (nie pilnowanym!), i wracam motorikszą do centrum. Jeszcze rzut oka na miejski meczet, prysznic w hotelu i pakuję się do autobusu jadącego do Urumczi. Dzisiejsza zmiana planów umożliwi mi zwiedzanie muzeum z mumiami. Turfan: magazyn-chłodnia

W drodze do stolicy prowincji mogę w pełni delektować się widokiem ośnieżonych szczytów Bogda Shan. Ucieczka z rozpalonej Doliny Turfańskiej do chłodu lodowców musi być prawdziwym wybawieniem...
Urumchi, jak już wcześniej zauważyłem, to duże, hałaśliwe miasto. Jadę autobusem #6 do muzeum w północnej dzielnicy. Tu kolejna przykrość: 50 juanów zamiast spodziewanych 12Y, moją kartę ITIC mogę sobie schować głęboko. Wydaje się, że ceny z Pascala poszły w górę o 200 i 600% (Mogao). Co w zamian? Kilkadziesiąt zmumifikowanych zwłok wydobytych z grobów w Xinjiangu. Zasuszone, sczerniałe ciała ważą po 10-15 kilogramów. Suchy klimat i sól doskonale konserwują i zwłoki i ubrania; niepotrzebne jest balsamowanie ciała. Najstarsze pochodzą sprzed 4000 lat z Tieban River na północ od Łob Nur (Lop Noor). Ciała są poskręcane, pokrzywione i pomarszczone. W twarzach jest tyle bólu i cierpienia. Nasi przodkowie musieli być estetami - nieboszczykowi podwiązywali opaską szczękę tak, by pozostawała zamknięta. Niektóre ciała spotkał los mumii z Egiptu: oto ciało z Henan, widać, że ktoś próbował wyjąć złotą monetę z zaciśniętych ust, zęby są wyłamane, lecz moneta dalej tam tkwi. Turfan: kerez Obok niewielkie ciało zmarłego dziecka: leży tak całe zapatulone w poszarzałe łachmany. A dalej para książęca: na przegubach i szyi ozdoby, dobrze zachowane fragmenty ubioru. Interesujące, prawda? Ale to, co najbardziej zagadkowe, to stosunkowo duży wzrost tych sympatycznych ludzi - często 180 cm, za dużo jak na Chińczyków. Kim więc byli? Skąd przybyli?
W muzeum oprócz "mumii" znajduje się wcale niemała kolekcja innych eksponatów odnalezionych w piaskach Takla Makan. Oto fragment kolorowego dywanu wydobytego ze stanowiska w Niya w 1995 roku; widoczne wzory są wciąż tkane na współczesnych gobelinach i dywanach... Dalej drewniane tabliczki z napisami, obok malowidło przedstawiające eunucha i tancerkę z okresu dynastii Tang, a więc stosunkowo młode znalezisko. Co my tu jeszcze mamy? Czapeczka wełniana z Qiemo (Zagunluk Tomb) i... okulary przeciwsłoneczne wykonane z dziurkowanej blachy ołowianej. I jeszcze kościane grzebienie, ciasteczka z Ulyrt(?) Tang również nieźle zakonserwowane... Jest też kilka większych rzeźb: konioczłowiek w przysiadzie, ustawiony wieki temu przed domem w Astanie k/Turfanu bronił go przed złymi duchami. Jest także lew i figurka koguta symbolizująca rok czyichś narodzin, są drewniane chodaki podwinięte do góry (czyżby prototyp mongolskich gutuli?). I jeszcze zgrzebna koszula dla dziecka oraz żelazne i brązowe lusterka... Sympatyczna wystawa, szkoda tylko, że zdjęć nie można robić. Mafia albumowo-pocztówkowa czuwa...
Wracam na dworzec. Jadę hard sleeperem, biała pościel jest już przygotowana na leżankach. Aż do Turfanu mam cały boks dla siebie. Pociąg co chwilę wpada do tunelu lub wjeżdża na wiadukt. Jaka szkoda, że dopiero w przyszłym roku Chińczycy udostępnią pasażerom linię kolejową do Lhassy... Tam to dopiero będą widoki! Słońce powoli kryje się za górami, oświetla czerwono-brązowe skały wydobywając z nich jeszcze więcej barw.

Dunhuang - Mogao Ku
wtorek, 2 VIII 2005


 Piętnaście po siódmej jesteśmy na miejscu, czyli na stacji kolejowej w Liujuan. Tu już czekają wygodne autobusy dla japońskich turystów oraz gorsze autobusy dla nas (15Y). Siedzę na dodatkowym rozkładanym krzesełku. Droga jest wyboista i wykonuję najróżniejsze ewolucje w powietrzu. Na szczęście do Dunhuang jest tylko 2 godziny drogi. W pobliżu 80 kilometra od Liujuan po prawej stronie drogi widoczne są wspomniane w Pascalu resztki Muru Chińskiego. Tu miał kiedyś początek (lub koniec :-)), dziś pozostały na wpół zasypane przez pustynię fragmenty umocnień.

W Dunhuangu osacza mnie tłum taksówkarzy wołających, że nie ma autobusów do Mogao. Wiem, że to nieprawda, na razie idę na dworzec autobusowy rozeznać sytuację. Jest autobus do Xining o 13.00; nie mogę jednak kupić biletu, gdyż nie wiem, o której wrócę z Mogao. Pół godziny poświęcam na poszukiwanie busów, potem decyduję się na taxi (30Y tam i z powrotem, kierowca czeka aż zwiedzę). Teraz nieco ponadpółgodzinna jazda przez miasto i pustynię i zajeżdżamy na gigantyczny parking. Szok! Chcą za te jaskinie 100 juanów! (Pascal mówi o 15Y) Fajnie, nie? Nie można się wycofać, nie po to ponosiłem koszty, by rezygnować teraz. Zaciskam zęby i biorę bilet.

Jaskinie Mogao to zespół 492 jaskiń wykutych w 30-metowej ścianie urwiska. Ciągną się na długości może 2-3 kilometrów, rozmieszczone na kilku kondygnacjach. Część udostępniona dla turystów zaopatrzona jest w betonowe schodki i drzwi zamykane na kłódki. Zwiedza się niestety tylko około 20 jaskiń, dodatkowe 10 za dopłatą.
Mogao KuPierwsza dziura, do której wchodzę ma być wyłącznie chwilą wytchnienia w cieniu. Dopiero po chwili do mnie dociera, gdzie się znajduję. Oto pogrążone w półmroku pomieszczenie wielkości sporego pokoju. Pokryte jest w całości malowidłami: dużo tu wzorów geometrycznych, motywy kwiatowe i postacie mieszają się na ścianie. Naprzeciw wejścia niewielka statua Buddy. To tylko przedsmak tego, co zobaczę w Mogao.
Wciskam się w tłum turystów zgromadzonych przed drzwiami jaskini 16-17. Tu wielki Budda otoczony malowidłami okresu dynastii Song przedstawiającymi podróżujących Bodhisattwów. Właśnie wtedy, w początkach XI wieku lud Xia idąc z zachodu dokonał inwazji tego kraju i podbijał Dunhuang, mnisi przygotowali jaskinie w Mogao do ucieczki. Grota 16 została zapieczętowana i w nietkniętym stanie przetrwała 900 lat... Idę za grupą turystów do kolejnych grot.
Jaskinia 237 - tu Budda na towarzystwo: obok dwóch Bodhisattwów po lewej na słoniu, po prawej na lwie; na ścianach duże pejzaże, widać budynki i dzwony.
W jaskini 259 pracują konserwatorzy. Przerysowują fragment malowideł ze ściany na papier. Pośrodku uśmiechnięty Budda w pozycji lotosu, włosy spięte w kok, pomarańczowa szata. Posąg pochodzi z okresu dynasti Wei - i zalicza się do najstarszych zabytków tutaj. Z boku, w małych wnękach miniaturowe płaskorzeźby, są tu wszędzie...
Pośrodku groty 257 znajduje się potężny cokół podtrzymujący sufit. We wnękach cokołu, z czterech stron, ustawiono figury, największy Budda naprzeciw wejścia. Ściany w kolorach fioletowo-niebiesko-zielonych. Plus nieco brązu...
Mogao Ku Potem zaglądam do jaskini opatrzonej numerem 231 - małe pomieszczenie jak zwykle malowidła - tym razem dużo elementów roślinnych. Podoba mi się tu coraz bardziej!

Siedmiopiętrową świątynia przyklejona do zbocza skrywa dużą jaskinię (nr 96). Wewnątrz gigantyczny Budda Maitreya. Wrażenie towarzyszące wejściu jest niesamowite. Przypomina mi się świątynia Gandan w Ułan Bator: najpierw wzrok przyzwyczaja się do półmroku, widzisz wielkie stopy, podnosisz głowę, pomarańczowa suknia z barwnym obrąbkiem, wyżej ręce, a wyżej - nieprawdopodobnie wysoko - głowa Buddy. 33-metrowa postać od 1400 lat patrzy przez małe okienko na postrzępione góry Qilian Shan. To ponoć druga co do wielkości rzeźba w Chinach z okresu Tang. Siadam w kąciku i uważnie się rozglądam. Przez drewniane sklepienie wpada do jaskini nieco światła, Budda siedzi niczym na tronie; jedną rękę ma uniesioną, dłoń powstrzymuje przed złem; druga dłoń spoczywa na kolanach. Turyści, którzy zatrzymali się między stopami postaci są tacy mali... Czas mnie goni, mijam ozdobny dzwon w przedsionku i w przypadkowy sposób odkrywam wykute we wnętrzu zbocza schodki prowadzące do znajdującego się kilka pięter wyżej wewnętrznego balkoniku. Stąd widać Buddę w całej okazałości.
Mogao Ku Mogao Ku
Idę do groty 130. Tu zniszczony Budda, po bokach pomieszczenia znajdują się dwie olbrzymie postacie i malowidła.
Kolejna jaskinia nr 148 jest na planie litery H. W dwóch jej odnogach ustawiono 2 wielkie i groźne postacie bóstw. Przechodzę przez wąski przesmyk i... znów zaskoczenie! Oto na boku spoczywa gigantyczny, pogrążony w nirwanie Budda, ma 20 lub 30 metrów długości, trudno to ocenić w panujących tu ciemnościach. Ze ściany za posągiem spogląda na ciebie kilkadziesiąt postaci. Wglądają jak Lilipuci wokół związanego Guliwera... Naprzeciw złotej twarzy malowidło przedstawiające dwór z biesiadującymi Chińczykami; w tle pałace. Teraz zapuszczam się na wyższe piętra, czas goni, szybkim krokiem wchodzę na kolejne galeryjki.
W grocie 253 widzę po cztery postacie na bocznych ścianach, na centralnym "cokole" zdewastowane postacie.
W kolejnej jaskini na ścianach znów barwne opowieści. Oto maszerujący podróżnicy, a tu odpoczynek w oazie, bydło pije wodę z koryta, ludzie siedzą i jedzą. Tu znów podróżnicy zawitali do wspaniałego miasta...
Dunhuang: gigantyczne wydmy

Jaskinia 249 jest bardzo jasna. W centrum, jak zwykle Budda, nieco naruszony zębem czasu (dynastia Wei). Z palców wystaje mu 1300-letnia trzcina, ujawniając zastosowaną technikę: gliniany posąg okładany był trzciną, na nią kładziona była znów warstwa gliny i farba. Ściany w jaskini utrzymane są w tonacji niebiesko-beżowo-brązowej. Na kremowej ścianie namalowany zgrabnymi kreskami byk ucieka przed skrzydlatą postacią. Ileż tu ruchu w tym "jaskiniowym" malunku, powyżej - ponad biegnącym wokół pasem z wizerunkami buddów - cała scena z polowaniem: jeźdźcy gonią za zwinnymi łaniami, zapędzili je do skalnej pułapki... A oto postać kaznodziei w otoczeniu uczniów...
Do jaskini 94 zaglądam tylko na chwilę. Przewodniczka skończyła właśnie opowiadać Koreańczykom i czeka, aż grupa wyjdzie. Zostałbym tu dłużej, lecz Chinka mnie wygania i zamyka drzwi.
Gansu: w drodze do Xiningu Budda z jaskini 328 siedzi z podwiniętą nogą od 1000 lat. Chyba mu ścierpła, gdyż minę ma niewyraźną. Za to szatę ma wyjątkowo kolorową i wzorzystą. Obok dwóch wojowników klęczących na jednym kolanie. Cała trójka z modną wówczas fryzurą upiętą w wysoki kok.
W grocie 420 znów Budda. Sąsiednie pomieszczenie o numerze 428 jest wykute na planie krzyża. We wnęce umieszczono posąg Buddy, wokół scenki rodzajowe. Mam wrażenie, że Budda uśmiecha się do tych nagich kobiet...
Jestem oczarowany tymi jaskiniami: tysiące malowideł, małych i dużych, setki buddów i innych postaci, statuetki i gigantyczne posągi... Warto by było spędzić tu cały dzień... Idę w stronę wielkiej świątyni.

"Hej! to ty?!" - dobiega do mnie wołanie gdzieś z góry. To Jacek! A jednak się spotkaliśmy. Szybko opowiadamy, co było po drodze i jakie mamy plany. Jacek z Holendrami jedzie do Golmud i dalej do Tybetu. Ja do Xining i Syczuanu. Żegnamy się.
W Dunhuang w ostatniej chwili kupuję bilet na autobus sypialny do Xiningu. Jadę ze Szwedem, chłopakiem pracującym jako tłumacz od 2.5 roku w Chinach. Zastanawiające, jak dużo spotykam tu samotnych turystów lepiej lub gorzej mówiących po chińsku. Cóż ja mam powiedzieć ze swą znajomością ledwie kilku słów? Wiem, że za kilkanaście dni pożegnam się z tym krajem i naprawdę nie chce mi się wkuwać słówek z Pascala. Gansu: w drodze do Xiningu

Kierujemy się teraz na południe. Mijamy gigantyczne wydmy za miastem - najwyższe z nich mają 400 metrów wysokości! U ich podnóża ciągnie się pas oaz z glinianymi domostwami. Przed nami coraz wyższe góry, droga wkręca się w wąskie doliny. Niebo jest prawie bezchmurne, nad nagimi, skalistymi szczytami unosi się tylko kilka cirrusów. Czasem kamienista pustynia zamienia się łąkę porośniętą rachityczną trawą i wówczas pojawia się stado owiec. Słońce pochyla się nad horyzontem wydobywając coraz to nowe barwy gór. Ta surowa przyroda jest przepiękna! Przejeżdżamy przez przełęcz Dangjin Shankou (3519m npm) rozdzielającą dwa potężna masywy: Altun Shan na zachodzie i Qilian Shan na wschodzie.
Chwilowo opuszczamy prowincję Gansu i wjeżdżamy do Qinghai. Teraz zmierzamy ku wysokogórskiemu jezioru Qinghai Hu. To największy słony zbiornik wody w kraju. Tak duży, że ludność nazwała go morzem ("hai"). Nasz hotel na kółkach przemierza setki kilometrów pokrytego skąpą roślinnością płaskowyżu. Wokół cztero i pięciotysięczniki... Gansu: w drodze do Xiningu

Gdzieś w połowie drogi - przystanek nocny na jedzenie. Idę do podrzędnej knajpki, wcinam jakieś pierożki z mięsem, potem dłuższą chwilę konwersuję z młodym pracownikiem pobliskiego hotelu. Z trudem ustalam nazwę miejscowości, w której się zatrzymaliśmy. Ha! to Da Qaidam.
Czas na dalszą jazdę, mamy do pokonania niemal 1000 kilometrów... Przejeżdżamy przez Delinghę, stolicę Autonomicznej Narodowej Prefektury Mongolsko-Tybetańskiej Haixi... Miasto rzekomo zamknięte dla obcokrajowców: zupełnie nie przeszkadza mi, że kilkanaście kilometrów stąd (37°19'N 97°13'E) znajduje się 414 Brygada PLA i baza pocisków jądrowych rozmieszczonych w 4 silosach...
Mkniemy przez noc... Dziś wyjątkowo dużo gwiazd na niebie. Przez otwarte okno obserwuję gasnące meteory. Mam tylko jedno życzenie - szczęśliwie wrócić do domu...

Xining - Maduo
środa, 3 VIII 2005

 Na duży dworzec w Xiningu docieramy o 11.00. Biletów do Maduo na dziś rzekomo nie ma. Z pomocą kolejkowego policjanta kupuję bilet do Xiewu. OK. Teraz najważniejsza rzecz to internet (obiecałem żonie zamejlować jeszcze przed jej wyjazdem do Grecji) i zakup baterii do aparatu na czarną godzinę. Z przykrością muszę stwierdzić, że mój nowy aparat żre strasznie dużo prądu! Przed wyjazdem kupiłem cztery komplety akumulatorków (4 x 2.3 Ah) i zwykle nie miałem podbramkowych sytuacji - jeden komplet starcza mi na 1-2 dni intensywnego używania aparatu. Teoria mówi, że można zrobić 200-300 zdjęć na jednym komplecie, ale przeglądanie zdjęć, zoomowanie i trzymanie włączonego aparatu w oczekiwaniu na dobry moment znacznie skraca czas użycia baterii.

W pobliżu dworca skorzystałem z niepublicznego internetu w biurze i - objadając się najtańszymi, jak dotąd brzoskwiniami (3Y za 2kg) - idę do Wielkiego Meczetu Dongguan (Qingzhen Dasi). Przewodniki mówią, że świątynia pochodzi z okresu dynastii Ming (1368-1644), że jest największa w tej części Chin. Ale o tym, że została zrekonstruowana w roku 1914 i rozbudowana 59 lat temu - przewodniki już milczą. O nowoczesnym charakterze meczetu przekonuję się dopiero na miejscu. A że wstęp jest w dodatku płatny (10Y) - ograniczam się do kilku zdjęć. Za to przy głównej ulicy spotykam pierwszą "pagodową" świątynię buddyjską. Jest niestety wtłoczona między zwykłe budynki i przez to mało fotogeniczna.
Xining: bazar Zjadam jakieś chińskie żarcie z ryżem i drobno posiekanym mięsem: trudno powiedzieć, czy to resztki po poprzednich klientach, czy mielone dżdżownice. Później kręcę się po targu: z nowości dla mnie - akwaria wyładowane żywymi rybami. Wracam na dworzec i odbieram podładowane akumulatorki z policyjnego posterunku. O 15.30 wyruszamy autobusem sypialnym.

Zaczyna się od stresów: nie dość, że mam górne miejsce na samym końcu, to tuż po wyjeździe z miasta dobieramy kolejnych pasażerów, dla których robione są dostawki między leżankami. Mi się trafia śmierdzący Chińczyk z papierochem za uchem; po chwili - gdy przystajemy na stacji benzynowej - zaczyna dmuchać dymem we mnie. Ughhhhh! Tak, jestem za rozszerzeniem kary śmierci w Chinach dla palaczy! Duszę się i męczę. Z jednej strony atakuje mnie rozpalone chińskie słońce, z drugiej chiński smród. Skupiam się na widokach za oknem. Oto przepiękna fabryka. Coś tam produkuje, nie ważne co. Ważny jest dym wyrzucany z potężnego komina... Aż żółto w całej kotlinie, skrajem której przejeżdżamy!
Tybetanka z dzieckiem Droga w kierunku Qinghai prowadzi tym razem autostradą. Raz po raz przemykamy tunelami przez zbocza pokrytych uprawnymi tarasami gór. Z tej perspektywy dobrze widać esy-floresy starej drogi, którą jechaliśmy rano do stolicy prowincji. Jedziemy tak i jedziemy na zachód, godziny mijają, aż zaczynam się denerwować, czy aby nie wiozą mnie do innego Xiewu. Ale nie: skręcamy na południe, wokół tylko małe wioski, zaczynają się coraz wyższe góry. Jakże przyjemnie jest popatrzeć na tę zieleń tak kontrastującą z burymi krajobrazami Gansu i Xinjiangu. Na małych poletkach obok kukurydzy i jęczmienia pojawiają się żółte plamy swojskiego rzepaku. I krajobraz byłby podhalański, gdyby nie stada jaków pasących się na zboczach. Wygodna droga pnie się coraz wyżej, na 110 kilometrze pokonujemy przełęcz 3578m npm. Ja dodatkowo 2 metry wyżej na swym łóżku. Zaczynamy zjazd na drugą stronę grzbietu Qinghai Nanshan. Widoki - przepiękne! Co prawda wciąż bezskutecznie szukam wzrokiem ośnieżonych wierzchołków, ale muszę być przecież bardziej cierpliwy!

Aaaah! Nie powiedziałem najważniejszego! Jedzie z nami grupa najprawdziwszych Tybetańczyków. Już na pierwszy rzut oka można ich odróżnić od Hanów, skórę mają dużo ciemniejszą, rysy grube i głębokie, długie czarne włosy czasem splecione w kok lub warkocz. Wyróżnia ich też ubiór: szerokie skórzane kapelusze, we włosach zapinki i kółka, grube ciemne płaszcze mimo 30-stopniowego upału, na nadgarstkach i na szyi sznury koralików, często kolczyki w uchu - ten opis dotyczy zarówno kobiet i mężczyzn! Rzecz jasna, że palą i spluwają. Swoją drogą - ja tak daleko i celnie pluć nie potrafię. Chapeau bas! Ale tak poważniej: to charkanie i spluwanie jest takie wstrętne, tak nie do wytrzymania, że wrażliwszym szczerze odradzam Chiny...

Zajeżdżamy pod wieczór do jakiejś dziury, większość idzie jeść, ja mam zapasy w autobusie, kręcę się po sąsiedztwie i obserwuję pasażerów. A oto typowy obrazek: Chińczyk zje, stanie w drzwiach knajpy, obetrze chusteczką usta (a jakże!), rzuci chusteczkę pod nogi, beknie, zacharka, wyjmie ostatniego papierosa, opakowanie odrzuci na bok, spluwając od czasu do czasu wypali, rzuci peta przed siebie nie gasząc go nawet, odejdzie kilka metrów na bok, opuści gacie do połowy, wysika się... Miłe, prawda? I niech mi nikt nie mówi, że w Polsce też ludzie spluwają i palą! Tu spluwa i smrodzi dymem w autobusie na raz 30 Chińczyków. Istne krematorium! A do tego kaszlą... Ale to normalny objaw przewlekłego obturacyjnego zapalenia oskrzeli i rozedmy płuc... Więc niech sobie palą, na zdrowie! Jakoś trzeba ograniczać przyrost naturalny... Xiewu: tybetańskie domy

No dobrze, jedziemy dalej. Podróż utrudniają roboty drogowe - ruch odbywa się często jednym pasem, zdarzają się odcinki bez asfaltu. To naprawdę niewiarygodne, ale tu pracują tysiące ludzi przy drodze. I to od rana do późnej nocy. Co kilkaset metrów grupa Chińczyków układa z kamieni koryto odwadniające, rozkuwa skały na poboczu, zamiata świeżą nawierzchnię. Pełno tu sprzętu drogowego. Przy drodze rozstawione są obozy dla robotników: czasem jest to samotny namiot stróża pilnującego budowane przęsło, czasem namiotowe osiedle...
Po raz pierwszy jestem w tak wysokich górach. Wjeżdżamy i zjeżdżamy. Jaka szkoda że panujące wokół ciemności nie pozwalają na rozkoszowanie się widokami. Nawet nie wiem, kiedy przejechaliśmy przez Madoi. Tu, w okolicy ma swe źródła rzeka Huang zwana z polska Żółtą... Mijamy Bayan Har Shankou - przełęcz położoną na wysokości 5100 metrów. To wyżej niż Mont Blanc... Tej nocy jest bardziej pochmurno niż wczoraj. Autobus szarpie i podskakuje, nie potrafię zmrużyć oka.

Xiewu
czwartek, 4 VIII 2005

Jestem zauroczony Tybetańczykami.  Są tak inni od Hanów! Wszyscy się uśmiechają do ciebie, pozdrawiają, coś tam mówią po swojemu... I pełno ich tu - w Xiewu, wiosce tybetańskiej oddalonej o 700 kilometrów od Xiningu. Już wcześniej - zanim tu dotarłem - miałem ochotę wysiąść z autobusu i zostać w jednej tych prześlicznych miejscowości mijanych po drodze: są takie kolorowe, bajkowe wręcz... Przy ulicy dwa rzędy piętrowych domów z dachami ozdobionymi kolorowymi płytkami, czasem smokami, na wietrze powiewają kolorowe chorągiewki i szmatki zadrukowane buddyjskimi tekstami. Kolorowi są też mieszkańcy tych wiosek. Ale to, co najbardziej przyciąga wzrok to wybudowane wysoko na zboczach białe stupy ze złotymi zwieńczeniami. Tu, w Xiewu jeszcze wspanialsza od rzędu białych stup jest górująca nad miastem świątynia a raczej zespół świątyń i innych mnisich zabudowań. Całe zbocze góry jest pokryte bordowymi domkami z białymi zdobieniami podkreślającymi ich regularne kształty.
Najokazalsza świątynia jest całkiem nowa, wzniesiono ją w 2000 roku. Cała w kolorze wiśniowym, z potrójną drewnianą bramą. Błyszczą tylko złote kozły wpatrujące się w koło Dharmy, koła prawa buddyjskiego, ośmiu podstaw wiary ścieżek prowadzących do oświecenia. Taki sam symbol buddyjski widziałem w Cecerleg. Dziś świątynia jest zamknięta - okoliczni mnisi od kilku dni urządzają zgrupowanie po drugiej stronie rzeki. Siedzą w swych namiotach, pewnie pobierają nauki. Obok dużej świątyni przycupnęła druga, starsza - również ozdobiona złotą Dharmą i dwoma kozłami. Xiewu: bębny modlitewne

Miejscowy 18-latek - poszkodowany przez los (zniekształcona klatka piersiowa) oprowadza mnie po wzgórzu. Opowiada o klasztorze, prowadzi do czerwonego domku służącego mnichom do samotnej medytacji, dalej do zabudowań, w których doświadczony lama udzielał porad lekarskich (zielony domek na szczycie wzgórza). Roztacza się stąd zachwycająca panorama Xiewu: malutkie kolorowe domki przystrojone chorągiewkami rozrzucone są w dolinie rzeczki, na prawo rozciągają się łąki zajęte dziś przez namioty mnichów, powyżej stada jaków skubiące soczystą trawę; a jeszcze wyżej majestatyczne szczyty wznoszące się na 5.000 metrów. Dzwoneczki w stupach delikatnie dźwięczą, powiewają na wietrze kolorowe chusty zadrukowane lamajskimi modlitwami... Spokój mąci mi tylko pytanie, czy mój młody przyjaciel będzie chciał za swe oprowadzanie pieniężnej gratyfikacji...? Tak jak Turek od Beaty w Kapadocji? Cezar opowiada o sobie, mówi, że chce pojechać jeszcze raz do USA, by kontynuować naukę angielskiego, by opowiadać ludziom z Zachodu o Tybecie a po powrocie uczyć innych angielskiego. Problemem jest brak pieniędzy na wyjazd. Czasem ktoś mu da pieniądze za tłumaczenie z tybetańskiego. Xiewu: pokój Cezara
Chłopak zaprasza mnie do siebie na lunch. Na podwórku suszą się białe skóry koźląt, pies czujnie szczeka na przybysza. Kłaniam się matce krzątającej się w kuchni. Pokoik Cezara jest zagracony, obwieszony portretami Buddy w różnych postaciach. Trzy łóżka z dziesiątkami piętrzących się wielobarwnych poduszek i koców. Pośrodku żelazny piecyk i niski stół. Baaardzo tu kolorowo! Dostaję herbatę - zwyczajną, nie zieloną, pełną miskę ryżu i mięcho z kapustą lub inną brązową trawą. Po raz pierwszy wcinam jaka! Jak smakuje jak? Hm. Ten miał chyba swoje lata... Ale proszę się tu mną nie sugerować, mój żołądek nie jest przyzwyczajony do wschodnich frykasów. A propos żołądka (mojego): czymś się strułem albo raczej przeżarłem. Może arbuzami w Turfanie?, mięsnymi resztkami w Xiningu? A może to te niemyte brzoskwinie? Faktem jest, że od dwóch dni ciąży mi żołądek strasznie. Tyle dygresji, wracam do wizyty.
Z trudem przełykam jeszcze kilka kęsów jaczyny, i mimo, że to niezbyt ładnie pozostawiam miskę z ryżem opróżnioną tylko do połowy. Cezar liczy na jakieś wsparcie finansowe, zapoznaję go z moim budżetem i poprzestaję na widokówce z Krakowa. Sorry, my friend. Żegnamy się.

Xiewu to naprawdę mała miejscowość. Chodząc główną ulicą wszędzie napotykam ciekawskie spojrzenia i słyszę pozdrowienia. Uśmiechamy się wzajemnie. No... przy Tybetańczykach nie można mieć kompleksów z zębami...Inna rzecz, że urodą to oni nie grzeszą: zarówno mężczyźni z zapadłymi policzkami jak i kobiety z z pomarszczoną skórą i nienaturalnymi rumieńcami od wiatru i spiekoty...
Xiewu: jaki Trochę mi głupio fotografować tych ludzi. Tak bezceremonialnie wdzierać się w ich spokojne prywatne życie... Udaję więc zainteresowanie architekturą i ukradkiem pstrykam im zdjęcia. Starsze kobiety ubrane w tradycyjne stroje siedzą przed swoimi domami i kręcą zapamiętale młynkami modlitewnymi. Mężczyźni spacerują z różańcami i przekładając drewniane koraliki mruczą swoje modlitwy... Obok dominujących tu Tybetańczyków jest trochę Hanów, ale kolorytu miejscowości dodają mnisi, którzy w swych pomarańczowych szatach przechadzają się po ulicy dyskutując w grupkach lub... wyścigują się na motocyklach.
Wracam do swojego hotelu przy głównej ulicy. Jak to dobrze, że nie trzeba tu specjalnie szukać noclegu: autobus zatrzymał się wprost pod hotelem. Dziś urządziłem sobie dzień polski dla odmiany - do chleba jem "przysmak śniadaniowy" - mniam! i polską "chińską zupkę"*). Wieczorem siąpi deszczyk.
*) Delektuję się mielonką tak jak Wojtek Dąbrowski kilkanaście lat temu...

Serxu - Suiqu
piątek, 5 VIII 2005


Oj, namieszała Małgosia Maniecka w topograficznym opisie swej podróży... Wielokrotnie wczytywałem się w jej zapiski i ciągle nie zgadzało mi się wzajemne usytuowanie miejscowości w tym regionie. Przy okazji: Pascal w jednym miejscu utożsamia Serxu z Suiqu... No dobrze. Wiem, że spałem dziś w Xiewu, że chcę jechać w stronę Syczuanu a pierwszą miejscowością na drodze będzie Serxu.
Rano ustawiam się przy bocznej drodze prowadzącej do Serxu. W ciągu godziny zbiera się komplet pasażerów do mini-busa (30Y). Jedziemy początkowo wzdłuż rzeki, później droga porzuca dolinę i zaczyna się wspinać na potężne zbocza. Widoki są fantastyczne. U nas w Polsce, nawet jeśli jest kilka trudnych serpentyn, to nie na taką skalę! Muszę się więc zachwycać! Wyprzedzamy mozolnie wspinające się ciężarówki i w końcu osiągamy przełęcz 4700m npm. Jakie to przyjemne uczucie być tak wysoko! Powinienem tybetańskim zwyczajem wyrzucić przez okno plik karteczek z modlitwami i wykrzyczeć swą radość. Tu kończy się dobra droga, zaczynają wyboje. Witamy w Syczuanie! Znów serpentyny przecinające doliny pokryte niebieskimi i żółtymi kwiatami. Strumyki łączące się tam w dole w potężniejącą rzekę są takie małe... Okolica jest bezludna, czasem tylko mijamy pojedyncze zabudowania, z pewnością jaków tu więcej niż ludzi... Serxu: święto lamajskie Serxu: święto lamajskie

Dojeżdżamy do Serxu (4110m npm) i od razu widzę, że chcę tu zostać! Oto przede mną zakole rzeki. Za mostem mur z długim rzędem kolorowych młynków modlitewnych. Za nim kolejne bramy prowadzące na obszerny dziedziniec. Powyżej wzgórze zabudowane odświętnie przybranymi domami: na wszystkich dachach flagi religijne proporce i girlandy z małymi chorągiewkami. Złote zakończenia białych stup i brązowych świątyń przyciągają wzrok. Wygląda to wszystko bajecznie kolorowo. Coś między jarmarkiem a hollywoodzką fetą. W miasteczku trwa gigantyczne zgrupowanie mnichów buddyjskich. Aż czerwono to od nich. Ale zanim podejdę do nich muszę przecisnąć się przez tłum Tybetańczyków. Dla nich to również wydarzenie roku - przyjechali nawet z odległych miejscowości na swych przystrojonych motocyklach i koniach.
Serxu: Tybetanka Serxu: Tybetanka
Okazja jest szczególna, przyjechał święty lama, ma otrzymać jakieś święcenia... Mieszam się z barwnym tłumem wchodzę na świątynny dziedziniec, i co widzę? Kilkuset mnichów, 15-25-latków, wygolone głowy, pomarańczowo-bordowe szaty. Słuchają w skupieniu lamy, dla którego wzniesiono rodzaj ołtarza. Jest i tron, i cały zespół asystujących mu dostojników. Właśnie trafiłem na moment założenia charakterystycznej, "krasnoludkowej" żółtej czapki. Lama wygłasza przemówienie a następnie wraz ze swymi pomocnikami przechodzi do świątyni. Mnisi zbierają się przed wejściem z ciekawością zaglądają do ciemnego wnętrza. Po chwili lama wychodzi i ulega prośbom mnichów o wspólną fotografię... Serxu: Tybetanka Serxu: Tybetanka

Teraz staram się wmieszać w tłum tubylców, i z zainteresowaniem go oglądam. A jest na co popatrzeć... Na uroczystości przyszły i dzieci i kobiety, młodzi mężczyźni i zgrzybiali starcy. Staruszki z plątaniną długich skluszczonych włosów przypominają czarownice. We włosy mają wpięte spinki i koraliki, czasem zaplatają jeden lub dwa warkocze. Młode kobiety pozwalają sobie na setki drobnych warkoczyków. Widzę, że dzisiejsze święto jest wielkim przeżyciem dla wszystkich, starali się przyjść odświętnie ubrani. Jeśli więc część z tych starowinek przyszła ledwie w łachmanach, to jakaż bieda niektórych tu dotyka! Mają ze sobą młynki, kręcą nimi i modlą się na głos, inne w ostentacyjnie wznoszą rękę w geście przeżegnania się. Starcy przyszli w znoszonych marynarkach, kapeluszach z lat 30-tych. Niektórzy przypięli do pasa sznur koralików. W przeciwieństwie do młodych mężczyzn noszą włosy krótko obcięte.
Serxu: święto lamajskie Rozpisuję się tak o starszym pokoleniu, bo właśnie ono wywarło na mnie największe wrażenie. Ich pomarszczone, pobrużdżone twarze, poszarpane, splątane włosy, spalona słońcem i mrozem skóra i złoty błysk zęba - po prostu mnie urzekły.
Najbardziej "widowiskową" część społeczeństwa stanowią młode kobiety. Niektóre przyszły w charakterystycznych szerokich kapeluszach obrębionych futerkiem, do skórzanego pasa przyczepione jest ornamentowane puzderko wykonane z cyny i ozdobione półszlachetnymi kamieniami. I co może nas dziwić również kobiety noszą przytroczony do pasa ozdobny nóż. W splecionych włosach srebrne lub skórzane spinki. To, co może szokować, to tradycja smarowania kobiecych twarzy białym lub szarym proszkiem. Może kiedyś ktoś mnie oświeci, jakie ma on znaczenie... Może ma skrywać niezbyt apetycznie wyglądające brązowe rumieńce? U dzieci - rewia mody. Coś fantastycznego: czuję się jak Chińczyk wśród małych krakowianek...

W pewnym momencie wszyscy mnisi ustawiają się parami. Jeden siedzi pokornie, bez słowa, drugi stoi nad nim i wymachując rękami coś krzyczy. Rytuał ten trwa dość długo, rozumiem, że jest to coś w rodzaju pokazania marności lub ułomności ludzkiego jestestwa.
Robię sobie przerwę, idę poszukać ewentualnego noclegu. Mijam buddystów kręcących dużymi młynkami (sam też zdrowo zakręciłem), i na końcu miejscowości, w jednym z mnisich miejsc noclegowych zaklepuję sobie nocleg (10Y po negocjacjach). Nie jestem przekonany, czy chcę zostać na noc w Serxu, jest dopiero wczesne popołudnie, w każdym razie mam kąt do spania. Wracam na dziedziniec świątyni, trwa kazanie lamy. Mnisi siedzą przed ołtarzem "po turecku", słuchają w skupieniu. Przez pół godziny relaksuję się w tej niezwykłej atmosferze, później się wycofuję. Zaczyna siąpić deszcz, jestem głodny. Zaglądam do jednego i drugiego baru, lecz widok tłustych baranich resztek i kłęby dymu tytoniowego wyganiają mnie na deszcz. Wolę umrzeć z głodu! Serxu: Tybetańczyk

Podobno jest jutro autobus do Manigango; jeśli zdecyduję się na niego, będzie to znaczyło że dziś ujechałem "ledwie" 90 km. A ja chcę dalej i dalej. Przynajmniej do Suiqu - to ze 30 km na wschód. Z transportem jest krucho. Większość przyjechała tu na motocyklach lub w komplecie minibusami. Kręcę się po ulicy w nasilającym się deszczu, w końcu wsiadam do półciężarówki. Umawiam się na 20Y i tuż przed ruszeniem pod wpływem impulsu wysiadam. Później jest tylko gorzej. Odjeżdżam z naciągaczem, który chciał mnie zawieść za 100Y - myślałem, że 100 km dalej i tylko dlatego wsiadłem do jego samochodu. Wyjaśniam szybko pomyłkę serwując najpiękniejsze polskie przekleństwa i... wysiadam.
Później decyduję się na jazdę z dwoma mnichami za 30Y. Ledwo ruszamy dosiada się następny facet. Ma zapłacić 10 Y... Trzaskam drzwiami!
Ależ ja jestem niezdecydowany dzisiaj! Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ale tym za chwilę.

Na środku ulicy zaczynam rozmowę z mnichem angielskojęzycznym - spędził 8 lat w Indiach. Po minucie "przysłuchuje się" naszej rozmowie 15 osób, po kilku następnych w tłumie nas otaczającym jest może stu Tybetańczyków! Patrzą się na mnie, pociągają za ubranie i plecak, zaglądają do przewodnika...
Żegnam się z mnichami i zatrzymuję wóz policyjny. Jedziemy. No, tym razem już nie wysiądę :-) A oni nie wyglądają na takich, co by forsę za przejazd brali. Rozmawiamy w języku migowym, daję im widokówki z Krakowa. To sympatycznie spędzony czas. Słoneczko wyjrzało zza chmur, przygrzewa przez przyciemnione szyby. Pokonujemy kolejną przełęcz i właśnie zjeżdżamy do Suiqu. No, prawie. Policjanci nieoczekiwanie wysadzają mnie przy swojej bazie. OK, będę miał krótki trekking na wysokości 4.000m. Biorę plecak i idę sobie.
Przy drodze chińska rodzina kopie ziemię. Na zmianę, raz kobieta, raz mężczyzna walą kilofem w wykop, następnie Chińczyk przesiewa urobek przez sito zrobione z ramy łóżka i ładuje na motocyklową przyczepkę. Wożą potem tę ziemię do oddalonego o 3 kilometry Suiqu. Przypomina mi się postać chłopa zabierającego ziemię królowi z opowieści "O dwóch takich, co ukradli księżyc". Takich kopaczy jest wokół więcej. Hm...

Zatrzymuję się w pierwszym lepszym hotelu, jak się później okazuje - hotelu dworcowym. W lepszej części mieszka Mark, Amerykanin uczący studentów w Xining; ja będę spać na podwórku z Tybetańczykami i mnichami (20Y). Jestem dziś potwornie zmęczony. Padam przy stole i pokazuję gestem czajnik z wodą - mam tak zaschnięte gardło, że nie mogę mówić. Idę potem rozejrzeć się po miasteczku. Nie jest tak urokliwe jak Serxu, ale i tak mi się podoba. Zjadam chińskie resztki w knajpie (11Y - przepłacone) i idę się internetować (przy głównej ulicy, część wschodnia). Przy okazji dowiaduję się, że autobus do Garze jest jutro o 7.00 z dworca wschodniego. Decyduję się na drobne prezenty - tybetańską bransoletkę z materiału noszoną tu przez mężczyzn, sznurek niebieskich kamyków oraz 2 metry kolorowej tkaniny ze wzorem tybetańskim. Będzie z niej serweta na ławę. Wyżyna Tybetańska

Muszę powiedzieć, że zupełnie dobrze mi idzie ten tranzyt przez Qinghai i Syczuan. Plecakowiczów praktycznie tu nie ma, Mark jest pierwszym, którego spotkałem. Jestem zachwycony Tybetańczykami, tylko Tybetu mi brakuje: inaczej sobie wyobrażałem krajobrazy podczas przejazdu przez ten skraj Wyżyny Tybetańskiej. Owszem, są wysokie góry, 6.000 metrów - to przecież więcej niż Alpy, miejscowości leżą na wysokości 3500-4500 metrów... Może po prostu brakuje mi widoków lodowców i wiecznego śniegu? Muszę poczekać do jutra!
I jeszcze jedna uwaga natury ogólnej: przed wyjazdem spotkałem się z określeniem, że Azja to raj dla samotnych podróżników. W sensie - między innymi - możliwości noclegu. Faktem jest, że 90% spotkanych plecakowiczów to samotni trampowie. Wyjątkiem były "moje" Mołdawianki. I co charakterystyczne - praktycznie wszyscy znali język chiński lepiej lub gorzej, przebywali w Chinach po kilka miesięcy lub lat. Może tak jest, że na zwiedzanie zachodnich prowincji decydują sobie tylko tacy? Ja w każdym razie zacząłem od tej trudniejszej strony Chin.

Maningao - Garze
sobota, 6 VIII 2005

Niedoinformowana hotelarka  powiedziała Markowi, że autobus do Garze jedzie sprzed bramy hotelu. W okolicach 7.00 przekonuję Amerykanina, że trzeba iść na wschodni dworzec. Kupujemy bilety w ostatniej chwili - ja aż do Kangdingu. To kawał drogi: do Garze - stolicy regionu autonomicznego jedzie się 12 godzin, do Kangdingu - kolejne 12 godzin. Mam nadzieję, że w Garze będzie przerwa noclegowa.
Jedziemy. Szeroka dolina, której żywymi elementami są jedynie jaki, zwęża się. Dojeżdżamy do wysokiego pasma. Mgła układa się przepięknie odsłaniając coraz to wyższe partie gór. Wjeżdżamy w wąską i krętą dolinę. Droga tu kiepska, trzepie jak cholera. Pewnie, że jedzie się o niebo lepiej niż do Moron w zeszłym roku - tam czasem po prostu drogi nie było! Mgła się podnosi, tylko wierzchołki gór toną w niskich chmurach. Na nieprawdopodobnie stromych zboczach pasą się jaki. Myślisz sobie - to niemożliwe, tam nie da się nawet ustać! A jednak! Syczuan: droga do Garze

Mijają godziny. Droga przerzuca się z jednej doliny w drugą, mijamy małe osady, pojedyncze domostwa. Czasem kilka metrów od autobusu szybuje sokół lub orzeł. Leci tak kilkaset metrów, w końcu opada na przydrożny słup jak gdyby chciał powiedzieć: "Dotąd jest mój teren, tu wszystkie myszy są moje!". Płaskie doliny pokryte są żółtymi kwiatuszkami. Inne łąki są wprost nieprzyzwoicie niebieskie. I wreszcie zza kolejnego zakrętu ukazuje się na moment panorama ośnieżonych skalistych szczytów. To Chola Shan ze szczytem (6168m) o tej samej nazwie.
Wkrótce zatrzymujemy się w atrakcyjnie położonej knajpie z widokiem na górskie lodowce. Większość pasażerów je gorący posiłek, ja ze względu na niedyspozycję żołądkową ograniczam się do kilku ciasteczek i szklanki gorącej wody. Ruszamy dalej. Okazuje się, że w czasie postoju do autobusu wrzucono kilka półtorametrowych butli z tlenem oraz butlę z acetylenem. Teraz niezabezpieczone butle przetaczają się w przejściu z boku na bok. O 15.00 krótki przystanek w kolorowym Manigango (4460m npm) pełnym straganów i tanich hotelików przy głównej ulicy. Stąd są dwa kroki do Autonomicznego Regionu Tybetu. Trzeba tylko przejechać 150 kilometrów i pokonać przełęcz Chola Shankou w dzikim paśmie Chola Shan. Ja jednak jadę dalej na wschód.
Znów góry i góry. W dolinach spotyka się interesującą architekturę domów: mury są wykonane z polnych kamieni, jedynie frontowa ściana drewniana z kolorowymi ozdobami. Takie osiedle jednakowych domów rozrzuconych wśród soczystych łąk wygląda bardzo malowniczo. Jestem jednak tak wymęczony, że nie mam sił na robienie zdjęć. Ciężar w żołądku, podwyższona temperatura w połączeniu z wszechobecną wilgocią i zimnem sprawiają, iż chcę jak najszybciej położyć się do łóżka. Garze

Do Garze (3480m npm) zajeżdżamy około 18.00. Naganiaczka z dworca prowadzi mnie do niby tańszego hotelu (15Y). To kolorowy budynek przy głównej ulicy tuż przy dworcu. Powinienem zwiedzić miasteczko, lecz nie mam sił. W półśnie spędzam najbliższe dwie godziny. Wieczorem wychodzę z guest house'u. Wokół ciemności, w mieście nie ma prądu. Przed sklepami pracują nieliczne generatory wydzielające nieprawdopodobne ilości spalin. W sklepach i knajpkach zapalone świece. Nastrojowo jest ;-) Na targu wykłócam się o cenę pomidorów - chyba najtańszych owoców tym kraju. Ostatecznie i tak mnie baba oszukała na wadze "patyczkowej". Internet (nad rzeczką) działa, wysyłam mejle do domu.
O 4.00 nad ranem w hotelu rozlegają się krzyki. Nic się nie stało, po prostu Chińczycy wstają. Maja taki zwyczaj nie zwracania uwagi na potrzeby innych. Chcesz sobie pokrzyczeć? No to krzycz. Że inni śpią? He he, już się obudzili :-p

Daofu - Kangding
niedziela, 7 VIII 2005

No i prawie po bólu. Dziś będę w Kangdingu - najtrudniejsza część Syczuanu przejechana. A jutro Leshan! Inaczej mówiąc - droga z Xiningu do Leshan zajmie mi sześć dni. Miałem więcej szczęścia z połączeniami autobusowymi niż Małgorzata Maniecka, która potrzebowała o dwa dni więcej.
Te kilkanaście godzin, które dziś mam spędzić w autobusie już mnie nie przerażają - przyzwyczaiłem się. Obserwuję znów zmiany w architekturze domów. Tym razem w całości są murowane z kamienia polnego lub łupków, zewnętrzne ściany są starannie wyrównane. Główny budynek jest zazwyczaj dwupiętrowy z płaskim dachem, ewentualnie z wyjściem na taras. Okna są obramowane białymi kamieniami. Obok znajduje się ustawiony prostopadle budynek z pomieszczeniami gospodarczymi na parterze oraz z dużym otwartym hallem na piętrze. Płaski dach wspierają grube drewniane słupy. Pozostałe dwa boki podwórka ogrodzone są wysokim murem. W rogu znajduje się dodatkowo niska wieża-strażnica. Całość sprawia wrażenie warowni.
Syczuan: architektura tybetańska Wciąż jedziemy doliną nieznanej mi z nazwy rzeki. Mijamy kilka miasteczek: Kasa, Luhuo, Dawu... W autobusie jest kilku starszych mnichów, czasem mruczą modlitwy lub śpiewają swoje piosenki. Ilekroć mijamy jakiś klasztor, pokazują go mnisiej młodzieży i żywo coś opowiadają. Zbliżamy się do Daxue Shan - potężnego muru oddzielającego Tybet od nizin południowych Chin. Niestety pogoda jest mglista, popaduje drobny deszczyk. Widzę tylko najbliższe góry. Lecz wiem, że gdzieś tam - wśród tych niebotycznych szczytów - znajduje się święty Gongga Shan (7556m). Dziś go nie zobaczę, ale może jutro będę go podziwiać?
Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów przed Kangding to znów piękna droga wzdłuż rzecznych przełomów. Przyznam, że nigdzie, nawet w Norwegii nie napatrzyłem się na rwące górskie rzeki tyle, co w Chinach. Droga raz zbliża się do rzeki raz prowadzi wysoko po zboczu, może kilometr ponad nią. Tak, Syczuan jest przepiękny!Syczuan: architektura tybetańska

W zapadających ciemnościach docieramy do Kangding. Chcę nocować w dworcowym hotelu, ale kasjerka gestem pokazuje, że nie mogę. OK, zresztą naganiaczka prowadzi mnie już do guest house'u w bloku. Gdyby nie brud na klatce schodowej byłoby równie sympatycznie jak u Bimby w Ułan Bator. Pokoik mam malusieńki, za to z olbrzymim łóżkiem. Przerzucam kilka kanałów w telewizorze i co widzę? Telewizja CCTV nadaje reportaż z... Krakowa :-))
Wieczorny spacer po mieście. Kangding przypomina mi Karpacz lub Szklarską Porębę z gęstą, wysoką zabudową wzdłuż wąskiej doliny. Rzecz jasna wszystko na skalę chińską: budynki są tu 10-piętrowe a zbocza kilometrowe... Ale mimo tej miejskiej brzydoty - nie do uniknięcia przecież przy tutejszym bałaganiarstwie i syfieniu - miejscowość mi się podoba. Kupuję trochę pamiątek: nóż tybetański i muzykę na CD.

Leshan
poniedziałek, 8 VIII 2005

Wstaję o wpół do szóstej - budzą mnie hotelowe hałasy. Inna rzecz, że teraz mam sen bardzo czujny i płytki - boję się zaspać na autobus. Doświadczenie mnie uczy, że nie można liczyć na obudzenie przez personel. To także przykład lekceważącego stosunku Chińczyków do innych. Rodzaj braku wyobraźni i odpowiedzialności.

W autobusie do Leshan początkowo pustki, ledwie kilku Skandynawów. Opuszczamy kurortowy Kangding. Mimo brzydkiej zabudowy, tego napakowania hoteli i bloków - obrazków znanych nam z polskich górskich miejscowości - będę z sympatią wspominał to miejsce. Gdy autobus wyrusza o 7.00 na trasę, jest jeszcze ciemno w dolinie Dadu He. Deszcz na szczęście ustał. Rzeka wcześniej stłamszona w mieście betonowym korytem teraz pokazuje swą potęgę: burzy się i kotłuje na zakolach niosąc swe brudne wody. Wciąż jest zasilana dziesiątkami strumieni i siklawic i cały czas rośnie w siłę. Po półgodzinie opuszczamy dno doliny, i zaczyna się to, co najlepsze. Wznosimy się ponad poziom rzeki o 100... 200... 500 metrów. Niesamowite. To już nie Sokolica i Dunajec. Pod nami i ponad nami płyną chmury, gdzieś w dole skrywa się brązowo-biała nitka rzeki. Nachylenie zboczy często przekracza 50o, czasem są to pionowe skały. Jak te drzewa są w stanie tu rosnąć? Co kilkaset metrów usuwisko na drodze tarasuje przejazd. Autobus co chwilę przyhamowuje i przyspiesza. Ale muszę przyznać, że jakość drogi jest idealna. Widać, że inwestycja jest opłacalna. Później wpadamy w obszar tak gęstej mgły, że kierowca używa non-stop klaksonu.
Syczuan: droga do Leshan W przejaśnieniach między chmurami ukazują się odległe pasma górskie. Gdzieś tam jest Gongha Shan święty siedmiotysięcznik. Niestety, niskie chmury uniemożliwiają ujrzenie tej wspaniałej góry. Ale wiem, że tu jest i czują ją ;-)
Przez dobre dwie godziny jedziemy tak w chmurach zachwycając się widokami. Dalej czeka nas kilkukilometrowy tunel i zagłębiamy się w mroczną dolinę rzeki. I znów pionowe niemal zbocza, kropelki wody spadają z niewidocznych w górze skał. Powietrze jest przesycone wilgocią. Autobus pędzi po tych wszystkich wirażach co najmniej 60 kilometrów na godzinę. Wspaniała jazda!

Jesteśmy już na wschodnich stokach Daxue Shan. Tu już zupełnie inny klimat. Ta zmiana dokonała się tak niepostrzeżenie i tak szybko Jeszcze wczoraj po południu oglądaliśmy bezdrzewne, skaliste krajobrazy Tybetu, teraz pojawiły się dziko rosnące bananowce, dynie na poletkach, w ogródkach kwitną storczyki, zbocza przyozdabiają palmy.

Syczuan: droga do Leshan Wjeżdżamy do Luding z dużą prędkością trąbiąc na wszystko, co się rusza. Tu po raz pierwszy widzę prawdziwe chińskie riksze napędzane przez pomarańczowo oznakowanych chłopców. I gdy już myślę: koniec zabawy z zakrętami i przełomami, znów wjeżdżamy w wąwóz o kilkusetmetrowych zboczach. Tym razem ściany są dokładnie pionowe. Gdy omijamy kolejne zwalone na jezdnię głazy, zastanawiam się nad prawdopodobieństwem tego, że... no, wiecie...
Ale co mi tam! Gapię się na bujną roślinność i stwierdzam, że już praktycznie nie ma tu roślin występujących w Polsce. No, czasem trafia się coś modrzewiopodobnego, jakieś "klony". Poza tym widzę drzewa o długich liściach podobnych do wierzby, inne mają duże trójpalczaste liście i zielone szypułki. Wszystko obrośnięte powojami. A co zakręt - kilkudziesięciometrowa kaskada wody spadająca po zboczach do rzeki ukrytej w gęstwinie poniżej drogi.
Leshan Małgorzata Maniecka wspomina o wielokrotnych kontrolach na tym odcinku jazdy. Mi ani razu się to nie przydarzyło. Owszem, w górach, w okolicach Suiqu było kilka szlabanów, lecz panowie tylko się pozdrawiali. Na granicy prowincji Qinghai i i Syczuan wypełniałem jakąś ankietę, ale bez okazywania dokumentów.

Muszę powiedzieć, że ten 4.5-godzinny przejazd dolinami rzek i te wszystkie nowe widoki poprawiły mi humor. Heh, do czasu! Po posiłku w Ya'an, Chinka - pomocnica kierowcy - zbiera od pasażerów po 10 Y za przejazd autostradą. Nie powiedziałem jej "sp...", i tak by nie zrozumiała. Rzecz jasna nie zapłaciłem. Skandynawowie - i owszem.

Jedziemy więc autostradą. Pada deszcz, wszystko jest zamglone, wręcz białe. Za oknem pola ryżowe - na takie obrazki z tarasami na zboczach czekałem! Małe poletka rozdzielone są groblami obsianymi rządkiem kukurydzy. Później pojawiają się plantacje herbaty - równe rzędy herbacianych krzewów układają się we wzorki na zboczach. Co prawda to nie Yunnan, ale już te widoki mi wystarczają! Na deser - gaje cytrynowe i brzoskwiniowe.

...Ale ja cielę jestem! Uświadamiam sobie, że te drzewa z "wierzbowatymi" liśćmi to zwyczajna trawa... W Polsce zwana bambusem :-) No nie... jestem zachwycony. Kępy bambusów rosną wszędzie, na remontowanych domach rusztowania z bambusa, kobiety noszą na plecach bambusowe kosze... Super!

Dojeżdżamy do Leshan, ponad 3-milionowego miasta. Dużo jest kwiatów, żywopłotów, ozdobnych drzewek, owocowych i wiecznozielonych. Widać, że Chińczycy dbają o zieleń miejską... Na dworcu (później się okaże, ze jest to nowy dworzec, kilka kilometrów na zachód od dworca z mapki Pascala) osaczają mnie rikszarze. Uprzejmie dziękuję. Jadą za mną, obok mnie i przede mną krok w krok. Nie chcę korzystać z ich usług! Polskie przekleństwa nie pomagają. Ostatecznie wsiadam do autobusu #9 i podjeżdżam do Jiading Fandian. Tu poniżej 50 Y zejść się nie da. W sąsiednim Leshan Jiaoyu Binguan po negocjacjach 80Y. Rezygnuję. Biorę rikszę, chudy chłopak zapycha ze mną (i plecakiem) przez pół miasta do Taoyuan Binguan. Chce 2Y (80 groszy); mi by się tak nie chciało. Tu w Taoyuan biorę ostatni "ekonomiczny" dwuosobowy pokój za 35 Y. Brudno i obskurnie, ale tanio. No i dobra lokalizacja - przy przystani stateczków podpływających pod Wielkiego Buddę.

Rejsem nie jestem zainteresowany, wsiadam do autobusu #13 i jadę na drugą stronę rzeki Min He. Wstęp do Da Fo 70Y. Byłem na to przygotowany. Chińczycy wypromowali kilka znanych teraz w świecie miejsc i zdzierają forsę. Jest już 17.00, a do oglądnięcia sporo.
Zabytkowy kompleks położony jest na wzgórzach porośniętych gęsto na wpół-tropikalną roślinnością. Deszcz się skończył, ustała nawet mżawka, ale to nie ma znaczenia. Wilgotność powietrza wynosi 100%, upał sprawia, że jestem cały mokry, nie ma mowy o tym, by ubranie i buty wyschły na człowieku. Zewsząd kapie woda, parne powietrze utrudnia oddychanie. Po śliskich schodkach wykutych w czerwonej skale ganiają turyści. Zaglądam do paru mniej ważnych miejsc: kilka grot z postaciami smoków i lwów, sztuczne wodospady udekorowane zielonym gąszczem, twarz Buddy wykuta w czerwonym piaskowcu. Zapędzam się na chwilę ku położonym w cieniu stylowym pawilonom, to jakiś punkt informacyjny, bufet i szalety, ale po chwili wracam na właściwy szlak idąc za grupkami Chińczyków. Oto placyk z ustawionymi barierkami, uniemożliwiający poturbowanie chętnym do oglądania Da Fo. Tłumów na szczęście o tej porze nie ma, jeszcze kilka kroków w kierunku urwiska i... jest! Widzę tylko czubek głowy i zdaję sobie sprawę, że całość musi być ogromna. Przestaję się spieszyć, oglądam dokładnie 1300-letniego Buddę: najpierw prawy profil, włosy, lewy profil... Duży jest! I taki miał być! Nie będę rozczarowany. Schodzę teraz po schodkach do poziomu rzeki. Mijam głowę, tors, rękę, kolano, stopę. Jest na co popatrzeć. Teraz Budda góruje nade mną, jestem liliputem. W małej zatoczce przystaje statek. Pasażerowie stłoczeni przy burcie fotografują pomnik. Ryk silników zmagających się z silnym nurtem Dadu He, by utrzymać statek w jednym miejscu psuje nastrój.
Schody prowadzą teraz wzdłuż brzegu wykutą w skale galerią. Czuję, że się rozpływam, nie mam niestety czasu na odpoczynek. Zaglądam do kolejnych obiektów, małych i dużych świątyń, pieczar i starożytnych grobowców (Mahaoya Mu Bowuguan). Znaleziska są ładnie wyeksponowane i opisane, lecz cóż z tego? Pot zalewa mi oczy, ledwo stoję...
Leshan: kompleks Da Fo Leshan: kompleks Da Fo
Przede mną duża świątynia, L. ... Wejście przez przedsionek, w nim uśmiechnięty, złocisty Budda w towarzystwie czterech niebiańskich królów. Całkiem podobnie było w Ułan Bator. Na dziedzińcu kadzielnica, oglądam pozostałe budynki, jakoś tu pustawo.

Teraz ścieżką na północ. Wychodzę teraz na brzeg rzeki i widzę, bardzo sympatyczny obrazek: wsparty na łukowatych przęsłach i zabudowany "chińskimi" dachami most spina dwa brzegi. Po drugiej stronie wzgórze ze świątynią Wuyou Si. To niezły kawałek do przejścia. Ale są i naganiacze. Za jedyne 10Y podwiozą mnie busem do wzgórza: "to 40 minut marszu". Ano! Po 5 minutach jestem na miejscu. Prawdę mówiąc nieco zziajany. W klasztorze Wuyou pochodzącym z okresu dynastii Tang znów Budda i niebiańscy królowie. Na podwórzu wysoka na kilka metrów kadzielnica. W głównym pomieszczeniu odgrodzone od turystów barierką postacie trzech wielkich buddów. Trochę kręcę się po mniejszych pomieszczeniach, na piętrze galeryjka z ciągiem małych pokoików-cel. Mnisi zgromadzili się w dużej sali, trwa jakaś prelekcja lamy, przysłuchuje się jej także kilku elegancko ubranych gości. W jadalni pusto, zostało kilka metalowych misek z resztkami jedzenia (no tacy święci to oni nie są). Czas na sąsiedni budynek, równie interesujący. Zgromadzono tu kilkaset posągów arhatów: każdy terakotowy mnich jest inny, inaczej ubrany, z inną miną. W centralnej części pawilonu posąg wielorękiego, czterolicego bóstwa. Leshan: kompleks Da Fo

Wystarczy. Przynajmniej dla mnie i na dziś. Wychodzę z kompleksu przez drugi most i wsiadam do swojej #13. Idę się internetować (100 metrów od hotelu idąc uliczką prostopadłą do rzeki). Właściwie chcę sprawdzić, czy dobrze mam zgrane zdjęcia; niestety, komputery są tu bez czytników CD. Relaksuję się przy reversi. Gram z Chińczykiem na Kurniku, on akurat siedzi w... Niemczech. Zabawne, prawda? Natomiast znacznie mniej zabawne jest to, że praktycznie wszyscy na targowisku próbują mnie naciągnąć. A ja chcę kupić arbuza w chińskiej cenie! Nie zacytuję epitetów, którymi obrzucam sprzedawców. [hotel - ścianka rozdzielająca - hasło]

 Leshan - Emei
wtorek, 9 VIII 2005

Dziś mnie nic nie zmuszało do wczesnego wstawania. O 7.20 wychodzę z hotelu ;-) i jadę pożegnać się z Buddą. Moje "Do you speak english?" tak speszyło zaspanego strażnika, że wpuszcza mnie na podstawie wczorajszego biletu. Tak naprawdę, to moim dzisiejszym celem było odszukanie Dongfang Fodu Gongyuan z leżącym ogromnym Buddą, którego wczoraj nie zdążyłem oglądnąć.
Ale zaczynam od wielokondygnacyjnej pagody L... która góruje nad miastem ukryta wśród drzew. Wczoraj zupełnie o niej zapomniałem, myślałem, że będę musiał zadowolić się zdjęciami zrobionymi z użyciem 48-krotnego zooma. Wspiąłem się na świątynne wzgórze, no i masz! Jak tu zrobić zdjęcie pagodzie z takiej perspektywy? Hm. Zbiegam ze wzgórza i myszkuję po urokliwych zakątkach z pomostami poprowadzonymi poprzez stawy. W wodzie, wśród lotosów pływa mnóstwo czerwonych rybek. Dalej wodospady, groty, jeszcze jedna świątynia na wzgórzu... Napotykam nowe miejsca, w których wczoraj nie byłem, widać, że zwiedzania jest tu na wiele godzin. Alejki, pawilony, świątyńki. A leżącego Buddy nie ma... Jakoś dziwnym trafem strzałki w pobliżu właściwego miejsca znikają. W końcu jest... Za 70 dodatkowych juanów. Odpuściłem sobie. Trudno i darmo. W razie czego obrócę zdjęcie Da Fo o 90o i trochę rozciągnę ;-) Wracam.

Po drodze do hotelu sprawdzam w punkcie Kodaka poprawność zapisu zdjęć na CD, które z wieloma problemami zrobili ich koledzy w Kangdingu. Wygląda, że są OK. Tak na marginesie - wydaje się, że serwisy fotograficzne są najłatwiejszą opcją, gdy chce się zgrać zdjęcia na płytkę. W internet-cafe komputery często nie mają nawet twardych dysków nie mówiąc już o czytnikach CD. Innym rozwiązaniem są sklepy muzyczne z pirackimi płytami - źle jednak trafiałem.

Leshan: kompleks Da Fo Autobusy do Emei jeżdżą co pół godziny (7Y). Niestety znów trafiam na mżawkę, więc o zdjęciach przez szyby nie ma co marzyć. Chętni, którzy chcą się dostać na dworzec kolejowy w Emei, powinni wysiąść wcześniej, przed Złotym Koniem. Teraz to i ja wiem o tym. Kosztowała mnie ta wiedza 0.5Y - tyle zapłaciłem za autobus, który dowiózł mnie pod samą stację kolejową. O dziwo! Bilety do Kunmingu były. I to siedzące - tak jak chciałem (125Y). No i tylko 3 godziny oczekiwania do odjazdu (15.10). Bety zostawiam w sklepiku pełniącym funkcję przechowalni bagażu (kwitek!) i idę jeść. To była olbrzymia porcja ryżu z warzywami (10Y). Objadłem się, że hej! Znów internet - bardziej dla zabicia czasu (ulica równoległa do targowej), na weather.com mówią, że prawdopodobieństwo deszczu w Kunmingu będzie 90%... Obrzucam jeszcze błotem kilku kolejnych sprzedawców, którzy bezczelnie podnosili ceny po odejściu miejscowych klientów i wracam na dworzec.

Jadę "prawdziwym" hardseaterem. Prawdziwym, bo tamten z Kuczy do Kaszgaru był bardzo turystyczny, pełen młodzieży studenckiej. Oczywiście, że i tam syfili, ale przynajmniej nie było tyle dymu w powietrzu co tutaj. A tu? Przed bramką na peronie byłem może 10, później w kolejce do 6 wagonu spadłem na 20 pozycję, wchodziłem zaś do przedziału jako ostatni. No, nie żebym się nie umiał rozpychać, ale nie będę ich bić bez powodu ;-) Miejsce numerowane przecież mam! Co prawda facet, który mi je zajął, chciał się wymienić na inne pod oknem ale, gdy zobaczyłem tamten chlew pod stołem, na stole i ogólne zaczadzenie - nie ustąpiłem miejsca!
Leshan: kompleks Da Fo Leshan: kompleks Da Fo
Do Kunmingu jest zdaje się 17 godzin.

Jeszcze o zwyczajach dworcowych. Oczywiście, można się sprzeczać, o to, czy chińskie rozwiązania są lepsze czy gorsze od polskich. Na pewno dworzec nie będzie tu noclegownią - często poczekalnie otwierane są tylko przed przyjazdem pociągu, Na peronach jest mniej meneli - przez bramkę przechodzą tylko pasażerowie z ważnym biletem. W Emei chętnych do podróży ustawiono w grupkach przed każdym wagonem. Wewnątrz prowadnica podchodzi do każdego bagażu i starannie ustawia na górnej półce. Leshan: połów nad Dadu He

Najbliższe 16 godzin spędzam na siedząco. W wagonie stu Chińczyków, okresowo 120. Fotele są typu hard seat, w rzeczywistości nie są zbyt twarde, lecz oparcie jest pod kątem 90o. Ciężko się znosi niewygodną pozycję. Za oknem znów ładne widoki, jedziemy wzdłuż głębokiej doliny rzeki. Trasa jest poprowadzona wysoko na zboczu, raz po raz przemykamy tunelem lub przez kamienny most. Widzę, że i na Chińczykach te krajobrazy robią wrażenie, raz po raz rzucają się do okna i żywo komentują widoki. Przez wagon co 10 minut przetacza się wózek z żarciem: a to owoce, a to soki i herbatnik; później gorące dania w styropianie i chińskie zupki. Obsługa sprząta i zamiata raz na pół godziny. Światło pali się całą noc, czas mi się dłuży.

Nad ranem Chińczyk z sąsiedniego boksu podejmuje rozmowę ze mną. Wypytuje mnie o różne rzeczy, mówi, że Europejczycy zawsze wyglądają dla nich starzej niż w rzeczywistości. Zgadza się: dla mnie Chińczycy i inni skośni są młodsi niż w rzeczywistości. Może wynika to z drobniejszej budowy i niższego wzrostu? Chińczyk prosi o opinie o swoim kraju i jego mieszkańcach. Wiję się jak piskorz, starając się nie poruszać przykrych chińskich zwyczajów. Uff... Dojeżdżamy.

Kunming
środa, 10 VIII 2005

A więc witaj stolico Yunnanu! Hałaśliwa, zatłoczona, nowoczesna! Chcę tu zostać jedną noc, zobaczyć kilka świątyń w pobliżu. Zazwyczaj Kunming jest punktem tranzytowym do Dali lub Laosu. Ja będę wracać do Pekinu. Wymyśliłem, że po drodze odwiedzę świętą górę Chińczyków, Tai Shan; chcę więc pojechać do Ta'ian. I tu zgrzyt. Mogę kupić bilety tylko do Zhengzhou. O ile są. Co za kraj! W Polsce, w Krakowie mogę kupić bilet z dowolnej miejscowości do dowolnej; tu - tylko na pociągi wyjeżdżające z danej miejscowości (z miejscówką). Przy kasach dwie gigantyczne tablice z cenami biletów i dostępnymi biletami na różne dni i pociągi. Mój bilet do Zhengzhou ma kosztować 453Y i jest zaznaczony przy 11 VIII ładnym zielonym znaczkiem. Przy dniu dzisiejszym - stoi czerwony znaczek, brakuje biletów. Długo się kłóciłem z Chińczykiem stojącym w kolejce - okazało się, że nie mam racji: zielony znaczek oznaczał "mei you", czerwony - dostępne bilety. Chcąc nie chcąc kupiłem bilet na 12 VIII (o pociągu do Pekinu można było tylko marzyć: brak na najbliższe dni). Pociąg jedzie makabrycznie długo, prawie 48 godzin; przynajmniej mam kuszetkę (500Y). Kunming: Xisi Ta Kunming: Dongsi Ta

Teraz czas na znalezienie noclegu, idę do Kunhu Fandian przy Beijing Lu, miejsca w 4-osobowym pokoju są po 25Y. Czy coś więcej mi potrzeba?

Zwiedzanie zaczynam od dwóch pagód Xisi Ta i Dongsi Ta. Już z daleka dostrzegam wielokondygnacyjne budowle. Na teren pierwszej pagody wchodzę za darmo, jest zamknięta, właściwie nie ma co zwiedzać. Zaglądam do sąsiadujących z nią budynków - starsze osoby grają tu przy stolikach w domino, a następnie nieopatrznie wchodzę do drugiej sali. Kilka pustych stolików i barek. Chinka zachęca mnie gestem i pyta "Tea? Yasmin tea?" Dlaczego nie? Na ladzie ma z 8 słoików z różnymi suszonymi liśćmi i kwiatami. Dziewczyna bierze po szczypcie suszu i zalewa wrzątkiem dzbanek. Ten miły obrazek zostaje całkowicie zburzony w 10 minut później, gdy przychodzi do płacenia. 30 juanów. No.. ulżyłem sobie po polsku. Oczywiście nie zapłaciłem tyle.
Kunming: chiński palacz Później analizowałem tę sytuację z Chinką przechodzącą w pobliżu oraz z Japończykami z hotelu, którzy tu spędzili kilka lat. Zgodnie oceniają, ż ta cena była w tych warunkach nienormalna, że była to próba naciągnięcia obcokrajowca. Na ogół jestem ostrożny, pytam o cenę, ale tu chodziło, do licha, o herbatę! W ogóle wyglądało to na poczęstunek herbatą, taki jak zwykle spotykałem w Syrii czy w Mongolii. Heh! Czy jest jakieś chińskie przysłowie, by nie ufać nikomu?

Z niesmakiem opuszczam to miejsce. Kilkaset metrów dalej stoi Dongsi Ta - druga pagoda. Tym razem wstęp jest płatny, zaglądam tylko na dziedziniec upewniwszy się u biletera, że i tak wchodzić do środka nie można. Pomiędzy tymi dwiema świątyniami lśniący nowością budynek buddyjskiej świątyni: nic ciekawego, beton i nowa farba. Na ulicy sympatyczne rzeźby postaci z literatury.

Kieruję się teraz dalej na północ miasta, mijam nowoczesne centrum handlowo-usługowe - raj dla Jacka Z.: McDonald's i Kentucky Fried Chicken w sąsiednich budynkach. Zapuszczam się następnie w uliczki starego miasta. Pełno tu straganów i towarów: od znanej z Polski plastikowej "chińszczyzny" przez chińską "cepelię" do wyrobów z jadeitu. Te ostatnie są specjalnością miasta, tak jak maski w Wenecji czy noże w Toledo: wszędzie oferowane są bransoletki, wisiorki, figurki i inne drobiazgi z zielonkawego kamienia. Ale pomny ostrzeżeń przed fałszywymi jadeitami, powstrzymuję się przed zakupem. Przecisnąwszy się przez tłumy idę teraz w stronę świątyni Yuantong. Po drodze mijam spokojną, starą dzielnicę - bez turystów; życie się toczy tu powoli. Rodzinne sklepiki, punkty usługowe i warsztaty wychodzące wprost na ulice z kwitnącymi żółto akacjami. Sympatycznie. Kunming: brama w centrum

Yuantong Si to właściwie zespół świątyń buddyjskich rozłożonych w ogrodach. Przechodzę przez dwie bramy (6Y), za niskim budynkiem znajduje się jeziorko a na wysepce - świątynia. Świątynia jest w "chińskim" stylu, podkręcone ku górze dachy, ozdobne kalenice czerwone złączenia połaci krytych pomarańczową dachówką, czerwone słupy i drewniane, kolorowe detale. Na murkach grzeją się marmurowe lwy, czerwonych ryb w stawie pilnują kamienne smoki.
Przed mostkiem stoi kadzielnica, wierni wtykają do niej długie na pół metra (lub więcej) dymiące kadzidełka. Obok znajduje się osłonięte przed wiatrem miejsce na świece. Mimo obecności chińskich turystów, atmosfera miejsca jest przyjemna a to za sprawą muzyki buddyjskiej rozbrzmiewającej z drugiej świątyni położonej w głębi kompleksu. Tam trwają cały czas modły. Zaglądam z ciekawością, choć ze względu na tłumy nie da się wejść do środka. Wewnątrz siedzą i śpiewają mnisi ubrani w pomarańczowe długie szaty, na zewnątrz wierni - głównie kobiety ubrane w ciemne lub brunatne habity. Trzymają przed sobą modlitewniki, modlą się lub śpiewają. Przez wpółotwarte drzwi widzę błyszczącego w świetle setek świec Buddę. Wszystko spowija lekka mgiełka dymu.
Kunming: kaczki Pozostawiam ich i idę do małej świątyni znajdującej się na tyłach ogrodu. Świątynia jest maleńka, wokół bananowce i kępy bambusów. W przedsionku wystawiono stoliki i kolorowe poduszki do klęczenia. Tu też trwają uroczystości. Przysłuchuję się śpiewom, wkrótce modlitwy się kończą, z budynku wychodzą mnisi tworząc barwny korowód. Najwyższy rangą mnich otwiera orszak, za nim ustawiają się mnisi z bębnami, piszczałkami i innymi instrumentami perkusyjnymi. Na końcu podążają kobiety i mężczyźni w brunatnych lub czarnych habitach. Wąż ludzki okrąża świątynię trzykrotnie, później przesuwa się ku kolejnej świątyni i znów okrąża ją po trzykroć. Od czasu do czasu zanurzają się w obłok dymu z kadzielnicy.

Robi się późno. Wracam do centrum i odszukuję budynek PSB. Chcę uzyskać "u źródła" informację dotyczące mojej 30-dniowej wizy. Okazuje się, że wydział jest przeniesiony na przedmieścia, muszę się pospieszyć, za godzinę zamykają. Przejeżdżam chyba 20 przystanków, później marszobieg przez 2 kilometry. W biurze PSB mili urzędnicy, Amerykanie, Japończycy i inni obcokrajowcy. Okazuje się, że nie muszę przedłużać wizy, mogę opuścić Chiny w 31 dniu jej ważności.
Kunming: uliczny handel Zadowolony z takiego obrotu sprawy wstępuję do miejscowego Geanta, kupuję trochę żarcia, zupki i słodycze, także wino oraz szkolna torbę dla Sergiuszka. W powrotnej drodze zatrzymuję się przy nowoczesnym centrum handlowo-biurowym. Może się podobać, choć to nie szanghajskie drapacze chmur. Czeka mnie teraz długi spacer przez miasto w stronę hotelu.

W hotelu poznaję współlokatorów: Iwo i Shana z Japonii; spędzają tu tanio czas. Jeden z nich - trzydziestolatek jest w drodze już trzeci rok. Odpoczywa - powiada. Nie ma żony ani dzieci. Więc od czego odpoczywa?!
Chłopaki bywają cały dzień poza hotelem. Wieczorem znoszą do pokoju stosy tanich płyt DVD. Trochę rozmawiamy o zwyczajach Chińczyków. Uważają, że stosunek Chińczyków do nich to mieszanka "miłości i nienawiści". Ale też i podziwu i uznania. A jednocześnie sami mają do nich - Chińczyków pogardliwy stosunek ("niska moralność").

Kunming - Dian Chi
czwartek, 11 VIII 2005


Jeszcze kilka godzin wcześniej wahałem się, czy nie pojechać do Kamiennego Lasu. Doszedłem jednak do wniosku, że wapienne skałki choćby i 30-metrowej wysokości nie są warte organizowania sobie całodziennego wypadu (120 km w jedną stronę). Zwłaszcza, że pod nosem mam kilka świątyń taoistycznych, których w Polsce nie zobaczę.
Zaopatrzony przez Japończyków w instrukcję po chińsku, nie bez trudu odszukałem autobus #57, który odwiózł mnie na terminal w Daguan nad jeziorem Dian Chi. Dzień właściwie się dopiero zaczynał (8.30) a w pobliskim 410-letnim parku Daguan Gongyuan (10Y) było już całkiem sporo spacerowiczów: turystów i stałych bywalców. Sam park nie jest czymś nadzwyczajnym: kilka stawów, parę alejek, sztuczne skałki, porozrzucane na całym obszarze altanki w "chińskim" stylu. Ale jeśli do tego dodamy ciepłe słoneczko, kolorowe kaczki i liliowe kwiaty lotosu na wodzie, to robi się całkiem sympatyczna atmosfera. Z przyjemnością zacząłem podpatrywać jak Chińczycy odpoczywają. A można wyciągnąć się na ławce, popływać rowerem wodnym lub na mini-łódce, pograć w badmintona... Ale najpopularniejsze o tej porze było tai chi. Grupy Chińczyków w średnim wieku ćwiczyły (się) przy muzyce. Panie i panowie wdzięczyli się z wachlarzami naśladując ruchy swojego guru. Obok inna grupa dobyła mieczy i w wyimaginowanej walce pokonywała całe stada smoków. Wyglądało to wszystko bardzo atrakcyjnie, ale chciałem jechać dalej - do świątyń na Zachodnich Wzgórzach (Xi Shan). Dian Chi: tai chi

Za 15Y popłynąłem łodzią motorową z 5 innymi osobami do osady Long Men. Ta półgodzinna przejażdżka po jeziorze Dian Chi była całkiem, całkiem przyjemna. Od czasu do czasu mijaliśmy skrytych w trzcinie wędkarzy i żaglowe dżonki fanchuan Wkrótce po prawej stronie akwenu pojawiły się górki, można było dostrzec świątynie na ich szczytach lub wyeksponowanych zboczach. Nasz kapitan zezłościł mnie wysadzając mnie na przystani po przeciwnej stronie Long Men. Musiałem przejść przez 2-kilometrową groblę na jeziorze. Oczywiście mogłem skorzystać z kolejki gondolowej, która biegła nad jeziorem potem wprost do świątyni Taihua Si. Ja jednak wybrałem 40-minutową wspinaczkę mokrymi schodami w kierunku ostatniej, najwyżej położonej świątyni Sanqing Ge i Bramy Smoka (Long Men). Po dotarciu na miejsce zobaczyłem kilkadziesiąt straganów z pamiątkami. Co za komercja! Podobnie było przy następnych świątyniach. Z bólem serca zapłaciłem 30Y za wstęp.

Co dostałem w zamian? Około 10 pawilonów, pagód i świątyń zbudowanych w "chińskim" stylu. Zewsząd spoglądają Buddowie w otoczeniu innych postaci. Miejsca te połączone są plątaniną wydeptanych schodów i korytarzy wykutych w skałach. Chińczycy zachwycają się tu różnymi "niezwykłościami": a to miejscem, w którym padła krowa i trysnęło w zamian źródełko, a to kamienną amforą pełną wody, do której należy wrzucić pieniążka, a to poręczą, do której przypięte są tysiące kłódek (można je nabyć po 6Y na stoisku obok). Tłumy szczególnie się gromadzą przy Bramie Smoka, balkoniku zawieszonym na pionowej skale. By się tu dostać, trzeba przecisnąć się wykutą w skale galeryjką. W dole, kilkaset metrów niżej, rozciąga się gładka tafla jeziora Dian Chi. Cóż, rzeczywiście miejsce ma swój urok. Są tu również skałki nazwane z lekką przesadą "małym Kamiennym Lasem", ale - szczerze mówiąc - nie chce mi się ich oglądać. Dian Chi: Longmen Dian Chi: Longmen

Poszedłem wilgotną ścieżką na północ. W okolicach świątyni Taihua Si znajduje się stacja kolejki gondolowej przywożącej chętnych z drugiej strony jeziora, oraz wyciąg krzesełkowy do kolejnej świątyni. Dla mnie ważniejsza była oczywiście sama świątynia Taihua Si - miejsce kultu taoistycznego od ... roku. To właściwie zespół świątyń porozrzucanych wśród parkowej zieleni. Minąłem jedną bramę, drugą, pawilon z Buddą i znalazłem się w naprawdę urokliwym miejscu. Poszczególne świątynie wsparte na czerwonych kolumnach połączone są długimi, zadaszonymi korytarzami. Okrążają one sztuczne jeziorko tworząc malowniczą scenerię. W zielonkawej wodzie migają czerwone grzbiety 40-centymetrowych karpi. Między kępami bambusów grupki Chińczyków zrobiły sobie piknik.

Później czekał mnie półgodzinny spacer ścieżką przez wilgotny las. Kolejna świątynia Huanting Si okazała się jeszcze bardziej okazała: za bramą znajdował się szereg pawilonów i świątyń. Przed jedną z nich - olbrzymie postacie potworów pilnujących wejścia. Pośrodku dziedzińca duża rzeźbiona w metalu kadzielnica z powtykanymi kolorowymi kadzidełkami. Dym raz po raz przysłania groźne postaci bogów. Główna świątynia jak zwykle bajecznie kolorowa, czerwone słupy z umieszczonymi wzdłuż nich taoistycznymi myślami, wielkie złote hieroglify nad wejściem, niebieko-zielono-czerwone zdobienia belkowań. Wewnątrz złote posągi Buddy i kolorowe aplikacje. Wzdłuż pawilonów umieszczono kilkadziesiąt rzeźbionych w drewnie przedstawień mitów i legend taoistycznych i buddyjskich.

Dalszą drogę w kierunku Gaoyao uprzykrzała mżawka. Odpuściłem sobie więc wizytę w ostatniej świątyni Shenjan oraz ogród z orchideami, szczególnie, że robiło się już późnawo. Autobusem podmiejskim #6 wróciłem do centrum.
Wstąpiłem na żarcie i po raz pierwszy spotkała mnie przykra niespodzianka: nie dało się tego zjeść. Gęsta zupa była zbyt ostra i po prostu niesmaczna. Niby to samo jadły obok mnie Chinki, wniosek więc prosty: albo moje podniebienie jest zbyt delikatne, albo kucharz złośliwie przesadził z przyprawami dla obcokrajowca. Zostawiłem jedzonko dla następnego klienta i poszedłem zjeść zwyczajny ryż z warzywami.

W końcu hotel. Bez żalu pozbyłem się rozlatujących się adidasów, nie wytrzymały tygodnia w tym wilgotnym klimacie. Samotny wieczór spędziłem na poznawaniu chińskich trunków. Nie spodziewałem się, że poradzę sobie z litrowym winem kupionym wczoraj w Geant'cie. Dobre było!

Kunming - Qiongzhu Si
piątek, 12 VIII 2005

Droga do Zhengzhou. Facet zagląda mi przez ramię do notatnika, gdy podliczam dzisiejsze wydatki. Wstaje ze swej leżanki i wścibia mi tu swój płaski nochal. Cholera! Za grosz prywatności i intymności. W hotelu Chinole wrzeszczą na całe gardło, sprzątaczka wchodzi bez pukania do pokoju, w sraczu ścianki do wysokości moich ud, oczywiście otwarte z przodu, drzwi od kibla nikt nie zamyka, prawdziwa komuna! No... dziś jestem bardzo podenerwowany i rozdrażniony. Tuż przed wyjazdem byłem coś zjeść. Pokazuję danie na talerzu klienta, obsługujący Chińczyk pokazuje w menu 5Y. Oki, jem słabo odgrzane resztki, nie narzekam. Ale szlag mnie za chwilę trafia, gdy ów klient płaci 4Y. Mam naprawdę tego dość! Tu nie chodzi o te 40 groszy, po prostu nie lubię być naciągany z powodu koloru skóry!
W dodatku w pociągu mam miejsce na górnej półce. Jest tam duszno a przydziałowe miejsce przy oknie jest twarde i bez oparcia. Dobrze, że nie brałem na tej trasie hardseatera - podróż byłaby nie do wytrzymania. Inna rzecz, że zapłaciłem za bilet 500Y, o 47Y więcej niż wskazywała tablica na dworcu. Dlaczego rząd chiński oszukuje cudzoziemców (koleje są państwowe)? Ale najważniejsze, że jadę! Za dwa dni będę w Zhengzhou, to o rzut beretem od stolicy (10h jazdy pociągiem). Mój pociąg wlecze się długo, a ekspres z Kunmingu do Pekinu jedzie ponoć tylko 17 godzin. Hm, cóż z tego, jeśli biletów na ten jedyny bezpośredni pociąg nie było?! Połączeń z Zhengzhou do Pekinu jest potem mnóstwo, tylko czy dostanę bilet na niedzielę wieczór?

Dziś rano wstałem jak zwykle około 7.00, zostawiłem bety w przechowalni hotelowej i pojechałem #2 na północno-wschodni terminal. Stąd, za 10Y minibusem do Qiongzhu Si, Świątyni Bambusowej (przepłacone, ale w zasadzie jechałem solo). W pół godziny później byłem na miejscu. Miejsce do modlitw mnisi wybrali sobie piękne: między wzgórzami porośniętymi sosnowymi lasami. Świątynia jest dość stara ale pod względem rozplanowania budynków i zawartości ich wnętrz jest podobna do tych, które widziałem wczoraj. A zatem brama wejściowa, przedsionek z Buddą i czterema królami, pierwszy dziedziniec, główna świątynia z mnichami śpiewającymi w przybudówce, drugi dziedziniec i druga świątynia różniąca się tym od poprzedniej, że zamiast postaci siedzących po dwóch stronach Buddy - są zawieszone dwie duże kolorowe aplikacje przedstawiające bogów. W bocznych pawilonach na drzwiach - drzeworyty przedstawiające buddyjskie mity oraz zwierzęta i kwiaty.
Kunming: Targ Zwierzęcy Była dość wczesna pora, ledwie kilku chińskich turystów, nie było ciekawych nastrojów. Wróciłem busem na targ, tu kupiłem tanie pomidory (1.5Y/kg) i lokalne winogrona (1Y/kg), piekielnie ostre papryczki wielkości zapałki oraz pyszne, długie na pół metra słodkie racuchy. Z przyjemnością przypatrywałem się pracy Chińczyka wyrabiającego ciasto zgrabnymi ruchami, formującego plecionkę a następnie smażącego racuchy w oleju na olbrzymim woku.

Później był internet, rozpoczęło się dwutygodniowe milczenie mojej żony - pojechali na wakacje do Grecji. Kurnik nie działał, brak Javy. Napisałem mejla do ludzi z Polski, którzy będą w Pekinie od 14 sierpnia. Liczę na spotkanie z nimi. Inna grupa jest teraz w Xian. Maja i Mariusz już od wczoraj są w kraju, Jacek gdzieś w Tybecie.
Później, pod wpływem impulsu postanowiłem jeszcze raz odwiedzić Targu Zwierzęcy. Tym razem było więcej zwierząt: ptaki - od żółciutkich kurczaków poprzez kolorowe papugi i mądre szpaki po bliżej nieokreślone skrzydlate stworzenia, które miła Chinka karmiła podając pokarm pałeczkami. Yunnan: pola ryżowe Były i ryby w dużych plastikowych kontenerach, żółwie i ślimaki, małże i raki-pustelniki. Były spore miednice pełne ruszających się robaków - po co im to? Nie mam pojęcia. Poobserwowałem trochę życie targowe, porobiłem nieco zdjęć sprzedawcom różnych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy (oraz mniej lub bardziej smacznych rzeczy) i zajrzałem na Targ Kwiatowy. Tu pełne rozczarowanie: to już na Rynku Krakowskim jest bardziej kolorowo! A tu ledwie kilka..języków teściowej, stragan z bonsai, trochę storczyków i róż. Hm. Zdecydowałem się w końcu na zakup jadeitowego wisiorka dla żony: wybrałem bladozielony kwiatuszek z pomarańczowym oczkiem.
Zrobiło się późno, szybkim krokiem wróciłem do hotelu, jeszcze oszukany obiad za 5Y i objuczony plecakiem pocwałowałem na dworzec.

A teraz zrobiła się już 20.00, za mną już 4.5 godziny drogi (czyli 10% czasu który tu mam spędzić). Idę na swoje górne wyrko. Nie jest tak źle - włączyli klimę.

Liupanshui - Guilin
sobota, 13 VIII 2005

Żałuję, że nie sprawdziłem w sieci,  którędy prowadzi droga pociągu K338 do Zhengzhou. Z pewnością nie jest prosta. Dziś świat powitał mnie słoneczkiem i nieoczekiwaną zmiana kierunku jazdy. Jedziemy... na południe. Hm, zobaczymy.

Wciąż nie mogę się nadziwić, jak można tak głośno się zachowywać: Chińczycy z niższych pięter mojego przedziału rozmawiają tak głośno, że w Polsce uznano by to za awanturę. Nie ma jeszcze 8.00 rano, ludzie obok usiłują dospać. Ale to jest właśnie to chińskie nie liczenie się z innymi. Czekasz na swoją kolej do kibelka, a tu bach: Chińczyk wpycha się przed ciebie. I naprawdę to nie są przypadkowe zdarzenia. Nikt tu przedtem ani później nie zapytał, czy ja też czekam.

Wczoraj, o 22.00 wyłączyli w wagonie światło, za to klimatyzacja pod sufitem nieźle mnie wymroziła. Teraz piję poranną kawę; kończą mi się jej polskie zapasy. Tu kawa jest dużo droższa, praktycznie się jej nie pije. Herbat ekspresowych też prawie nie! Zalewają wrzątkiem kilka wiórek podłego gatunku herbaty i piją tę wodę o kolorze słomkowym. Tylko proszę mi nie mówić, że to zielona herbata! Jestem rozczarowany. Powszechne w użyciu są termosy stalowe oraz 0.3-litrowe zamykane szklane naczynia. W hotelach i w pociągach wrzątek jest dostarczany w dużych, może 3-litrowych termosach.

Za oknem niewysokie górki porośnięte lasami sosnowymi. Kępy bambusów i pola ryżowe. Najbardziej atrakcyjnie wyglądają, gdy tworzą nieregularne tarasy na zboczach wzgórz. W polu pracuje niewielu Chińczyków: ktoś prowadzi krowę za sobą, ktoś zbiera jakieś zielsko, kobiety nad rzeczką robią pranie. Wsie w tej okolicy są brzydkie, jakby bez smaku budowane. Zwracają uwagę jedynie czerwone napisy wokół drzwi wejściowych. Pewnie mówią o szczęściu dla domostwa albo witają gości. Ale z pewnością gościnność nie jest chińską domeną.

Zorientowałem się wreszcie gdzie jestem. To prowincja Guizhou. Linia kolejowa zatacza za Guiyang szeroki łuk na południe by później skierować się na wschód. Skończyły się na wpół obnażone wapienne ostańce, więcej teraz zwyczajnych zalesionych gór. Pociąg wspiął się na zbocze pasma górskiego, przemyka przez tunele i wiadukty a za oknem roztacza się piękna panorama na południe kraju. Grzbiety górskie tworzą blaknącą sekwencję jak na obrazku ucznia ćwiczącego perspektywę powietrzną. Na pierwszym planie szeroka dolina z ryżowymi tarasami, osiedlami ceglanych domówi rzeczka wijącą się między nimi.

Guangxi: wapienne górki i pola ryżowe Cały ten region Guizhou jest bardzo malowniczy i, jak podpowiada przewodnik, słabo wykorzystany turystycznie. Główną atrakcją jest odległy od Anshun o 50 kilometrów 74-metrowy wodospad Huangguoshu Dapubu. Ech, gdybym miał jeszcze trzy tygodnie czasu, pewnie bym i tam pojechał. A teraz to się boję, czy zdążę zobaczyć Pekin i okolice.

Za oknem mała zmiana krajobrazu. Pociąg teraz meandruje między wapiennymi ostańcami, które tworzą 10-metrowe kopce lub ponad 100-metrowe górki. Pomiędzy nimi rośnie ryż lub kukurydza. Ta ostatnia już całkiem wyschnięta: w polu stoją żółto-brązowe badyle. Wśród pól pobudowane są betonowe niecki - suszą się na nich ziarna kukurydzy. Czasem pojawia się sylwetka Chińczyka w żółtym słomkowym kapeluszu zbierającego czerwone papryczki do kosza na plecach. W bajorku chłopcy kąpią się i pławią bydło o charakterystycznych płaskich rogach.

Zdrzemnąłem się. O trzeciej po południu stajemy na stacji. To 24 godzina drogi. Półmetek. Dworzec w Liuzhou... Wracam szybko do wagonu po mapę i jestem przerażony. Jestem w w prowincji Guangxi! Czy ja tu chciałem w ogóle jechać?! Oglądam dokładnie mapę. Tak, na wybrzeżu południowo-chińskim jest Zhangzhou, nie ZHENGZHOU. W skali Europy to tak, jakby pomylić Brukselę z Rzymem. Czyżbym kupił bilet do złej miejscowości? Pasażerowie mnie jednak uspokajają, mówią, że pociąg pojedzie jutro na północ do Zhengzhou choć może nie po najkrótszej trasie. Oki, niech będzie! Dla towarzyszących mi dziś od rana krajobrazów tak podobnych do tych z Yangshuo warto było nadłożyć drogi. Tak czy owak, za 24 godziny wysiadam.

Changsha - Wuhan - Zhengzhou
niedziela, 14 VIII 2005


Dziś wysiadam z pociągu! Ależ to brzmi... Zostało mi już "tylko" pół dnia do Zhengzhou.
Cóż mogę powiedzieć o najbliższych godzinach - nuda. Skończyły się atrakcyjne krajobrazy, pola ryżowe, kępy bananowców, nie mówiąc już o plantacjach herbaty. Teraz widzę tylko zwykłe zboża, głównie kukurydzę. Pociąg pustoszeje, w końcowej części trasy przejeżdżamy przez kilka wielomilionowych miast. Czasem z sąsiedniego boksu wyciągnie szyję w moim kierunku 11-letnia dziewczynka. Mieszka z kuzynem w Zhengzhou, chodzi do państwowej szkoły. Jej mama, która zna dobrze angielski, narzeka, że w szkole nauczyciel posługuje się chinglishem. Mała swobodnie mówi po angielsku, aż czasem mi głupio. Tak bardzo bym chciał, aby Sergiusz polubił naukę angielskiego! Do klasy dziewczynki chodzi około 70 uczniów. Jest niesamowity hałas, ciężko prowadzić lekcje. W klasie ma tylko 3 koleżanki, reszta uczniów to chłopcy.
Dziś rano przejeżdżając przez 8-milionowy Wuhan ogladałem Jangcy, najdłuższą rzekę Azji. I pomyśleć, że dziesięć dni temu byłem przy jej źródłach... Co za gigant, 6380 kilometrów! Teraz mam nadzieję, że w okolicach Zhengzhou zobaczę Huang Ho. Jak się później okaże, będzie zbyt ciemno. Trudno. Jangcy pod Wuhanem

To kolejny pociąg podważający obiegowe opinie o chińskim kolejowym horrorze. Owszem, Chińczycy brudzą, ale obsługa pociągu wciąż zamiata i zmywa. W kibelku oczywiście śmierdzi, ale jak dotąd nie śmierdziało mi tylko w pociągach skandynawskich. Obsługa pociągu nie tylko sprząta, ale zajmuje się również usługami i handlem: wypożycza małe telewizory, sprzedaje koraliki i świecące gadżety odstawiając za każdym razem show niczym sprzedawcy z rosyjskich elektriczek.

Jesteśmy na miejscu. Lecę do kasy i kupuję bilet na lokalny hardseater do Pekinu. Mam przed sobą kilka godzin. Okrojony Pascal milczy na temat Zhengzhou, idę na samodzielne zwiedzanie. Oglądam centralne ulice - jak najbardziej zwyczajne chińskie obrazki, i wracam na dworzec odprowadzany przez 2 Chińczyków. Mieli chłopcy rację: poszukiwany przeze mnie internet jest właśnie w dworcowym budynku, skryty na pierwszym piętrze. Dostałem mejla, że Anka, która była z grupą na Syberii rozchorowała się i do Chin nie pojedzie. Druga grupa opuściła Pekin i jest w Xian. Trudno. Wygląda na to, że moja podróż będzie samotna od początku do końca. Zhengzhou

Pociąg do Pekinu No. 1488. To już naprawdę horror. Klimatyzacja azjatycka - otwarte okno, w wagonie120 osób siedzi, 70 stoi, bliżej nieokreślona liczba osób leży pod ławkami. Wnętrze spowija dym tytoniowy mieszany przez szalejące pod sufitem trzy biurowe wentylatory. Po chwili pełno jest śmieci i jedzeniowych odpadków na stolikach i na podłodze. Charki są starannie rozcierane butem. Tym razem znów trafiłem na grubego sąsiada. Rozpycha się i pali. Dobrze, że to tylko 11 godzin� Muszę jednak wyraźnie powiedzieć, że nie mam zastrzeżeń do chińskich pociągów. Zasadniczo wszędzie jest czysto, nawet w hardseaterach. Tu obsługa nie miała szans na sprzątanie. Ten lokalny pociąg, którym jadę, jest wyjątkiem, którego - jak przeanalizowałem - podświadomie nie chciałem uniknąć!
Odmierzam czas do końca jazdy, dzielę go na części i liczę procenty. Tak, jak by to mogło skrócić tę męczarnię ;-)

Pekin - Huanghua
poniedziałek, 15 VIII 2005


Tuż przed szóstą przybywamy na dworzec zachodni. Być może jest największy w Azji, ale mnie interesuje tylko kupno biletu do Manzhouli. Bariera językowa jest tym razem nie do pokonania: nikt nie potrafi mi wskazać drogi do Ticket Office for Foreigners. Próbuję w zwykłej kasie, lecz panienka udaje, że mnie nie rozumie i na wszelki wypadek mówi "mei you". W końcu trafiam na pomocnego ochroniarza, który nie tylko prowadzi mnie do kasy #16 w głównej hali kasowej, ale - rozpychając ludzi - doprowadza mnie pod okienko i kupuje bilet bez kolejki na 19 VIII. Będzie to ciężkie hard przeżycie seat ;-)

Autobus #919 (przystanek na prawo od wyjścia z dworca ok. 100m) wiezie mnie wprost pod hotel Jinhua Fandian. Wypatruję McDonaldsa i śmierdzącej rzeki - orientacyjnych punktów wskazanych w Pascalu. Jak na złość tych amerykańskich przybytków zła jest tu kilka po drodze a sprawdzanie, czy któraś z przekraczanych rzek lub kanałów śmierdzi - jest niemożliwe. Ostatecznie wysiadam w przy węźle Yang Qiao, hotel ma dormy po 25Y/osobę, ale w suterenie. Biorę. Trafiam na towarzystwo japońsko-koreańskie i dwie pakujące się Słowenki. Wyjeżdżają dziś wieczorem do Datongu, ale chcą jeszcze zobaczyć Wielki Mur. Ja też! Jedziemy więc do Huanghua - miejsca bez turystów. Co prawda hotel oferuje za 150Y tour do Simatai lub Badaling, ale wolę bardziej kameralny wyjazd. Huanghua: Wielki Mur Chiński

Dojazd tylko pozornie jest skomplikowany, nie napotykamy na większe trudności logistyczne. Najpierw autobus #66 spod hotelu (1Y), metro do Dongzhimen (3Y), autobus #916 do Huairou (6Y,1h), minibus do Huanghua (30Y/3os). Co prawda na miejscu wstrętny Chińczyk chciał podwyższyć cenę, ale moja niezbyt dyplomatyczna perswazja studzi jego zapały. Już na kilkanaście minut przed końcem trasy widać było Wielki Mur. Teraz widzimy go na wyciągnięcie ręki. Znajdujemy się w V-kształtnej dolinie wyciętej przez rzekę. W tym miejscu, gdzie mur przekraczał rzekę, dziś wybudowano małą zaporę. Niestety, obecnie Mur jest budowany jest w Chinach właściwie od nowa, i nie można mieć pewności, czy chodzi się po zabytku czy nowej inwestycji turystycznej. Także i na tym odcinku (w kierunku zachodnim) trwają prace budowlano-remontowe.

Zaraz po pozbyciu się nieuczciwego kierowcy zgłasza się do nas babcia i prowadzi na drugą stronę tamy. Dostrzegam jakąś ścieżkę idącą w prawo, lecz ona powstrzymuje nas przed skręceniem i prowadzi dalej wzdłuż jeziora. Przy zabudowaniach pojawiają się w jej ręku karteczki zwane przez nią biletami po 2Y. Dla mnie jest jasne, że kobieta pobiera nielegalnie opłaty, kłócimy się przez chwilę, trochę poszturchiwania, w końcu ustępujemy (80 groszy). Stroma ścieżka prowadzi nas pod mur. Tu, przy tzw. wieży - drabina a na jej końcu Chińczyk żądający 20Y za skorzystanie z niej. Oczywiście olewamy go i wraz z rodziną Francuzów idziemy wzdłuż muru wyżej. Wkrótce zdajemy sobie sprawę z sytuacji: gdyby wyżej było jakieś wejście na mur - Chińczyk by stracił swój sk.. interes. Wracamy. Podejrzewam, że właściwa droga wiodła ścieżką na prawo przy tamie. Pewności jednak nie ma a ryzykować w tym upale jeszcze raz drogę tam i z powrotem nikt z naszej trójki nie ma ochoty. Płacimy. Huanghua: Wielki Mur Chiński

OK. Jesteśmy na prawdziwym Murze Chińskim. I to zupełnie sami. Francuzi poszli w stronę zapory, my pniemy się pod górę. Droga jest tworzona raz przez strome schody o szerokości może 3 metrów, raz przez pochyły bruk. Mur biegnie zygzakiem po grzbiecie, wspina się na szczyt, to znów opada do doliny. Góry są zamglone, powietrze przesycone jest wilgocią. Ciężko oddycha, ciężko iść. Tylko cykady hałasują nie robiąc sobie nic z upału. Mijamy kolejne wieże - drugą i trzecią. Tylko w tych miejscach jest nieco cienia. Woda dziewczynom już się skończyła, siadają by odpocząć. Wykorzystuję ten moment i wykręcam z podkoszulka 2 szklanki potu. Później mobilizuję Słowenki i uparcie idziemy do Wieży o Idealnej Budowie. Wystarczy. Rozkładamy się w cieniu i stygniemy. Mamy czas na miłą rozmowę. Opowiadam im o swojej podróży po Chinach, pokazuję zdjęcia. One są równie długo w drodze, ale spędziły miesiąc w Rosji i dopiero _teraz_ zaczynają swą chińską przygodę. Jeszcze sesja zdjęciowa i wracamy. Powrót odbywa się bez problemów z tym samym kierowcą minibusa. W hotelu meldujemy się po 10 godzinach od wyjścia. Udany dzień.

Pekin
wtorek, 16 VIII 2005


Wstaję o 7.00, szybka herbata (oszczędzam resztkę kawy dopóki nie kupię nowej) i jadę pod plac Tiananmen (autobus #66 + metro). W pobliżu Qianmen - Bramy Przedniej panuje ożywienie: setki Chińczyków idą w jedną stronę formując szeroką na kilka osób kolejkę.
Pekin: Plac Niebiańskiego Sopkoju

Przyłączam się do nich domyślając się, że idę z chętnymi do zobaczenia Mao. Wąż ludzki przesuwa się w miarę szybko, niestety wyłuskują mnie z kolejki ochroniarze. Każą odnieść plecaczek do przechowalni bagażu (8Y!). Odpuszczam sobie Wodza, nie chce mi się powtarzać kolejki. Zadowalam się spotkaniem z malowanym Mao powieszonym na Tiananmen - Bramie Niebiańskiego Spokoju. Dopiero teraz mam czas na ochłonięcie. A więc jestem w Pekinie w samym sercu stolicy Państwa Środka. Pekin: Zakazane Miasto W miejscu, które tyle razy widziałem w telewizji i na zdjęciach. Czuję się bardzo szczęśliwy, że tu dotarłem. Wokół mnie spacerują Chińczycy, za mną stoi iglica - Pomnik Bohaterów Ludowych i mauzoleum Mao, przede mną wspomniana Brama z portretem. Dużo czerwonych flag - i na placu i na reprezentacyjnych budynkach po prawej (Muzeum Chińskiej Rewolucji i Historii) i lewej (Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych) stronie. Później, w drodze do Zakazanego Miasta, zapoznaję się z remontowanym pałacem w pustym o tej porze parku Zhongshan (2Y) - kilka budynków porozrzucanych między alejami ze starymi cyprysami. Mży drobny deszczyk.

W Zakazanym Mieście zwanym teraz oficjalnie - nie wiadomo czemu - Pałacem-Muzeum znacznie większe tłumy (60Y). Przechodzę pierwszą bramę - ze schodów roztacza się widok na kolejny dziedziniec. Tych dziedzińców będzie zresztą więcej: główne świątynie są ustawione na jednej osi, dzielą sobą Zakazane Miasto na szereg dziedzińców. Do każdego z tych budynków prowadzą marmurowe schody ze wstęgą płaskorzeźb pośrodku. Wiele z bocznych budynków jest właśnie remontowanych i rusztowanych, co utrudnia komponowanie zdjęć.Pekin: Zakazane Miasto Tak naprawdę to nie ma tu zbyt wiele do oglądania. Pałac został pozbawiony podczas rewolucji chińskiej praktycznie wszystkich skarbów. Obecnie znajdują się na Tajwanie a nieliczne przedmioty, które można zobaczyć są fatalnie wyeksponowane w ciemnych zamkniętych dla zwiedzania pomieszczeniach. Oglądam cesarką siedzibę z rosnącym zniecierpliwieniem i znudzeniem. Przechodzę kolejno przez ... ... Budynki i ich otoczenie są podobne do siebie, utrzymane w podobnym stylu. Liczą nie więcej niż 200 lat, choć Chińczycy sprytnie twierdzą, że pochodzą z epoki Ming. Akurat tak się składa, że trwała ona od XIII do XVIII wieku więc niby się zgadza ;-) Widocznie sami, lub na użytek turystów - potrzebują długiej historii. Wychodzę z Zakazanego Miasta po 2 godzinach północną bramą. W pobliżu znajduje się trochę starych cyprysów, ale ogólnie Miasto jest mało zazielenione. Pekin: Gu Lou, Wieża Bębnów

Czas na dalsze zwiedzanie - idę w kierunku Wieży Dzwonów i Wieży Bębnów. Gu Lou, czyli Wieża Bębnów to ponury przysadzisty budynek; wchodzę tu za darmo, wewnątrz sale wystawowe z rzeźbami przedstawiającymi zwierzęta. Przewodnicy zachęcają turystów do głaskania ich, przynosi to zapewne szczęście. Na wieżę nie mogę wejść (bilety są sprawdzane), idę do stojącego 100 metrów dalej Zhong Lou (Wieża Dzwonów, 8Y, ITIC). Ta kamienna budowla bardziej mi się podoba. Na parterze herbaciarnia, do której wabi turystów mafia przewodnicka. Długimi, stromymi schodami wchodzę na wieżę - tu sporych rozmiarów dzwon i ciąg dalszy komercji - stragany i sklepiki.

Mżawka już dawno się zmieniła w deszcz, chodzę po ulicy w sandałach. Nie wziąłem sobie z hotelu ortalionu, podkoszulek zaczyna przeciekać. Muszę pomyśleć o parasolce. W okolicach Yonghegong Dajie znajduje się wiele konfucjańsko-taoistyczno-buddyjskich sklepików, mam wielką ochotę coś kupić. Tarę, żółwia, Buddę lub smoka. Decyduję się na tego ostatniego, niewielki posążek z mosiądzu dostanie Sergiusz.

Kolejną świątynię Kong Miao (6Y, ITIC) zwiedzam przeskakując spod dachu pod dach z rozpostartą parasolką (12.5Y). Za główną bramą pomnik Konfucjusza, obok kamienne tablice fundatorów. W kolejnych budynkach ustawionych na wspólnej osi - postacie Buddy i zielone tanki, przed świątyniami - żeliwne kadzielnice. Interesującym elementem tego kompleksu - odróżniającym go od innych, które już widziałem w Kunmingu są niewielkie budynki na planie kwadratu pomiędzy którymi rosną kilkusetletnie cyprysy.
Pekin: Kong Miao, Świątynia konfucjańska    Pekin: Kong Miao, Świątynia konfucjańska
Wewnątrz budyneczków znajdują się gigantyczne żółwie trzymające na grzbietach potężne iglice. Warto zwrócić uwagę na posadzkę wokół żółwi - przedstawia wzburzone morze i ryby. Mam pewne wątpliwości, co do długowieczności tych żółwi - w warsztatach tu zlokalizowanych rozlega się odgłos kamieniarskich młotków... W tej świątyni, być może ze względu na padający deszcz spotkałem mało wiernych: ledwie kilku Chińczyków zapalało kadzidła i modliło się.

Jadąc do Chin ostrzyłem sobie zęby na te świątynie konfucjańskie i taoistyczne. Wygląda jednak na to, że te dwie religie a również i buddyzm wykształciły w architekturze podobne style: wsparte na czerwonych kolumnach dachy pawilonów, drewniane, kolorowe ażurowe zdobienia, kasetonowe stropy, "chińskie" dachy z podwiniętymi ku górze narożnikami. Budynki ustawione najczęściej na jednej osi, z przejściem typu amfilada. A wewnątrz - przynajmniej z punktu widzenia dla laika - również podobnie: 4 królów niebiańskich w przedsionku, uśmiechnięty Budda w świątyni, trójpodział przestrzeni, często arhatowie na bocznych ścianach. W ostatniej świątyni obok centralnej postaci Buddy - gobeliny lub tanki przedstawiające bóstwa. Po powrocie do kraju muszę doczytać o różnicach w tych religiach (jeśli wrócę :-p ) Pekin: Yonghe Gong, Świątynia lamajska

Po przeciwnej stronie ulicy Yonghegong Dajie usytuowany jest sławny klasztor lamajski Yonghe Gong, ponoć drugi co do wielkości poza Tybetem. ITIC nie działa, wchodzę za 25Y. Znów te same obrazki, które widziałem dziś i wcześniej. Ale jak w dobrym filmie - to, co najlepsze zostawiono na koniec: w ostatniej świątyni znajduje się olbrzymi Budda. Podobno ma 16 metrów wysokości, jest cały złoty i patrzy przed siebie z wysokości piątego piętra. Wszystko wokół wydaje się małe. Wewnątrz świątyni znajdują się balkony obiegające ją na trzech poziomach. Szkoda, że nie są udostępnione turystom. Po zeszłorocznej wyprawie do Mongolii i wizycie w Gandan, ten posąg nie robi na mnie już tak kolosalnego wrażenia. Siadam sobie pod kolumną, by poczuć atmosferę tego miejsca. Nie mogę się jednak skupić, podelektować tym miejscem. Może to ten deszcz? Albo głośno gadający turyści? Ale jest i deser: interesujące muzeum z rzeźbami, relikwiami i dokumentami tybetańskimi. W sąsiednim budynku dokładka: Buddowie, Tary, różne bóstwa wykonane ze złotego metalu. Arcydzieła są różnej wielkości od filigranowych figurek po metrowe posągi. Buddowie się uśmiechają, bóstwa wymachują sześcioma rękami lub groźnie patrzą odstraszając demony wianuszkiem z trupich czaszek. To mi się zawsze podobało. Tym razem ekspozycja jest dobrze podświetlona, mogę sobie pozwolić na kilka zdjęć. No dobrze, program kulturalny na dziś zakończony: sześć miejsc turystycznych odwiedzonych, czas na zaspokojenie moich snobistycznych "morskich" zapędów.
Pekin: Yonghe Gong, Świątynia lamajska    Pekin: Yonghe Gong, Świątynia lamajska

Jadę metrem na dworzec główny, tu w kasie dla obcokrajowców kupuję bilet Shanhaiguan na następny dzień. Dopiero na 10.00, trudno, podobno nie ma wcześniej połączenia. Cóż, tu w Chinach, system sprzedaży biletów kolejowych preferuje przejazdy od stacji początkowej do końcowej. Wracam do hotelu przemoczony i przemarznięty. Mimo, że nigdzie nie trzeba długo czekać na środki komunikacji zbiorowej, to przejazd z hotelu na dworzec zajmuje strasznie dużo czasu - około godziny. W naszej suterenie - wilgotno, rzeczy wyprane wczoraj oczywiście nie wyschły, zażyłem profilaktycznie 2 polopiryny i wskakuję pod kołdrę. Jeszcze herbata, chińska zupka i reszta arbuza. Uff... odżyłem. Wieczorem idę na internet: tu odczytuję te wszystkie okropieństwa o przejściu w Manzhouli - ale o tym napiszę jutro.

Pekin - Shanhaiguan
środa, 17 VIII 2005

Od wczoraj jestem tak cholernie zestresowany, że bardziej być nie mogę. Jest to klasyczny przykład sytuacji, gdy nadmiar informacji źle wpływa na człowieka. Żyłem dotąd w przeświadczeniu, iż koniec mojej podróży po Chinach będzie miał bezproblemowy przebieg. Mam bilet do Manzhouli, będę tam 20 sierpnia o 17.23. A następnego dnia bilet na pociąg z Zabajkalska. Upewniłem się szukając w sieci, że jest tam przejście drogowe, że przejadę do Rosji jakimś busem. Ale wczoraj znów poszedłem na internet, poszperałem więcej i czytam (McZapkie), że granica jest zamknięta w niedzielę, że bilety na autobus są wykupione na wiele dni naprzód, że hotele są drogie, itd... Cholera! Jeśli 21.VIII do południa nie przekroczę granicy to stracę bilety na transsiba. Nie mówiąc o problemach z zakupem nowych biletów i wizą rosyjską. Jestem tym wykończony. Mam oczywiście zapas waluty na czarną godzinę i wiem, że pieniądze mogą ułatwić przekroczenie granicy, więc może nie będzie tak źle.

Wczoraj był długi i deszczowy dzień, dziś jest pochmurno, lecz nie pada. Siedzę teraz w poczekalni dla VIP-ów obok Ticket Office for Foreigners i czekam na pociąg do Shanhaiguan o 10.00. Uparłem się, by pojechać nad morze. Będzie to moje ostatnie "kolorowe" morze. W 2000 roku byłem nad Morzem Czerwonym, w 2003 roku nad Morzem Białym i Morzem Czarnym; czas więc nastał na Morze Żółte. Wybrałem miejscowość Shanhaiguan, choć nie jest najbliżej Pekinu. W niej właśnie kończy się (lub zaczyna!) Mur Chiński. Drugi jego koniec widziałem na pustyni pod Dunhuang. Mam nadzieję, że zdążę sobie wszystko obejrzeć i wrócę przed północą do stolicy.
Morze Żółte

Pociąg nr T11 wiezie mnie do Shanhaiguan nieco okrężną trasą: przez Tianjin. Ciekawe, że mijam tyle miast liczących po kilka milionów mieszkańców. Przejeżdżam przez nie nie doświadczając jak gdyby ich wielkości. Tianjin liczy sobie raptem 10.240.000 ludzi (2004r). To tak jakby przejechać przez Warszawę nawet bez wzruszenia ramion. A przecież tu, na wschodnim wybrzeżu, takich miast jest strasznie dużo. Nie mówię tu o 7.5-milionowym Pekinie, są tu ... liczące po ... mln. O większości z tych molochów przeciętny Europejczyk w ogóle nie słyszał. Czy można mieć więc pretensje do Chińczyka, któremu jest wszystko jedno, czy Londyn jest we Francji czy w Holandii? Jadę więc w kierunku wybrzeża - dokładniej - Zatoki Po Hu. Jestem już w prowincji Hebei. Swoją drogą tych prowincji i autonomicznych regionów zobaczyłem całkiem sporo: począwszy od Xinjiang, poprzez Yunnan do Hebei i Pekinu.

I chciałbym powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony, że byłem w Zachodnich i Południowo-Zachodnich Chinach. Bo tu krajobrazy są bardzo europejskie, można by powiedzieć: polskie. Zwykłe pola z kukurydzą, zagajniki z topolami lub akacjami, trochę stawów rybnych... W końcu trzy ostatnie przystanki: kurortowy Beidaihe, wielkoprzemysłowy Qinhuangdao i mój - historyczny Shanhaiguan. Tak na marginesie - nazwa miasta dobrze oddaje jego położenie: shan = góra, hai = morze, guan = przełęcz. Shanhaiguan świątynia nad Morzem Żółtym Shanhaiguan świątynia nad Morzem Żółtym

Na stacji od razu kupuję bilet powrotny do Pekinu - tylko 47Y bo bez miejscówki (pociąg No. 714 o 19.10). Opędzam się od taksówkarzy i autobusem #25 jadę do Laolongtou. Trochę naiwnie wyobrażałem sobie, że od razu zobaczę złocisty piasek nad morzem. Z daleka widzę mury zrekonstruowanego Muru, na razie idę z dwoma Koreańczykami szukać dojścia do plaży. Znajdujemy mały port rybacki, lecz widoki stąd na morze - mizerne. Decyduję się wejść na Mur - 30Y (ITIC). Podoba mi się tu, sporo murów, można by powiedzieć, że znajduję się w średniowiecznym bastionie czy twierdzy. W najwyższym punkcie stoi zamknięta na cztery spusty świątynia, ale nie szkodzi - wszak przyjechałem tu po to, by zobaczyć jak Mur spotyka się z morzem. Jest tak jak sobie wyobrażałem: fale tłuką się o kamienną ścianę wchodzącą na kilkanaście metrów w głąb zatoki, wiatr niesie słone krople wody. Chińska róża, hibiskus Obok prawdziwa piaszczysta plaża a nieco dalej - molo wybiegające daleko w morze ze Świątynią Boga Morza na końcu. Tu gromadzi się większość turystów, miejsce rzeczywiście jest ładne. Szkoda tylko, że dzień jest pochmurny, choć sztormowa pogoda nadaje specyficzną atmosferę temu zakątkowi. Siadam na wilgotnym piasku. Jestem absolutnie usatysfakcjonowany: mam swoje Żółte Morze.

Wracam. Jeszcze krótki posiłek obok dworca i zaczynam polowanie na wolne miejsca w pociągu. Niestety, jak się później okazało, pociąg nie zatrzymuje się aż do Pekinu. Połowę drogi stoję, czasem przysiądę się do chwilowo opuszczonego miejsca. Nie jest źle - tym razem spędzam w pociągu ledwie 2h 40 min. Powrót do hotelu mam kombinowany: autobusy #20 i #66 (bezpośredni #957 jeździ tylko do 20.30). A zatem udało mi się i zobaczyć morze i wrócić o sensownej porze do stolicy. Zdecydowanie polecam taki 1-dniowy wypad do Shanhaiguan. Szkoda, że zabrakło mi czasu na Chengdu i Datong. Mógłbym zrobić jednodniowe wycieczki lub obmyślić jakąś kilkudniową trasę.

Pekin
czwartek, 18 VIII 2005


Dzisiaj czas na Yiheyuan - Pałac Letni. Wychodzę z hotelu o 8.00, na miejscu jestem po 2 godzinach! Niestety, Pekin to olbrzymie miasto, i choć - w mojej ocenie - transport publiczny jest bardzo sprawny, dojazd z mojego hotelu na przykład na dworzec trwa około godziny.
Pekin: Pałac Letni Pekin: Pałac Letni, Glazed Pagoda
Przed kasą Pałacu Letniego - rzecz jasna - tłumy, udaje mi się wejść na ITIC (15Y). Zwiedzam początkowo dość chaotycznie, świątynie porozrzucane w parku wydają mi się tak podobne do siebie... Kupuję dodatkowy bilet do Banxi Lou, tu zgromadzono parę eksponatów. Trochę powozów, pierwszy importowany chiński samochód, porcelanowe wazy, ozdobne krzesła, haftowane złotem narzuty na sofy, rzeźbione w drewnie meble, baldachimy i parawany. Może i łądne ale, cóż z tego, jeśli znajdują się za szybą w ciemnym pomieszczeniach? Wdrapuję się na wzgórze ze świątynią w północno-wschodniej części parku, miłe stąd widoki na stolicę z sosnami na pierwszym planie. Później kilka urokliwych mostków, kanały i stawy oraz wielkie, różowe lilie na wodzie. Mijam bramę Yinhui Chengguan (Światła Świtu) i jestem przy tzw. Ulicy Suzhou czyli ciągu sklepików nad kanałem.
Pekin: Pałac Letni, ulica Suzhou

Oglądam sobie to miejsce z mostku (wstęp płatny) a następnie wdrapuję się na wzgórze z glazurowaną świątynią na szczycie. To chyba najwyższy punkt parku. Widać i Pekin i pagody w pobliskich górach, no i oczywiście mur chiński ciągnący się zygzakami przez zbocza aż po zamglony grzbiet pasma. Spoglądając natomiast na południe - zobaczymy największe cesarskie jeziorko w parku, a na nim 17-przęsłowy most Yudao Qiao. Dwustuletnia świątynia Zhihuihai Si (Świątynia Morza Mądrości), przy której się teraz znajduję pokryta jest żółto-brązowo-zielonymi ceramicznymi kaflami z płaskorzeźbami przedstawiającymi Buddę. Niestety, wiele z postaci ma poutrącane głowy, widać - wandale to nie tylko polska specjalność. We wnętrzu budynku, do zbudowania którego nie użyto ani jednej drewnianej belki, znajduje się posąg Buddy (Amitayus Buddha) i kilka mniejszych rzeźb. Zdjęć robić nie wolno, ale handlować można (stoisko z pamiątkami w kącie pomieszczenia). Dziwna mentalność...
Pekin: Pałac Letni, marmurowy statek

Odpoczywam chwilę w altanie (zupka chińska 5Y), a następnie schodzę ścieżką wśród powyginanych sosen ku zachodnim kanałom. No...! tu dopiero turystów! Tysiące Chińczyków je, pije, fotografuje się i kupuje pamiątki w dziesiątkach sklepików. Łódki i stateczki czekają na nich. Bo taka jest cała prawda o chińskich turystach: zero wysiłku. Emei Shan, Tian Shan czy choćby Xi Shan to typowe kompleksy turystyczne ze schodami zamiast górskich ścieżek, ze stoiskami z tandetą na szczytach. Oglądam jeszcze piękny marmurowy statek zakotwiczony przy brzegu i idę tzw. długim korytarzem ku słynnemu mostowi. Dopiero stąd widoczna jest panorama wzgórza zabudowanego świątyniami. Ładnie to wygląda. Przy moście wygłaskany byk i "przestrzenna" altana.

Wracam do hotelu. Znów 2 godziny przedzierania się przez miasto. Pół godziny odpoczynku przy herbacie i znów ruszam do centrum. Kręcę się z godzinę po okolicach Tiananmen i udzielam sobie wywiadu (karta 128MB). Jest ciepły słoneczny wieczór. Pekin: Pałac Letni, Yinhui Chengguan

Pozostał jeszcze ostatni punkt programu w Pekinie - uliczki Hutongu i zakupy prezentów. Szkoda, że wieczór już zapada, stare uliczki ze sprzedawcami i ruderami zbyt szybko pogrążają się w mroku. Zakupy w Dachilan rozpoczynam od zapoznania się cenami wywoławczymi. Sprzedawcy zaczynają od astronomicznych cen, moja reakcja zmusza ich do jej korekty. Kurtka z "goretexu" z polarem (dla Sergiusza) kosztuje początkowo 380Y, później 90Y; gdy odchodzę słyszę za sobą 50Y. Komplet "artystycznych" pałeczek za 85Y kupuję za 10Y, plecaczek też zjechał do 10% ceny wywoławczej. Najdłużej męczyła się ze mną Chinka, od której chciałem sukienkę. W końcu uległa mi ;-) Kupuję jeszcze drobiazgi: kosmetyczki, mahjonga itd. Kupowałbym jeszcze i jeszcze, ale poczułem w tym momencie zmęczenie związane z osiągnięciem wszystkich celów. Moja podróż po Chinach dobiegła w zasadzie końca, w Pekinie zobaczyłem również to, na czym mi zależało (odpuściłem sobie zabytkowe parki ze m.in. z Niebiańską Świątynią). I właśnie ta ulga, że wszystko poszło dobrze, sprawiła, że poczułem się taki zmęczony. Robię jeszcze kilka fotek ładnie podświetlonym budynkom wokół Tiananmen i wskakuję do autobusu #66.
Wszystkie rzeczy mam wilgotne i zatęchłe. W tej suterenie nie ma szans, by cokolwiek porządnie wyschło. Wychodzi na to, ze Jinghua Fandian jest dobry na jedną noc, ale by tu dłużej mieszkać - trzeba by wybrać cos więcej niż dorm za 25Y.

Pekin - Fuxin
piątek, 19 VIII 2005


Opuszczam Pekin. Kupuję sobie jeszcze śniadanie, dwa eggburgery i racuchy, i jadę na dworzec. Pociąg rusza 10 minut wcześniej?! Nie - to zegarek mi się popsuł. A chciał mi Chińczyk wczoraj sprzedać... Od kilku dni na tarczy mojego zegarka widoczne były kropelki wody - nie byłem w stanie go wysuszyć. No i bateria padła.

30 godzin na siedząco... Mogę to wytrzymać, byleby mnie tylko przepuścili przez granicę... Tym razem w moim boksie siedzą dwie chude Chinki i jeden średni Chińczyk. Mam swobodę ruchów. Ponoć to tylko 932 kilometry, sprawdzę to później w rozkładzie jazdy, jakoś nie wierzę Pascalowi... Raczej 1500 km*). Heh, ile tych kilometrów przejechałem już po Chinach? Ile tysięcy? 6? 10? Ile godzin spędziłem w pociągach i autobusach? Ile dób? Niewątpliwie jest to najbardziej wyczerpująca podróż ze wszystkich dotychczasowych. Uzupełniam notatki, suszę rozkręcony na części zegarek wpatruje się w nudne monotonne krajobrazy za oknem. Od czasu do czasu robię sobie herbatę - bardziej dla rozruszania kości niż z pragnienia.
Nuda.
*) W rzeczywistości to 2323km; po całych Chinach przejechałem ponad 16.200 km!

 Changchun - Manzhouli
sobota, 20 VIII 2005


Drugi dzień podróży do Manzhouli. W pociągu spotykam parę Rosjan wracających z Pekinu po nieudanej próbie podjęcia pracy w charakterze nauczyciela języka angielskiego lub rosyjskiego. Musieli tej pracy wyjątkowo intensywnie poszukiwać, gdyż nie widzieli nawet Wielikoj Stienki. Chcieliby przekroczyć granicę jeszcze dzisiaj, czeka ich podróż do Irkucka, gdzie mieszkają. Inna Rosjanka, którą wypatrzyłem kilka foteli dalej okazuje się być... Polką. Halina jest nauczycielka z Lublina, w drodze jest prawie miesiąc, lecz połowę czasu zajął jej pobyt nad Bajkałem i przejazd przez Mongolię. To wyprawa jej życia. Wygląda na osobę nie przejmującą się niczym i... radzącą sobie. Ta część Chin - Mongolia Wewnętrzna, jak łatwo się domyślić, krajobrazowo nie jest zbyt urozmaicona: stepy i łąki. W pewnym momencie jedziemy wśród żółtych wydm, pstrykam więc zdjęcia imaginując sobie, że to Gobi - niezrealizowany cel sprzed roku. Dawno już minęliśmy Harbin, który w ciągu ostatnich lat stracił swoje początkowe "C". Odliczam te ostatnie godziny drogi.

W Manzhouli para rosyjska chwilowo się odłącza: jadą na przejście graniczne - chcą koniecznie przekroczyć dziś granicę, by kupić bilet do Irkucka. Ja i Halina idziemy szukać hotelu. Miasteczko jest szokujące: wszędzie na ulicy słyszy się rosyjski, wzrok przyciągają barwne neony: "Magazin", "Bar", "Gostinica". Wszędzie na wystawach skidki i prodaża. Manzhouli Okazuje się, że znalezienie wolnego pokoju jest nie lada problemem. Mimo, że na jednej ulicy czasem jest i kilka hoteli, brak jest wolnych miejsc. Udaje mi się w końcu znaleźć pokój w obskurnym hoteliku (25Y/os w pokoju czteroosobowym).

Halina ciągnie mnie na zakupy, chce koniecznie kupić sobie żółtą torebkę. Ja najpierw muszę wiedzieć, skąd jutro jadą autobusy do Zabajkalska: Na szczęście budynek dworca jest niedaleko (na północny wschód od dworca kolejowego). Teraz zakupy. Odcieni żółtego jest dużo, kształtów torebek jeszcze więcej, a i sklepów tu pod dostatkiem - chodzenia jest więc dużo. Zdążyłem przy okazji kupić CD z muzyką chińską, nową baterię do zegarka i wysokoprocentową nalewkę z korzeniem żeń-szenia, ziołami i... żmiją.
Idziemy coś zjeść: trafiamy na rosyjską kuchnię. Niech będzie. Zamawiam borszcz i kurice s gribami. Porcja jest gigantyczna, ale oburzam się: w barszczu nie ma buraków: to kapuśniak! Tymczasem do miasteczka wraca para rosyjska: nic nie załatwili, przejście jest zamykane o 18.00. Idziemy do hotelu.

Zabajkalsk
niedziela, 21 VIII 2005


Dziś pożegnanie z Chinami. Zmuszony odpowiadać na pytanie, czy mi się tu podoba - odpowiadam, że Chiny to piękny kraj, ale Chińczycy już nie bardzo... Ciężko jest czasem rozwijać drugą część tej opinii. Ale jak tu mieć dobre zdanie o Chińczykach? Wynegocjowałem z Chinką dopłatę za korzystanie z prysznica na 5Y/os, wcześniej chciała 10Y. Rano, przy opuszczaniu hotelu - awantura. Znów chciała 10 Y. Jak tu z nimi żyć?

Zabajkalsk Wstaję ciut za wcześnie obudzony hotelowymi hałasami i idę na spacer po wyludnionych ulicach. Mroźne, rześkie powietrze. Tak, to już zdecydowanie nie Pekin, to inna strefa klimatyczna. Od 7.00 jest już otwartych kilka sklepów, kupuję zapas zupek chińskich i pomidory. W myślach pomagam zsumować obie kwoty sklepikarzowi; nawet z kalkulatorem ciężko mu idzie.

Autobus kosztuje 50Y, regularne kursy są od 7.30 do 13.30. Kupuję bilety na 9.00. W pół godziny później jesteśmy na granicy. Skrywam swe podenerwowanie przy odprawie paszportowej: byłem tu 31 dni, zaś na mojej miesięcznej wizie jest napisane 30 dni. Zawsze się można przyczepić... Przepycham się przez kolejkę Chińczyków z gigantycznymi tobołami, ja nie mam nic do oclenia, i... już jestem w Rosji (11.00).
Halina i para rosyjska mają dziś szczęście: na stacji okazuje się, że są bilety do Czyty (obszczije i kupe). Nawet brak rubli u Haliny i zamknięte kantory (niedziela) okazują się nie być przeszkodą: pomaga jej Chinka mieszkająca w Moskwie. Zostawiamy plecaki na dworcu i idziemy do miasteczka. Priorytetem Haliny jest wymiana pieniędzy (u szefa "Dżokera"), moim - internet (poczta główna, wejście od podwórka).

Do odjazdu pociągu o 20.23 pozostaje wciąż wiele godzin. Ja nadal kaszlę i mam podwyższoną temperaturę. Kładę się na alumacie przy moim wagonie obok Rosjan pilnujących wejścia. Kobiety są wesołe, wypytują mnie o różne sprawy, chcą bym je zabrał do Polski. Zdobywam jedną ważną informację: nie obowiązują numery miejsc, trzeba szybko zająć górną półkę. O 20.00 szturmujemy wagon. Zaklepuję sobie miejsce półce, a gdy przychodzi Chińczyk z "właściwym" biletem zgodnym głosem z Rosjankami krzyczymy: Eto obszczij wagon! Nomier nieważnyj!".
Noc jest duszna, Uzbeczka z naprzeciwka zamknęła okno. Jasne, od smrodu jeszcze nikt nie umarł, od przeciągu - zdarzało się. Po północy nieprzyjemny incydent z agresywnym Rosjaninem, który zaczął wyrzucać Chińczyków z parteru. Pociąg wlecze się powoli, pełznie. Pokonanie 450 kilometrów do Czyty zabiera mu 11 godzin. Rano na dworcu żegnam się z Haliną i Chinką - jadą do Moskwy wcześniejszym pociągiem. Mój odjeżdża dopiero po północy.

Czyta
poniedziałek, 22 VIII 2005


Siedzę teraz pod pomnikiem Lenina w Czycie. Pomnik obstawiony jest pustymi butelkami po piwie ale nie brakuje i młodych dziewczyn z butelkami pełnymi. Młode Rosjanki spotykają się tu, by się napić i popalić. No i poplotkować. Dziewczyny ubierają się elegancko: obcisłe dżinsy podwiniętymi nogawkami, buty na wysokich obcasach, odsłonięte brzuchy, czasem kolorowe mini-spódniczki. Ale bywają też ubrane w kwieciste, jedwabne spodnie-dzwony i buty na grubej podeszwie. Prawie każda ma komórkę.
To palenie i picie wśród młodzieży jest przerażające. Widać na ulicy i 6-latków palących papierosy. Młodzi ludzie spacerują po placu, słoneczko jeszcze przypieka. Jest dobrze. Jakoś przetrzymałem ten dzień.

Rano zostawiłem plecak na dworcu, pooglądałem dokładnie odbudowywaną cerkiew po drugiej stronie placu dworcowego. Później pointernetowałem się przez godzinę (wściekając się co chwilę na kretyńsko umieszczony klawisz "power" na klawiaturze tuż przy "delete"). Pospacerowałem po starych uliczkach wyszukując przedrewolucyjne drewniane chałupy.

Czyta: stare domy Posiedziałem też z Rosjanką przy Pl. Lenina - przyjechała wczoraj do syna do jednostki wojskowej. Liczyła, że dadzą mu przepustkę także na dziś. Nie dali, i musi - tak jak i ja - czekać na nocny pociąg. Pracuje w przedszkolu, życie jej upływa spokojnie, jest ciężko, wszystko drogie, ale da się żyć. W jej ocenie do czasu pierestrojki gospodarka była lepiej zorganizowana, kołchozy pracowały, teraz popadły w ruinę, ziemia leży odłogiem. Młodzi chcieliby stąd wyjechać, ale nie stać ich na mieszkanie w Moskwie. Chcą więc zaczepić się choćby w Nowosybirsku czy Krasnojarsku.

Byłem również na targu - mnóstwo tam Chińczyków i chińszczyzny. W krytej hali stoiska pełne mięsa i ryb. Skromniej natomiast z owocami. Ceny - polskie. W ramach obiadu zjadłem czieburiak - złożony na pół naleśnik z mięsem. Dobre to było.

Po południu chronię się przed skwarem w dworcowym barze. Margarynę oddaję do lodówki. W końcu dochodzi północ, podstawiają mój pociąg, zaczyna się ostatni etap podróży.

 Ułan Ude - Irkuck
wtorek, 23 VIII 2005

 Jest bardzo wcześnie, zegarek mój oczywiście stanął. Gruba handlarka spod okna pakuje się, wysiada w Bada. Czyli jest 6 rano miejscowego czasu. Zgodnie z zasadami komputerowego systemu na jej miejsce przychodzi inny kaszalot. Miałem przez chwilę wrażenie, że mój pobyt w Chinach to był tylko sen. Ale o tym, że było inaczej przypomniała mi moja pekińska chrypka. Za oknem "niebieskie" wsie syberyjskie rozrzucone pomiędzy niewysokimi w tej części Górami Jabłonowymi. Pociąg No. 339, który mnie wiezie do Moskwy to pociąg pasażerski z ponad setką przystanków. Pojedziemy 107 godzin. Wczoraj sprawdzałem w systemie, że pekiński ekspres jedzie na tym odcinku przez 92h, inne pociągi 94h, 105h. Przy takich odległościach to już nie ma znaczenia. Najbliższe dni spędzę w towarzystwie starszej kobiety jadącej do Swierdłowska oraz z dwójką młodych wracających do Krasnojarska. Godziny w transsibie mijają wyjątkowo powoli w tym roku. Przerażająca jest dla mnie perspektywa 5 nocy.  było ich "tylko" 4. Pocieszam się, że nie pchałem się do Władywostoku. Omul

Minęliśmy Ułan Ude, mignęła szara wstęga Selengi, i oto niespodziewanie pojawił się Bajkał - na wyciagnięcie ręki. Podobno w tym roku woda była wyjątkowo ciepła. Poprosiłem kobietę rozwożącą piwo, by mi dała znać, jeśli znajdzie w pociągu Polaków, póki co nudzę się jak mops. Młodzież zajęła się sobą, starsza kobieta jest jakoś mało przystępna. Kupiłem sobie w pociągu goriaczego omula (25RUB). W Sljudiance będziemy stać 40 minut, zdążyłbym kupić na stacji, ale jakoś nie mogłem się jej doczekać. Dziwna rzecz: zostawiłem dwa razy więcej rybich resztek niż kobieta z naprzeciwka. Ależ ci Rosjanie potrafią się wgryzać w głowę i w ogon!
W Irkucku na sąsiednim torze stoi pociąg z Pekinu do Moskwy, dogonił nas. Wypatruję Polaków, ale z pociągu wysiadają na peron głównie skośni. Ale w końcu słyszę parę polskich słów - kobieta z dwójką dzieci i to z "mojego" pociągu. Umawiamy się na wizytę. W pociągu kolejne przetasowania, teraz w wagonie jedzie głównie młodzież i dzieci do Omska. Z tego, co mówią przez ostatnie dni cały czas padało nad Bajkałem. Syberyjska wioska

Idę do polskiej rodziny. Ania i Sławek to młode małżeństwo wracające po 4.5 latach pracy w Ułan Ude. Uczyli języka polskiego w szkole. Buriacka polonia jest z okresu powstania styczniowego, choć są i tacy, którzy żyli jeszcze w Polsce przed okupacyjną wywózką. Tylko starsi mówią po polsku, młodzież dopiero się uczy języka. Główny ich cel to właściwie stąd wyjechać, wyemigrować gdziekolwiek, choćby do Polski. Mówią, że do Stowarzyszenia Polaków w Ułan Ude zagląda latem wielu Polaków, którzy jadą do Mongolii i Chin. Przyznają, że kontakt ze Stowarzyszeniem jest utrudniony. Sami też byli w Chinach, lecz ze względu na 3 i 5-letnie dzieci, musieli ograniczyć się do Pekinu. Opowiadam im o swojej podróży, oni o stosunkach polsko-rosyjskich po ostatnich chuligańsko-dyplomatycznych incydentach. Konflikt, jak mówią, jest powściągliwie traktowany w mediach, podkreślane są krzywdy rosyjskie. W kilku kwestiach mam odmienne opinie, nie chcę jednak wywoływać "polskiej burzy". Pod wieczór dojeżdżamy do Zimy. Jeszcze 4 noce do Moskwy.

Krasnojarsk - Nowosybirsk
środa, 24 VIII 2005

Zdecydowałem się wczoraj wieczorem na antybiotyk. Do zapalenia oskrzeli dołączył się ból w uchu środkowym (nocny przeciąg), nie chcę się tak męczyć do Krakowa.

Robię sobie apetyczne śniadanko z serem, pomidorem, zieloną i białą cebulką. Wygląda na to, że jedzenia do Moskwy mi wystarczy. A może i do Krakowa :-p Jedziemy i jedziemy. Na wzgórzach wśród brzóz i sosen poukrywały się dacze: niektóre zniszczone i zaniedbane, inne wychuchane. We wsiach - dużo drewnianych domów z niebieskimi oknami.

Przypomniała mi się Halina podróżująca z jeszcze większym plecakiem niż ja. Sprawdza się tu reguła, że im kto krócej w Chinach, ten więcej rzeczy ze sobą zabiera. Z rzeczy, których w ogóle nie skorzystałem wymienię ortalionowe spodnie (wielkości 4 paczek papierosów), które miały się przydać w czasie tropikalnej ulewy, oraz płachtę ratunkową (wielkości paczki papierosów). Raz tylko korzystałem ze śpiwora (w Żarkencie) i raz z alumaty (w Czycie). Z tych dwóch ostatnich turystycznych akcesoriów śmiało można by zrezygnować - zajmują dużo miejsca. Poza tym wziąłem ze sobą:
Ale Jaja - adidasy i sandały (adidasy się rozleciały, wyrzuciłem; sandały też, ale wiozę do reklamacji w Polsce)
- spodnie krótkie i długie
- 4 podkoszulki (jeden powinien być na noc, ale...)
- polar (oj, przydał się nie raz!)
- serdak z kieszeniami (nie sprawdził się w tym roku w Chinach, za gorąco)
- gatki i skarpetki (po 4 sztuki)
- ortalionową kurtkę (wystarczy parasolka!)
- aparat + akcesoria
- ręcznik + drobiazgi do mycia
- apteczkę + drobiazgi: klej, nici, itp.
- przewodnik.
Zabrakło mi sznurka (odłożyłem go na bok przy pakowaniu, nie wiem dlaczego). Niepotrzebny był Off na komary i emulsja do opalania. W hotelach są często klapki pod prysznic. Sprawdził się również plecak Helium 80, dwukomorowy z regulowanym kominem: mogłem dokładać do środka mały plecaczek. Plastikowe zatrzaski wytrzymały drogę.

Miejsce z boku zajęła gigantyczna babcia z nastoletnią Nastią. Babcia nieruchawa, za to dużo opowiada. W Mariińsku dopada nas burza i przy tej okazji udaje się wspólnymi siłami zamknąć to cholerne okno. Za Mariińskiem mam szczęście upolować aparatem stację o wdzięcznej dwuliterowej nazwie Jaja. Po północy dłuższy postój w Nowosybirsku - stąd zaczynałem podróż do Kazachstanu.

Łykam doxycyklinę. Chrypka i łupanie w uchu utrzymuje się, ale temperatura jest OK.

Omsk - Swierdłowsk
czwartek, 25 VIII 2005


Trzy i pół tysiąca kilometrów już przejechane. Do Moskwy jest już bliżej niż dalej. Przelicznik jest prosty 1 minuta = 1 kilometr; 1 doba = 1440 kilometrów.
W nocy budzę się i wykorzystuję tę okazję na porządne umycie się i małe pranie. W Omsku wysiada młodzieżowa grupa, na jej miejsce wchodzą bardziej "dzicy" pasażerowie. Wczoraj odkryłem, że mój pociąg 075 (pospieszny) z Moskwy do Brześcia jedzie 24 godziny. Wściekły jestem. Zwykle jechałem ok. 17h. Kupując bilety powrotne ponad miesiąc temu wydawało mi się, że postąpiłem optymalnie, a tu masz! Tyle dodatkowych godzin w pociągu na koniec. Mam zaległości z zupkami - zjadłem jak dotąd tylko jedną. W pociągu - bez ruchu - prawie się nie zużywa kalorii.
Ech, a tak zarzekałem się w w zeszłym roku, że transsybirem już nie pojadę! I co? Minął rok a ja znów spoglądam na tajgę z okien pociągu. Zrobiłem dziś wycieczkę po pociągu w poszukiwaniu Polaków. Niestety, oprócz znanej mi polskiej rodziny z Ułan Ude, turystów z Polski tu nie mają. Owszem jest jeszcze Włoszka, ale co mi po Włoszce?!
Wieś na Nizinie Zachodniosyberyjskiej

Iszym - 3773 kilometrów od Czyty. Nie jest źle, przejechałem 60% trasy do Moskwy. Jeszcze tylko dwie noce... Rozmawiam z facetem jadącym do Tiumenia. Początkowo mój sąsiad wydał mi się mrukiem, lecz teraz opowiadamy sobie o naszym życiu. Ahmed Pasza jest wiertaczem, pracuje na dalekiej północy w Nowym Urengoju. Gdy, opowiadam mu o swoich planach przejścia z Łabatyngi do Nadymu - daje mi adres: "Piotr, prijezżaj k mne, kogda chocziesz".

Nie ma brzydszych cmentarzy niż na rosyjskiej wsi: gdzieś pod lasem, za zabudowaniami znajduje się na nieogrodzonym terenie kilkanaście, kilkadziesiąt metalowych "kojców". Barierki są zardzewiałe, na ziemi walają się resztki sztucznych kwiatów. Przygnębiające. W ogóle pogoda jest przygnębiająca. Te nisko wiszące chmury aż tłamszą człowieka. Kilka skrawków błękitnego nieba robiło rano nadzieję na polepszenie pogody, ale padający co chwilę deszcz nie pozostawia złudzeń.
2286 km od Moskwy - już mniej niż 48h. Stoimy w lesie. Pewnie musimy przepuścić jakiś ekspres.

Kirow - Jarosław
piątek, 26 VIII 2005


Jakoś i ta noc przeleciała. Najważniejsze, że jestem już w Europie. W Swierdłowsku pożegnaliśmy panią jadącą do Pitera, w nocy przekroczyliśmy Ural ze sławnym 1777 kilometrem. Mój zegarek łaskawie zaczął chodzić, chociaż zdarzają mu się okresowe przerwy w pracy. Jest 9.00 czasu lokalnego. Mijamy rosyjskie drewniane wioski. Pogoda jest słoneczna i człowiek zupełnie inaczej patrzy na świat. Przed śmiercią z nudów ratują mnie codzienne krótkie wizyty w 12. wagonie u polskiej rodziny. Zastanawiam się, co można robić w Moskwie przez 10 godzin. Pewnie wybiorę się na dłuższy spacer. Chyba, że poszaleję i pójdę na Kreml. Wciąż mi się chce spać. Kupiłem sobie zapas kawy w saszetkach typu "trzy w jednym": dodatek cukru i laktozy pozwolił producentowi na zredukowanie zwartości kawy do 6% Zupełnie na mnie nie działa!

Moskwa
sobota, 27 VIII 2005

Jestem w Moskwie. I mam zepsuty humor. Głównie przez Rosyjskie Koleje. Pojadę do Brześcia najwolniejszym chyba pociągiem. Zamiast być o 4.00 rano, będę o 16.00! Całe 12 godzin dłużej. Wściekły jestem. Gdy miesiąc temu kupowałem bilet powrotny były miejsca na inne pociągi, ale ta cholera z Nowosybirska sprzedała mi akurat bilet na ten pociąg! No, jakoś to przetrzymam. Rano próbowałem wymienić bilet, ale jedyną możliwością była 23.00 ze stratą 200 rubli, byłbym na miejscu tylko 3 godziny wcześniej. No i musiałbym siedzieć w Moskwie dodatkowe 7 godzin. Uznałem więc, ze to kiepska zamiana.

To już mój czwarty raz w Moskwie. Nie miałem żadnego pomysłu na zwiedzanie. Poszedłem więc wolnym krokiem ulicą Twerską ku Kremlowi. Minąłem pomnik kniazia Jerzego Długorękiego - założyciela Moskwy (1147r), zaglądnąłem do cerkiewki Kosmy i Damiana, poszwendałem się po teatralnych dzielnicach. Miasto budziło się do życia, przygotowywało na przyjęcie turystów, sprzątacze zamiatali ulice i zbierali puste butelki. Moskwa: fontanna

Na Placu Maneżowym pustki. Zrobiłem kilka fotografii znanych mi miejsc, złożyłem hołd Iliczowi, przespacerowałem się wokół Cerkwi Wasyla Błogosławionego i skręciłem w ulicę Wawarki. Tu kilka sympatycznych cerkwi (św. Jerzego, Poczęcia św. Anny) skrytych w cieniu gigantycznego hotelu Rossija. Stąd wzdłuż kremlowskiego muru przeszedłem pod Cerkiew Chrystusa Zbawiciela. Dobrze, że odwiedziłem ją w zeszłym roku - dziś o tej porze była zamknięta. Odkryłem przy okazji, że świątynia ma swoją "drugą stronę" - jej fronton pięknie się prezentował na tle błękitnego nieba, gdy przystanąłem na nabrzeżu przy moście. Sam most na Moskwie jest o tyle ciekawy, że po drugiej stronie nagle się kończy barierką: dalej trzeba zejść kilka pięter po schodach. Tak to znalazłem się na wyspie otoczonej wodami rzeki. Znajduje się tu kilka cerkwi ukrytych między brzydkimi budynkami mieszkalnymi. Jedną z nich: wyjątkowo kolorową oglądam dokładniej. Wysepka jest zabudowanej w zachodniej części pachnącą fabryką słodyczy.
Stąd dwa kroki były do dziwnego, co nieco, Parku Sztuki. To ulubione miejsce - i rzeczywiście warto tu wstąpić. Znajduje się tu trochę rzeźb z okresu "minionego": m.in. Dzierżyński, Lenin, rzadki Breżniew; dużo popiersi i głów wyrzeźbionych przez mało znanych artystów. Coś w rodzaju Salonu Odrzuconych, dla których zabrakło miejsca w galeriach i muzeach. Wśród tego grochu z kapustą można wyłowić kilka interesujących lub zabawnych rzeźb: choćby skarykaturowanego Einsteina i Bohra na ławeczce czy grubawą paniusię wykonującą ćwiczenia gimnastyczne. Moskwa: Kreml

W drodze powrotnej znów zajrzałem do kilku cerkwi przy ulicy Bolszaja Ordynka. Cóż, mogę ogólnie powiedzieć: budynki są z reguły zniszczone, zaniedbane, ale trwają prace remontowe. Wewnątrz - najczęściej współcześnie malowany ikonostas, z rzadka starsze ikony. W sumie - po paru wizytach przestaje to być interesujące.
Na Placu Czerwonym po południu są już tłumy. I tradycyjnie - jak to w soboty - przybyły tu licznie młode pary. Chodziły, fotografowały się a weselnicy krzyczeli gor'cze. Zajrzałem do Ochotnego Zału - wszystko bez zmian: powalające ceny i... mnóstwo Rosjan. Żakiecik 7000 rubli, strój kąpielowy 1200 rubli. Hm... Internet kosztuje tu 45RUB/40min (do 14.00). Poszedłem szukać czegoś tańszego i rzeczywiście - przy ulicy Twerskiej znalazłem salon Samsunga z darmowym internetem: co prawda tylko na godzinę ale czego mi trzeba było więcej? Owszem: dłuższego mejla od żony a nie tylko, że jest OK. Wrrr...
Pociąg do Brześcia okazał się białoruski, obsługa... średnio uprzejma.

Homel - Brześć - Warszawa - Kraków
niedziela-poniedziałek, 28-29 VIII 2005

 Ostatni dzień na Wschodzie. Pociąg jedzie przez nic mi niemówiące miejscowości. Jedynym większym miastem był Homel o 6.00 rano, teraz mijamy eternitowe wioski i zaniedbane miasteczka. Dużo zdewastowanych zakładów produkcyjnych. Za oknem głównie łąki i lasy, praktycznie brak pól uprawnych. Trochę polskich elementów: przejeżdżamy przez Sienkiewiczi i Janów Podolski.

Brześć. No i nie wszystko dobrze poszło. Przyjechałem o 16.40 a pociąg do Polski odchodził o 16.50. Nie zdążyłem. Musiałem zmienić walutę, zapłacić opłatę ekologiczną, zresztą bilety przestają sprzedawać i wpuszczać w tamożnyj zał na 20 minut przed odjazdem pociągu.. Jadę o 19.48, będę w Terespolu 19.30 czasu polskiego. Czy będę miał połączenie? Hm... A wszystko przez tę #$%&% z Nowosybirska.

Zastanawiam się, jak udały się wakacje znajomym? Mam na myśli "podróżników". Przemek pewnie wziął swoją grupę do Gruzji i Armenii. Gdyby nie to, że napaliłem się na Chiny, chętnie bym z nimi pojechał. Ale dobrze, niech poprzeciera szlaki, może za rok tam się wybiorę. Agnieszka i Adam wybierali się jak zwykle gdzieś, gdzie jest ciepło, ciekawe, czy już wrócili? Jolka wybierała się do Afganistanu, w czasie podróży dostałem mejla, że ma problemy z wizami. A co z całą resztą trampingowców z Grecji, Maroka, czy Karelii? Czy ich wyjazdy to była jednorazowa ekstrawagancja, czy jeżdżą dalej? Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich stać na coroczne wyjazdy na miesięczne wyprawy. Inna rzecz, że nie każdego z nich interesuje coroczny wyjazd. Ale ci, którzy złapali bakcyla podróżniczego wiedzą, jak to jest: zbliża się kolejny rok i MUSZĄ gdzieś wyjechać. Rok bez wyjazdu byłby dla nich stracony. Czasem cały rok jest podporządkowany wakacyjnej eskapadzie. Tak jest mniej więcej ze mną. Z tym, że już nie przeżywam tak tych wyjazdów, już mnie tak nie ekscytują jak na początku. Traktuję je rutynowo i dopiero później, jestem wyjazdem zachwycony - mniej lub bardziej. Zwykle wszystko zostawiam na ostatnią chwilę. I to później się mści. Tak było w tym roku - nie dość dokładnie zaplanowałem daty przekraczania granic i numery pociągów. W konsekwencji straciłem dużo nerwów i trochę czasu. Zaobserwowałem u siebie podczas wyjazdu do Chin uczucia zbliżone do znudzenia podróżowaniem. Czy to było przelotne uczucie? A może coś miałem na myśli, lecz nie wiem, co? Na pewni nie jestem typem podróżnika-samotnika. Owszem - przeżyję, ale wolę z kimś! Sianokosy na Białorusi

Czas jednak porzucić te ogólne rozważania - ustawiam się w kolejce do tamożnej w tym toku bez deklaracji celnej, wszystko odbywa się sprawnie i szybko. W pociągu do Terespola spotykam trójkę mieszaną ze Szczecina, wracają z Gruzji (samolot z Mińska 1200zł). Jeden z chłopaków ze śladami siekiery na czole i paszportem tymczasowym - to efekt spotkania z gruzińskim elementem. Są mimo to zadowoleni, choć 2 tygodnie spędzili w gruzińskich dolinkach. To kolejna zachęta, bym wziął pod uwagę ten region. Polska odprawa paszportowo-celna jest błyskawiczna: hasło "turysta" - nawet nie zaglądnęli do paszportu! To mi się w naszych wopistach podoba! Dzięki. Trójka szczecińska przeskakuje do odjeżdżającego pociągu szczecińskiego, ja poleciałem z przyzwyczajenia do kasy, pociąg oczywiście uciekł, nic złego jednak się nie stało, za kilkanaście minut mam osobowy do Warszawy a po północy pośpiech do Krakowa.

Czas chyba na jakiegoś rodzaju podsumowanie. Na pewno była to najdłuższa podróż, najdalej na wschód Harbin) i najdalej na południe (Kunming). Przy okazji Chin zobaczyłem 2 nowe kraje: Ukrainę i Kazachstan. Była to moja pierwsza - od początku do końca - samotna wyprawa. Chiny zwiedzałem nietypowo: priorytetem moim nie były turystyczne miejsca we wschodniej i centralnej części kraju. Bez żalu odpuściłem sobie Terakotowa Armię, Yangshuo i spływ po Jangcy. Skupiłem się na mniej dostępnych peryferyjnych zachodnich prowincjach. Przez pierwsze dwa tygodnie byłem w Chinach - lecz nie wśród Chińczyków: patrzyłem głównie na Ujgurów i Tybetańczyków. I muszę powiedzieć, że z punktu widzenia całości trampingu tę pierwszą część uważam za najciekawszą. Tam widziałem niesamowitą surową przyrodę pustyni Takla Makan i ośnieżone góry Tybetu. Ale przede wszystkim fantastycznych mieszkańców tych krain: barwnych i uśmiechniętych. Oczywiście, jadąc tu nie mogłem nie spotkać bardziej "chińskich" Chin: zamieszkałych przez Hanów i krajobrazów znanych z telewizji - pól ryżowych i plantacji herbaty. Te ostatnie widziałem w Syczuanie i Yunnanie. Jednym z moich celów podróży jest zapoznawanie się z innymi religiami: tu oprócz islamu i buddyzmu (lamaizmu) zetknąłem się z taoizmem i konfucjanizmem. Nie zabrakło też światowej sławy zabytków: Wielkiego Buddy w Leshan, Muru Chińskiego oraz jaskiń w Mogao. I oczywiście był Pekin W sumie przejechałem 17 z 32 chińskich prowincji (lub innych wydzielonych jednostek administracyjnych): Xinjiang, Gansu, Qinghai, Syczuan, Yunnan, Guizhou, Guanxi, Hunan, Hubei, Henan, Hebei, Pekin, Tianjun, Liaoning, Jilin, Heilongjiang i Mongolię Wewnętrzną. Kiedyś może wybiorę się do Tybetu, ale będzie to zupełnie inna bajka :-)

Pod względem finansowym nie była to najdroższa wycieczka. Oczywiście, tańsza była Mongolia lub Rumunia (10€/dzień). Główny koszt wyprawy (~80%) to były bilety kolejowe i autobusowe. W Chinach wydawałem ok. 18$/dzień - łącznie z prezentami. Struktura moich wydatków (na miejscu) przedstawiała się następująco: transport - 55%, komunikacja miejska - 2%, jedzenie - 9%, noclegi - 11%, wstępy - 8%, pamiątki i prezenty - 10%.
Czterokrotnie pozwoliłem sobie na "luksus" podróżowania autobusem sypialnym. Ujmuję to słowo w cudzysłów, gdyż na dłuższych odcinkach po prostu nie ma dla nich alternatywy a jazda takim autobusem jest średnią przyjemnością. Dwukrotnie jechałem hardsleeperem, 5 razy hardseaterem. Jeśli więc chodzi o transport, to zbytnich oszczędności poczynić nie mogłem. Gdy jakiś czas później podumowałem w domu te godziny i kilometry spędzone w autobusach i pociągach - wprost nie mogłem uwierzyć: 636 godzin i 32.700km!
Komunikacja miejska jest bardzo tania i w miarę sprawna.

Jeśli chodzi o jedzenie, to z pewnym wstydem przyznaję, że jadłem byle co, nie przebierając w potrawach. Nie wykorzystałem nawet w części możliwości, jakie oferuje smakoszom kuchnia chińska. Jadłem po prostu to, co je zwykły, prosty Chińczyk. Noclegi nie stanowią w Chinach problemu. Poza pierwszym dniem w Yiningu, gdy byłem zbyt zmęczony by szukać czegoś tańszego, miejsca, w których spałem kosztowały mnie od 15 do 40Y. Rzecz jasna wygód tam nie miałem. Przykrą okolicznością był wzrost cen wstępów do obiektów turystycznych w stosunku do cen podawanych przez Pascala (2004r) = LP (2000r): bilety podrożały 2-6-krotnie. Na przykład Mogao Ku kosztowały 100 zamiast 15Y. Jeśli zaś chodzi o pamiątki i prezenty, to Chiny są krajem, gdzie można kupować je w nieskończoność. Ograniczeniem może być co najwyżej pojemność plecaka (można zresztą kupić drugi, chiński plecak na pamiątki).

Teraz, gdy siedzę w Krakowie i spoglądam na mapę świata rozwieszoną na ścianie, zastanawiam się: czy to nie był sen? Czy ja naprawdę tam byłem? :)

Piotr  Olszewski

http://kornel-1.webpark.pl/
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2010 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;