Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Iran '2006
Kraków - Muszyna
piątek, 4 VIII 2006

Modły naszych posłów o deszcz, które miały miejsce niedawno w kaplicy sejmowej, sprawiły, że kolejną podróż rozpocząłem w dżdżysty sierpniowy wieczór. Lawirując między kałużami i pocąc się pod naprędce narzuconym ortalionem, dotarłem na rozkopany krakowski dworzec. Wkrótce przyjechała Kasia z Warszawy a wraz z nią mój paszport ze świeżo wbitą irańską wizą. Visa of Islamic Republic of Iran. Pięknie to brzmi, prawda? Odetchnąłem z ulgą. Ostatnie dni były bowiem pełne nerwowego oczekiwania, czy będę miał wizę na czas. Starania o wizę rozpocząłem zaledwie trzy tygodnie wcześniej, nieoceniona Kasia wzięła mój paszport do Warszawy i wszystko sprawnie pozałatwiała.
Mapa podróży

Oczywiście, jak zawsze decyzję, gdzie i z kim jechać podjąłem w ostatniej chwili. Brałem pod uwagę Zakaukazie - coraz bardziej modny region, zwłaszcza po zniesieniu wiz do Gruzji i ułatwieniach we wjeździe do Armenii. Ale równocześnie nie traciłem z pola zainteresowań starego marzenia o Persji. Na moje sieciowe anonsy odpowiedziało parę osób, ostatecznie pozostał Jarek, 37-latek z Białobrzegów. W przeciwieństwie do mnie, Jarek jest bardziej ograniczony dwutygodniowym urlopem, podjął więc decyzję, że poleci na miejsce samolotem - rezygnując z zakupu laptopa! Godne podziwu, prawda? Do spotkania wyznaczonego w hotelu "Mashhad" w Teheranie miałem ponad tydzień czasu. Ale skoro już miałem wizę w ręku, postanowiłem bez zwłoki ruszyć w drogę. Tym razem wybrałem słowacko-węgierski wariant dotarcia do Rumunii. Niestety, sobotni tani autobus do Budapesztu już odjechał (jeździ w soboty i niedzielę, godz. 20.00; 100zł), zdecydowałem się na międzynarodowy pociąg Kraków-Budapeszt/Sofia (odjazd 22.30), przyjmując założenie, że będę kupował bilety u konduktorów. Póki co zainwestowałem w bilet do Muszyny (36 zł) i przejściówkę (4 zł) oraz w 450 koron słowackich (40 zł). W pociągu, jak można było przypuszczać - pustki. O 3.00 kontrola paszportowa w Plavcu, u konduktora dokupiłem bilet do Cadcy, czyli do ostatniej słowackiej stacji (166 SKK).

Miszkolc - Debreczyn - Oradea
sobota, 5 VIII 2006

Siedzę teraz w autobusie relacji Miszkolc-Debreczyn (1670 HUF, wiele kursów dziennie). Jest dopiero 10.00. Jestem zmęczony po nieprzespanej nocy i czuję się rozczarowany Węgrami. Najpierw w Hidasnemeti zamiast poczekać na kolejny pociąg do Miszkolca - zostałem w pociągu "Sawa". Węgierski konduktor zaczął mi pokazywać tabelki z kilometrami i cenami w euro. Straszne! Po co ja zostałem w tym pociągu? Mogłem przecież jechać osobowym do Miszkolca o 6.00... Pociąg jednak ruszył, dałem Węgrowi na odczepnego 5 euro (bardzo dziękował) i pojechałem dalej.
W Miszkolcu kolejny problem: zamknięte w sobotni ranek kantory. Taksówkarze proponują 250 HUF/euro (chociaż nie znałem aktualnego kursu, wiedziałem, że to za mało). U przypadkowego klienta barze wymieniam 10 euro (2700 HUF) i idę dobre 45 minut poza miasto, by popróbować stopa przy wjeździe na autostradę. A raczej autostratę - przez dwie godziny bezskutecznie sterczę z kartonem w ręce. Nie jestem nawet pewien, czy to najlepsze miejsce do łapania w kierunku Debreczyna. Niepyszny wracam autobusem miejskim do centrum. Połączeń z Debreczynem jest stąd dużo, najbliższe pół godziny relaksuję się na pobliskim bazarze ciesząc swe oczy kolorowymi dorodnymi paprykami, melonami i arbuzami.

W autobusie przysypiam, dziadek opowiada mi coś po węgiersku, oczywiście zgadzam się z nim we wszystkim ;-) Na dworcu wypytuję o połączenia z granicą - mam jechać do Nyirabrany o 14.30. Spora przerwa, czas więc na program turystyczny. Centrum miasta jest kilometr dalej, szybki spacer po uliczkach, wzdłuż głównej arterii komunikacyjnej trochę reprezentacyjnych budynków ze sławnym hotelem "Aranybika" na czele. Zwiedzam kościół pod wezwaniem św. Anny z charakterystyczną białą basztą zamiast dzwonnicy i rzucam okiem na Wielki Kościół (Kalwiński).
Bocznymi uliczkami wracam na dworzec. Zmieniam swój plan, jak się później okaże zbyt pochopnie: zamiast czekać na kurs do Nyirabrany wskakuję do odjeżdżającego autobusu do Berettyoujfalu. Węgier, który mnie namówił na tę zamianę twierdził, że jest tam większe przejście graniczne. Rzeczywiście, w Artand jest główne przejście do Rumunii, tyle tylko, że Berettyoujfalu jest oddalone od niego o 25 km! Jestem już potwornie zmęczony, usiłowałem odespać noc w autobusie, ale jak tu usnąć, gdy ktoś obok głośno gada i to po węgiersku! Wielki Kościół Kalwiński w Debreczenie

Póki co jestem dobrej myśli naiwnie sądząc, że za chwilę będę przekraczał granicę. Niedoczekanie moje!. Pociąg do Oradei jest dopiero za pięć godzin (19.26) i kosztuje aż 3030 HUF. Idę więc 2 kilometry dalej na rondo, by spróbować stopa. Mży, czasem popaduje. Totalne zadupie. Po dwóch godzinach machania poddaję się. Węgry nie nadają się na stopa. Trudno. Wracam na stację sądząc, że mam jeszcze dwie godziny czasu a tu... odjeżdża jakiś intercity. Krótkie pertraktacje z konduktorką i za 2000 HUF jadę do granicy (chciała 5.000 HUF za bilet). Później w Biharkeresztes daję Rumunowi 1000 HUF za drogę do Oradei. Nie muszę chyba tłumaczyć, że nie mogę zaprezentować biletów w sieci, tak jak Cezary?
A propos sieciowych relacji: wielokrotnie przeczytałem i wydrukowałem sobie wspomnienia z 6 wyjazdów do Iranu po 2000. roku. To jednak skarbnica wiedzy. Mam oczywiście ze sobą przewodnik Lonely Planet po Iranie (2004), ale lubię poznawać indywidualne opinie i doświadczenia innych.
W pociągu do Oradei rozmawiam z sympatycznym Rumunem, na miejscu kupuję leje (kantor naprzeciw dworca) i bilet z przesiadką w Braszowie (2 rapidy, 75 NOL, odjazd o 18.00). Jeszcze krótkie internetowanie się przy głównej ulicy przy dworcu i kolacja na peronie (żółty ser nie wytrzymał, pa, pa!). Noc upływa w półśnie.

Braszow - Bukareszt
niedziela, 6 . VIII 2006

Dziś tylko jeden ważny punkt programu: zakup biletu do Stambułu. Gdy będę miał go w garści, to tak, jakbym był jedną nogą w Iranie ;-) Na razie czekał mnie mglisty poranek w Braszowie, niecała godzina na przesiadkę na rapid do Bukaresztu. I tu zaskoczenie: zamiast zabrudzonego i zniszczonego pociągu jak z ubiegłej nocy - na peron wjechał ultranowoczesny zestaw o opływowych kształtach. Jazda do stolicy była więc prawdziwą przyjemnością nie tylko ze względu na towarzyszące mi widoki szczytów Bucegów ale i komfort jazdy wyremontowaną linią bez skrzypienia i dudnienia na złączach szyn...
O 11.30 byłem w Bukareszcie. Zrezygnowałem z pomysłu podróży do Stambułu bezpośrednim pociągiem o 13.27 (kuszetka 150 ROL), z przykrością stwierdziłem, że Bukareszt dalej nie chce się zeuropeizować (peronówka) i obszedłem okoliczne biura obsługujące linie autobusowe do Turcji. Cena wyjściowa biletu wszędzie ta sama - 125 lei. Star Line spuścił do 100 ROL, Oratogu do 100 ROL, Toros ani bani. Zdecydowałem się więc na Oz turk za 90 ROL (hasło: Polska).
Później krótkie, półgodzinne internetowanie się (1 ROL), chłopak mnie więcej nie wpuści, chciał 1.5 ROL, ha ha! Zwabiony zapachami i widokiem wypieków w okolicznych piekarniach skusiłem się na ciasteczko z budyniem o miłej nazwie polonezku wanilia. Uzupełniłem zapas wody i, po lunchu w pobliskim śmierdzącym parku, zająłem strategiczną pozycję na progu biura Oz Turk. Bukareszt: Parlament

Jadę! Autobus kołysze się na wybojach remontowanych bukareszteńskich ulic. Wszędzie, nawet w centrum, widoczne są zdewastowane budynki straszące kikutami ścian i powybijanymi szybami. Mijamy Parlament, przystajemy na moment przy Autogara B.? skąd odjeżdżają między innymi autobusy do Kiszyniowa. Opcję powrotu przez Mołdawię rozważę wracając z Iranu. Autobus jest pół-pusty: wiele osób ma po dwa miejsca. A Rumuni palą. Mimo włączonego nawiewu zostałem wzięty w dwa ognie a raczej w dwa dymy. I od razu przypomniały mi się moje chińskie męczarnie.
Granicę rumuńsko-bułgarską w Giurgiu/Ruse pokonujemy w azjatyckim tempie (16.00-19.00). W autobusie głównie Rumuni. Moje naiwne wyobrażenia, że skończyły się czasy szmuglowania towarów na szlaku bałkańskim rozwiały się, gdy ujrzałem grube zwoje dolarów u sympatycznej sąsiadki. No, za taką forsę, to ja mógłbym świat objechać! Oczywiście, nie obyło się bez rozdawania współpasażerom kartonów z papierosami i butelek wódki. Tę noc, podobnie jak dwie poprzednie, spędzam w półśnie.
Granica turecka o 1.00 w nocy, pilotka zbiera po 10 USD za wizę, każdy wkleja sobie naklejkę do paszportu. W dwie godziny później, po trzech kontrolach granicznych ruszamy w drogę do Stambułu.

 Stambuł
poniedziałek, 7. VIII 2006

O szóstej docieramy na Emniye Bazar Otogar. Dużo tu przewoźników oferujących transport towarów do Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Są tu również końcowe przystanki kilku firm autobusowych z Rumunii. Autobusy do Teheranu wyjeżdżają natomiast z pobliskiego otogaru, kilkaset metrów dalej na zachód. Obejrzałem irańskich kierowców śpiących na ziemi pod dywanami lub w ładowniach swych wozów i poszedłem więc po bilet przez dzielnicę butów, części samochodowych i hoteli do Laleli. Biura są otwierane dopiero o 8.00, kantory o 9.00; zorientowałem się jednak, że wyjściowa cena to 30 USD (1 USD = 1.34 YTL). Firm przewozowych i pośredników tu sporo, negocjuje tu i ówdzie cenę, moje słowa, że potrzebuję "special price" kończą się pytaniem "where are you from?", później uśmiech na twarzy i płacę 25 USD.
Zostawiam bety w biurze i jadę tramwajem (żetony po 1.3 YTL) do Sultanahmet. Dwie świątynie: Hagia Sofia i Błękitny Meczet toną w kolorowych ogrodach. Choć jest dopiero 9.00, upał zaczyna narastać, także turystów przybywa... Zaczynam od powtórnych odwiedzin w Błękitnym Meczecie. Wstęp jest wciąż za darmo, tym razem mogę pofotografować słabo oświetlone przestrzenie. Jest jednak duszno i nie ma nastroju. Stambuł: Błękitny Meczet

Teraz Hagia Sofia. Przelotne rozczarowanie nieaktualną na szczęście tabliczką "On Monadays closed". Wstęp 10 YTL. No trudno, obiecałem sobie sześć lat temu, że tu zajrzę. Obiekt wybitnie turystyczny, wchodzi się w butach, dużo tu grup z kamerami i aparatami. Świątynia sprawia jednak wrażenie swym wiekiem, potęgą i przestrzenią. Obchodzę wnętrza dookoła, oglądam mihrab, minbar, czytelnię. Przed mihrabem wyleguje się wesoły kot, robimy sobie sesję zdjęciową. Na górną galerię obiegającą kościół wokół prowadzi spiralna rampa, przypomina się mi Giralda w Sewilli... Podłoga rampy wyłożona wapieniem wyszlifowanym milionami stóp. Na górnej kondygnacji trochę bizantyjskich mozaik: Deesis, Chrystus Pantokrator, "Mozaika cesarzowej Zoe", marmurowy portal... I fenomenalny widok na wnętrze świątyni. Wychodzę na zewnątrz przez wykonaną w Taurusie dwa i pół tysiąca lat temu bramę z brązu. Czuję lekki niedosyt - za 7.5 USD spodziewałem się czegoś więcej.
Wracam na piechotę, mijam agencje turystyczne proponujące promocyjne bilety. A może by tak polecieć do Zurychu za 91 euro i wracać stopem do domu? Hm...Internet w tej części Stambułu jest przeraźliwie drogi: 3 YTL/h, ceny przy Laleli spadają do 1.5 YTL/h. Wysyłam i odbieram mejle. Wzorem autorów innych relacji przypominam o dwóch literach "i" na klawiaturze. Czas na jedzonko. Siadam w bramie i jak przystało na kloszarda zajadam buły z pasztetem. Dlaczego ja nie zostałem przemytnikiem? Człowiek by sobie jeździł po świecie, miał kasę i przygody... Ech! Stambuł Hagia Sophia

W autobusie do Teheranu pusto, mam dwa miejsca do dyspozycji, klima jest włączona, muzyka gra... Czegóż potrzebuję więcej? W tym autobusie nie da się na nic narzekać. Wyświetlacz podający na przemian temperaturę wewnątrz pojazdu (19oC) i na zewnątrz (30oC) nie pozwala zapomnieć, jak nam tu dobrze ;-) Pierwsze 2-3 godziny przesypiam. Mkniemy autostradami. Turcy inwestują w sieć dróg, budowane są dodatkowe pasy i jezdnie. Wokół piękny, urozmaicony krajobraz; zalesione pasma gór, duże jezioro z ośrodkami wypoczynkowymi na brzegu. Później te wszystkie widoki przestają cieszyć, dwa tysiące kilometrów drogi to zbyt dużo, by wciąż wpatrywać się w okno.
Zatrzymujemy się dwukrotnie na godzinne odpoczynki. Przysiadam się do młodej pary szepczącej coś po polsku. Anna i Michał też jadą do Iranu - choć innym autobusem (autobusy tu jeżdżą stadami). Trasę z Warszawy do Stambułu pokonali w 45 godzin (250 zł) jadąc przez Ukrainę (bus do Lwowa, pociąg do Czerniowców, 4.30 bus do Suczawy) i dalej bezpośrednim autobusem z Suczawy (godz. 7.00; 50 USD). Myślę, że ten wariant wybiorę w drodze powrotnej. Ja, choć jechałem dłużej i drożej (55h, 340 zł), nie żałuję - chciałem w tym roku wypróbować trasę przez Węgry.

Erzurum - Bazagran
wtorek, 8. VIII 2006

Zapuszczam brodę! Ha, ha, dobre, co? Poważnie, od wyjazdu się nie goliłem, mam nadzieję, że choć trochę upodobnię się do Irańczyków.
Rano o 5.00 przystajemy na chwilę, później znów dłuższy postój o 8.00. Te przerwy są strasznie długie jak dla mnie, zjadam zwykle bułkę z pasztetem i po 5 minutach jechałbym dalej. Przed granicą irańską spotykam znów znajomą parę, jak się okazuje już małżeństwo. Jadą bez przewodnika, mają ochotę na eksplorację Wschodniego Azerbejdżanu, czyli północno-zachodniego krańca Iranu. Michał mówi, że odpuszcza Persepolis, ruiny go nie kręcą.
Mijamy biedne wioski kurdyjskie. Mój boże, te same słowa napisałem sześć lat temu w drodze z Bliskiego Wschodu. Czas tu się zatrzymał w miejscu. Kobiety pracowicie formują z krowiego łajna brykiety i składają je na stos tworząc oryginalne piramidy. Mężczyźni prowadzą niewielkie stada owiec na pastwisko. Gliniane ściany domów, poprzewracane dachy, czasem zardzewiała antena satelitarna. Pomiędzy nagimi surowymi skałami gór trafiają się niewielkie pola uprawne porośnięte niskim i rzadkim zbożem. Trwają akurat żniwa, zżęte zboże zbierane jest nie w snopki jak u nas, lecz w sterty i znoszone na przyczepę ciągnika. Wciąż się dziwię, jak można żyć w tak nieurodzajnym kraju. A może ziemia jest żyzna, ale nie ma jej komu uprawiać?

Próbuję wyliczyć, jak długo ta podróż będzie trwać. Z relacji internetowych wynika, że 53 godziny, w każdym razie dwa dni. A to mi się nie zgadza, gdyż w biurze mówili, że będę w Teheranie (wymawianym tu prawie jak [ta: ran]) o 6.00 rano.
Ararat Wjeżdżamy do jakiegoś miasteczka, za oknem miga mi drogowskaz na Dogubeyazit. Oho, myślę sobie, trzeba się rozglądać za Araratem. Przystajemy. I oczom nie wierzę. Przed nami, tuż za miasteczkiem wyrasta z równiny gigantyczna, ośnieżona na wierzchu góra. Wrażenie jest niesamowite, potęgowane przez to, że Ararat stanowi odosobniony szczyt. Wyobraź sobie, że stoisz na Krupówkach i patrzysz na Giewont. A teraz na Giewoncie ustawiasz drugi i trzeci Giewont... Tak, to ponad 3000 metrów różnicy wysokości.

Pół godziny później jesteśmy w Bazargan. Na granicy - sympatycznie. Policjant turecki wbija pieczątkę, krótki spacer w 34-stopniowym upale do części irańskiej, dwóch tajniaków wyłuskuje mnie z tłumu i prowadzi do kantoru dla białasów, gdzie już czekają... oczywiście Anka i Michał. Jeszcze stempel irański i czekamy na odprawę celną. A właściwie Irańczycy czekają. Przechodzę przez halę odpraw nie zatrzymywany przez nikogo. Waluciarze namawiają mnie w mało zdecydowany sposób na wymianę dolarów, krótka wizyta w banku, i po 10 minutach trzymam w ręku gruby plik riali (kurs 9174 IRR/USD, kasjer nie przyjął mi banknotu 100-dolarowego z 1990 roku, ale pani zajmująca się białasami uspokoiła mnie, że w Teheranie nie będzie problemów). Śpiący Irańczyk w informacji turystycznej (mieszczącej się na parterze budynku obok banku) bezradnie rozłożył ręce w odpowiedzi na moje pytanie o toaletę. Na szczęście dostrzegłem napis "lavoratory" w odległości 10 metrów od informacji i pognałem na piętro, gdzie dokonałem gruntownej ablucji po całym dniu drogi.
Kierowca zagaduje mnie po rosyjsku, lecz jego rosyjski jest tylko trochę lepszy od mojego farsi ;-). Ponoć w Teheranie autobus zatrzymuje się w dwóch miejscach, mówię więc kierowcy, że chcę dostać się na plac Chomeiniego, niech teraz się martwi o mnie. Irański kurdystan

Podróż od Stambułu do granicy irańskiej zajęła nam 23 godziny. Nie byliśmy nigdy zatrzymywani ani przez policją ani przez wojsko, choć niewielkie oddziały armii tureckiej były widoczne w tle. Po 16.00 opuszczamy przejście graniczne. W trzy i pół dnia od wyjazdu z Krakowa jestem w Iranie! Bardzo zadowolony, dodam dla jasności ;-)
Ciąg dalszy drogi. Przejeżdżamy przez suche górzyste regiony irańskiego Kurdystanu. Skały mają urozmaicone formy, czerwienią się czasem od rud żelaza, czasem zielenią na zacienionych zboczach; na ogół jednak przyjmują brunatno-żółty kolor. Błękitne niebo poznaczone białymi barankami dopełnia całość.. W tym dość monotonnym na dłuższą metę pejzażu urozmaiceniem są przyklejone do zboczy wioski lub pojedyncze domostwa zagubione gdzieś na tym pustkowiu. Zatrzymujemy się na wojskowym posterunku, kontrola paszportów, mój nie wzbudza zainteresowania. Żołnierz zabiera kilku pasażerów, kierowca wypakowuje ich bagaże. "Oho, pójdą na rozwałkę" myślę sobie, odjeżdżamy 10 metrów i znów kontrola; tym razem i ja muszę oddać paszport. Mężczyźni wracają do autobusu prawie w komplecie, jedziemy dalej. Takie kontrole w tej części Iranu będą się jeszcze zdarzać nieraz. Szuka się młodych mężczyzn nielegalnie pozostających w Iranie lub w konflikcie z armią irańską.

Teheran
środa, 9. VIII 2006

Mam chwilę czasu na uzupełnienie notatek. Wróciłem właśnie z 7-godzinnego spaceru po Teheranie. Biorąc pod uwagę temperaturę zbliżającą się do 40oC, hałas i smród ulicy, należałoby przypuszczać, że spacer był męczarnią. Ale nie. Widziałem już wiele hałaśliwych metropolii oszałamiających pędzącymi wprost na ciebie samochodami, gdzie przechodzenie przez ulicę wywołuje skurcz żołądka u nowicjuszy. Lubię ten zgiełk, ryk klaksonów, to przeciskanie się między samochodami, ten żar buchający z rozgrzanych silników potęgujący niemały już upał. Lubię te tłumy spieszących się ludzi, ubranych inaczej niż u nas, te czarne czadory i zaturbanionych brodaczy w popielatych chałatach. W każdej chwili można się wyrwać z tego harmidru, wejść do zacisznego, chłodnego muzeum, skryć się na zacienionym podwórku lub odsapnąć w parku.

Rano autobus dowiózł nas na dworzec Behghie w zachodnim Teheranie; Irańczyk, który jechał z nami od granicy wskazał mi swoją żonę, abym udał się z nią na plac Imama Chomeiniego. Teheran: Golestan Starsza kobieta odszukała właściwy autobus, kupiła bilet dla mnie (nie chciała pieniędzy) i cierpliwie poczekała aż wsiądą wszyscy mężczyźni do środka. Podała swój bilet kierowcy i potulnie udała się do swojego wejścia z tyłu pojazdu. Takie scenki widziałem później niejednokrotnie. Początkowo byłem zszokowany, później przyzwyczaiłem się do tego, że tu kobiety zajmują miejsce w "żeńskiej" części autobusu oddzielonej od reszty barierką. Jak się później okazało, ta segregacja nie jest absolutna: czasem starsza kobieta siądzie z przodu, czasem mężczyzna towarzyszący kobiecie siądzie obok niej w tyle pojazdu.
Szybko odszukałem hotel "Mashhad" przy ulicy Amir Kabir. Śpię w dormie, 30.000 R za łóżko. Dobrze, nie wybrałem jedynki 40.000 IRR, to klitki wielkości WC z mini-okienkiem wychodzącym na hol. Towarzystwo tu międzynarodowe, Belg, Japończyk, w jedynce Południowa Koreanka, w dwójce para chłopaków z Polski. Zamieniam z Michałem parę zdań, byli na Demavendzie, góra dała im w kość. Moje gratulacje! Ech, gdybym tylko miał dobre buty... W poszukiwaniu internetu idę na ul. Ferdosiego dochodzącą do pl. Imama Chomeiniego. Internet jest po 9.000 IRR/h, można też dzwonić do Polski, 10.000 IRR/3 min. Okazuje się, że Jarek ma bilety dopiero na 15 VIII. No trudno, będę miał jeszcze kilka dni tylko dla siebie.

Czas na program kulturalny - Muzeum Narodowe kosztuje tylko 5.000 IRR (w tym roku sąsiednie Muzeum Okresu Islamskiego, które można zwiedzać na ten sam bilet jest nieczynne). W środku - jest co oglądać: zgromadzono tu przedmioty z Persepolis i innych archeologicznych site'ów Iranu. Zaczynamy od liczącego ponad cztery tysiące lat drewnianego koła wzmocnionego metalowymi okuciami, dalej jest posklejany gliniany byczek z Persepolis, obok posąg perskiego króla z IV wieku naszej ery. I kolejno: piękne tace z Persepolis, ceramika z Yale Giyan z 4 tysiąclecia pne, skorupy z Tape Sialk koło Kashanu, gliniane naczynia w kształcie zwierząt (głównie jelenie) z Tape Marli w Gila, kamienne tablice z inskrypcją achemenidzkiego króla z V wieku pne. Teheran: A dalej: mozaiki z Pałacu Sheper z 3 stulecia naszej ery, stiuki z okresu sasanidzkiego (V w pne). Są tu kołatki, brązowe ręce, właściwie rączki oderwane przez niedobrych ludzi jakiegoś pomnika w Skami (okres seleucydzki).
A oto coś specjalnego: "Solny człowiek" znaleziony w 1993 roku koło Khorramabadu. Leżał w 45-metrowym tunelu w kopalni soli. Przyczyna śmierci, jak głosi opis - nieznana. Cóż, minęło 1700 lat... Szklane naczynia... Dla mnie - rewelacja! Szkło eksponatów z okresu partyjskiego najczęściej jest nieprzeźroczyste, zielonkawe lub niebieskie, o lśniącej powłoce. Ale zdarzają się flakony już całkiem przezroczyste...
Przy tablicach pokrytych pismem klinowym zebrała się grupa Japończyków. Nachylają się nad eksponatem....wodzą palcem po wyrytych w kamieniu znaczkach i... czytają! Niesamowite! Po raz widzę kogoś czytającego pismo klinowe tak sprawnie jak ja cyrylicę :-)
Na piętrze wspaniała kolekcja obejmująca stiuki z okresu partyjskiego i sasanidzkiego. Oglądam popiersia, ozdoby z motywami roślinnymi, a także dwie nagie kobiety z Hajiabad Fars z IV wieku naszej ery - tylko w tej formie można zobaczyć nagość w Iranie. Jest tu także starożytny relief przedstawiający swastykę.
Wracam na parter: czas na miniaturowe figurki - zabawki przedstawiające parę wołów, postaci ludzkie. A także ponadnaturalnej wielkości posąg z brązu księcia Shami wykopany w Iseh w Chozestanie (okres partyjski).

Duża część kolekcji w muzeum to znaleziska z Persepolis: sławne głowice z czarnego kamienia zakończone dwugłową rzeźbą byków - to przecież symbol starożytnej stolicy. Dalej mamy przetransportowane z Persepolis kamienne schody, które kiedyś prowadziły do głównej świątyni Apadana. Ponad schodami wisi tablica z pismem klinowym. Inskrypcja wielkiego króla Kserksesa mówi: "Mój ojciec król Dariusz zbudował wiele znaczących budowli na rozkaz Ahura Mazdy. I chciał abym zbudował więcej. Ahura Mazda i inni bogowie wspomogą moją potęgę". Piękny kawał historii z okresu Achemenidów (V w pne), prawda? Obok - kapitel w formie głowy ludzkiej ozdobionej długą "asyryjską" brodą (V wieku pne)
. I w końcu coś specjalnego: przywieziona z Sali Przyjęć Skarbca w Persepolis olbrzymia płaskorzeźba przedstawiająca króla Kserksesa lub Dariusza I (tu archeolodzy nie mogą dojść do porozumienia). Relief przedstawia scenę składania hołdu. Za władcą stoi zoroastriański kapłan, przed królem - szereg szlachetnie urodzonych ministrów. Z muzeum wyszedłem usatysfakcjonowany. Teheran: Golestan

Teraz musiałem dostać się na dworzec kolejowy. Z placu Chomeiniego podjechałem metrem 4 przystanki na stację Shush, później przypiekany słońcem południa przespacerowałem się ze 2 kilometry na dworzec. No cóż: zasada jest prosta: tu się kupuje bilety tylko na bieżący dzień; chcesz jechać jutro - zasuwaj do agencji turystycznej, Poszedłem. Oczywiście, biletów do Ahvazu na jutro i na wiele dni naprzód nie ma. Mogę samolotem za 30 dolców lub przyjść jutro na dworzec - może ktoś anuluje rezerwację. Czuję, że skończy się na podróży autobusem. Wsiadam do pustego autobusu ruszającego spod dworca. I znów plac Chomeiniego; stąd dwa kroki do Pałacu Golestan.
Żołądek mój nagle zaczął się dopominać jedzenia, kupiłem mu więc płaski chlebek z charakterystycznymi rowkami ułatwiającymi oddzieranie kawałków, biały serek oraz mały zam-zam. Zapłaciłem 2.500 IRR czyli 90 groszy. Hm, może się sprzedawca pomylił.... Uznałem, że pobliski Park-e Sahr będzie odpowiednim miejscem na spożycie tych wspaniałości ;-) i sjestę. Podobnego zdania byli inni teherańczycy, którzy samotnie lub w parach (często mieszanych) zrobili sobie piknik w cieniu drzew. Jakże przyjemnie było popatrzeć na idylliczną scenkę konwersacji pięknej dziewczyny i pięknego młodzieńca siedzących w przepisowej odległości wśród kwiatów i parkowej zieleni... Ale oto lubieżny młodzieniec wziął za rękę swoją wybrankę a potem... nie uwierzycie! objął ją. No, prawdziwe porno! Trochę sobie żartuję, ale prawda jest taka, że tu nie spotyka się chłopców i dziewcząt trzymających się za rękę na ulicy. Nie mówiąc o obejmowaniu się i całowaniu, Nie ma też mowy swobodniejszym ubieraniu się. Szczytem odwagi jest odsłonięcie włosów do czubka głowy. Heh, czy któraś Iranka dałaby się namówić na odsłonięcie pępka? Teheran: Golestan

Czas na Golestan Palace. Do każdego obiektu na terenie kompleksu są osobne bilety. Szkoda tylko, że ich nazwy w kasie niewiele mi mówią. Za godzinę zamykają obiekt, kupuję wstępy do dwóch miejsc: Takht-e-Marmar (Marble Throne) oraz Neggar Khaneh, galerię malarstwa irańskiego. Marmurowy tron to tylko wizytówka tej części pałacu. Miejsce dla szacha, choć wykonane z dużą pieczołowitością z gigantycznego bloku białego marmuru, nie robi takiego wrażenia jak otoczenie: duża sala, otwarta przodem ku ogrodom, pokryta jest mozaikowymi lustrami. Lustra zwielokrotniają odbicia, wszystko się skrzy i świeci w słońcu wpadającym spomiędzy szarych zasłon. Sąsiednie pomieszczenie jest równie bogato urządzone a ponadto ozdobione galerią portretów perskich władców i notabli. Neggar Khaneh, wspomniana galeria to dwie większe sale wypełnione obrazami z całkowitym zakazem robienia zdjęć. Spieszę więc donieść, że zobaczyłem całkiem, całkiem interesujące obrazy olejne lub malowane na szkle, przedstawiające księcia Qajaru tudzież księżną. A dalej szóstego syna Masahali Mioza Abbas Mohamed Shah. Przy okazji zorientowałem się, że Amir Kabir - uwieczniony w nazwach wielu ulic, a tu na obrazie - to pierwszy premier szacha Nasser-ol-Dina. Do następnej galerii, Howz Khaneh już mnie nie wpuszczono. Bez łaski - tam tylko dary europejskich władców dla szacha, czyli raczej atrakcja dla miejscowych.
Trzeba sobie powiedzieć, że cały kompleks jest po prostu ładny: podcienia, bramy i ściany pokryte są malowanymi kafelkami lub mozaikami, a wszystko pomiędzy fontannami i kolorowymi kwiatami parku. Kolejne obiekty, do których zaglądnąłem już bez biletu (obsługa nie robiła z tego problemu) to Diamentowy Hall lśniący, jak łatwo się domyślić od setek luster i kryształowych żyrandoli, oraz Talar-e Berelian (Hall of Brilliance) równie bogato zdobiona sala. Wracam. Być może wrócę tu jeszcze z Jarkiem, ale na razie jestem usatysfakcjonowany tym, co widziałem.

Hamadan - Khorramabad
czwartek, 10. VIII 2006

Siedzę teraz w chłodnym wnętrzu gigantycznego terminalu West Bus Stadion. Ruch i hałas jest tu ledwie do wytrzymania. Naganiacze krążą po dworcu i monotonnym głosem wykrzykują kierunki kursów i marki autobusów. Albo coś jeszcze, ale - sorry - nie rozumiem. Można by pomyśleć: po cholerę tak krzyczą, przecież każdy może podejść do wybranego przez siebie okienka i kupić bilet. Widocznie jednak chodzi o zakrzyczenie konkurencji.
Przyjechałem tu metrem do stacji Azadi, przeszedłem kilkaset metrów w stronę dworca Zachodniego i... poddałem się. Wrrr... te upały są naprawdę nieznośne! Kilka przystanków autobusem i byłem na dworcu. No, prawie! By dostać się do kas, trzeba przedrzeć się przez terminal autobusów miejskich i podmiejskich, minąć rozległe parkingi i wspiąć się po schodach do nowoczesnego budynku dworcowego. Naganiacz doprowadził mnie do okienka, gdzie zaproponowano mi Hamadan za 30.000 IRR. "Bus very good, volvo"- podziękowałem uprzejmie. W kooperatywie Asoleh Safar Co. Ltd. pan chciał mi sprzedać bilet na mercedesa za... 26.000 IRR Musiałem użyć poważnego argumentu, czyli cennika z Lonely Planet. Cena natychmiast spadła do 16.000 IRR To już do przyjęcia: za 6 godzin jazdy płacę 5 zł. Zostawiłem plecak u gościa i poszedłem zrobić zdjęcia przez pomnikiem Azadi. W końcu to symbol Teheranu. Na marginesie - sympatycznie wyglądają podziemne fontanny w przejściach dla pieszych wokół Azadi Monument. Taki krótki spacer pod pomnik i z powrotem może oślepić człowieka. Pal sześć upał, prawie się nie pocę, ale przy tej temperaturze natychmiast wysychają spojówki, oczy pieką jak diabli, jestem wpół ociemniały. Lorestan

No dobrze, jest 10.15, lekkie opóźnienie, ruszamy do Ramadanu. Pierwszą godzinę spędzamy jednak w... Teheranie. Ja wiem, duże miasto. Wszędzie korki. Niestety nie jedziemy najkrótszą drogą, lecz autostradą do Qazvinu. Chłopak, który się do mnie dosiadł, twierdzi, że na miejscu będziemy o 17.00. Hm, będę miał mało czasu na zwiedzanie Hamadanu. Pewnie, że są tam jakieś hotele, od biedy mógłbym nawet wybrać się nazajutrz rano na wycieczkę do grot Abu Sahr. To prawda, ale wolałbym najpierw dostać się do celu, zobaczyć ziggurat, a później pozwolić sobie na zwiedzanie zachodniego Iranu w oczekiwaniu na przyjazd Jarka.
To co widzimy za oknami to Lorestan - kraj surowej przyrody i półdzikich plemion ;-) Początkowo droga prowadzi równiną, potem pokonujemy coraz wyższe przełęcze. Z niepokojem obserwuję wyprzedzające nas samochody, ale i zwykłe ciężarówki i tiry. Widać, że mercedes (czy benz, jak inni tu mówią) nie jest przystosowany do górskich tras. Gdy przy kolejnym podjeździe silnik zaczyna ryczeć, a maszyna stoi prawie w miejscu, oburzenie zaczyna się udzielać innym pasażerom: ostro wygarniają kierowcy swe pretensje.

Słońce ostro świeci, rzecz jasna nie ma klimatyzacji, dobrze, że chłopak roznosi ochłodzoną wodę. Nasze opóźnienia narasta, wiem, że już nie zdążę zwiedzić Hamadanu. Trudno. Na domiar złego kierowca nie wjeżdża do miasta, lecz przystaje na obwodnicy, doprowadzając do wściekłości podróżnych wysiadających w Hamadanie. "Mój" chłopak zabiera mnie do okazji, jedziemy ze dwa kilometry do terminalu. Nic nie płacę.
Lorestan W kasie wykłócam się znów o mercedesa. Czy oni zawsze muszą najpierw proponować volvo? Płacę 27.000 IRR za bilet do Ahvazu, dopiero dzień później zauważę, że na bilecie jest cena 26.000 IRR. Boże, jak ich trzeba pilnować na każdym kroku! Czy my też w Polsce oszukujemy i naciągamy Murzynów?
Wyjechaliśmy z Hamadanu tłocząc się najpierw w korkach - dziś zaczął się ich weekend, trwają więc imprezy pod miastem. Facet, którego posadzili koło mnie, uciekł po chwili do tyłu pojazdu. No chyba aż tak nie śmierdzę?! W każdym razie mam dwa miejsca dla siebie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że kierujemy się na północny wschód. A Ahwaz leży na południe! Drogowskazy pokazują kolejne miasta leżące na południe od Hamadanu, chłopak obok potwierdza, że jedziemy do Ahwazu, tylko słońce świeci mi po niewłaściwej stronie. Trudno, muszę się pogodzić z tym, że słońce zachodzi tu na wschodzie...
W pół godziny później wszystko wraca do normy, słońce i miejscowości na właściwe miejsca, a ja pogrążam się w przerywanych gwałtownymi hamowaniami drzemkach.

Towarzystwo w autobusie jest jak zawsze mieszane. Począwszy od brzydkich staruszek przytrzymujących sobie zębami skrawek ulatującego na wietrze czadoru, przez wielkookie, czarnookie i wymalowane piękności, a skończywszy na podlotkach demonstrujących swój bunt młodzieńczy lub tylko modę poprzez podwiniecie nogawek dżinsów tak, by prawie było widać kostkę. Są tu starsi panowie i młody żołnierz (albo i nie żołnierz, mundurowych tu od czorta!). Kilku podrostków. Albo i wyrostków. Siedzi taki koło mnie, dziwaczny, z długimi włosami, z niebiesko-szarymi tatuażami na ramionach I LOVE YOU FO.... Najśmieszniejsze jest to, że właśnie ten młodzian wysiada tam, gdzie ja - w Shush, to z nim odbędę nocny spacer z autostrady do centrum. Hm...
Świt w Shush Od momentu, gdy powiedziałem kierowcy, gdzie wysiadam, Irańczycy zaczęli mnie wypytywać skąd jestem, itd. Przyjemnym zaskoczeniem jest znajomość nazwy "Kraków" u jednego z nich. Inny dopytuje mnie o stosunki polsko-niemieckie. Godne uwagi.
Dobrze, że mam dwa miejsca do dyspozycji; dziś spędzę 18 godzin w autobusie! W Chinach jechałem i dłużej, ale były to miejsca leżące. Mimo zapadających ciemności, widzę, że kraj, przez który jedziemy jest piękny, choć pusty. Zmęczenie bierze górę nad ciekawością. Przysypiam.

Choqa Zanbil-Shush-Khorramabad
piątek, 11 VIII 2006

Budzi mnie szarpnięcie w ramię. "Shush!" W pośpiechu wysiadam wraz z wytatuowanym chłopakiem i gubię przy okazji kłódkę do plecaka. W półmroku chłopak prowadzi mnie na posterunek policji przy highway'u. Rozkładam się na karimacie, policjant przynosi mi koc. Gdy słońce jest już pół palca nad horyzontem, pakuję się, myję i idę do miasta. Mimo wczesnej pory - jest po szóstej - łapię taksówkę. Cena 50.000 IRR za wycieczkę do Choqa Zanbil i z powrotem. Nawet nie chciało mi się negocjować ceny. Jestem i tak zadowolony, że tu dotarłem. Chwilowo mam dość stresów, chciałbym po prostu odfajkować ziggurat i wrócić do Teheranu.
Jedziemy. Ja niby na wycieczkę a kierowca... do pracy. Irańczyk ma swoje pole kukurydzy i musi je doglądać. Piątek - świątek, nie ma zmiłuj się. Dwuzawodowiec, psiakrew! Skręcamy z szosy, stajemy przy polnej drodze, wzdłuż której płynie kanałem woda. Facet ściąga buty i spodnie, przebiera się w robocze ubranie i mówi, żebym szedł za nim. Zaczyna regulować dopływ wody do równoległego kanału przy pomocy przepustów a następnie wyciąga zamelinowaną łopatę i zgrabnymi ruchami udrażnia lub zamyka system kanalików wyprowadzających wodę na jego pole z drugim już w tym roku zasiewem. Muszę przyznać, że system jest pomysłowy.
Irańczyk cały czas do mnie mówi w farsi. Zachęca mnie do robienia mu zdjęć, chwali się, że ostatnio wiózł Czechów. Niezły gość, chyba skończył studia na kierunku obsługi ruchu turystycznego ;-) Choqa Zanbil

OK, po pół godzinie jedziemy dalej. Teren jest pagórkowaty, półpustynny, nie można się więc dziwić, że ziggurat uchronił się przed wzrokiem ciekawskich przez 3.000 lat. Dopiero w 1935 roku został dostrzeżony z pokładu samolotu przez brytyjskich pilotów z kompanii poszukującej ropy naftowej. Po drodze mijamy muzeum w Haft Tappeh z wykopaliskami. Według Lonely Planet dziś zamknięte, trudno.
Ale oto i Choqa Zanbil: pośrodku równiny wyrasta gigantyczna budowla - największy ziggurat na świecie. A jeśli nie największy to najlepiej zachowany!. Kolejne piętra zigguratu tworzą stopnie o znacznie mniejszym nachyleniu niż w przypadku piramid schodkowych w Egipcie (Sakkar). Brakuje również świątyni boga ognia, która stała przed wiekami na szczycie piramidy. Dostępu na wierzchołek obiektu bronią cztery bramy zamknięte na głucho, pozostaje mi więc okrążenie zigguratu. Spacer trwa ponad pół godziny. Wokół budowli znajdują się studnie, niby słoneczny zegar, resztki innych budowli. Udaje mi się w końcu odszukać zachowany w glinianym podłożu odcisk stopy dziecka; odcisk, który - jak złośliwie zauważa Lonely Planet - ciągle zmienia swe miejsce. Później podjeżdżamy do ruin na wzgórzu. Niewiele tu widać. Ech! Choć rozmiary fundamentów mogą świadczyć o wielkości świątyni, czy też pałacu, który tu stał trzy tysiące lat temu, wolałbym jednak, by nasi przodkowie nie niszczyli tak dokładnie budowli wroga.
Reasumując: Choqa Zanbil to miejsce wyjątkowe, obowiązkowe do zwiedzenia, chociaż powinno być wstępem do piramid egipskich. Choqa Zanbil

Wracamy do Shush. Driver domaga się dodatkowych 20.000 riali. Pokazuję mu kartkę, na której była zapisana trasa i cena. Irańczyk dalej się kłóci. No, co za ludzie! Jakież to zniechęcające...
No dobrze, wchodzę na dziedziniec meczetu, siadam w bocznej wnęce i przyglądam się islamowi: zaturbanionym mężczyznom myjącym ręce i stopy, zakwefionym kobietom spieszącym do grobu Daniela. Cały czas słychać śpiew rozlegający się z głośników, przy wejściu do meczetu kłębi się spory tłum.
Czas na zwiedzanie innych miejsc - zaczynam od wzgórza po przeciwnej stronie ulicy. Żołnierze w budce sprzedają łączone bilety do Cheteau de Morgan i Pałacu Dariusza I. Ci, którzy chcą zaoszczędzić 4.000 IRR mogą skorzystać z otwartego wejścia od tyłu. Z Pałacu Dariusza pochodzącego z 521 r pne niewiele pozostało. Mam nawet podejrzenia, że te rozległe ruiny w postaci równych 50-centymetrowych murków są dziełem współczesnych konserwatorów. Tym niemniej, to, co przetrwało ze starożytnej siedziby króla daje wyobrażenie o ogromie budynku i o potędze państwa Dariusza I. Powyżej pałacu wznosi się twierdza zwana zamkiem de Morgana. Wzniesiona przez francuski korpus ekspedycyjny miał służyć niby do ochrony archeologów przed arabskimi i lorestańskimi koczowniczymi plemionami. Zdaje się jednak, że twierdza stoi na terenie królewskiego miasta. Gdy i ona popadnie w ruinę, przyszli archeolodzy dokopią się do ciekawych warstw...
Shush: prze meczetem z grobem Dawida     Shush: meczet z grobem Dawida
W rosnącym z każdą chwilą żarze obchodzę twierdzę dookoła. Nie można wejść do środka, szkoda, liczyłem na trochę wytchnienia w cieniu. Ledwie żywy dochodzę do kasy, żołnierze dbają o interes miasta i namawiają mnie na wizytę w muzeum tuż obok. OK, skoro ceny wszystkich wstępów poszły tak bardzo w dół - jestem chętny do oglądania wszystkiego! A jest na co popatrzeć. W muzeum dużo eksponatów pochodzących z okolicznych wykopalisk. Sasanidzkie naczynia na perfumy, glazurowane naczynia półtorej gliny zarówno z epoki Sasanidów jak i Partów. Jest tu kamienny sarkofag achememidzki, nieco poobijana statua Herkulesa, miał chłop i tak szczęście z kolejnej rzeźby zostały tylko same stopy... Dalej mamy wykonane z brązu wyposażenie wojownika z epoki Achememidów, piękny, również brązowy ornament pochodzący, bagatela! z przełomu 2. i 3. tysiąclecia przed naszą erą. Na koniec pozostawiono zwiedzającym najstarsze zabytki elamickie - te znalezione w pobliżu Choqa Zanbil: lampki oliwne, potłuczone gliniane elementy i niecodzienne obrzędowe maski z terakoty. Shush: zamek de Morgana i ruiny Pałacu Dariusza

Uprzejmy pracownik muzeum odwozi mnie swym motocyklem na dworzec minibusów jadących do Andimeshk. Zanim ruszymy dalej, trwają przetasowania pasażerów dopóty, dopóki mężczyźni nie znajdą miejsc obok mężczyzn a kobiety obok kobiet. Cóż, tu w Iranie jest pełna segregacja. Raz tylko w wypchanym volvo widziałem scenkę, gdy steward zapytał samotną panienkę, czy młody chłopak może się do niej dosiąść.
W półtorej godziny później popełniam błąd: zamiast jechać na terminal minibusów w centrum Andimeshk, niepotrzebnie wysiadam na głównym dworcu autobusowym zlokalizowanym na przedmieściu. Są stąd autobusy do Teheranu, lecz jedynie volva za 70.000 IRR. Okazją dojeżdżam więc do centrum (4.000 IRR) i pakuję się do kolejnego busa jadącego tym razem do Khorramabadu. To przez to miasto przejeżdżałem w drodze do Shush. Podczas dwuipółgodzinnej jazdy zapoznaję się z Hojatem, 24-letnim studentem informatyki. Teraz wraca od siostry do rodzinnego miasta. Dopiero dziś mogę w pełni podziwiać górskie krajobrazy prowincji. Droga wzdłuż rzeki Ab-e Seimarre jest naprawdę malownicza.

W Khorramabadzie okazuje się, że można dostać tylko bilety na volvo na 23.30 lub łapać na jakimś rondzie przelotowe mercedesy. Na razie idziemy zwiedzać twierdzę Falak-ol-Aflak . Od razu musze powiedzieć, że mimo niezbyt entuzjastycznych opisów w LP, miasto wydało mi się dość sympatyczne. Może to za sprawą przepływającej pod kilkoma mostami krętej rzeki? Albo pięknej sylwetki twierdzy górującej nad miastem? Spieszymy się: twierdzę zamykają o 15.00. Chociaż jestem obciążony plecakiem Hojat ledwo za mną nadąża. Chcę zapłacić wstęp za nas obu, Irańczyk się sprzeciwia, i nie ustępuje. Czuje się gospodarzem i będzie płacić za wszystkie przejazdy w mieście ( a było ich 6).
Shush: bogini Matka-Ziemia Twierdza jest potężna, trudno uwierzyć, że pochodzi jeszcze z ery sasanidzkiej (226-651 ne). Robimy sobie fotki, obiecuję wysłać miłemu gospodarzowi. W muzeum (osobny bilet) przyczepia się do nas anglojęzyczna Iranka z rodziną. Chce mi opowiadać o tutejszych zbiorach i oczekuje pytań. Tych chwilowo nie mam, kobieta ma zawiedzioną miną. Zgromadzono tu eksponaty archeologiczne i etnograficzne z Lorestanu. Wyjątkowo miły odbiór zapewniają pieczołowicie odtworzone modele ludzkie i scenki rodzajowe. Oglądam więc kolorowe sukienki ozdobione cekinami, przedmioty codziennego użytku, od czajników przez elementy wyposażenia jeźdźca po broń i dywany. Iranka opowiada mi o zwyczajach związanych z pochówkiem: obcinaniem włosów zmarłemu umieszczonemu paznokciami zgrzebnym worku na koniu, drapaniu paznokciami twarzy do krwi (lamentation). Obok scena zaślubin: młoda para ma przygotowany namiot (rzecz dotyczy wpół-koczowniczych plemion zamieszkujących Lorestan), wokół gromadzi się rodzina i krewni, zjeżdżają się goście na koniach... Dalej mamy naturalnej wielkości modele Irańczyków wyrabiających buty, tkaniny, dywany, przędzących wełnę, mielących ziarno, piekących chleb. Dużo, dużo tego...
Iranka pokazuje nam nagrobek: pionowa rzeźbiona płyta poświęcona jest mężczyźnie, sceny ukazują polowania - pewnie był myśliwym; kobieta leży pochowana osobno, pod skromniejszą poziomą płytą. Przy wielkich dzbanach, zaklasyfikowanych przez naszą przewodniczkę jako naczynia na ziarno, zatrzymuję się, i z niewinnym uśmiechem pytam, czy aby nie przechowywano w nich wina. Iranka początkowo gorąco zaprzecza, później rezygnuje z politycznej poprawności i skłonna jest zmienić zdanie... Jeszcze sesja fotograficzna na dziedzińcu i solenne przyrzeczenie, że przyślę wszystkim zdjęcia.

Hojat zaprasza mnie na obiad do siebie, mieszka na przedmieściu, podjeżdżamy dwoma "okazjami". Dom jest nowocześnie zaaranżowany, olbrzymi salon wyścielany dywanami, poduszki dla mężczyzn pod prawą ścianą, kobiety mają miejsce po przeciwnej stronie, w kącie panoramiczny telewizor. Z boku salonu duża wnęka wypełniona roślinami - istna dżungla. Aneks kuchenny oddzielony od salonu zgrabnym kontuarem, wielka lodówka, nowoczesna kuchenka. Wystrój psuje kilka lichych gazetowych plakatów powieszonych na ścianie.

Hojat przedstawia mi swoją matkę, brata, jego żonę i ich maleńkie dziecko; dalej drugiego brata z kolejną siostrą. W sumie jest ich sześciu braci i dwie siostry. Wypytują mnie o różne rzeczy dotyczące mnie, rodziny i obu krajów. Podczas rozmowy kobiety siedzą pod przeciwległą ścianą - tam ich miejsce. W półtorej godziny później siostra wnosi stół, czyli rozkłada obrus na dywanie, pojawiają się półmiski z jedzeniem: ryż z rodzynkami, mięsko zawinięte w placki chlebowe (by nie wystygło), miseczki z zieleniną (między innymi świeżo zerwana cebula i mięta). Do tego lekko posolony kumys. Jedzonko jest pyszne.

Hojat ustala "Now relax", kładziemy się na dywanach w przepisowej pozie na boku. Pojawia się herbata, maczamy koniuszek niekształtnej kostki cukru w napoju i umieszczamy pod policzkiem. Pijemy herbatę powoli, palcami trzymając miseczkę za brzeg, zupełnie inaczej niż każe zwyczaj w Mongolii. Brat Hojata pyta mnie o Hezbollah, o poglądy Polaków na temat irańskiego terroryzmu. Przedstawiam swoje zdanie w tej kwestii, mówię o naszym udziale w siłach pokojowych, o historii najnowszej, o podziałach wśród Polaków, o koegzystencji narodów na Bliskim Wschodzie i irańskim programie nuklearnym. Dziękują mi, są wdzięczni za takie a nie inne poglądy. Rozmawiamy jeszcze o sprawach ekonomicznych, służbie zdrowia, kosztach utrzymania w Polsce. Czuję się świetnie.
Pojawia się kamera, muszę się przedstawić i opowiedzieć o sobie. Wykorzystuję okazję, by podziękować za gościnę, opowiadam o zwyczajach wielkanocnych i jako skromny upominek daję dwie kolorowe krakowskie pisanki. Gospodarze rewanżują się, ale w jaki sposób! Dostaję olbrzymi koc wełniany z tradycyjnym irańskim wzorem. No niech mnie! Trochę przesadzili, bo te prezenty są nieporównywalne. Niestety, nie mam już nic więcej... Brat Hojata podaje mi swego nowonarodzonego synka. Ma 6 tygodni, i jest taki maleńki. Delikatnie podnoszę go i głośno trzykrotnie wypowiadam słowa "masullah!". Błogosławieństwo obcego mężczyzny zapewni mu zdrowie i powodzenie w życiu.
Żegnamy się. Wiadomo: najpierw z mężczyznami, uścisk dłoni, później ukłony dla kobiet. Hojat odwozi mnie do centrum, kupuje bilet na volvo i znów nie chce ustąpić z pieniędzmi: "We are friends". Na pożegnanie - misiaczek. Noc upływa spokojnie. Trochę żałuję, że nie wysiadłem w Qom, za późno się zorientowałem, gdzie jestem.

Teheran
sobota, 12 VIII 2006


Dziś śpię w Teheranie. Jest dopiero 7.50, gdy wchodzę do pustego dormitorium w hotelu "Mashhad". Nadmiar wrażeń nie pozwala mi na sen, trochę jednak pospałem w nocnym autobusie. O 10.00 zwlekam się z łóżka, idę zwiedzać stolicę. Na bulwarze Ebne Sina kupuję kłódkę do plecaka i atakuję medresę Sepahsalar. To dość szczególna szkoła, bo zajęta obecnie przez wojsko. Trzy razy próbuję wejść główną bramą, irańscy żołnierze uparcie mnie zawracają do wyjścia wymachując rękami. W końcu anglojęzyczny wojskowy tłumaczy, że mogę spróbować wejść od strony ulicy na prawo od głównego wejścia. Idę. Wartownicy dzwonią do kaprala, mówią, że gość z Lachestanu chce zobaczyć szkołę współczesnych janczarów. Kapral dzwoni do swego kapitana a tamten pewnie do generała, w końcu jest zgoda, drogę mam wolną.

Oprowadzać po medresie będzie mnie szeregowiec Ahmed. Prowadzi mnie najpierw do meczetu. Ha! jak on szybko zdjął swoje oficerki! Meczet jest pusty i mroczny. Jedynie przez centralną latarnię i otwartą bramę na dziedziniec wpada trochę światła. W głębi zielenieje mihrab i minbar. Sklepienie latarni i żyrandol są wprost przepiękne. W wielkiej misie leży stos grawerowanych kamieni. Jeśli dobrze zrozumiałem chłopaka w czasie modlitwy przykłada się do niego czoło. Mam ochotę na taki kamyk! Teheran: Sepahsalar Obchodzimy dziedziniec wokół, wszędzie śliczne mozaiki i wielościenne dekoracje iwanów. Pośrodku zielonkawa woda sadzawce i rzędy drzew owocowych. Żołnierz wyprowadza mnie później na piętro i na dach. Minarety mam na wyciągnięcie ręki. Dach jest pokryty miniaturowymi kopułami z latarniami wprowadzającymi światło do niżej położonych cel. Jestem oczarowany tym miejscem. Dziękuję za oprowadzanie i rewanżuję się widokówką z Krakowa.

Teraz długi spacer w kierunku ulicy Ferdosi (internet). Próbuję miejscowych pączków posypanych zgrzytającym w zębach gruboziarnistym cukrem. Godzinę spędzam na internetowaniu się. Znów spotykam obu Marcinów poznanych dwa dni temu w hotelu. Zdaje się, że są pokłóceni...
Idę fotografować byłą amerykańską ambasadę. To w niej 25 lat temu Irańczycy przetrzymywali kilkudziesięciu dyplomatów. Obecnie znajduje się tu siedziba irańskich fundamentalistów. Zakładam do aparatu małą 16-megabajtową kartę: jeśli rewolucjoniści się przyczepią - będzie mała strata. Zanim jednak doszedłem do byłej ambasady straciłem nieco sympatii do Irańczyków. Wchodzę bowiem do podrzędnej knajpki, pokazuję talerz faceta jedzącego jakieś smażone kiełbaski (mortadelę) z ryżem i pomidorami i pytam ile to kosztuje. 5.000 IRR, kucharz pokazuje banknot. Gdy zjadłem - musiałem zapłacić cztery takie banknoty! No co jest?!

Pod ambasadą spokojnie, mur pokryty kolorowym graffiti wyraża stosunek mieszkańców stolicy do Wielkiego Brata: Statua Wolności z trupią czaszką i "DOWN WITH USA", robię sobie zdjęcia. Żeby było jednak śmiesznie, w hotelu okaże się, że zgubiłem tę kartę! Wrrrrr! Teheran: Sepahsalar

Podjeżdżam metrem na bazar i znów gubię się w labiryncie uliczek. Tym razem jest dopiero 15.00 i handel kwitnie na całego. Wędruję i wędruję... Ech! Ilość dywanów jest tu niewyobrażalnie wielka! Dywany małe, dywany duże, chodniki, narzuty... to wszystko leży nie tylko w setkach sklepików ustawionych wzdłuż uliczek, dywany zalegają też olbrzymie hale położone między ulicami. To tak, jakby opróżnić wszystkie półki w Tesco z towarów i zapełnić dywanami a później zrobić to samo ze wszystkimi hipermarketami w Krakowie i zgromadzić je w obrębie Plant!
Zaglądam znów na dziedziniec meczetu Imama Chomeiniego, później trafiam do małego meczetu, siadam na schodkach w bramie prowadzącej do środka i odpoczywam. Błąkam się tak po bazarze przez dwie godziny, gdy czuję już solidne zmęczenie - wracam do hotelu. Tu wściekam się i złoszczę na siebie starając się odnaleźć zagubioną kartę lub przynajmniej uświadomić sobie, gdzie mogłem ją stracić.
Postanawiam nazajutrz pojechać do Qazvinu i dalej w góry. W nocy zwala się do pokoju jakaś para mieszana - pewnie z lotniska.

Qazvin-Alamut (Gazor Chan)
niedziela, 13 VIII 2006


Heh! Kolejny udany dzień. Tym razem bez pośpiechu, można powiedzieć pełny relaks.
Dochodzi teraz godzina piąta, w Polsce ludzie wracają po pracy do domów, za chwilę włączą Teleekspres, posłuchają wiadomości o Rutkowskim lub wojnie w Libanie. A tu tak spokojnie... Wyobraźcie sobie grzbiet górski wielką dziurą na wylot. W takim właśnie oknie sobie siedzę zerkam w obie strony. Ciepły wiatr niewiele chłodzi, lecz siedzę w cieniu i jest mi dobrze. 20 metrów ode mnie znajdują się resztki 1200-letniego zamku Gazor Khana. To jeden z Zamków Zabójców (Castles of the Assassins). O potędze tego króla świadczy fakt, że posiadał kilkadziesiąt twierdz i zamków w okolicy, łącznie około trzystu w Iranie, Syrii i Turcji. Po inwazji Mongołów w XIII wieku niewiele z nich zostało.
Na dobrą sprawnie nie te ruiny są tu najważniejsze, lecz fenomenalne góry, które rozpościerają się wokół. Góry te to Alboż, zwane po polsku Elbursem. Teraz jestem na wysokości około 2.000 metrów, przede mną pokryty rumoszem szczyt 3.200 m, gdzieś tam daleko, niewidoczny stąd oczywiście, wznosi się Demavend (5.671 m npm). Zbocza są pozbawione lasów, w wyższych partiach brak nawet trawy, jednak różnorodność form skalnych i kolorów sprawia, że góry są tu arcyciekawe. W żlebach, w dolinkach, tam, gdzie jest więcej wilgoci, gdzie czasem nawet i strumień się trafi - tam wszędzie zielenią się kępy najwytrzymalszych drzew. Poniżej, w dolinach rozłożyły się wioski. Domy, proste i liche - pouczepiały się zboczy, zieleń ogrodów skrywa podwórza. Trafiają się tu niewielkie poletka z warzywami i sady. Alamut Serpentyny asfaltowej drogi prowadzą od wioski do wioski, wspinają na zbocza, przełamują się na grzbietach górskich. Powyżej wiosek - już tylko ścieżki dla osłów i dzikich kozic. Pasma górskie wydają się nie mieć końca, giną gdzieś w powietrznej perspektywie. A ponad tą przepiękną krainą - bezmiar błękitnego nieba poznaczonego ledwie kilkoma obłoczkami.
Powinienem ruszyć w góry, zdobyć jakiś trzytysięcznik. Mam jednak tylko sandały, które muszą wytrzymać jeszcze trzy tygodnie. Trudno. Popołudniowe słońce wydobywa coraz głębsze cienie na zboczach, wiatr zrobił się chłodniejszy. Jest czas na podsumowanie dnia.

Jak zwykle źle spałem. Ruchliwa ulica i obfitość zdarzeń sprawiły, że znów wstałem o szóstej i starając się nie budzić innych wymknąłem się z hotelu. Przegryzając cieplutki chleb dostałem się metrem na Western Bus Station (8.30). Machnąłem ręką na dodatkowekilka tysięcy riali i klimatyzowanym volvo pojechałem do Qazvinu (10.000 IRR). Popełniłem błąd wjeżdżając aż do centrum, trzeba było wysiąść przy wjeździe do miasta. A tak - musiałem brać okazję (5.000 IRR) z dworca głównego do Qaribqosh Sq. (taksówkarze chcieli 10.000 IRR). Tu, na rondzie stoczyłem bój z mafią taksówkową. Do Gazor Khan jest 105 kilometrów, taksówkarze chcą 100.000 - 200.000 IRR zależnie od fantazji. Miejsce w savaris to 40.000 IRR. Miejscowy dziadek pomógł mi umawiając mnie z Irańczykiem na transport za 40.000 IRR Mohamed jechał sam do Mo'allem Kalayeh i wracał. Przed ruszeniem w drogę (2.5h) upewniam się co do ceny pokazując mu dwa banknoty po 20.000 IRR. No to w drogę. Alamut

Zaczęła się jedna z najwspanialszych moich górskich dróg w życiu. Serpentynami zaczęliśmy wjeżdżać w góry i początkowo wyobrażałem sobie, że za przełęczą zjedziemy do doliny i będzie to koniec przyjemności. Ale gdzież tam! Za doliną był kolejny potężny grzbiet, potem trzeci i czwarty. Okolica stawała się coraz piękniejsza, złoto-brązowe góry wydawały się nie mieć końca. Pokonawszy kolejną przełęcz Mohamed przystanął i zataczając łuk ręką powiedział: "Alamut". Słychać było dumę w jego głosie. Kraina rzeczywiście była śliczna: szeroka dolina z soczystą zielenią pośrodku, z rzeczką przegrodzoną mostem, z poukrywanymi w ogrodach domami. Gdzieniegdzie w wiosce błyszczała w słońcu kopuła meczetu, strzelał w niebo smukły minaret. Na najbliższych i dalszych zboczach - małe osady wśród drzewiastych kęp. Zjechaliśmy znów ku dolinie, a potem znów w górę i w dół. Nie mogłem wprost uwierzyć, że tej drogi nie dało się poprowadzić wzdłuż dolin.
W pewnym momencie zjechaliśmy z głównej drogi gdzieś w bok, do wioski. Irańczyk pokazał mi na migi, że będziemy jeść. Po chwili już siedzieliśmy na dywanach w domu jego rodziców. Na ceratowym obrusie pojawił się zielony ryż, placki chlebowe, kwaśne mleko o cierpkim smaku (ale nie kumys), jakaś zielenina. Wzorem gospodarzy jadłem ryż zawijając go w kawałki ciasta. Tym samym ciastem wyczyściłem miseczki po mleku do sucha i rozłożywszy się wygodnie na poduchach czekałem na herbatę. Tę, podaną w szklankach przelewaliśmy po trochu do czarek i trzymając kostkę cukru w między zębami powoli piliśmy. Muszę powiedzieć, że byłem bardzo a bardzo mile zaskoczony tym poczęstunkiem. Ale moja przyjaźń z Mohamedem nie trwała długo. Gazor Khan

W Gazor Khan zaczął mnie naciskać, bym wracał do Qazvinu, twierdził, że nie ma tu hotelu (choć przejeżdżaliśmy koło niego), a gdy zapłaciłem mu umówione 40.000 IRR - zaczął domagać się dodatkowych 20.000 IRR tłumacząc, że jechałem sam. Brzydkie to zachowanie, facet nie miał innych chętnych; gdybym wybrał miejsce w savaris, jechałby sam i nie zarobiłby 40.000 IRR. Skąd takie zachowanie u Irańczyków się bierze? To nie pierwszy raz - podobnie było w Choqa Zanbil, podobne sytuacje spotykałem w polskich relacjach. No nic, dałem mu jeszcze 10.000 IRR a conto posiłku, rezygnując z naszej przyjaźni ;-) Nie lubię tego.
No dobrze. Zamek położony jest na wysokiej skale, przed wejściem na szczyt odpocząłem w bazie archeologów zlokalizowanej u jej podnóża. Pogadałem z jednym z nich - Irańczyk był bardzo pazerny na moje widokówki z Krakowa, z trudem pogodził się z faktem, że dostanie tylko jedną. Zakwaterowałem się w hotelu, właściwie w sali wyłożonej dywanami w obskurnym budynku (25.000 IRR). Jutro mam niby zapewniony transport minibusem o 6.30. Pozostała mi tylko półgodzinna wędrówka do ruin Gazor Khan...

Qazvin-Teheran
poniedziałek, 14 VIII 2006

Źle spałem (czyli jak zwykle). Tym razem obudził mnie muezin o czwartej nad ranem, o piątej rozległ się jazgot ciężarówek, o wpół do szóstej kobiety pędziły już kozy na pastwisko... Minibus szybko wypełnił się podróżnymi (3.000 IRR). Co ciekawe, najpierw zajęły miejsca kobiety, dla mężczyzn pozostały w zasadzie miejsca stojące. Dziś dopiero, zjeżdżając z wioski do doliny dostrzegam, jak głęboki kanion został wyrzeźbiony w miękkim podłożu przez ów niepozorny początkowo strumyk spływający spod zamku Gazor Khan... Kobiety tutejsze ubierają się bardziej kolorowo: kwieciste suknie, niebieskie lub czarne spodnie nałożone na grube skarpety lub getry. Na głowie zamiast czadorów - zwyczajne "wiejskie" chusty. Ale już w minibusie obowiązywał oficjalny czarny strój.
Przykra niespodzianka miała miejsce w Mo'allem Kalayeh. Minibus dalej nie jechał, trzeba było przesiąść się na okazję. Chętnych było troje: dziewczę, dziadek i ja. Nie zdążyłem przemyśleć, w jakiej konfiguracji pojedziemy, gdyż Irańczyk szybko zajął miejsce obok kierowcy, jechałem więc z dziewczyną z tyłu. Sytuację skomplikowała matka z dwójką dzieci, która się dosiadła w kolejnej miejscowości. Dziadek przeniósł się do tyłu, kobieta z dziećmi - usiadła z przodu. To przetasowanie sprawiło, że znalazłem się bardzo blisko Iranki. Qazvin: meczet Imamzadeh-ye Hossein Strażnicy rewolucji byliby bardzo niezadowoleni widząc co się działo na licznych zakrętach ;-) Trudno się więc dziwić, że prezydent Mahmud Ahmadinejad powiedział wystąpienie z inicjatywą ustawodawczą przewidującą zakaz podróżowania kobiet i mężczyzn w savaris... No cóż, jakoś dojechaliśmy do Qazvin (20.000 IRR). Samochód na szczęście dojechał do centrum. Zaniosłem plecak na dworzec główny i zaplanowałem 3-godzinny spacer po mieście.

Minąłem średnio interesującą Bramę Teherańską i skierowałem się ku tzw. dużej cysternie Sadra. Od razu powiem, że budowla wywarła na mnie wrażenie. Przykryta kopułą o dwudziestometrowej średnicy skrywa wewnątrz olbrzymią przestrzeń. Długim, pochyłym korytarzem zszedłem na dolny poziom, odwzajemniłem uśmiech dwóm wesołym Irankom pilnującym interesu (wstęp darmowy). Zbiornik musiał mieścić gigantyczne ilości wody - dziś znajduje się tu sala wystawowa.
Z nosem utkwionym w przewodniku poszedłem szukać meczetu Jameh. Rzuciłem okiem przy okazji na inny, mniejszy meczet, również z wykafelkowanym minaretem. No cóż, tu w miastach musi być tyle samo meczetów, co kościołów w Krakowie. I prawdę mówiąc przestaję dostrzegać różnice między poszczególnymi meczetami: chwilowo się nimi nasyciłem. Qazvin: łaźnie meczetu Jameh Meczet Jameh otoczony jest ogrodami z dojrzewającymi granatami. Nie udało mi się wejść tędy na dziedziniec, lecz zobaczyłem interesujące sklepienia podziemnych pomieszczeń. Bocznymi ulicami dostałem się na dziedziniec, jak zawsze interesujący główny budynek, wokół dziedzińca trzy boczne iwany ozdobione parami strzelistych minaretów. W ich cieniu, na trawie lub na bruku, śpią sobie Irańczycy, inni siedzą przy sadzawce i rozmawiają. To ciekawa różnica między światem islamu i chrześcijaństwa. U nas nie chodzi się do kościoła by sobie pospać lub pogadać. Przynajmniej teoretycznie ;-)

Kolejnego meczetu Imam Kafar Mosque nie udało mi się odnaleźć, machnąłem nań ręką. Odwiedziłem natomiast Imamzadeh-ye Hossein. O tyle inny od poprzednich, że główna świątynia znajduje się pośrodku dużego dziedzińca a jej frontowa ściana pokryta jest srebrzystą blachą lśniącą niesamowicie w słońcu. Odpuściłem kilka obiektów w zachodniej części miasta i poszedłem na kryty bazar. Bazar jak bazar, szkoda tylko, że pod ładnymi malowanymi krzyżowymi sklepieniami jest tak ciemno i nie da się zrobić zdjęć ludziom bez lampy błyskowej. Dalej był XIX-wieczny meczet Nabi z charakterystycznym mogulskim zwieńczeniem.

Wstąpiłem do medresy Eltofatiyeh: dziedziniec z wieloma pomieszczeniami - nic specjalnego. Zwizytowałem również kościółek ormiański Rafie. Wejście jest z bocznej ulicy, udało mi się sforsować tylko zewnętrzną bramę. Furtian nie chciał mnie wpuścić do wpuścić do wnętrza. Sam kościół skromny i mały. Minąłem karawanseraj znajdujący się na tyłach meczetu Nabi, i doszedłem do głównego ponoć obiektu w Qazvinie czyli Chehel Sotun. Hm, pełne rozczarowanie! Niewielki, niby królewski, pałacyk szacha Tahmaspa a tak naprawdę - piętrowy budynek z niewielką salką muzealną. Wrażenie ratują ładne ogrody pełne kwitnących akacji.

W drodze na dworzeci zajrzałem do XIII-wiecznego mauzoleum Amineha Khatuna, miejscowego historyka. Trwały tam akurat modły pod kierunkiem lokalnego imama, ciężko się było nawet wcisnąć. Na dworcu autobus już czekał gotowy do odjazdu, w trzy godziny później byłem już "u siebie". Popołudnie spędziłem na internetowaniu się i próbie wymiany pieniędzy. Banki były zamknięte a w kantorach kurs po uwzględnieniu prowizji: 1 USD = 9.000 IRR. Zrezygnowałem. W hotelu znów spotkałem Marcinów, jutro jadą do Mashhadu, oraz parę warszawską wracającą znad morza i z gór. Im akurat nie udało się wejść na Demavend, zabrakło im może sto metrów; by uniknąć opłat wybrali nieoficjalną ścieżkę, pobłądzili.

Kashan
wtorek, 15 VIII 2006

Udany, choć męczący dzień. O piątej rano przyjeżdża Jarek. Jest podekscytowany drogą. Opowiada o wymianie pieniędzy na lotnisku (przemilczę z litości kurs), o przejażdżce taksówką z lotniska na dworzec, za którą zapłacił 100.000 riali (wymienionych zresztą po paskarskim kursie!). No cóż, frycowego nie unikniesz...
Po szóstej pakujemy się i myjemy. Jarek w drodze do prysznica paraduje w slipach. Później delikatnie mu przypomnę, ze jest w Iranie. Idziemy wymienić pieniądze, po drodze opowiadam mu o Teheranie i lokalnych zwyczajach. Jarek ciągle chce przechodzić na pasach i to jeszcze przy zielonych światłach. Uparciuch! Tłumaczę mu niestosowność takich zachowań.
W bankach nie chcą naszych pieniędzy. Odsyłają nas do innych, te z kolei nie mają jeszcze dzisiejszych kursów walut. Udaje się nam w końcu przezwyciężyć wszystkie trudności, nawet zepsutą kserokopiarkę w banku (potrzebne ksero paszportu) i wypełnić kilka druków. Rozdzielamy wielką kupę pieniędzy na dwie mniejsze i z trudem upychamy w saszetkach. Jarek zawiadamia świat meblem i telefonicznie, że żyje, choć dostał się w moje łapy. Kashan: medresa Agha Bozorg

Możemy już ruszać w drogę do Kashanu. Dziwna rzecz. Kierowca miejskiego autobusu nie chce od pasażerów biletów, kasy w metrze nieczynne a bramki pootwierane. Dzień Pasażera sobie zrobili, czy co?
Jedziemy w volvo za 22.000 IRR, podejrzanie dużo biorąc pod uwagę, że do Qazvinu było 10.000 IRR za 2.5h jazdy. Droga do Kashanu zajmuje nam ledwie 3.5 godziny. Większość czasu spędzam drzemiąc. Robi się gorąco, termometr za oknem wskazuje 42oC W Kashanie bierzemy okazję lub raczej ona nas bierze do hotelu "Golestan" (5.000 IRR). Wcześniej oglądamy "Guest House": klitka 3 x 2 m z okienkiem na korytarz nie jest warta wynegocjowanej ceny 80.000 IRR. Już lepiej jest w "Golestanie", gdzie twardo obstaję przy cenie 90.000 IRR, mimo że Irańczyk chce 120.000 IRR.
Czas na zwiedzanie. Już pobieżny rzut oka na plan i opis Kashanu w LP wskazuje, że będzie dużo chodzenia i to akurat w najgorętszą porę dnia.

Zagłębiamy się od razu w uliczki bazaru. Pusto, cicho, większość stoisk pozamykana. Choć to nie moja wina, trochę mi głupio przed Jarkiem, że jego pierwsze zetknięcie z bazarem wygląda tak nieciekawie. Trudno, Irańczycy mają sjestę. Bazar jest rozległy, lecz po 15 minutach go opuszczamy. Znajdujemy się w najstarszej części miasta. Jak okiem sięgnąć wszędzie wokół wznoszą się domy i inne budowle wykonane z "gliny" zmieszanej z ciętą słomą. Glina oczywiście jest niewypalana. Materiał ten zawany adobe jest tani, ale dość kruchy: wiele ścian jest popękanych, dużo dachów zawalonych. Prawie w każdym domu widać jakieś ozdobne detale architektoniczne: ażurowe ścianki, łuki okien, kopuły, ciekawe wątki ceglane.. Miasto sprawia wrażenie ulepionego z piasku zamku. Tak właśnie wyobrażam sobie zrujnowane przez trzęsienie ziemi Bam.
Kashan: Khan-e Borujerdi Ponad tym ciekawym krajobrazem górują błękitne kopuły meczetów, w poszukiwaniu jednego z nich, Soltaniyeh Mosque trafiamy na dziedziniec podrzędnej świątyni; jej współczesny charakter podkreślają betonowe kolumny. Przy okazji spotykamy samotnie podróżującego chłopaka ze Szwajcarii - to z nim wymienialiśmy pieniądze w Teheranie. Jest okres sjesty, większość stoisk na bazarze pozamykana. Jest mi przykro, że pierwszy Jarkowy kontakt z orientalnymi bazarami zaczyna się tak skromnie i mało kolorowo.
Na razie idziemy do medresy i meczetu Agha Bozorg. Tu już lepiej: "islamskie" kształty kopuł, bram i okien oraz minarety z pewnością się podobają koledze. A jeśli dodamy do tego sadzawkę i figowce ją okalające, to otrzymamy całkiem sympatyczny obrazek. Teraz czeka nas spacer w stronę murów miejskich. Wyludnionymi o tej porze uliczkami idziemy "na azymut". Ściany domów i mury wykonane są z wysuszonej na słońcu gliny zmieszanej ze słomą. Trudno się dziwić, że trzęsienie ziemi zmiata takie konstrukcje z powierzchni ziemi...

Dochodzimy do murów miejskich w południowej części miasta. Są rzeczywiście potężne, mierzą ponad 10 metrów wysokości i z pewnością stanowiły trudną do pokonania przeszkodę dla atakujących miasto plemion. Naszym wrogiem jest natomiast (oprócz upału!) głód. Jarek nie chce się zadowolić sandwiczem, idziemy na obiad do porządnej knajpy. Zamawiam mięsko (drobiowe) w postaci długich pasków przygotowywanych na płaskich "mieczach", do tego ryż z kurkumą i okraszony rodzynkami oraz czerwonymi i cierpkimi jagodami. Dodatkiem są pieczone pomidory, ogórek kiszony (sic!), czerwona kapusta i frytki. Mięso skropione sokiem z limonki jest bardzo smaczne, choć przypomina w smaku pastę z jaj. Solidny obiad za 25.000 IRR.
Kashan: Khan-e Borujerdi Obok murów miejskich znajduje się Dom Lodowy (Ice House), niecodzienna budowla w kształcie stożkowej piramidy. Miejsce do przechowywania lodu. Tak, lodu! Ja wiem, trudno w to uwierzyć, ale w zimie naprawdę pada tu śnieg! Zgromadzony i ubity w głębokim wykopie zamieniał się w lód i w tej postaci był w stanie dotrwać do lata w klimatyzowanej przestrzeni budowli. Wówczas służył mieszkańcom do sporządzania lodów i chłodnych napojów.

Teraz czas na największą atrakcję Kashanu - domy historyczne, zwane czasem domami tradycyjnymi. To wspaniałe XIX-wieczne rezydencje bogatych Irańczyków. Są i dziś zamieszkałe, lecz częściowo udostępnione do zwiedzania turystom. Zaczynamy od Khan-e Borujerdi. Kręty korytarz prowadzi na przepięknej urody dziedzinie z sadzawką i cytrusami. Na ścianach budynków stiuki z motywami roślinnymi, po obu stronach sadzawki pomieszczenia gospodarcze i biura, w głębi dziedzińca część mieszkalna na kilku kondygnacjach. Na górnym poziomie kilka sal obecnie restaurowanych. Na ścianach reliefy przedstawiające polowania i sceny rodzajowe. Są również portrety. Jak widać, nieprawdą jest to, że w sztuka islamska nie zabrania przedstawiania ludzi i zwierząt. Tu po raz pierwszy w Iranie widzę przemyślny system klimatyzacji pomieszczeń. Gorący wiatr zostaje złapany przez badgir - ozdobną wieżyczkę ze szczelinami umieszczoną na dachu. Strumień powietrza spływa w dół komina, chłodzi się we wnętrzu i systemem kanałów zostaje rozprowadzony do dolnych pomieszczeń. Ponoć w zimie ten sam system służy do ogrzewania domu, ale czy nie ma tu konfliktu z prawami fizyki - trudno mi rozstrzygać ;-)
Kashan: Sultan Mir Ahmed Hamman Dwa kroki od Khan-e Borujerdi znajduje się Sultan Mir Ahmed Hamman, wspaniała łaźnia. Dziś jest wykorzystywana jako kawiarnia i miejsce odpoczynku, zostały jednak zachowane oryginalne wnętrza. Przewodnik oprowadza nas po pomieszczeniach, opowiada o ich przeznaczeniu.
Teraz kolejny dom tradycyjny - Khan-e Ameriha. W sadzawce tak pięknie odbijają się białe ściany i błękitne niebo... Drewniane ramy okien są wykonane z tysięcy drewnianych elementów tworzących misterne wzory. Muszę powiedzieć, że te rezydencje bardzo mi się podobają.

Wracamy w kierunku hotelu. Jarek koniecznie chce wysłać do domu kartki z pozdrowieniami. Znaczki na poczcie niby dostał, ale skąd wziąć widokówki? Znów zagłębiamy się w bazarowe uliczki, dostrzegam ukryte schody prowadzące na dach bazaru i bez zastanowienia wchodzimy. Widok jest stąd niesamowity. Wszędzie wokół kopułki sklepień, małe i duże, ciągną się we wszystkich kierunkach. Nie ma tu żadnej regularności. Zgrabnie przeskakujemy z górki na górkę, wchodzimy na wyższe to znów niższe poziomy, co kilka kroków wylot wentylatora lub agregat do klimatyzacji.
Kashan: Khan-e Ameriha Zaglądamy przez otwory do wnętrza bazaru, z tej niecodziennej perspektywy widać stoiska i kupujących. Niestety za nami weszło dwóch Irańczyków i teraz udają przewodników. Czuję, że będą z nimi problemy. Na razie idziemy w kierunku najwyższej nadbudówki. Widać stąd, jak na dłoni Meczet Soltaniyeh z sadzawką na długim dziedzińcu. Światło zapalonych już o tej porze latarń tak pięknie odbija się w wodzie... Pełen uroku obrazek. Irańczyk zachęca nas teraz do wspięcia się na szczyt dużej kopuły zbudowanej na skrzyżowaniu dwóch ciągów handlowych. Gliniana konstrukcja ma wyżłobione stopnie, wygląda niby solidnie, ale i tak przepuszczam chłopaka przed sobą. Na szczycie kopuły 3-metrowej średnicy otwór, kilka pięter niżej kwitnie bazarowe życie.
Zmierzcha. Kashan pogrąża się w mroku, lecz nie zasypia. Setki tysięcy świateł błyszczą pod jasnym horyzontem... Przy schodach Irańczyk żąda pieniędzy za "oprowadzanie". Ja mu twardo odmawiam, przecież sami znaleźliśmy sobie wejście, a ich towarzystwo było zbędne. Jarek wdaje się w dyskusję, w końcu na odczepnego daje mu 5.000 IRR. Hm! Widzę, że Jarek ma miękkie serce, i jeszcze nie wie, co to są naciągacze. A powinien! Przecież dziś w nocy taksówkarze naciągnęli go na 110.000 IRR za kurs z lotniska do hotelu!
Dobrze po zmroku wracamy do naszego "Golestanu"..

Esfahan
środa, 16 VIII 2006


Przejazd z Kashan do Esfahanu to pierwsze nasze zetknięcie z gorącym oddechem pustyni ;-) W autobusie ledwie 19oC, na zewnątrz temperatura podnosi się do 42oC. Za oknem kamieniste, płaskie przestrzenie. Droga szybko mija, w końcu to tylko 200 kilometrów po fantastycznych irańskich autostradach. W Esfahanie odganiamy się od taksówkarzy i miejskim autobusem podjeżdżamy na skrzyżowanie Takhti. Wybieramy hotel "Amir Kabir" - pierwszy z listy low budget. Towarzystwo w dormie mamy międzynarodowe: Japończycy, Szwajcar i gigantyczny Czech.

Zwiedzanie zaczynamy od wizyty na placu Imama. Będzie to zaledwie wstęp do poznawania tego wspaniałego miejsca. Będziemy tu wracać niejednokrotnie, o różnych porach dnia. Plac jest pełen ludzi, głównie irańskich turystów wędrujących od sklepiku do sklepiku lub siedzących przy centralnie położonych sadzawkach z fontannami. Poszukując poczty trafiamy na grupkę roześmianych, barwnie ubranych i wymalowanych Iranek. Chusty zakrywają im ledwie czubek głowy... Zagadują do nas, wygłupiają się, chcą się fotografować. Prawdziwe wyzwolone kobiety...!
Ale plac Imama to przede wszystkim dwa fantastyczne meczety. Pierwszy, pozbawiony minaretów meczet to Lotfollach będący podarunkiem szacha Abbasa I dla jego teścia, szejka Lotfollacha. Drugi - położony na końcu placu - to meczet Imama, również XVII-wieczny. Kopuły obu świątyń błyszczą w słońcu południa i kuszą by do nich wstąpić.

Na razie ich nie zwiedzamy, mamy dziś w planach dzielnicę ormiańską. To dość niezwykła okazja spotkania z religią kościoła wschodniochrześcijańskiego. Ormianie, znani ze swych artystycznych i handlowych zdolności, zostali sprowadzeni do centralnego Iranu kilkaset lat temu po to, by upiększyć Esfahan i rozruszać gospodarkę. Czy rozruszali - nie wiem, w każdym razie pobudowali swe piękne kościoły. Już przed wyjazdem ostrzyłem sobie zęby na tę sposobność poznania kultury i kościoła ormiańskiego. Cieszę się, że tu dotarłem, lubię to! A przecież będą jeszcze zoroastrianie i ich niesamowite świątynie ognia. Esfahan: meczet Imama

W drodze do dzielnicy ormiańskiej trzeba przejść most na rzece Zayandeh. I w tym momencie muszę się zatrzymać przy fascynującym widoku, który zobaczyłem: mosty w Esfahanie są po prostu nadzwyczajne. Si-o-Seh, most, przez który zaraz przejdziemy ma kilkadziesiąt małych przęseł, woda leniwie przepływa pod nimi. W kamiennych łukach odbijają się słoneczne zajączki. Most ma po bokach podcienia tworzące dodatkowe ścieżki dla pieszych. Popołudniowe słońce wydobywa z nich ciemne cienie układające się w regularny wzór. Irańczycy przystają w cieniu, zatrzymujemy się i my. Po rzece pływają łódki z esfahańczykami, tu i ówdzie strzela z rzeki fontanna wody. Jest upalnie, ale nie duszno. W sam raz na piknik - choćby w parku nad rzeką. Irańczycy całymi rodzinami rozkładają się na trawnikach, na kocach lub gazetach. Widać, że są dobrze zorganizowani, mają kosze z jedzeniem, termosy z herbatą; inni przytaszczyli butle na propan-butan i gotują obiadek... Gdyby tak jeszcze pozwalali się fotografować...

No, dobrze. Jesteśmy już na miejscu, odszukujemy pierwszą ormiańską świątynię. Kościółek Betlejemski jest chwilowo zamknięty widać nie cieszy się aż taką popularnością tutaj... Odźwierny bierze olbrzymi klucz z plebani i wpuszcza nas do środka. Ciemne wnętrze przypomina mi monastyry w Meteorach: ściany pokryte malowidłami z motywami biblijnymi. Jest tu łódź piotrowa, inni święci, ale najciekawsze są dwa duże obrazy nad wejściem przedstawiające Piekło i Niebo. Położony w absydzie ołtarz oświetlony jest światłem z nisko zwisających kandelabrów. Ponad ciemnym obrazem przedstawiającym Matkę Boską w otoczeniu aniołów widać półkoliste płótno ze Świętą Rodziną a wyżej Chrystusa Pantokratora z ormiańskimi napisami na złotym tle. Płacimy odźwiernemu 5.000 riali, staruszek zastrzega się, że to będą pieniądze na kościół. W porządku, wierzymy. Przecież chrześcijanie brzydzą się kłamstwem.
Esfahan: wyzwolone iranki Drugim kościołem miała być Katedra Vank. Objawiła się jednak skostniała struktura biurokratyczna i brak chęci do negocjacji ceny za bilet. 30.000 riali to cena z poprzedniej epoki, widocznie zapomnieli ją obniżyć, tak jak to uczynili w innych obiektach w Iranie.
Idziemy więc do trzeciego kościoła, Św. Marii. Zaczepiony przeze mnie dziadek okazuje się być furtianem, wpuszcza nas przez ozdobioną ormiańskim równoramiennym krzyżem na dziedziniec. Tu, pod murem sporo płyt nagrobnych, widoczne są - choć czasem nadszarpnięte zębem czasu - wizerunki biskupów lub fundatorów. Wokół postaci przepiękne próbki starodawnego alfabetu ormiańskiego. Wewnątrz kościoła - znów dużo malowideł, jest ciemno i kolorowo. Tylko przy ołtarzu lśni srebrna płyta z krzyżem. Obok, na ścianie liczący zapewne dwieście lat kilim z Matką Boską i Dzieciątkiem. Na pięknych bordowych dywanach przed ołtarzem umieszczono na srebrnych skrzynkach egzemplarze Pisma Świętego. Wątpliwą ozdobą są dwa biurowe wentylatory - cóż, ten klimat... Uprzejmie dziękujemy za możliwość zwizytowania tego interesującego miejsca (5.000 IRR). Most Si-oSeh na rzece Zayandeh

Podjeżdżamy autobusem pod kolejny zabytkowy bo XVII-wieczny most Khaju. Siadamy na trawie, Jarek robi sobie podwieczorek, ja fotografuję esfahańczyków moczących nogi w rzece. Te chwile należą do wyjątkowo miłych - lubię te sielskie scenki. Godzinę później ruszamy dalej. Najpierw wieloprzęsłowym mostem, później wzdłuż nabrzeża do mostu Chubi. Mamy jeszcze tyle do oglądania, ale upał jednak dokucza, podjeżdżamy wić do centrum autobusem.
W poszukiwaniu internetu (5.000 IRR) zaglądam do biblioteki uniwersyteckiej. Trwa tu jakaś konferencja, bardziej od jej tematyki interesują mnie rozdawane uczestnikom desery i łakocie. Tym razem Jarek-legalista ulega i troszkę próbuje tych słodkości. Na portalu Gazety czytam obszerny artykuł poświęcony irańskiej młodzieży... Hm, zastanawiam się nad autentycznością dialogów... Ponoć życie oficjalne zasadniczo różni się od tego w domowym zaciszu... OK.

Zagłębiamy się teraz w długie, jasno oświetlone uliczki krytego bazaru. Tu raczej znajdują się luksusowe towary... Pełno to wyrobów ze srebra i złota... przepiękna błękitna ceramika, barwne kilimy, dywany i inne pamiątki dla turystów... I znów jesteśmy na placu Imama, zmierzcha już... Siadamy na trawniku i chłoniemy atmosferę tego niezwykłego miejsca. Słońce kładzie swe złote plamy na kopułach meczetów, kilka odległych chmurek przybrało różowe zabarwienie... Nie musimy teraz już nic robić, po prostu sobie siedzimy, chłodzimy się mżawką z fontanny i oglądamy spacerujące czarnookie Iranki.
Esfahan: kościół Betlejemski Wkrótce zapada noc, plac jest już ładnie oświetlony, kolorowe fontanny, Irańczycy siedzą, spacerują lub jeżdżą... dorożkami. Sympatyczny akcent. Przypomina mi się niezapomniany nastrój z placu Jemma el-Fna w Marrakeszu. Tam było inaczej, tu jest inaczej, cieszy mnie, że świat jest taki piękny a jednocześnie taki różnorodny! Zaciągam Jarka do meczetu Imama. Trwają modły, mój towarzysz podróży ma początkowo opory, nie chce przeszkadzać muzułmanom. Siadamy po drugiej stronie sadzawki mamy wygodny widoki na równe rządki klęczących mężczyzn. Później, wraz z Irańczykami wchodzimy do głównego sanktuarium. Nad nami, 33 metry wyżej znajduje się bajecznie wzorzyste sklepienie kopuły. Klaszcząc i tupiąc wzbudzamy sławne kilkunastokrotne echo. Spędzamy trochę czasu myszkując po zupełnie ciemnych zakamarkach sąsiednich pomieszczeń. Gdy powtórnie znajdziemy się na dziedzińcu, powita nas niesamowity widok kolorowych iwanów i minaretów z podświetlonymi balkonikami na wysokości kilkudziesięciu metrów...

Czas na nocny spacer przy mostach na Zayandeh. Są przepięknie podświetlone, mnóstwo Irańczyków spaceruje po nich, inni siedzą w kawiarenkach pod mostem. Gra muzyka, słychać roześmiane głosy, fale na rzece odbijają światła... Miło i sympatycznie.
Ale oto, 50 metrów dalej, na rondzie przy Enqelab-e Eslami zupełnie inny klimat. Trwa manifestacja poparcia dla Hezbollahu. Przecież 2.000 kilometrów stąd, w Libanie, toczy się walka na śmierć i życie. Duża grupa zwolenników ustawiła się przy ulicy, ponad tłumem - jasno oświetlony billboard z imamem Nasrallahem na żółtym tle. Na pierwszym planie widzę grupę chłopców w wojskowych maskujących ubiorach. Wymachują rytmicznie żółtymi flagami przy dźwiękach głośnej wojskowej muzyki. Twarze mają zakryte, spod arafatek błyszczą tylko oczy. Choć to 10-latki a flagi to nie karabiny - całość robi wrażenie.

Esfahan-Shiraz
czwartek, 17 VIII 2006

Wstaję o 6 rano i nie budząc nikogo cichutko wymykam się z hotelu. Dziś wieczorem opuszczamy Esfahan, jadę więc miejskim autobusem na dworzec Kaveh. Mówi się czasem, że potrzeba pięciu dni, by poznać to miasto. A trzy dni to absolutne minimum. Hm... tak długo nie potrafię siedzieć w jednym miejscu. Wolę poznać więcej miejsc w Iranie. Są ludzie, którzy posiedzą kilka dni w danym mieście i twierdzą, że już je znają. Ja mieszkam czterdzieści lat w Krakowie i wciąż go nie znam w pełni! Jadąc za granicę, chcę poznać jak najwięcej miejsc, poczuć różnorodność zwiedzanego kraju, nawet kosztem nieco powierzchownego oglądu. Zresztą... mój boże... to kwestia indywidualnego przeżywania świata. Taki jestem :-)
Kupuję bilety na nocny autobus do Shirazu i wracam do hotelu. Jarek już wstał, zostawiamy bety w hotelowym schowku posiliwszy się sandwiczowym frykasem ruszamy.

Dzisiejsze zwiedzanie miasta zaczynamy od położonego w północnej dzielnicy meczetu Jameh (4.000 IRR). To olbrzymi meczet, prawdę powiedziawszy największy w Iranie. I w dodatku stanowi mieszankę różnych stylów: zbudowany za panowania dynastii Seljuków, wielokrotnie przebudowywany przetrwał najazdy Mongołów, później przepięknie ozdobiony za czasów Safavidów stanowi dziś nieco zapomnianą atrakcję Esfahanu. Tłumów tu raczej nie ma, zwłaszcza o tak wczesnej porze. Podobnie jak w innych meczetach i tu trwają prace remontowo-konserwatorskie: kilku robotników pracuje na rusztowaniach, starszy pan naprawia stiuki; uśmiechamy się do siebie. Esfahan: meczet Jameh Ale przecież nie to tu jest najważniejsze! Ponad iwanami wznoszą się cudnej urody zielono-niebiesko-białe minarety. Wokół wieżyczek biegnie drewniany ganeczek zwieńczony wykafelkowaną kopułką i ozdobiony miedzianą dłonią (ależ ja się cieszę, że mam swój nowy aparat). Iwany są równie atrakcyjne, tu w meandrach motywów roślinnych pojawia się czwarty, pomarańczowy kolor.
Zwiedzamy wnętrze meczetu, wchodząc przez bramy kolejnych iwanów. Na ogół pomieszczenia są puste, pozbawione nawet dywanów, ale wszędzie można spotkać ozdoby: na ścianach rzeźbione marmurowe płyty z filigranowymi wzorami geometryczno-roślinnymi, również pięknie rzeźbione kamienne kolumny ozdabiające portale, ażurowe kamienne i gliniane kraty oddzielające pomieszczenia w głębi od dziedzińca, pokryte pajęczyną żłobień drewniane skrzydła bram. Najbardziej mnie jednak zachwyciło bogactwo wzorów wykorzystanych przy budowie ceglanych sklepień w bocznych korytarzach: nie ma dwóch jednakowych!

Na pobliskim bazarze rzucają się na nas perscy handlarze. Koniecznie chcą nam pokazać swe ciuchy i pamiątki. Jarek jest zachwycony, ogląda chińskie i indyjskie tekstylia. Na szczęście rezygnuje z zakupu. Ja mam ochotę na jedwabny szal ozdobiony złotymi lub srebrnymi cekinami, lecz myśl o umiarkowanym zachwycie żony powstrzymuje mnie przed zakupem. Ostatecznie po przydługich negocjacjach biorę wzorzystą serwetę.
Zbliżając się do placu Imama - bo gdzie indziej mielibyśmy się kierować! - zaglądamy do niewielkiego sklepiku ze starociami. Przedmioty nie wyglądają na współczesne podróbki, są tu przedmioty codziennego użytku, akcesoria kuchenne, trochę broni i obrazków. Naprawdę jest na co popatrzeć! Moją uwagę zwracają cynowe łyżeczki i grawerowana solniczka. Mam na nią ochotę, lecz cena staje przy 7 dolarach. Chyba zbyt porządnie wyglądamy.

Plac Imama jest jak zawsze pełen ludzi spragnionych jego wspaniałego otoczenia. Wstępujemy do meczetu Lotfollah (3.000 IRR) - tego z "pomarańczową" kopułą. Ciemny, dekorowany roślinnymi wzorami na kafelkach, korytarz prowadzi nas do głównej sali. Wewnątrz panuje półmrok, światło wpadające przez niewielkie okienka przekryte maswerkami rozjaśnia posadzkę i nieco ściany. A ściany są pokryte wzorzystymi kafelkami: dominuje kolor pomarańczowy, dodatkiem jest granat, seledyn i biel. Ściana kibli utrzymana jest w niebieskiej tonacji, mihrab to miniatura zewnętrznego iwanu ze stalaktytowym sklepieniem. Esfahan: meczet Lotfollah Obramowany jest wielkimi cytatami z Koranu, które same w sobie są piękną dekoracją.
Ale te wszystkie dotychczasowe moje zachwyty to nic! Wystarczy spojrzeć w górę, by oniemieć z wrażenia! Nade mną najwspanialsza kopuła, jaką widziałem w życiu: geometryczno-kwiatowy wzór zbiegający się w centrum przypomina strukturą fraktale. Gdy później, już w domu, powiększę zdjęcie, moim zachwytom nie będzie końca!

Czas teraz na bliższą znajomość z meczetem Imama. Tym razem kupujemy bilety (5.000 IRR), wchodzimy jak zwykli turyści. Nie ma już tłumów wiernych, pod namiotami oceniającymi dziedziniec ledwie kilka osób się modli. W tym meczecie dominuje kolor błękitny niewielką ilością żółci i bieli. Oglądamy stosunkowo skromny mihrab i wykonany z brązowego kamienia minbar. Wszystko jest bardzo ciekawe, ale zdecydowanie wolę meczet wypełniony modlącym się tłumem!

Znów jesteśmy nad rzeką, siadamy sobie na zacienionej ławce i relaksujemy się w pięknym otoczeniu. Esfahańczycy również piknikują, odpoczywają rozłożeni na trawie. Co chwilę koś nas sympatycznie zaczepia, pozdrawia... Irańczycy dosiadają się, rozmawiają z Jarkiem. Ja od czasu do czasu się wtrącam. Nie czuję dziś potrzeby mówienia, wystarczy mi, że się przysłuchuję... Mam swój czas odpoczynku... Jestem w drodze dopiero 13. dzień a wydaje mi się, że podróżuję już miesiąc... Tyle się wydarzyło, tyle miejsc zobaczyłem... Esfahan: meczet Lotfollah
Zrobiło się już południe. Z ociąganiem wstajemy. Idziemy w kierunku mostu Si-o-Seh, gdy dostrzegam Europejkę. Polskiego pochodzenia... właściwie Polkę... po prostu Beatę! Oczywiście w towarzystwie Piotra. Cieszymy się ze spotkania, opowiadamy w pośpiechu o przeżyciach ostatnich dni.

Krótki odpoczynek i idziemy do medresy Chahar Bagh otwartej rzekomo tylko we czwartki. I tu jesteśmy po raz drugi zaskoczeni: cena 30.000 IRR, zupełnie nieadekwatna do rangi obiektu. Jarek wybiera sensowną alternatywę i kupuje za jednego chomeiniego płytką z 400 zdjęciami przedstawiającymi medresę (jak się później okaże zdjęcia są średniej jakości).
Transferujemy się na plac Imama Hosseiniego, i stąd miejskim autobusem podjeżdżamy do Trzęsących Się Minaretów (Shaking Minarets) w dzielnicy Kaladyn. Pech nas prześladuje - jest akurat przerwa obiadowa. Na szczęcie minarety widać jak na dłoni, mój zoom załatwia resztę. Pocieszamy się tym, że od kilku lat minarety ponoć i tak się nie trzęsą - zbyt wielu turystów tu wchodziło i konstrukcja się ustabilizowała :-)
Wracamy do centrum. Jarek namawia mnie na kurczaka, i słusznie! Bo to jedyne zjadliwe mięso w Iranie. Późnym popołudniem zaglądamy do pałacu Hasht Behest. Ten niewielki XVII-wieczny budynek był kiedyś, jak twierdzi nasz przewodnik, najwspanialej ozdobionym obiektem w Esfahanie, dziś wizytę uzasadnia jedynie atrakcyjne, ogrodowe otoczenie.

I to właściwie tyle zwiedzania. Te dwa dni w Esfahanie były naprawdę zachwycające. Wracamy do hotelu, przekazujemy niewykorzystane bilety autobusowe polskiej parze, bierzemy bety ze schowka i podjeżdżamy się na dworzec autobusowy. Czeka nas prawie 500 kilometrów nocnej jazdy.

Persepolis-Naqsh-e Rostam-Shiraz
piątek, 18 VIII 2006


O szóstej rano dworzec Carandish w Shirazie tętni życiem. Sokoli wzrok taksówkarzy wyłuskuje nas, białasów jeszcze w autobusie. Zaczynają się nagabywania "taxi, taxi". Na razie jesteśmy półprzytomni po podróży, odpędzam więc naganiaczy i spoglądam do Lonely Planet, gdzie są "nasze" hotele. Taksówkarze chcą 10.000 IRR za kurs do centrum, jedziemy więc okazją za 5.000 IRR. I tak uważam, że przepłacamy za 3-kilometrową trasę. Mijamy cytadelę, którą za chwilę będziemy zwiedzać i lądujemy na placu Shohada. W hotelu "Esteghlal" są zupełnie przyzwoite pokoje 2- i 3-osobowe z łazienką i telewizorem, niestety facet upiera się przy 120.000 IRR za każdy z pokoi. Oblatuję kilka najbliższych hotelików przy ulicy Karim Khan-e: są pełne, mają gorsze pokoje za tę samą cenę lub klitki bez prawdziwego okna za 100.000 IRR. Ostatecznie znajdujemy lokum w "Zandzie" za 80.000 IRR (wolny od godziny 10.00). Idziemy coś zjeść (sandwicze po 3.000 IRR + zam-zam).

Czas na Shiraz. Cytadela Argh-e Karim Khani ładnie się prezentuje, jej południowo-wschodnia wieża jest rzeczywiście krzywa i zdeformowana tak, jak to opisuje LP. Wewnątrz - zupełnie sympatycznie: gaj cytrusowy, dużo kwiatów, można z powodzeniem zapomnieć o tym, że było tu więzienie za czasów Pahlaviego. Dalej mamy gratisowy WC-et i kilka sal wystawowych z czarno-białymi fotogramami. Oglądamy świat sprzed 100 i 50 lat: żołnierzy szacha, pierwsze automobile na ulicach, pozujących ludzi, zdjęcia z uroczystości. Ciekawa wystawa.
Shiraz: Argh-e Karim Khan Na dziedzińcu widać nieco drewnianych elementów architektonicznych: okna oraz to, na co trzeba koniecznie zwrócić uwagę - wykonane z drewna kolumny o rzeźbionych trzonach. Kilka skromnie ozdobionych pomieszczeń z basenami zostawiamy na zakończenie wizyty.

Przenosimy się teraz pod XVIII-wieczny meczet Regenta (Masjed-e Vakil). Niestety - jest zamknięty z powodu piątku(?!). Anglojęzyczny staruszek oferuje nam swe usługi przewodnickie a nawet obiecuje wstęp do zamkniętego meczetu. No obchodne daje Jarkowi ręcznie zapisaną kulfoniastymi łacińskimi literami wizytówkę.
Zagłębiamy się w uliczkach bazaru - stoiska są puste i pozamykane: mają przecież swą niedzielę ;-) Zamknięty jest również karawanseraj, niespecjalnie mnie to martwi, gdyż traktujemy ten spacer jedynie jako rekonesans przed dniem jutrzejszym. Jarek znów okazuje dobre serce wspierając drobnymi monetami nachalnego staruszka, krążymy jeszcze chwilę po bazarze i wchodzimy na teren medresy Madresh-ye Khan. Przyjemne miejsce z sadzawką ocienioną dojrzewającymi granatami i cytrynami. O tym, że wszędzie są piękne kafelki - na ścianach bramy wejściowej i bocznych iwanów - chyba nie muszę wspominać.

Wracamy do hotelu, odświeżamy się i jedziemy okazją (3.000 IRR) na dworzec Carandish. Tu, z przystanków dla minibusów ruszamy do Marvadasht (3.000 IRR). Jarek zajmuje ostatnie wolne miejsce, ja jadę na masce silnika; później się zmieniamy. Narasta upał, będzie nam towarzyszył do końca dnia. W Marvadasht przesiadka na taxi do Persepolis (2x5.000 IRR). Po chwili jesteśmy na miejscu. Zaczyna się to, co najpiękniejsze. W kasie wpisuję się na listę odwiedzających, dostrzegam polskie nazwisko, w chwilę później mogę więc śmiało zawołać do białasa: "Cześć Paweł!". Chłopak z Białegostoku, teraz jeździ sam, resztę grupy zostawił w Yaździe. Pozdrawiam z tego miejsca!
Persepolis Czas na starożytne Persepolis lub raczej to, co z niego zostało po wizycie Aleksandra Wielkiego. Wejście jest imponujące - szerokie schody prowadzą do Bramy Wszystkich Narodów. Jakże przyjemnie znaleźć się w tym tak dobrze znanym z telewizji i zdjęć miejscu! Uśmiechnąć się do poobijanych rzeźbionych byków ;-) Mijamy kilka łuków i kolumn ozdobionych podwójnymi głowami byków. Te charakterystyczne elementy będą się powtarzać jeszcze niejednokrotnie w stolicy Dariusza. Z miejsca, w którym się znajduję nie potrafię określić rozmiarów miasta. W pamięci mam porozrzucane na dużym obszarze ruiny Palmiry, Volubilis, Jiaohe i Jerash. Czy tu będzie też tyle do zwiedzania?
Na razie idziemy Aleją Wojskową - kiedyś stały po bokach strażnice. Upał jest nieziemski, na niebie ani jednej chmurki. Poruszamy się po terenie wykopalisk skokami - od cienia do cienia. Kamień, z którego zbudowano Persepolis jest żółtawy, lecz w silnym słońcu wydaje się biały. Duże kontrasty nie ułatwiają robienia zdjęć. Znajdujemy się teraz w Sali o 100 Kolumnach. Niewiele jest tu do oglądania, pozostały tylko bazy kolumn ucięte na wysokości tak jednakowej, że mam wątpliwości, co do autentyczności ich wszystkich.
Przeciskamy się między zrekonstruowanymi murami domów i wspinamy się ku grobowcowi Antarkserksesa II. Wykuty w skale, kilkadziesiąt metrów powyżej miasta przypomina mi grobowce królewskie z Petry. Z bliska miejsce wygląda jeszcze bardziej interesująco, na bocznych ścianach brodaci strażnicy dzierżą włócznie, ponad mrocznym otworem wejścia wykuta scena przedstawiająca monarchę przyjmującego hołd. Niektóre płaskorzeźby są uszkodzone, trzeba domyślać się szczegółów. Persepolis: Brama Narodów

Z miejsca, w którym się teraz znajdujemy roztacza się widok nie tylko na Persepolis, ale i na całą dolinę. Za starożytnym miastem rozciąga się pas zieleni, dalej nieurodzajne skaliste przestrzenie. Gdzieś tam na zboczach gór skryte są kolejne grobowce Naqsh-e Rostam. Odwiedzamy teraz grobowiec Antarkserksesa III, również wysoko położony na górskim zboczu. Tu już prawie nikomu nie chce się wspinać - tak przynajmniej wynika ze śladów pozostawianych na pokrytej kurzem ścieżce. Na wejściem do grobowca ledwo czytelne płaskorzeźby, wysoko w górze można dostrzec Faravahar, symbol zoroastrian.
Wędrujemy teraz pomiędzy kikutami kolumn, i resztkami bram. Znajdujemy się prze wspaniałymi schodami pałacu królewskiego Apadana. Z tego ostatniego niewiele pozostało, skupiamy uwagę na płaskorzeźbach pokrywających schody. Ułożone są w trzech rzędach: i przedstawiają długie kolejki poddanych składających hołd największemu bóstwu - Ahura Maździe Ileż tu różnych postaci ludzi, i zwierząt, jakże pogaty materiał etnograficzny! Przepiękny komiks sprzed 2000 lat. Obchodzimy pałac dookoła, zwiedzamy Pałac Dariusza I, Kserksesa i rzucamy okiem na resztki siedziby Antarkserksesa III. Prawdę mówiąc, nie jestem pewien, czy nazwy tych pałaców nie zostały przypisane na chybił trafił tym ruinom.. W każdym razie bogactwo płaskorzeźb pokrywających ściany i portale w pełni usprawiedliwia nazwę "pałac". Odpoczywamy trochę w cieniu, później mijając tak zwany pałac Środkowy odwiedzamy muzeum (5.000 IRR). Od razu powiem, że zbiory nie są olśniewające, mamy tu rzeźby, kapitele, ceramikę, trochę biżuterii i przedmiotów codziennego użytku. Warto zwrócić uwagę na interesujące wkomponowanie starożytnego obiektu (Haramsara) we współczesną strukturę.
Persepolis: Grobowiec Antarkserksesa II I to właściwie koniec zwiedzania. Kręcimy się jeszcze przez pół godziny przesiadując tu i ówdzie i starając się zapamiętać miłe obrazki. Mam mieszane uczucia po wizycie w Persepolis. To oczywiście wspaniałe miejsce i z pewnością wywiera wrażenie. Moje przeżywanie nie było aż tak intensywne, widziałem przecież sporo ruin starożytnych miast. Ale zdecydowanie umieszczam Persepolis w mojej pierwszej piątce najbardziej atrakcyjnych miejsc świata antycznego (między Palmirą, Petrą, Volubilis i Jiaohe),

Przez dobre pół godziny negocjujemy cenę za przejazd do Naqsh-e Rostam. Taksówkarz upiera się przy 20.000 IRR od osoby za kurs do grobów królewskich dalej do Marvadasht. My wolimy zapłacić po 10.000 IRR. O słuszności naszej koncepcji upewnia nas Koreańczyk, który właśnie się napatoczył i chce również jechać za 1 chomeiniego. Irańczyk stopniowo mięknie, powtarza w kółko "15...15....15" dziabiąc palcem każdego nas. Koreańczyk, o twarzy pokerzysty zachowuje spokój, ja robię różne miny i gesty. Daję w końcu kierowcy szansę wyjścia z twarzą: 12.000 IRR. Jedziemy.
Naqsh-e Rostam to zespół kilku królewskich grobowców wykutych w skałach Przypominają mi wspaniałą Petrę. Jestem wdzięczny dalekowzrocznym budowniczym, że zdecydowali się wykuć grobowce na tyle wysoko, by umożliwić niskobudżetowym podróżnikom oglądanie tego miejsca zza płotu. Cóż! Skoro do wnętrza grobowców i tak wejść nie można, to kto mnie zmusi do zapłacenia 3.000 IRR za bilet? Zwłaszcza, gdy mam 12-krotny zoom optyczny?
Dwa kilometry dalej, w Naqsh-e Rajab znajduje się ukryta między skałami płaskorzeźba przedstawiająca zwycięstwo Shaphura I nad trzema rzymskimi imperatorami Walerianem, Kordianem III i Filipem Arabskim. Zadowalamy się zdjęciami "zza płota", tu nawet Koreańczyk rezygnuje z biletu. Jedziemy na dworzec minibusów w Marvadasht, zajmujemy ostatnie dwa miejsca i ruszamy w drogę powrotną. Jestem absolutnie usatysfakcjonowany wizytą w Persepolis. Wszystko poszło jak z płatka i względnie tanio. (23.000 IRR/osobę za całą wycieczkę).

W hotelu padamy na łóżka jak nieżywi. Choć jest dopiero 18.00 - mamy dosyć. Ja uzupełniam notatki, Jarek robi pranie. Wentylator buczy przez całą noc.

Shiraz-Bushehr
sobota, 19 VIII 2006

He he, wykąpałem się w Zatoce Perskiej. Było super! Przepraszam, że relację z dnia zaczynam od jego podsumowania, ale nie mogłem się powstrzymać. Przez ostatnie dni zastanawiałem się, czy uda mi się dotrzeć do Zatoki, wszystko poszło jak po maśle.

Rano zbudził mnie wentylator o 5.00. Dobrze się stało, bo miałem wizję, że wentylator spadł, a jego metrowe łopaty równo wszystkich ścięły. Na wszelki wypadek wyłączam bestię i usiłuję uzupełniać notatki. Jarek wstaje, idzie po śniadanie. Przed ósmą opuszczamy hotel, mamy jeszcze co nieco do zwiedzenia w Shirazie.

Najpierw próbujemy dostać się do środka starego irańskiego meczetu Męczenników przy majdanie Shohada. Bez powodzenia; podobno będzie otwarty o 10.00. Po przeciwnej stronie placu położony jest wspaniały budynek z grobem szacha Cheragha, bratem samego Imama Rezy. Przed poznaniem tego świętego miejsca powstrzymuje mnie stanowcze "Are you a muslim, sir?" Udaje mi się wynegocjować tylko wejście do końca bramy. Widok drewnianych podcieni i niewielkiego budynku pośrodku dziedzińca ze znajdującym się wewnątrz zarihem (grobowcem) Sayyeda Mir Ahmada - muszą mi wystarczyć. Już, już miałem sfotografować piękną drewnianą ramę okna, gdy przylazł starszy pilnowacz i mnie wygonił. Wrrr... No trudno, do trzech razy sztuka... Może w następnym obiekcie lepiej pójdzie?
Shiraz: Khodakhune w Meczecie Piątkowym Odnajdujemy meczet Jameh-ye Atigh pochodzący pierwotnie z końca IX wieku. Ozdobą meczetu jest Khodakhune - niewielki XIV-wieczny budynek pośrodku dziedzińca, gdzie przechowywano wartościowe egzemplarze Koranu. Mało nam meczetów! Wąskimi uliczkami mediny idziemy w kierunku wschodnim ku meczetowi Nasir-al-Molk. Jacek mówi, ze nie wybrałby się sam w te okolice. Hm... pamiętam moje pierwsze spotkanie z arabskimi slumsami w Damaszku... Wtedy też przemykałem chyłkiem zastanawiając się, czy nie spotka mnie coś złego... Dziś w tych zakamarkach czuję się tu jak w domu. Tuż obok tych starych glinianych domów, uliczek pełnych ruder i trwa budowa trasy przelotowej, Trzeba powiedzieć, że w irańskich miastach dużo się buduje: i bloków i węzłów komunikacyjnych i autostrad.

Ale oto i meczet. Już z progu bramy wejściowej zachwyca swym wnętrzem: jasno oświetlony zarih aż świeci się od milionów srebrnych zielonych lusterek. Kobiety wchodzą lewym wejściem, my idziemy w drugą stronę. Oddajemy buty do przechowalni i włazimy do środka. Muzułmanie się modlą, klęczą lub trwają zastygnięci w pokłonie. Mężczyźni dotykają czołem szklanej skrzyni otaczającej grobowiec, wewnątrz półmetrowa warstwa banknotów, wśród których dostrzegam również i dwuchomeinowe (20.000 IRR). Siedzimy na dywanach wraz z innymi i chłoniemy tę atmosferę. Shiraz: zarih w meczecie Nasir-al-Molk Później Jarek powie, że to jeden z najładniejszych dla niego momentów. Ale to nie koniec. Na zewnętrznej ścianie meczetu i na wschodnim iwanie podziwiamy przepiękne kafle z motywami roślinnymi a następnie wchodzimy do niewykończonej jeszcze części rozbudowywanego meczetu. Hall ma betonową konstrukcję, a całe sklepienie będzie się skrzyło milionami refleksów od milionów lusterek. Efekt będzie porażający ;-) I znów zapuszczamy się w wąskie opustoszałe uliczki. Czasem wpadniemy na przykryte czadorem Iranki, przemknie obok chłopak na wyjącym motorze. Wymieniamy uśmiechy i pozdrowienia.

Muszę powiedzieć kilka słów o tych uśmiechach. Uśmiechają się do nas wszyscy: Iranki i Irańczycy, choć bardziej dostrzegamy uśmiechy kobiet. Ich wielkie czarne oczy, centymetrowe rzęsy są tak piękne! Myślisz sobie: dlaczego w Krakowie te dziewczyny nie cieszą się na twój widok. I dopiero później sobie zdajesz sprawę z tego, że one (i oni) uśmiechają się po prostu do każdego białasa, obcokrajowca. Te krótkie pozdrowienia "Hello, how are you?" rzucane na ulicy przez przechodniów a nawet przez przejeżdżających kierowców i motocyklistów stwarzają sympatyczną atmosferę, lecz na dłuższą metę są męczące. "I'm fine! I am from Lachestan.". Jeszcze o powitaniach: mężczyźni lubią sobie podawać rękę (również nam) lecz czynią to w sposób szczególny: ujmując tylko pół dłoni i nie wkładając w to zbyt dużo energii. O tym, że zaprzyjaźnieni mężczyźni w tych krajach (to jest krajach muzułmańskich) trzymają się czasem na ulicy za ręce - pisałem już wcześniej w relacji z Bliskiego Wschodu. Shiraz: meczet Regenta

Wracam jednak do spaceru po Shirazie. Po dotarciu do bazaru odszukujemy Serai Mushir. Nie jestem pewien, czy miejsce nam wskazane było tym właściwym, w każdym razie znaleźliśmy się na niewielkim dziedzińcu. Górne piętro ozdobione jest kafelkami, parter zajmują stragany i sklepiki. Jarek zwraca uwagę na stoisko ze starociami. Podobają mu się monety z okresu szacha, ja chętnie bym kupił małą łyżeczkę lub wisiorek z oczkiem. Według sprzedawcy, wszystkie te przedmioty są wykonane ze srebra, nawet naparstek jest ze srebra, choć mój chemiczny nos wyraźnie temu przeczy. Irańczyk upiera się, że to wszystko stare. Ha, ha, nie wątpię! I tak nie mam ochoty kupować cynowych wyrobów na wagę srebra. OK, wstępujemy teraz do meczetu Regenta (boczne wejście). Dziedziniec jest mało interesujący, w trakcie remontu, za to hall do modlitw zachwyca lasem kamiennych kolumn. Światło tak ładnie układa się na heliakalnych rowkach pokrywających trzony kolumn...

Bierzemy bety z hotelu i jedziemy okazją na dworzec Amir Kabir. Akurat odjeżdża volvo do Bushehr (11.00; 28.000 IRR), wskakujemy w biegu bez biletów. Droga jest górzysta, pejzaże z każdą chwilą coraz ładniejsze. Przypomina mi się przejazd przez Atlas, choć oczywiście w tej okolicy góry Zagros nie są tak wysokie. A jednak widok szmaragdowej rzeki wijącej się między żółtymi skałami i zielonymi oazami, pod błękitnym niebem - zawsze będzie mi sprawiać przyjemność. Góry Zagros Po trzech godzinach jazdy mamy przystanek gdzieś w górach. To nasze pierwsze zetknięcie z żarem Południa. Staję w otwartych drzwiach autobusu i... chcę wracać! Pasażerowie chronią się w sklepikach i knajpach, temperatura w cieniu z pewnością przekracza 40oC. Na straganach dopiero co zerwane nie suszone daktyle, są migdały i orzechy w łupinach, w cieniu dojrzewa mięsko. Z ulgą wracamy do autobusu. Opuszczamy góry Zagros. Ich południowe stoki mają klimat bardziej sprzyjający uprawie. Jedziemy wśród sadów migdałowych, później coraz częściej pojawiają się skupiska palm daktylowych. Jakież to przyjemne mieć ogródek z kilkoma palmami daktylowym! Może jeszcze zagajnik z granatami? Kilka figowców, dwie lub trzy cytryny... Aha, pomarańcze też muszą być! Rozmarzyłem się... W odległości 50 kilometrów od Bushehr, kończą się te miłe obrazki, zaczyna się mało przyjemna nadmorska pustynia. Jedynym urozmaiceniem są tu wielbłądy snujące się wzdłuż highway'a oraz stacja radarowa otoczona kilkoma wyrzutniami rakiet ziemia-powietrze.

W Bushehr - mała komplikacja. Nowy dworzec autobusowy znajduje się kilkanaście kilometrów od centrum. Kupujemy więc bilety na nocny autobus do Shirazu (bezpośredni autobus do Kermanu jest o 16.00 - zbyt wcześnie) i jedziemy taryfą na plażę (10.000 IRR/osoby). Plaża przy knajpie Ghavam jest mała i niezbyt czysta, ale prawdziwa - piaszczysta. W moment po opuszczeniu taksówki pokrywamy się warstwą potu, nie ma mowy o kąpieli w tym upale. Dodatkowo Jarek ma przeciwwskazania z powodu nadłamanego paznokcia - rąbnął się na dworcu w palec u nogi. Szukamy chłodu i cienia. Najpierw lokalizujemy swą pozycję w sklepiku z napojami, później okupujemy do granic przyzwoitości klimatyzowaną hamburgerownię (5.000 IRR). Ustalamy, że kolejnym dobrym miejscem do przeczekania żaru będzie internet-cafe. Z pełną obojętnością mijamy bazar i kolorowy meczet, i przez godzinę chłodzimy się przy kompach. Załatwiam pocztę i przy okazji stwierdzam (cache gogli), że młodzież irańska zna bardzo dużo słów angielskich - głównie anatomicznych ;-) Góry Zagros

W poszukiwaniu WC-tu i miejsca do przebrania się w dostojny strój pływaka trafiamy do muzeum antropologicznego. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by wskoczyć do morza. Woda w Zatoce Perskiej jest przeraźliwie gorąca. Czuję się jak w wannie. Tylko, że wtedy zwykle dolewam zimnej wody! Przykro mi, że Jarek został na brzegu - nie chce stracić nogi wskutek ewentualnego zakażenia i postępującej gangreny. Trudno, safety first! Irańczycy od czasu do czasu podchodzą do naszej karimaty, zaczynają rozmowę z Jarkiem. Ja przyjmuję aspołeczną postawę, mi wystarczy widok morza. Jestem taki happy, że się tu dostałem! Słońce już dawno zaszło, a my tak siedzimy i siedzimy na plaży. Iranki czują się o tej porze zupełnie swobodne, ochoczo zażywają kąpieli w morzu. To bardzo praktyczna kąpiel.. piorą przy okazji burki, czadory i wszystko, co mają pod spodem ;-) Około 20.00, z pomocą miłego starszego pana podjeżdżamy na postój taksówek przy ulicy Novvab-e Safavi i za przyzwoitą cenę 10.000 IRR jedziemy na terminal. Autobus jest spóźniony, godzinę do odjazdu spędzam na szwendaniu się po dworcu. O 23.30 temperatura spada do 41oC

 Kerman
niedziela, 20 VIII 2006


Budzi mnie ruch w autobusie, jesteśmy w Shiraz. Czwarta nad ranem, jak ja to lubię... Naganiacze nas atakują, wszyscy biegają, wyciągają bagaże... A ja chcę spać! Musimy teleportować się na dworzec północny (10.000 IRR). Tu, na Carandish, kupuję bilety do Kermanu po 45.000 IRR na godzinę 6.00 (choć na bilecie jest 6.30, w praktyce wyjedziemy o 7.00). Niby ta sama cena jest na tablicy, ale i tak wydaje mi się podejrzanie wysoka. Może inni przewoźnicy mają niższe ceny na volvo, jesteśmy jednak zbyt zaspani, by działać racjonalnie.
Przed nami 8 godzin jazdy. Prawdę mówiąc droga mnie rozczarowuje, widoki podobne do wcześniejszych, ciekawym akcentem jest słone jezioro. Napisałem "rozczarowuje", lecz ktoś, kto będzie oglądać zdjęcia z trasy - z pewnością zaprotestuje: "Przecież to fenomenalne krajobrazy!". No tak, tylko po pewnym czasie przychodzi znużenie i człowiek dla pobudzenia zmysłów potrzebuje jeszcze większej dawki niezwykłości.
W mijanych miejscowościach spotykamy barwnie ubrane kobiety, bez czarnych czadorów. Miasteczka są podobne do siebie, podobne zabudowania, te same sklepy z 1001 drobiazgów lub melonami i arbuzami. Te ostatnie nadają ożywczy akcent temu buremu krajobrazowi. Wszędzie widać biedę, bylejakość. Trudno mi zrozumieć, że w tak bogatym kraju, leżącym na ropie i gazie, ludziom żyje się tak ciężko. A może nie jest im tak ciężko? Gdy patrzę na te małe sklepiki z sklepikarzami nudzącymi się jak mops w oczekiwaniu na klienta, to myślę sobie, że taki sprzedawca się nie przemęcza... W drodze do Kermanu

W Kermanie jesteśmy po trzeciej, podjeżdżamy pod Guest House "Milad" (6.000 IRR/2osoby). Pokoik jest obskurny i brudny (dwójka z łazienką 80.000 IRR), ale przyzwyczajony do takiego standardu nie dostrzegam tego. Wdzięczny jestem Jarkowi, że akceptuje te warunki.
Trochę o wydatkach. Staramy się wydawać jak najmniej. Wydajemy więcej na hotele niż Małgorzata Maniecka (2.6 USD), średnio śpimy za 3.5 USD. Inna rzecz, że nie szukamy za wszelką cenę najtańszych mosaferkhunehów, bierzemy hotele "low budget" z LP. W stosunku do cen z przewodnika (2004), ceny autobusów są wyższe o 20-30%, trudno czasem znaleźć kurs mercedesem, wszędzie proponują volvo. Być może nastąpił skok cywilizacyjny i wycofano część starych wozów, być może uznają, że mercedes nie jest godzien białasa... Inna rzecz, że riale potaniały z 7500 do 9000 IRR/USD, zaś złotówka zdrożała z 4 do 3 PLN/USD, co oznacza, że bardzo zyskała w stosunku do riala: z 1800 do 3000 IRR/PLN. Przyjemnym zaskoczeniem jest duża obniżka cen wstępów do obiektów turystycznych: ze średnio 30.000 IRR do 4.000 IRR. Najwięcej przepłacamy przy taksówkach. Podsumowując dotychczasowe wydatki - utrzymujemy się na poziomie 100.000 IRR, czyli 11 USD na dzień. Kerman: bazar

Wracajmy jednak do Kermanu. Jest popołudnie, my odświeżeni, idziemy do zwiedzać miasto. Główną osią komunikacyjną Kermanu jest ulica Dr Shariati (a dalej Beheshti) biegnąca od placu Azadi, w pobliżu którego znajduje się nasz hotel, do placu Shohada, gdzie znajduje się większość zabytków. W drodze na bazar wstępujemy do cukierni, wybór ciastek jest wprost niewyobrażalny, urządzamy sobie później ucztę na skwerze przy Somiye. Nie wiedziałem, że Jarek jest takim łasuchem!
Bazar jest barwny i zatłoczony, dziś skupiamy się na stoiskach z wyrobami metalowymi, przyglądamy się pracy rzemieślników wyrabiających gigantyczne chochle, garnki, tace, kubki, uchwyty do szklanek itd. Nie odpuszczamy sobie również wizyty łaźni miejskiej w pobliżu dziedzińca Ganj Ali Khan. Urządzone wewnątrz muzeum jest w miarę interesujące a to za sprawą naturalnej wielkości figur woskowych ilustrujących łaziebne zwyczaje.
Kerman łaźnia przy GanjAli Khan Jarek kupuje tytoń fajkowy dla kolegi, ja z aparatem poluję na Iranki. Czas na meczety. Ttrochę się nam już znudziły, ale wypada je zobaczyć. Najpierw zaglądamy do Imam Mosque, tu kończą się modły, duży tłok przy bramie, nawet nie próbujemy wchodzić do środka. Ograniczamy się do chwili odpoczynku na obszernym dziedzińcu. Dalej, przeciskając się między zabudowaniami mediny, w zapadającym mroku, docieramy do bazaru. Prowadzeni przez Imama - 18-letniego Irańczyka docieramy do Jameh Mosque. Tu akurat modły trwają na dziedzińcu, siadamy z boku. Imam przeprasza nas na chwilę, idzie umyć stopy i pomodlić się. Jarek nieco się nudzi, ja dyskretnie pstrykam zdjęcia i delektuję się atmosferą miejsca. W pół godziny później nasz nowy znajomy wraca, chce nas oprowadzić po mieście. My już jednak zaliczyliśmy najważniejsze sight'y, zapraszamy go więc na herbatę.

Podjeżdżamy na plac Azadi i tu, w lepszej restauracji rozwalamy się w niszy na dywanach. Jestem tak spragniony, wypiłbym morze herbaty! Poprzestajemy na dwóch czajnikach napoju i lokalnej specjalności: kolompeh (ciasteczka nadziewane daktylami). Imam uczy się w szkole średniej, chce studiować fizykę lub astronomię, a przy okazji być przewodnikiem turystycznym. Wypytujemy go o życie w Iranie, między innymi o taniec i zawieranie małżeństw. Kerman: Meczet Piątowy Chłopak mówi, że nie ma dziewczyny, że tylko niektórzy jego koledzy mają. W odpowiednim wieku można zawrzeć "czasowe małżeństwo" wypowiadając w obecności swej kobiety odpowiednią arabską formułę. Aby uskutecznić trwałe małżeństwo i mieć możliwość płodzenia dzieci, należy uzyskać akceptację obu rodzin i w obecności urzędnika trzykrotnie potwierdzić arabską formułę zawierającą pytanie, czy jest się usatysfakcjonowanym owym wyborem żony. Co do tańców - ciężka sprawa. Publicznie się nie tańczy a już całkowicie zakazany jest taniec kobiety i mężczyzny. Prywatnie czasem tańczy się na weselach, ale raczej rzadko. Chłopak odprowadza nas do hotelu, udziela wskazówek, jak dojechać do Rayen. Sympatyczny wieczór.

Rayen-Mahan
poniedziałek, 21 VIII 2006

Dziś ma być dzień relaksowy - krótki wyjazd do Rayen i Mahan. Zrezygnowaliśmy z wyjazdu do Bam. Co prawda, ruiny zniszczonego Arg byłyby dla mnie równie atrakcyjnie, co sam Arg przed trzęsieniem ziemi, ale Jarek nie wykazywał szczególnego entuzjazmu a ja nie upierałem się. Skoro Rayen ze swoją twierdzą pretenduje do zamiennika Bamu - dlaczego by tam nie jechać?
Zbudziłem Jarka odpowiednio wcześnie by był niewyspany cały dzień ;-) i zapakowaliśmy się do "taxi" jadącej na dworzec. A teraz jedziemy starym mercedesem do Rayen (5.000 IRR). Trochę przysypiam, trochę oglądam górskie krajobrazy. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu, zatrzymujemy się pod twierdzą. Jej zewnętrzne, kilkunastometrowej wysokości, mury są ozdobione blankami, w każdym narożniku potężna wieża. Na razie jesteśmy jedynymi zwiedzającymi, nie sprzedaje się tu biletów, jako że obiekt jeszcze nie jest przystosowany do obsługi turystów.
Wchodzimy do rezydencji namiestnika, błądzimy po remontowanych pomieszczeniach. Ta rezydencja to właściwie pałac złożony z kilkudziesięciu a może i stu sal, pokoi i niewielkich dziedzińców. Schodkami wychodzimy na dach a później, nieco ryzykując upadek, wspinamy się na zewnętrzne mury pałacu. Teraz idąc wąskim, 30-centymetrowym chodnikiem dostajemy się na jedną z wież obserwacyjnych. U naszych stóp ruiny widzimy ruiny miasta okolone zewnętrznym 10-metrowym murem. Niewiele się tu zachowało - trudno nawet rozpoznać resztki domów.
Rayen Za murem, w dole, rozłożyło się współczesne Rayen. Miasto tonie w zieleni, w oddali błyszczą złote kopuły meczetów z błękitnymi minaretami. Gdzieś, między tymi świątyniami, kwitnie życie bazarowe, lecz tu, z dala od tłumów słychać tylko postukiwanie młotków robotników przygotowujących Arg do najazdu turystów. Wychodzimy z rezydencji namiestnika; spacerujemy teraz uliczkami twierdzy, odwiedzając pusty meczet, łaźnie miejską, sale małej medresy. Spotykamy tu kilka Iranek w czadorach - są znakomitym uzupełnieniem tej bajkowej scenerii. Jeszcze rzut oka na twierdzę z piętra bramy wejściowej i opuszczamy to sympatyczne miejsce.

Autobus do Kermanu czeka na komplet pasażerów (5.000 IRR) W końcu ruszamy; na pobliskim rondzie kierowca wykonuje trzy okrążenia w poszukiwaniu kolejnych pasażerów. Czas na Mahan. Przy wjeździe do miasteczka zatrzymujemy autobus i idziemy szosą do ogrodów Bagh-e Shahzade znajdujących się poza miejscowością. To około dwóch kilometrów drogi w pełnym słońcu. Początkowo żałowałem, że nie wysiedliśmy bliżej, ale z perspektywy czasu, ten krótki bądź co bądź spacer był potrzebny, by docenić urok i atmosferę ogrodów, do których zmierzaliśmy. Bo oto wokół półpustynny krajobraz, praktycznie zero roślinności. Równina otoczona jest kilkoma pasmami górskimi, nagimi, oczywiście pozbawionymi lasów czy nawet łąk. Odległość sprawia, że wszystko tonie w niebieskiej mgiełce. Mijamy interesujący cmentarz - kilkaset zniszczonych przez erozję glinianych nagrobków w formie pionowych obelisków, i ledwie żywi dochodzimy do Bagh-e Shahzade. Mam ochotę zerwać kilka brzoskwiń z gałęzi wystających poza mur, lecz Jarek jest tak oburzony tym pomysłem, że się powstrzymuję.
Jeszcze kilka kroków i jesteśmy w upragnionym raju. Środkiem ogrodu płynie strumień ujęty w kaskady, po obu stronach - ścieżki, schody, rabatki pełne kwiatów. W cieniu drzew spacerują nieliczni Irańczycy, my idziemy odpocząć na leżach obok zabytkowego budynku restauracji. Wypadałoby zamówić fajkę wodną - tak jak to robią nasi sąsiedzi, ale my niepalący! Mała przekąska i pogrążamy się w drzemce. Prawdziwy perski błogostan.
Rayen Rayen

W dwie godziny później wracamy do Mahan. Dobrze, że nie skończyły się nam tematy do rozmów, bo droga do dworca jest wyjątkowo długa. Zanim jednak dotarliśmy do autobusu, zatrzymuje się usłużny Irańczyk, jedziemy do Kermanu za 5.000 riali. W hotelu padamy na łóżka bez życia. Był to niby dzień bez długich przejazdów, a jednak dał się nam we znaki. Jarek częstuje mnie melonem kupionym w Mahan.
 Kerman-Yazd
wtorek, 22 VIII 2006


Dziś opuszczamy Kerman. Cieszę się, że tu dotarliśmy, że zobaczyłem Rayen. Czas jednak na prawdziwą perską perełkę - Yazd, miasto badgirów i zoroastrian. Podjeżdżamy taksówką na dworzec autobusowy, za chwilę mamy autobus do Yazdu. Swoją drogą, komunikacja autobusowa w Iranie jest rewelacyjna. Szybka, tania i dużo kursów; czasem wydaje mi się, że autobusy tylko czekają na nas. Przed nami 360 kilometrów drogi przez wyżynne obszary kraju. Droga jak zwykle piękna, choć brakuje mi widoku wielbłądów, przed którymi ostrzegają znaki drogowe.
Na miejscu jesteśmy w południe, podjeżdżamy taksówką pod kompleks Amir Chakhmaq. Tu w hotelu o tej samej nazwie będziemy nocować przez dwa dni. Menadżerem jest sympatyczny 25-latek, wita nas swojskim "Jak szie masz?", zdaje się lubi Polaków. Koniecznie chce nas namówić na drogą objazdówkę nazajutrz, dyplomatycznie odkładam naszą decyzję na później. Zostawiamy plecaki w pokoju (łóżka w trójce po 40.000 IRR) i idziemy oglądać miasto.

Amir Chakhmaq to wyjątkowy obiekt: trzy piętra łuków i dwa minarety stanowią zachwycającą, proporcjonalną kompozycję. To niemal wizytówka Iranu. To trzeba po prostu zobaczyć. Przyjdziemy tu jeszcze wieczorem, gdy będzie pięknie podświetlony a plac z sadzawką zapełni się odpoczywającymi Irańczykami. Idąc ulicą Imama Chomeiniego wstępujemy do dwóch interesujących meczetów, nieopisanych w LP, wartych jednakże krótkiej wizyty. W pierwszym znajduje się zielono-złoty zarih lśniący w świetle kompaktowych żarówek; w drugim - ozdobionym "cerkiewnymi" kopułami - spotykam tylko dwóch muzułmanów: jeden przepisowo klęczy, drugi wyciągnięty na wznak śpi na dywanach.
Zarih w meczecie w Yazd Zbliżamy się do Meczetu Piątkowego, gdzieś w pobliżu jest mauzoleum Bogheh-ye Seyed Roknaddin, ale my skupiamy uwagę na przepięknym stalaktytowym iwanie po wschodniej stronie meczetu. Jest naprawdę cudowny! Na dziedzińcu ledwie kilka osób, jest pora sjesty, chwilę się kręcimy i idziemy do siedzącego w cieniu staruszka w turbanie. Już wiemy, że to on ma klucze od wejścia do qanatu znajdującego się na dziedzińcu. Zanim otworzy bramę - pociera zgrabnie paluszkami o siebie (3.000 IRR). Do podziemnych kanałów prowadzą długie wilgotne schody. Kilka pięter niżej znajduje się niewielki okrągły basen, do którego wpływa woda z wąskiego kanału a następnie, tu rozdzielona - niknie w dwóch czy trzech innych ciemnych otworach. Całość wygląda interesująco i na pewno warto się tu pofatygować.

Idziemy szukać tzw. Więzienia Aleksandra (Wielkiego, ma się rozumieć). Wędrujemy na północ kierując się słońcem - łatwo się pogubić w tej plątaninie uliczek. Te zakamarki, podcienia i długie bramy-korytarze są naprawdę urocze. Tyle tu drobiazgów architektonicznych: rządek cegieł wmurowanych ponad portalem, ozdobna krata na balkonie, drewniana rama okna. Są niby tak zwyczajne - ale jakże pięknie dekorują medinę! Ponad domami sterczą badgiry - łapacze wiatru, mają różną konstrukcję i wysokość; ich widok w promieniach zachodzącego słońca jest po prostu fenomenalny! Na jednym z placyków otacza nas gromadka kilkuletnich dzieciaków. Są takie śliczne, nie uciekają na widok aparatu, wręcz przeciwnie, każde chce obejrzeć czary-mary w postaci swego wizerunku na ekranie LCD .
Yazd: meczet Za kolejną bramą ukazuje się jeden z najstarszych obiektów sakralnych w tej części Persji - Grób 12 Imamów (Tomb of 12 Imams). To niezbyt ciekawy XI-wieczny meczet, wewnątrz ciemny i pozbawiony ozdób i wyposażenia. Po sąsiedzku znajduje się Więzienie Aleksandra Wielkiego (Alexander's Prison) będące w istocie szkołą zbudowaną jakieś pięćset lat temu. Oglądamy tu dwie średnio interesujące salki wystawowe i spędzamy miłe pół godziny pijąc herbatę w kawiarni ukrytej w podziemiach pod dziedzińcem. Określenia "kawiarnia" użyłem świadomie - było to moje pierwsze i jedyne miejsce w Iranie, gdzie podawano kawę. Wydawać by się mogło, że sąsiedztwo Turcji i bliskość Etiopii sprawi, iż picie kawy będzie tu bardziej popularne - ale nie! Kawę pije się tu rzadko i jest wyjątkowo droga.
Odszukujemy teraz jeden z domów historycznych, Khan-e Lari. Jest zamknięty, ale po kilkuminutowym dobijaniu się wchodzimy do środka wraz z dwójką Irańczyków. Rezydencja jest równie zachwycająca jak tamte z Kashanu.

Wracamy. Mijamy świetnie zachowaną cysternę z czterema badgirami, zapuszczam się do qanatu - ten jest akurat wyschnięty, i docieramy do znanej juz nam ulicy Chomeiniego. W planie mieliśmy wizytę w zoroastriańskiej świątyni " Fortrees of Lions" leżącej na północnym obrzeżu miasta. Mimo późnej pory decydujemy się na odwiedzenie czcicieli ognia. Dają się we znaki niedoskonałości mapki z przewodnika - świątynia znajduje się znacznie dalej niż na planie w LP. Zapytani o drogę Irańczycy proponują podwiezienia nas motorami. Wsiadamy więc po trzy osoby na motorach, chłopcy zaczynają popisywać się swoimi możliwościami. Jedziemy już kilka kilometrów, jakieś podwórka i bramy, wygląda to dość niepewnie, ale ostatecznie lądujemy przed bramą zoroastriańskiej świątyni. Yazd: qanat
Jest już grubo po oficjalnych godzinach odwiedzin, na szczęście brama jest otwarta, mężczyźni, powinienem raczej powiedzieć - kapłani, wpuszczają nas do wnętrza. To dość nietypowe miejsce - brak jakiegoś jednego dużego pomieszczenia, to raczej szereg pokoi i wnęk połączonych korytarzami. Wstęp do nich wymaga zdjęcia obuwia i założenia małej białej czapeczki. Na stole, będącym w gruncie rzeczy ołtarzem pali się wieczny ogień a właściwie ogienek - to po prostu lampa oliwna zasilana olejem... słonecznikowym. Obok stoi niewielki portret Zaratusztry, na ścianach symbole zoroastriańskie. Poznajemy kilka takich pomieszczeń. Chyba sobie to trochę inaczej wyobrażałem, ale nastrój i niecodzienność tego miejsca sprawia, że wychodzimy absolutnie usatysfakcjonowani.
To jednak nie koniec przygód tego dnia. Wracając do hotelu wybieramy niewłaściwą drogę. Po 40-minutowym spacerze zostajemy znów "przejęci" przez dwóch motocyklistów i zaczyna się nocna jazda! Irańczycy ścigają się, wygłupiają, zajeżdżają wzajemnie drogę. Mam wrażenie, że zaraz wyląduję na asfalcie. Ale nie! Zajeżdżamy pod nasz hotel, chłopcy nie chcą kasy, dostają widokówki z Krakowa. Ja idę robić nocne zdjęcia kompleksowi Amir Chakhmaq, Jarek dzwoni do Polski. W hotelu niespodzianka - znów spotykamy Piotra i Beatę z Warszawy. Z podziwem zmieszanym ze zdumieniem patrzę na kulinarną działalność Piotra w hotelowej kuchni - przygotowuje duszone warzywa i frytki dla swej wybranki serca.

Yazd-Meybod-Chak Chak
środa, 23 VIII 2006


Dziś dzień objazdowy: mamy zamiar pokręcić się po okolicznych site'ach. Budzę się o 6.00. Sklepy i stragany jeszcze pozamykane o tej porze. Przed 7.00 wychodzę jeszcze raz na śniadaniowe zakupy, i przy "cerkiewnym" meczecie odnajduję czynną piekarnię. Dwóch piekarzy produkuje chleby z prędkością 1 chlebek na 10 sekund. Pierwszy Irańczyk zgrabnymi ruchami ugniata kęs ciasta i szybkim ruchem rzuca na okrągłą płócienna poduszkę. Ciasto się rozpłaszcza, wówczas mężczyzna odwraca poduszkę i placek ląduje na kręcącej się blasze. Ciasto trafia do gorącej części pieca, by wyłonić się po minucie z drugiej strony. Pomocnik piekarza zdejmuje wypieczone ciasto i rzuca na drewniane rusztowanie. Kupuję 4 gorące chlebki i parząc palce niosę do hotelu. Serek feta będzie znakomitym nadzieniem do naszych "naleśników". W pośpiechu jemy śniadanie, byliśmy przecież umówieni z parą warszawską na 7.15.

Startujemy do drogi. Nie udaje się nam odnaleźć lokalnego dworca z autobusami do Mehdi Abad i Kharanaq; widocznie zmienił położenie. Podjeżdżamy taksówką na główny dworzec i szukamy transportu. Irańczycy chcą 300.000 IRR za trasę Yazd - Meybod - Ardakan - Chak Chak - Yazd, my jesteśmy skłonni zapłacić 200.000 IRR. Kilku bardziej pazernych odprawiamy z kwitkiem. Pozostają ci mniej pazerni. Chętnemu Irańczykowi pokazujemy pieniądze i zapisujemy trasę z ceną na kartce. Jedziemy. Kierowca niewiele mówi po angielsku, za to jeździ bardzo szybko. Cóż jednak z szybkiej jazdy, skoro nasz driver nie zna sąsiednich miast i musimy krążyć po ulicach dopytując przechodniów o interesujące nas miejsca.
Meybod: medina W Meybod zaczynamy od położonej w centrum miasta niewielkiej cytadeli. Arg Narein to miniaturowy Bam. Jest cały ulepiony z glinianych cegieł. Dajemy sobie pół godziny na myszkowanie po zakamarkach zamku. Mury, bastiony, kurtyny, wieże... ciemne pomieszczenia... Jest naprawdę coś niezwykłego w tych glinianych budowlach, kojarzą się z budowanymi z piasku zamkami, z beztroską zabawą pozwalającą dać upust swej wyobraźni. Widok z wierzchołkowej platformy jest fenomenalny. Jak okiem sięgnąć gliniane miasto: wszędzie piaskowe domy, piaskowe mury, kopuły, gdzieniegdzie wyrasta kolorowy minaret. Pomiędzy tymi zabudowaniami, na skrytych w zieleni podwórkach tętni pewnie życie.
Upał wygania nas do taksówki. Zatrzymujemy się w Meybod jeszcze raz - przy Wieży Gołębiej. Niezbyt atrakcyjny, przysadzisty budynek, to w rzeczywistości gigantyczny gołębnik zamieszkały ongiś przez 4.000 ptaków, których jedynym zadaniem była produkcja nawozu...Wstęp mamy za darmo, wewnątrz - lekkie rozczarowanie: gołębi już nie mam pozostały tysiące półek-gniazd. Źle się wyraziłem: kilka gołębi jest - wypchane i zawieszone na stalowych nitkach zastygły w locie... W sumie - interesujące miejsce.

Wyjeżdżamy z miasta i po kwadransie jesteśmy w Ardakan. Długo, długo krążymy po mieście... Taksówkarz rozpytuje przechodniów o meczet Jameh wspomniany w przewodniku. W końcu, poprzez skromny kryty bazar docieramy do jakiegoś meczetu. Zaglądam - nic ciekawego. Coś mi tu nie gra.... Okazuje się w końcu, że to jakiś inny, podrzędny meczet. W porządku. Decydujemy się jechać dalej, do Chak Chak. Prawdę powiedziawszy, nikogo z naszej czwórki już tak nie pociągają wizyty kolejnych meczetach.
Droga skrajem pustyni Lota Do świętego miejsca zoroastrian zostało jeszcze 50 kilometrów drogi, od razu dodam - najpiękniejszej części trasy na dziś. Znikają zabudowania, maleje ruch na drodze. Podążamy przez kamienistą Wielką Pustynię Lota. Tak, tak, tego samego biblijnego Lota, którego żona zamieniła się w słup soli. Rozgrzane powietrze drży, położone wiele kilometrów dalej górskie pasma lekko falują. Piach, zagnany wiatrem pod skaliste zbocza, bieleje w ostrym słońcu niczym śnieg. Jest prześlicznie.

Po godzinie skręcamy stronę gór i zwężającą się doliną docieramy do jej ostrego zakrętu. Tu, na stromym zboczu znajduje się centrum pielgrzymkowe zoroastrian. Kilkanaście domów - może zbyt nowocześnie wyglądających, jak na święte miejsce - jest jedyną oznaką cywilizacji w tym dzikim krajobrazie. Przypomniało mi się wizyta w lamajskiej świątyni w parku narodowym Tereldż w Mongolii. Zadawałem sobie wówczas pytanie: co sprawia, że mnisi różnych wyznań lubią budować swe świątynie i klasztory tak wysoko w górach? Ale także zastanawiałem się, kiedy zobaczę na własne oczy klasztory w Tybecie. Heh, nie minął przecież rok i zobaczyłem je! Co prawda, nie w Nepalu, lecz w Xiewu i w Serxu, na skraju Wyżyny Tybetańskiej, ale zawsze to coś! A teraz stoję u podnóża góry, przed świątynią zoroastriańską - kolejnego wyznania, z którym mam styczność. I tak to właśnie realizują się pomysły i marzenia, czasem zupełnie niepostrzeżenie i niespodziewanie. Chak Chak

Kierowca wjeżdża krętą drogą na zbocze, resztę drogi pokonujemy stromymi schodami. Mijamy złotych, brodatych strażników na bramie strzegących wejścia do świątyni Pir-e-Sabz i już jesteśmy ciemnym wnętrzu. Wita nas kapłan ognia i prowadzi dalej. Moje nakrycie głowy z worka foliowego okazuje się niepotrzebne, na półkach leżą płócienne czapeczki. Mężczyzna nie zachęca nas jednak do założenia ich, jestem tym rozczarowany: brak tu wczorajszego klimatu z Fortecy Lwów. W butach, jak zwykli turyści w muzeum oglądamy święty przybytek. Pośrodku groty znajduje się stojak ze świecami, na ścianie płoną wieczne oliwne płomyki. Ze sklepienia kapie woda tworząc dużą kałużę. To właśnie od tego kapania wzięła się nazwa Chak Chak. A wszystko za sprawą Nikbanuh, perskiej księżniczki z dynastii Sasanidów, która tu się schroniła 1200 lat temu. Gdy uderzyła swą laską w skałę, trysnęła woda i uciekinierzy mogli ugasić pragnienie...
W pozostałych pomieszczeniach trochę zoroastriańskich akcesoriów, ołtarzyki ze zdjęciami Zaratusztry, symbole religijne na kafelkach, oczywiście jest i Faravahar - wizytówka tej starej religii. Na półkach nieco książek. Zostawiam resztę grupy wewnątrz, ustalają wysokość datku, ja chcę jeszcze trochę pomyszkować po innych budynkach. Większość pomieszczeń jest otwarta, lecz pusta i zaniedbana. To raczej miejsca noclegowe dla pielgrzymów, kuchnia, piekarnia ze zniszczonym piecem, resztki sanitariatów. Na ścianach dostrzegam trochę wykutych napisów i reliefów. Podsumowując - Chak Chak nie jest miejscem powalającym na kolana, tym nie mniej zdecydowanie warto je odwiedzić. Z pewnością ciekawsza byłaby wizyta tu podczas corocznych pielgrzymek odbywających się w połowie czerwca. Chak Chak

Wracamy. Godzina drogi do Yazdu mija szybko. Dobrze, że taksówka ma klimatyzację a drogi są wygodne. Ustalamy z kierowcą, że za dodatkowe 20.000 IRR zawiezie nas do Wież Milczenia na przedmieściach Yazdu. To ciekawe miejsce jest obowiązkowym punktem turystycznych programów. Kierowca zgadza się, lecz na miejscu domaga się dodatkowych pieniędzy. Dajemy mu wybór: 10.000 IRR i do widzenia, lub 20.000 IRR i czekaj aż zwiedzimy Wieże. Irańczyk zaciska zęby i smaży się w taksówce. My wdrapujemy się na bliższe ze wzgórz, na którym wznosi się przysadzista budowla. Właściwie nie jest to wieża, lecz kilkumetrowy kolisty mur o średnicy 15 metrów. Pośrodku niewielkie zagłębienie, w którym setki lat temu składano ciała zmarłych. Beata kładzie się w zagłębieniu i zamiera w oczekiwaniu na sępy. Kilkaset metrów od miejsca, w którym się znajdujemy widoczna jest druga Wieża Milczenia, nieco niższa i lepiej zachowana. Nie czujemy potrzeby wdrapywania się tam. Wracamy do centrum miasta.

Mamy niedosyt kontaktów z Zaratusztrą, idziemy do najważniejszej zoroastriańskiej świątyni - Ateshkadeh. Jest dopiero 14.00, bezskutecznie dobijamy się do bramy. Wrócimy tu później. Piotrek rzuca pomysł, by zjeść obiad w kompleksie Amir Chakhmaq. Zamawiamy szaszłyk z pieczonymi pomidorami i chlebem. Potem Piotrek znów nas prowadzi swymi skrótami pod Ateshkadeh. Świątynia i jej parkowe otoczenie z niewielką sadzawką i kwiatami sprawia sympatyczne wrażenie. Wewnątrz płonie ogień, a jakże! I to ogień najprawdziwszy, podsycany modrzewiowymi bierwionami. Niestety, ognisko umieszczone jest za szybą o przedziwnych własnościach odbijania światła. Nasze wysiłki, by uzyskać zadowalające zdjęcie nie przynoszą pełnego sukcesu: nie pomagają ani filtry polaryzacyjne ani różne tryby fotografowania. Obok wiecznego ognia kilka obrazów przedstawiających Zaratusztrę i tablice informacyjne. To wszystko. Czuję się rozczarowany, tak jakbym wszedł do przedsionka kościoła. Na szczęście sam budynek ze stawem i kwiatami sprawia przyjemne wrażenie, i choćby dlatego warto tu przyjść.
Pozostaje jeszcze długi spacer pod hotel. Dziś się rozdzielamy: ja jadę do Mashhadu, Jarek do Teheranu, para warszawska pozostaje w Yaździe.

 Mashhad
czwartek, 24 VIII 2006

To z pewnością będzie najbardziej niezwykły dzień w Iranie. Dzień pełen niezapomnianych przeżyć... Po nie właśnie wybrałem się w długą i męczącą podróż do Mashhadu. Przewodnik LP straszył szesnastoma godzinami w drodze do świętego miasta szyitów, na szczęście od czasu wydania przewodnika poprawiła się jakość dróg i autobusów. Na miejscu byłem po 12.5 godzinach. Noc upłynęła na krótkich drzemkach. Za sąsiadów miałem małżeństwo francusko-irańskie. Ali mówił dobrze po angielsku, kobieta wyglądała na przestraszoną. Jechali tylko do Tabas, płacąc połowę ceny do Mashhadu. Pokombinowali z kierowcą mówiąc, że chcą jechać "bufet" czyli na tylnej kanapie. Z Francji pojechali do Uzbekistanu a dalej lądem przez Afganistan ("Kabul is OK, but Kandahar is not safe for you") do Iranu. Gdy Ali zawieruszył się na jakimś przystanku po drodze, Francuzka o mało co nie spanikowała. Gdzieś koło drugiej w nocy, po 6 godzinach dojechaliśmy do Tabas, zapamiętałem jedynie ładne, biało-zielone kolumny na jakimś placu. Tu pożegnałem się z tą dziwną parą.
Niewiele mogę powiedzieć o przemierzanej tej nocy Wielkiej Pustyni Lota - największej pustyni w Iranie. Olbrzymia pusta przestrzeń, nierówny, pofałdowany i kamienisty teren. Trochę żal, że nie przeznaczyłem jednego dnia na pobyt w jakiejś oazie, nie chciałem jednak zostawiać Jarka samego na dłużej.
Mashhad Poranek w najświętszym irańskim mieście rozpoczynam od zakupu biletu do Teheranu. 85.000 riali, szok po prostu! Obchodzę wszystkie biura, cena jest jednakowa. Ja wiem, że to tylko 9 USD za 900-kilometrową trasę, że cena 35.000 IRR podana w LP dotyczy transportu mercedesem, że jest sprzed 2 lat... Nie byłem jednak psychicznie przygotowany na taką kwotę. Trudno. Wybieram autobus o 18.00, zostawiam plecak w przechowalni bagażu i podjeżdżam miejskim autobusem pod Astan-e Qods-e Razavi, miejsce spoczynku Imama Rezy, ósmego imama po Proroku.

Tłum na ulicy jest zdecydowanie większy niż w Teheranie, ilość sklepów z pamiątkami, butików z ciuchami, knajpek i automatów z lodami pokazuje skalę tego centrum pielgrzymkowo-turystycznego. Do kompleksu można wejść jedną z czterech głównych bram, strażnicy sprawdzają wchodzących ustawionych w oddzielnych kolejkach dla kobiet i mężczyzn. Widzę, że będę musiał zostawić plecak na zewnątrz, nie ma też szans na wniesienie tak dużego aparatu. Na razie postanawiam obejść wokół kompleksu, pofotografować, co się da. A jest na co popatrzeć chociaż zabudowania z przylegającymi dziedzińcami są częściowo przesłonięte rzędem parterowych budynków. Znajdują się tu przechowalnie bagażu, biura informacyjne dla pielgrzymów, biura rzeczy i ludzi zagubionych, biura dla weteranów wojennych i inwalidów, pomieszczenia dla strażników... i kto wie co jeszcze! W przejściach, w bramach widoczne są otwarte na miasto dziedzińce z pięknie ozdobionymi iwanami i podcieniami; nad nimi górują liczne złote minarety i kopuły meczetów, a wśród nich największa, 40-metrowa zielona kopuła meczetu Azim-e Gohar Shad. Tam się muszę dostać!
Mashhad Tymczasem zaglądam do niewielkiego meczetu Kosa, dostępnego bez sprawdzania wchodzących. Wewnątrz dużo kobiet, dzieci, mam wrażenie, że to wyspecjalizowana kaplica... Siadam w zacienionym miejscu i przyglądam się dzieciom dyskutującym o swych ważnych sprawach. Ku mojemu zdziwieniu, prawie nikt nie zwraca na mnie uwagi, Irańczycy są widać zaaferowani pobytem w tym miejscu.
W wędrówce wokół kompleksu, a trwa ona ponad godzinę, docieram do części dopiero co wznoszonej. Betonowe ściany są pokrywane kolorowymi kafelkami, układane są granitowe płyty na dziedzińcu. Rusztowania i dźwigi dominujące nad meczetem przypominają mi "wiecznie niedokończoną" Sagradę Familię w Barcelonie.

Po okrążeniu kompleksu, zostawiam w przechowalni bagażu plecaczek z aparatem i przewodnikiem (błąd! Trzeba było wziąć skserowany fragment!). Strażnik delikatnie mnie obmacuje, wchodzę na pierwszy dziedzinie. Mam w końcu możliwość przyjrzenia się z bliska kolorowym wzorom na ścianach budynków, jednakże podniecenie spowodowane obecnością w tym świętym dla szyitów miejscu powoduje, że dość chaotycznie kręcę się po dziedzińcu. A wokół mnóstwo pielgrzymów, część w tradycyjnych galabijach lub chałatach, większość jednak w koszulach w kratkę i dżinsach. Irańczycy spacerują, rozmawiają, piją schłodzoną wodę. Przed wejściem do meczetu i pośrodku dziedzińca, przy mniej ważnym grobowcu gromadzą się tłumy. Aż czarno od czadorów!
Mashhad Dziedzińce połączone są korytarzami przechodzącymi przez boczne budynki, można też przejść przez meczet (a dokładniej: jeden z kilku meczetów) na wewnętrzny dziedziniec. Na początek próbuję systematycznie obejrzeć zewnętrzne dziedzińce. To jednak tylko teoria. Po zaliczeniu sąsiedniego dziedzińca daję się wciągnąć do wnętrza meczetu wypełnionego do ostatniego miejsca ludźmi. Irańczycy siedzą lub klęczą na dywanach, niektórzy się modlą, inni czytają Koran lub inne teksty. Powoli posuwam się do przodu wraz z innymi mężczyznami ściskającymi mnie z prawej i lewej strony. We wnętrzu trwa cały czas ruch - węże ludzkie przesuwają się w różnych kierunkach, mijają w drzwiach, krzyżują w salach. Uwięziony miedzy pielgrzymami, przechodzę z sali do sali. Idę z pochyloną głową, wzorem innych Irańczyków rękę przyciskam do piersi, staram się nie wyróżniać z tłumu. Każdy portal i drzwi są przepięknie rzeźbione, pielgrzymi gładzą dłonią lub całują każdą bramę. I ja dotykam każdej futryny... Co chwilę podnoszę głowę i pożeram wzrokiem te wspaniałości wokół: ściany pokryte lusterkami, gigantyczne żyrandole oświetlające setkami żarówek wnętrze meczetu. Wszędzie pełno złoceń i srebrzeń...

Nie wiem gdzie jestem i dokąd idę. Tłum jest tak gęsty, że nie ma wolnego centymetra dywanu by usiąść. Musimy uważać, by nie potrącić siedzących, niestety, czasem zdarza się mi przydeptać kogoś lub nastąpić na mały rzeźbiony kamyk położony na dywanie przed modlącym się muzułmaninem. Wszyscy chcą się dostać do kolejnego pomieszczenia. Pośrodku jasno oświetlonej sali, ponad skłębionym tłumem góruje błyszczący od złota grobowiec. Dobrze wiem, co tam jest, dreszczyk emocji narasta... Od grobu Imama Rezy dzieli mnie 10 metrów.
Strażnicy usiłują nadać tym dążeniom jakiś porządek skłaniając pielgrzymów do okrężnego ruchu wokół grobowca, emocje jednak biorą górę, nikt nie chce stąd wyjść nie dotknąwszy złotych elementów grobowca. Atmosferę podgrzewają mułłowie, którzy wykrzykują różne cytaty z Koranu, zaś tłum zgodnym głosem odpowiada. Jestem już może trzy metry od Imama Rezy. Mężczyźni wyciągają ręce w kierunku krat, unoszą ponad głowami niemowlęta. Im też przecież trzeba zapewnić powodzenie w życiu. Pod nogami widzę ściśnięte, przerażone i płaczące dzieci, tłum napiera na mnie z tyłu, ci, którzy już dotknęli grobowca chcą się wydostać na zewnątrz. Czuję się jak w tokijskim metrze o 17.00. Tu już nie mam mowy o delikatności i nabożnym skupieniu. Trwa walka na łokcie. Rzeźbione kraty są już prawie na wyciągnięcie ręki, napieram całym ciałem na mężczyzn z przodu, jeszcze jeden mały krok i jest! Przez ułamek sekundy dotykam grobu Imama Rezy i... zostaję odepchnięty przez kolejnych pielgrzymów. Mashhad

Podekscytowany sytuacją wychodzę światło dzienne. Nie mogę uwierzyć, że wszystko poszło tak gładko, że nikt mnie nie zatrzymywał, nie sprawdzał... Mogę teraz spokojniej poprzyglądać się muzułmanom. Widzę zamieszanie w pobliżu bramy, wpada grupa młodych mężczyzn niosących trumnę przykrytą całunem. Kilka kobiet w czadorach podąża za nimi. Przystają na środku dziedzińca, kładą trumnę na ziemi, brodaty mułła w okularach staje przed trumną i wygłasza krótkie przemówienie. Do grupki najbliższych przyłączają się przypadkowi przechodnie, 20-30 osób żegna zmarłego. Mułła recytuje teraz wersy Koranu trzymanego w ręku, grupa od czasu do czasu odpowiada chórem "Allach akbar". Modły trwają około 20 minut, mężczyźni podnoszą trumnę i niosą szybkim krokiem do bramy prowadzącej na sąsiedni dziedziniec. Widzę więcej takich grup modlących się nad ciałem zmarłych, wnoszone są kolejne trumny na dziedziniec...
Teraz krótki spacer po bibliotece oraz szkole wyższej. Klimatyzowane sale i komputery. Oraz wydzielona sala przeznaczona na... modlitwę, oczywiście! Mimo, iż ta część kompleksu jest względnie nowoczesna, nie brakuje tu ślicznych kolorowych kafelków na zewnętrznych ścianach, zadbano również o stylowe drewniane ramy okien i drzwi. Na dziedzińcu spotykam kilku 25-letnich chłopaków fotografujących meczet przemyconą w nogawce spodni komórką. Robimy sobie wspólne zdjęcie, wymieniamy mejlami. Ciekawe, czy przyślą mi fotki?

Upał jest nie do zniesienia, piję schłodzoną wodę i znów znikam we wnętrzu meczetu. Znajduję się teraz w najstarszej części meczetu, prawie pustej. Idąc przeszklonym korytarzem widzę odpoczywających na dywanach nielicznych muzułmanów. Korytarz prowadzi mnie przez kilka sal do znanej mi już części - znalazłem się na zapleczu grobowca Imama Rezy. Mijam rozentuzjazmowany tłum, i wraz z innymi mężczyznami wykrzykującymi święte wersety idę do "sali żyrandolowej". Znów głaskanie i całowanie drzwi. Czuję zmęczenie, zawracam i dosiadam się do równego rzędu mężczyzn. Zamykam oczy i chłonę atmosferę meczetu. Muszę powiedzieć, że te momenty spędzane w świątyni należą do najprzyjemniejszych w czasie moich wyjazdów, bez względu na to, czy się znajduję w prawosławnej cerkwi, meczecie czy buddyjskim kościele lub lamajskiej świątyni. Czuję po prostu spokój i radość płynącą z przebywania w świętym miejscu.
Mashhad Przechodzący Irańczycy co chwilę mnie nadeptują i potrącają, kończę więc relaks i dyskretnie rozglądam się po sali. Oto ojciec rozmawiający z synem: czy mówi mu o Bogu i Mahomecie, czy też rozmawiają o bardziej przyziemnych sprawach? Obok mułła z otwartym Koranem, naprzeciw kilku młodych Irańczyków, słuchają go uważnie. Nauczyciel pokazuje im jakieś fragmenty w księdze, sięga do innych tekstów w książkach rozłożonych na dywanie. Mężczyźni obok mnie modlą się i biją pokłony, każdy we własnym tempie i rytmie; mam wrażenie, że w ogóle nie mają kontaktu z otoczeniem, są pogrążeni w dwuosobowym świecie.

Wstaję. Na zewnątrz słońce dalej praży, lecz ja wciąż nie mam dość wędrówek po sanktuarium Rezy. Odczuwam tylko skutki braku przewodnika - poruszam się po omacku, natrafiając na znane mi już sale i dziedzińce. Teraz dostałem się na wewnętrzny dziedziniec, całkowicie wypełniony wiernymi. Wraz z innymi Irańczykami przesuwam się ostrożnie między dwoma rzędami siedzących muzułmanów; gdy dochodzimy do końca dziedzińca, strażnik zagradza nam drogę, tłumaczy, że przejścia tu nie ma. Właśnie zaczynają się modły, imam wzywa wszystkich do powstania. W kącie, w którym się znajduję jest ciasno, lecz nie mogę się stąd wydostać. Widok pięciu tysięcy muzułmanów klękających i powstających w tym samym momencie jest niesamowity. Po kilku cyklach pokłonów zaczynam przedzierać się do wyjścia.
Mashhad Na sąsiednim otwartym do miasta dziedzińcu atmosfera jest bardziej piknikowa. W podcieniach siedzą grupy młodzieży, rozmawiają i śmieją się, inni śpiewają razem pieśni. To jakieś pielgrzymki z odległych zakątków Iranu. Skąd ja znam te widoki ? ;-) Podnoszę z dywanu zapomniany rzeźbiony kamyk. Będzie mi przypominał niesamowitą atmosferę Mashhadu. Kręcę się jeszcze przez pół godziny, w końcu z żalem wychodzę. To jednak niezwykłe miejsce. "I niech się schowają inne meczety w Iranie!" - myślę sobie oglądając się za siebie w bramie. Odbieram plecak z przechowalni bagażu i siadam jeszcze na chwilę w bramie. Żal mi po prostu opuszczać to miejsce!

Czas na bardziej przyziemne sprawy - wymianę pieniędzy i jakieś jedzonko. Uświadomiłem sobie wcześniej, że jutro jest piątek i banki w Teheranie będą zamknięte. Obchodzę więc kilka miejsc wskazanych w LP, lecz cóż - albo są zamknięte (przerwa) albo wymieniają walutę do południa. Ostatecznie kupuję riale w kantorze przy Shahid Behonar St. (100 USD = 917.000 IRR, no commision). Bez przyjemności zjadam w knajpie sandwicza i idę do muzeum Szacha Nadira. Przed budynkiem zdobyczne XVI-wieczne portugalskie działo oraz konny pomnik szacha Nadera, wojowniczego XVIII-wiecznego władcy Persji. Kolekcja broni, rzeźb i obrazów zgromadzona w dwóch salach nie jest oszałamiająca, muzeum oferuje jednak schłodzoną wodę i kibelek ;-)
W drodze powrotnej na dworzec zahaczam o skromny meczet Gonad-e Sabz i internet. O 18.00 opuszczam Mashhad, miasto tak niezwykłe jak Marrakesz w Maroku i Kaszgar w Chinach. Czeka mnie teraz prawie 1000-kilometrowa nocna podróż do stolicy.

Teheran-(Reyneh)-Chalus
piątek, 25 VIII 2006

W Teheranie autobus zajeżdża na południowy dworzec a nie na wschodni, jak podaje Lonely Planet. Mam bliżej do hotelu, ale nie mogę sprawdzić godzin odjazdów w kierunku Amol. W "Mashhadzie" po staremu. Jarek akurat bierze prysznic, streszczam mu wydarzenia ostatniego dnia a następnie również idę pod prysznic (5.000 IRR). Jarek ma dobrą wiadomość dla mnie - odnalazł w pokoju zgubioną przeze mnie kartę do aparatu. Jemy śniadanie i jedziemy metrem na przystanek Hussein Sq. Pech! Stacja jest w remoncie, pociąg zatrzymuje się dopiero na następnym przystanku. Irańczyk prowadzi nas na Majdan Hussejna, razem jedziemy trolejbusem na terminal wschodni. Autobus do Amol już czeka, gotowy do odjazdu, zajmujemy ostatnie dwa miejsca. Przez pierwszą godzinę męczymy się ze śmierdzącymi skarpetkami jakiegoś Irańczyka.
Wyjazd do Amol miał tylko jeden ważny powód. Otóż, spośród różnych dróg prowadzących nad Morze Kaspijskie, tylko z tej można zobaczyć Demawend - najwyższą górę Iranu, uwiecznioną także na 1-chomeinowym banknocie (10.000 IRR). To mój kolejny kaprys: jeśli nie będę wchodził na tę piękną górę, niech choć ujrzę to, co straciłem! Przełom rzeki w górach Elburs

Do gór Elburs (zwanych z angielska Alborz) z Teheranu niedaleko. Ale zanim się opuści stolicę - trzeba przez dobrą godzinę przeciskać się przez zatłoczone ulice. W przewodniku i relacjach w sieci zachęca się czytelników do wycieczki do północnych, wyżej położonych dzielnic by obejrzeć panoramę Teheranu. Mi wystarczył widok, który ujrzałem dziś rano wjeżdżając do miasta. Widok wspaniały, zapierający dech w piersi: ciągnące się aż po horyzont morze domów z wystającymi tu i ówdzie, wieżowcami, minaretami i wieżą telewizyjną. A wszystko to w otoczeniu skalistych gór. Musiał mieć Jarek piękny obraz podczas nocnego podchodzenia samolotu do lądowania.
Jedziemy i jedziemy przez góry, lecz żaden szczyt nie wygląda na Demawend. Niebo jest zachmurzone i zaczynam się obawiać, że powtórzy się sytuacja Gogha Shan(?) - świętej dla Tybetańczyków góry koło Kangdingu. Ale w końcu jesteśmy w Reyneh, irańskim Zakopanem. Jest i Demavend (5671 m npm) - wyraźnie górujący nad innymi szczytami. Na stokach góry, w żlebach wieczny śnieg, nie widać jednak - choć sobie tak wyobrażałem - czapy lodowej na szczycie. Cóż, autobus jedynie przemyka przez miejscowość, ta krótka znajomość z górą musi mi wystarczyć. Widoki zresztą w dalszym ciągu są atrakcyjne. Jedziemy szeroką, wijącą się rzeczną doliną. Czasem wjeżdżamy do tunelu lub pod osłonę chroniącą samochody przed spadającymi głazami.
Od pewnego momentu następuje stopniowa zmiana w wyglądzie gór: to już nie nagie, surowe skały, osty i trawa, tu już rośnie las, prawdziwy, taki jak w Polsce: z jodłami, bukami, topolami... Morze Kaspijskie To zasługa dużo bardziej wilgotnego klimatu na północnych stokach Elbursu i łagodzący wpływ Morza Kaspijskiego znajdującego się ledwie kilka, kilkadziesiąt kilometrów na północ. Łatwo się zorientować, że okolica stanowi cel weekendowych wycieczek teherańczyków: na poboczach, nad rzeką, w lesie, wszędzie stoją samochody. Irańczycy piknikują w cieniu drzew. Przy drodze ustawione są stoiska z pysznymi pomarańczami i arbuzami...

I najpiękniejsze góry się kiedyś kończą... Jesteśmy na przedmieściach Amol. Autobus skręca do innej miejscowości, my wysiadamy i szukamy transportu na wybrzeże. Otaczają nas taksówkarze, krzyczą, że nie ma minibusów. Skwar pozbawia nas siły przebicia. Poddajemy się i za 25.000 IRR jedziemy do Mahmud Abad - pierwszej miejscowości nad morzem. Dalej idzie już łatwiej: wsiadamy do odjeżdżającego busa do Chalus i już jedziemy drogą wzdłuż wybrzeża kaspijskiego. Ładnie tu. Z jednej strony spowite mgłą góry, z drugiej - prześwitujące między bungalowami morze. Ta strona drogi budzi moje większe zainteresowanie. Może by tak wysiąść z autobusu gdzieś tutaj? Poszukać noclegu w domku z kwitnącymi agawami i altankami, rozłożyć się w cieniu cyprysów lub araukarii? Plaże są tu ponoć kamieniste, choć widzę i podmokły brzeg porośnięty szuwarami.
Dojeżdżamy do Chalus, uczynny Irańczyk pomaga nam znaleźć hotel "Tavakuli". Dość odpychający, nie wart nawet swej ceny 25.000 IRR/łóżko. Brak prysznica i mało przystępny hotelarz nie zachęcają do tego miejsca. Idziemy coś zjeść, krzywię się na miejscowe ceny, Jarek ze stoickim spokojem to znosi. Wieczorem idziemy na plażę, jest to jednak dość daleko (ponad 3 km) i zapadające ciemności (20.30) zmuszają nas do odwrotu.

Chalus-Rasht
sobota, 26 VIII 2006

Dziś od rana próbujemy odrobić wczorajsze zaległości: wymienić pieniądze dla Jarka oraz popływać w morzu. Zaczynamy od zdobycia żarcia na śniadanie: pomidory (3.000 IRR/kg), ogórki (5.000 IRR/kg), cebula (2.500 IRR/kg) - na bazarze duży wybór owoców i warzyw, są również bezużyteczne dla nas ryby: surowe, suszone i takie dziwaczne - pokryte czerwoną panierką. Jest tu mięsko smętnie zwisające na hakach, worki pełne obciętych kurzych łapek, a nawet krewetki. Takich gigantycznych krewetek zdaje się poszukiwał Jarek, ale ostatnio o nich nie wspomina. W olbrzymich kadziach leżą marynowane oliwki, obok marynowany czosnek i inne marynowane frykasy. Dużo tu smakowitych rzeczy i zapewne Piotrek z Warszawy przyrządziłby wyśmienitą ucztę. Nasze zdolności kulinarne, a może tylko potrzeby dietetyczne są jednak umiarkowane. Sandwicz lub chleb z pomidorami i serem równie dobrze mogą zaspokoić głód.
By jednak zdobyć choć trochę chleba muszę odczekać w kolejce 25 minut. Irańczycy biorą po kilkanaście placków chlebowych, piekarze ledwo nadążają z wyrabianiem i pieczeniem ciasta. Tu technologia tworzenia placka jest inna niż ta, którą poznałem w Yazdzie. Po uformowaniu "bułeczki", ciasto jest przepuszczane przez zmotoryzowaną wyżymaczkę a następnie piekarz z pomocnikiem rozciągają ciasto niczym prześcieradło tworząc prostokąt i wrzucają do pieca. Gorące chlebki Irańczyk oskrobuje nożem z przyczepionych kamyków i rzuca klientowi na wykładzinę. Rasht: wieczorny handel

Po śniadaniu obchodzimy kilka banków w pobliżu - chcemy wymienić pieniądze. Odsyłają nas do Noshahr, sąsiedniej miejscowości. Merci. Żegnamy się z mało uprzejmym hotelarzem (wczoraj, poproszony o trochę gorącej wody, skierował mnie na bazar) i idziemy na plażę. Jest ze dwa kilometry dalej. Taksówkarze chcą 10.000 IRR - śmiejemy się i proponujemy zasłyszaną miejscową cenę: 3.000 IRR. Ostatecznie jedziemy za 4.000 IRR. Musze powiedzieć, że serdecznie mam dość tego użerania się z taksówkarzami. Przy powrocie zapłacimy 1.500 IRR i kierowca nie będzie chce więcej!
Plaża jest kamienista i zanieczyszczona. Cóż, to jednak centrum miasta, lepszym pomysłem byłoby zatrzymanie się gdzieś przy szosie biegnącej wzdłuż morza. Nie ma to jednak dużego znaczenia - nie zamierzamy się opalać a Jarek w ogóle nie ma ochoty na kąpiel. Ja dwukrotnie wchodzę do wody, jest ciepła, choć nie tak, jak w Zatoce Perskiej. Jej czystość też pozostawia wiele do życzenia. Trochę rozmawiamy oglądając nielicznych kąpiących się Irańczyków. Morze jest wyjątkowo spokojne. W oddali płynie kilka kontenerowców i tankowców, gdzieś za horyzontem leży Azerbejdżan i Turkmenistan... O 10.15 kończymy plażowanie. Jestem usatysfakcjonowany - to moje 18. morze w życiu.

Temperatura i wilgotne powietrze dają się już we znaki, wracamy po plecaki do hotelu. "Okazją" podjeżdżamy na terminal, Irańczyk mówi, że minibusów do Rasht nie ma, i poleca taksówki. Kłamie, ale upał odebrał nam zdolność racjonalnego myślenia i decydujemy się na savaris za 40.000 IRR od osoby (chciał po 50.000 IRR przy 4 pasażerach). Nasz wiekowy kierowca rozpędza samochód do 110km/h, mimo to podróż jest męcząca i się dłuży. Do centrum Rashtu podjeżdżamy kolejną okazją (2x2.000 IRR) i bierzemy dwójkę w hotelu "Golestan" (75.000 IRR, umywalka w pokoju).
Rasht od razu wydaje mi się sympatycznym miastem. Mimo, że jest nieco oddalony od morza, że nie ma tu ważnych miejsc do zwiedzania (uff! powiedziałby Jarek), czuję się tu dobrze. Może to za sprawą sympatycznego hotelarza lub znośnego pokoju? Może to zasługa uroczych Iranek i miłych Irańczyków tak często uśmiechających się i nas pozdrawiających?
Ciasteczka z Fuman Banki znowu nieczynne, wychodzi na to, że w Melli Bank można wymienić pieniądze dopiero jutro od 6.00-13.00 (w innym od 10.00). Narzuca się wniosek: wymieniać tam, gdzie się da i nie czekać do ostatniej chwili. W okolicach placu Enqelab znajduje się 5 kafejek internetowych, jestem zadowolony bo dostałem w końcu mejla z domu. Humor mi się od razu poprawia. Staram się nie myśleć o tym, co mnie czeka w Krakowie.

Na ulicy przyczepia się Irańczyk, "nauczyciel języków obcych". Chce nam wszystko powiedzieć i pokazać a nawet pomóc w wymianie pieniędzy. Wkrótce wyjaśni się, że nawet znajomości w banku nie sprawią, iż ktoś specjalnie otworzy dla nas okienko z wymianą walut. Odwiedzamy razem bazar (mnóstwo owoców!), facet cały czas do nas gada. Ostatecznie dolary wymieniamy w kantorze obok naszego hotelu.
Jarek proponuje lepsze jedzonko w knajpie. Przy sąsiednich stolikach randkujące irańskie pary, siedzą w bezpiecznej odległości naprzeciw siebie. Wcinają pizzę lub sałatki, my bierzemy kebab. Skropiona cytrynką jagnięcina jest pyszna, miękka i bez jednej chrząstki, do tego frytki, pieczone pomidory i pepsi cola - całość za 25.000 IRR
W kilku księgarniach oglądam albumy o Iranie, cena 12-20 USD zniechęca mnie mimo pięknej zawartości. Włóczymy się jeszcze po ulicach, wracamy po zmroku, zmęczeni. Przyznaję, że subtropikalny klimat wybrzeża kaspijskiego daje się we znaki. Liczyłem, że będzie tu chłodniej a powietrze bardziej rześkie. Akurat! Parno jest i gorąco! Chwilę wytchnienia mamy tylko w klimatyzowanych pomieszczeniach.
Do Jarka przyczepia się kolejny Irańczyk, niby chce nas zaprosić do domu, ostatecznie ze względu na późną porę (i tajemniczy telefon do żony) ograniczamy się do sympatycznej rozmowy w hotelowym hallu, w której uczestniczy również przyjaciel Irańczyka. Na zakończenie dostajemy od nich gifty w postaci... długopisów. No cóż, poczułem się jak Negr obdarowany przez białasa sznurem koralików. Zrewanżowałem się widokówkami z Krakowa, Jarek dał drobne pieniądze z orzełkiem na rewersie.
W nocy wentylator obdarzony metrowymi skrzydłami szaleje, o trzeciej Jarek go ucisza.

Masuleh
niedziela, 27 VIII 2006


Jarek idzie po śniadanie i doświadcza "dyskryminacji" w piekarni. Jako detalista musi odstać 25 minut w jednej z trzech kolejek: dla kobiet, dla mężczyzn i dla hurtowników. Przy śniadaniu niemal jednocześnie uświadamiamy sobie, że mamy w zapasie jeden dzień w Iranie. Ja optuję za Ardabil, zamkiem Babak a następnie Tabrizem. Jarek jest już zmęczony, ale z drugiej strony nie ma ochoty na dwa dni w okropnym Teheranie. A w Raszt ciężko byłoby wytrzymać jeszcze dwa dni. Po burzy mózgów postanawiamy dzisiejszy dzień przeznaczyć na wycieczkę do Masuleh zaś nazajutrz - rozdzielić się. Szczerze mówiąc mam średnią ochotę jeździć sam po Iranie, z Jarkiem dobrze mi się spędza czas. Ale do Teheranu już nie wrócę!
A zatem czas na Masuleh - tysiącletnią wioskę położoną na stokach górskich. To stosunkowo częsty cel trampingowców i miejscowych turystów, nie wypada go opuścić. Spodziewam się tam odpowiednika syryjskiej Maalouli, która mnie kiedyś tak zachwyciła. Jak będzie - zobaczymy. Podjeżdżamy miejskim autobusem do terminalu Yakhsazi i pakujemy się do minibusu do Fuman (1.500 IRR). Poznany Irańczyk prowadzi na szybkim krokiem przez całe miasteczko na jego północny kraniec. Ledwo mam czas zarejestrować w pamięci obecność na stoiskach miejscowej specjalności - klucheh fuman ciasteczek z nadzieniem orzechowym i ze wzorkiem. Na terminalu wskakujemy do kolejnego minibusu do Masuleh (2.500 IRR). Okolica robi się bardziej górzysta, na tarasach pola ryżowe, jest już po żniwach, na ściernisku zostały tylko krótkie miotełki. Nieco dalej - plantacje herbaty: przyjemnie jest popatrzeć na równe rządki krzewów herbacianych i powspominać zeszłoroczną wyprawę do Chin. Masuleh

Wjeżdżamy w coraz węższą dolinę, wśród pasażerów przeważają teraz miejscowi chłopi i babiny. Mężczyźni uśmiechają się do nas szeroko ukazując pozbawione połowy uzębienia szczęki... Ale oto i Masuleh - znacznie mniejszy niż Maaloula, ale rzeczywiście ładnie położony. Pomalowane w większości na żółto domy, murowane i drewniane poprzyczepiały się do stoku, piętrzą się aż prawie pod grań zbocza. Dachy ich domów są jednocześnie podwórkami domostw położonych wyżej. Między tymi domami skrył się niewielki meczet - z dwoma zielonymi minaretami. Nieliczni dziś wycieczkowicze rozłażą się po miejscowości, my idziemy do kilkumetrowego wodospadu - innej lokalnej atrakcji. Nic nadzwyczajnego, ale widok na wioskę z tego miejsca jest wspaniały. Ale jeszcze wspanialsze są góry wokół - wznoszą się na 2.500 metrów, wysoko ponad dolinę. Czuję się jak w Prioni, przed atakiem na Mitikas. Cóż - tym razem z wycieczki w góry muszę zrezygnować - mam tylko sandały.
Jarek jak zwykle przyciąga do siebie Irańczyków, rozmawiają intensywnie, ja mam czas na robienie zdjęć. Jesteśmy teraz w handlowej części Masuleh - uliczki są pełne sklepików z pamiątkami. Chętnie bym coś wybrał, na razie tylko testuję ceny. Jarek upatrzył sobie okrągłą haftowaną czapeczkę dla siostrzenicy, ja - łańcuszek ze złotymi monetami.
Masuleh "Jesteście Polakami?" - dobiega do nas zawołanie z tyłu. Piotrek z Warszawy podróżuje po Iranie solo, ale za to z namiotem, palmtopem, laptopem, bankiem 6GB pamięci na zdjęcia, i bajerancką komórką, na której kolekcjonuje irańskie wideoklipy. Przyjemnie spędzamy czas rozmawiając na schodach czyjegoś domu. Później spacerujemy po uroczych uliczkach wypatrując interesujących elementów architektonicznych. Wszędzie ornamentowane drewniane okna, stare bramy z męskimi i żeńskimi kołatkami, balkoniki podtrzymywane rzeźbionymi dźwigarami... A wszystko ubarwione kwiatami na parapetach i w mini-ogródkach.

Piotrek namawia nas na dizi - irańską potrawę: gotowaną baraninę z fasolą. Zaleca wzięcie jednej porcji na dwóch. Ha ha! Może dla niego to za dużo, ale nie dla takich chłopów jak my! Dizi jest podawane tradycyjnie w glinianych garnuszkach. Irańczyk pokazuje nam, jak prawidłowo spożyć tę potrawę. Odlewa wywar z garnka do miseczki i wrzuca do niej kawałki chleba, który pęcznieje i tworzy papkę. Pozostałość w garnuszku - baraninę i fasolę (a w naszym przypadku - ciecierzycy) oraz ziemniaki należy ubić i utrzeć przy pomocy tłuczka. Kelner na szczęście odchodzi i nie muszę robić tych paciar - jem po swojemu. Do posiłku (17.000 IRR) biorę jogurt (mało a drogi, 5.000 IRR). W sumie - smaczne danie.
Dizi Pozostaje jeszcze zakup pamiątek. Narażam cierpliwość Jarka na szwank usiłując przekonać sprzedawców do moich cen. Tym razem się nie udaje zbić ceny, kupuję dla Sergiusza róg z dzwoneczkiem i koralikami. Jarek bierze czapeczkę. Do Fuman docieramy szybko minibusem, potem usiłujemy się dostać do terminalu autobusów do Raszt w miejscu, w którym wysiedliśmy.

Irańczycy wciąż pokazuję nam ten sam kierunek, lecz podają coraz dłuższe czasy dojścia do terminalu. Rozwściecza mnie przechodzący mężczyzna, który słysząc nasze pytania stwierdza "No minibus (to Rasht)". Skąd takie zachowania w nich? Czyżby brat-taksówkarz? Gdy kolejny Irańczyk mówi nam, że do terminalu jest 5 kilometrów, poddajemy się i bierzemy taksówkę. Po stu metrach mijamy dwa stojące przy krawężniku minibusy gotowe do odjazdu. Proszę kierowcę o zatrzymanie się, później wielokrotnie wołam "stop", drę się na niego, w końcu się zatrzymuje. Biegnę do busów, lecz te odjeżdżają do Rasztu, co potwierdza chłopak stojący na chodniku. Z pianą na ustach wracam do taksówki. Jedziemy na podmiejski terminal i już bez problemów wsiadamy do minibusu.
W drodze do hotelu po raz kolejny doświadczamy promiennych uśmiechów ślicznych Iranek. Uśmiechamy się i my. O tym, że jednak nie można przesadzać przekonał się Jarek, gdy po kilkukrotnym pomachaniu do studentek w autobusie dostał ostrzeżenie od towarzyszącego im Irańczyka, że go zastrzeli.
W hotelu naprawiam dziurkę w rozdartych spodniach - trochę przeszkadzała Jarkowi. Dostajemy wrzątek i raczymy się kawą i kupionymi w Fuman ciasteczkami z pysznym nadzieniem.

Ardabil-Ahar-Kaleybar
poniedziałek, 28 VIII 2006

Dziś dzień pożegnalny. Jarek jedzie do Teheranu, ja do Ardabil. Pakujemy się, śniadanie nieco się przeciąga, o 9.30 jesteśmy na głównym dworcu. Jarek kupuje swój bilet, ze mną jest kłopot, hotelarz z "Golestanu" wprowadził mnie w błąd. Stąd nie można jechać do Ardabil. OK. Na razie się żegnamy. Muszę powiedzieć, że dobrze jeździło mi się z Jarkiem. To zgodny, bezkonfliktowy i uczynny człowiek.
No dobrze, czas na ciąg dalszy Iranu. Taksówkarze chcą ode mnie 10.000 IRR za przejazd na terminal Valiasr, kolejny kierowca wykazuje przebłysk uczynności i na obwodnicy zatrzymuje dla mnie autobus jadący do Ardabil. Przede mną 4 godziny jazdy. Przynajmniej teoretycznie. Autobus to słaby khorgo, jedziemy przez Fuman i dopiero po godzinie zjeżdżamy w stronę nadmorskiej szosy i kierujemy się w stronę Astany. Nawet i tu mimo bliskości Morza Kaspijskiego jest parno i gorąco. Skórę pokrytą mam potem, ubranie klei się do ciała. Podobno w Ardabil jest dobra pogoda, twierdzi poznany Irańczyk. Daje mi wizytówkę ojca: "Kury i Jajka". OK, na pewno skorzystam. Chłopak jest miły, ale rozmowa jest utrudniona przez brak słów angielskich.
Mój sympatyczny wspólpasażer W autobusie doświadczam zabawnej pomyłki. W pewnym momencie jeszcze na przystanku wszedł 30-latek i nawiedzonym głosem zaczął o czymś opowiadać. Ja pogrążyłem się w uzupełnianiu notatek i nie zwracałem uwagi na niego. Gdy w chwilę później zbierał datki na coś ( może na chore dziecko, może na Hezbollach) ja odruchowo dałem mu 10.000 IRR sądząc, że płacę za przejazd. Otrzeźwiły mnie dopiero zdumione spojrzenia współpasażerów i głośne komentarze. Był to jednak uczciwy datkobiorca, gdyż wydał mi z 10.000 IRR wszystko, co uzbierał w autobusie, czyli 4.000 IRR
. Na postoju znajomy Irańczyk zwraca mi uwagę, bym nie pozostawiał bez opieki plecaczka. "Turcja jest blisko" - mówi. Hm... czyżby stereotyp Turka-złodzieja? Hm... Chłopak wybiera się za rok do Mekki, miesiąc temu był w Stambule. Irańczycy ponoć nie potrzebują wizy a paszporty mają w domu. Ciekawe, czy 20-letnia Iranka też tak może podróżować do zdemoralizowanej Turcji?

Droga z Astany do Ardabil jest przepiękna, podróżnik przyzwyczajony do nagich, skalistych gór w Iranie może być zaskoczony bujnością przyrody. Piękne, zielone lasy gęsto porastające krętą dolinę przypominają Bieszczady. Na trawiastych grzbietach dostrzegam dwie twierdze - zwane tu kalakh. Za grzbietem - mówi Irańczyk - już Azerbejdżan. Ta cudna kraina znana jest z produkcji miodu. Co kilkaset metrów sprzedawcy rozłożyli swe stoiska ze złocistym płynem. Po drugiej stronie przełęczy, gdy wyjeżdżamy z tunelu - całkowite zaskoczenie: krajobraz ulega zmianie, znów wyschnięte łąki, mało upraw.
Na głównym dworcu w Ardabil mała komplikacja: brak autobusu do Ahar, trzeba jechać na terminal Watahi. Z "moim" Irańczykiem wsiadamy do samochodu znajomego (a może i nieznajomego, kto ich tam wie?) i zasuwamy na dworzec obwodnicą. Tu czeka już autobus do Meshgin Shahr. I w tym autobusie wzbudzam zainteresowanie. Dziadek w filcowym kapeluszu dużo ze mną rozmawia. Na wszystkie jego kwestie wypowiadane po ormiańsku odpowiadam uśmiechem i skinieniem głowy. Angielskojęzyczna czadorówna daje mi z własnej inicjatywy swego mejla - cóż robić, przepisuję go do dzienniczka. Robi się późno, dochodzi 17.00 a do Meshgin Shahr jeszcze 30 kilometrów. Czy zdążę dziś dojechać do Kaleybar? Zrezygnowałem ze zwiedzania Ardabil: oglądnięcie mauzoleum i kilku mostów wymagałoby pozostania na noc w tym mieście. Oczywiście, nigdzie się nie spieszę, czas mnie nie goni, po prostu chciałbym nocować poza miastem. Meczet w Meshgin Shahr

W Meshgin Shahr wsiadam z panienkami do taksówki, przejeżdżamy przez całe miasto na postój savaris do Aharu, płacą za kurs, nie chcą ode mnie pieniędzy. "You are my guest". Sprawdziły cenę transportu do Aharu - 10.000 IRR. Ładnie się żegnają.
Zobaczymy, jak będzie. Jadąc w savaris z trójką innych mężczyzn przyglądam się potężnej górze. To Mt. Sabalan - 4811 m npm. Mgła spowija wierzchołek, lecz oto wiatr odsuwa na chwilę chmury i widzę wieczny śnieg pokrywający szczyt.. Zachodzące słońce na moment zabarwia mgiełkę pięknym tęczowym łukiem... Również i ta jednogodzinna podróż jest zachwycająca. Pędzimy z prędkością 120km/h po szerokiej jezdni, ścinamy zakręty. Mijamy gliniane wioski położone na wzgórzach niczym marokańskie kasby. A góry... mmmmm paluszki lizać...
Wpadamy na wąskie uliczki Agaru, kierowca przekazuje mnie innemu, jadącemu do Kaleybar. Irańczyk wraca z rodziną do domu. Zachodzi słońce, chmury tworzą różnokolorowe pióropusze, niebo mieni się krwistymi barwami, by w końcu ściemnieć. Nad górami pojawia się księżyc. A my wciąż jedziemy bez zapalonych świateł, czasem tylko błysk światła wyławia z mroku chłopca na osiołku lub chłopa spędzającego owce do zagrody. W kolejnej, nieckowatej dolinie rozłożyła się wioska. Jej migające światełka przywodzą na myśl dogasające ognisko... Jest tu tak niezwykle, patrzę na te obrazy przesuwające się przed przednią szybą, prawie nie słyszę silnika, czuję tę wielką pustkę wokół i ciszę. Irańczycy rozmawiają głównie ze sobą, przysłuchuję się tej dziwnej mowie. Troszkę przysypiam. Cieszę się, że długa droga dobiega dziś końca, że za chwilę będę na miejscu. Jest tak sympatycznie, tak przyjemnie.

Do czasu! Pod hotelem "Aras" Irańczyk żąda 20.000 IRR z pewnością dwukrotnie podbijając cenę. Nie kłócę się (wszak nie umówiłem się wcześniej), lecz niesmak pozostaje. Kolejny cios dotyka mnie w hotelu - jest nieczynny, trwa malowanie. Nie mogę się doczekać z ekipą remontową. Chłopak dzwoni niby do hotelu "Babak", później ja rozmawiam z anglojęzycznym Irańczykiem. Twierdzi, że hotel jest 10 minut spacerkiem ceny są podobne jak w "Arasie". Na miejscu okazuje się, że chodziło mu o dość drogi hotel "Kaleybar". Złoszczę się, ale zmęczenie nie pozwala mi wybuchnąć. Jestem po prostu rozczarowany tym naciąganiem i dezinformacją. Płacę 50.000 IRR (dwójka). By ukoić nerwy idę po pepsi i siadam na pół godziny w kafejce internetowej.
Zobaczymy, jak będzie.
Dolina Kaleybar; w głębi skała z Zamkiem Babak Jestem już teraz w hotelu, skończyły się już dzisiejsze stresy, jutro pewnie będą nowe ;-) Wściekłość na Irańczyków miesza mi się z sympatią do nich. Z jednej strony chcę tu jeszcze zostać kilka dni, z drugiej - mam już dość tego kraju. Po prostu zmęczony jestem.

Babak Castle-Tabriz
wtorek, 29 VIII 2006

Budzę się przed szóstą. W hotelu nie ma wody, do umycia się zużywam butelkowaną wodę wstawioną do pokoju. Złoszczę się... Mój plan na dzisiaj wygląda następująco: dostać się pod zamek Babak, wspiąć się do twierdzy, szybko wrócić do Kaleybar i pojechać dalej do Tabrizu. Na jutro kupię bilet do Stambułu. Wynoszę się z tego kraju.
Na razie budzę hotelarza i zostawiam mu bety. Miasteczko jest na wpół uśpione, słońce dopiero co wyłoniło się zza gór. Sześciokilometrowa droga do zamku biegnie skalistymi zboczami ponad doliną. Po półgodzinnym marszu dostrzegam na odległej samotnej skale ruiny twierdzy. Widok jest fantastyczny! Czeka mnie jednak jeszcze sporo wysiłku. Ruch na drodze jest zerowy, dopiero na kilometr przed końcem asfaltu trafia mi się 4WD. Kolejny rzut oka na Babak: jest bliżej, ale i... wyżej! Przypomina mi się widok Mitikasu z Prionii. OK, czas ruszyć w górę. O 7.20 mijam dwa punkty gastronomiczne i ścieżką wzdłuż strumyka mozolnie się wspinam. Szlak jest nieoznakowany, czasem ginie na skałach lub w lesie. Podążam więc od śmiecia do śmiecia, od PET-a do PET-a. Woda w strumyku jest niesmaczna i zamulona. Po godzinie wychodzę ponad granicę lasów. Jest ślicznie. Wokół postrzępione granie, gdzieniegdzie krzaki i kłująca roślinność. Brzęczą osy i muchy, wysoko po niebie krążą jastrzębie lub sokoły. Ponad mną, na pionowej z tej strony skale, wznosi się Babak. Jest taki nieosiągalny, niczym bajkowy zamek na szklanej górze. Wspinam się teraz ostro pod górę, prawie bez ścieżki. I w końcu ukazują się przyczepione do skały schody. Tak, dosłownie przyczepione! Wykute kamienne stopnie prowadzą zygzakiem na szczyt trawersując nachylone pod kątem 70 stopni zbocze. Zamek Babak Pokonuję mur skalny przegradzający żleb (wygodniejsza droga poszła prawą (orogr.) stroną doliny i wciskam się do niewielkiego wilgotnego pomieszczenia pod zboczem. Przyroda utworzyła tu naturalną fortyfikację praktycznie nie do pokonania: oto szczelina o szerokości może 50 centymetrów, przez którą przeprowadzono schody. Z trudem przeciskam się przez to ucho igielne. Stopnie prowadzą wciąż w górę, przechodzę przez kilka kamiennych umocnień. Ciekawe, czy komuś udało się w walce zdobyć ten zamek? W pół godziny później jestem na szczycie.

Resztki zamku porozrzucane są dużej przestrzeni. Trudno jednak powiedzieć, co jest oryginalną pozostałością a co zostało odtworzone: trwają tu intensywne prace konserwatorsko-budowlane ;-) Zwiedzam opustoszałe pomieszczenia, kilka piwnic i sal. W końcu staję na szczytowej platformie i rozkoszuję się widokiem. Jest dobrze. Słoneczko grzeje, fotografuję zachwycającą górską panoramę. Chciałoby się pochodzić po tych szczytach. Kilometr dalej bezgłośnie spada ze skały niewielki wodospad. Kępa bujniejszej soczystej zieleni w tym miejscu miło kontrastuje z żółto-brązowymi skałami. Turystów o tej porze praktycznie nie ma, ledwie kilku robotników stuka młotkami. Irańczyk sprowadza jucznego osiołka po schodach. Zwierzę ostrożnie stąpa po wilgotnych wyślizganych kamieniach, czasem przeraźliwie zaryczy skarżąc się na swój los. Ile razy dziennie musi pokonywać tę trasę?
Góry pod Tabrizem Odpocząłem. Droga powrotna zajmuje mi 1.5 godziny, muszę uważać na swoje ślizgające się po ziemi sandały. Udaje mi się uniknąć męki pieszego powrotu po asfalcie - chłopak na motorze proponuje mi podwiezienie do Kaleybar. Co za jazda! Przepłukany w strumieniu podkoszulek natychmiast wysycha na wietrze. W hotelu nadal brak wody, złoszczę się coraz bardziej. Wyżywam się na hotelarzu - mój najdroższy hotel w Iranie i nie mogę się umyć, bez przesady!

Do Agaru jadę w savaris. Kosztuje 10.000 IRR za 60 kilometrów przy czterech pasażerach. Jasne jest dla mnie, że wczorajszy sympatyczny kierowca mnie oskubał. Nie lubię irańskich kierowców - to naciąganie zagranicznych gości jest po prostu wstrętne, i przynajmniej dla mnie stawia pod znakiem zapytania ogólnie miły stosunek Irańczyków do turystów. W Aharze zostaję "porwany" przez kolejnego kierowcę. Swoją pomyłkę odkrywam dopiero na obrzeżach miasta, gdy taksówkarz poleca mi zapiąć pasy. Jestem w savaris jadącej do Tarbizu! A przecież przy przesiadce wołałem "terminal Tabriz"... OK, zamiast autobusem, pojadę savaris; 15.000 IRR, do wytrzymania.
Na 50. kilometrze przed Tabrizem zmienia się krajobraz. Po północnej stronie drogi wyrastają początkowo niewysokie wzniesienia, później całkiem wysokie górki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego w tym górzystym kraju, gdyby nie to, że przybierają one żółto-wiśniowe barwy układające się w warstwy ciągnące się kilometrami. Wygląda to wręcz bajkowo, poprawia mi się humor i w dobrym nastroju zajeżdżam do celu. Tabriz: Błękitny Meczet

Tabriz to milionowe miasto. By się dostać do centrum podjeżdżam miejskim autobusem (płacę 250 IRR kierowcy - budka z biletami była zamknięta). W drodze do hotelu eskortuje mnie młody Irańczyk. Dobrze, że pytałem o drogę przechodniów, bo nie wiem, czy trafilibyśmy z moim domorosłym oprowadzaczem do hotelu. W "Mashhadzie" dziwne zwyczaje. Najpierw hotelarz nie chce mi dać kluczy do dormitorium, wychodząc z pokoju mam zostawiać rzeczy na recepcji. No bez przesady, mam zostawiać otwarty pokój, gdy idę sikać?! Po interwencji dostaję inny pokój - już z kluczem. Prysznic płatny jest przy każdorazowym użyciu - 5.000 IRR. Niezły patent na zarabianie w tym klimacie, prawda? Nie podoba mi się tu!
Na ulicy Chomeiniego odwiedzam biura sprzedające bilety do Stambulu. Niestety, dwa z nich mają przerwę obiadową (jest 16.00), w trzecim panienka podaje cenę 300.000 IRR za bilet. Kręcę się po okolicy oglądam albumy w księgarniach - są przeraźliwie drogie 20-60 USD. Kupuję natomiast płyty z muzyką ludową.

O 18.00 atakuję ponownie biura. Jest fatalnie: nie mam biletów na jutro, cena zafiksowana. Popadam w zadumę, próbuję zbilansować pro i contra dalszego pobytu w Iranie. Decyduję się na wyjazd jeszcze dziś w nocy. Czas na szybkie zwiedzanie i ekspresowe zakupy. Nieco okrężną drogą docieram pod piętnastowieczny Błękitny Meczet (Kabud) Rzecz jasna, nawet nie może się równać z stambulskim odpowiednikiem. Meczet w Tabrizie to przysadzista murowana budowla. Budynek jest zniszczony, choć restaurowany; odpadające kafelki na wejściowym portalu i w środku mają rzeczywiście niebieskie barwy, przeważa odcień granatowy. Wnętrze wybitnie turystyczne, bez dywanów, ściągania butów i... za darmo. W sumie - meczet odpowiedni raczej na powitanie niż na pożegnanie z Iranem.
Tabriz: Błękitny Meczet Otoczenie meczetu jest sympatyczne. Tebrizańczycy licznie gromadzą się na ławkach i trawnikach, chłopcy kopią piłkę. Siadam i ja na ławce i przez chwilę przyglądam się mieszkańcom. Zauważam, że mężczyźni chodzą tu w zabawnych sandałach z podwiniętymi ku górze noskami. Noszą również podkoszulki pod koszulą, rzecz godna podziwu w tym klimacie.

W Muzeum Azerbejdżańskim położonym tuż obok meczetu również tłok, choć powód zupełnie inny - dziś wstęp jest darmowy. A przecież muzea i tak są tu tanie! Przeważają zbiory archeologiczne: gliniane, metalowe i ceramiczne znaleziska z okolicznych wykopalisk. Trochę nowoczesnej porcelany, zbiory numizmatyczne i ciekawa wystawa rzeźb Ahada Hosseiniego, współczesnego artysty.
Trochę mi żal, że nie wszystko zobaczyłem w tym mieście, choćby opisywanych z życzliwością ogrodów. Pozostał mi jeszcze bazar i ostatnie zakupy. Sprzedawcy właściwie kończą już handlowanie, jest przecież 21.00. Kupuję nieco przypraw, między innymi owe drobne, czerwone suszone jagody dodawane do ryżu w Kashanie. Zabawna jest moja rozmowa ze sprzedawcą na temat użycia poszczególnych specjałów. Skrzętnie zapisuje na woreczkach, co do czego służy. Na innym stoisku dziadek kończy handlowanie na dzisiaj, właśnie chowa ładnie zapakowane plastry miodu. Nie wiem, czy to dobry pomysł wieźć miód 4.000 kilometrów do Polski, ale chcę by Sergiusz miał przyjemność.
Teraz szybko do hotelu, ostatnie mycie i kawa przed wyjazdem. O 22.20 wraz z dwójką innych Irańczyków podjeżdżamy spod biura samochodem na umówiony parking. Autobus jadący z Teheranu jest pełny, zaczyna się 32-godzinny etap podróży, jeden z ostatnich.

 (Bazargan)-(Erzurum)
środa, 30 VIII 2006

O trzeciej jesteśmy na granicy. Mijam kłębiących się Irańczyków, przykładam swój paszport do szyby urzędnika, ten natychmiast zapomina o stojących w kolejce tubylcach, stempel ciach! i po minucie odprawa skończona. Niestety, do 5.00 muszę czekać, aż nasz autobus wypełni się resztą pasażerów. Po stronie tureckiej to raczej ze mną są kłopoty. Chłopak w kantorku sprzedającym wizy chce mi dać wizę za 15 USD, a ja chcę inną, jednokrotną za 10 USD. Kłócimy się przez godzinę, chłopak sprowadza swego ojca, którego właściwie zastępuje w pracy. Tłumaczę wszystko od początku. Facet pokazuje mi tabelkę a ja mu wizę kupioną trzy tygodnie wcześniej na przejściu bułgarskim. Wrrr!... Powinienem był kupić wtedy wizę wielokrotną, za 15 USD, tak byłoby najtaniej. Ustępuję, przecież autobus czeka. Trudno. Na pocieszenie mam widok majestatycznego Araratu wyłaniający się o świcie z nocnej mgły.

Irańczyk, który siedzi obok mnie jest właściwie Azerem. Podkreśla inność swej kultury; Azerowie stanowią wcale znaczną mniejszość narodową - jest ich tu 25%. Mówi, że jego nacja jest gnębiona przez Persów, nie mogą używać w szkole swego języka, nie mają swej telewizji, zasięg gazet jest ograniczony. Jedzie teraz do Ankary, gdzie od pewnego czasu studiuje marketing i reklamę. Jestem zbyt zmęczony, by podtrzymywać dziś dialog. Mahdi zasypia, ja tylko drzemię.
Środkowa Turcja Kurdystan. Piękny, biedny kraj. Kopce suszącego się przy domach nawozu, skaliste bezdrzewne góry i posterunki wojskowe. Te ostatnie na szczęście nieliczne.
Podczas południowego postoju spotykam... tak, oczywiście: Beatę i Piotrka! Mają za sobą dodatkowe 10 godzin jazdy z Teheranu. Z Tabas pojechali nad Morze Kaspijskie, byli w Masuleh. Będę ich spotykał na prawie wszystkich postojach. Beata jest już bez chusty i coraz bardziej się obnaża.
Żałuję, że nie mam mapy Turcji. Nazwy mijanych miejscowości niewiele mi mówią, a drogowskazów podających odległość od Ankary lub Stambułu - jak na złość nie ma. Cóż mogę powiedzieć o kolejnych godzinach? Nuda. Przypominam sobie o zmianie czasu i przestawiam natomiast zegarek o pół godziny do tyłu. Wieczór zapada, a Ankary jak nie ma tak nie ma. Widocznie źle zrozumiałem mojego Azera.

 Stambuł
czwartek, 31 VIII 2006

O trzeciej w nocy przystajemy na jakichś autostradowych rozjazdach w ankarskiej metropolii. Żegnam się z Mahdim. Jeszcze 200 kilometrów drogi. Wytrzymam. Stambuł wita nas deszczem. Tuż za mostem na Bosforze skromniutka tablica "Welcome to Europe". Ano, witaj Europo. Trochę się za tobą stęskniłem.
Wysiadam przed biurem na Laleli. Jest 7.00. Mój plan na dziś jest taki: odszukać biura Toros i Mures mieszczące się w Akserai w okolicach otogaru Emniye (boczna uliczka tuż za wiaduktem), kupić bilet do Suczawy i pochodzić po bazarach w oczekiwaniu na popołudniowy autobus. Zanim otworzą biura, dokonuję ablucji za 0.5 YTL w miejscowym WC-cie. Swoją drogą - wyjątkowo drogie są te toalety w Turcji - 1.2 zł. Cena biletu do Suchawy 50 USD, nie udaje mi się jej obniżyć w żadnym z dwu biur, decyduję się na Toros: dają herbatę, jadą 2 godziny wcześniej (jak się później okaże para warszawska zbiła cenę do 90 USD/2 osoby).

No dobrze, pieniądze wydane, mam pięć godzin na spacer i zakupy. Niestety pogoda nie jest zbyt zachęcająca, ciężkie chmury i drobny deszcz. Zimno a ja w krótkim rękawie. Zaczynam od internetu z ceną dla Turków: 1 YTL/h. Żadnych wiadomości z domu. Czy tak ciężko napisać kilka ciepłych słów? Jest mi znów przykro.
Istambuł: Meczet Nowy Chcę sobie obejrzeć pałac Topkapi, z zewnątrz. Niewiele pamiętam z poprzedniego pobytu. Tramwaju wybieram jednak zły kierunek i wysiadam na przystanku o nazwie Topkapi. Hm. Pałacu tu nie ma, nigdy nie było (jest przy Sultanahmet), oglądam natomiast mury miejskie. Jak się okazuje - całkiem długie. Jadę na Złoty Róg. Jakże pięknie wygląda Bosfor z sunącymi po wodzie statkami i azjatycka część miasta na drugim brzegu! Zwiedzam pobliski Nowy Meczet z wystrojem podobnym do Błękitnego Meczetu. Ależ ja się cieszę, że mój aparat pozwala na fotografowanie tak ciemnych wnętrz! Na schodach świątyni mnóstwo gołębi niczym na Placu świętego Marka w Wenecji.

Zapuszczam się teraz na Bazar Egipski. Ileż tu słodkości i przypraw! Powstrzymuję się przed zakupami, zjadam tylko sandwicza z rybą (3 YTL, przepłacone). Bocznymi uliczkami, również wypełnionymi sklepikami, idę na Wielki Bazar. Mimo, że tyle tych bazarów widziałem, wciąż mam przyjemność z włóczenia się wśród takiej masy towarów i ludzi.
Pod Uniwersytetem trafiam znów do jakiegoś meczetu. Początkowo są pustki, imam siedzi przed stolikiem, śpiewa wersy z Koranu. Śpiew przyciąga wiernych, dopiero po chwili sobie uzmysławiam, że trwa nagranie filmowe. Po godzinie śpiewy się kończą, facet z kamerą znika, zaczynają się zwykłe modlitwy. Słychać nagrany głos, wzmocniony akustyką budynku jest po prostu piękny. Słyszę słowa "Allach Akbar" i trzy rzędy mężczyzn klękają jednocześnie. Odgłos uderzenia kolanami o drewnianą podłogę przykrytą dywanami brzmi jak tupnięcie nogą batalionu wojska na komendę "spocznij!" Jestem pod silnym wrażeniem. Z mrocznego pomieszczenia wydostaję się na zewnątrz: tu świat handlu, turystów i nachalnego marketingu. Istambuł: Bazar Egipski

Dwa kroki dalej Aksarai i biuro Toros. Ładuję się do tyłu autobusu - nie chcę siedzieć obok przydzielonego mi kaszalota. Po kilkunastu kilometrach drogi w chmurze dymu poddaję się: trafiłem do kącika palaczy. Przesiadam się na "moje" miejsce. Rumuński kaszalot opycha się słonecznikiem i dźga mnie łokciem! Mongoła w autobusie do Moron mogłem w podobnej sytuacji kopać i odpychać łokciami, ale tu niby... kobieta. No i Europa...
Pędzimy autokarem do bułgarskiej granicy. Wskazówka prędkościomierza dawno zatrzymała się na końcu skali: 125km/h. Ta trasa - pełna wiaduktów - zachęca do dodawania gazu. Cóż nam jednak po tych prędkościach, skoro na granicy gigantyczne kolejki. Rozmawiam z parą studencką, Michałem i Anią. Uciekinierzy z Turcji. Podobno była seria zamachów w Stambule. Do tego podwójna zemsta faraona. Hm. Chyba są mało odporni... Ale mili!
Na granicy stoimy już półtorej godziny. Bułgarzy chcą od nas... tranzytowe wizy bułgarskiej. Po chwili sytuacja się wyjaśnia, panienka z Torosu przeprasza za zamieszanie. Zdarza się. Odprawa po stronie bułgarskiej zostaje przyspieszona podaniem 50-dolarowej łapówki,

Ha, ha! Już miałem zamknąć dzień, ale po kolejnym postoju zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Pilotka przedstawiła wszystkim Maricę - moją sąsiadkę, złożyła jej życzenia. Kaszalot wstał i przy rytmach manele - rumuńskiej muzyki folkowej - zaczął tańczyć. Wyglądało to dość.... hm... niezwykle. Wszyscy zaczęli klaskać i skandować "Marica, Marica!". Nie wiem, czy to były jej urodziny, czy 30-lecie jej pracy przemytniczej. Dostała doniczkę ze skrzydłokwiatem.

 (Bukareszt)-Suczawa-Czerniowce
piątek, 4 VIII 2006

Za Bukaresztem autobus pustoszeje. Można się wyciągnąć na dwóch fotelach. Droga mija szybko, w kilku kolejnych miastach handlarze wypakowują swoje walizy i torby. W Suczawie jesteśmy 11.00. Rezygnujemy z ukraińskiego autobusu kursowego jadącego do Czerniowców: kosztuje 21 lei a odjeżdża dopiero o 13.00. A nam się spieszy. Prowadzę Michała i Ankę na parking z busami. Cena po negocjacjach spada do 6 USD/osoby. Dość długo trwa kompletowanie pasażerów, pasażerów końcu ruszamy o 12.30.
Na granicy zaczynają się problemy: dziecko jadące z rumuńskim małżeństwem nie ma odpowiednich dokumentów. Matka negocjuje z rumuńskimi pogranicznikami, bez rezultatu. A my psioczymy na sytuację coraz bardziej. Ostatecznie Rumuni wysiadają z busa, a my jedziemy dalej. Ale tylko 100 metrów! Na granicy ukraińskiej "kompiutery nie rabotajut". Tym razem złość udziela się i kierowcy. Klnie po rumuńsku i ukraińsku, ja staram się wyłowić znane mi słówka ;-) Po godzinie Ukraińcy dochodzą do wniosku, że obejdzie się bez komputera i wbijają nam stemple.

W pół godziny później witają nas Czerniowce. Na dworcu autobusowym stwierdzamy z przykrością, że ostatni autobus do Lwowa odjechał o 13.00, cały pośpiech był niepotrzebny. Busów nie ma i nie będzie... Ania znów się źle poczuła, częstuję ją diklakiem. Transferujemy się na dworzec kolejowy. Michał funduje taksówkę, ukraiński kierowca objaśnia nam trasę pokazując co ciekawsze obiekty.
Czerniowce: cerkiew Pociąg jest o 20.30 (ten sam, na który nie zdążyłem 3 lata temu, gdy wracałem z Rumunii). Młodzi chcą mieć trochę luksusu na koniec, ulegam więc namowom i kupujemy bilet na wagon kupe (36 UAH). Chciałem się zmieścić w kwocie 100 USD przy powrocie z Iranu, dziś widzę, że nieznacznie przekroczę narzucony sobie limit o kilka złotych, trudno. Najbliższe dwie godziny spędzę na spacerze po centrum. Już krótki kurs taksówką pokazał, że Czerniowce to sympatyczne miasto. Strome uliczki zabudowane XIX-wiecznymi kamienicami nadają mu charakterystyczny wygląd. Trolejbusy i stare auta suną z hurgotem po kocich łbach.
Spaceruję więc po starówce - bez przewodnika, wyszukując wzrokiem cerkwi i kościołów. Dużo ulic i domów jest odnowionych, mimo, że jest sobotnie popołudnie trwają prace remontowe. Za kilka lat Czerniowce odzyskają swój dawny blask. Ale dziś najbardziej kolorowym elementem miejskiego pejzażu są dziewczęta ukraińskie. Pierwszy września to tu nadal początek roku szkolnego. Wszystkie uczennice paradują w bordowych mundurkach, w białych podkolanówkach i w gigantycznych białych kokardach. Miły obrazek. Odwiedzam kościół katolicki, kilka cerkwi. Zaspokajam głód małą pizzą w oryginalnej młodzieżowej knajpce. Czerniowce: rozpoczęcie roku szkolnego

Pociąg do Lwowa wzbudza grozę. Przeżył już swoją śmierć techniczną a mimo to jedzie! Co prawda powoli, na pokonanie 300 kilometrów mamy 11 godzin. Pracownicy kolei ukraińskich wiedzą, większej prędkości byśmy nie przeżyli. Nasza radość z powodu oczekiwanej intymności została ucięta przez dokwaterowanie Ukraińca taszczącego 3-litrową butlę "spirta". Gdy poddałem w wątpliwość moc trunku, Alosza pociągnął łyk, zacharczał, przepił wodą i mnie poczęstował. Cóż, nie był to ani spirytus Anit o paliwo rakietowe, lecz zwykła dość słaba wódka. Poniewczasie zreflektowałem się, że mogłem napić się metanolu, uważnie więc zacząłem obserwować zmierzchający świat. Ania i Michał wtulili się w siebie, Alosza wrzucił swe bety pod leżankę, o mało co jej nie demontując, z trudem domknęliśmy zepsute drzwi. Drogę przespałem snem sprawiedliwego. O tym, że w nocy była niezła jatka, zaświadczyć może tylko Michał i Ania oraz krwawy ślad na korytarzowym dywaniku...

Lwów-Kraków
sobota, 5 VIII 2006

Lwów. Już tak blisko do domu... Rok temu, w drodze do Chin, nie było mi dane poznanie stolicy zachodniej Ukrainy. Choć jest mi przykro, postanawiam się odłączyć od Maćka i Ani. Chcę kilka godzin przeznaczyć na zwiedzanie. Żegnamy się na dworcu.
Nie mam specjalnego planu na Lwów. Wiem, że jest tu Cmentarz Orląt Lwowskich i wiele innych miejsc związanych z Polakami. Zwiedzam stara część miasta, kierując się dość przypadkowo ku ciekawszym cerkwiom i ładniejszym uliczkom.
Trzy godziny zwiedzania wystarczy. Czas wracać do kraju.

Przed dworcem stoi marszrutka do Szeginii (9.5 UAH). Minibus jest wypełniony ludźmi, połowę stanowi duża grupa Polaków wracających z Karpat. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu, wydaję jęk na widok kilkusetosobowej kolejki mrówek. Umundurowany Ukrainiec zawraca plecakowiczów na koniec kolejki, próbuję więc podłączyć się do grupy Polaków wracających z Gruzji. Są z... "Czajki".Niestety nie ma Przemka, prowadzi inną grupę w przeciwnym kierunku.
Lwów Zniecierpliwiony negocjacjami by obejść kolejkę, umawiam się z kierowcą wracającym do Przemyśla na przejazd przez granicę. Dziesięć złotych od łepka, bierzemy jeszcze jednego trampa wracającego z Gruzji od brata-księdza. Kierowca okazuje się dość znanym w okolicy przemytnikiem-weteranem. Handlował jeszcze za Związku Radzieckiego, jeździł na Węgry i do Włoch. Pracuje w duecie z żoną (a czasem z dziećmi), którą przy pomocy komórki naprowadza na kolejkę samochodów obsługiwaną przez właściwego celnika. Obdarowuje nas oczywiście kartonami papierosów, co jeszcze wiezie - nie wiadomo. Niestety, tempo przesuwania się kolejki samochodów wcale nie jest większe niż pieszych, mam wrażenie, że wybrałem gorszą opcje. Polski celnik próbuje penetrować nasze plecaki, lecz skutecznie go zniechęcam. Czas leci, a o 13.30 odjeżdża pociąg do Krakowa! Kierowca bierze "winę" za długotrwałość odprawy granicznej i gna teraz na złamanie karku na dworzec w Przemyślu. Pociąg odjeżdża, wskakuję w ostatniej chwili. Konduktor upiera się by wypisać mi bilet, muszę w pociągu dokupić złotówki. Kupuję u... Michała i Ani jadących tym samym wagonem:-)) Dojechali tu nieco wcześniej autobusem.
W Jarosławiu zapala się nam elektrowóz, musimy poczekać na wymianę. Postój wykorzystuję na zbieranie opłatę za dojazd nowej lokomotywy. Z miernym, prawdę mówiąc, skutkiem... Kraków wita nas pochmurną pogodą. Lwów: ambona w kościele

Czas na wstępne podsumowanie wyjazdu.Iran, zgodnie z moimi wyobrażeniami okazał się krajem łatwym do podróżowania, bezpiecznym i tanim. Nie udało się pojeździć irańskimi kolejami (bywają trudności z biletami), lecz rozwinięta sieć wygodnych autobusów (a są również busy i savaris) pozwala na bezproblemowe przemieszczanie się po kraju. Te 9.600 kilometrów, które przejechałem na miejscu, sprawiły, że wyjazd należał do bardziej intensywnych: to w końcu 420 km dziennie (inna rzecz, że ja zawsze intensywnie jeżdżę). Dzięki temu udało mi się odwiedzić zdecydowaną większość najbardziej atrakcyjnych miejsc: od elamickiego Choqa Zanbil po święty szyicki Mashhad, od glinianego Rayen po baśniowy zamek Babak. Widziałem i pustynię Lota i Demawend, wykąpałem się w Morzu Kaspijskim i w Zatoce Perskiej.
Zachwycały mnie kolorowe meczety i medresy (Qazvin, Esfahan, Teheran), architektura miast z łapaczami wiatru, glinianymi kopułami bazarów i "lodowymi domami". Oczarowały mnie piękne rezydencje (Kashan, Yazd) oraz starożytne i średniowieczne ruiny: od Persepolis po Gazor Khan
. Ale Iran to nie tylko krajobrazy i zabytki. To również mili i gościnni ludzie, ciekawi przybyszy z innych krajów i witający ich uśmiechem. Niezapomniane pozostaną wizyty w domach irańskich, gdzie bywałem podejmowany obiadem. Zapamiętałem również - rzecz jasna - piękne Iranki.
Jak wspomniałem, Iran to tani kraj. Dojazd kosztował mnie 250 USD, z powodzeniem można go zredukować do 200 dolarów wybierając drogę wyłącznie przez Ukrainę. Dzienne wydatki w Iranie to około 11 USD. Tę kwotę też można nieco ograniczyć korzystając częściej z autobusów niższym standardzie. Upał i warunki higieniczne nie stanowią problemów dla osób przywykłych do azjatyckich warunków. Jedzenie w Iranie było dość znośne, użyteczna (i bezpieczna) była darmowa chłodzona woda na ulicy.
Lwów: Opera Bardzo zadowolony byłem z towarzystwa Jarka. Okazał się miłym niekonfliktowym kompanem na trasie. Co prawda, wykończyłem go wczesnym wstawaniem i intensywnymi spacerami po miastach. Jarek nawet odgrażał się, że już więcej na tramping nie pojedzie, ale myślę, że podobało mu się...

Co dalej? Kilka ostatnich podróży do Mongolii, Chin a teraz do Iranu, sprawiło, że czuję pewne nasycenie Azją. Oczywiście, wciąż pragnę zobaczyć Indie, zwiedzić Indochiny, wciąż marzą mi się republiki środkowoazjatyckie, mam w rezerwie Zakaukazie... Czas jednak na zmianę kierunku. Myślę więc o Afryce: Etiopii i krajach leżących dalej na południe. To będzie trudniejszy i droższy wyjazd. Ciężko jednak powiedzieć, kiedy urzeczywistnię swe zamiary: duże zmiany nastąpiły w Krakowie a szykują się dalsze. Zobaczymy. Z drugiej strony zatęskniłem do zwykłego wyjazdu - dwutygodniowych wczasów w miłym towarzystwie. Może więc Tunezja lub Egipt?


Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://kornel-1.webpark.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;