Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Gwatemala
Autor: Wiesław Gorączko   
Gwatemala

Po nocnej, prawie dwunastogodzinnej podróży autobusowej ze słonecznego Puerto Escondido (zagubionego portu) znad meksykańskiego wybrzeża Pacyfiku dojechaliśmy do granicznej Tapachuli. To ostatnie duże miasto meksykańskie, u wrót Gwatemali. Miasto handlowe, stolica okręgu, jedno z większych w stanie Chiapas. Mało interesujące dla turystów. Przesiadka na trasie na południe lub na północ. Podróżni zatrzymują się na ogół na jedną noc, by dnia następnego „przeskoczyć” granicę i dotrzeć do Gwatemali. Atrakcją w pobliżu Tapachuli jest wspaniały widok drzemiącego wulkanu Tacana (4110 m npm), pierwszego z całego łańcucha wulkanów ciągnących się dalej na południowym wschodzie już w Gwatemali. W pobliżu tej miejscowości jest także bardzo ważne dla meksykańskiej archeologii stanowisko w Izapa.  Miejscowi mówią, że gdyby Izapa była lepiej rozreklamowana, to bez wątpienia byłaby jednym z kilku najciekawszych centrów kultury Olmeków.01a.jpg
   


























Po wyładunku na czystym dworcu autobusowym zjedliśmy wczesne (bo o 7 rano) śniadanie. Z przystanku znajdującego się na przeciwległym rogu ruchliwego dość, jak na tak wczesną porę, skrzyżowania miał odjeżdżać autobus do granicy, na most w miejscowości Talisman, naprzeciwko El Carmen, już w Gwatemali. To tylko około 9 kilometrów. Po 40 minutach, gdy już zdążyliśmy spokojnie posilić się nadjechał częściowo zapakowany autobus. Ponieważ nie miał on na sobie żadnej tablicy informacyjnej zapytałem czy dojedziemy nim do granicy. Kierowca i konduktor, obaj, potwierdzili skinieniem głowy. Po drodze zbaczaliśmy ze dwa razy do wiosek oddalonych o parę kilometrów od głównego traktu, by wysadzić lub zabrać kilkoro pasażerów. W końcu podróż, którą przewodniki oszacowały na około pół godziny, zakończyła się po 2 godzinach na rozległym deptaku. Trochę zdziwieni, że nigdzie w pobliżu nie było widać zabudowań typowych dla przejścia granicznego wyładowaliśmy się z autobusu. Były co prawda domy, lecz typowe raczej dla wiejskiego przysiółka. Szybko okazało się, że do granicy mamy jeszcze jakieś półtora kilometra. Tę drogę postanowiliśmy przebyć z plecakami na ramionach, pomimo dość nachalnych taksówkarzy, zawodowych tragarzy i „ciepełka”, które już całkiem ostro zaczynało dawać nam „w kość”. W końcu droga skręciła, nagle zwęziła się i zakończyła mostem. A więc jesteśmy – to Talisman. Bardzo sprawna i sympatyczne odprawa meksykańska pokazała nam kierunek do gwatemalskich celników.
    By wjechać do Gwatemali Polacy muszą mieć wizę, którą można zdobyć tylko na granicy, bowiem w Polsce nie ma przedstawicielstwa dyplomatycznego tego kraju. Poszliśmy kierowani, a właściwie ciągnięci za rękawy, przez jakiegoś faceta z plikiem banknotów w ręce, do okienka gwatemalskiego urzędnika granicznego. Celnika i wizowca w jednej osobie. Po wypełnieniu bardzo prostego formularza celnego i wizowego okazało się, że trzeba już teraz zapłacić 200 quetzali za wizę (Quetzal, to imię boga ptaka i nazwa waluty). Ale jak tego dokonać, gdy jeszcze nie zdążyliśmy wymienić ani „zielonych”, ani meksykańskich peso ani nigdzie w zasięgi wzroku nie widać bankomatu, banku czy kantoru ? Ale od czego są ci „przewodnicy” z plikami banknotów w dłoniach ? To właśnie oni są „chodzącymi” kantorami i biurami wymiany walut. Najsilniejszy z grupki, która nas wręcz osaczyła, szybko odgonił resztę intruzów i wziął sprawę (naszą) w swoje ręce. Mamy ponoć niespotykane szczęście, że go spotkaliśmy, bo on ma dzisiaj najlepszy kurs wymiany na granicy itp., itp. – taki nam „wciskał kit”. Ponieważ już kilka razy w życiu nabrano nas na takie „numery” postanowiłem, że to ja będę decydował z kim robię interesy. A po drugie, nie miałem zielonego pojęcia, czy facet jest legalnie pracującym lub czy nie ma falsyfikatów ? Czy za chwilę nie zgarnie nas policja ? Bądź co bądź wojna domowa skończyła się w Gwatemali dopiero jakieś 15 lat temu a my nie w pełni wiedzieliśmy, co nam wolno a co jest zabronione lub wręcz karalne w tym kraju. Pozostawiłem żonę z bagażami, której nawet na moment nie odstępował „biznesmen z garścią forsy” , a sam przeszedłem bez problemu na drugą stronę granicznego mostu. Tam zapytałem kilku innych „businessmenów” z plikami szmatławych banknotów w łapach, ile muszę dać dolców za 100 quetzali. I zaskoczenie, Gwatemalczyk, który ciągle „napastował” drugą połowę mojej wyprawy, mówił prawdę – rzeczywiście miał najlepszy kurs dnia. Był bezkonkurencyjny. To w czym rzecz ? – myślałem podejrzliwie. Może „wciśnie” mi stare banknoty, jakieś sprzed denominacji lub ścinki gazetowe, jak to robili w przeszłości polscy cinkciarze. Na chwilę wszedłem do pobliskiego sklepiku i uważnie obejrzałem gwatemalską walutę. Wracając do żony miałem już gotowy plan działania. Zgadzamy się na jego usługi lecz niech on sam, bezpośrednio da pieniądze urzędnikowi w okienku. Jeżeli zrobi „numer”, to bez naszego udziału. Bez żadnego sprzeciwu uczynił to. I znowu byłem zaskoczony, bo pieniądze okazały się prawdziwe, nie podrobione.  Gdy żegnał się z nami zauważyłem jakąś plakietkę z pieczątką na szyi Gwatemalczyka. Była to zapewne licencja „ulicznego kantoru”.
Teraz trzeba było jak najszybciej znaleźć transport z granicy do Quetzaltenango (miasto Quetzala), zwanego przez tubylców Xela (czyt. Szela), pierwszego etapu naszej podróży po Gwatemali. I znowu nasz „uliczny kantor” zaproponował pomoc. Lecz tym razem moja żona miała go „powyżej dziurek od nosa” i przypomniała mi dość stanowczo, że sami też potrafimy coś sobie znaleźć. Miała całkowitą rację, bowiem ta „przyjaźń” stawała się zbyt natarczywa. Udaliśmy się więc do stojącego na dworcu (tj. podwórzu zamkniętym żelazną bramą) autobusu. Tam zaoferowano nam transport nie do Xeli ale do San Pedro, miejscowości odległej od celu naszej podróży jeszcze o jakieś półtorej godziny jazdy. Zrezygnowaliśmy jednak szybko, gdy okazało się, że  koszt choć nie bardzo wysoki, to jednak obejmuje wykup wszystkich biletów w autobusie. Już po kwadransie jechaliśmy mikrobusem z dwoma młodymi i sympatycznymi gwatemalczykami. I to za jedną trzecią ceny przejazdu autobusem. Szybko i tanio. Po godzinie dotarliśmy do malowniczo położonego San Pedro. Ulice bardzo wąskie, brukowane. Dookoła bajeczna zieleń. Kończymy ten etap na dworcu autobusowym. Podziwiamy, lekko zszokowani wyglądem, gwatemalskie autobusy. Są to z reguły stare, amerykańskie autobusy szkolne - Fordy. Kolorowo pomalowane, z bagażnikami na dachu, dobiegają tu swego żywota. Cały dworzec zapchany był tymi kolorowymi staruszkami, kopcącymi ze wszystkich swoich rur i dziur w tłumikach. Po meksykańskich super autobusach (z klimatyzacją, obsługą pokładową, fotelami rozkładanymi prawie na płasko) to szok dla mojej żony, a dla mnie wspaniała przygoda.  Po wrzuceniu plecaków na dach i przykryciu specjalną siecią, wolno ruszamy w drogę. W „Lonely Planet” piszą o dwóch godzinach jazdy, a kończy się to wszystko po pięciu. Jedziemy wspaniałymi serpentynami górskich dróg. Dróg otoczonych dżunglą i wysokim lasem. Na wielu podjazdach Ford dyszał i sapał, ale mozolnie piął się w górę. By po chwili, już z piskiem hamulców i charakterystycznym swądem spalonych okładzin hamulcowych zanurzać się w tonącej zielenią dolinie. Przepiękne krajobrazy. Uciążliwość drogi urozmaicaliśmy sobie jedząc kupione jeszcze na dworcu owoce. Późno po obiedzie dotarliśmy do Quetzaltenango (Xeli) – dużego, ponad milionowego miasta. Dworzec na którym wysiadamy jest okropny. Otacza nas smród spalin i paliwa, psujących się owoców oraz wszędobylski pył, unoszący się  przy przejeździe każdego pojazdu. Dworzec jest bardzo oddalony od centrum, a właśnie tam zaplanowaliśmy nocleg. Chcemy tu zostać tylko jedną noc, by rankiem dnia następnego dojechać do pierwszego, ważnego celu naszej gwatemalskiej podróży – Panajachel. I tym razem szczęście – lub jak kto woli Opatrzność -  nam sprzyja. Tuż obok dworca zobaczyliśmy hotelik. Mały, jednopiętrowy, czysty i z bardzo sympatyczną obsługą. Zostajemy. Tym bardziej, że okazuje się iż rano właśnie z tego dworca pojedziemy dalej (w Xeli były aż 3 dworce). Po prysznicu wyruszamy na „zbadanie” najbliższej okolicy. Tuż obok znajdujemy hotelik dla zmotoryzowanych. Są to właściwie ogrodzone, betonowe boksy, w których można zaparkować swój samochód, podłączyć się kablem do prądu a rurą do wody i w ten sposób przenocować. Dwieście metrów dalej natrafiamy na wielki supermarket. Trochę nas to dziwi, bowiem do tej pory na drogach mijaliśmy Indian ubranych w swoje tradycyjne stroje (rzec można ludowe). Rzadkością byli ludzie ubrani „po europejsku”. Dla kogo taki supermarket ? Kto tutaj kupuje ? Gwatemala jest bowiem krajem ludzi biednych. Targowisko w pobliżu dworca, oblegane przez setki Indian świadczyło o tym dobitnie. Idziemy do supermarketu na drobne zakupy. Auchan i Tesco to pchełki przy tym kolosie. Bierzemy jakieś pieczywo, żółty i biały ser, jogurty (wszystko prosto z chłodziarki) i oczywiście półtoralitrowa butelka wody do picia i mycia zębów. A w markecie - o dziwo - kupujących całkiem sporo. Lecz już na pierwszy rzut oka widać różnicę. Na rynku spotykaliśmy głównie Indian, tutaj wózki z zakupami pchają gwatemalczycy ubrani po europejsku (no może raczej środkowo amerykańsku). Eleganccy, zadbani, z rodzinami, dziećmi dobrze ubranymi, uśmiechniętymi. Na pewno są to ludzie lepiej sytuowani, co widać po pełnych wózkach. Nie dominują już rysy twarzy typowo indiańskie. Z przyjemnością spędzamy pół godziny w tym miejscu, bowiem hala jest klimatyzowana, a na zewnątrz prawie 30oC. W kasie płacimy kartą Visa, a i bankomaty są pod ręką. Przed marketem przystanek autobusu miejskiego i parking z wieloma całkiem eleganckimi samochodami. Tutaj zauważam samochód, który w Polsce nazywa się Renault „Talia” a w Gwatemali i Meksyku nosi znaczek Opla. Nie wiem dlaczego ?  Przed pójściem spać postanawiamy zrobić sobie nocny spacer do centrum miasta. Szybko jednak zrezygnowaliśmy, bowiem ulice i chodniki były ciemne, nie oświetlone skwery, sporo skupisk drzew i przemykających się między nimi ludzi. Nie zdecydowaliśmy się też na podróż autobusem.  Szczęśliwi, że nie dano nam „po łbie” wróciliśmy do hotelowych łóżek. Rano wyjechaliśmy do Panajachel (czyt. Panachaczel).

Panajachel
To bez wątpienia najpiękniejsze miejsce na ziemi. A na pewno jest ono takim dla nas. Miasteczko ma zaledwie 5000 mieszkańców. W sezonie ich liczba rośnie do 7000 lub nawet przewyższa 8000. Jest jedną z najstarszych gwatemalskich miejscowości. Przez Indian zwane dzisiaj Gringotenango, czyli miasto obcokrajowców. W latach 70-tych i 80-tych, w okresie wojny domowej rzadko odwiedzane przez turystów, bowiem było jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Gwatemali. Od czasu wojny dużo się tu zmieniło. Lokalny ruch turystyczny wręcz eksplodował. Dzisiaj jest on kontrolowany zarówno przez Latynosów, jak i Amerykanów. Szczególna atmosfera tej miejscowości przyciąga ciągle mnóstwo młodzieży. Normalnej, ale i często łysej, z dredami, z hipisowskimi fryzurami itp. „Luz na maxa”, jak to oni mawiają. Pewnie i z narkotykami nie ma problemu, choć my nie spotkaliśmy się nawet z podejrzeniem, że gdzieś, ktoś je sprzedaje. To nie to co w Bangkoku, gdy na ulicy zaczepiają cię handlarze a co rusz mijają cię młodzi ludzi (głównie Angole) z obłędnym (odlotowym) spojrzeniem w oczach. Miasteczko kompletnie samo w sobie pozbawione atrakcji, ale wystarczy zejść nad brzeg kaldery, by zrozumieć jego piękno. By zostać wręcz uwiedzionym przyrodą i kolorytem tego miejsca.
By dotrzeć do Panajachel trzeba się trochę utrudzić. Nic nie ma za darmo. Wyruszamy rannym autobusem spod okien hotelu w Xeli do Los Encuentros. To zabrało nam około 3 godzin jazdy znowu zdezelowanym amerykańskim autobusem. Okolica jednak jest tak piękna, że wszystkie niedostatki i uciążliwości podróży jesteśmy w stanie wybaczyć. Autobus mozolnie wspina się asfaltowymi serpentynami w górę. Co chwilę zmieniamy kierunek jazdy o 180o, raz w prawo, to znowu ostro w lewo. Za oknami wolno i majestatycznie przesuwa się las deszczowy, buchający różnymi odcieniami zieleni, brązu i czerni, a chwilami oblewa nas mgła. Robi się wtedy szczególnie zimno. Ale już po kilku kilometrach karkołomnego zjazdu poprzez niedomknięte okna i liczne szpary w karoserii wnętrze autobusu wypełnia duszne i ciepłe tropikalne powietrze.
Los Encuentros, jak sama nazwa wskazuje, to tylko skrzyżowanie. To tutaj droga z Xeli dalej biegnie do stolicy Gwatemala City, a boczna odnoga – również asfaltowa – wije się między wzgórzami, wygasłymi i czynnymi wulkanami w kierunku „raju”. Tak bowiem często nazywają Panajachel turyści, zachwyceni urokiem tego miejsca. Niektórzy, myślę teraz, że nie ma w tym przesady, nazywają kalderę najpiękniejszym miejscem na ziemi. Tutaj robi się cudowne zdjęcia publikowane później na łamach National Geographic. Przepiękne są zarówno poranki, jak i zachody słońca.
Zbliżamy się do Panajachel zjeżdżając stromą drogą przytuloną do brzegu stromej wulkanicznej ściany. Dobre 300 metrów pod nami już widać piękną taflę Lago de Atitlan i trzy dumnie sterczące wokół jeziora wulkany. Stożki otulają chmury jak aureole. Sama miejscowość to dosłownie dwie ulice przecinające się pod kątem prostym. Jedna, główna biegnie do nabrzeża, nad samo jezioro, a druga jest fragmentem szosy biegnącej brzegiem kaldery do odległych wiosek. Pół godziny zabiera nam wybranie właściwego hotelu i pokoju. Im bliżej Lago, tym cena wyższa. Prawie nad samym brzegiem wody zbudowano 5-cio gwiazdkowy Hotel Dos Mundos. My natomiast mieszkamy w Hotelu Mayan Palace, w centrum, przy samym skrzyżowaniu dróg. Na pierwszym piętrze, z oknami wychodzącymi na taras i deptak. To i dobrze, i źle zarazem. Źle, bo życie tu tętni do 3 lub 4 nad ranem, a dobrze, bo stale „na dole” coś się dzieje. W osadzie sporo turystów. Głównie to młodzi Amerykanie, trochę holendrów. Sporadycznie słyszymy także język niemiecki. Polaków nie spotkaliśmy. Mamy pokój z telewizorem, wentylatorem, dwoma szerokimi łóżkami, osobną toaletę i prysznic. Woda ciepła bez ograniczeń. I to wszystko za 90 Q „na łebka” (1US$=8Q). Nie jest źle. Wieczorem wychodzimy na spacer. Wyciągamy pieniądze z pobliskiego bankomatu i zasięgamy „języka” na temat wycieczki objazdowej po okolicy. Jutro wypłyniemy zwiedzić 4 najbliższe miejscowości. W drodze powrotnej wstępujemy do kafejki internetowej (jak co 3 dni). Odczytujemy wieści z domu, serwisy WP i Onetu. Jesteśmy na bieżąco.
Po lekkim śniadaniu (tanim i smacznym, domowym, podanym przez 7 lub 8-mio letnią ładniutką Indiankę,) meldujemy się w porcie, na nabrzeżu. Jest 8 rano. Kilka pustych jeszcze stateczków wycieczkowych oczekuje na swych pasażerów. Kupujemy bilety na „objazdówkę” i zajmujemy „strategiczne” miejsca na dziobie górnego pokładu. Popłyniemy do czterech miejscowości położonych nad brzegami Lago de Atitlan. Po półtoragodzinnym rejsie, stateczkiem wypełnionym jedynie tuzinem turystów, cumujemy  do przystani w San Pedro. To mała osada, położona u podnóża dwóch wulkanów. Jeden, o tej samej nazwie, jest wygasły i mierzy 3024 m npm. Drugi, to nieco wyższy – Santa Clara. Typowe stożki porośnięte niskimi drzewami i ciernistymi krzakami. Kratery jednak otulają chmury, co robi wrażenie aktywności olbrzymów. W San Pedro dano nam godzinę na zwiedzanie i drobne zakupy. Trafiamy na targ. Masę ludzi w wąskich uliczkach. Spotykamy typowych Indian gwatemalskich, którzy z zaciekawieniem i uśmiechem przyglądają się nam. Wiele kobiet ubranych jest w typowe dla tej miejscowości stroje regionalne. Mężczyźni rzadziej hołdują tradycji, choć czasami można ich spotkać ubranych w krótkie pasiaste spodenki (do kolan), wzorzyste koszule i kapelusze. Dzieci i młodzież już niczym nie odbiegają od standardów kontynentalnych. Trochę sklepików z wyrobami ze skóry, drewna i sporo straganów z lokalnymi tkaninami. ”Ulica” zna tylko lokalne narzecze i parę słów hiszpańskich. Indianie nie chcą uczyć się hiszpańskiego i przyjąć tzw. „cywilizowanego modelu życia”. Są bardzo konserwatywni i nieufni. To problem rządu Gwatemali, który po latach reżimów junt wojskowych i wojny domowej cieszy się teraz pełną demokracją. 02a.jpg

































Wracamy do portu przeciskając się wąskimi uliczkami wyłożonymi wulkanicznym brukiem. Po drodze mijamy szkołę, w której około dziesięcioletnie dzieci uczyły się pisać na maszynach. To swoisty znak czasu. U nas dzieciaki poznają komputery, tutaj elektryczne maszyny do pisania.
Z San Pedro popłynęliśmy do Santiago Atitlan. Nad tą miejscowością górują także dwa wulkany. Jeden to Toliman (3158 m npm) a drugi, to znacznie wyższy i potężniejszy Atitlan (3537 m npm). Miasteczko trochę większe. Odwiedzamy kościół, w którym znajdujemy wiele figur świętych poustawianych na półkach, jak książki w bibliotece. Figury wykonane są z drewna i kolorowo pomalowane. Dodatkowo poubierane w bogate stroje. Zwyczaj tutejszy nakazuje, by przyodziać świętych w zamian za wymodlone u nich łaski. A co będzie, gdy święci pozostaną głusi na prośby ludu ? Wtedy lud „mści się” na Nich, nie ubierając Im szat. Nie oznacza to, że świeci ci są jak przysłowiowi „tureccy”, bowiem mają swoje szaty malowane na drewnie. Tak czy owak, nie jest chyba tak źle, bowiem wszyscy tutejsi święci są w bardzo kunsztownych szatach. W San Perło szukamy miejscowego szamana, u którego w domu odbywają się modły i oddaje się cześć staremu indiańskiemu bożkowi zwanym z hiszpańska Maximon (rhee-la-mohn). Błądząc trochę znaleźliśmy w końcu właściwe wejście w niczym nie wyróżniającym się małym domostwie. Wewnątrz kilkoro ludzi siedzących „po turecku” otaczała woń kadzideł. Po środku jakiś ołtarzyk. Przed nim leżały papierosy, stała butelka jakiegoś napoju alkoholowego, owoce i taca. Nie pozwolono mi robić zdjęć sugerując natomiast, iż powinienem zostawić jakąś ofiarę pieniężną. Spod rękawa (z wyłączoną diodą) sfilmowałem całe to miejsce. Pośpiesznie wróciliśmy na przystań. Czas bowiem naglił.
Kolejnym portem był San Antonio Palope. Mała miejscowość, sławna z ze szczególnego rodzaju wyrabianych tu tkanin. Są to tkane  ręcznie huipilas, czyli tkaniny o fluoryzujących barwach. Ciekawe to, jednak nie zdecydowaliśmy się kupić. „Żarówa straszna” jak pewnie powiedziałby nasz syn. Ale do pracy na torach pewnie idealna. Tyle tylko, że w Gwatemali nie ma ani kilometra linii kolejowej.
W czasie podróży dookoła Lago de Atitlan towarzyszył nam bardzo sympatyczny turysta, Gwatemalczyk. Zaskoczeni byliśmy jego znajomością Polski. Mówił nie tylko o Wałęsie czy Papieżu, używając od czasu do czasu nazwiska Wojtyłła (z piękną wymową ł). Znał także parę polskich sanktuariów. Wymienił Częstochowę, Licheń, i Kalwaria Zebrzydowską. Byliśmy pod wrażeniem i trochę zawstydzeni, że nie jesteśmy w stanie zrewanżować się podobną znajomością Gwatemali. Ale to właśnie w tym kraju Papież był aż 3 razy. W sąsiednim Meksyku nawet chyba 4-ro krotnie (ostatnio w 2002, rok przed naszą tam podróżą). Bardzo wiele dowiedzieliśmy się od tego Gwatemalczyka (o rysach typowo iberyjskich, nie indiańskich), o samej Gwatemali i gwatemalczykach. I to takich wiadomości, których na próżno by szukać w najlepszych nawet przewodnikach.
Pod koniec dnia wróciliśmy do Panajachel. Zmęczeni szybko zasnęliśmy. Nie dane nam jednak było długo spać, bowiem około północy obudziły nas głośne i bardzo europejskie rytmy, dochodzące z pobliskiej dyskoteki. Bawiła się tam młodzież, która zjechała tu z całego świata.  Po 4-tej umilkło wreszcie wszystko i pospaliśmy aż do 8 rano.

Antigua
Z Panajachel, z kilkoma przesiadkami, pojechaliśmy do Antigua – starej stolicy Gwatemali. Wokół miasta przysiadło kilka wulkanów.  Najwyższy z nich to Agua (3765 m npm), nieco mniejsze są Acatenango i Fuego (który ma ciągłą erupcję). To właśnie jeden z nich, wybuchając 29 czerwca 1773 roku zniszczył miasto. Zrujnowane zostały liczne kościoły i katedra, pałac gubernatora, zabudowania miejskie i siedziby bogatych hiszpańskich osadników. Erupcji towarzyszyło bardzo silne i równie mordercze trzęsienie ziemi, po którym miasto już nigdy nie odzyskało dawnej swej świetności. Wkrótce podjęto decyzje o budowie nowej stolicy kraju. We wsi, której starej nazwy dzisiaj już nikt nie pamięta, a nazwano ją Gwatemala City.
Antigua jest urzekającym miastem. W pewien sposób „antykwarycznym”. Założono ją 10 marca 1543 roku. Do dzisiaj przetrwały w niezmienionej strukturze założenia architektoniczne. Uliczki brukowane, ze starą XVI i XVII wieczną hiszpańską zabudową. Wysokie chodniki. Budynki jednopiętrowe o typowo kolonialnej  architekturze. I ruiny bardzo wielu kościołów. Niektóre odbudowano. Dawna Katedra w czasie kataklizmu straciła swoje sklepienia.  W załomach gzymsów i arkad zagnieździły się ptaki i rosną trawy. Grube mury wielu kościołów ciągle stoją, szczerząc jak kłami resztkami swych wież i ścian.  Sporo oglądaliśmy chodząc przez kilka dni po zaułkach miasta. Szczególnie warte zobaczenia jest muzeum historyczne miasta w dawnym Pałacu Gubernatora. Odpoczywaliśmy często w bardzo sympatycznych, tradycyjnych i internetowych kawiarenkach.  Zwiedziliśmy także bardzo ciekawy lokalny cmentarz.
Z Antigua wyruszyliśmy na całodzienną wyprawę na jeden z okolicznych, czynnych wulkanów – Pacaya (czyt. Pakaja). Odpowiednio ubrani, wraz z kilkorgiem innych turystów, pojechaliśmy mikrobusem do miejsca startu etapu pieszego. Tam oczekiwali na nas licencjonowani przewodnicy. Od kilku bowiem lat zabronione jest chodzenie „samopas”. Po wypadkach śmiertelnych (amerykańskich gringos) zabroniono samodzielnych wycieczek. Pacaya dzisiaj to także rezerwat przyrodniczy i krajobrazowy. A poza tym, od czasu do czasu ogłasza się alarm erupcyjny. Ostatni wybuch z wylewem lawy odnotowano tu w 2000 roku.
Wyprawa zaczęła się po wykupieniu biletów wstępu do rezerwatu. Po dwóch godzinach ostrego wchodzenia ścieżkami wśród gąszczu drzew i krzaków dotarliśmy do rejonu całkowicie pozbawionego wysokiej roślinności – tylko niskie krzaczki, mchy i porosty. Ci, którym „dopiekła” wspinaczka mogli wynająć konia. Za 5 dolarów można było wjechać na jego grzbiecie kolejne 2 lub 3 kilometry, ciągle pnąc się w górę. Z tej możliwości podróżowania skorzystała moja żona. Dorzuciłem jej mój plecaczek (biedny koń) i już z odciążonymi ramionami szedłem dalej. Wysokość robiła swoje, a i wspinaczka uszczuplała siły. Szliśmy przez płaskowyże i graniami. Czasami wiatry naganiały zimne chmury ograniczając widoczność do kilku metrów, by już po chwili mgły i chmury ustępowały, odsłaniając przed nami cudowne widoki na odległe o kilka kilometrów wzgórza i wulkany. Cała nasza dziesięcioosobowa grupka sapiąc wolno posuwała się coraz to dalej i wyżej. Nawet nie zauważyliśmy jak pojawił się bardzo silny wiatr a grunt pod nogami zmienił się z utwardzonych  lub błotnistych ścieżek na sypki, czarny, osuwający się spod stóp żużel. Przekraczaliśmy zastygłe stare potoki lawy. Wszyscy trzymaliśmy się blisko przewodnika. Gdy ktoś zostawał z tyłu grupka natychmiast stawała. Pomagaliśmy sobie nawzajem. Końskie twarde, niezbyt wygodne siodło, było już tylko wspomnieniem dla żony. Na tym odcinku drogi nawet koń zapadałby się po pęciny, jak my po kostki. Kamyki wsypywały się do butów. Nawet przestałem myśleć o ich wysypywaniu.03a.jpg



































Końcowe podejście na grań krateru w huraganowym, zimnym wietrze trwało ponad godzinę. Tak niedaleko równiaka a my otuleni grubymi kurtkami czujemy zimno wdmuchiwane przez wiatr. Nachylenie trasy było prawie 40o, co utrudniało wejście. By posuwać się w górę a nie zjechać z wierzchnią warstwą parę metrów w dół, trzeba było głęboko wbijać nogi w żużel. A na szczycie trochę rozczarowanie, bowiem widoczność nie przekraczała raptem kilku metrów. Zapach siarkowodoru i przeraźliwie zimno. Do tego nie mogliśmy się porozumiewać między sobą, gdyż ryczący wiatr zupełnie nam to uniemożliwiał. Po zrobieniu kilku zdjęć (nie oddających w żaden sposób atmosfery i krajobrazu) i nakręceniu kilku ujęć, ruszyliśmy w drogę powrotną. Szliśmy znacznie szybciej, choć wcale nie łatwiej. Chwilami zjeżdżaliśmy w dół po kolana w żużlu a nieraz na zadku. Moje jasne, długie spodnie dawno upodobniły się do kolorów popiołu Pacaya. Po dotarciu do dolnej bazy wszyscy ze smakiem zjedli owoce i gasili pragnienie. Moja koszula, spodnie a nawet gatki były zupełnie mokre od potu. Nie sadziłem, że wyprawa na Pacaya będzie taką siłownią dla mnie. Kiedyś za punkt honoru postawiłem sobie wejście na Etnę. Od poziomu zero, czyli od Katani, położonej nad samym morzem. Szedłem w sumie cały dzień ale dopiąłem swego. Ale nie pamiętam, bym tak dostał w d…., jak na Pacaya.
Dojeżdżamy do hotelu, tu bierzemy kąpiel, gubimy najlepszy nóż, przebieramy „zwulkanizowane” ciuchy i wsiadamy do mikrobusu, który zawiezie nas do stolicy, do Gwatemala City. Na jeden z dworców autobusowych przyjeżdżamy w deszczu. Kupujemy bilet na nocny autobus do następnego naszego celu, do Flores, na północy Gwatemali.
Po całonocnej jeździe klimatyzowanym i bardzo wygodnym (na ile wygodna może być jazda autobusem) Mercedesem, około 5 nad ranem zjawiamy się w pogrążonym całkowicie we śnie Flores, w stanie Peten. Flores to małe miasteczko położone na wyspie na jeziorze Lago de Peten Itza. Pięćset metrowa grobla łączy Peten z lądem stałym i ze znacznie większą miejscowością Santa Elena. Autobus zatrzymał się przy niewielkim hotelu Petenchel. Zaspany młody chłopak wskazał nam całkiem sympatyczny pokój (z dwoma łóżkami, osobną łazienką i dwoma wentylatorami) za całkiem rozsądną cenę. Gdy już zrzuciliśmy plecaki i sądziliśmy, że będziemy mogli rozprostować członki i odpocząć w łóżkach, w drzwiach pojawił się jakiś przedstawiciel lokalnego biura turystycznego. Rześki i wyspany facet (szczęściarz !) przedstawił nam bardzo - jego zdaniem - atrakcyjną propozycję. Chciał nas zabrać do Tical, naszego najbliższego celu w północnej części Gwatemalii. Wszystko wyglądałoby wspaniale, gdyby nie jedna, acz bardzo istotna wada tej propozycji. Start wycieczki miałby nastąpić za jakieś pół godziny. Toż to istne szaleństwo ! Przecież ledwo co przyjechaliśmy do Flores. Jesteśmy zmęczeni i niewyspani.  I co ? Bez chwili relaksu mamy ”tłuc” się dalej ?! Imposible ! Gwatemalczyk przekonywał jednak, że wyjazd o tej właśnie porze, o 6-tej rano, to naprawdę najlepszy pomyśl a dla nas najlepszy interes. W innych godzinach nie organizują wyjazdów. Już gdzieś „tę śpiewkę” słyszałem. Toż to kiedyś, przed lotniskiem w Limie, taksówkarze nachalnie zaczepiali nas tłumacząc, że musimy wsiąść do ich samochodów, bowiem żadnych innych w pobliżu nie ma. A co się okazało ? Tuż za bramą lotniska, jakieś 150 metrów dalej, znaleźliśmy „wężyk” stojących taksówek, z którego jedna zawiozła nas do celu szybko, bez awantur i to za jedną piątą wcześniejszej ceny.
W głowie zapaliło mi się czerwone światło ostrzegawcze – uważaj, uważaj. Kilka minut analizowaliśmy sytuację. Wyszedłem przed hotel szukając innych „naganiaczy z biur”. Nikogo nie znalazłem. Postanowiliśmy jednak skorzystać z tej propozycji. Cóż było robić ? Nagle świat zawirował wokoło. 30 minut skróciło się raptem do kwadransa. Jakiś szybki prysznic, zmiana przyodziewku, doładowanie baterii w kamerze i dalej w drogę.
Z Flores do Tical jest ponad 70 kilometrów asfaltową drogą. Tu dygresja – turyści pamiętający Gwatemalę z przeszłości często narzekali na fatalny stan dróg w tym kraju. Zarówno tych głównych, jak i lokalnych. Teraz, już ponad 15 lat po wojnie domowej sporo się zmieniło. Zarówno drogi prowadzące do stolicy, jak i boczne są asfaltowe i dobrze utrzymane. Ślady bratobójczych walk dawno zniknęły i  zabliźniła je dżungla.
Z początku droga biegnie na wschód, równolegle do przepięknego Lago de Peten Itza, by po jakiś 15 kilometrach ostro skręcić na północ. Od El Remote za oknami mikrobusu towarzyszy nam już tylko brązowo szarozielona dżungla. Jedziemy wraz z ośmioma innymi turystami „wyrwanymi w środku nocy” z innych hotelików we Flores. Na razie jesteśmy zadowoleni, bowiem zarówno na zewnątrz, jak i we wnętrzu pojazdu jest stosunkowo chłodno. Znad dżungli powoli wstaje mgła, która snuje się jak „dym” lub opary. Powoli zaczyna być parno. Trochę „przysypiamy” w fotelach. Po 2 godzinach jazdy stajemy przed bramą do rejonu archeologicznego Tical. Zjadamy skromne śniadanie, uzupełniamy w plecaczku zapasy wody mineralnej, kupujemy wejściówki i w drogę. Podążamy całkiem szeroką bitą drogą prowadzącą do „serca dżungli i do serca Tical”. O samym Tical napisano sporo. Żadna książka poświęcona Gwatemalii nie może pominąć tego miejsca. Tical to takie gwatemalskie Machu Picchu, choć nie aż tak tajemnicze i nie tak bajecznie położone jak osada w Peru. Nie można ich porównywać ale każde jest „numero uno” w swoim kraju. Myślę, że dla archeologów i historyków jednak Tical znaczy dużo więcej.
Obszar archeologiczny obejmuje ponad 500 kilometrów kwadratowych. Na tej powierzchni odkryto dosłownie tysiące budowli. Świątyń-piramid, pałaców, stelli, murków, budynków mieszkalnych i administracyjnych, budowli o znanym lub nie znanym przeznaczeniu. A między nimi sieć dróg. W samym centrum miasta znajduje się około 4000 budowli. Jakkolwiek wybudowali je Majowie, Tical różni się zupełnie od innych znanych centrów tej kultury w meksykańskim Uxmal i Chichen Itza, czy Copan w Hondurasie. Tical całkowicie położone jest w dżungli.
Ruiny oddalone są od siebie często o kilkaset metrów. Odległości te pokonuje się krętymi ścieżkami lub drogami poprowadzonymi w morzu zieleni i wśród wzgórków. Te pagórki to bardzo często jeszcze nie odkopane przez archeologów budowle. Ciągle jeszcze bardzo dużo jest do zrobienia w Tical. Co kilkadziesiąt metrów spotyka się tablice informacyjne, a więc nie sposób się zgubić. Po drodze widzi się wiele zwierząt. Są tutaj ostronosy przechadzające się z dumnie podniesionymi ogonami, małpy (czepiaki i inne) i mnóstwo ptaków. Jaguary, oceloty i pumy oraz tapiry, choć jest ich ponoć dużo nie weszły nam „w drogę”. Cała dżungla tętni życiem. Zewsząd słychać pohukujące małpy, klekocące dużymi dziobami tukany i skrzeczące inne ptaki. Pod nogami i na gałęziach drzew setki mrówek. Od maleńkich do kilkucentymetrowych olbrzymów. Są też ponoć węże lecz na szczęście spotykaliśmy je sporadycznie, a gdy już chcieliśmy im zrobić zdjęcia szybko uciekały w gęstwinę. Prześmiesznie wyglądały tukany w locie. Tukan gwatemalski nie jest dużym ptakiem. A w powietrzu wygląda tak,  jak gdyby to sam dziób leciał.
Chodziliśmy od ruiny do ruiny uzupełniając co chwila poziom płynów w organizmie. To właśnie tutaj doceniłem zarówno smak, jak i niską temperaturę zwykłej Fanty. Po kilku godzinach wędrówki okazała się ona „niebem w gębie”. Nie rozbieraliśmy się zbytnio, gdyż duża „golizna” przyciągała wszystkie latające stwory, chyba z całego stanu Peten. Wylany na ramiona i nogi OFF tylko nieznacznie redukował ich liczbę.
W miarę upływu czasu spotykaliśmy coraz więcej turystów. Obszar jest tak duży, że nie chodzi się „depcząc innym po piętach”. Około południa, gdy temperatura znacznie się podniosła, zaczęliśmy doceniać zalety wczesnego przyjazdu do Tical. Im bliżej południa, tym mniej widać było mieszkańców dżungli, choć nawet przez chwilę nie milkły głosy buszu. W Polsce „na łonie natury” odpoczywa się bardzo często w zupełnej ciszy, no może nieraz brzęczy coś nad głową, tutaj dżungla koncertuje bez przerwy. Zmienia się oczywiście nasilenie tych dźwięków ale ciszy nigdy nie ma.
Zrobiliśmy w sumie chyba kilkanaście kilometrów i zmęczeni, choć bardzo zadowoleni wróciliśmy o ustalonej godzinie na parking. W pobliżu jeszcze „zaliczyliśmy” ciekawe muzeum i powrót do Flores. Była to już najwyższa pora bowiem cała materia ożywiona i nieożywiona zaczynała strajkować – nam się już nie chciało łazić, skończyły się aż 3 filmy „wypstrykane” przez żonę, a akumulatory kamery i aparatu cyfrowego pracowały na ostatnich „nogach”.
A można było zobaczyć jeszcze więcej. Zbaczając nieco z Tical, odwiedzić można pobliskie, jeszcze dzikie, nie udostępnione dla turystów ruiny Uaxactum. Położone były zaledwie 23 kilometry na północ. By do nich dotrzeć trzeba jednak wynająć jeepa i ochronę. Terenowa droga biegnie bowiem przez dżunglę. A nazwa „terenowa” oznacza to, co oznacza w rzeczywistości to słowo – przejazd przez zarośla, błota, wyrąbywanie maczetami przejazdu, nieraz pchanie samochodu. Super impreza, gdy ma się nadmiar czasu. Na miejscu, ruin należało szukać wśród zarośli i drzew, brnąc po pas w gąszczu. Dodatkową „frajdą” miały być węże, które upodobały sobie wyjątkowo to miejsce – ku uciesze nielicznie przybywających tu biologów. Nie zdecydowaliśmy się jednak na te „atrakcje”, pozostawiając je innym śmiałkom i ludziom mającym więcej czasu. Nam go trochę brakowało.
Pod wieczór „zlądowaliśmy” do hotelu. Dnia następnego postanowiliśmy odpoczywać, zwiedzać oraz  nawiązać kontakt z Polską via internet. Flores to mała osada na wyspie. Wąskie uliczki z jedno lub co najwyżej dwupiętrowymi domami. Sporo kawiarenek, sklepiki z pamiątkami i lokalnym rękodziełem, i całkiem sporo hotelików na każdą kieszeń. Trochę wzorzystych, gwatemaskich tkanin i mnóstwo owoców. Restauracyjki, biura podróży. Natomiast Santa Elena jest już dość dużym miasteczkiem – około siedemnastu tysięcy mieszkańców – zupełnie jednak pozbawionym kolorytu i atmosfery Flores. Tutaj odwiedzamy tańsze biura turystyczne, a w jednym z nich kupujemy ofertę podróży do meksykańskiego Palenque. Jest to szlak przez dżunglę, udostępniony dla ruchu turystycznego dopiero od roku, a wcześniej (niektórzy mówi że ciągle) wykorzystywany jako „kanał przerzutowy” kokainy. Kokaina płynęła tędy z Kolumbii, przez Gwatemalę i Meksyk na ulice miast Stanów Zjednoczonych. Amerykanie dość mocno wspierają finansowo walkę „krajów tranzytowych” z kartelem z Medelin, ale chyba ciągle Kolumbijczycy „są górą”.
Robimy drobne zakupy i przymierzamy się do jutrzejszej, całodziennej podróży do Chiapas.  Wieczorem jeszcze, tak na pożegnanie, łapie nas ulewa. Typowa, tropikalna. Chowamy się w restauracyjce obserwując „ścianę” deszczu zasłaniającą nam „cały świat”. Po pół godzinie tej nawałnicy, brukowanymi uliczkami spływają setki litrów deszczu tworząc potoki. Na chwilę robi się bardzo przyjemnie, chłodno. Ale po kwadransie to już historia, a powietrze znowu staje się ciężkie i wilgotne, pomimo zapadającego szybko pod tą szerokością geograficzną zmroku. Zjadamy kurczaka, wypijamy puchar lokalnego koktajlu i wracamy do hotelu.
 O 6 rano wyruszamy w daleką drogę do meksykańskiego Palenque. Startujemy spod hotelu mikrobusem, częściowo już zapełnionym przez innych turystów. W sumie uzbierało się nas jakaś dziesiątka. Siedzimy na ostatnich miejscach, w tyle samochodu. Trzęsie „jak diabli”. Z początku jedziemy drogą asfaltową, prowadzącą na południe z Flores do La Libertad, i dalej do El Subin. Tutaj zjeżdżamy z drogi asfaltowej kierując się na wschód ku Sierra del Lacandon. Droga gruntowa prowadzi przez park narodowy Pargue National Sierra del Lacandon w kierunku granicy z Meksykiem. Jedziemy przez dżunglę i polami. Droga wije się wokół pagórków, wznosząc się i opadając na zmianę. Staramy się zdrzemnąć wśród hałasu silnika mikrobusu i  monotonnej muzyki. Po drodze wyprzedzamy załadowane „pod niebo” rozklekotane autobusy Forda. Od czasu do czasu spotyka nas deszcz zamieniając rdzawego koloru drogę w błotnistą wstęgę wijącą się wśród łąk, pól i lasów. Po chyba pięciu godzinach robimy przerwę w jakiejś wiosce, którą stanowi skrzyżowanie dróg. Wokół tego skrzyżowania pobudowano kilka budynków ceglanych i „kręci się całe życie”. Są dwa bary na powietrzu, jakiś hotelik, kilka wiejskich sklepów. Co chwila przejeżdża ciężarówka rozganiając wałęsające się i ryjące na środku drogi świniaki. Spotykamy kilkuosobową grupkę turystów niemieckich i włoskich. Zjadamy wspaniały rosół ze skrzydełkiem kurczaka, wypijamy jakąś kawę i w drogę ku granicy. Po około 30 kilometrach błotnista droga urywa się nagle. Wyrastają jak z podziemi parterowe, pastelowo pomazane budynki. Jesteśmy w granicznej wsi Bethel. Tu kończy się trasa naszego gwatemalskiego busa. Przechodzimy do baraku, w którym sprawnie odbywa się odprawa celna i graniczna. Po może dwóch kwadransach cała nasza dziesiątka, ze swoimi bagażami przechodzi kilkanaście metrów dalej do prowizorycznie zrobionej przystani. Jesteśmy nad Rio Usumacinta. Rzeka ta stanowi naturalną granicę między Meksykiem i Gwatemalą na przestrzeni ponad 100 km. Na wodzie czekają już na nas łodzie motorowe. Sadowimy się po kilka osób a w dziobie zrzucamy plecaki. Dalszą drogę pokonamy rzeką. W sumie od gwatemalskiego brzegu odpływają 4 łodzie. Naszą długą i dość wąską łodzią kieruje kilkunastoletni śniady Gwatemalczyk, wyciskając z silnika Hondy maksymalne obroty. Płyniemy w dół jasnobrunatnej rzeki. Po obu jej brzegach dżungla. Nie widać żadnej osady. Do niedawna szmuglowano tędy narkotyki z Ameryki Południowej na północ. Pewnie ci sami właściciele łodzi, co wożą teraz turystów, zajmowali się w przeszłości szmuglem. A może nadal to robią, bo ruch turystyczny jest tutaj znikomy, a samo przejście mało uczęszczane i nie znane turystom. Po około godzinnym rejsie dopływamy do brzegu meksykańskiego. A na nim jeden murowany barak i kilkunastu uzbrojonych „po zęby” żołnierzy. Wychodzimy pojedynczo na brzeg. Żołnierze z marsowymi minami przyglądają się każdemu z nas. Podchodzimy do stolika przy którym następuje kontrola paszportowa. Tuż obok natomiast stoją dwaj żołnierze, którzy przeglądają bagaże. Otwieramy klapy naszych plecaków. Wnętrza ich jednak nie zainteresowały kontrolujących. Przechodzimy dalej, kierując się na drogę biegnącą tuż obok rzeki. Jesteśmy już w meksykańskim stanie Chiapas. Kontrola wojskowa jest tutaj prowadzona nie tylko z powodu przeszłości narkotykowej tej trasy, ale i z powodów politycznych. Stan Chiapas bowiem należy do najbiedniejszych w kraju i najbardziej „niepokornych”. To tutaj do niedawna panował „stan wyjątkowy”. Indianie żyjąc w skrajnej nędzy często doprowadzali do wybuchów rewolty. Znajdowali przy tym „akceptację” u wszelkiego autoramentu ruchów lewicowych. Chiapas to rejon, w którym ciągle żywe są idee zapatystów. To także stan niedoinwestowany, zarówno przez przemysł, jak i nawet turystykę (choć pewnym wyjątkiem jest Pelenque).
Na drodze czekają na nas taksówki. Jest ich kilka. Ładujemy się z plecakami, po 4 osoby i ruszamy do niedalekiej Frontera Corozal. W tej miejscowości przesiadamy się do czekającego już na nas mikrobusu. Poprzez San Javier jedziemy Carretera Fronteriza do odległego o 250 kilometrów Palenque. Jest już południe, na miejscu powinniśmy być jeszcze przed zmrokiem. To dobrze, bo nie będzie problemu ze znalezieniem hotelu. Cały czas zastanawiamy się, czy nie będziemy dopłacać „do tego interesu”. Jak na razie nic od nas nie chcą. A zatem opłata 30 US$ we Flores załatwia całą podróż. Przed piątą wieczorem wjeżdżamy do Palenque. Mikrobus dowozi nas do urzędu imigracyjnego. Tu trzeba załatwić formalności paszportowe, bo przejście graniczne nad Usumacintą było „polowe”. Pół godzinki i było po sprawie. Kierowca mikrobusu nie zamierzał nas jednak odwieźć do miasta (odległego od urzędu o jakieś 5 km) bez dodatkowej opłaty. Tłumaczył, że opłata w Gwatemali obejmowała tylko transport do urzędu, w pobliże Palenque. Zapytałem ile chce za przewiezienie do miasta. Była to niewielka kwota więc nasza dwójka zgodziła się natychmiast. Zastrajkowali jednak pozostali członkowie grupy. Bardzo ostro zareagowała para z Holandii i trójka ze Stanów. Krzyczeli i machali rękami. Śmieszyło nas to, bo „walka szła” raptem o kwotę rzędu 1 euro. To po prostu żenujące. Wsiedliśmy do auta i ze spokojem czekaliśmy końca kłótni. A koniec był taki, że kierowca „złamał się” i zabrał wszystkich do centrum Palenque „za friko”. Z dumą i nieskrywaną wyższością spoglądali na nas rodacy-europejczycy, myśląc o nas pewnie, jak o frajerach. W Palenque byliśmy po 10 minutach. Gdy wyładowywaliśmy się z busa kierowca podziękował nam za podróż a o pozostałych podróżnych coś tam powiedział innym kierowcom stojącym na przystanku. Reakcją ich były wrogie i pełne niechęci spojrzenia. Nie dotyczyły one nas. Nam natomiast zaoferowano pomoc w znalezieniu hotelu. Podziękowaliśmy za pomoc. Postanowiliśmy natomiast skorzystać z ich uprzejmości i przechować nasze plecaki do czasu znalezienia właściwej mety. A warto było, bo były one dość ciężkie a szukanie hoteliku zajęło nam prawie godzinę. I czy warto było stawiać sprawę „na ostrzu noża” za cenę jednego euro. Toż więcej w tej Holandii płaci się za toaletę, a życie w Meksyku jest naprawdę ciężkie.


Tekst : Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć ;
Zdjęcia : Teresa i Wiesław Gorączko

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;