Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Dziennik z wyprawy Adriatic Express
Dzień 1

207 km; 9:23 h

Kluczbork - Krapkowice - Racibórz - Granica Czeska - Cesky Tesin - Trinec


Poranek, godzina 7 - rundka honorowa po Kluczborku i ruszam na trasę. Początkowo mam obawy czy nie przewrócę się podczas jazdy z takim obciążeniem. Z każdym kilometrem jednak powoli przyzwyczajam się do bagażu i przyczepki. Około południa docieram do Krapkowic gdzie spotykam się z Wojtkiem. Chwilę czasu dzielimy bagaż, jedziemy na rynek, aby spotkać się z dziennikarzem z lokalnego tygodnika i ruszamy na naszą kolejną wyprawę. Tempo na trasie bardzo wysokie - 30 km/h wciąż na liczniku. Dopiero później gdy już przekroczyliśmy granice, znacznie osłabło. Pierwsze co rzuca się w oczy w Czechach to bardzo duża liczba rowerzystów - młodzi i starzy, kobiety i dzieci. Jednak my z nich wszystkich wyróżniamy się najbardziej i obok nikogo nie przejeżdżamy niezauważeni. Ok. 19 dojeżdżamy do małej miejscowości pod miastem Trinec. Tam nocleg oferuje nam osoba, którą wcześniej poznałem za pośrednictwem internetu. Warunki hotelowe - prysznic, łazienka. Tego dnia jeszcze nie rozkładamy namiotu i nie używamy naszych śpiworów

Dzień 2

123 km; 5:44 h

Trinec - Granica Słowacka - Zilinia - Priviedza


Wyruszamy o 7:30. Tak późno gdyż mamy umówiony nocleg w miejscowości Prievidza. Zaraz po ruszeniu na trasę, spoglądam na zaczep przyczepki i widzę, że ledwo co trzyma się mojego tylnego koła. Zatrzymujemy się i poprawiamy tą usterkę. Jednak po kilometrze, przyczepka wypina się, i po chwili powraca na swoje właściwe miejsce. Znowu zatrzymujemy się, a ja poprawiam sprzęt. Jedziemy dalej... już około południa mamy za sobą ponad połowę zaplanowanej na dzień dzisiejszy trasy. Mamy za sobą również pierwszą z dwóch przełęczy. Postanawiamy się więc zatrzymać w jakimś ciekawym miejscu na odpoczynek. Tym ciekawym miejscem okazuje się rzeka płynąca w pobliżu naszej drogi. Jemy tutaj obiad. Po obiedzie przychodzi czas na podjazd na drugą przełęcz. Podjazd okazuje się bardzo stromy. Pierwszy raz podczas tej wyprawy zmuszeni jesteśmy jechać na najmniejszych przełożeniach. Na górze robimy krótką przerwę. Na zjeździe Wojtek mknie ponad 70 km/h i na jednym z zakrętów o mały włos nie wypada z drogi. Ja zaś rozpędzam się do prędkości 60 km/h i w pewnym momencie... wypina mi się przyczepka. Po awaryjnym hamowaniu zatrzymuje się z lewej strony drogi ok. 30 m. od przyczepki, która wylądowała na samym środku jezdni, wcześniej koziołkując wielokrotnie po asfalcie. Na szczęście nie jest uszkodzona, nie jest uszkodzony również rower i co najważniejsze ja jestem cały i zdrowy, a tak mało brakowało a w drugi dzień zakończyła się nasza wyprawa. Mocuje przyczepkę do roweru i jadę dalej. Zaczyna padać. Dojeżdżamy jednak do naszego celu - miasta Prievidza. Tam spotykamy się z Ondrejem, z którym kontaktowałem się wcześniej przez internet w sprawie noclegu. Odrobinę zaskoczony naszą wizytą oferuje pomoc. Pomimo iż mieszka w bloku nie mamy żadnych problemów z transportem bagaży, gdyż w bloku do dyspozycji jest winda. Później wychodzimy do pubu, gdzie spotykamy znajomych Ondreja i spędzamy bardzo miły wieczór. Spać kładziemy się po godz. 23.

Dzień 3

192 km; 8:27

Prievidza - Zarnovica - Zeliezovce - Sturovo - WĘGRY - Esztergom


Pobudka o godzinie 6:00. Na dworze ziąb, pada deszcz. Nie zapowiada się przyjemny i łatwy dzień jazdy. Pakujemy się, żegnamy z Ondrejemy i jedziemy... leje. Po 15 km jesteśmy już kompletnie przemoknięci: kurtka, bluza, buty, skarpetki. Zatrzymujemy się, żeby się trochę osuszyć. mamy też nadzieje, że przestanie padać. Po niecałej godzinie znowu jesteśmy na trasie. Jeszcze pada, ale już znacznie lżej. Po 20 km. zaczynamy wspinać się na kolejną przełęcz. Jest zimno, wspinamy się coraz wyżej. Im wyżej tym gorsze warunki, spada widoczność, gdyż zagęszcza się mgła., a my ciągle podjeżdżamy. Najgorsze jest jednak to, że przez mgłę, nie wiemy ile jeszcze przed nami, gdyż nie widzimy otaczających nas szczytów i nie wiemy kiedy spodziewać się przełęczy i końca podjazdu. W końcu jednak docieramy na górę i rozpoczynamy zjazd. Po ostatnich przeżyciach jadę bardzo ostrożnie, kontroluje co się dzieje z przyczepką. Wojtek jadący z przodu zaś, co chwile ogląda się za siebie i kontroluje co się dzieje ze mną. Po zjedzie wyjeżdżamy na główną, ekspresową drogę, nie do końca pewni czy możemy się po niej poruszać, ale jednak jedziemy dalej. Droga, pomimo iż porusza się po niej wiele samochodów, jest dla nas bardzo komfortowa, gdyż po prawej stronie drogi znajduje się szerokie pobocze, które z powodzeniem można wykorzystywać jako ścieżka rowerowa. Kilka kilometrów przed granicą węgierską, na horyzoncie zarysowuje się potężna budowla jaką jest bazylika w mieście Esztergom. Sama budowla jest naprawdę imponującym obiektem i robi ogromne wrażenie. Przekraczamy Dunaj, czyli zarazem granice słowacko- węgierską. Wymieniamy walutę, robimy zakupy i ok. 10 km za Esztergomem, pierwszy raz rozbijamy namiot, z czym mieliśmy trochę kłopotów. Rozkładaliśmy go ponad godzinę (i tak źle). Wojtek zabiera się za wymianę szprychy, którą złamał kilka km. wcześniej, ja szykuje sobie kolację. Ok 22 kładziemy się spać.

Dzień 4

157 km; 7:57 h

Esztergom - Visegrad - Budapest - Kecskemet


Pobudka dzisiaj o godzinie 5. Po spakowaniu rzeczy, ruszamy na trasę która wiedzie wzdłuż Dunaju. Przed południem docieramy już do przedmieść Budapesztu. Wcześniej jednak robimy krótką przerwę, gdyż boli mnie mój kark. Smaruje go maścią przeciwbólową, ale nie wiele pomaga. trzeba jednak jechać dalej. Na drodze ruch pojazdów staje się coraz większy i bardziej uciążliwy. Do tego wszystkiego łapie gumę. Zjeżdżamy na stację i tam dokonuję wymiany dętki. godzinę później jesteśmy już w centrum Budapesztu. Z centrum udajemy się na górującą nad miastem cytadele, z której rozciąga się widok na całe miasto. tam urządzamy chwilę odpoczynku na obiad. Z cytadeli zaczynamy się kierować na wyjazd z miasta i w końcu uradowani opuszczamy je, zapominając o korkach i skrzyżowaniach. Kierujemy się główną drogą na Szeged. Przy drodze jednak co chwilę pojawia się znak: zakaz wjazdu zaprzęgów konnych, ciągników i rowerów. My jednak tym się nie przejmujemy. Na mapie nie mamy zaznaczonej, żadnej innej bocznej drogi, widzimy jedynie, że obok drogi po której się poruszamy, jest autostrada. Dlaczego więc zakaz dla rowerów na tej trasie? Droga tutaj jest wyjątkowo monotonna - cały czas płasko, a wzdłuż drogi cały czas pola kukurydzy i słoneczników, co jakiś czas jakaś miejscowość. Na przedmieściach miasta Kecskemet zaczynamy szukać noclegu. Wszystkie osoby, które spotykamy, nie znają jednak angielskiego, a ja niestety nie znam ani słowa po węgiersku. Gdy zaś spotykamy kogoś kto mówi po angielsku, mamy pecha bo trafiamy akurat na rodzinną imprezę i nie możemy przenocować. postanawiamy wyjechać za miasto. Słońce chowa się już pod horyzontem, a my nadal nie mamy gdzie spać. Robi się ciemno, jednak przy drodze pojawia się jakiś domek. podjeżdżamy...pytam właściciela czy mówi po angielsku. Niestety nie. Zaczynam więc na migi pokazywać o co chodzi i... udaje się, możemy rozbijać namiot.

Dzień 5

122 km; 6:18 h

Keckskemet - Seged - SERBIA -Pailc


Budzik dzwoni o godzinie 6, podnoszę się dopiero pół godziny później. po chwili wstaje również Wojtek. Wyjeżdżamy na trasę i znowu co chwile znaki "zakaz wjazdu dla rowerów". Kilkadziesiąt kilometrów dalej, przejeżdżamy obok patrolu policyjnego. Nie śmiało spoglądam w ich stronę, i sprawdzam ich reakcje. Wygląda na to, że wszystko jest w porządku, bowiem nas nie zatrzymują. Kontynuujemy więc, naszą nielegalną podróż. Wciąż boli mnie kark. Ból jest na tyle uciążliwy, że biorę tabletkę przeciwbólową. Dalej, gdy zatrzymujemy się na posiłek, podwyższam najbardziej jak to tylko możliwe moją kierownicę. W Szegedzie wydajemy resztkę forintów i kierujemy się w stronę granicy. Dojeżdżamy do przejścia i okazuje się, że przejście jest... zamknięte. Na przejściu jest tylko jeden strażnik z psem, który nas informuje w języku węgiersko - migowym, że...ja zrozumiałem że trzeba jechać autostradą, która szła w pobliżu drogi, Wojtek zaś zrozumiał, że tylko autobusem możemy dostać się do Serbii. Zawracamy więc kawałek i udajemy się na zwiad autostrady. Obok autostrady widzimy jakąś boczną drogę, która prowadzi wzdłuż autostrady. Wjeżdżamy więc na nią. Jednak zatrzymuje się pewna kobieta i informuje nas, że trzeba jechać autostradą. Zawracamy więc i wjeżdżamy na autostradę. Po kilometrze docieramy do przejścia granicznego i już jesteśmy w Serbii. Pierwsze wrażenia... dobra droga z szerokim poboczem, wszędzie sady, zadbane domy. Dojeżdżamy do miejscowości Palic. Tutaj postanawiamy szukać noclegu. Zaczynamy pytać miejscowych o zgodę. Tutaj już znacznie łatwiej z porozumiewaniem się. wiele osób zna angielski, bądź niemiecki. Próbujemy w kilku domach, jednak właściciele nie zgadzają się. Przy jednym z domków zatrzymuje się rowerzysta i pyta się w czy mógłby nam pomóc. W ten sposób poznajemy Dejana - lokalnego bikera, który pokazuje nam fajne miejsce nad jeziorem gdzie możemy się rozbić. Wieczorem również oprowadza mnie po Palicu.

Dzień 6

Palic - Subotica - Kula


Wstajemy, pakujemy się, jemy śniadanie. Zbliża się 9, o tej porze mieliśmy się spotkać z Dejanem. Wybija 9, zjawia się i Dejan, przywozi dla nas kukurydze, oraz informacje gdzie na trasie możemy znaleźć w razie problemu pomoc. Proponuje nam także, abyś pojechali trochę inną trasą i aby w Czarnogórze, w górach Durmitor jechać boczną drogą przez ten masyw górski do kanionu Pjeva. Przyjmujemy propozycje, żegnamy się z Dejanem i jedziemy...
...Kilka minut później docieramy do Suboticy. Tutaj zatrzymujemy się na stacji i jemy kukurydze, którą dostaliśmy od Dejana - trochę zimna i bez soli, ale zawsze to lepsze niż chleb z marmoladą. Dalej nasza trasa prowadzi przez płaskie, choć nie tak monotonne tereny jak na Węgrzech. W każdej miejscowości można znaleźć coś ciekawego - stare domy, kapliczki, zrujnowane kościoły... Najciekawsze są jednak cmentarzyki i nagrobki, które często znajdują się w ogródkach mieszkańców a nie na dużym, zbiorowym cmentarzu. O godzinie 14 docieramy do miejscowości Kula, gdzie mieszka osoba z którą umówiłem się wcześnie na spotkanie i na możliwość skorzystania z internetu. Odrobinę zaskoczona naszą wizytą, proponuje nam abyś zostali i wyjechali dopiero nazajutrz. Początkowo chwilę się wahamy, bo to dopiero południe i od rana posunęliśmy się tylko 60 km. Po chwili jednak decydujemy się, że zostaniemy. Pierwsze co robimy to prysznic, pierwsza kąpiel od 4 dni. Po jakimś czasie w domu naszego znajomego (Ernesta), pojawiają się jego znajomi (teraz nasi znajomi ;). My zaś wśród nich wszystkich, nie czuliśmy się jak w Serbii, lecz jak w...Wielkie Brytanii. Wszyscy bowiem rozmawiali po angielsku. Popołudniu wybieramy się, aby obejrzeć miasto. Znajdujemy m.in. ulicę Lenina :). Wieczorem w deszczu, z parasolkami idziemy do miejscowej straży pożarnej, aby pograć w tenisa stołowego. Nie ma lepszego od Wojtka i nie ma siły na jego podkręcone piłeczki. Co do samej jednostki straży pożarnej, to ciekawe było jej zorganizowanie - na całe miasto pracowała jedna osoba i w razie pożaru ona odpowiada za jego gaszenie . Po powrocie jemy wspaniałą kolacje przygotowaną przez mamę Ernesta i kładziemy się spać w łóżkach.

Dzień 7

187 km, 8:30h

Kula - Backa Palanka - CHORWACJA - SERBIA - Sid - Kuzmin - BOŚNIA I HERCEGOWINA - Bijeljina - Zvornik


Z rana jemy śniadanie u Ernesta, poznajemy także Piotrka - lokalnego bajkera, który potowarzyszy nam dziś przez część trasy. Pogoda nieciekawa - pochmurno, czasami kropi. Wyruszamy na trasę, prowadzi Piotrek. Jedziemy bardzo fajną, mało ruchliwą i co ważne, dobrej jakości drogą. Sprzyjający wiatr pozwala nam jechać 30 km/h. Nie jest to jednak dla mnie wcale łatwe, musze mocno naciskać na pedała, Wojtkowi idzie znacznie lepiej. W miejscowości Backa Palanka jedziemy do serwisu rowerowego, którego adres otrzymaliśmy od Dejana w Palicu. Tam Wojtek centruje koło, ja robię małe poprawki przy przyczepce. 5 km dalej dojeżdżamy do granicy Serbso - Chorwackiej. Tam też żegnamy się z Piotrkiem. Przez Chorwacje jedziemy tylko 10 km. Pierwszy raz od Słowacji, trasa prowadzi przez tereny bardziej pagórkowate, napotykamy także jeden dłuższy podjazd. Po chwili znowu jesteśmy na przejściu granicznym i znowu jesteśmy w Serbii. Zaraz za przejściem pokonujemy szybki zjazd i kilka kilometrów dalej zatrzymujemy się przy sklepie, aby zrobić małe zakupy. Wybór towarów bardzo mały, ceny nie za niskie. Kupić jednak coś trzeba. Siadamy na ławce przed sklepem i zaczynamy jeść nasz obiad. Po chwili wychodzi właściciel sklepu i daje nam gorącą kukurydzę. Ruszamy dalej... okazuje się, że jedziemy nie tą drogą, którą powinniśmy. Nie zawracamy jednak, postanawiamy wydłużyć sobie drogę o ok. 10 km. Docieramy do granicy z Bośnią. Pierwsze kilometry w Bośni to kilometry bardzo... głośne, gdyż większość kierowców na drodze niemalże non-stop używa klaksonu na drodze. Pierwsze kilometry w Bośni zaskoczyły nas także na plus, mianowicie... ściezka rowerowa biegnąca wzdłuż drogi. Tego na pewno tutaj się nie spodziewaliśmy. Nazwy miejscowości podane były tylko w cyrylicy, której nie znamy. Dlatego też, co chwilę musieliśmy się pytać o drogę, upewniać czy dobrze jedziemy. Pierwsze większe miasto w Bośni - Bijelijna - pełne życia. Dziesiątki ludzi na ulicach, trąbiące samochody na drogach, jakaś mała impreza w środku miasta. My jednak nie zostajemy tutaj dłużej, gdyż naszym celem dziś jest dojechać do miejscowości Zvornik gdzie mamy umówiony nocleg. Teraz wyraźniejsze staje się to, iż to ostatnie kilometry po nizinie, gdyż na horyzoncie rysuje się zarys gór. Docieramy nad rzekę Drinę wzdłuż, której mamy zamiar jechać przez dłuższy czas. Trasa prowadzi w górę rzeki, a więc liczyliśmy się z tym, iż trasa może być trudna. Jednak okazało się, że trasa jest bardzo przyjemna i pozwala nam rozwinąć znaczną średnią prędkość. Odliczamy kilometry do Zvornika, w pewnym momencie zaczynamy się niepokoić, gdyż z naszych obliczeń wynika, że już dawno powinniśmy przekroczyć Drinę i jechać stroną serbską, tak jak mieliśmy to zaznaczone na mapie. Mija kolejne pół godziny, jest już dosyć późno a my wg. mapy jesteśmy ok. 30 km. od Zvornika. Na liczniku mamy już ponad 170 km. Zatrzymujemy się i pytamy miejscowego ile jeszcze kilometrów do Zvornika. Chłop odpowiada nam, że...5. Odrobinę zaskoczeni i z lekkim niedowierzaniem ruszamy dalej. Po chwili szczęśliwi przekraczamy tabliczkę Zvornik. Tam spotykamy się z Dusanem, który zaoferował nam pomoc w postaci noclegu. Wieczorem po rozpakowaniu i prysznicu ruszamy na miasto, gdzie akurat odbywa się coroczny festiwal. Tam mamy swój debiut w bośniackiej telewizji gdzie opowiadamy swoje wrażenia ze Zvornika.

Dzień 8

116 km, 6:47h

Zvornik - Bajina Basta - Kremna

Po przebudzeniu się i śniadaniu wybraliśmy się na wycieczkę z Dusanem. Naszym celem były ruiny dawnego zameczku. Dotarliśmy tam w wyjątkowy sposób jak na nas, gdyż dojechaliśmy taksówką. Po powrocie spakowaliśmy się i po przekroczeniu mostu na Drinie znaleźliśmy się w Serbii i kontynuowaliśmy naszą podróż doliną Driny. Trasa bardzo przyjemna, dosyć płasko do tego świetna nawierzchnia. Po 90 km trasy dojechaliśmy do miasta Bajina Basta. Tutaj pożegnaliśmy się z Driną. Tutaj również pożegnaliśmy się na dobre z nizinnymi trasami. Stąd, niemalże aż do Polski trasa prowadziła cały czas po terenach wyżynnych albo górskich. Pierwszym górskim testem był 12 kilometrowy podjazd, z którego roztaczały się fantastyczne widoki na dolinę rzeki Driny. W pobliżu szczytu przełęczy czuliśmy się jak w Dolomitach za sprawą pionowych, stromych formacji skalnych. Podczas podjeżdżania jadący z naprzeciwka samochód zatrzymuje się, a ciekawski kierowca zatrzymuje się i pociesza mnie, że jeszcze kawałek i będzie"płasko". Chwile z nim rozmawiam i ruszam dalej. W końcu docieramy na szczyt. Szczęśliwi szykujemy się do zjazdu: ubieramy kurtki, ja poprawiam przyczepkę. I zjeżdżamy ok. 500 metrów, a tu...znowu pod górę. Lekko zdenerwowani pedałujemy pod górę. Po kilku minutach pojawia się i ten właściwy zjazd. Jest jednak bardzo niebezpiecznie - droga mokra, dużo kamyczków i piasku. Wyprzedzający nas kierowcy na zjeździe machają nam, trąbią i pozdrawiają. Docieramy do miejscowości Kremna, tutaj planujemy się gdzieś rozbić. Wcześniej jednak udajemy się na zakupy, aby wydać resztę serbskich pieniędzy. Postanawiamy rozbić się nad rzeką płynącą w pobliżu miejscowości. Pytam się jednak w jednym z domków czy możemy rozbić namiot na pobliskim polu - udaje się. Rozbijamy namiot i przychodzi do nas gospodarz. Pyta się czy chcemy kawę i"sznaps". Odpowiedziałem z lekkim wahaniem"tak", choć właściwie nie miałem pojęcia co to jest ten �sznaps". Po chwili przychodzi z buteleczką wódki. Miałem nadzieje, że po jednym kieliszku się skończy, jednak gospodarz buteleczkę zostawił, przygotował stolik i przyniósł kawę. Rozpoczęła się długa rozmowa w języku polsko-serbskim, która zakończyła się dopiero, gdy skończył się sznaps. Poszliśmy spać. Na pewno na długo zapamiętamy ten wieczór, a w szczególności Wojtek.

Dzień 9

Kremna - Kremna

Budzimy się bardzo późno. Ciężko się nam wstaje po wczorajszym. Pakujemy się. Przychodzi do nas gospodarz. Zaprasza nas na kawę. Nie odmawiamy. Obok kawy oczywiście stawia"sznapsa" na którego nie mamy ochoty patrzeć. Na szczęście kończy się tylko na kawie. Startujemy na trasę, zaczyna lać. Postanawiamy się gdzieś zatrzymać. Wypadło na dopiero co budowany domek. Zatrzymujemy się tam i czekamy na poprawę pogody, co niestety nie następuje. Przychodzi do nas gospodarz i oferuje nam nocleg w komórce, gdzie jest cieplej. Przed 20 kładziemy się spać. Budzik nastawiamy na 6, raczej nie mając nadziei, że będzie dobra pogoda.

Dzień 10

146 km 8:17

Krmena - BOŚNIA I HERCEGOWINA - Visegrad - Gorazde - CZARNOGÓRA - Pljevlja


Budzimy się. Nie słychać, żeby deszcz padał. Wojtek pierwszy wstaje, włącza światło i krzyczy"pobudka". Mówi, że jest super pogoda. Ruszamy na trasę. Po 2 kilometrach napotykam na objazd. Jednak wychodzimy z założenia, że objazdy nie dotyczą rowerzystów, nawet jak jest zamknięty tunel tak jak w tym przypadku. Jedyne wejście do tunelu to coś na kształt drzwi. Zaglądamy do środka - kompletnie ciemno, jedynie na końcu widać słabe światło i huk maszyn. Zakładamy światełko i powolutku jedziemy ze sporą dawką emocji. Dojeżdżamy do ekipy remontującej tunel. Pracownicy patrzą się na nas nie mówiąc ani słowa, a my opuszczamy tunel. Jak się okazało dzięki temu manewrowi, oszczędziliśmy sobie zdobywanie przełęczy i kilka kilometrów. Teraz tylko zjazd. Ubieramy się w kurtki i jedziemy cały czas w dół rzeki. Po drodze mamy okazje podziwiać niesamowite widoki - głębokie kaniony, wysokie, postrzępione skały, skalne przepaście. Co chwilę droga przebija się przez skały krótkimi tunelami. Dojeżdżamy do miasta Visegrad, gdzie znajduje się bardzo malowniczy, stary most. Od Visegradu jedziemy ponownie wzdłuż rzeki Driny. Trasa prowadzi bardzo blisko rzeki, która przełamuje się w tym miejscu przez góry. Widoki są niesamowite. Dojeżdżamy do miasta Gorazde. W miejscowości tej bardzo wyraźnie widać jeszcze ślady wojny - pola minowe w pobliżu miasta, zniszczone od pocisków domy.

W mieście tym odbijamy od Driny i kierujemy się, boczną trasą w kierunku przejścia granicznego. Rozpoczyna się długi, monotonny podjazd na przełęcz położoną 1335 m.n.p.m. Po drodze mijamy stare, malownicze wioski i miasteczka. Po drodze szczególnie urokliwe są stare cmentarze oraz przydrożne, stare nagrobki. Po 2 godzinach podjazdu docieramy na przełęcz i wjeżdżamy do Czarnogóry. Po krótkim zjeździe robi się dosyć płasko. Zmienia się także krajobraz. Wzgórza porośnięte są tylko niskimi krzewami, nie ma w ogóle lasów. Po drodze mijamy tylko kilka domków, a o sklepie możemy zapomnieć. Jest dla nas szczególnie bolesne, bo jesteśmy głodni i nie mamy już chleba. Mijają kolejne kilometry po "bezludnych" terenach. Raz pod górę, raz z górki. Po 40 km od granicy docieramy do miasta Pljevlja. Pytamy się w sklepie czy jest chleb - niestety brak. Jednak sprzedawczyni kieruje nas do piekarni. Tam dostajemy ciepły, pyszny chleb ciesząc się jak dzieci, że za chwilę urządzimy sobie ucztę. Dojeżdżamy jeszcze pod mały market, żeby kupić coś "do chleba". Po posiłku wyjeżdżamy za miasto i rozbijamy namiot w ogrodzie za pozwoleniem gospodarzy od których dostajemy 2 jajka oraz wodę na kolację.

Dzień 11

71 km 5:04

Pljevlia - Zabljak


Budzimy się o 6:00. Na dworze pada deszcz, tak jak wczoraj Wojtek prorokował. Śpimy więc odrobinę dłużej i wstajemy o 7:00, już nie pada. Okazuje się, że w namiocie jest mokro, tropik przeciekał, a to był tylko słaby deszcz. Po śniadaniu ruszamy na trasę. Początkowo jest płasko, co umożliwia nam jazdę z prędkości ok. 25 km/h. Po kilku kilometrach rozpoczyna się długi, monotonny podjazd. Po pokonaniu podjazdu, droga prowadzi raz w górę, raz w dół. Jedzie się bardzo ciężko, gdyż bardzo mocno wieje a my jedziemy "pod wiatr". Nawet na zjazdach trudno się rozpędzić. Dojeżdżamy do kanionu rzeki Tary. Wysokości między szczytami a dnem kanionu sięgają 1000 metrów co robi ogromne wrażenie. Pokonujemy jeden podjazd za drugim. Dojeżdżamy do miejscowości Zabljak i kierujemy się do jednej z restauracji, którą nam polecał Dejan. Tam dostajemy informacje dotyczące naszej trasy przez góry Durmitor. Postanawiamy także, wybrać się nad 2 pobliskie jeziora. Zostawiamy bagaż na zapleczu restauracji i jedziemy. Nad pierwsze jezioro - jez. Crne dojeżdżamy bez większych problemów. Na drugie kierujemy się pieszym szlakiem turystycznym, na którym to panują warunki dla piechurów, a nie rowerzystów - błoto, strumyczki rozlewające się po ścieżce, powalone drzewa. Często musimy prowadzić rowery. Dosyć mocno zmęczeni docieramy nad jezioro Zminje. Stamtąd kierujemy się z powrotem do restauracji . Rozbijamy namiot na zapleczu restauracji.

Dzień 12

14 km 1:07

Budzimy się o 6:00. Niemalże tradycyjnie pada deszcz. Śpimy więc trochę dłużej. Po pobudce, śniadaniu pakujemy się. Wszystko idzie nam bardzo powoli, ponieważ pada co chwilę deszcz. W końcu jednak opatuleni w kurtki startujemy na trasę. Warunki są bardzo trudne deszcz i co najgorsze wiat wijący prosto w twarz. Na horyzoncie potężne, ciemne chmury. Zaczyna mocniej padać, zjeżdżamy więc z drogi i chronimy się w domku, w którym przez jakiś czas pewnie przebywały owce co bardzo wyraźnie czuć. Przestaje padać, jednak po niebie wciąż posuwają się ciemne chmury. Postanawiamy jechać dalej. Wsiadamy, z ledwością pedałujemy pokonując opory sztormowego wiatru. Po 200 metrach zaczyna znowu padać. Spoglądam na Wojtka, pokazuje żeby jechać, więc jadę. Na horyzoncie nie widać żadnych zabudowań gdzie możnaby się schronić. Pada coraz mocniej. Na szczęście po prawej stronie drogi spostrzegamy drewnianą chatkę. Postanawiamy się tam schronić. Stoimy chwilę na dworze, lecz wychodzi gospodarz i zaprasza nas do środka. Chatka to mieszkanie dla 4 osób: rodziców i 2 małych dzieciaków. Chatka ta to jedno skromnie urządzone pomieszczenie o wymiarach ok. 4x4 m. przedzielone zasłoną na 2 części. Właściciel chatki to pasterz owiec. Rozmawiamy chwile z rodziną, proponują nam herbatę, odmawiamy jednak gdyż żal było nam cokolwiek brać od nich. Żałowałem także wtedy, że nie mamy nic żeby zostawić na pamiątkę dzieciakom, jakiś drobiazg chociażby. Chcąc czy nie chcąc zostaliśmy jednak poczęstowani"jogurtem" (po polsku - śmietaną) prosto od owiec. Po ok. 30 minutach pożegnaliśmy się, podziękowaliśmy i znowu pojawiliśmy się na rowerach. Przestało padać, ciągle jednak strasznie wieje. Z głównej drogi skręciliśmy w boczną trasę prowadzącą na przełęcz położoną w sercu masywu górskiego Durmitor. Po kilku kilometrach podjazdu znowu się rozpadało. Do tego z nawierzchni trasy znikł asfalt i zaczęło wiać jeszcze mocniej. Nad szczytami gór piętrzyły się zaś czarne chmury. Zatrzymaliśmy się przy przydrożnej skale - ostatnim schronieniu przed wiatrem jaki widzieliśmy na horyzoncie. Tam zaczęliśmy się zastanawiać co robić - jechać czy nie?...

Podejmujemy decyzję, aby zawrócić i rozbić namiot. Wracamy się jakieś 2 kilometry i tam rozbijamy namiot. Jest bardzo wcześnie, bo dopiero po 14, a my już zakończyliśmy dzisiejszy dzień. Nie mamy co robić. Przeglądamy więc dokładnie mapy, i wszystkie inne dokumenty jakie przy sobie mamy. Zastanawiamy się czy jutro będzie pogoda i czy uda nam się przebić przez góry i nie możemy się doczekać kiedy dotrzemy nad Adriatyk.

Dzień 13

149km 8:05

Durmitor - Kanion Pive - Niksic - Podgorica


Po przebudzeniu pierwsze co robimy to wyglądamy z namiotu sprawdzając jaka jest pogoda. Niebo błękitne, jednak nad masywem gór, piętrzą się groźne, czarne chmury. Chcemy jednak spróbować i jechać. Szybko pakujemy się, jemy śniadanie i ruszamy jak najszybciej wykorzystując moment w miarę stabilnej pogody. Jedziemy pod wiatr, ale już nie tak mocny jak wczorajszego dnia. Przed nami widać już nasz główny cel, czyli przełęcz Sedlo. Pedałujemy jednak bardzo wolno - przeszkadza nam nie tylko wiatr, ale również nachylenie oraz szutrowa nawierzchnia drogi. Na trasie spotykamy Polaków. Rozmawiamy z nimi chwilę opowiadamy o wyprawie i jedziemy dalej. W końcu udaje nam się zdobyć przełęcz z której roztaczają się bajeczne widoki na skaliste, budzące respekt góry. Przełęcz Sedlo jak się okazało nie była ostatnią przełęczą na trasie przez góry Durmitoru. Droga wiodła raz w dół, raz w górę. Po kilku godzinach udało nam się jednak ostatecznie przebić i opuścić góry Durmitoru. Kolejną atrakcją tego dnia był niesamowity kanion Pive. W głąb kanionu, do rzeki prowadziła nas kręty zjazd prowadzący co chwilę przez krótkie nieoświetlone tunele. Po zjeździe na sam dół rzeki, musieliśmy się wydostać z kanionu pokonując kolejny podjazd. Po kilku godzinach jazdy przez góry docieramy na przedmieścia stolicy Czarnogóry - Podgoricy. Za pozwoleniem mieszkańców rozbijamy nasz namiot na łące w pobliżu miejscowości. Przy rozbijaniu namiotu co chwilę pojawia się kilka osób i przygląda nam. Szczególnie jedna osoba mi zapadła w pamięć, która pytała m.in. po co nam nóż :-)

Dzień 14

131 km 7:13

Podgorica - Jezioro Szkoderskie - Petrovac - Budva - Kotor


Zapowiada się piękny, upalny dzień. Dzień, na który czekaliśmy od dawna. Dziś bowiem mamy zamiar dotrzeć nad Adriatyk i rozpocząć kilkuset-kilometrową podróż jego brzegiem. Sprzyja nam także wiatr, dzięki czemu pedałujemy z prędkością prawie 30 km/h. Po godzinie jazdy mijamy bagniste tereny jeziora Szkoderskiego leżącego na granicy Czarnogóry i Albanii. Przed nami pojawia się nasz ostatni przeciwnik w drodze nad morze - masyw górski ciągnący się równolegle do brzegu. Rozpoczynamy podjazd. Z każdą chwilą co raz wyraźniejsze staje się to, że docieramy w rejon Adriatyku. Informuje nas o tym zmieniająca się szata roślinna. Wzdłuż trasy pojawiają się figi i oliwki. Po żmudnym i wyczerpującym podjeździe docieramy na przełęcz z której pierwszy raz mamy okazje podziwiać morze.

Kilka minut później, jesteśmy już kilkaset metrów niżej w miejscowości Petrovac i z tego miejsca rozpoczynamy jazdę na północ, wzdłuż wybrzeży Adriatyku. Już pierwsze kilometry jazdy wzdłuż wybrzeża nie były łatwe - cały czas w górę i w dół, do tego żar lejący się z nieba, 30 stopniowe temperatury i ogromny ruch na jadrańskiej magistrali prowadzącej wzdłuż morza. Pierwszą kąpiel w morzu zażywamy w malowniczej miejscowości Sv. Stefan. Po dwu-godzinnym wypoczynku ruszamy w pełnym słońcu dalej na trasę. Kilkanaście kilometrów dalej w kole Wojtka pęka szprycha. Musimy się więc zatrzymać. Wojtek sprawnie usuwa usterkę, ja w tym czasie jadę zaopatrzyć nas w wodę. Po 30 minutach znowu jesteśmy na trasie. Dojeżdżamy do Zatoki Kotorskiej. Tam wsiadamy na prom, który zawozi nas na drugą stronę zatoki. Nocleg spędzamy na skarpie z oszałamiającym widokiem na zatokę.

Dzień 15

110 km 5:38

Kotor - Perast - CHORWACJA - Dubrovnik - Siano


Jeszcze przed śniadaniem okazuje się, że Wojtek ma przebitą dętkę. Dlatego też wyjeżdżamy trochę później gdyż najpierw musimy usunąć tą usterkę. Niestety już na trasie okazuje się, że z dętki nadal schodzi powietrze, więc musimy kolejny raz się zatrzymać i kleić dętkę. Tego dnia wjeżdżamy do Chorwacji. Od tego czasu musieliśmy zmienić odrobinę naszą dietę (dokładniej rzecz biorąc w związku z cenami w Chorwacji). Podstawą żywnościową od tej pory stał się dla nas chleb, ryż, marmolada. Daje się przeżyć. Tego dnia również docieramy do jednego z najpiękniejszych miast europy - Dubrovnika. Niestety jak każde miasto, które jest tak znane ma swoje minusy jak wszechobecna komercja, tłumy turystów... Jednak minusy te rekompensują urocze uliczki, zabytkowe kamienice i inne budowle Dubrovnika. Niestety po zabytkowej części miasta trudno poruszać się z rowerem (mamy już pewne wspomnienia z taką sytuacją z poprzedniej wyprawy - z Wenecji). Postanawiamy więc zostawić gdzieś rowery i ruszyć na podbój miasto bez nich. Pytamy się w kilku restauracjach czy jest możliwość zostawić rowery gdzieś na zapleczu, nie udaje się jednak. Zabieramy więc rowery ze sobą i zaczynamy je prowadzić zabytkowymi uliczkami Dubrovnika. W pewnym momencie wpadamy na pomysł żeby tak zwyczajnie zostawić rowery pod murem z całym bagażem. Jak myślimy, tak robimy. Prosimy przy tym osobę sprzedającą obrazy, aby w miarę możliwości spoglądała co się z nimi dzieje. Wolni ruszamy na miasto. Po spacerze wracamy, rowery stoją jak stały. Bagaż nie ruszony, wszystko w jak najlepszym porządku. Wyjeżdżamy z miasta i kilka kilometrów dalej spotykamy rowerzystę z Bośni, z którym jakoś trudno nam się dogadać. Jest jednak zachwycony naszą podróżą, robi nam zdjęcia, fotografuje także przyczepkę Extrawheela. Za miastem wskakujemy do morza i odpoczywamy przez 2 godziny.
Wieczorem, będąc już sporo kilometrów za Dubrovnikiem postanawiamy rozbić namiot. Ciekawym miejscem wg. nas jest winnica. Pytamy więc starszego Pana czy możemy rozbić namiot. On wskazuje nam równie ciekawe miejsce po drugiej stronie drogi - gaj oliwny. Propozycję akceptujemy. Spotykamy później syna starszego Pana, który daje nam sporo jabłek, a także wodę, ze zdobyciem której wiąże się cały rytuał pobierania jej ze studni, przelewania do wiaderek, dalej do butelek... Miejsce w którym rozbijamy namiot okazuje się bardzo głośnie. Nie ze względu na to, że w pobliżu jest droga, lecz na to iż gaj jest pełen życia. Tysiące żyjątek wydaje różne odgłosy, co tworzy specyficzny hałas. To iż gaj ten jest pełen życia przekonuje się Wojtek, gdy przed jego stopami ucieka wąż...Dlatego tego dnia wyjątkowo pilnujemy aby namiot był szczelnie zamknięty. Nie chcemy mieć bowiem towarzystwa w czasie snu.

Dzień 16

148 km; 7:18

Siano - Ston - BOŚNIA I HERCEGOWINA - Neum - CHORWACJA - Ploce - Makarska

Czytaj dalej


Dzień 17

Makarska - Split - Omis - Trogir - Primosten

Udało się! Założyliśmy, że wstaniemy o 5:00. I tak się właśnie stało. Właśnie robi mi się śniadanie i korzystając z chwili wolnego czasu pisze relację. Wczorajszy dzień rozpoczęliśmy po 8. Skierowaliśmy się na wyspę Peljesac. Tam dotarliśmy do miasta Ston. W informacji turystycznej wypytaliśmy się o ceny promu na wyspę Korcula, niestety ceny nie na naszą nisko-budżetową kieszeń wyprawową. Wróciliśmy kilka kilometrów i ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Splitu. Trasa ciągle bardzo wymagająca. Wymagająca siły, wytrzymałości i cierpliwości, szczególnie na podjazdach. Ogromna ilość pojazdów, trzydziesto stopniowe temperatury.
Około godziny 13 zaplanowaliśmy przerwę na wypoczynek na plaży. Jednak akurat wtedy oddaliliśmy się trochę dalej od brzegu i popływać mogliśmy dopiero dwie godziny później. Dwie godziny odpoczynku wykorzystaliśmy na kąpiel, posiłek, odpoczynek na ławeczce. Flaga naszego kraju zawieszona na przyczepce robiła dużą furorę, szczególnie na Polakach. Widać w ich oczach podziw, zdumienie, a może myśli że jesteśmy nienormalni...sam nie wiem. Po 17, nie chętnie wyruszamy na trasę. Ciągle jeszcze gorąco. Wojtek do tego znowu łamie szprychę. Postanawiamy jednak to naprawić gdy już rozbijemy namiot. Namiot zaś rozbiliśmy, a ściślej określając rozłożyliśmy na skale z widokiem na Adriatyk. Jak dotąd chyba najlepsza miejscówka jaką kiedykolwielk mieliśmy. Właśnie w tym momencie, z tego miejsca mam okazje podziwiać wschód słońca. Warto było tak wcześnie dzisiaj wstawać.

Po tak ciekawym poranku kolejnymi atrakcjami dnia było zwiedzanie miast - Splitu oraz Trogiru. W Splicie szczególnie ciekawie prezentują się rzymskie, starożytne pozostałości po różnego rodzaju budowlach, m.in. murach obronnych, czy bramach wjazdowych do miasta. Obejrzeliśmy tam także słynną świątynię Djoklecjana wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Miasteczko Trogir położone ok. 20 kilometrów od Splitu można najkrócej określić przymiotnikiem 'ładne'. Swój urok zawdzięcza świetnie zachowanym budowlom oraz uroczemu położeniu na małej wysepce. Po zwiedzeniu miasteczka ruszyliśmy dalej i 40 kilometrów od Trogiru rozbiliśmy namiot na kamienistej skarpie schodzącej do morza.

Dzień 18

145 km 7:39

Sibenik - Biograd na Moru - Zadar - Zaton


Budzę się dziś pierwszy. Staram szybko spakować, zjeść, aby jak najszybciej pojawić się na trasie i przejechać jak najwięcej kilometrów przed południowym upałem. Wyjeżdżamy jednak dopiero o 7. Po godzinie docieramy do Sibenika. Dzięki temu, że jesteśmy tak wcześnie, miasto jest kompletnie puste i dzięki temu ma swój wyjątkowo urokliwy klimat. Chyba dlatego tak bardzo podobał mi się Sibenik - najciekawsze miasto jakie okazje miałem do tej pory zwiedzać. Wojtek co prawda wolałby nie jeździć po miastach, gdyż rzeczywiście jest to chwilami uciążliwe. Gdyby jechał sam zapewne traktowałby miasta jak miejsce tranzytowe, albo omijał je szerokim łukiem. Jednak ja często chcę je zwiedzać. Na szczęście nie dochodzi do żadnych konfliktów. Wojtek akceptuje taką sytuację, nie marudzi, nie narzeka i chwała mu za to! :-)

Tego dnia mijamy jeszcze jedno większe miasto - Zadar. Tutaj także odbijamy od Adriatyku bardziej w głąb lądu. Teraz naszym celem stają się Jeziora Plitwickie - jedna z wizytówek Chorwacji. Wokół drogi rozciągają się niemalże pustynne krajobrazy - wylesione, pełne skał tereny pokryte miejscami niskimi krzakami. Zastanawiamy się gdzie rozbijemy namiot - tereny są słabo zamieszkałe, a na takim skalistym podłożu namiotu raczej nie rozbijemy. Docieramy do jakiejś małej miejscowości. Tam jednak odbywa się wesele i wygląda na to, że wszyscy mieszkańcy wioski właśnie tam się bawią. Nie mamy więc kogo zapytać o możliwość rozbicia namiotu. Jedziemy więc dalej.
Zaczyna robić się ciemno...dodatkowo od rozbijania na dziko namiotu odstraszają nas ustawione raz po lewej, raz po prawej strony drogi tabliczki ostrzegające przed minami z dużym napisem MINES i rysunkiem trupiej czaszki. Udaje się nam jednak dojechać do kolejnej miejscowości przed zmierzchem i za zgodą pewnej rodziny rozbijamy namiot w dużym ogrodzie. Zostajemy również poczęstowani gorącym mlekiem i dostajemy dostęp do wody ze studni, którą wykorzystujemy aby przygotować kolację, wyprać ubrania i umyć się.

Dzień 19


Zaton - Gracac - Plitvice

Wstaję pierwszy o 5:30. Spoglądam na mapę, zapowiada się trudny dzień. Wnioskujemy, że czeka nas dziś dużo podjazdów. Pierwsze minuty jazdy jednak weryfikują nasze wnioski. Jest jeszcze gorzej niż zakładaliśmy! Dzień zaczynamy bowiem od małej rozgrzewki, o której marzy z pewnością każdy rowerzysta. Pierwsze półtora godziny spędzamy bowiem na 13-kilometrowym podjeździe. Docieramy na przełęcz położoną 700 m.n.p.m. Pierwszy jak zwykle na górze pojawia się Wojtek. Ja jakieś 5-10 minut później. Nasz wynik jest cudowny - godzina 9:30, a my za sobą mamy ledwie 20 kilometrów (zazwyczaj o tej porze mieliśmy przejechane dwa razy więcej). Po zdobyciu przełęczy i krótkim zjeździe jedzie się nam jakoś dziwnie, jakoś ciężko, tak jakbyśmy jechali pod górę, ale tak nie jest. Nasze morale spadają blisko zera. Lekko zdołowani, zmęczeni takimi warunkami jazdy zatrzymujemy się przy restauracji. Jemy chleb z dżemem, siedzimy bezczynnie. Nie możemy jednak tutaj nocować. Nie możemy tracić całego dnia w tym miejscu. Wsiadamy więc na rowery i pedałujemy dalej. O dziwo jedzie nam się fajnie, nawet bardzo fajnie. Zaczynamy powoli nadrabiać poranne straty. Około południa mamy 65 kilometrów za sobą. Podjazdy o których myśleliśmy z rana, okazują się niegroźne. Dojeżdżamy do Plitvic. Wokół nas robi się zielono. Zaczynamy przecinać tereny zalesione, które ostatni raz widzieliśmy w Czarnogórze. Pokonujemy jeszcze krótki podjazd i szybkim zjazdem docieramy do serca Parku Narodowego Jezior Plitwickich. Przy kasach dowiadujemy się, iż bilet na wstęp do parku kosztuje 100 kun (tj. ok. 60 zł). Zdecydowanie za dużo. Nie po to jednak jechaliśmy taki kawał drogi żeby nic nie obejrzeć. Czemu więc nie poszukać własnej drogi do największych atrakcji Parku Narodowego? Czy to jednak możliwe?

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.narowerze.info/


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;