Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Relacja z Tour des Alpes
Dzień 1 środa 13.07.2005 30*C

139 km 6:00 h

Skoczów - Cieszyn - CZECHY - Trinec - SŁOWACJA - Cadca - Zilina - Bytca - Povazaska Bystrica


Nasz pierwszy wspólny poranek. Pakujemy się, sprawdzamy czy wszystko mamy, ostatnie przygotowania, poprawki. Wyruszamy na drogę. Czekamy chwilę na dwie osoby z innego Teamu, które będą nam towarzyszyć do Wiednia. Ok. 9:30 spotykamy się i ruszamy. W Cieszynie na rynku spotykamy się z reporterem Dziennika Zachodniego i kierujemy się na granice. I już nie jesteśmy w Polsce. Pierwsze kilometry za Cieszynem pokazują, że mamy silną, szybką grupkę. Pomimo, iż jesteśmy cali obładowani bagażem, jedziemy z prędkością ok. 30 km/h. Tego się nie spodziewałem. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy na granice słowacką. Kawałek z górki i jesteśmy w miejscowości Cadca. Dalej mkniemy doliną Wagu. Łatwa trasa, cały czas leciutko z górki. Nocujemy na wale przeciwpowodziowym rzeki.

Dzień 2 czwartek 14.07.2005 32*C

138 km 5:08 h

Povazska Bystrica - Dubnica - Trencin - Nove Mesto - Piestany - Trnava - Senec


Pobudka o godzinie 6:40. Startujemy o 8:00. Znowu niesamowite tempo. Ciągle ok. 30 km/h. Nasza wyprawa przypomina raczej Tour de France, a nie Tour des Alpes. W ciągu całego dnia mamy tylko 2 postoje przy hipermarkecie, gdzie robimy zakupy. Męczący jest również upał. Na wieczór uciekaliśmy trochę przed burzą. Udało się nie zmoknąć. Za Senecem napotykamy niezwykłe zielonkawo - błękitne jeziorko. Wszyscy zgodnie twierdzimy, iż należy się tu rozbić. Namioty ustawiamy obok mało ruchliwej drogi nad skarpą jeziora. Kąpiemy się. Janusz zanosi telefon do pobliskiego domu aby podładować baterie. Wraca z butelką wina, które dali właściciele domku. Wczeźniej dostajemy pół butelki Napoleona od Czechów, którzy twierdzą iż nie mogą już więcej wypić.

Dzień 3 piątek 15.07.2005 30*C

142 km 7:26 h

Bratysława - AUSTRIA - Wiedeń - Leobersdorf


Dzisiaj wstajemy znacznie wczeźniej niż wczoraj, bo już o 5:00. Chcemy pokonać jak najdłuższy odcinek przed południem, gdy słońce jeszcze mocno nie grzeje. Poranek dosyć chłodny. Gdy wstajemy słońce ledwo wystaje za horyzont. Startujemy ok. 7. Już na pierwszych kilometrach wysokie tempo. Ja już czuje zakwasy w nogach. Poprzednie 2 dni były nie złym dla mnie wyciskiem. Zostaje odrobinę w tyle za grupką. Lecz po krótkim czasie wjeżdżamy do Bratysławy. Szerokie, kilkupasmowe ulice prowadzą do centrum. Wjeżdżamy na główny most Bratysławy, pomimo znaku śzakaz wjazdu rowerówś (ścieżka dla rowerów prowadziła pod mostem, o czym oczywiście wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy). Na moście wspaniały widok na Dunaj i bratysławski zamek. Po chwili zaczynamy poszukiwania słynnej naddunajskiej ścieżki rowerowej. Trochę błądzimy, nabijamy niepotrzebnych kilometrów. W końcu udaje się - kierujemy się ku granicy słowacko - austriackiej. Wjeżdżamy do Austrii. Pierwsza miejscowość austriacka i jesteśmy w lekkim szoku. Wszystko zadbane, niesamowity porządek. ścieżka świetna - jak stół. Po kilku kilometrach jednak ścieżka zaczyna odbijać od głównej drogi to w prawo, to w lewo. Trochę zdenerwowani na samych siebie wybieramy główną drogę. Jednak i tu nie jedzie się łatwo. Żar leje się z nieba. Temperatura sięga ponad 30 stopni. A trasa ciągle przecina tylko pola. Wokół tylko słoneczniki i zboża. Zero lasów. W końcu docieramy do Wiednia. Tu zaczyna się horror - ogromny ruch, upał, skrzyżowania. Nie ma możliwości normalnej jazdy. Na jednym ze skrzyżowań żegnamy się z kolegami z towarzyszącego nam "Teamu". Po 30 minutach dojeżdżamy do centrum. Wygląd starówki jest oszałamiający. Zabytek obok zabytku. Każda kamienica, każdy kamień tutaj jest zabytkiem. Jednak aby wszystko zobaczyć potrzebowalibyśmy chyba ze 3 dni. Kierujemy się do najsłynniejszego obiektu Wiednia - pałacu Schonbrunn. Planujemy wypoczynek w ogromnym parku otaczającym pałac. Droga przez miasto jest strasznie męcząca i irytująca. Do tego gdy docieramy pod pałac okazuje się, że do parku nie można wejść z rowerami. Strażnicy parku nie dają się przekonać, że nie będziemy jeśdzić. Oglądamy więc tylko pałac. Później bierzemy wodę ze stacji benzynowej i jedziemy do pobliskiego parku. Tam godzinna przerwa na jedzenie i wypoczynek. Wyjeżdżamy o 16. Wszystkich nas zaskakuje znajomość języka angielskiego przez zwykłych przechodniów. Dzięki ich pomocy opuszczamy Wiedeń i jakieś 15 km dalej napotykamy niewielkie jeziorko. Nad nim rozbijamy namioty. Obawiamy się noclegu na dziko w Austrii, jesteśmy ciekawi czy nie będzie problemów.

Dzień 4 sobota 16.07.2005 28*C

128 km 6:48 h

Wr. Neustadt - Neunkirchen - Bruck an dem Mur


Po wietrznej i deszczowej nocy wstajemy o 5:30. Już tradycyjnie chcemy pokonać jak najdłuższy odcinek drogi przed popołudniowym żarem. Zbieramy się dosyć flegmatycznie i jedziemy. Od rana cały czas pod wiatr. Po około 5 km od obozowiska pęka bagażnik Januszowi. Rower nie jest w stanie jechać dalej. Zaczynamy szukać od domu do domu kogoś kto mógłby nam pomóc. Jeden z miejscowych kieruje nas do pobliskiego sklepu rowerowego. Ze sklepu zaś kierują nas do innego sklepu w pobliskim mieście Wiener Neustadt. Prowizorycznie przymocowujemy bagażnik, zabieramy część bagażu od Banana i powoli jedziemy do Wr. Neustadt. Tutaj chwilę szukamy sklepu. W trakcie poszukiwań wynika zabawna sytuacja. Janusz pyta się kogoś śDo you speak englishś na co w odpowiedzi słyszy "Sorry, no. I come from Poland" Janusz na to śJa teżś. Nasz rozmówca z Polski lekko zszokowany pyta się co tu robimy, gdzie jedziemy itd. Dojeżdżamy do sklepu. Za wymianę bagażnika Janusz płaci 20 euro. Ja z Wojtkiem musimy zabrać część ładunku od Janusza, gdyż obawia się, iż może mu się znowu zepsuć bagażnik. W końcu ruszamy dalej na trasę. Mijamy miejscowość Neukirchen. Kierujemy się często na wyczucie, a nie wedle mapy, gdyż nasza droga jest słabo oznakowana. Nie chcemy tylko wyjechać na drogę szybkiego ruchu. Często dla pewności pytamy się przechodniów czy dobrze jedziemy. Powoli zbliżamy się do pierwszej przełęczy, do naszego pierwszego podjazdu. Co raz wyraźniejsze staje się to, iż jesteśmy w Alpach. Przejeżdżamy przez pierwsze alpejskie wioski. Cisza jest tu niesamowita. Mamy wrażenie, że nikt tu nie mieszka. Droga zaczyna piąć się coraz bardziej pod górę. Jest upalnie. Po 15 minutach pogoda zmienia się jednak. Zaczyna lać. Janusz i Wojtek, którzy są odrobinę z przodu zatrzymują się pod drzewem. Ja zjeżdżam na bok, ubieram kurtkę, okrywam sakwy folią, a tu... wychodzi słońce. Podjeżdżam kawałek pod górę. Przerwę na jedzenie robimy w miejscowości pielgrzymkowej Maria Schutz. Jeszcze 3 km i zdobywamy przełęcz Semering położoną 985 m.n.p.m. Stąd długi zjazd o nie wielkim nachyleniu i dalej w dół wzdłuż rzeki. Tutaj mamy okazje jechać trochę szybciej. Robimy zakupy na niedzielę i jedziemy do miejscowości Bruck an dem Mur. Za tą miejscowością planujemy się rozbić. Nad rzeką nie ma jednak zbytnio miejsca. Do tego zaczyna padać. Pytamy się więc po domach. Niestety na prowincji ze znajomością angielskiego kiepsko. Do tego niemiecki znam tylko ja i to słabo. Udaje się jednak przenocować w ogrodzie u rolnika.

Dzień 5 niedziela 17.07.2005 25*C

157 km 7:50 h

Leoben - Knnitrlfeld - Fohnsdorf - Friesach - St. Veit


Zegarek dzwoni o 5:00. Ciężko się wstaje. leje deszcz. Ja wstaje pierwszy. Ubieram się ciepło i przygotowuje sobie śniadanie. Wojtek i Janusz jeszcze leżą w śpiworach. Ciągle pada. Nie zapowiada się dobrze. Wstaje reszta. Pakujemy się, trochę krzątamy się bez celu Zastanawiamy się co robić jeżeli będzie tak lało cały dzień. Na szczęście przestaje padać, co pozwala nam ruszyć. wszyscy jedziemy w kurtkach, bagaż mamy skryty workami. Pogoda jednak zaczyna się poprawiać. Resztę dnia pedałujemy w słonku. Na wieczór rozbijamy się w pobliżu prawdziwego, alpejskiego strumyka, w którym zażywamy zimnej kąpieli.

Dzień 6 poniedziałek 18.07.2005 25*C

86 km 4:45 h

Budzimy się o 5. Jest zimno, nie chce nam się ruszać ze śpiworów. Pierwszy wstaje Zadek (Wojtek). Pół godziny później ja i Banan. Znów zbieramy się 2 godziny i ruszamy o 7. Początek łagodny, łatwy wzdłuż rzeki. Napotykamy jak dobrze zauważył Janusz pierwszy remont drogi w Austrii. Na horyzoncie coraz wyraźniej zarysowują się granie Alp. Mijamy Villach. W oddali widzimy skocznie narciarską. Kierujemy się Na Słowenię. Po drodze mamy pierwszy ciężki podjazd. Przynajmniej tak wynika z mapy na której zaznaczone jest iż ma on 18% nachylenia. Znak przy drodze wskazuje również tak samo. Przed wjazdem robimy jeszcze przerwę na jedzenie. Podjazd rozpoczyna się bardzo łagodnie. Wojtek jest zdenerwowany, bo chciałby w końcu podjeżdżać pod jakąś porządną górę. Lecz prawdziwy podjazd jak się okazało był dopiero przed nami. Gdy zobaczyliśmy jak droga pnie się pod górę - przeraziliśmy się. Nie mieliśmy jednak wyjścia - musimy podjechać. Wszyscy na najmniejszym przełożeniu jedziemy do góry. Nachylenie próbujemy zniwelować jadąc od prawej do lewej i od lewej do prawej strony drogi. Wszyscy zgodnie przeklinamy podjazd i wyczekujemy zjazdu. Zjeżdżający z góry motocykliści i kierowcy kibicują nam: machają, biją brawo. Podjeżdża się niesamowicie ciężko. Chwilami jesteśmy blisko wywrotki. Pot leje się z nas strumieniami. Po 48 minutach docieramy na górę. W tym czasie pokonaliśmy 7 km. Zdobywamy przełęcz - Korenske Sedloś ( 1071 m.n.p.m). Na przełęczy przebiega granica między Austrią, a Słowenią. Tam robimy odpoczynek, korzystamy z WC, jemy. I zjazd. Nareszcie! Niestety kręty, droga strasznie dziurawa. Nie możemy się zbytnio śwyszalećś. Przed nami roztaczają się niesamowite widoki na Alpy. Wokół nas wszędzie góry. Tylko nasza droga w dole. Odbijamy na Planicę i jedziemy na śskakalniceś - mamucią skocznie. Wojtek z Januszem wchodzą na samą górę skoczni. Ja zostaje na dole. Po jakiejś godzinie jedziemy dalej. Po chwili żegnamy Słowenię i witamy Włochy. Wszyscy w dobrych nastrojach jedziemy dalej. Dojeżdżamy do pierwszego włoskiego miasteczka Tarvisio. Od razu widać, że to już nie Austria, Słowenia. Małe miasteczko, lecz pełne życia. Ludzie w kafejkach, barach, restauracjach. Przez miasteczko prowadzą wąskie uliczki pełne zabytkowych kamieniczek i ludzi. Powoli zaczyna się chmurzyć. Chmury dają ulgę od słońca. Krótki postój przy barze. Bierzemy wodę, przelewamy do bidonów, pijemy. Miejscowi uważnie nas obserwują. Żałujemy teraz, iż nie mamy żadnej małej flagi Polski, czy chociażby napisu POLAND. Przynajmniej wszystko byłoby jasne. Ruszamy. Przejeżdżamy przez krótki tunel. Remont drogi kieruje nas w prawo, a 15 metrów dalej w lewo. Skręcamy w prawo. Mówię Wojtkowi, aby odbił w lewo. W tym samym momencie trąbi za nami tir. Janusz obraca się do tyłu, nie spostrzega Wojtka skręcającego w lewo i BUM. Wywrotka. Szybko zbieramy się z jezdni. Na szczęście obaj są tylko lekko poobdzierani. Gorzej sprzęt. U Janusza trzeba wyprostować kierownicę, urwał mu się także kabelek od licznika. U Zadka scentrowane przednie koło, krzywe widełki, skrzywiona przednia zębatka, wykrzywiona kierownica. Postanawiamy szukać noclegu. Pomimo kompletnego braku znajomości języka włoskiego, Janusz załatwia na migi nocleg w ogródku. Przy rozbijaniu namiotu, obserwuje nas starsza osoba. Mamy nadzieję, że nie pomyśli sobie, iż wszyscy tak mieszkają w Polsce ; - ). Zaczyna padać. Nasz gospodarz próbuje nam osłodzić trudy dzisiejszego dnia: daje nam sok i butelkę włoskiego, wytrawnego wina. Proponuje nam również możliwość korzystania ze swojej kuchenki w ogródku. Wszyscy to skwapliwie wykorzystujemy. Grzejemy ponad normę herbatki, zupki itd. Do póśnego wieczora naprawiamy rowery.

Dzień 7 wtorek 19.07.2005 30*C

106 km 4:03 h

Malborghetto - Gemona del Friulii - Majano - Digano - San Vito al Tagliamente


Godzina 10 a my jeszcze nie jesteśmy na trasie. Problemy, problemy, problemy. Wszystko po wczorajszym wypadku. Usterka u Wojtka okazała się znacznie poważniejsza. Wykrzywione widełki nie pozwalają na bezpieczną jazdę, gdyż rower samoczynnie skręca lekko w lewo. Teraz właśnie Janusz z Wojtkiem pojechali do pobliskiego miasteczka Tarvisio w poszukiwaniu sklepu rowerowego. Tylko czy będą w ogóle w stanie się porozumieć? Mamy za sobą ciężką noc. Ulewa i burza obudziła nas. Trochę się w nocy obawiałem o nasze bezpieczeństwo. Namiot rozbity pod drzewem, a tu przeraśliwie mocno waliły pioruny. Lało tak mocno, iż namiot zaczął przeciekać. Planowaliśmy wstać o 5, lecz nie udało się, gdyż wtedy wciąż padało. Wstaliśmy dopiero przed 8. Dziś również mija tydzień od naszego startu. Pomimo 7 dni poza domem nie stęskniłem się jednak za domowym jedzeniem, czy ciepłą wodą. Teraz tylko obawiam się trochę jak pójdzie nam dalej. 7 dzień jazdy, a tu już tyle problemów: bagażnik, wypadek. Do tego wczoraj po podjedzie byliśmy wykończeni. A przed nami jeszcze wszystko: Dolomity, Hochtor... Z gotówką lepiej niż myślałem. Jak do tej pory mało wydaliśmy. Szczególnie ja z Wojtek, bo zabraliśmy sporo jedzenia z Polski. Tutaj jedynie bazujemy na pieczywie, które niestety jest bardzo drogie i niezbyt dobre. Przed momentem zagadała mnie starsza pani. Współczuła nam spania w takich warunkach (deszcz, burza). Pochwaliła się również śznajomościąś polskiego. śDobre jutroś tyle od niej usłyszałem na koniec. Wyjeżdżamy o 12. Niestety widełek w Tarvisio nie było. Kierujemy się w strone miasta Gemona del Friuli. Tam podobno powinno coś być. Droga do Gemony cudowna. Cały czas z górki, doliną rzeki. Widoki niesamowite. Wokół góry. Ogromne różnice wysokości naszą drogą a szczytami wokół nas. średnia prędkość 30 km/h. Jednak pech nas nie opuszcza. W oponę Zadka wbija się gwóśdś - przebita dętka. Jednak naprawa idzie nam bardzo sprawnie. 5 minut i znowu jesteśmy na trasie. Dojeżdżamy do Gemony i tutaj szukamy widełek. Odwiedzamy 2 sklepy i nic. W 3 sklepie siłujemy się z 30 minut. Płacimy 5 euro za kilka uderzeń młotkiem. Zdzierstwo :/ Początkowo chcieli nawet 10. Podjeżdżamy do poprzedniego sklepu, gdyż mam luz w suporcie i chcielibyśmy to naprawić. Wchodzimy do sklepu, a tutaj nikogo nie ma. Rowery, cały sprzęt zostawiony bez opieki. Moglibyśmy wynieść pół sklepu. Wołamy śHalo, haloś i nic. Zastanawiamy się czy nie jesteśmy w ukrytej kamerze. Chcemy już wychodzić. Janusz jeszcze zatrąbił małą trąbką i wtedy dopiero wychodzi jakiś gościu. Dał nam klucze. Niestety pewnej części nie dało się odkręcić. Suport jaki był taki będzie. Próbujemy jeszcze w jednym rowerowym sklepie, ale bez efektów. Kierujemy się do Lidla po zakupy. Jesteśmy strasznie głodni. Jest 16 a my od rana nic nie jedliśmy nie licząc z rana śniadania. Robimy zakupy i obiad organizujemy pod sklepem. Stajemy się sporą atrakcją dla klientów sklepu. Zagaduje nas ktoś. Wyjątkowo dobrze mówi po angielsku. Najedzeni ruszamy dalej. Już po płaskim terenie, góry zostawiliśmy za sobą. Wjeżdżamy powoli na Nizinę Padańską. Odliczamy kilometry do Wenecji, które upływają bardzo szybko. średnia prędkość znów ok. 30 km/h. Zastanawiamy się gdzie można by się umyć. Jesteśmy na nizinie i trudno o czystą rzekę. Postanawiamy spać podobnie jak wczoraj - u kogoś w ogródku. Próbujemy w jakimś bogato wyglądającym domu. Nie udaje się, mama się nie zgodziła. Gospodarz domku proponuje nam spróbować w pobliskim kościele. Jednak ogród wokół kościoła są zaraz przy drodze i do tego nie ogrodzone żadnym płotem. Szukamy więc zwykłego domu. Dzwonimy do drzwi. Otwiera starszy mężczyzna. Na pytanie śDo you speak englishś słyszymy jak zwykle tą samą odpowiedś śA lilitleś. Gospodarz zgadza się na nocleg w namiocie w swoim ogródku. Do tego proponuje nam spaghetti i łazienkę. Jesteśmy pod wrażeniem. Miał być survival a tutaj jak w 4 gwiazdkowym hotelu. Kolacja gotowa. Idziemy do stołu a tam: Spaghetti, szparagi, sałatka z oliwą, melon z szynką, pieczywo w kształcie dużych paluszków, sok, wino, ser. Do tego nasz gospodarz idzie specjalnie dla nas po LODY. Zaskakuje nas również gdy przynosi z kuchni tomik wierszy Szymborskiej w wersji polskiej i włoskiej. Jesteśmy odrobinę dumni. Później prysznic w ciepłej wodzie i sen.

Dzień 8 środa 20.07.2005 30*C

143 km 5:54 h

San Vito al. Tagliamente - Cordovado - Portogruaro - Carole ( wybrzeże Adriatyku) - San Dona d. Pieve - Venezia - Mira

Zegarek tradycyjnie wybija godzinę 5. Po wydawać by się mogło krótkim czasie patrzę na zegarek a tu 6:10. No cóż. Znowu nam nie wyszło wcześnie wstać. Znajdujemy również kuchenkę w jednym z pomieszczeń w ogrodzie. Czujemy się prawie jak u siebie, więc korzystamy z niej bez pytania. Gospodarz proponuje nam później śniadanie: kawę z ciastkami. Nie wypada odmówić. O 8 jesteśmy na trasie. Już z rana słońce grzeje bardzo mocno. 8 godzina a tutaj 25 stopni. Kierujemy się nad Adriatyk. Trochę odbijamy z zaplanowanej wczeźniej trasy. Po godzinie dojeżdżamy do Carole - miejscowości wypoczynkowej na wybrzeżu. Jeszcze chwila i dojeżdżamy na plażę. Plaża jednak zupełnie inna od tych nad Bałtykiem. Cała pokryta parasolami i leżakami, ścieżki wyłożone czymś w rodzaju kostki. Prysznice, przebieralnie, ubikacje, pola do gry w bule (fascynując dla nas gra, gdyż kompletnie nie wiemy o co chodzi) w siatkówkę - jest tutaj dosłownie wszystko. Losujemy kto pierwszy zostaje przy rowerach. Wypada na Wojtka. My z Januszem wchodzimy do morza. Ciepła (w porównaniu z alpejskimi rzekami - gorąca) słona woda. Spędzamy na wybrzeżu ponad 1,5 godziny. Słońce daje nam popalić coraz bardziej. My niestety musimy jechać dalej. Jedziemy. Denerwują nas trochę znaki, które podają sprzeczne informacje. Najpierw znak śVenezia 45ś, później śVenezia 50ś. Widząc stragan z owocami zatrzymujemy się. Kupujemy 6 kg arbuza. Dzielimy go na 3. Jemy go w ukryciu, w ogrodzie, gdyż przy drodze to podobno nielegalne. Wyżerka świetna. Mijamy San Dona d. Pieve. Mamy powoli dosyć, doSYĆ, DOSYĆ tego słońca. Pociesza nas tylko fakt, iż do Wenecji pozostało już niewiele kilometrów. Pokonujemy jeszcze ruchliwe miasto Mestre i wjeżdżamy na groble prowadzącą do Wenecji. Widok oszałamiający. Przed nami Wenecja. Po lewej i prawej Adriatyk. Aż mi ciarki przeszły po plecach. Jesteśmy! Mijamy znak śVeneziaś. Dojeżdżamy jeszcze kawałek i stop. Trzeba prowadzić rower. Na drodze napotykamy poważne przeszkody - schody prowadzące nad kanałami, którymi pocięta jest Wenecja. Idziemy uliczkami pełnymi ludzi z wszystkich stron świata. Niesamowita mieszanka kultur i języków. Po drodze napotykamy również wielu Polaków. Droga jest jednak strasznie męcząca i długa. Chcemy dostać się na Plac św. Marka, lecz nie jest to wcale łatwe. Powoli zaczynamy się denerwować. Udaje się jednak. Na placu tysiące turystów. Ale rzeczywiście jest co podziwiać. Zdajemy sobie również sprawę, że jesteśmy jedynymi rowerzystami którzy poruszają się właśnie po zabytkowej części Wenecji. Robimy na turystach spore wrażenie. Szczególnie gdy wymawiamy magiczne słowo śPolandś. Zwiedzamy plac i przychodzi czas, iż musimy się wydostać. Dowiadujemy się jak stąd najłatwiej wyjść. Mamy do pokonania tylko, albo aż 6 mostów. Gdy wnosimy rowery obładowane sakwami po schodach, budzimy uśmiech, zdziwienie, podziw wśród turystów. Po 30 minutach wyjeżdżamy na drogę. Kierujemy się na Padwę. Przebijając się przez Wenecję przez przypadek jedziemy kawałek autostradą, za co grożą wysokie kary, Na szczęście nie spotykamy śpoliziś, ani carabinierów. Po kilku kilometrach zatrzymujemy się za Wenecją. Znajdujemy fajnie wyglądający domek i pytamy się czy możemy spać. Właściwie próbujemy się pytać, bo właściciele nie znają angielskiego. Za tłumacza służy nam sąsiad. Właściciele zgadzają się. Później w porozumiewaniu się pomaga nam syn właścicieli domku. Znów możemy korzystać z łazienki, prysznica. Dostajemy włoskie śliwki i brzoskwinie.

Dzień 9 czwartek 21.07.2005 32*C

136 km 6:36

Padova - Vicenza - Werona

Pobudka, składanie namiotu, pakowanie się. Jemy włoskie śniadanie - kawa i ciastka. Wyruszamy po 8. Pół godziny jazdy i już jesteśmy w Padwie. Zwiedzamy centrum i dalej kierujemy się do Vicenzy. Prawdziwe, włoskie słońce daje nam się we znaki. Upał jest nie do zniesienia. Dlatego też w Vicenzie robimy 1,5 godziny przerwy. Stąd jedziemy do Werony. Tutaj postanawiamy wjechać na górujące nad miastem wzgórze. Droga męcząca, ale było warto. Z góry roztacza się niesamowity widok na całe miasto. Wpadliśmy na pomysł, aby poszukać gdzieś w pobliżu noclegu. świetnie byłoby spać w takim miejscu. Pytamy się w kilku domach (raczej willach). Nie ma szans. Nie udaje się. Rezygnujemy. Ja po całym dniu jazdy w upale jestem wykończony i najchętniej położyłbym się już spać. Ale musimy najpierw opuścić Weronę. Jest do tego późno, bo po godzinie 20. Za Weroną, za pierwszym podejściem udaje nam się znaleźć nocleg. Przy okazji rozmawiamy z Polką, która jest znajomą Włochów, u których szukamy noclegu. Wybór świetny. Zostajemy zaproszeni na wspaniałą kolacje (spaghetti oczywiście, naleśnik z kurczaka, pieczywo, arbuz, piwo, wino, sok) do tego bierzemy prysznic. Cudownie jednym słowem.

Dzień 10 piątek 22.07.2005 30*C

101 km 5:12 h

Wszyscy jesteśmy na nogach rekordowo wcześnie, bo już o 5:30. Powoli się zbieramy. Gospodyni zaprasza nas na śniadanie. Lecz to co nam podała przeszło nasze wszelkie oczekiwania. Nie było to zwykłe lekkie, włoskie śniadanie. Na stole bowiem znalazło się: pieczywo, dżem, krem czekoladowy, masło, kawa, herbata, sok. Do tego brzoskwinie, śliwki i banany na drogę. Super! O pełnych żołądkach ruszamy na trasę. Pełny żołądek nie daje spokoju Januszowi. Narzeka, że go boli. Droga bardzo egzotyczna. Wokół drogi bowiem plantacje kiwi. Po ok. 20 km dojeżdżamy nad jezioro Garda. Robi ogromne wrażenie. Nie dość, że wielkie to położone jeszcze wśród górskich szczytów. Do tego czysta woda. Zaczynamy 30 km podróż wzdłuż brzegu jeziora. W jednej z miejscowości zatrzymujemy się w sklepie rowerowym. Niestety znowu problemy z rowerem Zadka. Urwała się rączka hamulca. Wszystko to na skutek wczeźniejszego wypadku. Pozostaje nam czekać ile będą chcieć za naprawę. A dzisiaj szykuje się jeszcze MALGA PALAZZO - najtrudniejszy podjazd świata. Nie mogę się już doczekać. Okazuje się, że naprawa będzie kosztować 15 euro. Janusz nie daje jednak za wygraną i targuje się i w ten sposób naprawa: 10 euro. Ruszamy dalej. Cały czas wzdłuż Jez. Garda. Nie jesteśmy w stanie oprzeć się pokusie i zatrzymujemy się i wchodzimy do wody. Woda cieplejsza niż w Adriatyku. Później jemy świetne ciasto, które dziś dostaliśmy (gdybym znał włoski poprosiłbym o przepis). Po takim wypoczynku można jechać dalej. Dziś zapału do jazdy nie mają Wojtek i Janusz, wszystko chyba przez to dzisiejsze śniadanie. Przebijamy się przez kilka krótkich tuneli i odbijamy od jeziora w stronę miejscowości Roverto. Droga - męcząca, bo pod górę. Choć przełęcz sięga zaledwie 300 m.n.p.m tracimy na niej sporo sił. Zjazd, kawałek po płaskim i jesteśmy w Roverto. Wpadamy do Lidla, robimy zakupy i zastanawiamy się co robić z Malga Palazzo, gdyż jest trochę późno. Obawiamy się, iż możemy nie zdążyć. Postanawiamy znaleźć nocleg w Besanello i następnego dnia z rano zaatakować najtrudniejszy podjazd świata. Nasza miejscówa okazuje się świetna. Dokładniej właściciele okazują się świetni. Prawdziwa włoska gościnność. Kolacja, łazienka, prysznic do dyspozycji. Mało tego. śpimy w domku na łóżkach! Wczeźniej ja i Wojtkiem udajemy się na małe rozpoznanie podjazdu. Gdy oglądamy pierwszy fragment podjazdu [czyt. ściany] dochodzimy z Wojtkiem do wniosku, że następny dzień będzie bardzo, bardzo ciekawy.

Dzień 11 sobota 23.07.2005 28*C

69 km 5:35 h

Na nogach jesteśmy o 5:20. Szybko się zbieramy, jemy śniadanie, zostawiamy sakwy i ruszamy. Jest godzina 7. Droga jest taka jaką sobie wyobrażaliśmy - niesamowicie stroma. Jedziemy na najmniejszym przełożeniu z wielką trudnością. Co 50 metrów musimy się zatrzymywać, aby odpocząć. Jedziemy od lewej do prawej strony aby było łatwiej. Niestety droga jest bardzo wąska. Wielką sztuką jest ruszyć. Próbujemy różnych sztuczek: startujemy w poprzek drogi, z samego skraju drogi, nawet próbujemy kawałeczek zjechać i dalej pod górę. Wtaczamy się coraz wyżej z śzawrotnąś prędkością ok. 4 - 5 km/h. Po drodze poruszają się samochody wyłącznie z napędem na 4 koła. Na ok. 8 kilometrach długości drogi, pokonujemy różnicę 1300 metrów. Co za droga! Najgorzej ma Wojtek, który w swojej kolarzówce nie ma tak niskich przełożeń jak ja czy Janusz. Ratuje nas jedynie, że jest wcześnie rano. Gdyby nie to ... to już byśmy chyba zdechli. Docieramy na szczyt, udało się. Czas na zjazd tzn. zejście. Droga jest dosyć nierówna i zjazd na niektórych odcinkach byłby samobójstwem. Do naszego obozowiska docieramy o ... 15. A dzień wczeźniej powiedziałem domownikom, że będziemy o 10. Jemy jeszcze obiad (makaron z mięsem, frytki, lody) śFull wypasś. Musimy dojechać na 17 do pobliskiego Trento, gdyż obawiamy się, że później może być zamknięty Lidl. Dzisiaj przecież sobota. Pod Lidla dojeżdżamy kilka minut po 17. Na szczęście okazało się jednak, że sklep otwarty jest do 19. Hura! Będzie tanie jedzonko. Nocujemy w Solorno w ... garażu. Dostajemy spaghetti.

Dzień 12 niedziela 24.07.2005 25*C

109 km 8:03 h

Zaczynamy zbierać się o 5:30. Jak dla mnie i Wojtka noc całkiem przyjemna. Janusz jednak zmarzł. Przygotowujemy śniadanie na kuchence - najpierw ja, potem Wojtek. Nagle Wojtek spostrzega, że kuchenka nie działa. Zabrakło gazu! Janusz zdenerwowany, bo musi obejść się bez ciepłego śniadania. Ratują nas osoby u których śpimy. Przygotowują dla nas niewielkie, włoskie śniadanie - kawę i ciastka. Wyruszamy na trasę. Jedziemy z boku głównej drogi niesamowitą ścieżką rowerową, wręcz autostradą rowerową! Jest godzina 7 a my co chwila mijamy rowerzystów w różnym wieku: dzieci i starszych. Kobiety i mężczyzn. Samych wyasfaltowanych tras rowerowych w samym mieście Bolzano jest pewnie więcej niż w całej Polsce. Obecnie nas martwi tylko to, jak będziemy sobie radzić bez kuchenki, jak będziemy przygotowywać jedzenie. Mamy nadzieje, że uda nam się nabić butle na jednej ze stacji benzynowych. Z Bolzano jedziemy w górę rzeki. Przed nami zarysowują się pierwsze szczyty Dolomitów. W pewnym momencie odbijamy od doliny w boczną drogę i zaczyna się. Zaczyna się pierwszy podjazd w Dolomitach. Szczególnie trudne chwile przeżywa Wojtek, którego mocno boli kolano. Jazda pod górę jest teraz dla niego niesamowitym wysiłkiem. Droga i rzeka wzdłuż której jechaliśmy jest już daleko w dole. My pniemy się coraz wyżej. Cali spoceni, zmordowani. Trasa wiedzie przez pierwsze serpentyny, z których tak bardzo słyną całe Alpy. Wykończeni zdobywamy przełęcz sięgającą wysokości ponad 1400 m.n.p.m. I teraz to co lubimy najbardziej - ZJAZD. Nachylenie 15 - 18 %. Możemy się wyszaleć! Kręty, bardzo szybki zjazd. Prędkości ponad 60 km/h. Zjeżdżamy do miejscowości St. Ulrich. Czeka nas kolejna przełęcz. Jest dosyć późno ale decydujemy się podjeżdżać. Zaczynają się serpentyny. Przed nami ogromna skalna ściana jednego ze szczytów. Niesamowita droga, niesamowite widoki na miejscowości które mijaliśmy wczeźniej. Jesteśmy coraz wyżej, coraz bliżej chmur. Zdobywamy pierwszą przełęcz położoną powyżej 2000 m.n.p.m. Dokładnie 2121 m.n.p.m. Jest bardzo zimno, bo zaledwie... 10 stopni! A przed nami zjazd. Ubieramy kurtki. Zapominamy o ubraniu spodni co okazało się później dużym błędem (bóle kolan z wychłodzenia). Na zjedzie jest przeraśliwie zimno. Na zjeśdzie pokonujemy kilka serpentyn, jedna za drugą. W pierwszej miejscowości za przełęczą, postanawiamy znaleźć nocleg. Niestety nie jest to wcale proste, gdyż trudno tu znaleźć zwykły dom, na którym nie byłoby napisane śZimmer frei. Roomsś Sprzyja nam jednak szczęście. Nocujemy w niewielkim pomieszczeniu u starszej Pani, która entuzjastycznie nas przyjmuje. śpimy oczywiście za darmo, pomimo iż prowadzi ona niewielki ośrodek wypoczynkowy. Pozwala nam również korzystać z kuchenki.

Dzień 13 poniedziałek 25.07.2005 25*C

126 km 6:57 h

Dziś zapowiada się kolejni ciężki dzień. Ciężko będzie dopóki nie wyjedziemy z Dolomitów. Dzień zaczyna się niezwykle ciekawie. Już na sam początek kawałek szybkiego zjazdu i podjazd na kolejną przełęcz. Droga pod górę znacznie się dłuży. Na górę jak zwykle pierwsi wjeżdżają Wojtek i Janusz. Kilka minut po nich docieram i ja. Jesteśmy na wysokości 2105 m.n.p.m. Przełęcz 'Passo di Falzarego' - zdobyta. Zjazd świetny. Ponad 60 km/h lekko jedziemy. Janusz rozpędza się ponad 70 km/h. Wyprzedzamy nawet samochody. Zastanawiamy się jak to wygląda zza kierownicy samochodu. Jednego jesteśmy pewni - na pewno robimy niezłe wrażenie. Wjeżdżamy do najbardziej znanej miejscowości w Dolomitach - Cortiny. Tutaj robimy małe zakupy, próbujemy bezskutecznie napełnić naszą butlę. 30 km dalej jesteśmy już poza Dolomitami w miejscowości Toblach. Stąd jedziemy doliną rzeki. Udaj się nam przeskoczyć na ścieżkę rowerową, którą mkniemy jak szaleni. Jesteśmy już w Austrii. Granica między Włochami, a Austrią praktycznie nie istnieje. Janusz orientuje się, że jesteśmy w innym kraju dopiero po 30 km od granicy. Nocujemy w gospodarstwie ogrodniczym. Od naszej gospodyni dostajemy mały bochenek chleba, masło, salami, szynkę, kiełbasę, pomidory, colę. Zaskakująco łatwo zgadza się na nocleg w ogrodzie.

Dzień 14 wtorek 26.07.2005 23*C

70 km 5:49 h

Nadal nie mamy kuchenki. Na szczęści możemy korzystać z niewielkiej kuchenki w szklarni. W ten sposób przygotowujemy śniadanie. Udaje się znaleźć sklep gdzie można nabić butle. Koszt: 8 euro ( w Polsce 1 euro). Na nowo dzielimy się bagażem. Niestety nie ma szans na odpoczynek po Dolomitach. Dziś zaczynają się Wysokie Taury . Dziś zaczynamy również wspinać się powoli na przełęcz Hochtor. Dzisiejszy dzień trochę chłodniejszy od pozostałych, pochmurny. Po kilku kilometrach nieoczekiwanie zjazd. Myśleliśmy, iż będziemy się cały czas piąć do góry, aż do Hochtora. Zaczynamy się obawiać, że może być spore nachylenie na przełęcz. Jednak przed Hochtorem czeka nas jeszcze droga pod najwyższy szczyt Austrii - Grossglockner. Chcemy zostawić gdzieś bagaże, jednak nie wiemy gdzie. Po drodze nie ma zabudowań. Skręcamy na pole, gdzie znajduje się jakiś domek. Postanawiamy zostawić tu bagaże. Kierujemy się niezwykle widokową trasą. Przed nami piętrzą się szczyty pokryte śniegiem. Obok nas niemalże przepaść daleko w dół do doliny. Przeraża nas to, iż kompletnie nie ma barierek! Docieramy na wysokość 2362 m.n.p.m. Wracamy po bagaże z prędkościami ponad 70 km/h. Niesamowity zjazd. Zastanawiamy się gdzie będziemy nocować. W pobliżu nie ma żadnych miasteczek. Przebijać się przez przełęcz Hochtor - nie dzisiaj, jest za późno. Co gorsza zaczyna zbierać się na deszcz. Postanawiamy wrócić się 8 km do miejscowości Heiligenblut. Najgorsze jest to, że gdy tam się wrócimy, będziemy musieli następnego dnia znowu podjeżdżać 8 km L. Jedziemy jednak. Napotykamy jakąś chatkę i pytamy się czy możemy rozbić namiot. Trudno się dogadać. Udaje się jednak. Pozwalają nam spać w niewielkiej chatce, na zboczu stoku. Zaczyna padać. Wnosimy bagaże, rowery na stromy stok. W chatce strasznie śmierdzi (normalnie bowiem przebywają tam chyba owce), w połowie zawalona jest deskami. Sprzątamy trochę, rozbijamy namiot. Najgorsze w tym wszystkim nie jest to, że jesteśmy mokrzy i wszystkie nasze rzeczy są mokre, ale że nie jest zbyt płasko i będziemy musieli spać gdzieś pod kątem 40 stopni. Co za noc dwa tysiące metrów nad poziomem morza!

Dzień 15 środa 27.07.2005 23*C

97 km 5:49 h

Wstajemy - wszystko mokre. Na szczęście rozpogodziło się. Pakujemy się, znosimy sprzęt na dół na drogę. Buty mokre. Niestety co zrobić trzeba jechać. Jak zwykle czekamy chwile na Janusza, który pakuje się najdłużej. Ruszam pierwszy, po chwili Wojtek. Po jakiś 15 minutach dopiero Banan. Droga cały czas pod górę. Zaczynamy podjeżdżać na wysokości ok. 1800 m.n.p.m. Pedałujemy tempem ok. 6 km/h. Pomimo ranka, już po kilku minutach pedałowania jesteśmy cali mokrzy, koszulki mamy rozpięte najmocniej jak to możliwe. Na takiej wysokości słońce jest wyjątkowo niebezpieczne. Łatwo nabawić się udaru, dlatego też nie zdejmujemy czapek z naszych głów. Przy drodze leżą jeszcze resztki śniegu. Temp. Wynosi ok. 10 stopni, ale nam wcale nie jest zimno. Męczarnia ogromna. W ruch idą izostary, batoniki. Czujemy się jakbyśmy jechali wierzchołkami Tatr. Nareszcie jesteśmy! 2502 m.n.p.m. Przełęcz Hochtor zdobyta - jeden z symboli Alp. Stąd zjeżdżamy w dół i dalej znów pod górę na szczyt Edelweissspitze położoną 2572 m.n.p.m (najwyżej położona polska przełęcz dostępna drogą położona jest niecałe 1100 m.n.p.m!!!). Mobilizuje nas fakt, iż jest to ostatnia góra w drodze do domu. Żartujemy, że później będzie już z górki. Widoki są niesamowite. Ośnieżone skaliste szczyty, urwiska. Kręta, wyłożona kostką droga prowadzi na Edelweissspitze. Jesteśmy! Najwyższe góry Europy pokonane! Spędzamy chwilkę na górze i ostrożnie zaczynamy zjeżdżać do głównej drodze (jedziemy bowiem po kostce). A teraz hit dnia, hit tygodnia, hit wyprawy! 17 kilometrowy zjazd z przełęczy. Jazda ruszamy! Wystarczy odepchnąć się, a już po chwili jedzie się z prędkością ponad 50 km/h. Zjazd utrudniają jednak serpentyny i samochody, które bezczelnie wyprzedzamy. Wzdłuż drogi co chwile pojawia się napis na pomarańczowym tle 'ACHTUNG 17000m' i znak zjazd 12% oraz tablice z napisem 'Brakes ok.? Bremse gut?' I jeszcze w kilku innych językach. Zapominamy o wspaniałych widokach, które roztaczają się z góry. Myślimy tylko o drodze. O tym aby nie przesadzić przy wchodzeniu w zakręt, ni wbić się w żaden samochód. Nikt z nas nawet nie chce myśleć co by się stało przy wywrotce, przy prędkości 50 km/h. A co dopiero jadąc 70 km/h... Janusz maksymalnie jedzie 82 km/h. Ja tylko 73 km/h, brakuje bowiem mi odpowiednio 'mocnego' przełożenia. Wojtek nie chce ryzykować na swoim trochę niesprawnym rowerze. Ale gdyby chciał jechałby pewnie ponad 100 km/h. 17 km pokonujemy w około 15 minut. 15 minut wciąż na maksymalnym skupieniu. Koniec zjazdu i dalej wzdłuż rzeki. Momentalnie staje się upalnie. Po godzinie jazdy zaczynamy tęsknić za górami, a dokładniej za temperaturami jakie tam panowały. Mijamy kolejne miasteczka. Docieramy do Bischofshofen. Oczywiście Janusz z Wojtkiem nawet nie myślą, aby nie pojechać na skocznię. Dojeżdżamy do skoczni. Janusz - nasz fotograf, pyta się turystów czy można wejść na igielit i stamtąd zrobić fotkę. Turyści uświadamiają nam, że to niemożliwe gdyż trenuje właśnie... austriacka kadra A. Super! Oglądamy skoki Widhoelzla, Morgensterna, robimy z nimi zdjęcia. Rozbijamy się kilka kilometrów za Bischofshofen w ogródku u rolnika.

Dzień 16 czwartek 28.07.2005 30*C

151 km 6:54 h

Już drugi dzień jedziemy doliną rzeki Saalzach. Cały czas w dół. Wieje bardzo mocny wiatr w plecy co pozwala jechać nam ze średnią prędkością 30 nawet 35 km/h. Po drodze zdobywamy przełęcz (po tym wszystkim co jest za nami można by ją nazwać wzniesieniem) Pass Lueg 552 m.n.p.m. Docieramy do Salzburga. Zwiedzamy centrum i dalej na trasę. Jest wyjątkowo upalnie, nie do zniesienia. Czujemy się niemalże jak w Czechach, a nawet jak w Polsce. Droga bowiem wiedzie przez wyżynne, rolnicze, trochę monotonne tereny. Wieczorem rozbijamy się w ogródku. Ja jestem wykończony. Jak dla mnie to był najcięższy dzień całej wyprawy. Sąsiedzi proponują nam prysznic w...ogródku. Idealna temperatura wody. Wspaniale - kąpiel lepsza niż w Adriatyku czy w Gardzie!

Dzień 17 piątek 29.07.2005 32*C

112 km 6:07 h


Dzisiaj pełen hardcore. Zegarek dzwoni o godzinie...4. Wstaje pierwszy. Chce abyśmy jak najszybciej wyjechali. Mam dość upałów. Wychodzę z namiotu - kompletna ciemność. Tylko księżyc daje odrobinę światła. Na niebie jeszcze gwiazdy. Słońce schowane pod horyzontem. Próbuje odpalić kuchenkę, nic z tego! Nie działa. Gaz na pewno jest. Wszystko przez to, że nie schowaliśmy kuchenki do namiotu. No cóż - śniadanie na zimno. Wyjeżdżamy o 6. Warunki doi jazdy znakomite. Chłód - największy plus. Dojeżdżamy do Linza. Przedzierając się przez miasto, w pewnym momencie blokuje mi się koło, nie mogę przepedałować dalej. Zatrzymuje się patrzę na tylnie koło - nie wygląda dobrze: pokrzywiony błotnik, przerzutki. Przyglądam się uważnie. Niestety przerzutki urwane. A wszystko przez to, iż moje bokserki, które suszyły się na sakwie spadły na zębatki i łańcuch. Janusz jedzie poszukać sklepu rowerowego. Znajduje go wraca po nas. Koszt wymiany 32 euro (jak się okaże po powrocie do domu niemalże połowa pieniędzy jakie wydałem). To były moje najdroższe bokserki w życiu. W serwisie mechanik widząc mój suport mówi, że powinienem wyrzucić mój rower na śmietnik i kupić sobie nowy. Opuszczamy w końcu przeklęty Linz. Niestety na darmo wstawaliśmy o 4. Przez bokserki musimy jechać w największym upale. Do tego pod górę. Wojtek z Januszem jadą kawałek z przodu, ja z tyłu - to już normalna sytuacja. W pewnym momencie przy Zadku i bananie zatrzymuje się kierowca, wyciąga 3 butelki wody i daj im. Co za spontan. I jak tu mówić, że austriacy nie są przyjaźni i mili. Na stacji benzynowej dowiadujemy się od sprzedawczyni, że pod górę będzie jeszcze 10 km. Trochę się podłamujemy. Po około 300 m. Podjazdu jest jednak zjazd i do tego długi. Więc pani ze stacji nie miała racji i bardzo dobrze. Kilka górek i jesteśmy na granicy austriacko - czeskiej. W końcu Czechy, wszyscy w lepszych nastrojach. Jedziemy wzdłuż Wełtawy, na której poruszają się setki kajakarzy. W Wełtawie też kąpiemy się. Dojeżdżamy do Ceskiego Krumlova. Piękne miasteczko. Wygląda na to, iż każda kamieniczka, każdy kamień ma tu swoją własną historię. Kilka kilometrów dalej nocujemy w sporym ogrodzie. Dostajemy pozwolenie na korzystanie z prysznica.

Dzień 18 sobota 30.07.2005 32*C

173 km 9:00 h

Budzimy się o 4:30. Do Polski pozostały jedynie 3 dni jazdy. Do domu już tylko 4 dni, ok. 400 km. Postanawiamy, iż przez 3 dni zrobimy po 120 km i będziemy już w Polsce. Z rana zajeżdżamy do Ceskich Budejovic. Jedziemy prosto do centrum. Zwiedzamy rynek i dalej na trasę. Idzie nam dosyć dobrze bo przed południem mamy już 80 km. Jedziemy też chyba pierwszy raz jakąś boczną trasą. Droga zupełnie inna od tych jakimi jeśdziliśmy wczeźniej. Zupełnie pusto, nawierzchnia nie najlepsza. Wydawać by się mogło, że wszystkie górki mamy za sobą. A jednak tak nie jest. Czeska wyżyna daje nam popalić. Ciągle pod górkę i z górki. Kompletnie nie ma płaskich odcinków. Jest to bardzo męczące. Krajobrazy typowo polskie - pola zbóż ciągnące się aż po horyzont. Do głów Zadka i Banana przychodzi szaleńczy pomysł: przejechać Czech w 2 dni, a nie w 3. Wystarczy co dziennie zrobić ok.170 km, a nie 120 km. Nie mam wyjścia, muszę się zgodzić. Z jednej strony jestem za - też chce być jak najwczeźniej w domu. Z drugiej przeciw - nie wiem czy dam rade. Ale nie mamy nic do stracenia. Trzeba spróbować. W ten sposób zamiast popołudniowego wypoczynku mamy jazdę w popołudniowym słońcu. Jedziemy, jedziemy, jedziemy... wciąż góra, dół, góra, dół... Ok. godziny 19 dobijamy do 170 km. Decydujemy się, że czas na nocleg. Obawiamy się trochę deszczu bo zaczyna się chmurzyć. Nocujemy na niewielkiej łące naprzeciw domku. Niestety kuchenka nie działa dalej. Kolacja na zimno

Noc z 18/19

Ta noc potrzebuje własnej relacji. Gdy zaczęliśmy się powoli zbierać spać, na horyzoncie, widać było już nadchodzącą burzę. Grzmiało i błyskało się coraz mocniej, ale nie spadła ani jedna kropla deszczu. W końcu znaleśliśmy się w namiocie. Dopiero teraz wszystko się zaczęło. Zaczęło lać, wiać. W namiocie co chwile było jasno jak w dzień, a to za sprawą błyskawic. Obawialiśmy się trochę, żeby nie zerwało nam tropiku. Do tego zaczął padać grad. Lało, wiało, grzmiało przez pół godziny. Namiot oczywiście nie był w stanie wytrzymać takiego naporu wody. Zaczął przeciekać. Musieliśmy przykrywać się dodatkowo kurtkami, bluzami, aby śpiwory nie zamokły. Nareszcie uspokoiło się. Powoli zasypiamy, a tutaj... znowu zaczyna lać. I sytuacja się tak powtarza z 5 razy. Efekt - pół nocy nie przespanej. A o 5 trzeba wstać L

Dzień 19 niedziela 31.07.2005 20*C

188 km 9:47 h

Po ciężkiej nocy zbieramy się powoli. Jednak warunki do jazdy zapowiadają się świetne. Niebo jest zachmurzone, zero słońca, to mi się podoba. Jak zwykle ruszam pierwszy. Po 30 km doganiają mnie Wojtek i Janusz. Dochodzimy do wniosku, że standard dróg w Czechach jest podobny do tych w Polsce - DZIURAWE jednym słowem mówiąc. Mijamy kolejne miasteczka. Dojeżdżamy do miejscowości Mohelnice, i stąd jedziemy bocznymi drogami. Możemy w ten sposób poznać typową czeska prowincję. Wsie tutaj podobne są do wsi po PGR - owskich w Polsce. Na swojej drodze napotykamy również podjazd, ale nie taki typowy czeski podjazd - 300 m. pod górę i zaraz z górki. Podjazd ten jest raczej podjazdem alpejskim! Nikt z nas tego się nie spodziewał. Zakręt za zakrętem i tak 6 km. Jakoś się udało, ale wszyscy mamy już dosyć górek. Dojeżdżamy do Rymarova. Stąd już tylko 40 km do granicy. Do tego znajoma droga, jechaliśmy nią podczas wyprawy w jeseniki. Wszyscy pełna mobilizacja, nikt nie myśli o noclegu w Czechach. Musimy dotrzeć dziś do Polski! Niestety zaczyna padać. Nie jechaliśmy w deszczu przez 3 tygodnie, a teraz akurat musi padać? Tuż pod granicą? Co za pech! Opatuleni w kurtki docieramy do granicy. Wszyscy szczęśliwi. Jesteśmy! W pierwszej miejscowości za granicą chcemy się rozbić. Kilka osób odmawia nam noclegu. Nawet Pani sołtys, która pomimo wielgaśnego ogrodu twierdzi śnie mamy miejscaś. śpimy u innej osoby. Jemy pyszną, POLSKĽ kolację.

Dzień 20 - EPILOG poniedziałek 1.08.2005 25*C

Dziś ostatni dzień naszej podróży. Wszystko tak jakoś szybko zleciało. Wszyscy jednak nie możemy się doczekać domu. Z rana, w ostatni dzień bagażnik Banana... pęka, znowu i to w tym samym miejscu co poprzedni. Ostatni dzień! Ostatni! Ale Polak potrafi! Syn Naszego gospodarza odrobinę tuninguje bagażnik i idealnie. Można jechać. Najlepszy warsztat rowerowy z jakim mieliśmy do czynienia ; - ) Kilkanaście kilometrów dalej, w Głubczycach Banan jedzie w swoją stronę. My z Wojtkiem w swoją. Ja z Wojtkiem żegnam się w Krapkowicach. W ten sposób kończymy naszą 3 tygodniową wyprawę TOUR DES ALPES 2005

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.narowerze.info/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;