Alpy - Wysokie Taury. Wyprawa partnerska w celu zdobycia najwyższego szczytu Austrii - Grossglockner'a (3798 mnpm).

Piątek, 06.10.2006 - Plecak 70l załadowany po same brzegi, a jeszcze trzeba włożyć kilka rzeczy! Jeszcze raz sprawdzam sprzęt, czy mam wszystko? Czekan, reverso, karabinki, taśmy, dwa odcinki repsznura... jest tylko jeden. Telefon do Tomka, może jeszcze zdąży pojechać do Katowic. Niestety, za duże korki, nie zdąży na czas. Na gg zostawiam wiadomość dla Pitera, weźmie dla mnie dodatkowy repik. Jeszcze tylko spakować termos z gorącą herbatą, przytroczyć kask, kije, raki... hmnnn, brak profesjonalnego pokrowca nieco utrudnia zadanie. Mam tylko nadzieję, że nikt w pociągu się na nie nie nadzieje.
Ok, wszystko jest. I Tomek też już jest. Wsiadamy do samochodu i oto moja podróż się zaczyna...
Na peronie czekają rodzice, przyjechali specjalnie, żeby mnie pożegnać. Czuje się jakbym nie wyjeżdżała w Alpy tylko gdzieś w Himalaje. Heh, może kiedyś...
13:14 podjeżdża pociąg. Tomek pomaga mi się załadować i znaleźć wolne miejsce w przedziale.
Ostatnie spojrzenie na zabrzański peron, no to jadę!
Ok 19.30 wysiadam w Jeleniej Górze. Pitera jeszcze nie ma, ale nie zdążam nawet wyciągnąć telefonu z kieszeni, już jest. Krótkie przywitanie i ładujemy się do samochodu, którym jedziemy do Bogatyni na spotkanie z resztą ekipy.
Droga do Bogatyni, tranzytem przez Czechy, zajmuje nam ok. dwie godziny. Na miejscu spotykamy się z Edytą i Markiem oraz Agnieszką, pozostałymi członkami wyprawy. Dostajemy od Marka karty ubezpieczeniowe, sprawdzamy wszystkie dokumenty i po ostatnim przed drogą "siu-siu" wychodzimy na parking, żeby przeładować rzeczy do samochodu Marka. Jest większy więc bez problemu mieścimy się w piątkę razem z naszymi ogromnymi plecakami i sprzętem.
Ruszamy! Przed nami długa droga.
Sobota, 07.10.2006 - Jechaliśmy całą noc, prawie 10 godzin. W końcu, ok 9.00 docieramy do miejscowości Kals tuż u podnóży Grossglocknera. Na parkingu przebieramy się, przepakowujemy plecaki, by były jak najwygodniejsze do noszenia i ruszamy. Na początku szlak wiedzie drogą szutrową, tylko z pozoru łatwą i przyjemną. Ciężar plecaków bowiem już na tym lekkim podejściu daje o sobie znać. 
Pierwszy odpoczynek fundujemy sobie po niespełna godzinie drogi w restauracyjnym schronisku Lucknerhaus. Jemy lekkie śniadanie i idziemy dalej.

Naszym celem na dziś jest dojście do schroniska Studlhutte na wys 2801mnpm, skąd jutro wyruszymy na szczyt.

Do Studla wchodzimy lekko po godzinie 15.00. Zajmujemy miejsca noclegowe, zostawiamy graty i po krótkim odpoczynku wychodzimy na lekki spacer aklimatyzacyjny. W schronisku zostaje tylko Marek, który postanowił doleczyć nabyte przed wyjazdem przeziębienie.
Na wysokości 3000 mnpm cisza. Widoczność bardzo słaba. Niemal wszystko za mgłą i tylko przez moment możemy oglądać naszego "Wielkiego Dzwonnika" wyłaniającego się zza chmur i mgły. Mamy nadzieję, że jutro warunki się poprawią i będziemy mogli spokojnie zaatakować szczyt...

Niedziela, 08.10.2006 - W nocy chyba nikt z nas nie spał zbyt dobrze. Było niesamowicie jasno. Bardzo intensywne światło księżyca odbijające się od śniegu
nie dawało nam spać. A może to kwestia wysokości?
Wstajemy wczesnym rankiem. Jemy śniadanie, przenosimy nasze wory do Winterraumu (dziś zaczyna się sezon zimowy, Studlhutte zamknięte), przepakowujemy sprzęt i tuż przed 8.00 wyruszamy w drogę. Po ok. godzinie docieramy pod lodowiec Kodnitzkees, gdzie zakładamy raki, kaski, wiążemy się linami, bierzemy czekany do rąk i ruszamy w górę. Idziemy na dwa zespoły. Pierwsza rusza dwójka - Marek i Edyta. Ja z Agą i Piterem ruszamy zaraz za nimi.

Przez lodowiec przechodzimy dość szybko, po drodze przeskakując przez dwie niewielkie odkryte szczeliny. Wkrótce docieramy pod skalną ścianę, gdzie po błyskawicznym przekroczeniu małego pomostu śnieżnego dopinamy się lonżami do zamocowanej na stałe stalowej poręczówki. Raki na nogach oraz częste przepinki nieco zwalniają tempo naszej trójki. Tuż przed 11.00 docieramy do schronu Erzherzog Johann Hutte na wysokości 3454mnpm, gdzie zmieniamy ciuchy i zostawiamy wszystko to, co zbędne na dalszą część wspinaczki. Ostatnie fotki, łyk ciepłej herbaty i idziemy dalej.

Ok. godziny 13.00 wchodzimy na Kleinglockner 3770mnpm. Droga o trudności może trójkowej, jednak mały tłum wspinaczy na drodze jest pewną niedogodnością
spowalniającą wejście. Na przełączce między Klein a Grossglocknerem mijamy się z ekipą Czechów. Jest bardzo wąsko, nie ma miejsca na przejście obok siebie
dwóch osób. 
Edyta i Marek pognali daleko na przód, zapewne weszli już na szczyt... My dalej idziemy. Piter wszedł nieco wyżej, Aga tuż za mną a ja w najbardziej niedogodnym miejscu. Żeby przepuścić schodzącą ekipę dopinam się szybko lonżą do stalowego pręta, zamontowanego jako stała asekuracja, i dosłownie zawisam nad wielometrową przepaścią.
Po chwili jednak kontynuuję wspinaczkę i dokładnie o 14.51 wraz z całą ekipą staję na szczycie.
"Wielki Dzwonnik" zdobyty!
Euforia jednak nie trwa zbyt długo. Już późno. Wejście zajęło nam więcej czasu niż przypuszczaliśmy, a może wyszliśmy za późno? Nieważne. Długa droga przed
nami, więc trzeba ruszać, oczywiście nie zapominając o pamiątkowym zdjęciu z samego szczytu Grossglocknera.

Do Johann Hutte docieramy dość szybko, jednak słońce jest już dość nisko. Marek i Edyta zeszli pierwsi i nie czekając ruszyli dalej. Na lodowcu łapie nas
zachód słońca. Przepiękny, ale i niebezpieczny. Jest coraz ciemniej, do Studla docieramy o świetle czołówek...
Wieczór w Winterraumie. Nie jesteśmy już sami. Obok nas przy stole zasiada ekipa austriaków. Pomimo wysiłku nie chce się spać. Herbatą na wodzie z lodowca
świętujemy zdobycie szczytu!
Poniedziałek, 09.10.2006 - Dziś wracamy. Mamy jednak jeszcze trochę czasu, więc wykorzystujemy go jak tylko się da. Marek i Edyta zostają w Winterraumie. Ja natomiast wraz z Piterem wyruszam trekkingowo na pobliską Chere 3200mnpm. Po chwili dołącza do nas Aga. W końcu - jak zespół, to zespół.

Do ostatniej chwili wykorzystuję czas na pstrykanie fotek. Widoki przepiękne, a Grossglockner i pobliskie szczyty w pełnym słońcu robią niesamowite
wrażenie... nie chce się wracać. Niestety, praca wzywa. A przede mną, w odróżnieniu od pozostałych członków wyprawy, jeszcze cały dodatkowy dzień podróży.
Zejście zajmuje nam niewiele czasu. Po drodze zatrzymujemy się w Lucknerhaus na słodką nagrodę - lody z owocami w polewie jogurtowej, uhmmm! Przy okazji studiujemy mapę, gdzie byliśmy, skąd wyszliśmy, zeszliśmy, gdzie idziemy...
Na parking, gdzie zostawiliśmy samochód docieramy tuż przed 15.00. Przebieramy się, pakujemy wory i znowu w drogę. Ostatnie spojrzenie na Grossglocknera...
Jeszcze tu wrócę!