|
|
|
|
Pierwsze wrażenie: chcieliśmy na wyspę, a trafiliśmy na wydmuchowisko! Ostre słońce, porywisty wiatr, brunatne skały i kamienie porośnięte suchymi krzakami i kaktusami... Ani śladu subtropikalnej roślinności, do której zimą tak tęskniłam... Dopiero po dwóch godzinach jazdy z lotniska dojeżdża się na północ Teneryfy, gdzie jest wreszcie zielono. A to dzięki pasatom, które wieją zawsze od północy i codziennie przynoszą ze sobą chmury. W miasteczku Puerto de la Cruz, w którym mieszkaliśmy, nie pada jednak często. Widać tylko, jak chmury wędrują od oceanu i zatrzymują się na górach na wysokości 1000-1500 m n.p.m. Tam para skrapla się na iglastych drzewach i spływa do niżej położonych regionów. Z dołu widać więc często, szczególnie przed południem, "sufit z chmur". Jeśli chce się zobaczyć, co jest "nad sufitem", to trzeba tam dojść lub dojechać. I to jeszcze ponad dwa tysiące metrów! Regularny autobus dojeżdża do wysokości 2000 m n.p.m., co już jest przeżyciem samym w sobie (choć towarzyszy mu ból głowy i inne objawy choroby górskiej). Autobus pnie się serpentynami najpierw przez plantacje bananów, potem przez górskie lasy sosnowe. Wyżej są góry, porośnięte drzewiastymi jałowcami, a następnie tylko krzaczastymi wrzosami. Góry są bardzo strome, w dół obok szosy lepiej nie patrzeć. Przed każdym zakrętem autobus trąbi. Po półtorej godzinie jazdy osiąga się cel podróży: calderę o nazwie Canadas del Teide. Caldera to "misa" o średnicy 20 kilometrów. Ma wygląd kamiennej, czerwonej pustyni. Misa jest pozostałością po górze wulkanicznej, która - jak piszą w przewodniku - 170 tysięcy lat temu "zawaliła się z wielkim hukiem do morza". Zdziwiło mnie, dlaczego jakaś wielka góra miałaby się nagle zawalać? Z podręcznika geologii dowiedziałam się, jak to się dzieje. Magma zbiera się parę kilometrów pod powierzchnią ziemi i tworzy zbiornik magmowy. Nacisk gazów i magmy jest tak wielki, że nad tym zbiornikiem powierzchnia ziemi wybrzusza się, tworząc góry (a). Część gazów i lawy uchodzi przez szczeliny (b). Gdy napięcie wzrośnie dostatecznie, wulkan wybucha (c). Gazy, popiół i materiał skalny eksplodują, często tak gwałtownie, jak startująca rakieta. Lawa spływa w dół, zwykle z prędkością paru kilometrów na godzinę, ale nieraz osiąga i 100 km/godz. (W 1938 roku dwaj radzieccy wulkanolodzy zbadali temperaturę lawy i pobrali próbki gazów w ten sposób, że płynęli po rzece lawy, siedząc na kawałku skały jak na tratwie. Temperatura na powierzchni "rzeki" wynosiła 300 st. C, głębiej 870 st. C).
Po wybuchu w głębi ziemi pozostaje pusty zbiornik (d). Po setkach lub tysiącach lat zdarza się, że zbiornik ten nie wytrzymuje naciskającego nań ciężaru i jego dach zapada się do wewnątrz (e), tworząc zagłębienie o nazwie caldera. Caldera często napełnia się wodą, tworząc jeziora (widzieliśmy takie jeziora na Azorach). W Canadas del Teide dach zbiornika zapadł się gwałtownie 170 tysięcy lat temu. Równocześnie oberwał się północny brzeg misy i jako potężna lawina spadł do morza.
Caldera jest celem wycieczek setek turystów. Ograniczają się oni jednak tylko do przejazdu szosą wzdłuż jednego z brzegów caldery, a z autokaru wysiadają tylko po to, aby obejrzeć zwietrzałe skały Roques de Garcia, uwiecznione na hiszpańskich banknotach. Jeśli odejdzie się trochę dalej od "Palca Bożego", "Katedry" i innych efektownych skałek, to można wędrować w spokoju, nie spotykając prawie nikogo. Caldera, z daleka wyglądająca jak kamienna pustynia, w rzeczywistości porośnięta jest kwiatkami, płażącymi roślinkami i krzakami. W maju kwitnie biały ginster. Jest bardzo cicho. Słońce świeci ostro, ale powietrze jest zimne. Wędruje się po zastygłej lawie o różnych kształtach i kolorach. Jeden z typów lawy wygląda na pierwszy rzut oka jak świeżo zorana gliniasta ziemia.
Ten typ nazywa się lawa "aa". "Aa"! - krzyczy się, próbując przejść boso po takiej lawie - i dlatego tak ją na Hawajach nazwano. W ciągu ostatnich 170 tysięcy lat - to w geologii "niedawno" - w calderze wyrosła następna góra, El Teide. Nowy krater znajduje się na wysokości 3718 m n.p.m. Ostatni wybuch był w 1909 roku. Na wysokość 3500 m można dojechać kolejką kabinową ze stacji znajdującej się na wysokości 2200 m n.p.m. Ulotki, które ostrzegają chorych na serce przed korzystaniem z kolejki, są także w języku polskim. Na ostatnie 218 metrów - czyli na sam krater - wolno wchodzić tylko za okazaniem pozwolenia na piśmie. Krater lekko dymi i pachnie siarką. Na Teide wjeżdżają tłumy. Ale tu także - jeśli się zejdzie kawałek w dół od stacji kolejki - nie spotyka się już turystów, tylko nieliczne grupy alpinistów, które od świtu wspinają się z caldery na szczyt. Jest bardzo cicho, do maja leży śnieg. Niebo jest naprawdę takie niebieskie jak na zdjęciach. Mimo tej wysokości i ekstremalnych warunków na Teide latają jaskółki! Gdybym była na Teneryfie jeszcze raz, to pomieszkałabym parę dni na wysokości dwóch tysięcy metrów, żeby się zaaklimatyzować - i pochodziła tam po górach. Ale, niestety, dopiero na miejscu dowiedziałam się, że w budynku, w którym mieści się zarząd parku narodowego El Teide, są także miejsca hotelowe. W ogóle turystyka na Teneryfie nastawiona jest na innych turystów niż my - "wędrownicy". Na południe wyspy przyjeżdżają plażowicze i mieszkają w sztucznie założonych miasteczkach turystycznych. Latem są tam wyższe temperatury niż na Maderze i Azorach, bo wyspa leży bliżej Afryki. W marcu było 25 st. C w dzień i 15 st. C w nocy. Parę dni mieliśmy zachmurzonych, na plażach powiewała czarna flaga. Na północy wyspy zimują seniorzy. W naszym hotelu należeliśmy do "młodzieży"... Seniorzy przyjeżdżają nieraz na parę miesięcy. W Puerto de la Cruz jest dzielnica z niemieckim kościołem, sklepami, niemieckimi kawiarniami i piwiarniami. W hotelu przyjmuje niemiecki lekarz. Hiszpanie na "buenos diaz" odpowiadają "guten Morgen". Puerto jest brzydkie. Przez wąskie uliczki przejeżdżają z hałasem autokary turystyczne. Hotel przy hotelu, na promenadzie tłum ludzi - nie wyobrażam sobie, jak tam może być w pełni sezonu! Hotele sprzedają wycieczki autokarowe do ciekawych miejsc na wyspie, a także na małe sąsiednie wyspy: Gomerę i La Palmę. My jednak tradycyjnie korzystaliśmy z miejscowych środków komunikacji, które na Teneryfie są bardzo dobre. W informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, że w ostatnim czasie wprowadzono bilet z paskiem magnetycznym w cenie 20 marek. Bilet elektronicznie odejmuje sobie od tych 20 marek cenę przejazdu. Wsuwa się go do automatu i podaje kierowcy nazwę miejscowości docelowej. Kierowca wbija odpowiedni kod, bilet wyskakuje i ma wydrukowaną nową sumę. W praktyce jest jednak tak, że automaty działają, jak chcą: gdy podróżny wsunie bilet nieodpowiednim końcem, to automat nie odczyta go. Na szczęście kierowcy są uprzejmi: wstają i sami wsuwają bilet, albo do automatu zawieszonego wyżej, albo do drugiego, niżej. Dlaczego są dwa automaty, tego nie wiem. System jest bardzo korzystny finansowo: za jazdę na Teide (półtorej godziny) płaci się około trzech marek. Dla porównania: wycieczki autokarowe, oferowane przez biura podróży, kosztują 40 - 80 marek. Regularnie kursujące autobusy są bardzo punktualne, dobrze oznakowane, w bagażnikach można przewozić rowery. Powielone rozkłady jazdy połączeń ze wszystkimi punktami wyspy otrzymuje się bezpłatnie. Teneryfa jest bardzo górzysta. Plaże są wąskie, kamieniste lub z czarnym piaskiem. Żółte plaże, widoczne w katalogach, są tylko na południu i zostały sztucznie usypane. Nabrzeża są skaliste, a góry pocięte stromymi wąwozami. Nie da się nigdzie przejść na skróty, bo niechybnie trafi się na jakiś wąwóz. Wypróbowaliśmy to w Puerto de la Cruz. Nasz hotel był całkiem blisko, ale próba przejścia brzegiem wąwozu skończyła się na krzakach, pokrzywach i pionowej ścianie, a sam wąwóz był za stromy do zejścia. W czasie tego marszu widzieliśmy, jak jakiś facet wyrzucał z balkonu śmieci prosto do wąwozu... Któregoś dnia, gdy planowaliśmy następne wędrówki, wyczytałam w przewodniku, że można dojechać do lasów laurowych rosnących na wysokości 1100 m n.p.m., a następnie zejść nad ocean wąwozem Barranco de Bucaron. Już samo słowo: "barranco" - z hiszpańskim "rrrrrrr" - brzmi dziko i romantycznie! Joachim w napadzie lenistwa: - "Nie będę schodził przy takiej różnicy wysokości. To jest tysiąc metrów. To tak, jakbyś jedenaście razy wchodziła na katedrę kolońską!" - "W przewodniku piszą, że wąwóz jest ciekawy..." Joachim: - "Już widziałaś przecież wąwozy. W Puerto de La Cruz, jak wracaliśmy do hotelu." - "Ależ to był wąwóz - śmietnik" - nie dawałam za wygraną. - "WSZYSTKIE wąwozy to Schmutz- und Abfall-Barrancos." Pojechaliśmy tam jednak. Wąwóz okazał się piękny. Schodzi się w dół, mając przed oczami cel wędrówki: miasteczko nad oceanem. Na wysokości 1000 metrów rosną lasy iglaste, niżej góry porośnięte sukulentami i kaktusami. Jeszcze niżej kwitnące, pachnące łąki. Latają ptaki i motyle. Las laurowy był, niestety, suchy i brzydki, bez porównania do tego czarodziejskiego lasu na Maderze. Biura podróży oferują też - za duże pieniądze - wędrówkę do innego wąwozu, Barranco de Masca. Na końcu wąwozu nie ma tam jednak miejscowości i autobusu, tylko brzeg oceanu. Wędrowcy nie mogą sami wrócić do domu, tylko muszą zostać przetransportowani łódką do "cywilizacji". Nie chcieliśmy jednak wędrować z grupą, a po powrocie do Niemiec znaleźliśmy w gazecie taką oto notatkę: "Urlopowicze uratowani z wąwozu. 106 niemieckich i francuskich turystów zostało odciętych od świata w głębokim wąwozie na kanaryjskiej wyspie Teneryfie. W czasie jednodniowej wycieczki urlopowiczów zaskoczył gwałtowny deszcz. Z powodu zmierzchu nie mieli możliwości ucieczki. Zostali uratowani dopiero po kilku godzinach." A nam Teneryfa pod koniec pobytu pokazała się od sielankowej strony: nie było "sufitu z chmur", ale góry w pełnej krasie. Wylegiwaliśmy się nad hotelowym basenem z widokiem na cele naszych wędrówek: lasy, wąwozy i strome skały. Śnieg na Pico del Teide jaśniał jak na widokówkach albo jak w katalogach biur podróży... Pozdrowienia z Teneryfy!!!
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
|
|
|
|
|