Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Afryka dla początkujących - Północna Tanzania i Zanzibar 2005
Autor: Elżbieta Simon   
64.jpgZwierzęta To główna atrakcja Tanzanii. Parki narodowe i rezerwaty stanowią jedną czwartą powierzchni kraju. A Tanzania jest wielka: jak trzy Polski.

Losy tych parków były różne, część zwierząt wytrzebiono w czasie wojny z Ugandą w roku 1977 i w wyniku załamania gospodarczego. Teraz zasoby powoli się odnawiają, także dzięki staraniom międzynarodowych organizacji.

W kraterze Ngorongoro ostało się już na przykład tylko 20 nosorożców. Nadal są zagrożone - ze względu na wysokie ceny środków na potencję na rynkach azjatyckich. Nosorożców pilnują dzień i noc rangerzy, wyposażeni są w ostrą broń. Dzięki pieniądzom z fundacji parki narodowe mogą zapewnić godziwe płace rangerom i innym pracownikom parku.

Safari, które w Afryce nazywa się "games drive" organizowane jest przez agencje turystyczne. Turyści indywidualni także mogą wjeżdżać do parków. Nie wolno opuszczać wyznaczonych dróg oraz wychodzić z samochodu. Chodzi tu i o bezpieczeństwo turystów i o to, żeby zwierzęta nie przyzwyczajały się do widoku ludzi. Zasady tej przestrzega się surowo, agencjom grozi pozbawienie licencji a pasażerom wysokie kary pieniężne (kary pobierane są od wszystkich pasażerów w samochodzie). Niedobrze, gdy turysta ma akurat kłopoty z żołądkiem lub inne sensacje chorobowe...

65.jpgNajbardziej znany jest park narodowy Serengeti. Wraz z Ngorongoro i innymi przyległymi rezerwatami obejmuje 15 tysięcy kilometrów kwadratowych. Szacuje się, że obszar ten jest zamieszkały przez dwa miliony zwierząt. Serengeti jest jednym z ostatnich miejsc na świecie, gdzie można oglądać wędrówki zwierząt, tzw. "migrations". Są to cykliczne wędrówki zwierząt roślinożernych w poszukiwaniu nowych pastwisk. To rzeczywiście niesamowity widok: tysięczne stada bawołów, zebr, antylop gnu, kudu, Thomsona, Granta, gazeli eland, impali. Czas wędrówek to też dobry czas dla drapieżników.

Dokładny czas kiedy stada ruszają na następny etap wędrówki zależy od początku i długości pory deszczowej. W lutym zwierzęta są zwykle w części południowo-wschodniej parku. W tym roku się pospieszyły i wcześniej powędrowały na zachód. Jadąc na nasz camping widzieliśmy z daleka, na horyzoncie, przeciągające kilometrowe stada. Aż jednego dnia mieliśmy szczęście: pojechaliśmy bardziej na zachód i nagle znaleźliśmy się pośrodku ogromnych stad. Zwierzęta kroczyły niespiesznie, co pewien czas pojadając dość suchą trawę i nie zwracając uwagi na samochody. Miały ze sobą dużo młodych - czas zbliżającej się pory deszczowej to czas powiększania się stada.

66.jpg

Krajobraz Serengeti jest zróżnicowany.

Kilometrami ciągną się wysuszone stepy, wzbijające tumany kurzu i piachu. Część wyżyny pokryta jest drzewiastą sawanną i lasami akacjowymi. Są też połacie bujnej i zielonej trawy, kołyszącej się na wietrze. Od czasu do czasu spotyka się malownicze skałki, zwane "kopjes".




Na granicy z Kenią góry, pokryte - innym od europejskiego - lasem. W zagłębieniach sawanny jeziorka. W niektórych wylegują się hipopotamy i bardzo zabawnie przewracają się w błocie, pokazując różowe brzuchy i łapy.

67.jpg W zachwyt wprawiał turystów widok śpiących lub wylegujących się lwów. Każde takie miejsce w mig otaczały pojazdy pełne turystów z teleobiektywami.

Ale wiadomość o śpiącym lamparcie wprawiła w zachwyt nawet tubylczego kierowcę. Wracaliśmy już wieczorem na camping i zatrzymaliśmy się na krótko przed jeziorkiem z hipopotamami, aby w spokoju zrobić zdjęcia. A tu nagle nasz kierowca włącza silnik i rusza pędem, nie zwracając uwagi na protesty fotografów. Po dzikiej jeździe przez wertepy zahamował gwałtownie o 20 metrów od drzewa, na którym spała sobie lamparcica.

Kierowca dowiedział się o niej od innego kierowcy naszej agencji. Następnego dnia już wszyscy o tym wiedzieli i gdy rano tam przyjechaliśmy, na drodze stało dwadzieścia samochodów.

Znowu był konar drzewa i lampart - ale tym razem było to sąsiednie drzewo i lampart - samiec.

Camping w Serengeti nie jest ogrodzony i o zmroku nie wolno chodzić w pojedynkę. Zwierzęta nie są agresywne i raczej unikają ludzi, ale jeśli się nadepcze na jakieś albo "zagrozi" małym, to może się to źle skończyć. Trzeba też świecić latarką dookoła, aby większe zwierzęta widziały człowieka, a człowiek widział świecące w ciemności oczy zwierząt oraz skorpiony i żmije w trawie.

Jednej nocy słychać było posapywanie słoni. Jakaś Amerykanka zaczęła histerycznie wołać "Jest tam kto?" i chciała wybiec z namiotu. Na szczęście sąsiedzi z innych namiotów ją od tego odwiedli. Następnego dnia kierowcy opowiadali, że słonie przychodzą tam regularnie aby napić się wody z wielkiej kałuży koło zbiornika na wodę, a w czasie wielkiej suszy potrafią nawet podnieść jego górną pokrywę i trąbą "wypompowywać" wodę. Ponieważ mój namiot stał jako pierwszy koło zbiornika, obudziwszy się nocą wyobrażałam sobie, jak mnie rozdeptują. Ale ponoć słonie są bardzo ostrożne i dokładnie patrzą pod nogi.

Innej nocy przyszły lwy - ale one też nie są groźne, jeśli samemu się na nie nie wlezie.

68.jpg Mniej znany, ale równie ciekawy jest park Tarangire. Jest bardziej zielony niż Serengeti, ma przepiękne wzgórza i rzekę. W Tarangire widzieliśmy z bliska - z odległości dwóch metrów - kąpiące się słonie. Bardzo zabawny widok jak większe większe dzieci delikatnie wypychają mniejsze, żeby też powylegiwać się w bajorku.

Poza tym widziałam: gepardy z gepardziątkami, strusie, krokodyle, hieny, szakale, żyrafy i karłowate antylopy dik-dik. I polskie bociany nocujące na drzewach.

A nad Oceanem Indyjskim, w domku campingowym, w toalecie, poczułam nagle, że ktoś się we mnie wpatruje. Była to żaba, która wylazła zza zbiornika z wodą i siedziała za moimi plecami. Żaba była inna niż europejskie, bardziej oślizła, "wężowata". Rano zniknęła. Ale następnej nocy znowu przyszła.

Afrykańskie lato

Luty to w Tanzanii pełnia lata. W tym roku lato było wyjątkowo suche i wszyscy rozmówcy wypatrywali deszczu. Zwykle na początku marca zaczyna się pora deszczowa, ale jak dotąd tylko raz była nocna burza z piorunami.

Ziemia wszędzie spieczona i ubita jak klepisko, mosty przebiegają nad głębokimi rowami po wyschniętych rzekach.

W Europie przyzwyczajeni jesteśmy, że nawet w "lato stulecia" wieczorem i rankiem jest trochę chłodniej. W Tanzanii wprawdzie też, ale to "chłodniej" oznacza 29 stopni - o ósmej rano! W ciągu dnia temperatura dochodziła do 35-40 stopni w cieniu, a pewnie i więcej, tyle że skala turystycznego termometru jednego z towarzyszy podróży kończyła się na tej wysokości. Słońce świeci niezwykle intensywnie jakby "ze wszystkich stron", już rano ma się wrażenie, że jest południe.

Nikogo nie trzeba zachęcać do ukrywania się w cieniu i picia dużych ilości wody. Robi się to automatycznie. Także automatycznie zaczyna się poruszać "po afrykańsku", krok za krokiem.

69.jpgWyposażenie campingów - poznałam cztery - jest skromne. Toalety okropne, rozwalające się prysznice, w jednym brakowało wody, w drugim woda była w zbiorniku, ale prysznice nie działały (jest tam tak od lat). Ale tu przynajmniej można sobie było nabrać wody do butelki i tak się umyć pod namiotem. Na szczęście woda zwykle jest w centrum informacji turystycznej i w lodges (drogich hotelach), w których co parę godzin robiliśmy postój. Wtedy ludzie z grupy pili piwo "Safari" rozcieńczone fantą, a ja wsadzałam głowę do umywalki.

Na pierwszym campingu wyszłam nocą w krzaczki, wracam, a tu wyrasta obok mnie w ciemności coś wielkiego - dwumetrowy Masaj. W ręku miał dzidę, ale zanim miałam czas się wystraszyć, zobaczyłam, że ma na głowie latarkę czołową. Okazało się, że był stróżem nocnym i że wieczorem przedstawił się grupie w czasie kolacji, ale ja na kolacji nie byłam.

Ludzie

Tanzanijczycy są atrakcją dla turystów, a turyści dla Tanzanijczyków. W związku z tym można się gapić do woli.

Mieszkańcy wsi nie mają telewizorów (i rzadko też w ogóle elektyczność). Są ciekawi przyjezdnych i chętnie nawiązują kontakt. Pozdrawiają, pytają o zdrowie, niekiedy wołają kogoś, kto mówi po angielsku, aby się dowiedzieć czegoś dokładniej. Niewiele osób mówi jednak po angielsku, nawet oficjalni przewodnicy nie za bardzo.

Nad Oceanem Indyjskim jeden z rozmówców zapytał grzecznie: "A do czego wy właściwie używacie tych muszli?"

Dzieci machają do przejeżdżających samochodów, wołają "jambo"(dzień dobry), zagadują o coś. W niedzielę w Stonetown dziewczynki wracające ze szkoły koranicznej chwaliły mi się na migi, że dostały słodycze. Może za dobrą naukę - wcześniej przysłuchiwałam się, jak wrzaskliwym chórem powtarzały wersy za nauczycielem.

Na wschodzie wyspy Zanzibar odwiedziłyśmy z Madeleine wiejską szkołę. Były tam trzy klasy i w pierwszej poprawiał zeszyty miły pan, chyba kierownik szkoły. Powiedziałyśmy mu, że jesteśmy nauczycielkami i że chcemy się poprzypatrywać. Nie miał nic przeciwko temu, a nawet pokazał nam zeszyty uczniów. W klasie było 80 dzieci, dziewczynki i chłopcy razem, ale chłopcy siedzieli po sześciu-siedmiu w ławkach chłopięcych, a dziewczynki z dziewczynkami. Dziewczynki miały na głowach chusty. Uczyły się akurat dodawania, głośno skandując liczby, pokazywane kijkiem na tablicy przez nauczycielkę. Po klasie przechadzała się jeszcze inna pani, chyba pilnująca dyscypliny.

Dzieci grzecznie kontynuowały naukę, dopiero po pewnym czasie pojedynczo zaczęły szeptanki: "Jak się nazywasz?" - "Madeleine"- szuru-buru do koleżanki: "Ona się nazywa Madeleine"... i chichoty następnych dziewczynek.

W drugiej klasie było podobnie, a w trzeciej nauczycielka nie była zachwycona naszą obecnością. Nie znała angielskiego i miała wrogą minę. Starsze dzieci nie były też już tak grzeczne, w klasie zaczął robić się harmider, tak więc szybko się ulotniłyśmy.

W Tanzanii istnieje obowiązek szkolny, ale szkoły są płatne i nie wszystkich rodziców na nie stać. Nieraz widać, jak dzieci w drodze do szkoły niosą na głowie drzewo na opał albo kanistry z wodą - to na posiłek na przerwie. Dzieci są ubrane w mundurki szkolne, zwykle w granatową koszulkę, spódniczkę i granatowe podkolanówki. Nieraz są też na bosaka. Rano w górach Usambara, gdzie było "chłodniej" (26 stopni C) niektóre miały też na sobie swetry.

Na Zanzibarze byłam w niedzielę w kościele katolickim. 90 procent mieszkańców Zanzibaru stanowią muzułmanie (W reszcie kraju chrześcijanie stanowią dwie trzecie ludności).

W kościele było gdzieś z 800 osób, w tym pięciu białych turystów. Ksiądz był Afrykańczykiem, trzy siostry zakonne też.

Msza trwała prawie dwie godziny, z nowoczesną liturgią i dużą aktywnością świeckich. Spodziewałam się zachowania jak w czarnych kościołach amerykańskich, ale było jak w kościołach polskich. Wszyscy pięknie niedzielnie ubrani i ufryzowani, kobiety w butach na obcasach. W czasie kazania obserwowałam, jak jeden chłopak dyskretnie zdejmował sandały. Ponieważ były zamykane na rzep, to on ten rzep pod ławką tak powolutku odpinał, żeby nikt tego nie zauważył. W procesji wejścia wraz z księdzem wszedł także dwunastoosobowy chór, który zajął miejsce przed prezbiterium. Natomiast na chórze piętro wyżej zgromadzono wszystkie dzieci. W czasie przedłużającego się kazania zaczęło się tam robić głośno i co jakiś czas matki odwracały się do tyłu, patrząc z przyganą. Po pewnym czasie jakiś męski głos upomniał dzieci i hałasy trochę przycichły.

Chór śpiewał przecudnie, prawdziwie po afrykańsku.

Życie codzienne

Miasta zbudowane są wzdłuż dróg przelotowych, zbudowanych za czasów kolonialnych oraz w latach sześćdziesiątych przez Chińczyków. Drogi te są w dobrym stanie. Inne drogi są żwirowe lub piaszczyste i w czasie pory deszczowej zamieniają się w rzeki. Budynki w miastach są niekiedy w strasznym stanie, widać jednak też domki w budowie. Dużo budynków rozpoczętych, ale nie wykończonych. To podobno znak, że skończyły się pieniądze, albo właściciel umarł na AIDS. Na wielu budynkach namalowany farbą czerwony krzyż jako znak: "do wyburzenia", ponieważ zostały zbudowane bez pozwolenia i zbyt blisko drogi. Ponieważ w październiku 2005 w Tanzanii będą wybory, rząd wydał ustawę o wyburzaniu, ale nie nalega na jej przestrzeganie.

Domy na wsiach zbudowane są z gliny i pokryte strzechą lub blachą, nieraz z wyklepanych puszek. Są bardzo małe i wyglądają tak, jakby było w nich tylko jedno lub dwa pomieszczenia. Przypominały mi opowiadania mojej matki o biednych wioskach na Białorusi przed wojną, gdzie pod jednym dachem mieszkali ludzie i zwierzęta.

Podwórka domów bardzo wysprzątane. Natomiast w miastach spotyka się dzikie wysypiska śmieci, ale raczej na "terenie niczyim", nie przy domach.

70.jpgKobiety piorą w rzekach. Nieraz widać sznury kobiet wracające znad rzeki z tobołami upranych rzeczy na głowie.

Rano słychać pianie kogutów i pachnie rozpalanymi ogniskami.

Prąd dochodzi do niektórych wsi zwisającym na słupach kablem. Większość hoteli posiada prądnice, ale mimo to na stolikach przy łóżkach leżą świece i zapałki.

Ludzie gotują na węglu drzewnym, który wypalany jest w lasach w "średniowieczny sposób". Worki z węglem transportuje się na osłach i rowerach. Na rowerach transportuje się także najdziwniejsze rzeczy, na przykład żywe kury albo metrowy stos jajek w płaskich kartonikach.

Ceny w jedynym supermarkecie, który widziałam (w Arusha) przypominały zachodnie. Produkty żywnościowe importowane z Arabii Saudyjskiej i RPA. Miejscowe wyroby przemysłowe przypominały polskie socjalistyczne z lat 60-tych. Klienci supermarketu wyglądali na dobrze usytuowanych Tanzanijczyków.

Reszta ludności zaopatruje się na targach oraz w małych sklepikach miejskich. Wbrew opowieściom o malowniczości targów ja uważam je za po prostu okropnie biedne. Stragany z owocami są ciekawe, ale od wejścia do zadaszonej hali, w której sprzedaje się mięso, odrzuca przenikliwy zapach i kłęby much. Jeszcze gorzej jest z halą, gdzie sprzedaje się ryby.

Przedmioty użytku codziennego są często zrobione domowym sposobem z surowców wtórnych: durszlaki z opakowań po konserwach, sandały z opon, miski z wyklepanej blachy.

Rośliny

Tanzania jest subtropikalna. Rośnie tam absolutnie wszystko: od palm kokosowych do poczciwych ziemniaków. Owoce mango, papaje, pomarańcze, słodkie i kwaśne cytryny, limonki, arbuzy, melony, różne gatunki bananów, anonas, litschi, orzeszki cashew, orzeszki arachidowe, maniok, kawa, herbata, kukurydza, proso.

Z trzciny cukrowej robi się dobre "konjaki". Piwo bananowe smakuje orzeźwiająco, ale po wierzchu pływa mętna piana z kiełkami i trzeba ją albo połknąć albo przecedzić przez zęby.

U stóp gór Para Mountains i Usambara ciągną się przez kilkaset kilometrów plantacje sizalu.

W górach Usambara rosną także jabłonki, chabry i róże. To pozostałość po krótkim okresie, kiedy Tanzania była kolonią niemiecką. Mieszkaliśmy w "Muellers Lodge", prowadzonej przez potomków Müllerów z tamtych czasów. Hotel był zbudowany w stylu wilhelmińskim, z meblami z końca dziewiętnastego wieku, z haftowanymi serwetkami, salonem z kominkiem i widokiem z okna jakby na przedwojenny sad w Prusach Wschodnich. Tyle że parę metrów za sadem rosły araukarie...

To jest oczywiście banał, że owoce w dalekich krajach smakują lepiej niż te, które dojrzewają w czasie transportu do Europy. Mimo to rozkoszą jest odkrycie, że banany mogą mieć szczególny aromat i delikatną słodkość. A już banany z rusztu polane miodem to specjał nad specjały.

Nad brzegiem Oceanu Indyjskiego rosną lasy mangrowe, a na wyżynie baobaby, drzewa kiełbasiane i najróżniejsze gatunki akacji.

Kilimandżaro

Wielu turystów jedzie do Tanzanii po to, aby wejść na Kilimandżaro. W Moshi istnieje 250 agencji zajmującej się organizacją wypraw. Dość obskurny hotel, w którym mieszkaliśmy przez trzy dni, był punktem wyjścia dla wielu ekip. "Kili" jest przedmiotem kultu i dyskusje nad sensem zdobycia szczytu są sprawą wiary a nie racjonalności.

W czasie posiłków zajmowaliśmy się pocieszaniem kompletnie załamanych turystów, którzy musieli zawrócić z trasy ze względu na chorobę wysokościową. Zamiast wchodzić na Kilimandżaro siedzieli dwa, trzy, cztery dni w hotelu. Jedna Austriaczka musiała zawrócić już po pierwszym etapie i spędziła całe sześć dni "odchorowując Afrykę" i nie mogąc ani jeść ani spać.

Ekipy powracające ze szczytu są pełne euforii. Noszą dumnie koszulki z wydrukowanym "Kilimandżaro 2005" i opowiadają wszystkim napotkanym o swoich przeżyciach. Rekordy pobiła pewna Amerykanka w średnim wieku, która najpierw obcałowała czarnych kierowców i tragarzy - czym oni byli okropnie speszeni - potem poleciała całować pokojówki, kelnerów, krzycząc "I did it", potem pobiegła na basen hotelowy i tam zaczęła to samo krzyczeć i podskakiwać...

Euforia nie minęła jej nawet następnego dnia.

Nasza grupa przejęła jej okrzyk "I DID IT" jako "running gag".

Na wyspie Zanzibar spotkaliśmy grupę "Wikingów" (to znaczy podróżującą też z Wikinger Reisen), która miała w programie wejście na Kilimandżaro. Z 18 uczestników na szczyt dotarło 10, z tego część dosłownie niesiona i wleczona przez tragarzy. Opowiadali, że tego ranka równocześnie z nimi na szczyt weszło siedem innych ekip.

Po trzech tygodniach Afryki polecieliśmy do Amsterdamu - lot trwał 10 godzin. W Amsterdamie okazało się, że lotnisko jest zablokowane z powodu wielkich opadów śniegu. Ludzie koczowali od 24 godzin, denerwowali się, krzyczeli i biegali.

My mieliśmy szczęście i wszystkim udało się dotrzeć do domów jeszcze tego samego dnia.

Teraz wszyscy mówią o wiośnie - a ja czekam na LATO NUMER DWA roku 2005!

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;