Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Ameryka, Ameryka...
Autor: Elżbieta Simon   
Przed paru laty świętowaliśmy wesele Volkera i Annelies w Rotterdamie, w hotelu "New York". Hotel ten mieści się w dawnej siedzibie kompanii transatlantyckiej. Stąd kiedyś wyruszały statki, wiozące emigrantów do Nowego Jorku. Budynek kompanii położony był na końcu długiego półwyspu w porcie, w sąsiedztwie magazynów, warsztatów naprawczych i budynków portowych. Hotel urządzono w tym budynku, nie zmieniając jego charakteru: czerwona, nieotynkowana cegła, pod wysokimi stropami rury i stalowe pomosty, pokoje urządzone po spartańsku. Patrząc z okien na przepływające statki, myślałam o ludziach, którzy stąd wyruszali na Nowy Kontynent.

Volker i Annelies też mieli jechać do Ameryki. Wprawdzie nie na zawsze - ale na dobrych parę lat. Zaraz po ślubie zlikwidowali mieszkania w Europie, spakowali meble do kontenerów i wyruszyli do Nowego Orleanu. Postanowiliśmy ich tam odwiedzić. A przy okazji Teresę i Andrzeja, mieszkających w San Francisco. To "przy okazji" to był mój pomysł, świadczący o mojej znajomości geografii... Naprawdę wydawało mi się to blisko...

Lot z Frankfurtu do Nowego Orleanu trwa siedem godzin. W Chicago przesiadaliśmy się, czekając trzy godziny na dalszy lot. Ponieważ miałam wizę amerykańską, to pytano nas jedynie o: kontakty z terrorystami, podejrzane osoby, które kręciły się koło naszych bagaży, datę pakowania walizek oraz czy jacyś nieznajomi nie dali nam do zabrania tajemniczych przesyłek. Na pytania o przynależność do organizacji faszystowskich, wcześniejsze skazania za przestępstwa kryminalne lub zbrodnię ludobójstwa, zamiar pracy w USA jako prostytutka lub sutener(ka?), posiadanie narkotyków lub zamiar handlowania nimi - odpowiedziałam już wcześniej, składając wniosek o wizę. Nasze walizki zostały obwąchane przez "beagle brigade", długouche psy z takim właśnie napisem na kaftaniku. Psy szukały przewożonej żywności. Tablice informacyjne głosiły, że to wszystko w celu ochrony interesów rolnictwa amerykańskiego.

71.jpgW Nowym Orleanie była jesień, najprzyjemniejsza pora roku. "Sucho i chłodno" - jak na każdym kroku podkreślali tubylcy. "Sucho" to 80% wilgotności powietrza, "chłodno" to 25° C. Volker i Annelies mieszkali w dzielnicy willowej Garden District, porośniętej wielkimi dębami, w drewnianym domu, podobnym do tych na obrazku. Po dębach uganiają się szare wiewiórki - jest ich tak dużo jak u nas gołębi. Głośno skrzeczą wielkie, niebieskie sroki.

Nowy Orlean ma pół miliona mieszkańców. Powstał na niewielkich wzgórzach nad Mississippi, tam gdzie teraz jest French Quarter. Francuzi osiedlili się tam w roku 1718. Pięćdziesiąt lat później część Luizjany przeszła pod władanie Anglików, a miasto na własność Hiszpanów. Językiem urzędowym stał się hiszpański, ale zwyczaje i styl życia pozostały francuskie. Od ludności francuskiej i hiszpańskiej wywodzą się obecni Kreole i wszystko, co tradycyjne, nosi nazwę kreolskiego. W 1803 roku Luizjana Hiszpańska została sprzedana Stanom Zjednoczonym. W tym czasie osiedliło się w Nowym Orleanie wielu białych, mulatów i czarnych z Wysp Karaibskich. W Nowym Orleanie rozróżniano czarnych, będących wolnymi ludźmi i posiadających niewolników ("free poeple of colour") i wyzwolonych niewolników ("freedmen of colour"). Obecnie Murzyni stanowią 30% ludności Luizjany.

Pod koniec XIX wieku w Nowym Orleanie rozwinął się przemysł i handel. Miasto rozrosło się i musiało zająć tereny leżące poniżej poziomu Mississippi i płytkiego jeziora Pontchartrain. Miasto przed zalaniem chronią więc tylko wysokie wały na brzegach rzeki oraz dobrze działające pompy. Ale i tak w przypadku podwyższenia poziomu wody wzrasta od razu poziom wód gruntowych - jeśli ktoś przechowuje coś w piwnicy, to czyni to na drewnianych pomostach nad podłogą.

Miasto ze względu na podłoże posiada niewiele wieżowców. Za French Quarter rozciąga się dzielnica bankowa, od której rozpoczyna się St. Charles Avenue, bulwar z reprezentacyjnymi domami, kościołami i hotelami. Reprezentowane są wszystkie najważniejsze kościoły: widziałam trzy różne synagogi i parę baptystycznych, metodystycznych i katolickich. W środku ulicy jest pas zieleni, po którym jeździ antyczny drewniany tramwaj z lat 20. Tramwaj jest dużą atrakcją turystyczną - sądząc po okrzykach zachwytu Amerykanów.

I na tym kończy się już miasto dla turystów. Dalej są dzielnice biedne, w które nie należy się zapuszczać, dzielnice średniozamożne ze sztampowymi domkami szeregowymi i wolnostojącymi oraz ciągnąca się kilometrami niska zabudowa przemysłowa. Wiele budynków jest w bardzo złym stanie. Ruiny, opuszczone baraki obok całkiem przyzwoitych - tyle, że brzydkich.

72.jpgMississippi jest ogromna i głęboka - pływają po niej statki morskie. Nad brzegami - wbrew moim oczekiwaniom, karmionym "Chatą Wuja Toma"- nie widać było pól bawełnianych, tylko zakłady chemiczne, rafinerie, cukrownie. Do Zatoki Meksykańskiej jest tylko 80 kilometrów. Jako przykładni turyści popłynęliśmy statkiem, udającym parowiec. Ogromne koło napędowe parowca kręci się elektrycznie. Muzyka dixi, którą rzępolił muzyk na statku, ucichła na szczęście po wypłynięciu z portu. Płynęliśmy godzinę w dół rzeki, mijając kontenerowce i statki wojskowe z helikopterami na pokładzie.

Następnego dnia pływaliśmy też, ale z kolei małym stateczkiem wycieczkowym (to za dużo powiedziane - "stateczek", w rzeczywistości była to łajba) po moczarach, zwanych swamps. W niektórych miejscach moczarów rosną kępy drzew i krzaków, obwieszone "brodami" spanish moos - porostami, żyjącymi z tymi drzewami w symbiozie. Drogi wodne nazywają się bayous i są całe pokryte rzęsą. Ma się wrażenie, że zaraz spod tej rzęsy wyskoczy aligator i porwie kogoś z łajby.

Czytałam parę kryminałów, których akcja rozgrywa się w tych swamps, np. "The Neon Rain" Jamesa Lee Burke'a. Oprócz ścigania przestępców po moczarach zachwyca się on tam regionalną potrawą: gumbo. Gumbo to gęsta zupa z okry, jarzyn, kawałków kury, krewetek, ryb. Próbowałam - smakuje dość ohydnie. Natomiast reszta luizjańskiego jedzenia jest bardzo dobra: świeże ryby morskie i rzeczne, krewetki, dużo jarzyn. Krewetki, małże i mniej apetyczne z wyglądu stwory morskie są zwykle frytowane w panadzie z lekkiego ciasta. Swamps zamieszkane są przez potomków francuskich osadników, zwanych cayuns. Wcześniej zajmowali się oni przemytem i polowaniem, teraz turystami.

Wszyscy turyści czekali na mrożące krew w żyłach spotkanie z aligatorami. Etam, takie aligatory! Chudzinki, o długości metra, wylegiwały się pod drzewami. Przewodnik wołał do nich po imieniu, rzucał im różowe cukierki marshmellows, one leniwie właziły do wody, podpływały do cukierków i je połykały...

Aby zobaczyć, jak żyli biali plantatorzy z "Chaty Wuja Toma", pojechaliśmy na wycieczkę wzdłuż Mississippi. Dawne domy plantatorów są wystawione na sprzedaż, ale można je kupić jedynie pod warunkiem zachowania ich charakteru i inwestowania w nie. Są w złym stanie, odpowiednio do upadku rolnictwa na tym terenie. Jeden z tych domów przekształcono w muzeum dzięki fundacji jego ostatniej właścicielki. Jest to po mieszczańsku urządzona willa w stylu biedermeier, nic nadzwyczajnego. Natomiast park wart był zobaczenia. Długa aleja dębowa - dęby Virginia o szarej korze i potężnych, powykręcanych konarach, a wokół zielone trawniki. Aleja ma ponad dwieście lat. Poprzedni plantator splajtował, jego dom zamienił się w ruinę i został rozebrany. Obecny dom został "dobudowany" do alei.

Ale najciekawsza na tej wycieczce była jazda autokarem. Przez te podmokłe, zupełnie płaskie tereny prowadzą autostrady, umieszczone na palach. Wygląda to jak niskie mosty, ciągnące się sto, dwieście kilometrów. Swamps, widziane wcześniej z łódki, widzieliśmy teraz z okien samochodu. Obok autostrady ciągną się linie wysokiego napięcia, ich słupy też stoją w wodzie. Cała okolica jest przemysłowa. Przemysł ten potrzebuje jednak niewielu robotników. Widać więc tylko zakłady i bardzo niewiele osiedli.

Po tygodniu w Nowym Orleanie polecieliśmy do San Francisco. Lot miał trwać cztery godziny, z 20-minutowym międzylądowaniem w Denver. W Denver okazało się jednak, że nasz samolot dalej nie poleci - blizzard! Blizzard to zimne masy powietrza z Kanady, mogące przemieszczać się aż na południe USA, bo nie zatrzymuje ich po drodze żadna bariera górska. Blizzard powoduje burze śnieżne nawet w gorącej Luizjanie i na Florydzie.

Ponieważ inne samoloty nadal jednak odlatywały, wszyscy pasażerowie rzucili się do okienek, aby jakoś okrężną drogą dotrzeć do Kalifornii. Oczywiście, niewielu się to udało. My zdecydowaliśmy się szukać hotelu - za który musieliśmy zapłacić sami, bo towarzystwo lotnicze wyłgało się "siłą wyższą".

I całe szczęście, że tak szybko się zdecydowaliśmy. Shuttle bus hotelowy, do którego wsiedliśmy, potrzebował godziny na pokonanie odległości, którą normalnie pokonuje w 10 minut. Samochody kręciły się w śniegu, część kierowców usiłowała wymijać "na trzeciego" albo na paśmie rozdzielającym dwie części autostrady. Kierowca mikrobusu opowiadał, że wszyscy w Denver jeżdżą na letnich oponach, mimo że jest to okolica, w której zimy są normalnym zjawiskiem.

Ponieważ na lotnisku zdążyliśmy jeszcze zarezerwować miejsce w samolocie na następny dzień, to średnio się przejęliśmy. Następnego dnia okazało się jednak, że lotnisko wprawdzie częściowo działa, ale samochody tak zatarasowały drogę dojazdową, że nie ma możliwości dotarcia tam. Śnieg przestał padać, było -6° C. W telewizji robiono z tego sensację. Nazywano to "blizzardem stulecia", choć według określenia Joachima: "W Ełku nazwano by to opadami śniegu"... Miasto posiada jednak za mało odśnieżarek i piaskarek, służby drogowe skupiły się na drodze dojazdowej do lotniska, w mieście więc nie uprzątano śniegu i powstał chaos. Przy okazji zresztą, ta droga między lotniskiem a miastem jest jedyną drogą dojazdową. Aż strach pomyśleć, co by było w przypadku katastrofy na lotnisku albo wielkiego pożaru. Nic by do lotniska nie dojechało.

Byliśmy więc zmuszeni przedłużyć pobyt. I zaczęła się nuda. Do miasta nie można było dotrzeć, taksówki nie jeździły, połączeń autobusowych poza centrum Denver nie ma. Nasze ubrania w walizkach - a te gdzieś w brzuchu lotniska. Na sobie mieliśmy sweterki odpowiednie do pogody w tropikalnej Luizjanie, tak więc nie mogliśmy nawet pospacerować po brzydkich okolicach hotelu. Po dwóch dniach samoloty zaczęły odlatywać normalnie, ale najpierw musiały zabrać ludzi koczujących na lotnisku. Okazało się bowiem, że ci, którzy zdecydowali się później niż my szukać hotelu, nie dojechali już, spędzając noc w samochodzie lub na gołej podłodze na lotnisku.

73.jpgCałą niedzielę spędziliśmy więc znowu gapiąc się w telewizję, między innymi na transmisję prosto z sali sądowej (biedna oskarżona!). I na przyglądaniu się mieszkańcom hotelu w czasie obfitego amerykańskiego śniadania. Nudy skończyły się dwugodzinnym lotem nad Górami Skalistymi - co już samo w sobie jest przeżyciem.

W San Francisco była jesień: sucho i ciepło. Znowu 25° C. Roślinność wyschnięta, buro-rudawa, krzaki o twardych liściach, kaktusy, sukulenty, eukaliptusy, palmy. Zielona Kalifornia, którą zna się z widokówek, jest zielona tylko na wiosnę. Pora deszczowa rozpoczyna się w listopadzie. Wtedy woda napełnia jeziora w pobliżu San Francisco i miasto korzysta z niej w porze suchej.

San Francisco jest bardzo ładnie położone. Na górzystym półwyspie, między Pacyfikiem a Zatoką San Francisco. Inne miejscowości formalnie nie należą do SF, ale praktycznie stanowią jedno miasto. Miejscowości po drugiej stronie Zatoki łączą dwa piękne mosty o długości 30 kilometrów, nad Zatoką i Oceanem przebiega Golden Gate Bridge.

Jednego dnia przeszliśmy się piechotą mostem Golden Gate, który ma 3 kilometry długości, a potem brzegiem zatoki, wzdłuż portów jachtowych i ładnej dzielnicy Marina. A potem przez miasto, przez dzielnicę chińską, aż do stacji metra. Spacer trwał sześć godzin i był dość intensywny, bo górki w mieście są strome, a ulice nie przebiegają zgodnie z logiką ukształtowania terenu, tylko według amerykańskiego wzorca kwadratowego. W czasie wędrówki odkryliśmy, że wszystkie domy w San Francisco są drewniane (wieżowce oczywiście nie). Nawet domy, które wyglądają jak murowane, mają tylko fasadę "wytapetowaną" tynkiem. Widać to dopiero, gdy z bliska przypatrzy się ścianom bocznym.

Teresa i Andrzej zabrali nas na piękny uniwersytet Stanford, gdzie Joachim nakupował książek chemicznych w księgarni uniwersyteckiej. Byliśmy też w Marina County (widoki), w dawnej hiszpańskiej misji Monterey i w Carmel, przepięknie położonym nad Oceanem Spokojnym. Spacerowaliśmy na bosaka po piasku, obserwowaliśmy wylegujące się w porcie foki, morsy i ogromne mewy. Zwierzęta te na lądzie wyglądają dość obrzydliwie, kwiczą i - z przeproszeniem - śmierdzą.

Ciekawe było też dla nas to, jak żyją "normalni ludzie". Teresa i Andrzej mieszkają w dzielnicy oddalonej o 30 kilometrów od centrum. Dzielnica jest zupełnie nowa, to znaczy wszystkie domki szeregowe wyglądają tak samo. Domy są drewniane i wszystkie posiadają garaże. Dziwiliśmy się, że mimo łagodnego klimatu właściciele nie trzymają samochodów na dworze i nie wykorzystują garaży raczej na potrzeby mieszkalne. Okazało się, że przepisy tej gminy nakazują trzymanie samochodów w garażach ze względów estetycznych. Teresa dojeżdża metrem do pracy w dzielnicy bankowej. Metro przebiega pod Zatoką w rurze, która podobno jest odporna na trzęsienia ziemi. Wieżowce też mają ponoć specjalną bezpieczną konstrukcję. Drobne trzęsienia ziemi zdarzają się tu często. Teresa opowiadała na przykład o jednym, które przeżyła w banku, siedząc pod biurkiem wraz z klientem, którego akurat miała obsługiwać. W jednym z trzęsień zginęła jedna osoba, której samochód wpadł do dziury powstałej nagle na autostradzie. Mieszkańcy San Francisco mają w domach przygotowane kanistry z wodą, zupy w proszku, kochery, latarki i inne rzeczy, potrzebne w razie katastrofy. W firmach i szkołach przeprowadzane są szkolenia. I ja też dowiedziałam się, jak się zachować w czasie trzęsienia ziemi - służę radą!

Ponieważ nasz pobyt w USA wypadł przed Halloween, Teresa raczyła nas specjałami z dyni, typowymi dla tego święta. Halloween wydaje się być ważną tradycją. Wszystkie domy były przystrojone duchami, strachami, pajęczynami. W nocy z 31 października na 1 listopada tańczy się na ulicach San Francisco, a już przez dwa tygodnie wcześniej ludzie spotykają się w restauracjach, świętują w firmach, a w samą noc Halloween organizują wspólne imprezy. 1 listopada wygląda jak karnawał. Bardzo egzotyczne Święto Zmarłych...

Poza tym Ameryka nie wydawała mi się zbyt egzotyczna. Wiele rzeczy znałam z filmów i ciągle zajmowałam się konfrontacją wyobrażeń z rzeczywistością. Myślę, że jakiś pogłębiony obraz można mieć tylko spędziwszy w USA parę lat. Nie widziałam na przykład zbyt wielu Murzynów. Obracaliśmy się w dzielnicach turystycznych. Obwożący nas gospodarze skwapliwie omijali niebezpieczne dzielnice. Z ich opowieści wynikało, że żyjąc w Ameryce stale to niebezpieczeństwo podświadomie bierze się pod uwagę, na przykład dowożąc ciągle dokądś dzieci, nie wysiadając, broń Boże, z metra na niektórych przystankach, nie wychodząc po zmroku z domu, stale obserwując otoczenie przy wychodzeniu z samochodu, banku itp. Widzieliśmy więc Amerykę od strony przeciętnych turystów.

A więc jeszcze parę "pierwszych wrażeń":

W Ameryce nigdzie nie pachnie papierosami. Nie pali się ani w lokalach, ani w samolotach, ani w biurach.

W Niemczech przedstawia się USA jako społeczeństwo usługowe, gdzie panuje wygoda, szybka obsługa i uśmiech. Owszem, panuje, ale za każdą drobną usługę trzeba płacić dolara, za usługę kelnerską 20% od rachunku (przy wysokich cenach restauracyjnych), informacje udzielane z uśmiechem na lotnisku lub w hotelu są często fałszywe, hotel zapomina obudzić gości przed odlotem, obsługa hotelowa nie rozumie po angielsku, elektroniczne klucze do pokoju hotelowego nie działają... "To już wolę sytuację w Niemczech, gdy przynajmniej wiem, że urzędnik na poczcie mnie nienawidzi..."- powiedział Joachim.

Choć w pobliżu San Francisco produkuje się wino, to jego cena jest dwa razy wyższa niż w Niemczech! Nie wiem, co jest tego przyczyną - może pozostałości idei prohibicji?

Zaskakujące jest, jak mało zaludnione są Stany. Z San Francisco do Monterey jechaliśmy dwie godziny, nie napotykając po drodze żadnych miejscowości. Tylko pola brukselkowe... I wzgórza z suchymi krzakami. A przecież to okolice metropolii!

Nie myślałam, że niektóre dzielnice i małe miejscowości mogą być tak brzydkie jak na amerykańskich filmach. Baraki, ogromne plakaty reklamowe, walające się śmieci... Ale naprawdę są takie.

Wiele amerykańskich wynalazków jest świetnych. Na przykład młynek do odpadków kuchennych w zlewie (odpadki spływają do kanalizacji), muszle klozetowe wypełnione po brzegi wodą (dzięki której toalety nie śmierdzą). I wiele różnych możliwości telefonowania: monety, karty telefoniczne, karty kredytowe. Masowo dzwoni się "na erkę" (collect call). Automaty są podłączone równocześnie do centrali telefonicznej i jeśli coś się nie udaje, to włącza się telefonistka i oferuje pomoc, na przykład wyszukuje nowy numer lub łączy ręcznie.

Lot z San Francisco do Frankfurtu jest absolutnie morderczy. Trwa 17 godzin. Dziewięć godzin różnicy czasu powodują zaburzenia rytmu dnia i nocy. Jeśli kiedyś znowu będziemy lecieli do Kalifornii, to podróż podzielimy na dwa etapy, tak żeby stopniowo się przestawić.

Dużo widziałam jak na dwa tygodnie, nie? A co mówić, jak pojadę kiedyś na dłużej!

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;