Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wspomnienie z pierwszej karawany
Autor: Tamara Dubiel   
Zobacz też:
1.jpgCzasami jakiś zapach lub melodia, lub smak potrawy sprawia, że niepostrzeżenie cofam się do chwil odległych. Zanurzam się we wspomnieniu, jak w ciepłej kąpieli. Modlę się, żebym zawsze mogła obejrzeć się za siebie z uśmiechem. A kiedy pamięć zacznie zawodzić, chcę móc powrócić do najlepszych chwil mojego życia. Siadam więc i piszę ...

2.jpgWylądowałam na Djerbie około 13,00. Potem przejazd, rozlokowanie się w hotelu, spacer. Kolacja na rynku w Houmt Souk. Nieskrępowaną radością, wybuchami śmiechu z byle czego świętujemy pierwszy wieczór długo wyczekiwanych wakacji.

3.jpgNazajutrz o 7,30 podjeżdża samochód.W hotelu stanowiącym „punkt zero” poznaje kilka uczestniczek wyprawy. Potem załadunek do i na busa, przeprawa promem na stały ląd i podróż do Douz przez nową i starą Matmatę oraz Tamezret, razem ok. 220 km. Po drodze zatrzymujemy się na zieloną herbatę, kupujemy wodę. Krajobraz niespotykany, momentami wręcz księżycowy. Nie dziwi więc, że wybrano to miejsce na zdjęcia do „Gwiezdnych wojen”.

4.jpgW Douz jeszcze kilka formalności, krótka wizyta na souk i obiad w restauracji – ostatni „cywilizowany” posiłek przed wyruszeniem na pustynię. Kupuję pas tkaniny, z którego będę robić turban. Wieszam na szyi krzyż południa – na szczęście.

6.jpgPotem 4x4 wywożą nas ok.15 km od Douz. Kierowcy machają na dowidzenia i zostajemy sami z członkami karawany, z pustynią, ze sobą. Mężczyźni sprawnie ładują na wielblądy cały dobytek. Potem kolej na nas; krótka lekcja na temat jak nie spaść z wielbłąda i ruszamy. Tak zaczyna się nasza przygoda z Saharą.

Wszystko jest takie, jak sobie wymarzylam, i pustynia, i kolory, i powietrze, ci ludzie, i przestrzeń wokół. Krzyczę z radości. Mężczyżni się śmieją. Krzyczę w tą przetrzeń jeszcze raz. Czuję się wspaniale.

Poranek na pustyni

5.jpgBudzę się wcześnie; inne dźwięki, nowe wrażenia, to wszystko nie pozwala na długi sen. Patrzę na gwiazdy, które szybko bledną i znikają. Poranek wstaje szary, potem błękitnieje. Wraz z pokazaniem się słońca przechodzi w żołć. Ten kolor zostanie z nami. Kolor pustyni. Kolor przestrzeni.

7.jpgZ oddali niesie się głośny okrzyk powitania. To Ali. Wydmy odpowiadają – to uczestnicy; pustka okazuje się zaludniona. Wypełzamy ze śpiworów potargane, trochę zdrętwiałe, trochę zaskoczone zimnem poranka. W „jadalni” czekają dwa usmolone ogniem czajniki ; ten większy z kawą i mniejszy, z zieloną herbatą. Na śniadanie chleb z ogniska, konfitura z fig, serek topiony.

Ustawia sie kolejka po wodę; napełniamy butelki i termosy na najbliższe godziny. Potem pakowanie, objuczanie wielbłądów i ruszamy.
Poranne godziny, najbardziej rześkie, są najlepsze do maszerowania. Po drodze jedna lub dwie przerwy. Odpoczywamy wspólnie, ludzie i zwierzęta; pijemy wodę, przekomarzamy się, robimy zdjęcia.

8.jpgPrzerwa południowa wypada około pierwszej. Rozjuczamy wielbłądy, a następnie przygniecione upałem rozpełzamy się w poszukiwaniu odrobiny cienia wlokąc za sobą materac na popołudniową sjestę. Znajdujemy „krzaczek z potencjałem”, rzucamy plecak, po czym usiłujemy zebrać choć trochę drewna koniecznego na rozpalenie dwóch ognisk; jednego na upieczenie chleba i drugiego – na ugotowanie obiadu. To z naszej strony bardziej gest wspólnoty niż wymierna pomoc. Zaraz potem namierzamy „własny” krzaczek i zwalamy się na materace. Jeszcze tylko kilka łyków wody, zrzucasz turban i można zapaść w miłe, senne odrętwienie.

W takim zawieszeniu pomiędzy snem a jawą trwam do momentu, kiedy rozlega się głośne wezwanie na obiad. To znowu Ali. Wielbłądnicy rozbili namiot, aby ofiarować nam trochę cienia na czas wspólnego posiłku. Talerze myjemy piaskiem i składamy schludnie w stosik. Potem już tylko sjesta; na spanie, na rozmowy, na marzenia...


Kilka ważnych spraw

Południowy kawałek cienia

9.jpgOkolo południa zaczynało się szukanie miejsca na południowy postój. Miejsce takie, musiało być „zaopatrzone” w choćby minimalną ilość dającej cień zieleni; to była prawie kwesta przeżycia. Szybko rozjuczaliśmy zwierzęta, pętaliśmy im przednie nogi i puszczaliśmy je, żeby sobie pojadły. Zaraz potem wybieraliśmy jakiś krzak dający możliwość pomieszkania pod nim przez kilka godzin. Krzaczek dawał taką możliwość sam z siebie, co było nader rzadkie, lub też stawał się zacienionym schronieniem po zarzuceniu nań koca; trzeba było szybko nauczyć się rozpoznawać „potencjał” krzaczka; z jednych dawało się zrobić jedynie „single room”, inne można było wymodelować na „double”. Koc musiał być umocowany fachowo; zarzucony z odpowiedniej strony tak, aby wędrujące słońce nie wkradło się pod ten ruchomy dach zbyt szybko i aby nie spadł on za pierwszym silniejszym podmuchem wiatru osypując nas nową warstwą piachu. Tym sposobem krzaczek ofiarował nam wszystko, czego potrzebowaliśmy – przewiewny cień, ochronę i odosobnienie. Stawał się naszym domem na kawałek dnia. W południowe, pełne skwaru godziny stawał się równie ważny, jak woda.

Woda

01.jpgKiedy kończy się mineralna butelkowana i po raz pierwszy pijesz wodę ze studni dezynfekowaną środkami, „które nie wpływają na jej smak”, nie jest to doznanie, które można zaliczyć do wyjątkowych. Poza tym woda bywa na ogół paskudnie ciepła. Potrzebujesz jej jednak. Już drugiego dnia stwierdzasz, że jest zupełnie niezła. Najlepiej smakuje o świcie; sprawia to rześkość poranków. Butelki napełniamy trzy razy w ciągu dnia : rano przed wyruszeniem, w południe oraz przed nocą. Bez wody zaczynasz czuć się nieswojo; woda być musi. Wodą częstujemy się na każdym postoju. Woda staje się cenna jak nigdy dotąd w twoim życiu.
Dopiero dużo później zdałam sobie sprawę, że ani razu nie pomyślałam o coli, fancie ani innych podobnych wynalazkach. Tylko woda.

Dobre towarzystwo

To z kolei jedna z rzeczy bezcennych. W każdych warunkach. Radość przebywania z kimś, kto umie cieszyć się przygodą, kto nie narzeka na wszechobecny piasek, na lejący się z nieba żar, na zmęczenie, na zimno poranka i ze stu innych powodów. Nie ma nic bardziej uciążliwego niż towarzystwo rozmarudzonej osoby. Poza tym, tak dobrze jest dzielić się z kimś myślami, mniej lub bardziej odkrywczymi. Że, na przykład, człowiek na pustyni, mimo, że pozbawiony codziennej kąpieli nie wydziela przykrego zapachu. Że cudownie jest zostawić plecak w zagłębieniu wydmy i nie martwić się, że coś zginie. Że można spać pod księżycem bez krat, bez Solid Security i bez strachu. Że to świetne uczucie taka przestrzeń wokół, takie piękno jeszcze nieskażone i jak to fajnie, że komórki nie działają ...

Nasze spostrzeżenia bywają i głębsze, i bardziej intymne; konieczność artykułowania myśli pobudza sam proces myślenia. Emocje nazwane stają się poprzez sam fakt ich nazwania; myśl wyartykułowana nierzadko zaskakuje nas samych. Jeszcze jedna z niespodzianek, jakie niesie ze sobą przebywanie sam na sam ze sobą. Patrzenie wgłąb bywa ryzykowne...

Wieczór na pustyni

02.jpgPopołudnia są piękne: intensywnie żółto-złote, przechodzące ku wieczorowi w pomarańcz i błękit. Kolory na pustyni zmieniają się nieustannie; można oglądać ten spektakl całymi dniami, bez znużenia i bez powtórek.

Pod wieczór znajdujemy miejsce na nocleg. Znowu rozjuczanie wielbłądów, ich pętanie. Beduini zabierają się za gotowanie, za pieczenie chleba, za urządzanie miejsca na wspólną kolację - nie po raz pierwszy podziwiamy ich wspaniałą organizację. My za ten czas szukamy swojego miejsca w zagłębieniu wydmy, wyciągamy swetry, odświeżamy się, rozkładamy materace i śpiwory tak, aby przed zapadnięciem zmroku nasza „sypialnia” była gotowa. Potem ściągamy do ogniska. Rozsiadamy się czekając na posiłek, patrzymy w rozgwieżdżone niebo, na wydmy jasne w poświacie księżyca. Rozmyślamy lub toczymy leniwe rozmowy.

Dzień się dopełnia. Wszystko jest takie, jak być powinno, proste i piękne. Obserwujemy krzątających się mężczyzn. Jeszcze raz dochodzimy do wniosku, że człowiek nie potrzebuje do życia zbyt wiele. I że sensem życia nie musi być kariera, sława, pieniądze. Może nim być samo trwanie. Sensem życia może być samo życie.

Po posiłku, słuchamy pieśni. Czasami któryś z mężczyzn zatańczy. Nie wygląda to na występ, raczej na potrzebę serca. Klaszczemy rytmicznie w takt podawany przez bęben. Powoli spływa na nas radość istnienia.

Coś w takiej podróży uwodzi, oczarowuje. Ta przestrzeń, noce pod księżycem, zachody i wschody słońca. Wtedy wracamy. Bywa też, że zmywamy z siebie wszechobecny piasek i z radością robimy makijaż, pierwszy od kilku dni. I nie mamy ochoty na powrót. Każdy ma prawo do swojej kolekcji wspomnień.

Tamara Dubiel

http://www.aslematours.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;