Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Rejs: Irlandia 2000
Autor: Adam Sulewski   
Trzynastego września późnym wieczorem przyjechała następna, młodsza ekipa transpotrem, zorganizowanym przez firmę Navigare. Przywieźli nowy prowiant. Można było w końcu zjeść świeższy chleb.

13.jpgZ morza wystaje tylko latarnia Następnego dnia rano wypłynęliśmy znów na wyspę Jersey, by napełnić już prawie pusty zbiornik paliwa. Ropa na wyspie była dużo tańsza niż we Francji, litr kosztował chyba niewiele ponad 1,5 PLN. Następnie skierowaliśmy się przez kanał La Manche do Plymouth. Ponaddobowy przelot nie minął bez przygód. Gdy byliśmy jakieś 15Mm od celu podróży wiatr zaczął przybierać na sile dochodząc do 6st. Bouforta. Zużyta linka od rolera foka, nagle pękła i cały żagiel się rozwinął, co stało się przyczyną pęknięcia aluminiowego profilu, mocującego żagiel do sztagu. Po długiej i mokrej walce na dziobie zanurzającym się co chwilę w nadchodzącej fali, udało się w końcu stopniowo nawijając cumę zwinąć ponad 60-o metrowego "potwora". Na szczęście w tym Kornwalijskim miasteczku nie brakowało serwisów i sklepów żeglarskich. Nikt jednak nie był w stanie naprawić awarii w jeden dzień, podjęliśmy więc wyzwanie sami. Okazało się że wszystkie śruby są zapieczone i trzeba je rozwiercać pożyczoną wiertarką. Nie obeszło się również bez wchodzenia na maszt, by zdjąć z góry profil ze sztagiem. Jednak jeszcze przed zmrokiem fok został zrolowany na wymienionym, wcześniej złamanym odcinku. Wprowadziliśmy w zdumienie obsługę profesjonalnego żeglarskiego serwisu...
Przygotowanie do wejścia na maszt Z dobowym opóźnieniem skierowaliśmy na zachód, halsując przy niekorzystnym prądzie i wietrze by minąć Land's End i w końcu pomknąć na północ. Przelot na odległość ponad 200Mm nie minął zbyt szybko. Wiatr stopniowo słabł, skręcając w kierunku naszego kursu. W końcu jednak dotarliśmy do zaplanowanego portu Kilmore na skraju Irlandii. Przywitał nas miły bosman. Mówiąc z niewyraźnym akcentem, wskazał nam miejsce postoju przy pływającym pomoście i wymarzony przez ostatnie dni prysznic... Zwiedziliśmy miasteczko, podziwiając domki kryte strzechą i ruiny zamku. Nie obyło się bez wizyty w kilkunastu oryginalnych pubach, serwujących czarnego Guinnessa lanego prosto z kija. Dwójka z załogi wolała jednak pozostać przy polskich, nieco mocniejszych trunkach. Idąc plażą spotkali australijskiego turystę, który ponoć bardzo szybko odpadł w alkoholowym boju, ciesząc tym, spragnionych dość długą, pełnomorską prohibicją kolegów...
Załatwiamy kraby Udała się także i nasza wycieczka po bezkresnych zielonych polach, irlandzkich traw, porastających nadmorskie wydmy. Obiad okazał się także nieco mniej tradycyjny, w końcu od Polski było jeszcze dość daleko... Za jedną półlitrówkę udało się dokonać zamiany z miejscowymi rybakami. Dostaliśmy wiadro łypiących na nas umieszczonymi na słupkach oczyma krabów oraz multum ryb, które starczyły zasypane w soli na trzy następne obiady dla całej załogi. Obie strony były niezmiernie zadowolone wymieniając tanie towary na te, o dużo wyższej cenie...

14.jpgNiestety trzeba było wracać, minął już bowiem półmetek czasowy rejsu, a nie wiadomo było co może się wydarzyć podczas powrotu. Planowane zdobycie Dublinu niestety legło w gruzach. Awaria profilu a przede wszystkim niesprzyjający wiatr znacznie wydłużyły czas dotarcia na "Zieloną Wyspę". Jednak to zaostrzyło tylko chęci powrotu tam na nieco dłuższy czas we wrześniu tego roku...(2001) Skierowaliśmy się prosto na południe, dopływając do Isles of Scilly po półtorej doby. Przelot znacznie skrócił wiejący na pewnym odcinku z baksztgu sztormowy wiatr, który pchał nasz mocno zrefowany jacht po długiej oceanicznej fali. Gdy jednak schowaliśmy się już za jedną z wysepek, morze się trochę uspokoiło i mogliśmy spokojnie wejść do niewielkiego portu St.Mary. Musieliśmy stanąć przy betonowej kei, dokładnie planując czas przestawienia się na boję, by sie dopuścić do oparcia się jachtu kilem o dno. Starczyło akurat na posprzątanie, kąpiel. Zostawiając całą załogę na kei, popłynęliśmy z Wojtkiem, zabierając niewielką łódeczke, zacumować jacht na bojce.

15.jpgWejście do Irlandzkiego pubu Wyspy Scilly położone są około 60Mm od Land's End. Porośnięte bujną, kwitnącą roślinnością przyciągają swym urokiem rzesze turystów. Można tam znaleźć nawet palmy, które rosną wspaniale przy braku mrozu i w łagodnym klimacie, spowodowanego opływającym je ciepłym prądem morskim Golfstrom. Wydaje się to dziwne, że na mniej więcej podobnej do polskiej szerokości geograficznej występuje śródziemnomorska roślinność. Wpływ oceanu jednak jest tutaj tak samo silny jak w Ameryce Środkowej, która zamiast być pustynią niczym afrykańska Sahara, zieleni się tropikalnym lasem. Na Isles of Scilly uwagę przyciąga również urocze miasteczko z mnóstwem kolorowych domków wąskich uliczek. Chyba powoli trzeba coś zarefować Na wieczorny obiad na jachcie przy nabrzeżu wprosił się miejscowy nieco podpity rybak, oczywiście przyjęliśmy go częstując wyśmienitym spagetti marki "Winiary" z dodatkiem zaprawionego w słoikach wcześniej mięsa. W zamian opowiedział nam trochę o wyspie i o połowach ryb na okolicznych wodach. Rozgrzał się nieco i gdy zdjął bluzę, postanowił ją nam sprezentować nie przyjmując w ogóle odmowy. Do końca rejsu oraz szczególnie przy końcowych porządkach dzielnie służyła nam jako szmata... Po obiedzie, przy lekko jeszcze rozbujanym morzu i słabym wietrze, przeszliśmy wąską cieśninę między wysepkami i skierowaliśmy się w stronę południowej Anglii. Po południu już staliśmy w Falmouth, zdążając przed zbliżającym się zokludowanym frontem. Dopiero po zrobieniu portowych porządków i prysznicu zaczął padać deszcz. Odziani w żółte sztormiaki, który jako kapitan, mający przywilej chowania się podczas mokrej żeglugi do środka, zmuszony byłem w końcu go ubrać... Szliśmy przez typowe kornwalijskie miasteczko wyglądając jak wielkie zmoknięte kurczaki. Nie przeszkadzało to jednak dopiero co nastoletnim natrętnym Angielkom z typowo, jak na ichnią rasę, wystającymi zębami, śledzić męskiej części załogi. Łaziły za nami wszędzie: do sklepów, knajp, dokuczając nam i podśmiechując się z naprawdę niecenzuralnych polskich obelg kierowanych w ich stronę. Bawiło nas to do rozpuku, obrażać i wyzywać je w naszym ojczystym języku, podczas gdy one z oczami na wierzchu z powodu wypicia sześciopaku Red Bulla, nic nawet nie podejrzewały. Gdy się nam znudziło spławiliśmy je w końcu po angielsku, tłumacząc delikatnie choć wprost, że choć są "niezłe laski" to jednak za małe i muszą iść prosto do domu. Po pewnym czasie w końcu zawróciły... Następnego dnia rano wypłynęliśmy w kierunku Dartmouth- pięknego miasteczka położonego po obu stronach wąwozu, do którego rzeką wpływa się przez skalną, wąską cieśninę z mieliznami, w której nabieżniki zmieniają się z szybkością świateł na dyskotece.

16.jpgTajne wyjście z kapitańskiej kajuty Manewr dojścia do nabrzeża wymagał bacznej uwagi. Niby niewielki prąd na rzece znacznie utrudniał wciśnięcie się rufą pomiędzy dwa błyszczące nowością jachty. Wszystko skończyło się jednak dobrze a obudzona w środku nocy Angielka niepotrzebnie wychodziła z odbijaczem by chronić swoją luksusową motorówkę... W ramach opłaty portowej była przestronna łazienka, w której można było się wykąpać w wannie. Gdy się zbudziliśmy rano okazało się, że niedaleko naszego jachtu cumuje katamaran "Philips Team" Czekał właśnie na postawienie ponad 35-o metrowych masztów, obracających się w pętniku bez olinowania. Był dopiero co po remoncie, podczas którego wzmocniono kadłub by nie pękł ponownie podczas żeglugi z szybkością 45kn. Pozwolono nam go zobaczyć w środku i na zewnątrz, poskakać trochę na siatce rozpiętej pomiędzy pływakami. Życzyliśmy kapitanowi powodzenia w "The Race", martwiąc go jednak, że i tak nasi rodacy wygrają...o ile mnie pamięć nie myli to zatonął on jeszcze podczas eliminacji...

17.jpgPo prostu morze W Dartmouth zwiedziliśmy stare armaty i inne umocnienia, chroniące wejścia do portu, domki z mnóstwem małych sklepików, oferujących turystom pamiątki. Mając jeszcze trzy doby do oddania jachtu i sprzyjający kierunek wiatru wyruszyliśmy w kierunku Francji, zatrzymując się najpierw na wyspie Guersey położonej w odległości około 15Mm na północ od wspomnianej już Jersey. Do portu zamykanego śluzą da się dopiero wpłynąć podczas przypływu, musieliśmy więc czekać przycumowani do pływającego pomostu nie mającego wyjścia na brzeg, który znajdował się poza obszarem osuchu. Trzeba było przeprawiać się pożyczoną z kei dziurawą łódeczką, którą udało się znaleźć obok śmietnika, co wytrącało z równowagi bosmana portu. Grożąc policją i nazywając nas złodziejami, nieustannie krążył wokół nas swoją motorówką, wytwarzając falę. O mało co się nie wywróciliśmy gdy bojkotując nasze zamiary przepływał w pobliżu. Wykrzykiwał, widząc naszą wrogą, francuską banderę, że takie rzeczy to możemy sobie robić w naszym kraju... Gdy już wszyscy znaleźli się na drugiej stronie, łódeczka została odstawiona koło śmietnika, by tam już w spokoju zgnić do końca.
Mijaliśmy małą żaglóweczkę Po wizycie w mieście, dostaliśmy się z powrotem na jacht dzięki uprzejmości posiadacza niewielkiej motorówki. Mając załatwione wszystkie potrzeby zarówno te fizjologiczne jak i intelektualne, związane z zaspokojeniem ciekawości turysty w sumie brzydkiej miejscowości, wyruszyliśmy do już francuskiego portu położonego nieco na północ od docelowego Granville. Niezmiernie fascynujące było przeżycie zmieniającego się poziomu morza w tym miejscu. Weszliśmy tam w nocy podczas przypływu, płynąc niewielkim kanałem przycumowaliśmy do pomostu w basenie jachtowym. Budząc się koło południa, oczom naszym ukazał się widok bynajmniej nie morski ... Kilkadziesiąt łódek, w tym także i nasza "Amarante" stała w niewielkiej, pogłębionej kałuży, otoczonej zewsząd łąką porośniętą czymś w rodzaju trawy i zamkniętą z jednej strony betonowym progiem. Kanał, dzięki któremu się tu znaleźliśmy, był teraz tylko piaskową rynną ograniczoną po brzegach prawo- i lewostronnymi znakami nawigacyjnymi. Na szczęście wieczorem woda zgodnie z "Tide tables" przypłynęła z powrotem pozwalając nam powrócić na pełne morze. Rano byliśmy w Granville, wyczyściliśmy jacht, spakowaliśmy rzeczy, które nie zdołały jednak do końca wyschnąć, bowiem zaczął padać deszcz. Po południu zaczął się zapowiadany przez prognozę pogody całkiem silny sztorm, o kierunku wiatru południowym, huczącym z siłą ponad 8o Bouforta. Jednak my już staliśmy przycumowani na cztery cumy do pomostu, nie myśląc nawet o próbie halsowania w tych warunkach. W nocy przyjechał bus z Poznania, wcześnie rano ruszyliśmy z powrotem, zatrzymując się jeszcze na pół dnia w Amsterdamie...


807Mm/241h  Granville - St.Helier - Plymouth - Newlyn - Kilmore - Falmouth - Dartmouth - St.Peter - Granville


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Wojciech Tomczak - I oficer
Ewa Śmielecka - II oficer
Marcin Korytowski - III oficer
Marcin Byrt - IV oficer
Maciej Nackowski - Załoga
Natalia Czyż - Załoga
Zuzanna Kostowska - Załoga
Marcin Grzyl - Załoga

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.rejsymorskie.net

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;