Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Rejs: Irlandia 2001
Wypłynięcie

18.jpgPodczas imprezy pierwszej nocy... Po miesięcznym rejsie po fiordach norweskich, na którym byłem I oficerem, czekał mnie kolejny miesiąc w morzu na zorganizowanym samodzielnie rejsie do Irlandii. Jacht s\y Amarante, pod francuską bandera czekał na nas w Granville 7 września. Załadowanie prowiantu, zabranego samochodami z Polski i zaokrętowanie 10-o osobowej, zmęczonej podróżą załogi oraz przejęcie jachtu przebiegło sprawnie. Mareczek... Tak, ze jeszcze wieczorem tego samego dnia mogliśmy usiąść przy wspólnym stole, zjeść obiad i rozpocząć rejs otwarciem butelki wódki... Następnego dnia rano o godzinie 0830, pomimo braku sił witalnych, udało nam się planowo wypłynąć. Spieszyliśmy się na Jersey- angielską wyspę oddaloną o jakieś 20Mm od Granville. Miałem tam zamówiona mapę Morza Irlandzkiego, a sklep zamykali o 1700. Wydawać by się mogło, że mamy dużo czasu, a jednak wiejący z zamierzonego kierunku wiatr 4-5B i przeważająco niesprzyjający prąd pływowy nie pozwolił nam dotrzeć na czas. Mapę nabyliśmy następnego dnia w St.Helier- głównym porcie wyspy. Wypłynęliśmy niezwłocznie po tym jak nowe pomoce nawigacyjne znalazły się na pokładzie kursem prosto na Isles of Scilly.

Scylly

19.jpg Odległość ponad 150Mm udało nam się "przeorać" w nieco ponad 24h, jeszcze za dnia cumy zostały podane na keje. Isles of Scilly polski turysta-Bartek na pierwszym planieNiestety zaraz po wzięciu prysznica i zatankowaniu wody z powodu odplywu syzygijnego, trzeba było przestawić się na pobliską boję, zakotwiczoną na dostatecznie głębokiej wodzie. Dalsze wyprawy na ląd należało wykonywać przez następne kilka godzin( miedzy kolejnymi wysokimi wodami w tym regionie Europy jest odstęp 12h26') przy pomocy nadmuchanego pontonu, o którym będzie jeszcze mowa... Na niewielkim archipelagu panuje niezwykle przyjazny klimat za sprawa ciepłego prądu Golfsztrom. Właściwie zawsze jest tam ciepło i świeci słońce. Ponadto zwiedzanie uprzyjemniała bujna roślinność. Akurat jesienią kwitną tam różnorodne krzewy i wyspa cała pachnie. Mieszkańcy zwozili na nią roślinność przez wieki z całego świata..

do Irlandii i WTC

20.jpg Sielanka, a w tym czasie lecą na WTC... Wypłynęliśmy następnego dnia w południe przy lekkim wietrzyku z rufy kursem w kierunku Irlandii, wreszcie jacht zaczął być (kontrolnie...)odciążany z Lechów, które wypełniały po brzegi zęzy. Opalaliśmy się na pokładzie, słuchając muzyki z radia oraz pijąc zloty napój, gdy nagle podano komunikat o zamachach terrorystycznych na World Trade Center. Początkowo przeraziło to wszystkich, pozpoczęła się zawzięta dyskusja, wszyscy z uwagą słuchali radia. Nasz zapał a nawet przerażenie zostały jednak w niedługim czasie przyćmnione problemami życia jachtowego. Przecież na tak niewielkiej przestrzeni, znajdującej się na środku spokojnego morza, wypełnionej dziesięcioma głodnymi żeglarzami, śledzącymi z niepokojem poczynania wachty kambuzowej, też istnieją poważne problemy: trzeba coś zjeść, prowadzić nawigację, dokończyć odłożoną książkę, napisać list lub popatrzeć w pusty horyzont. To jest, między innymi, urok żeglarstwa morskiego-wszystkie ziemskie problemy zostają na kei... Po dwóch dobach, bez większych problemów, znaleźliśmy się w pierwszym porcie "Zielonej Wyspy"-Arcklow.

Arclow

21.jpg Miasteczko, położone na stoku u ujścia rzeki Avoca, ma długą i bogatą historię związaną z rybołówstwem, przemysłem stoczniowym oraz eksportem rudy miedzi i złota z kopalni w górze doliny. To w tym miasteczku został zbudowany jacht Gypsy Moth IV, na którym F.Chichester opłynął samotnie kulę ziemską. Wieczór spędziliśmy w irlandzkim pubie oraz w folklor-barze "fish&chips". zaczyna się

Awaria sztagu

...około godziny 1000 po śniadaniu wyszliśmy z Arclow. Trochę wiało, fały biły z dość dużą częstotliwością o wysoki , aluminiowy maszt francuskiego 14m. slupa s/y Amarante. Po odebraniu rannej prognozy pogody z BBC4 zapowiadającej zachodni wiatr do 7B, zdecydowałem by płynąc dalej na północ wzdłuż brzegu w kierunku Dublina. Na mapie nie ma żadnych mielizn ani przeszkód, żegluga po gładkim morzu, osłoniętym nawietrznym lądem zapowiadała się nieźle... Rolfok z żaglem, po awarii... Rzeczywiście nie było źle, święciło nawet chwilami słońce a my osłonięci oddalonym o 3Mm brzegiem sunęliśmy mocno zarefowani, niosąc tylko lekko rozwiniętego foka( jacht-30letnia lódka regatowa, przypominająca kształtem polskie Draco, miała, trochę zbyt delikatnego jak na powierzchnie przedniego zagla, rolera) rozcinając dziobem niewielką lecz krótka i stromą falę. Za parę godzin wiało już osiem, a kolejna prognoza zapowiadała porywy nawet do dziewięciu. Jacht jednak pomimo uderzających go bryzgów zrywanych wiatrem z krótkich fal i fałów z dużą częstotliwością walących o maszt żeglował dzielnie dalej mając na "budziku" 7,5kn. Załoga, rozochocona mokra jednak szybka i rozgrzewającą krew w żyłach, namawiała by płynąć dalej prosto do stolicy Irlandii, oddalonej już tylko o 15Mm, wolałem jednak schronić się w porcie Wicklow i przy okazji zwiedzić następne miasto Zielonej Wyspy . Decyzje moją przyspieszył dość głośny huk i krzyki " o k..."... Wybiegłem na pokład nie zważając na to, ze za chwilę będę mokry. Tuż po awarii już w Wickow Cały fok leżał wraz z forsztagiem w wodzie, na szczęście maszt od dziobu trzymał jeszcze baby-sztag. Z niemałym trudem udało się wciągnąć żagiel z profilem rollera, który na szczęście tylko się pogiął a nie złamał. Przywiązaliśmy wszystko krawatami do relingów, mimo tego za rufa wystawało nam jeszcze koło 7 m profilu z nawiniętym fokiem. Za godzinę z trudem brnąc na silniku pod wiatr i na szczęście niewielką falę weszliśmy do handlowego portu, stając burtą to holenderskiego statku z w miarę niską burtą W tamtej chwili nikt chyba nie wierzył, że tak poważną awarię uda się tak szybko naprawić, zastanawialiśmy się raczej nad płynięciem jeszcze do Dublina i powrocie na silniku lub samym grocie z powrotem do Francji.

Szczęście w nieszczęściu...

22.jpg Jednak jeszcze przed zmrokiem wszystko było na swoim miejscu... Okazało się, że strunowa stalówka była już naderwana tuż przy zawalcowaniu, zamiast 12 trzymały ją tylko 3 plotki... (było widać tylko trzy świeże miejsca pęknięcia, reszta była zabrudzona...) musiało prędzej czy później puścić... Naprawa foka...Włodek się martwi Właściciel jachtu dostał od nas należyte pouczenie, jednak jako typowy Francuz wzruszył tylko ramionami.. A ja mam nauczkę na przyszłość i radzę robić to też innym, by zawsze na początku rejsu dokładnie sprawdzić stan olinowania stałego aż od samego topu. Z drugiej jednak strony nigdy nie jest się w stanie ocenić stanu wszystkich elementów na jachcie i przejrzeć wszystkiego... Zaczęliśmy działać niezwłocznie, część z nas ruszyła szukać zakładów ślusarskich, naprawy samochodów lub innych posiadających cięższy sprzęt, druga część zajęła się demontarzęm. Okazało się że prócz pękniętej stalówki i troche podartego foka nie ma innych strat. Mieliśmy niebywałe szczęście; niedaleko portu znajdował się stara fabryka lin stalowych, zajmująca się obecnie tylko ich zakańczaniem i walcowaniem, tego nam było trzeba... W zakładzie pracowało kilku robotników-jak z Cegielskiego(jeden już nawet nie potrafił płynnie mówić), przekupieni polską wódką, zgodzili się zawalcować sztag po godzinach pracy... Nie była to prosta sprawa, bowiem stalówka, z ktorej był wykonany sztag była typu strunowago( nie może się zginac, zrobiona jest z hartowanej stali). Wspólnie, pokonując trudności dziwnego dialektu języka angielskiego, wpadliśmy w końcu na pomysł aby do niczym nie zaopatrzonej końcówki urwanego stagu dołożyć kawalek zwykłej stalówki i z niej zrobić pętle, wzmocnioną kauszą, irlandzka fabryka która będzie przełożona przez przetyczkę okucia na topie masztu. Obie stalówki zostały połączone za pomocą dwóch miedzianych zacisków , zawalcowanch na specjalnej maszynie. Nie chciało mi się wierzyć, że to wytrzyma duże naprężenia, byliśmy przekonani, że strunówka wyśliźnie się z miedzianego zagniotu, ale pracownicy zakładu, mających widać było wieloletnie doświadczenie w zagniataniu stalówek, byli pewni, ze wytrzyma... . Nie mieliśmy już sztormu do końca rejsu, ale parę razy szliśmy bajdewindem na pełnych żaglach pod falę i nic się nie wysunęło. Jestem prawie pewny, że Francuz nic nie zmienił i "Amarante" żegluje tak do dziś... Pod wieczór zelżało a później nawet zflauciło, zaczął plynąć przeciwny prąd plywowy spychając nas na poludnie... W Dublinie byliśmy dopiero w południe, mimo, że to tylko 15 mil. Jacht nie żeglował zbyt żwawo na awaryjnym foku sztormowym(genuła wymagała szycia) i zarefowanym grocie, a to z powodu rozerwania liku dolnego przez jednego z oficerów, chcącego poprawić profil żagla wybieraniem szkentli "na maxa" korbą na kabestanie.

Dublin i naprawa żagli u szewca...

23.jpg Stolica przywitała nas pustką, spowodowaną dniem żałoby narodowej. przez kluzę! przez kluzę! Na szczęście wieczorem puby zostały otwarte... Kolejny dzień(piątek) zaczęliśmy od szukania żaglomistrza Trzeba było zeszyć grota i podartego przez awarię sztagu foka. Okazało się jednak że jego zakład, znajdujący się w najgłębszym zaułku starych doków, jest zamknięty, koleś zrobił sobie przerwę i wyjechał gdzieś na długi weekend. Żagle jednak zeszyliśmy jeszcze tego samego dnia... Idąc kolejny raz zwiedzać centrum stolicy Irlandii, czekając na przejściu dla pieszych( lepiej z nich korzystać niż zostać przejechanym przez samochód jadący z niespodziewanego kierunku...)zauważyłem na drugiej stronie ulicy zakład szewski. Większość załogi podeszła do tego pomysłu raczej sceptycznie, odbierając go jako żart. Szycie żagli u szewca W niewielkim sklepiku pracowało trzech młodych szewców. Byli przytłoczeni rutynową pracą. Gdy opowiedziałem im o naszym problemie, przez który właściwie nie możemy płynąć dalej oraz o trzech flaszkach wódki, które staną się ich własnością, zamknęli zakład, nie zwracając uwagi na klientkę, która przyszła po odbiór swoich butów. Pojechaliśmy jeepem z powrotem na jacht po żagle. Razem załadowaliśmy 100m2 szmaty do samochodu, daliśmy im po polówce i Lechu, pokazaliśmy jacht i wróciliśmy samochodem do zakładu. Żagle okazały się zbyt duże a pomieszczenie zbyt małe. Nie przeszkodziło to jednak w zrealizowaniu zamierzonego celu. Jeden z nich wyciągnął maszynę na chodnik przed zakład, tamując tym ruch pieszych, którzy musieli iść teraz drugą stroną ulicy by nie deptać po rozwiniętym grocie. Natomiast rzesze turystów, sklep bowiem był na jednej z głównych ulic Dublina, miały dodatkową atrakcję. Naprawa obu żagli trwała koło godziny, nie łatwo było szyć maszyną do butów, coś co nie jest zrobione ze skóry. Naprawa jednak udała się pierwszorzędnie, zrobiliśmy łatę w miejscu pęknięcia a liklinę wsunęliśmy z powrotem na swoje miejsce, zaszywając odpruty wcześniej kawałek. Okazało się że buty również się szyje takim samym juzingiem, a kawałki dakronu znaleźliśmy w szufladzie bosmańskiej na jachcie. Szewcy odwieźli nas z żaglami na jacht, który jeszcze raz z niemałym zapałem obejrzeli. Sądzę, ze mieli dużo zabawy i radości jak i my, którym udało się zeszyć oba żagle dużo taniej niż w Polsce...

Belfast

24.jpg Wieczorem wypłynęliśmy w kierunku Belfastu, wracając do spokojnego życia na morzu i obowiązków jachtowych na ok. 20h. twierdza policji w Belfast Przelot, poza koniecznością doraźnej naprawy na topie masztu rozjeżdżających się elementów profilu rolera foka(na szczęście przy spokojnym morzu), przebiegł bez problemu... Następnego dnia, jeszcze przed zmrokiem braliśmy prysznic w Carricfeagus- marinie na obrzeżach Belfastu, a wcześniej wreszcie po raz ostatni znalazłem się samej górze, by już definitywnie naprawić rolfoka... Na noc postanowiliśmy wejść do samej stolicy Irlandii Północnej, nie mieliśmy jednak żadnych informacji poza tą, że tuż przed pierwszym mostem znajdują się "ponoons" do cumowania. Pomoce nawigacyjne kończyły się na główkach portu Belfast, dalej pozostawał tylko plan portu zamieszczony w przewodniku "Pascala"... Kusiła nas jednak perspektywa bliskości centrum miasta. Bez problemu udało się znaleźć miejsce do cumowania. Nie była to co prawda marina, ale już byliśmy po prysznicu. Gdy już odbijacze były gotowe a cumy zbuchtowane do manewru dojścia, niemalże całą naprzód podpłynęła do nas jednostka pilota. Poinformowali nas, że nie wolno wpływać do tego portu jachtem. Dziwiło nas to, ponieważ niecałą godzinę wcześniej uzyskałem zgodę na 12VHF od władz portowych. oto Belfast... Musieliśmy wrócić z powrotem do Carrickfeagus i następnego dnia rano wybrać się do centrum autobusem. Belfast jest na prawdę pięknym miastem, otoczony przez zielone zbocza i klify, wydaje się cichy i spokojny, Szczególnie warto odwiedzić ratusz, który w dodatku zwiedza się za darmo.. Wystarczy jednak zagłębić się nieco w dzielnice nacjonalistów, by poznać wojenną naturę stolicy Irlandii Północnej. Wszędzie druty kolczaste, zasieki, opancerzone samochody policji, flagi, malowidła na ścianach. Gdy wejdzie się w osiedle wojowniczych mieszkańców, nikt nie czuje się zbyt pewnie: ludzie patrzą dziwnym wzrokiem, dzieci bawią się w demolowanie śmietników, przeskakiwanie płotów i w rzucanie kamieniami do celu... Pewien, pewno z jedenasto- letni chłopiec, podbiegł nawet do naszej 10-o osobowej grupy i zaczął coś mówić. Nic nie mogliśmy zrozumieć(widocznie dawno go już nie było w szkole...), więc jedyne co mogliśmy zrobić to go ignorować. Nagle mołody "członek IRA" powiedział tym razem wyraźnie: "you are not friendly!" i dbając o to byśmy wzięli sobie to głęboko do serca rzucił w naszym kierunku kamieniem... Nikt na szczęście nie oberwał i nie musiał skorzystać z znajdującej się w co drugim domu na głównej ulicy przychodni "private surgery"... Do Carrickfeagus bez problemu dojeżdża się autobusem, zajmuje to ok. godziny i kosztuje koło funta na osobę. Autobus jeździ całkiem często i staje w centrum miasta.

Północne brzegi i Giant's Causeway

25.jpg Mieliśmy jeszcze sporo czasu do końca rejsu, wiec ruszyliśmy dalej na północ. Mieliśmy nie lada szczęście, bowiem zaczęła panować wyżowa pogoda ze słońcem i wiatrem 2-3B, Grobla Olbrzyma. która pozwalała by żeglować blisko brzegu i podziwiać zielone klify w pełnej okazałości. Dotarliśmy do Giants Causeway- dziwnego tworu z bazaltu, który uformował się w równiutkie piecio-, sześciokąty, które dopasowane są wzajemnie jak płytki na chodniku. Krążą o tym miejscu liczne irlandzkie legendy, trudno bowiem Janek...a w tle nasz jacht na bojce jest bowiem wytłumaczyć sobie coś tak dziwnego. Dziś już wiadomo, że to zastygająca lawa przykryta osadami utworzyła tę Groblę Olbrzyma. W pobliżu niestety nie ma portu, ale spokojne morze pozwalało na stanięcie na zrobionej chyba specjalnie dla jachtów bojce i przeprawianie się pontonem na skalisty brzeg. Podzieliliśmy się na dwie 5-o osobowe grupy. Pierwsza wróciła po paru godzinach zachwycona pięknem klifów i grobli.
Druga przeprawiła się na brzeg bez większych problemów. Fala przybojowa była na tyle mała, że było się w stanie wyskoczyć z pontonu, który jeździł w górę i w dół po pół metra. Wracając okazało się ze już nie jest tak łatwo: zaczął płynąć prąd ok.1kn i zwodowany ponton raz był u góry, by za chwilę znaleźć się 2m niżej. Po nieudanej próbie powrotu do jednostki przemoczony pierwszy oficer wykonał telefon do kapitana. Postanowiłem, żę spotkamy się w najbliższym porcie. Do Portrush było jakieś 15km drogą lądową, zrobiło się ciemno a ponton wcale nie był taki lekki. Okazało się jednak, że jachtem byliśmy tam znacznie później niż chwilowo wyokrętowana polowa załogi, której udało się złapać stopa mimo uciążliwego bagażu... Niebawem spotkaliśmy się wszyscy szczęśliwie w portowej tawernie, a na kolacje zjedliśmy kraby, kupione od rybaków za jedną z ostatnich flaszek polskiej wódki.

W drodze na Isle of Man

26.jpg Wyspa Rathlin, forograf Marcin w akcji Wypłynęliśmy następnego dnia rano i pożeglowaliśmy z powrotem na wschód. Po południu weszliśmy na uroczą wyspę Rathlin, zamieszkałą przez ok.30 rodzin, ptaki i przyjaznego psa, który stał się naszym przewodnikiem. Czekając na nas i patrząc co chwilę czy na pewno idziemy za nim, oprowadził nas po najciekawszych miejscach. Zatankowaliśmy wodę i popłynęliśmy w kierunku Isle of Man, zahaczając o jeden port w Szkocji, w którym byliśmy od trzeciej w nocy do piątej nad ranem, po to tylko by móc pochwalić się, że również byliśmy w tym regionie Wielkiej Brytanii. Na dłuższe stanie nie pozwalał fakt, że był to port osuchowy.

Douglas

27.jpg płyniemy... Do Douglas- stolicy wyspy dotarliśmy pod wieczór żeglując z wiatrem 1-2B cały poprzedni dzień pod spinakerem, przy spokojnym morzu w otoczeniu stada delfinów(aż trudno uwierzyć, że na tych samych szerokościach we wrześniu na Bałtyku trzeba zakładać już zimową kurtkę i rękawice...wszystko dzięki ciepłemu prądowi Golfsztrom, który sprawia, że w południowej Anglii rosną nawet palmy) Przycumowaliśmy do jednostki ochrony rybołówstwa, oszczędzając w ten sposób na opłacie portowej w marinie. Isle of Man słynie z raju podatkowego i wielkich kotów Manxów. Rzeczywiście, miasto jest niezmiernie bogate, pełno sklepów, hoteli, banków. Kotów nie udało się zobaczyć ( mieliśmy nawet na jednego zamówienie z Polski...), poinformowano nas, że zamieszkują jedynie mieszkania, nie pokazując się publiczności. Wypłynęliśmy następnego dnia po południu, dopiero po dobie z powodu słabego wiatru docierając do Liverpoolu. akcja spinaker

Liverpool

28.jpg Do miasta "The Beatles" wpływa się rzeką Mersey. Występują tam dość wysokie pływy, trzeba więc skorzystać ze śluzy, by dostać się do mariny. Dobrze jest też obliczyć kiedy występuje najkorzystniejszy prąd, co pozwoli przemieszczać się nawet z szybkością 9kn i przebyć 15 milowy odcinek od wyjścia z toru w niezłym czasie. ocean... Trzeba jednak uważać, by odpowiednio wcześnie zacząć skręcać do niewielkiego zaułku na końcu, który znajduje się po zewnętrznej stronie śluzy, bowiem w przypadku przegapienia możemy nie być w stanie wrócić pod prąd na silniku. Stanęliśmy koło jachtu 80-o letniego niezmiernie pogodnego marynarza, który nawet był w Gdyni przed wojną i potrafił przywitać się w naszym ojczystym języku. Wcześniej też zatankowaliśmy ropę, gromadząc na kei grupkę armatorów "plastikowych mydelniczek", którzy z podziwem gapili się na ograniczony przestrzenia, śmiały i zakończony w pełni sukcesem efektowny manewr dojścia. Liverpool nie jest miastem godnym polecenia i w sumie nie opłaciło się tam zatrzymywać. Centrum jest zatłoczone, właściwie nie ma zabytków, jest co prawda kilka fajnych knajp, zajętych jednak w większości przez wulgarną i wyuzdaną młodzież brytyjską, która ciągle śpiewa tę samą piosenkę i bawi się w trochę inny niż my, dziwny sposób. Wyśluzowaliśmy się następnego ranka o piątej rano, by wyjść z początkiem odpływu, czyli najkorzystniejszym prądem na rzece.

Ciężki powrót

29.jpg Postanowiliśmy pożeglować bez zawijania do portów prosto na południowe brzegi Anglii i wejść do Plymouth (300Mm). Niestety wiatr nie pozwolił nam na to. Już od samego postawienia żagli nie wiało mocniej niż 1B, a gdy byliśmy na środku Bristol Chanal przestało wiać zupełnie, po czym następnego dnia rano powiało z południa, tak, że jednym halsem można było jedynie dojść na już odwiedzone Isles of Scilly, co też uczyniliśmy. życie jachtowe... Pogoda jaka panowała podczas przelotu była niczym na morzach południowych, świeciło słońce, koło jachtu co chwilę kręciły się delfiny, czasami pluskało się ich ponad 20. We wnętrzu jachtu można było nawet usłyszeć odgłosy jakie wydają, być może w ten właśnie sposób porozumiewają się. Brak fali i przechyłu rozpaliły(już nie po raz pierwszy)w Marcinie zamiłowania kulinarne. Nie czekaliśmy zbyt długo aż na stole zaczęły pojawiać się przeróżne, Przygotowanie jachtu na wizytę właściciela pyszne zupy zrobione z tego co trzeba było zjeść, desery oraz kawy przyrządzane według skomplikowanej receptury w słoikach, które zostawały po zapeklowanym mięsie. Podczas aż 3,5 dobowego przelotu życie jachtowe kwitło w pełni, każdy mógł wyspać się do woli, wypocząć i wygrzać się na pokładzie oraz dokończyć czytanie książki. Niestety nie zawsze morze pozwala dotrzeć człowiekowi tam, gdzie chce w czasie, który sobie był zaplanował... Mimo tego nikt nie sądził, że uda się dopłynąć aż tak daleko i tyle zobaczyć... Mieliśmy w planach oprócz Plymouth, jeszcze St.Malo, tymczasem nie starczyło na to czasu. Na wyspach zmuszeni byliśmy spędzić tyko niezbędny czas na zatankowanie ropy, częściowo zużytej przez "pomocniczy napęd jachtowy" podczas flauty, wzięcie prysznica, kupienia chleba i zjedzenia last Fish&Chips.

Przez kanał La Manche

30.jpg Ostani przelot 200Mm skosem przez kanał wspólne zdjęcie na zakończenie La Manche do Granville przebyliśmy całkiem sprawnie. Początkowo mknęliśmy półwiatrem 7,5 kn po długiej oceanicznej fali, następnej doby wiatr zaczął słabnąc, skręcając na SE. Do portu udało się wejść tuż przed świtem na dwie godziny przed stanem pływu już nie pozwalającym na przekroczenie progu zamykającego basen jachtowy aż do przyplywu. Rejs został pomyślnie zakończony po kilku godzinnym sprzątaniu i zdaniu jachtu wspólnym zdjęciem na jego pokładzie. Wracając samochodami zwiedziliśmy jeszcze Amsterdam...


1428Mm\303h  Granville - St.Helier - St.Marry (Scilly) - Arclow - Wiclow - Dublin - Carrickfeagus - Belfast - Carrickfeagus - Portrush - Rathlin - PortPatrick - Douglas - Liverpool - Granville


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Andrzej Jaworski - I oficer
Marek Troszyński - II oficer
Oskar Kapala - III oficer
Jan Iżykowski - IV oficer
Alicja Lachowicz - Załoga
Bartek Wajda - Załoga
Dominik Gruszka - Załoga
Marcin Byrt - Załoga
Włodzimierz Głodowski - Załoga

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.rejsymorskie.net


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;