Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Rejs: Petersburg 2002 - do
Autor: Adam Sulewski   
Zobacz też:
Przygotowania

     31.jpgW dzisiejszych czasach rejs, jak i spędzanie wakacji w tej części Europy, może wydawać się dość specyficznym zajęciem, i zdecydowanie zachowaniem niezwykłym.
Dlaczego popłynęliśmy na wschód? może trochę byliśmy zmęczeni monotonią krystalicznie czystych i uporządkowanych marin Skandynawii, może brakiem na zachodzie podobnego do polskiego chleba. Przede wszystkim zagnała nas w te strony ciekawość. Jak tam jest? Jak żyją ludzie dawnego ZSSR? Co się zmieniło? Co jest nowe?
     Szóstego lipca w Górkach Zachodnich spotkali się uczestnicy pierwszego etapu rejsu do St Petersburga. Ermitaż Zorganizowanie samego rejsu wymagało w tym przypadku więcej przygotowań niż rejsy w zachodnie rejony Morza Bałtyckiego. Przede wszystkim zaproszenie. By dostać się do Rosji potrzebne jest oficjalne zaproszenie. Zaproszenie takie mieliśmy z klubu żeglarskiego w St Petersburgu, które przesłał jego szef, właściwie nas nie znając, a na podstawie krótkiej wymiany e-maili. Można jednak sadzić, że taka praktyka jest mu nieobcą, a klub utrzymuje monopol na wysyłanie zaproszeń.
Oprócz tego, ponieważ oficjalnie wybieraliśmy się w "służbową" podróż, każdy z nas wybrał się do urzędu paszportowego, parę dni przed wypłynięciem, w celu nabycia oficjalnej pieczątki AB, potwierdzającej oficjalny charakter wizyty.

Start z Górek Zach i jacht Rzeszowiak

    32.jpg W Górkach Zachodnich czekał na nas jacht s/y Rzeszowiak a wraz z nim jego armator. Ciekawe czy pomysłodawcy upamiętnienia w ten sposób stolicy Podkarpacia zdawali sobie sprawę, 7 węzłów... że nazwa ta jest szczególnie trudna do wymówienia jak i zrozumienia przez każdą inną narodowość poza polską, co ma pewne znaczenie przy pływaniu po wodach międzynarodowych. Ogólnie jacht jest nowoczesny (rok produkcji 2000), 80m2, choć nie do końca funkcjonalnie zbudowany. Trudno powiedzieć, dlaczego na jachcie, na którym żegluje zazwyczaj 10 osób, są aż dwa kingstony, a wymiary kambuza, jeśli od razu nie powodują zachowań klaustrofobicznych, to na pewno po kilkuminutowym przebywaniu, rekompensują całoroczne zaległości w odwiedzaniu sauny.
Kapitan Chcieliśmy jak najszybciej wypłynąć. Na jachcie panowało jednak pewne lekkie zamieszanie. Właśnie poprzednia załoga zajęta była wyokrętowaniem, próbując zdać jacht i jednocześnie nam go przekazać. Do tego po jachcie kręcili się znajomi armatora, próbując zamontować, uwaga! uwaga! lodówkę. Przekazanie jachtu w przypadku s/y Rzeszowiak nie jest czynnością automatyczną a raczej długotrwałym i czasochłonnym zajęciem. Wręczono nam listę ze spisanym sprzętem znajdującym się na jachcie. Lista obejmowała ponad 100 pozycji, a jej drobiazgowość można porównać z listami rachmistrzów przeprowadzających w tym roku w Polsce spis ludności.
Po przejęciu jachtu załadowaliśmy prowiant, którego ilość była dość znaczna. Wieźliśmy prowiant też dla uczestników II etapu, z którymi wymienialiśmy się w St Petersburgu. Znaczna cześć prowiantu znalazła swoje miejsce w nieużywanym kingstonie, który został przemianowany na "gabinet prezesa", a który wykazał się niezwykłą pojemnością i tak znalazł tam swoje miejsce; rower, barek, samowar, prysznic, wc chemiczne, ziemniaki, marchew, papier toaletowy i cała masa innych artykułów, których najlepszą znajomość posiadła Lena, stając się głównym intendentem wyprawy. Wypłynęliśmy po południu z Górek Zachodnich, kierując się na północny wschód w samo centrum wód terytorialnych obwodu kaliningradzkiego.

Obwód Kaliningradzki, czyli bliskie spotkania trzeciego stopnia z rosyjską strażą graniczną

     33.jpgWiększość locji po Bałtyku odradza przepływanie przez wody Obwodu Kaliningradzkiego. Nie da się jednak ukryć, że płynąc na Litwę jest to droga najkrótsza. Następnego dnia, wiatr nie był zbyt silny i słońce świeciło pięknie, cała załoga zajęta była sprawdzaniem powierzchni i przydatności poszczególnych żagli, patrząc jak pacuja "live" na morzu a nie na trawniku. Kiedy postawiliśmy już wszystkie możliwe: latacza, apsla, i chyba nawet z 3 w kabinie : ) manewry w Tallinie...nagle na horyzoncie pojawił się szary, koło 60m okręt, zbliżający się w naszym kierunku. Po dokładnym przyjrzeniu się, okręt na dziobie miał dość znacznych rozmiarów działo, a po chwili wystrzelił do nas dwie zielone rakiety( na szczęście nie z owego działa...). Nagle pokładowa sielanka umarła śmiercią naturalną...Zrzuciliśmy szybko żagielki, zrobiliśmy klar, a Adam wywiesił flagę M. Po nawiązaniu łączności radiowej dostaliśmy rozkaz niezwłocznego dobicia do nich logside, co wcale nie było po myśli naszego kapitana, choć morze było spokojne a wiatr słaby. Po paru jeszcze próbach persfazji, że to dla nas zbyt ryzykowne, a szczególnie dobicie od ich strony zawietrznej gdzie będziemy spychani przez statek, rozpoczęliśmy manewr podejścia, nie czekając na wystrzelenie z armatki : )
Rosjanie chcieli koniecznie wejść na nasz jacht. Sytuacja i wydawała się wtedy naprawdę nieciekawa... Ciągle nie znaliśmy przyczyny naszego zatrzymania.
Po chwili dobiliśmy longside do dryfującej jednostki rosyjskiej i stało się oczywiście tak jak przewidział Adam. Przykleiliśmy się do ich burty...cała załoga walczyła z odbijaczami, dodatkowo opierając się plecami o szarą burtę statku. Gdy spojrzałam na GPSa było 2,7 węzła, ale w dryfie...
Chyba w końcu zorientowali się po naszych krzykach, ze zaraz może się uszkodzić cały jacht, więc całkiem sprawnie weszło na Rzeszowiaka dwóch mundurowych. Wyglądali o dziwo, jak na otaczającą ich stytuacje, na całkiem przyzwoitych...Z jednym z nich zaczęłam przegląd dokumentów jachtu w messie oraz pisanie protokołu zatrzymania. Ola i Kamila chcą się zmoczyć W międzyczasie na pokładzie pękł jeden z odbijaczy, ściskany przez dwie jednostki. W efekcie uszkodzona została listwa. Dowodca statku w końcu pozwolił nam na odejście, ale ze względu na dryf, spowodowany spychaniem nas przez statek, Adam nawet nie podejmował próby odejścia na szpringu. W tym czasie wzmógł się wiatr jak i fala.
Załoga walczyła by nie doszło do dalszych uszkodzeń. W końcu kapitan rosyjskiego okrętu, po kolejnych presfazjach naszego kapitana, zgodził się by stanąć pod wiatr i już po chwili dryfowaliśmy osobno z trzema strażnikami na pokładzie. Okazało się, że rosyjska straż graniczna wywoływała nas kilkakrotnie przez UKF-kę, a ponieważ nikt się nie zgłosił (byliśmy zajęci stawianiem i zrzucaniem żagli na pokładzie), uznano nas za obiekt niezidentyfikowany i wymagający natychmiastowego skontrolowania. Rosyjski oficer okazał się bardzo przyjazny i nawet trochę zakłopotany, że z przyczyny zatrzymania uszkodziła się nasza listwa. Napisaliśmy protokół i wyjaśnienie, oficer wyjaśnił swoim przełożonym całą sytuację i pozwolono nam płynąć dalej. Oficer ostrzegł nas, że oni nas puszczą, ale jeśli nie odpowiemy na wzywanie przez Litwinów, to dopiero będziemy mieć kłopoty... wcale żadnych kłopotów oczywiście nie było i na Litwie nawet nikt nikt się nie fatygował odpowiadać na nasze wywoływania...
cerkiew w Tallinie postawiona przez cara, żeby 'pokazać kto tu rządzi...' Teraz nie pozostało nic innego jak odstawić Rosjan na ich okręt, co nie było zadaniem najprostszym. Wiatr dalej wzmagał się jak i rosła fala co utrudniało ewentualne dobicie. Po kolejnych długich pertraktacjach z rosyjskim kapitanem, ten w końcu zgodził się ustawić swój 60m okręt pod wiatr, który był już na tyle rześki, że na GPSie byłoby chyba z 5węzłow i wysadziliśmy strażników, uszkadzając przy okazji kolejny odcinek szyny szotów foka tym razem z drugiej burty o jakis cholerny dynks, gdy już staliśmy na cumach...czemu oni nie mogą mieć pontonu albo czegoś mniejszego!!!
Listew nie udało się niestety odkupić, co zbytnio nie podobało się armatorowi, a nasze opowieści o rosyjskim statku wydały mu się bajką, choć w sumie nie ma się mu czego dziwić... : )
Płyniemy dalej.
Od czasu tego zdarzenia, staliśmy się szczególnie wyczuleni na wołanie w UKF-ce zaczynające się od "kakaja jachta koordinata...", które poprzedzało natychmiastowe sprawdzanie czy to wzywają nas czy nie nas. Poza tym, po spotkaniu pozostały inne wrażenia natury estetycznej. Po pierwsze okręt rosyjski z pewnością pamiętał dawne czasy ZSSR, sądząc po ilości rdzy pokrywającej jego burty, co można również powiedzieć o odzieży jego mieszkańców, która służyła im z pewnością już od kilku dobrych lat.
Wpłynęliśmy na wody litewskie i uprzedzając wywołanie naszej jednostki sami zgłosiliśmy się do straży granicznej informując, że płyniemy do Kłajpedy. Z powodu skomplikowanej nazwy naszego jachtu stosowaliśmy powszechnie litery międzynarodowego kodu, dzięki którym Rzeszowiak został przemianowany na s/y Romeo Zulu.

Trzy siostry bałtyckie:

34.jpg Litwa, Łotwa i Estonia, dawne republiki ZSSR, od ponad dziesięciu lat cieszą się niepodległością. Każdy z krajów, oddalony od siebie o nie więcej niż 100 kilometrów charakteryzuje się zupełnie innym językiem jak i kulturą.

Kłajpeda

     Następnego dnia dobiliśmy do nabrzeża w Kłajpedzie. Tylko kapitan patrzy w kompas Czekali już na nas celnicy i straż graniczna. Spotkaliśmy tam s/y Zjawę IV, która akurat też wybrała się w te strony. Marina w Kłajpedzie znajduje się niestety po drugiej stronie cieśniny łączącej Zalew Kuroński z Morzem Bałtyckim. Przepłynęliśmy do mariny, a po prysznicach wróciliśmy z powrotem do miasta. Tym razem przybiliśmy do burty Zjawy IV.
Kłajpeda jest jedynym portem morskim Litwy. Na przestrzeni dziejów znalazła się pod panowaniem krzyżackim, duńskim, szwedzkim, rosyjskim, pruskim i niemieckim. Samo miasto nie ma wielu zabytków, chociaż w centrum znajduje się potężny gmach teatru, który wypatrzył Bartek, któremu jak wiadomo sztuka teatralna nie jest obcą( jest dyr. teatru w Opolu). Odtąd już poznawaliśmy architekturę teatrów w każdym następnym porcie.
Po kolejnej odprawie wyruszyliśmy w kierunku Łotwy. Wiatr wzmagał się, co zdecydowanie odbierało apetyt większości załogi...

Liepaja

O czwartej nad ranem, po żegludze po rzece przybiliśmy do nabrzeża w Lipawie (Liepaja) na Łotwie. Poszliśmy spać, czekając na kolejną odprawę celno - paszportową. Wyprawa we wschodnie rejony Morza Bałtyckiego związana jest ze zbieraniem niezwykle dużej ilości pieczątek w paszporcie jak i rozdawaniem urzędnikom za każdym razem list załogi. Lipawa znajdująca się w Kurlandii, była do 1795 roku lennem polskim. Samo miasto tętni dziś życiem. Często na ulicach słychać język rosyjski a po wejściu w boczne uliczki można zobaczyć całe szeregi drewnianych domów. W Liepawie zbudowano w XIX wieku pierwszą w krajach nadbałtyckich linię tramwajową a w XX wieku niedaleko miasta powstał prężny port wojenny. Udało nam się wejść na wieżę kościelną udostępnioną zwiedzającym, na której znajduje się cały mechanizm zegara na wieży i dzwonów.
Sami Łotysze są narodem pochodzenia indoeuropejskiego, którzy razem z Prusakami i Litwinami, stanowią odrębną gałąź bałtycką. W dawnych czasach głównymi bogactwami kraju były bursztyn, wosk, miód i skóry zwierzęce. Po krótkim zwiedzaniu płynęliśmy już dalej na północ, by następnego dnia dobić do kolejnego portu łotewskiego Ventspils (Windawa).

Ventspils

35.jpg Miasto to najwidoczniej chciało w specjalny sposób podkreślić znaczenie krów w tej części kraju. W mieście trwał właśnie festiwal krów, których to rzeźby porozstawiane były na różnych skwerach i w parkach, przedstawiając krowy w kwiatki, krowy-samochody czy krowy-okręty.
Niedaleko mariny znajduje się niezwykła, jakby zapomniana w czasie dzielnica domów rybackich. Brukowane uliczki jak i drewniane domy, dodają jej specjalnego uroku. Dodatkowo na ulicach, znajdują się hydranty, z których, do tej pory, mieszkańcy czerpią wodę, ponieważ nie ma tam bieżącej wody w domach.
Płynęliśmy dalej na północ a potem na wschód kierując się w okolicę estońskiej wyspy Runu, położonej na środku zat. ryskiej. Odwiedzenie tej wyspy gorąca polecała nam poprzednia załoga.
Ventspils Wyspa jest bardzo mała, zajmuje obszar 11 km2 i zamieszkuje ją 68 mieszkańców, ma 5 km długości i 3 km szerokości. Nie kursują na nią promy, a dostać się można na nią głównie samolotem. Ma ona jednak port. Port jest bardzo płytki i wejście do niego otoczone jest rożnymi wystającymi z wody kamieniami. Kamienie mogą być niebezpieczne, o czym przekonał się z pewnością na wpół zatopiony i całkowicie zardzewiały wrak pewnej barki, zajmujący połowę basenu portowego. Drugą połowę zajął nasz jacht. Na kei czekali już na nas w swoim nadgryzionym zębem czasu samochodzie pogranicznicy.
Z jednej strony może dziwić obecność straży granicznej na tak małej wyspie. Z drugiej strony straż graniczną mogą dziwić tak częste odwiedziny s/y Rzeszowiaka, który z pewnością jest najczęściej odwiedzającym ten port jachtem pod banderą polską( mówili nawet że był pierwszym i jak na razie jedynym...).
kapitan pije wodę z hydrantu Pomimo swojego odizolowania pogranicznicy nie pozostają obojętni na tak światowe sprawy jak przyszłość polskiej piłki nożnej. Powitali nas wiadomością, że Boniek, właśnie został trenerem reprezentacji polskiej. Zaoferowali się również podwieźć nas do "centrum", gdzie znajduje się zabytkowy szwedzki kościół oraz sklep ogólnospożywczy, w którym można płacić kartą płatniczą!
Niestety nie udało się nam obejrzeć wyspy z przewodnikiem, był tak zajęty oprowadzaniem, że musielibyśmy czekać około dwóch godzin na swoją kolej. Wróciliśmy na jacht i przed dalszą podróżą wykąpaliśmy się w morzu. Woda była wyjątkowo ciepła, zdecydowanie cieplejsza niż w naszej części Bałtyku.
Opuściliśmy gościnną wyspę i...... "pojechaliśmy do Rygi"(na szczęście tylko w przenośni).

Ryga

36.jpg Marina w Rydze znajduje się niedaleko centrum miasta. Po jak zwykle obowiązkowej odprawie wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Na głównym placu stoi pomnik, statua kobiety z trzema gwiazdami, symbolizującymi trzy historyczne prowincje Łotwy: Inflanty, Kurlandię i Łatgalię. Sama stolica pozostawia niesamowite wrażenie. Stare miasto w większości zostało już odremontowane, stare kamieniczki, tak charakterystyczne dla miast należących do związku Hanzy, z daleka wyróżniają się świeżym tynkiem. W mieście wielu turystów, w sklepach obsługa mówi po angielsku. Pewien cień na europejskość tego miasta może jednak rzucić wizyta na rynku w okolicach dworca, gdzie dalej sprzedaje się kwas chlebowy a ruch tam panujący przypomina typowe ruskie bazary.
Płynęliśmy dalej, na północ, niestety wiał przeciwny wiatr i halsowaliśmy po całej Zatoce Ryskiej, aż następnego dnia dopłynęliśmy w okolice archipelagu wysp estońskich.
By dostać się na wody Zatoki Fińskiej mieliśmy do pokonania cieśninę Muhu Vain. Na szczęście poprzednia załoga kupiła bardzo dokładne mapy wysp estońskich z dokładnym oznaczeniem przejścia, które miejscami jest bardzo płytkie. Płynąc można też się spotkać z prądem między wyspami.

Virtsu, Hiuma i Saarema

     37.jpgNa początek zatrzymaliśmy się w Virtsu, gdzie nie ma mariny, a jest jedynie pomost, służący głównie do przenocowania żeglarzy, którzy nie chcą pokonywać cieśniny nocą. Spotkaliśmy tam sympatyczną parę amerykańsko-holenderską, płynącą też do St Petersburga. Zostali na naszym polskim śniadaniu, które im bardzo smakowało. W Virtsu znajduje się przeprawa promowa na wyspę Saaremmę, na pobliskiej drodze ustawiały się więc co chwilę długie kolejki samochodów czekające na prom.
Przepłynęliśmy cieśninę bez większych problemów, odwiedzając jeszcze po drodze dwie mariny estońskie w Heltenmaa i Lohusalu. Ogólnie Estonia wydaje się być najlepiej przygotowana na przyjęcie żeglarzy. Na porządku dziennym znajdują się mariny z prysznicami a ich właściciele prawie za każdym razem przy naszej wizycie zawieszali polską banderę.

Tallin

38.jpg Wpłynęliśmy na wody Zatoki Fińskiej i popłynęliśmy do Tallina. W stolicy Estonii, czekał już na nas Grzegorz, kolega Bartka z lat szkolnych. Grzegorz zaoferował się być naszym przewodnikiem. Tallin jest jeszcze ciekawszy od Rygi. Otoczony oryginalnymi średniowiecznymi murami obronnymi z uliczkami starego miasta podobnie jak w Rydze, odnowionymi i odremontowanymi.
Marina niestety znajduje się dość daleko od centrum, do którego trzeba dojechać autobusem. Sama nazwa Tallin oznacza miasto duńskie i rzeczywiście w mieście panowali wiele lat Duńczycy. Zanim jednak je zdobyli prowadzili w XIII wieku walki z Estończykami. Ci ostatni pozornie poddali się Duńczykom a po zapadnięciu nocy napadli na ich obóz i przegnali ku morzu. Według legendy, losy bitwy odwróciły się dopiero kiedy Duńczycy ujrzeli na niebie biały krzyż z chmur na czerwonym tle zachodzącego słońca, uznali to za symbol do ponownego natarcia i tym razem już definitywnie zdobyli miasto. Od tego czasu flagą Duńską jest biały krzyż na czerwonym tle.

Przez zat. fińską

39.jpg Mieliśmy jeszcze trochę czasu na żeglugę do St. Petersburga. Chcieliśmy zawinąć do jeszcze jednego portu, najlepiej estońskiego. Problem polegał na tym, że polska mapa Zatoki Fińskiej nie wskazywała żadnych portów po drodze. Udało się jednak pożyczyć mapy od Finów, które skserowaliśmy w pobliskim hotelu a podejściówki odrysowaliśmy od pewnego Niemca. Ostatni estoński port o nazwie Vergi, okazał się przyczółkiem handlu lub przemytu alkoholu to Finlandii. Większość mariny zajmowały fińskie motorówki. Przybyli Finowie, wsiadali do zorganizowanych z mariny autobusów, którymi udawali się do najbliższego sklepu monopolowego. Ich powrót do mariny obwieszczał delikatny stukot butelek w kartonach i siatkach.

Kapary na stole czyli Kambodża w kambuzie

     40.jpgSprawy kulinarne zajmują zawsze bardzo ważną pozycje na każdym rejsie. widok przez forluk, na zdjęciu ArturDo pewnej ekstrawagancji w tym względzie przyczyniła się z pewnością zamontowana na jachcie lodówka. Jej komisyjne otwarcie nastąpiło już pierwszego dnia żeglugi, przy pierwszym przechyle na lewym halsie, kiedy to miska z oliwkami zaatakowała kabinę nawigacyjną. Po tym incydencie Adam zamontował śrubkę, czyli zawartość lodówki była pod kontrolą. A warto było walczyć o tę zawartość, na stole pojawiały się oliwki, kawior, rodzynki i inne różne specjały. Część załogi podchodziła z pewną rezerwą jedynie do chleba, który na bieżąco dokupywaliśmy na Litwie, Łotwie i w Estonii. Tamtejszy chleb zazwyczaj jest z kminkiem, co nie do końca smakuje w połączeniu na przykład z dżemem. W pewnym momencie na jachcie nastąpił deficyt mąki, a to za sprawą takich specjałów, które gościły na naszym stole jak kopytka czy naleśniki. Mieliśmy też okazję spróbować kisielu z owocami, żurku z jajkiem jak i niezliczonej ilości wspaniałych obiadów z wcześniej zapeklowanego mięsa. Pewna tajemnicą okryty był jedynie pewien słoik z kaparami. Nie do końca wiadome było jego przeznaczenie. Aż pewnego dnia Adam postanowił przygotować obiad z kaparami w roli głównego dodatku smakowego. Samo danie, bardzo smaczne, pozostawiło jednak ślad na niezliczonej ilości garnków, garnuszków, patelni i całej gamy sprzętów ze słynnej listy armatora, które wszystkie zostały wykorzystane podczas przygotowania potrawy. Ale żeby Kapitan jeszcze zmywał...

Dopływamy do St. Petersburga

     41.jpgWpłynięcie na wody rosyjskie wiązało się z dwoma faktami. Po pierwsze wzmogła się nasza czujność w nasłuchu radiotelegraficznym, a po drugie całkowicie osłabł wiatr i jego największe podmuchy dochodziły do 1B. Płynęliśmy na silniku. Pałac Letni(Ermitaż) Jeśli chodzi o nasłuch UKF-ki po incydencie na wodach obwodu kaliningradzkiego, staliśmy się bardzo czujni. Wzmożoną czujność wykazywali też Rosjanie. Odnosiło się wrażenie, że każda stacja brzegowa chciała znać dokładnie każdy obiekt znajdujący się w jej zasięgu. Zmienił się tylko system wywoływania. Na wodach obwodu kaliningradzkiego jachty były wywoływane za pomocą podawanych współrzędnych geograficznych, tymczasem na Zatoce Fińskiej za pomocą podawania odległości i kierunku od najbliższej wyspy. Ten drugi system jest nie do końca czytelny. Wyznając zasadę, że przezorny zawsze ubezpieczony, zgłosiliśmy się parę razy, ponieważ nie byliśmy pewni czy to nas wywołują. Doprowadziło to do następującej sytuacji. Po pierwsze jacht s/y Rzeszowiak stał się dobrze znaną jednostką na wodach zatoki, po drugie niektóre stacje brzegowe nadawały komunikat wywołania w następujący sposób; "kakaja jachta (tu następował opis odległości od danej wyspy), niet Rzeszowiak!
Artur przyciąga jacht w marinie w Petersburgu, by inni mogli wyjść      Dopłynęliśmy do Kronsztadu. Na tej wyspie musi zatrzymać się każda jednostka płynąca do miasta. Tutaj przeszliśmy pierwszą odprawę i sprawdzenie wcześniej załatwionego zaproszenia z jacht klubu. Cała operacja odbyła się w towarzystwie chmary komarów, z których słyną też bagniste okolice miasta. Nie mieliśmy żadnych problemów i skierowano nas do "Dworca Morskiego" w mieście na dalsza odprawę.
Miła pani, obudzona przez nas w środku nocy, nawet nie chciała już oglądać z wielkim wysiłkiem załatwionego zaproszenia. Nad ranem wpłynęliśmy w główki portu. Należy się tutaj trzymać szlaku, ponieważ wypływająca rzeka Neva nanosi wiele mułu, czyniąc ten koniec lub początek zatoki miejscem bardzo płytkim. Port jest największym portem nad Bałtykiem i długo płynie się po jego zakamarkach, zanim dopłynie się do Dworca Morskiego.

Wczesnym porankiem dobiliśmy do wyludnionego nabrzeża dworca. Wielki betonowy budynek wznosił się na nabrzeżu. Przycumowaliśmy nieopodal rosyjskiego kutra, czekając na odprawę. Jego mieszkańcy zajęci byli czymś na pokładzie. Po chwili poprosili by nie cumować bliżej, ponieważ oni maja nurka pod wodą. Zobaczyliśmy owego nurka i nie chcieliśmy wierzyć naszym oczom. Oto ukazał się nam gość w obszernym skafandrze, któremu właśnie na głowę nakładano wielką kulę, przykręcano ją do skafandra kluczami i podłączano zwoje gumowej rury. Cały strój przypominał strój astronautów, chodzących po księżycu. Dla Rosjan wydawał się jednak czymś najnormalniejszym na świecie. Taki sam strój widzieliśmy potem w muzeum morskim ...

zakładają prehistoryczny kombinezon nurka Po bezproblemowej a nawet wesołej odprawie popłynęliśmy do jacht klubu. Cała procedura nie trwała dłużej niż np. w Niemczech. Sprawdzili paszporty, wbili stempelki, zxerowali papiery jachtu, nawet nie wchodzili na jacht i się do nas w końcu uśmiechnęli... Cała załoga trzyma lufę Aurory Po zacumowaniu poszliśmy zwiedzić budynek jacht klubu. Jego rozmiary świadczyły o dawnej świetności. Na parterze znajdował się czynny sklep żeglarski, oraz toaleta. Na jej drzwiach napis bukwami "Awaria", całkiem zresztą adekwatny, nie wchodząc w szczegóły, do awarii jakościowej i ilościowej znajdującej się w jej wnętrzu. Na pierwszym piętrze odkryliśmy prysznice, niestety nieczynne. Obok w pokoju siedział młody gość za komputerem, który znał kogoś, kto mógł mieć klucz do prysznicy. Pozwolił nam na sprawdzenie e-maila. Trochę w tej sytuacji było przekorności rosyjskiej, gdzie w marinie, jest stałe łącze z internetem a nie ma porządnej toalety. W końcu dostaliśmy klucz do prysznicy a przed użyciem nie obyło się bez ich sprzątania( oczywiście przez nas...) Dostaliśmy też polecenie, aby uważać by nie wylać wody z brodzika, bo przecieka strop...

Petersburg

42.jpg Przez następne dwa dni zwiedzaliśmy miasto. Miasto zresztą niezwykle ciekawe i piękne. Miasto zbudowane z wielkim rozmachem, pełne pięknych kamienic, kanałów, mostów, cerkwi i kościołów. Na szczególne wyróżnienie zasługuje oczywiście Muzeum Ermitażu, które swoim bogactwem zdecydowanie przebija Luwr, czy inne muzea europejskie.
Petersburg      W muzeum Kunstkamery (Muzeum osobliwosci Piotra Wielkiego, dentysty amatora) znajduje się spora kolekcja zniekształconych, różnymi chorobami płodów ludzkich. Co ciekawe, cieszy się ona szczególną popularnością wśród Rosjan, którzy z uśmiechem fotografują się na jej tle. W muzeum morskim, sensacje wzbudził wśród nas, kostium płetwonurka z okresu I Wojny Światowej, identyczny ze strojem znajomego płetwonurka z dworca morskiego.
Po dwóch dniach przyjechała na jacht załoga drugiego etapu, my już byliśmy wyokrętowani i udało się nam załatwić nocleg za darmo na rosyjskim jachcie "Nadjeżna", który właśnie przygotowywał się do wypłynięcia. Kapitan zaoferował nam na nocleg pewne pomieszczenie przechodnie. Przechodnim okazało się ono dopiero w nocy, Ermitaż w Petersburgu kiedy to całe szeregi całkiem nieźle wstawionych Rosjan, wracało na jacht, po pierwsze tupiąc wojskowymi butami, po drugie otwierając skrzypiące metalowe drzwi, po trzecie potykając się o nasze bagaże do tego przeklinając. Pomimo tych niedogodności, jak to się mówi, darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy.
Ostatniego dnia wieczorem wsiedliśmy w bezpośredni pociąg do Polski, przemierzający zachodnie obszary Rosji i calą Białoruś. Po 30 godzinach byliśmy w Polsce.


941Mm/226h  Górki zach. - Kłajpeda - Liepaja - Ventspils - Ruhun - Ryga - Virtsu - Heltenmaa - Lohusalu - Tallin - Vergi - Petersburg


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Joanna Fidler - I oficer
Krzysztof Kucharski - II oficer
Bartosz Zaczykiewicz - III oficer
Piotr Płusa - IV oficer
Artur Stern - Załoga
Aleksandra Kaczmarczyk-Załoga
Aleksandra Muga - Załoga
Helena Zuszek - Załoga
Kamila Czaja - Załoga

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.rejsymorskie.net

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;