Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Rejs: Petersburg 2002 - rejs powrotny
Zobacz też:
Podróż pociągiem

      A wszystko zaczęło się na PKP...

Dziwne, bo wszyscy na to PKP narzekają i narzekają a tu jak się okazuje taki niepozorny wagon może posłużyć wielu rzeczom...

Spotkanie drugiej załogi, mającej płynąć z Sankt Petersburga do Polski miała miejsce, gdy pierwsza była gdzieś w połowie drogi. A wszystko przez to, że postawiliśmy sobie ambitny cel - zwiedzanie!
Całość oficjalnie zaczęła się o 2 w nocy z 17 na 18 lipca. Wraz z Markiem i Maciejem przyjechaliśmy na Dworzec Główny, gdzie w umówionym miejscu czekaliśmy na resztę. Jako pierwsza dobiła do nas wiecznie uśmiechnięta Maja, która jako koordynator przejazdu od razu zaczęła wydawać instrukcje. Dobrze, że po chwili pojawił się Kuba, bo prawdę mówiąc, żaden z nas nie wydawał się być zainteresowany jakąś tam teoria. Generalnie kombinowaliśmy jakby tu strzelić kolejnego browarka...
I tak staliśmy, usychając jak starzy karawaniarze, aż tu na horyzoncie pojawiła się ostatnia osoba mająca jechać z Poznania - Włodek.
Na pierwszy rzut oka, uwagę zwróciła jego olbrzymia walizka, którą ciągnął za sobą, oraz dziwny przedmiot, który po chwili okazał się być... kanką. OK, pomyślałem. Dlaczego nie? Czeka nas długa podróż.
Może Włodek akurat lubi pić dużo herbaty / kawy. Byłem trochę zaskoczony, ze względu na fakt, że takie przedmioty zazwyczaj są mało praktyczne na ograniczonej powierzchni jachtu.
Jakże się wtedy myliłem... bowiem zaraz po ruszeniu pociągu okazało się, że termos jest...zaczarowany...
Nie do końca jestem pewien czy powinienem pisać, co tak naprawdę było środku. W każdym razie z herbaty miało tylko kolor.
Niesamowite jest to jak, ludzkie życie podobne jest do jazdy pociągu. W naszym przypadku wszystko poszło, że tak powiem, "pośpiesznie", bo na dobrą sprawę zintegrowaliśmy się zanim jeszcze wyjechaliśmy z miasta. Potem, każde z nas po kolei prezentowało swój wkład rzeczowy, a nasze plastikowe kubeczki stukały prawie z taką samą częstotliwością, jak koła pociągu. A wszystko pośród wirującej kanki Włodka. Sama impreza skończyła się około 4 nad ranem, wraz z zatrzymaniem się pociągu na stacji Kutno.
Nic w tym dziwnego, bo o 6 30 dosiadały do nas dwie dziewczyny z Wawy ( Kamila i Marta ), a nam jako prawdziwym dżentelmenom :) nie przystało wyglądać niechlujnie. Nawet protesty Maji, która nigdy nie ma dosyć, tym razem nic nie zdziałały. Po powitaniu dziewczyn okazało się, że to chyba jeszcze nie pora na wstawanie, wiec każde z nas wróciło do łóżka. Na dobre rozbudziliśmy się dopiero w Brześciu, gdzie przyszła pora na sprawdzanie paszportów i wypełnianie deklaracji. Co do paszportów to byłem naprawdę mile zaskoczony, bo wbrew moim oczekiwaniom, nikt nie robił żadnych problemów. Prawdziwym wyzwaniem były natomiast papierki z rosyjską czcionką, których wypełnianie stanowiło nie lada atrakcję. Sam nie pamiętam czy zadeklarowałem wwóz kilkuset telefonów komórkowych i jednego dolara, czy też odwrotnie...
Chwilę później czekała nas jedna z ostatnich atrakcji przejazdu - przestawianie całego składu na szerokie rosyjskie tory. Sama operacja trwała chwilkę i oprócz tego, że wszystkie wagony zostały podniesione za jednym razem, nic wielkiego się nie działo. Następne kilkanaście godzin było dla mnie czymś w rodzaju letargu... Niewinnie przysypiając dojechałem w końcu do Sankt Petersburga, nieświadom tego, co tak naprawdę kryje to miasto...

Jak załatwiliśmy hotel

      Hotel załatwiła Maja, telefon dostała od znajomego. Dwuosobowe pokoje ze śniadaniem za 21 USD na osobę. Taniej nic nie udało się znaleźć, zresztą jak na ceny noclegu w Petersburgu to i tak wyjątkowo tanio. Hotel był oddalony od np. m\s Aurory o niecała godzinę drogi. Dojazd z jednej ze stacji metra przy samym Nevskim prywatnym busikiem lub zwykłym autobusem. adres:

hotel "Karelia"
ul.Marshala Tuchatschewskogo 27/2
tel./fax. +78 123 264 711


Pobyt w Petersburgu

      43.jpgWszyscy dość szybko się z tego letargu obudziliśmy, a raczej rozbudziła nas zastana na dworcu Witebsk Station rzeczywistość. Zamiast warszawskocentralnych granitów na ziemi lażały zwały gruzu i piach, cały dworzec był w renowacji, która przypominała jednak bardziej rozbiórkę Maja + Kuba czy postępujący proces dewastacji niż działania mające na celu przywrócenie mu dawnej świetności. Po paru dniach w Petersburgu mogę mieć jednak nieomal pewność, że ten niesamowity budynek - architektura szkła i żelaza - będzie na 300lecie miasta w 2003 roku jak nowy. Obecnie remontuje się tam bowiem wszystko - czasami nakładając z aż przesadną pieczołowitością kolejne warstwy połyskującego złota.
Na zewnątrz świat nie wyglądał wcale mniej chaotycznie: masa ludzi, stragany, przepychające się taksówki no i my - bez rubli, po nieudanej próbie pobrania ich z wyrwanego ze ściany bankomatu i czekający w 6 osób, z pełnym bagażem, w upale i kurzu na Marka i Włodka, którzy udali się na baaaaaaaardzo długie poszukiwania banku. Gdy już byliśmy pewni, że ich napadnięto, wrócili z miejscową walutą i opracowaną drogą do metra...
Schody do metra w Petersburgu Petersburskie metro to osobna bajka: złocenia, marmury, kolumny, żyrandole i wszystko to co kojarzymy raczej z operą, a jednocześnie to właśnie przy takiej złoconej kasie przeżyliśmy pierwszy cenowy szok: żeton na metro kosztował 6rubli= +-65gr...

Nasz hotel leżał dość daleko od centrum. Z planu miasta wynikało też, że nie dojeżdża tam żadna linia metra, a planu linii tramwajowych i autobusowych nie mieliśmy. Ponieważ jednak jadąc na rejs z Adamem musieliśmy spełniać podstawowy warunek - być twardymi, nie mientkimi no i jako studenci nie mieliśmy kieszeni wypchanych dolarami, zaryzykowaliśmy dojazd środkami komunikacji miejskiej...
Kompletnie obładowani bagażami wsiedliśmy do metra i bojąc się, że nie zdążymy dostatecznie szybko przeczytać nazw, zaczęliśmy odliczanie kolejnych stacji. Wysiąść udało się planowo na "Ploshad Lanina" i na tym kończył się nasz plan, a zaczynał spontan. Uznaliśmy, że Rosjanie - sympatyczny naród- zapytani o sposób dotarcia do wskazanego im na mapie hotelu, skierują nas na odpowiedni przystanek i tyle. No cóż, myliliśmy się: nie było to wcale takie łatwe... doradców było chyba ze 20, a i tak na tej wielkiej stacji przesiadkowej warto było jedynie spytać sprzedawcę kwiatów. Wyglądał podejrzanie niechlujnie i zdawał się być czymś na kształt ostatniej deski ratunku - aktem desperacji, a okazał się wybawicielem. Wskazany przez niego trolejbus rozpadał się co prawda dosłownie na naszych oczach, a jednak pruł całkiem dziarsko ulicami Petersburga i to w dobrym kierunku... (bilety- 5rubli- w tym egzotycznym środku transportu sprzedają przechadzające się po nim panie konduktorki) Kolejnym wyzwaniem było wysiąść na dobrym przystanku. Znowu mięliśmy szczęście; cały autobus nie mógł oderwać od nas wzroku, chyba zastanawiali się, co to za dziwni turyści, co to pchają się do całkiem niereprezentacyjnych dzielnic = blokowisk i ostatecznie wysiąść pomogła nam milcząca Rosjanka - nie odzywając się ani słowem poczekała aż wyładujemy nasze toboły i przeprowadziła nas przez labirynt wielkopłytowców pod sam hotel, poczym zniknęła bez śladu...

44.jpg Aurora Hotelowe lobby z wielkimi skórzanymi kanapami było dokładnie tym, czego nam było trzeba. Po sporym kawałku pieszej wędrówki byliśmy po prostu wykończeni. Rozdzieliliśmy pokoje - 4 dwójki, każda na innym piętrze i ruszyliśmy pod prysznice. Spłukawszy kurz niemal już 2dobowej podróży szybko otrzepaliśmy pióra i ruszyliśmy na zwiedzanie miasta...

Poznawanie St. Petersburga zaczęliśmy od Strony Piotropawłowskiej. Zobaczyliśmy dość nędzny park, bastionową fortyfikację twierdzy, jedyny w StP meczet, domek Piotra I i krążownik Aurora .
Gilbert rano w hotelu Bardzo klimatyczna okazała się secesyjna dzielnica - to dla niej warto wrócić studentowi architektury - i rozprute, wyglądające niczym po wojnie, remontowane właśnie ulice. W sklepie przy jednej z takich ulic-widm zakupiliśmy ichnie papierosy z filtrem, a jakoby bez filtra, czyli z papierową rurką, którą przed użyciem łamie się w literę Z, aż trudno uwierzyć, ile nam to łamanie radości sprawiło - jak dzieci... W międzyczasie zaczęliśmy niekończącą się smsową korespondencję z kapitanem, który dał znać, że pierwsza ekipa również jest już w Petersburgu. Umawianie się z Adamem powierzyliśmy Gilbertowi, który niestety, sugerując się tym, że to właśnie od tej strony rozpoczęliśmy zwiedzanie, mylnie utożsamiał nasze położenie z centrum miasta. Biedny Adam, kierowany wskazówkami Gilberta, biegał chyba ze 4 razy z jednej strony Newy na drugą, a dodatkowo utrudniał mu to fakt, że czekaliśmy na niego w knajpie u początku akurat remontowanego mostu, więc za każdym razem, gdy zmieniał stronę rzeki, musiał udać się w miejsce następnej "odprawy"... a, choć Petersburg zwany jest miastem mostów, nie leżą one tak znowu blisko siebie. Zanim doczekaliśmy się kapitana "Grota" - dzięki ci przewodniku Pascala!, który poleciłeś nam to cudne miejsce - stała się nam drugim domem. Złote bąbelki piwa rozbawiły ekipę i oswoiły z nami obsługę knajpy do tego stopnia, że wpuszczali nas do swojej, schowanej na zapleczu toalety. Adam dotarł na tyle zziajany i spragniony, że szybko nadgonił nasze humory i ostatecznie miał pewien problem z samodzielnym powrotem na jacht...

No a że my jesteśmy wielce kochanymi ludźmi, to wzięliśmy go ze sobą do hotelu... nie mogliśmy pozwolić biedakowi na samotny powrót na jacht, gdy nie bardzo wiedział, jak ma wracać... no i przede wszystkim dlatego, że imprezuje się z nim jak z nikim innym, a takie właśnie plany mięliśmy ta ten wieczór. Pod hotel podjechaliśmy absolutnie już ostatnim busikiem (10rubli) i od razu udaliśmy się do "namiotu cyganów" - osiedlowego, autochtońskiego baru na świeżym powietrzu, z jedzeniem z rusztu, piwem i mocniejszymi płynami... Dalej impreza bujała się sama z siebie. Przerywał ją jedynie raz po raz kapitański bełkot przez ręczną UKF: "Asia, słyszysz mnie?", gdy Adam po raz kolejny próbował skontaktować się z panią I oficer, aby uprzedzić, że tamtej nocy na jacht już nie dotrze. Ostatecznie zasięg złapał dopiero z 11 piętra naszego boskiego hotelu... Tamtej nocy rzadko kto skończył w swoim łóżku, a niektórzy nie dotarli do koi...

CerkiewNastępnego ranka pobudka nie należała do najprzyjemniejszych, ale plany mięliśmy zakrojone na dużą skalę i po prostu wstać trzeba było. To co nas postawiło na nogi, to prawdziwe rosyjskie śniadanie (tak naprawdę, to nie wiemy czy to typowe dla Rosji czy może tylko dla naszego hotelu). Mówiąc krótko: dania zaserwowane tamtego, jak i kolejnych, poranków były raczej stricte obiadowe - menu mogłoby zmylić każdego, kto tak do końca pewny nie jest, o której właściwie wstał... Posileni ruszyliśmy busikiem do centrum. Po raz pierwszy jechaliśmy w absolutnym szczycie ruchu samochodowego i zapewniam, że zrobiło to na nas wrażenie. Ulice w Petersburgu mają z reguły szerokość nie węższą niż 7-8 pasów, tych pasów jednak nikt na jezdni nie maluje, a środkowe 3 są, zależnie od uznania kierowców, raz w jednym raz w drugim kierunku. Istna dżungla, w której królują busiki - pędząc z niewiarygodną prędkością wyprzedzają np. tramwaje wskakując przed nie na tory, bo tam akurat szalony kierowca dostrzegł kawałek wolnego miejsca... najlepiej zamknąć oczy i przeczekać aż zatrzyma się na Mayakowskaya - wtedy wiadomo, że było warto, bo jest się po naprawdę krótkim czasie w samym sercu miasta.
Tam zaczęliśmy nasze prawdziwe zwiedzanie... przyznaję, że, mając małe zboczenia na punkcie architektury, przegięłam z wyznaczaniem reszcie grupy sporej ilości miejsc, które trzeba koniecznie zobaczyć, ale, jako ciągana przeze mnie wycieczka, sprawili się cudnie. I tak tamtego dnia rozpoczęliśmy od życzenia Kamili i na początek zwiedziliśmy Muzeum Arktyki i Antarktydy - warto: dużo śmiechu, fajny stylizowany budyneczek byłego kościoła na planie centralnym i przemiła obsługująca liczne, ruchome i podświetlane eksponaty pani. W ogóle muzeum leży niby prawie w samym centrum, a jednak trochę z boku i już tam mniej komercyjnie: na schodach spał kloszard, a przed sklepem po drugiej stronie ulicy stała wielka "klatka na ptaki" - jej przeznaczenia do tej pory nie odkryliśmy - na puste butelki, dla złapanych na gorącym uczynku kieszonkowców? a może dla Gilberta i Macieja, którzy sami do niej weszli? pojęcia nie mam... Dalej przez całkowity przypadek w oko wpadł mi budynek sugerujący swą formą, że jest targiem. Był nim istotnie: sprzedawali tam chyba wszystko. Na wielkich kamiennych ladach wystawione były wszelkie dobra, niestety niektórym z nich - mięso - towarzyszył i zapach. Zakupiliśmy miejscowe morelki i ruszyliśmy dalej do pierwszej tamtego dnia cerkwi. Potem było ich jeszcze wiele, ale główną atrakcją tamtego dnia był spacer po Nevskim Propiekcie. To najważniejszy trakt miasta. Jego pierzeje tworzą reprezentacyjne kamienice, a w licznych otwarciach ukazują się przede wszystkim mniej lub bardziej udane kopie znanych europejskich budowli. Ale nie tylko: jest też parę naprawdę imponujących, nie tylko formą, ale i niepowtarzalnością, obiektów - pierwszy petersburski, secesyjny dom towarowy czy niesamowita, wykonana w stylu moskiewskim cerkiew na Krwi Chrystusowej. Podsumowując - Nevsky Prospekt to założenie barokowe i jako takie doskonałe w swoim stylu, jednak dla mnie za dużo tam tego baroku - kwestia gustu.

Petersburg, kolumny rostralne Tamtego dnia planowaliśmy jeszcze dotrzeć do Ermitażu. Udało się - dotarliśmy i nawet nie musieliśmy zapłacić za wstęp, bo studenci wchodzą za darmo, ale zaliczyliśmy go chyba za szybko. Pałac Zimowy to niesamowite miejsce i chyba nie należy pędzić przez niego tak, jak zrobiliśmy to my. Nie mięliśmy co prawda więcej czasu, ale dziś nie mam nawet pewności, czy widzieliśmy wszystkie sale. Obiekt jest tak duży, że można się w nim z powodzeniem zgubić, a przy którejś z kolei kolekcji malarstwa czy innych dzieł sztuki ogarnia człowieka znużenie i staje się całkowicie nieczuły. W sumie, gdy zostaje się w mieście trochę dłużej, polecam kilka krótszych wizyt, zamiast jednej dłuższej.
45.jpg Z Ermitażu wyszliśmy zmęczeni i głodni. Nie chcieliśmy jeść w jednej z licznych, położonych w samym centrum i okrutnie drogich restauracji(raczej dla ruskiej mafii...). Postanowiliśmy wysilić się odrobinę i znaleźć miejsce na miarę własnych możliwości. Szukanie taniej knajpy okazało się jednak nie takie łatwe w barokowych przestrzeniach, przystosowanych raczej do ruchu karocą, a nie na nóżkach. Ostatecznie, gdy byliśmy już u progu zbiorowego ataku nerwicy udało się znaleźć fajne miejsce. Spróbowaliśmy kilku miejscowych specjałów: zupki zwanej solianką, pierogów i innych pyszności, a na koniec popełniliśmy spory błąd - chcieliśmy zapłacić osobno... hi hi niewykonalne! Mimo, że Włodek, bez którego znajomości bukiew i jego swobodnego poruszania się po menu, nikt chyba nie dałby rady zamówić sobie obiadu - dziękujemy Ci Włodek! - na wszelkie sposoby próbował wytłumaczyć pani kelnerce, że to wcale nie takie trudne to całe podliczanie każdego klienta osobno, to kobieta ta okazała się nieugięta...
Jak do tamtej pory w Petersburgu od 2 dni były obie załogi, nie widzieliśmy się jednak ani przez chwilę, a chcieliśmy zabalować razem... Udaliśmy się więc za Adamem, który zwiedzał z nami Ermitaż w kierunku mariny. Nie dotarliśmy tam tak całkiem bezboleśnie... Przyznaję, że również maczałam palce w wyborze trasy, ale wniosek z naszego kluczenia był w zasadzie jeden: dobrze, że Adam nie wracał sam poprzedniej nocy... Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo zamiast dojść trasą najkrótszą, poszliśmy taką najciekawszą, zaliczając rekreacyjne tereny zielone Ostrówa Krestovskiego. Na jacht dotarliśmy jednak i za późno, bo aby dotrzeć ostatnimi busikami do hotelu, musieliśmy się zaraz zmywać i za wcześnie, bo drugiej załogi nie było jeszcze na łodzi... w sumie z planowanej mega biby w 2 załogi zrobiło się 5min spotkanie - szkoda. Nasz nastrój imprezowy nie ucierpiał jednak nic a nic. Zagadaliśmy z kierowcą stojącego na pętli pod mariną busika, aby zmienił trasę i podjechał pod nasz hotel. I choć nie było mu to wcale po drodze, zgodził się bez większych problemów, a uzgodniona cena kazała mu podjechać nie na przystanek, a pod same drzwi hotelu... Jakież było jego zdziwienia, gdy nie weszliśmy przez owe drzwi, a udaliśmy się, no zgadnijcie dokąd... no właśnie: do namiotu cyganów! Nastała powtórka z rozrywki i w namiocie, i w pokojach i na koniec na balkonach naszych pokoi. Początkowo te niesamowite "detale architektoniczne" budziły raczej strach - wykonane w technologii żelbetu traciły z wolna część betonową i można je było już niemal nazwać żelazną kratownicą. Szybko jednak się oswoiliśmy i nauczyliśmy, jak stawiać nogi, aby nie odłupywały się kolejne grudy betonu. Warto było, bo imprezę w kilka stłoczonych na takim balkonie osób długo będę pamiętać...

46.jpg Przewodnicy w Petersburgu Ostatni dzień zwiedzania przeznaczyliśmy na Wyspę Wasilewską - to ta, której kompozycję urbanistyczną od strony centrum zamykają 2 wielkie kolumny rostralne. Te ogromne czerwone słupy z powbijanymi na cześć morskich zwycięstw dziobami statkow, są chyba na co drugiej pocztówce z Petersburga. Tamtego dnia Adam posłużył nam za fachowego przewodnika po Kunst Kamerze - pełnym zniekształconych płodów, szkieletów gigantów i karłów muzeum osobliwości anatomicznych Piotra I. Potem zajrzeliśmy do położonego nieopodal muzeum Natury (sala pełna motyli, prawdziwy szkielet wielkiego płetwala błękitnego i niezliczone wypchane zwierzaczki z prawdziwym, wyciągniętym z lodów Syberii mamutem na czele). Potem reszta, raczej z powodu burzy niż ciekawości, weszła do muzeum marynarki wojennej, a ja nieopatrznie uwierzyłam Adamowi, który sam próbował przeczytać bukwy... Z tych jego prób urodziło się nieistniejące w rzeczywistości muzeum architektury... zdziwiłam się trochę, bo o niczym takim przewodnik nie wspominał, ale też bardzo napaliłam i, mimo rozkręcającej się ulewy, ruszyłam na poszukiwania tego przybytku wiedzy, świątyni dla studenta architektury... no cóż, obiekt znalazłam, z wielkim trudem przeczytałam tabliczkę nad wejściem, na której faktycznie jeden wyraz był "architekturą", ale drugi oznaczał meble... to był po prostu sklep z meblami i to nędznymi. Już całkiem mokra, nieusatysfakcjonowana i rozbawiona musiałam wrócić do reszty, by pooglądać modele statków.
W dalszej części wyspa ma bardzo regularny układ - główna ulica przez środek i idealnie do niej prostopadłe mniejsze, nazywane "liniami" o kolejnych numerach. Ulice te zaplanowano ponoć jako kanały, ale liczne wylewy Newy kazały je zasypać. Pomiędzy częścią muzealną a tą pociętą siatką "linii" znajduje się dawny kompleks uniwersytecki, ponoć o niebanalnych rozwiązaniach architektonicznych, ale niestety zamknięty.
Petersburg, ulica w nowej dzielnicy. Czyż nie jest tam normalnie i tak jak u nas... Obiad zjeść chcieliśmy w tej dalszej części. Po drodze do polecanego nam baru mlecznego zajrzeliśmy na prawdziwie autochtoński targ: dudniące ze straganów rosyjskie disco i wszystko, czego dusza zapragnie, poza szukaną przez nas wzmacnianą szarą taśmą na kotki... Nie wyszliśmy jednak z pustymi rękoma - zakupiono i tanie papierosy i ruskie kasety, by potem "umilać" sobie czas na jachcie. Nie oparliśmy się też urokowi babuszki, która z niewielkiej cysterny polewała kwas chlebowy. Ten miejscowy specjał ma konsystencję coca-coli, smakuje razowym chlebem i jest naprawdę całkiem niezły.
Wracając do obiadu, to owy bar mleczny był źródłem kolejnych niezapomnianych doznań: można było tam zamówić takie rarytasy jak np. placki z kawiorem, a przy osobnym barze wszelkie alkohole - z szampanem na czele. Nie robiło to jednak większego wrażenia na miejscowych, którzy i tak wybierali tylko jedno: wódkę na szklanki i popijali nią obiadki, tak jak my robimy to sokiem... naprawdę byliśmy pod wrażeniem!
Potem zajrzeliśmy jeszcze do kawiarni - takiej nie bardzo dla turystów, w której zamówiliśmy "kawę po rosyjsku", czyli fusy z cukrem i wyruszyliśmy w stronę stacji metra. Było dość daleko, ale trasę pokonaliśmy bardzo szybko - biegiem, bo ponownie się rozpadało i ulicami zaczęły płynąć rwące potoki. W tym czasie Adam kontynuował zwiedzanie centrum na swoim wigry3 kompletnie przemoczony co prawda ciepłym deszczem.
Gdy dojechaliśmy do hotelu byliśmy już tak mokrzy, że przejście przez ulicę do namiotu cyganów, a jakże!, w ogóle nas nie ruszyło, choć woda sięgała nam do połowy łydek, a mnie - raczej niewysokiej ;o) osobie - właściwie do kolan... Możecie domyśleć się, jak skończył się wieczór... Niby jak zawsze, ale chyba jeszcze lepiej: kuzyni(Marek I Maciej) wędrowali po korytarzach hotelu z wyniesionym od siebie z pokoju telewizorem, by podłączyć do niego "sprzęt grający", który z telewizorem w pokoju dziewczyn działać nie chciał; Marek wybrał się jeszcze raz do namiociku i wrócił z całym kartonem zapasów - ponoć wykupił absolutnie wszystko, co mieli na stanie... A na koniec, już rozebrany do snu Maciej zorientował się, ze zapomniał z naszego pokoju okularów słonecznych... Chyba były mu w tamtej chwili - środek nocy - bardzo potrzebne, bo wsiadł do windy w samych bokserkach, by odebrać swoją własność. Zapomniał chyba, że nie mieszkamy sami w hotelu i mocno się zdziwił, gdy winda zatrzymała się gdzieś pomiędzy naszymi piętrami i dosiadły się do niego 2 kobiety... Na szczęście nie miał już na sobie tylko bokserek, ale i okulary... W sumie szkoda, że nie ma już etażowych, bo pewnie byłoby jeszcze zabawniej...

Pobudka znowu nie była łatwa i, choć następnego ranka Gilbert i ja spożywając w pustej sali śniadanie, przypuszczaliśmy, że reszta zaspała i jesteśmy absolutnie pierwsi, to jednak wszyscy dali radę... Gdy my całkowicie niespakowani spokojnie popijaliśmy kawę i wymienialiśmy uwagi, jacy to jesteśmy ze wszystkich najtwardsi i najszybsi, reszta była już dawno po śniadaniu i dopakowywała właśnie ostatnie bibeloty do toreb. Ostatecznie to oni musieli na nas czekać... W sumie dzień nie zaczął się najlepiej: ciężka pobudka, ciężkie głowy, ciężkie pakowanie, ciężkie torby...
plac Pałacu Zimowego i kolumna Aleksandra Ponieważ sposób dojazdu nieomal pod samą bramę mariny mięliśmy już opracowany, sądziliśmy, że po wejściu do odpowiedniego trolejbusu, już nic nas zaskoczyć nie może. Spoglądając z sentymentem przez okna przejechaliśmy przez samo centrum miasta i w tak nostalgicznym nastroju, zaraz za mostem zostaliśmy nagle z całym bagażem wyrzuceni z trolejbusu... dlaczego? ha ha!!! Okazało się, że tamtego dnia policja puszczała przez pewien most, który pechowo znalazł się na naszej trasie, tylko co któryś trolejbus... dlaczego? tego do tej pory nie wiemy... Efekt był taki, że staliśmy w jakiejś dziwnej dzielnicy, wcale nie na przystanku, ale gdzieś pomiędzy takowymi, bez pomysłu na nowy sposób dojazdu no i z tymi wszystkimi torbami (2-3szt na osobę)... Musieliśmy przedreptać spory kawał do następnego przystanku, a że nie wiedzieliśmy gdzie on jest, więc oczywiście udaliśmy się tam z lekka okrężną drogą. Poczekaliśmy na taki trolejbus, który miał szczęście i akurat go przepuszczono i dojechaliśmy. Pozostało już tylko wytężyć po raz ostatni mięśnie i ponieść bagaże na oddaloną od pętli autobusowej keję. Jacht właściwie już na nas czekał. Wrzuciliśmy toboły, Marek zapoznał się z tajemnymi schowkami na żarcie, a Adam przeczytał nam swoje kapitańskie zasady rozpoczynając od: " na jachcie panuje monarchia absolutna..." zareagowaliśmy tylko bladym uśmiechem, bo tego dnia to mięliśmy już naprawdę dość mówienia nam, co mamy robić i zostawiając ląd rozpoczęliśmy całkiem inny rozdział naszej podróży...

47.jpg Pozostawiając wątek Petersburga nie mogę nie wspomnieć o Peterhofie... Wszystkim wiadomo, że nie mogłam przeboleć, że go nie zobaczyliśmy - to była niemal czarna rozpacz podsycana jeszcze przez co po niektórych ;o) członków załogi, którzy przy wypływaniu z Petersburga wskazywali mi na zamglonym horyzoncie jakieś mętne punkty, twierdząc, że to właśnie on... jeden z letnich pałacy cara. Jest to niewątpliwie jedna z pereł światowej architektury - barokowa, wybudowana z wielkim rozmachem rezydencja nad brzegiem zatoki Nevskaya Guba. Trzeba się tam wybrać wodolotem lub autokarem - oba horrendalnie drogie, bo jest to bądź co bądź ok. 50km za miastem. Jachtem teoretycznie da się tam dobić, bo jest przystań, do której dopływają wodoloty, ale niestety podpisać trzeba deklarację, że między wyspą Kotlin a Petersburgiem nie zboczy się ze szlaku. Może z czasem zmieni się coś, a wtedy to już na pewno nie odpuszczę, bo w sumie to wstyd, że nie zobaczyliśmy czegoś takiego!

Przygotowania

Wreszcie wychodzimy w morze!
48.jpg Po kilku dniach spędzonych na zabawach, hulakach i swawolach przerywanych tylko monotonnym nawoływaniem Adasia: "Asia, Asia zgłoś się", próbującego połączyć się z Rzeszowiakiem przez ręczne radio aby powiedzieć, że zabawa przeciągnie się do rana, nadszedł czas na zrzucenie bagaży na burcie s/y Rzeszowiak. Padliśmy na keję zmęczeni przebytymi kilometrami, marząc o dorwaniu w swe ręce projektantów Petersburga, których barokowe założenia przez trzy dni zdołały doprowadzić nas do skrajnego wycieńczenia, a w zasadzie "załatwiła" nas Maja, która ciągnąc nas "w tempie jadącej karocy" od zabytku do zabytku faszerowała nas fachowymi zwrotami i wiedzą...( w sumie nie było tak źle i dziś jesteśmy nieomal fachowcami w tej dziedzinie...)
Chłopaki się biją... Nim się obejrzeliśmy, byliśmy już na wodach portu i płynęliśmy w kierunku Dworca Morskiego. Tam w tnącym ale ciepłym deszczu szybka i bezproblemowa odprawa i dalej w kierunku Kronsztadu. Po drodze mijaliśmy niezliczoną ilość szybko płynących w stronę Peterhoffu wodolotów, a co bardziej dowcipni drażnili Maję, która złorzeczyła na to, że bilety kosztowały zbyt wiele i nie udało się jej zwiedzić letniej rezydencji Cara...
Kronsztad, brama morska Petersburga, przywitał nas niezliczoną ilością wysepek z zajmującymi całą ich powierzchnię bunkrami lub ich pozostałościami. Na samym końcu (a dla wpływających na samym początku) czekało na nas odrapane molo, przy którym na barce, na pięterku siedziała kontrola graniczna w osobach dwóch niewiast słusznej postury. Podczas odprawy Kamila i Ja wybraliśmy się na poszukiwanie toalety... wnętrze barki przerosło moje najśmielsze wyobrażenia: gołe drewno ze śladami po kleju i zerwanych najprawdopodobniej jeszcze za cara tapetach ;o). Po odprawie szybki obiad przy kei GPK (jak się okazało nie ostatni posiłek przy kei GPK w czasie tego rejsu) i w morze w stronę Finlandii.

Jedziemy do Helsinek

      Rejs do Helsinek trwał 3 doby, a po drodze oczywiście nie obyło się bez przygód. Początkowo flauciło z pomocą silnika przesuwaliśmy się między statkami stojącymi na redzie. Potem nad ranem nieco powiało, a pod wieczór podczas mojej wachty w ciągu kilku minut z równo wiejącej czwórki zrobiła się szkwalista siódemka z deszczem, która spowodowała pół godzinną walkę całej ekipy z żaglami, które przesadnie zaczęliśmy od razu w panice zmieniać na sztormowe, by potem jednak zostawić część marszowych... Na szczęście stało się to chwilę po obiedzie, gdy cała, wypoczywająca po posiłku, załoga była na pokładzie.
49.jpg Żagle sztormowe Nauczka jest taka, że nawet na wachtę, na której nic się nie dzieje, należy wychodzić ubranym jak na sztorm. Zawsze można coś zdjąć, a w czasie walki nie było czasu na schodzenia na dół w celu znalezienia jakiegokolwiek okrycia...
Potem przez całą noc i połowę następnego dnia halsowaliśmy pod całkiem sporą falę i chwilami nawet 8B, nie idąc więcej niż 3,5kn, nie wspominając już o potwornym kącie martwym...
Jakby tego było mało, Fińscy pogranicznicy widzący nas cały czas na radarze nakazali nam wypłynąć poza ich wody terytorialne, ponieważ nie wpływaliśmy z terenu UE. Początkowo
udało się nam wynegocjować trzymanie kursu (idealny bajdewind na Helsinki - pozdrowienia dla Pana strażnika z Kotki), niestety kilkanaście godzin później w czasie mojej wachty usłyszałem nad głową helikopter. Moi współwachtowicze nie wierzyli własnym oczom. Wielki wiatraczek budząc wszystkich o 6 rano nakazał nam opuszczenie wód terytorialnych Finlandii, a tym samym dołożył nam kilka dobrych godzin halsówki. Koniecznie chcieli byśmy mijali od strony morza wszelkie fińskie wysepki i latarnie. Nie rozumiem zbytnio Finów...Podobno jedyne wejście do Finlandii od strony Rosji to Kotka lub Helsinki i nie wolno wpływać na wody terytorialne przed pewną pławą wyznaczającą wschodnią krawędź korytarza podejściowego...
W końcu udało się skończyć pomyślnie przelot, dostaliśmy pieczątki EU i zjedliśmy obiad przy kei fińskiego "GPK" . Obiad przygotowała wachta trzecia czyli Marek, Gilbert i Maciej. Wszyscy byli niesłychanie głodni, więc przemilczeli fakt, że obiad był na maxa czosnkowy...
Czosnek był nawet w gotowej, grzybowej zupie knora, którą wystarczy podgrzać, przelewając z kartonika do garnka... ale że głód jest najlepszym kucharzem, wszyscy jedli, aż im się uszy trzęsły...

Helsinki

      50.jpgTo typowe zachodnie miasto. Żadnych fajerwerków czy wodotrysków. Czysto i drogo. ;) Port rozległy jak licho. Dziękujemy Jurkowi Kulińskiemu za mapkę portu z locji "której absolutnie nie należy używać bez mapy podejściowej ;)))".
Marek na rowerze W Helsinkach byliśmy niecałe dwa dni: najpierw, zaraz po przypłynięciu, szybka, wieczorna runda po mieście, a od rana zwiedzanie już w podgrupach. Jak zresztą w prawie każdym porcie utworzyły się dwie grupy: intensywnych zwiedzaczy, chodzących za Kamilą i jej wszechwiedzacym przewodnikiem Pascala oraz zwiedzających mniej intensywnie, ale za to "idących na żywioł".
Całodzinne włóczenie się po mieście zaczęliśmy od obowiązkowej wizyty w informacji turystycznej, która jest w zasadzie w każdy Fińskim mieście. Można tam dostać darmowe planiki z trasami zwiedzania i opisami podstawowych zabytków - gorąco polecam. Na wygładzie skalnym w HelsinkachZ Helsinek w pamięci utkwił mi szczególnie Teatr (narodowy??) z wyświetlanym nad wejściem głównym adresem www :). Poza tym ogromny dworzec kolejowy, obiekty olimpijskie wraz z wieżą widokową, na którą wjazdu nie odmówił sobie chyba żaden uczestnik naszej wyprawy, no i zachwalane w przewodniku muzeum poczty, które w momencie naszego przyjazdu okazało się być... muzemu Coca-Coli.. :))
Grupie preferującej wersję "soft" zwiedzania najbardziej utkwiły natomiast w pamięci kaczuszki w parku i rowery miejskie, które można tak jak w Kopenhadze wypożyczać wkładając pieniążek jak do blokady wózka w supermarkecie, a następnie nimi jeździć na jednym kole.

Tallin

     51.jpg Płynąc do Tallinia( ok 50Mm) na środku zat. Fińskiej rewelacyjnie widać dwie poświaty, podobno podczas pożaru estońskiej stolicy łunę widać było aż w Helsinkach. Przelot minął sprawnie, choć pod koniec trzeba było nieco podhalskować. Niestety jedna z nocnych wacht(,,,) zamiast patrzeć na mapę i kompas, nie zauważyła zmiany kierunku wiatru i dalej trzymając półwiatr przez parę godzin, nadłożyła nam parę mil...w sumie nic się poważnego nie stało i było z tego powodu raczej więcej śmiechu... już koło 0900 widzieliśmy główki mariny Prita Pierwsze spotkanie z polskim jachtem. Wyścigi w tallinie

Od wejścia widać ręczniki na relingach. CWMowy "MAS" suszy się przed kolejnym braniem wody: "kilkadziesiąt litrów pompką ręczną co godzinę jak jest spokojna pogoda albo stoi w porcie" - cena najmu o 50 PLN niższa za dobę od Rzeszowiaka - suchutkiego i przyjemnego - dobrze mieć przewidującego kapitana ;))) Rajd wózkami w Tallinie

Szybki prysznic, niestety nie udało się uruchomić sauny. Zakupy w supermarkecie odległym o 300m od mariny zakończone rajdem z wózkami przez 4 pasmową ulicę ;) Piwo i inne zapasy uzupełniono (a potem w Sztokholmie i tak okazało się, że niedocenienie załogi kosztuje znacznie więcej...).
Tallin ładny, ale nie na tyle, żeby w nim siedzieć 4 lata, to też rozumiem chłopaków z ORP Orzeł ;))

W Estonii mieszka 1,5 mln ludzi z czego ok 30% to ludzie z obywatelstwem... ZSRR!!! Bezpaństwowcy, którzy nie chcą się nauczyć języka i dostać obywatelstwa. Slumsy są zamieszkane właśnie przez Rosjan. Poza tym w Tallinie mieszka około 2/5 całej ludności kraju. Podczas zwiedzania miasta zupełnym przypadkiem wpadamy na ?Grzegorza?, który oprowadzał pierwszą załogę. Wstąpił do nas na polskie piwo i pogaduchy. Przed wyjściem szybkie tankowanie do pełna za śmieszne pieniądze i ruszamy w drogę powrotną do Finlandii. Zachowywaliśmy się zupełnie jak Finowie, którzy do Tallina przypływają po zakupy, do fryzjera i na panienki... ( jeżeli ktoś chce dowiedzieć się czegoś więcej o Tallinie, polecam opis pierwszego etapu)
Hanko

      52.jpgZnów małe cyrki przy wchodzeniu do UE (przez ponad pół godziny postoju przy pomoście celników nikt nie raczył do nas wyleźć. Może przerwę śniadaniową mieli?? W każdym razie my właśnie tak wykorzystaliśmy ten czas. BTW Znów pozdrowienia dla JK - planik wiernie oddaje podejście ;)))
To jest żeglarstwo! Jest sauna!!! W której oczywiście spędziliśmy mnóstwo czasu, nie pokonując jednak grupki Finów, którzy siedzieli w niej non stop podczas naszego krążenia między zimnym prysznicem a pięciominutowymi pobytami w 120st upale. Byli nie do pokonania, siedzieli jeszcze jak już byliśmy ubrani, a Gilbert zdążył po raz kolejny umyć zęby... Mała fińska dziura pełniąca rolę wielkiego portu przeładunkowego, jako że jest to jedyny niezamarzający port Finlandii w zimie, z mariną na 3/4 Gilbert sprawdza czy wszystko jest ok. na salingach polskiej floty jachtowej (pozdrowienia dla Jacka Kijewskiego ;)))) Poza wieżą ciśnień, którą zwiedziła grupa intensywnych zwiedzaczy aby zrobić sobie fotkę, nic do zwiedzania... no może jeszcze sporo fajnych "kurortowi willi" z początku wieku - jeśli ktoś takie rzeczy lubi. Oprócz sauny jest pralka automatyczna i internet w bosmanacie. Staliśmy 6 godzin z czego połowę załoga spędziła na darmowym wygrzewaniu się w saunie (no może przesadzam że połowę ;)
Po wypraniu się i wymoczeniu w saunie i pod prysznicem wyruszamy na Alandy.

Kilkunastogodzinny przelot mija jak z bicza strzelił. Wiało 5B z półwiatru i świeciło słońce. Maciej, Adam, Gilbert i Marek nie omieszkali wykąpać się na fordeku, oblewani ciepłymi bryzgami rozbijanych bałtyckich fal.
Krzysztof - I oficer, któremu dane było przepłynąć Atlantyk, powiedział, że żeglowało się zupełnie jak w pasacie. Szkoda, że tylko koło 80Mm ...
Nim się spostrzegam na stole nawigacyjnym znów leży "rozłożony Kuliński"...

Ognisko na wygładzie w Maarienhamm

Jazda wózkami w Marienham Wydawać by się mogło, że wyspa jak wyspa - trochę drzewek, trochę głazów na brzegu, kilka domów jakieś sklepiki etc. - jednym słowem nuda. Tak prezentowała się z daleka. W miarę dobijania do iście mazurskich pomościków (kropa w kropę jak w Mikołajkach) prawdziwe oblicze tej ziemi na wodzie zdecydowanie rosło na plus - jak potem się okazało na ogromniasty PLUS.
Po dobiciu i jak to zawsze było, szybkim klarze na jachcie, po kolei zaczęliśmy pielgrzymować do łazienek. A tam jak gdyby nigdy nic w samym środku przystani stoi sobie piękna i całkowicie bezpłatna sauna fińska. Co tu dużo opowiadać było genialnie :).
Zakończony etap oczyszczania się, zatem czas ruszyć na małe zwiedzanko - ahhh.... ta Kamila. Więc poszliśmy. Wyspa niezbyt duża - około 2,5 na 10 km, ale pewnie Kuba pamięta lepiej bo takie rzeczy go wciągają. Bardzo spokojna mieścina, kilka sklepików wewnątrz wysepki, urzędy a dookoła wybrzeża same pomosty i przystanie. Urokliwe miejsce. Wpływając do głównego portu natknęliśmy się na trzy inne jednostki pod polskimi barwami. Fajny akcent w połowie rejsu i przy ciągłym szczeku fińsko-szwedzkim portowych sąsiadów.
53.jpgW trakcie zwiedzania wysepki urodził się pomysł wykrzesania ogniska na szczycie wyspy (zapomniałem wspomnieć że owa wyspa pięła się w górę na szczycie której na wygładzie skalnym stała latarnia). Wyzbieraliśmy całe zapasy piwa i podreptaliśmy na wyznaczone miejsce. Podczas wizyty jednego z kapitanów polskiego jachtu( pozdrowienia dla Wojtka Cz.), który został pożegnany bardzo uroczyście(...), zapadła decyzja o wspólnej nasiadówie. Wspięliśmy się na zbocze i po 30 minutach ognisko stało jak się patrzy. Do ognia poszła nawet euro - paleta, chociaż nie wiadomo jak i po co tam się znalazła (pewnie rodacy stąpali już po tej ziemi :)). Kiełbachy i piwko na szczycie wyspy pośrodku morza - tak to brzmi całkiem fajnie i tak też było.
Po jakiś dwóch lub trzech godzinkach zeszliśmy z lekkimi potknięciami do przystani i zalogowaliśmy się na pokładzie Rzeszowiaka.
Tą część wieczoru jak i hojne podarunki gości, przemilczę bo nie wiem jak tam sprawy się mają z prawem karnym w Finlandii :). Co do bezdętkowych wyczynów kuzynostwa na rowerach i wspinaczki wysoko-cumowej na pokładu pobliskiego żaglowca - muzeum także nie wspomnę bo o czym tu mówić..... BYŁO TAK DOBRZE JAK NIGDY. Zresztą sami wiecie, natomiast ciekawi mają czego żałować :).
Tak z grubsza można podsumować nasz pobyt na Aaland, ciekawej wysepce na Bałtyku.

Przez szkiery do Sztokholmu i nocne zwiedzanie twierdzy Vaxholm

      54.jpgZmęczeni nocnymi harcami obudziliśmy się koło 1000 i ruszyliśmy w kierunku Sztokholmu. Gdy wychodziliśmy z Marinehamn na pełne morze, było ciepło, świeciło słońce i wiał południowo- zachodni wiatr około 3B. Niestety mało sprzyjający kierunek, ale jeden hals był korzystniejszy, poza tym fala nie była większa niż metr, więc można było posuwać się całkiem sprawnie. Już koło 1500 traversowaliśmy latarnie Tjarven, odsypiając po drodze szaleństwa poprzedniej nocy.
Następnie korzystając z xerowanych w Tallinie atlasów wgłębiliśmy się w stada szkierów i przesmyków, powoli zmierzając w kierunku stolicy Szwecji. Początkowo udawało się jeszcze płynąć koło 3kn na żaglach, ale pod wieczór nie pozostawało już nic innego, jak włączyć silnik i zjeść spokojnie obiad...
Obiad na pokładzie Północne podejście do Sztokholmu jest bardzo dobrze oznakowane i można by właściwie dać sobie radę i bez mapy, płynąć po prostu za niekończącym się szeregiem jachcików i przepływającymi raz po raz wielkimi promami.
Problem zaczyna się dopiero, gdy zapada zmrok, a wąskie przejścia oznakowane są jedynie odblaskowymi bojkami. Na szczęście nie musieliśmy czekać do rana, bo na Rzeszowiaku znajdował się szperacz i nim to rozświetlaliśmy sobie drogę - dawał tak czadu, że czerwone i zielone odblaski bojek widoczne były jak na dłoni, zresztą nie tylko one... nierzadko zdarzało się nam trafić snopem światła w okna licznych, położonych nad samym brzegiem szwedzkich willi - chyba obudziliśmy tamtej nocy niejednego śpiącego snem sprawiedliwych Szweda... jeżeli nie szperaczem, to na pewno "subtelnym wibretto" naszego silnika. Marek...

Koło 2 godzin drogi przed Sztokholmem znajduje się położona na wyspie twierdza Vaxholm. Kiedyś broniła ona drogi morskiej do miasta. Aż żal było się nie zatrzymać. Mimo że była 0100, postanowiliśmy dobić do niewielkiej kei, do której za dnia cumują zapewne wożące tam turystów promy. Zwiedzanie przypominało zdobywanie Vaxholmu... Każdy obawiał się, czy przypadkiem za rogiem nie czeka jakiś ochroniarz czy warujący pies...
Niczyja interwencja nie przerwała nam jednak zwiedzania i udało się nam zobaczyć (jednak) nie tylko cały zamek od zewnątrz, ale również parę korytarzy, do których zapomnieli zamknąć drzwi. Uzbrojeni w latarki, pochodziliśmy po murach i pooglądaliśmy armaty, a na koniec skorzystaliśmy jeszcze z otwartej łazienki...
Było to dużo ciekawsze niż zwiedzanie za dnia z przewodnikiem... no i z dreszczykiem emocji!
Po powrocie na jacht przecumowaliśmy się do kei znajdującego się już na stałym lądzie miasteczka Vaxholm. A rano w upale i flaucie przepłynęliśmy ostatnie 10Mm do Sztokholmu. Na wejściu minęliśmy s/y RODŁO.

Postój koło Vasy

      Stajemy w marinie koło Vasy- starego żaglowca, który był jawnym niewypałem szwedzkiej floty. Miał ponoć płynąc w XVIw na Polskę, jednak okazał się być niedobalastowany i przewrócił się zanim zdołał wyjść na pełne morze...
Włodek na wachcie Wydobyto go z dna parę lat temu, zakonserwowano i odrestaurowano no i zrobiono muzeum statku. Naprawdę polecam! Warto podejść do kasy, w której obsługuje młody brunet(dopisała Maja...)... nie opanował on jeszcze do końca trudnej sztuki sprzedawania biletów na kartę kredytową: najpierw drukuje bilet, a dopiero potem wczytuje kartę i tak, gdy terminal pechowym trafem nie zdołał połączyć się z polskim bankiem, a bilet był już wydrukowany, nie pozostało mu w zasadzie nic innego, jak wpuścić Maję- szczęśliwą posiadaczkę niedziałającej karty za darmo. Niestety, choć wszyscy na to liczyliśmy, kolejne karty zadziałały i reszta załogi musiała zapłacić...(koszt ok. 30PLN)
Marina ogólnie w porządku- w opłatę za postój wliczone jest korzystanie z pralek i suszarek (oczywiście nie omieszkaliśmy wyprać... ba nawet wyprasować tego i owego). Stało tam też parę polskich jachtów, np. Warszawska Nike.
55.jpg Sztokholm jest ślicznym miastem. Starówka- rozległa i położona na górce, z małymi, stromymi uliczkami uwodzi od pierwszej chwili, a i pozostałe atrakcje, jak chociażby pałac królewski sprawiają, że Sztokcholm kontrastuje z innymi miastami Skandynawii, które, moim zdaniem, wyglądają nudno i podobnie...
Kuba Neron podczas północnego wejścia do Sztokholmu Ceny alkoholu były jednak porażające, a chęć zjedzenia obiadu gdzieś na mieście, ku niezadowoleniu wachty kambuzowej, upadła w oka mgnieniu...
W centrum znajdowała się wystawiana tego lata chyba we wszystkich stolicach europejskich wystawa "Ziemia widziana z lotu ptaka". Zdjęcia były wielkości posteru na przystanku tramwajowym, a wydrukowane zostały na gładkiej blasze, wszystkie fotografie zrobiono z góry, chyba z samolotu. Do tego, na chodniku położono mapę ze wszystkimi miejscami, z których pochodziły zdjęcia, a nad nią zawieszono wielkie lustro, tak, że stając na mapie i spoglądając w górę, można było zobaczyć samego siebie "na ziemi z lotu ptaka". Robiło to naprawdę duże wrażenie: niektórzy mięli jeszcze przyjemność zobaczyć dokładnie tą samą wystawę w Warszawie i na Potzdamer Platz w Berlinie i twierdzą, że ta w Sztokholmskim parku została najlepiej zaaranżowana... te zdjęcia mają specyficzny charakter, a w Sztokholmie oddziaływały chyba najpełniej.

Niemal Mazury - południowe wyjście ze Sztokholmu

     56.jpg Wyszliśmy następnego dnia rano, pokonując ciasne przejścia południowego wyjścia ze Sztokholmu. Miejscami płynie się między stromymi brzegami, wąską i płytką rzeczką, Ciasny przesmyk południowego wyjścia ze Sztokholmu w której nie sposób byłoby się obrócić . Na szczęście nie brakuje bojek. Do wieczora żeglowało się jak po Mazurach. Lekki wietrzyk, ciągle wyspy i brzeg( nawigacja szuwarowa...), piwko i muzyczka. Udało się nawet złapać radio Sztokholmskiej polonii... bez pękania ze śmiechu ich audycji nie bardzo jednak dało się słuchać. Przebojem okazała się piosenka z lat pewno 60tych, Ireny jakiejśtam pod tytułem " utwierdź mnie..."
Mimo że jeden z oficerów (z powodu problemów z przewodem pokarmowym na stałe zaprzyjaźniony z pompką jachtowego kingstona) próbował nucić refren tego jakże pięknego utworu, jego dobitne słowa nie pomogły mu niestety aż do końca rejsu... Wieczorem złożyliśmy krótką wizytę w Nynashamn (miasteczku, do którego dobijają polskie promy; nic ciekawego i do tego jeszcze, co mnie wyjątkowo zabolało, wyłączona sauna...)
Na noc, po ciepłym prysznicu branym ostatnimi czasy przynajmniej raz dziennie, wypłynęliśmy w kierunku Gotlandii.

Visby

      To największy port Gotlandii, stare hanzeatyckie miasteczko otoczone murem obronnym, z mnóstwem małych uroczych uliczek, w których niejednym udało się zgubić...tylko piwo drogie i prawie bez alkoholu, w normalnej sprzedaży są tylko 2.8% i 3%( wersja strong...) i to za odpowiednią cenę...
Maja i Adam Trudno było znaleźć miejsce w wypełnionej po brzegi marinie. Pokrążyliśmy trochę na silniku i w końcu, sugerując się informacją zawartą w przewodniku Kulińskiego, że nie zbierają tam opłaty portowej, zacumowaliśmy rufą do kei ( tej po lewej stornie, gdy się wchodzi do portu). Trochę dalej do kibelka i miasta, ale był prąd, woda no i wolne miejsce...
Do Visby dotarliśmy pod wieczór, nie pozostawało więc nic innego do roboty, jak kupić kilka "siczaczy" i ruszyć na zwiedzanie miasta nocą. Na rynku był koncert, postaliśmy tam chwilę, pochodziliśmy jeszcze trochę po starym mieście i skończyliśmy imprezą na jachcie...
Gilbert i Adam Rankiem większość jeszcze raz chciała zobaczyć miasto, a ja wybrałem się moim wigrusem poza stare miasto- na zakupy do supermarketu. Było tam znacznie taniej, zakupiłem trochę soków, chleba i kończącego się piwa oraz kilka ciderów. Nie udało mi się jednak dowieźć wszystkiego. Niestety, gdy zjeżdżałem z góry po bruku, parę puszek, zrobionych z 3x cieńszej od rosyjskiej a 2x od polskiej blachy....otworzyło. Siatka była niestety papierowa( chciałem oszczędzić środowisko) ... no i byłem nagle cały lepki...a prawie połowa ciderów i browarów wylądowała w koszu.
Przy wyjściu mały zgrzyt: staliśmy już na boi (dobry wiatr więc wychodzimy bez silnika) kiedy na "pełnym gazie" wleciał na keję samochodem Harbourmaster i zaczął bez pytania drzeć się na nas, że musimy zapłacić. Darł się naprawdę głośno i po chamsku. Zapłaciliśmy pół godziny wcześniej...
Musiał chłopak mieć jakieś przykre doświadczenia z Polakami, ale i tak mógł najpierw zapytać...

W drodze do Kalmaru

      Wiało z północy koło 5-6 B. Celem naszej podróży był Kalmar Sund - czyli cieśnina między lądem a wyspą Oeland. Nie skierowaliśmy się jednak prosto w kierunku północnego krańca owej cieśniny, w przewodniku Kulińskiego wyczytaliśmy bowiem, że na wysepkach Karlso żyją pingwinowate i jest rezerwat przyrody.
Gilbert z kapitanem na dziobie płyniemy 8 węzłów Pomknęliśmy więc z wiatrem, halsując bagsztagami na pełnych żaglach, robiąc średnio 7Mm na godzinę. Przeszliśmy między wysepkami, płynąc potem blisko brzegu tej bardziej na zachód. Pingwinów jednak nie było...udało się jednak nabrać parę osób... " ...jak tey nie widzisz , no tam na skale nieco z boku, no teraz skaczą ... no jak nie widzisz..." Biedna była Maja, którą nawet specjalne obudziliśmy, by jej "pokazać" pingwina... no ale śmiechu było dużo. I choć raczej nie spotkacie owych pingwinów, to mimo wszystko warto przepłynąć sobie blisko wysepek, by zobaczyć dziką, nienaruszoną przez człowieka przyrodę, oraz całkiem wysokie wapienne klify.
Wieje piątka Na wyspę nie wolno ponoć pod żadnym pozorem wchodzić, choć nie ukrywam, że widzieliśmy jedną, kroczącą po klifach grupę( mam nadzieję naukowców)...
57.jpgTeż chcieliśmy stanąć na kotwicy po zawietrznej stornie wyspy i przepłynąć w pław koło 100m. Kusiły ładna pogoda i ciepła woda, która właściwie przez cały rejs miała powyżej 19st. A podczas flaut w Zatoce Fińskiej czy Ryskiej była już na maxa nagrzana. Pomysł na szczęście upadł. Mieliśmy już zrzucone żagle i gotową kotwicę, jednak na mapie było wyraźnie napisane, że obowiązuje zakaz jakiegokolwiek kotwiczenia czy lądowania na wyspach. Zakaz to zakaz, na szczęście w porę się opanowaliśmy i z lekkim niedosytem popłynęliśmy dalej, oglądając wyspę jedynie przez lornetkę.
Nie było jednak tak źle... zaczęło wiać 5-6 B z ostrego baksztagu, fala była niewielka i Rzeszowiak zaczął pokazywać na co go stać. Wszyscy podniecali się, gdy na GPS było 7.7 węzła. Na dobre zaczęło się jednak dopiero za panowania wachty drugiej. Za ster chwyciła Kamila i już po chwili było ponad 8 - piękny widok, szczególnie z kosza na dziobie... rekordem Kamili było chyba 8,7. Nikt jednak nie pobił Włodka, który przez ponad minutę utrzymał prędkość 9,1 węzła...
Nie był to co prawda żaden poważny rekord dla tego typu jachtu, zdarzało się, że s/y Polonus, ta sama klasa, wyciągał powyżej 11kn. Ale to i tak fajne uczucie przemieszczać się z 2x większą prędkością niż normalnie. Zwykle byliśmy już usatysfakcjonowani przy 4 węzłach...

Porty Olandii i przejście przez Kalmar Sund

      Niestety po minięciu północnego cypla Olandii i odpadnięciu prędkość spadła dramatycznie, jacht zaczął telepać się na martwej fali i schowany od wiatru szedł niecałą połowę ostatniej średniej prędkości...
Maja na wachcie Dobiliśmy do niewielkiego porciku Byxelkrok, zaszantażowani przez wachtę trzecią, która zagroziła, że w takich warunkach obiadu nie zrobi. Biednemu Gilbertowi absolutnie wszystko wyturlało się z lodówki, gdy ją uchylił chcąc zacząć robić obiad....ten nieszczęśliwy fakt przesądził o konieczności dobicia ...
Niestety w Byxelkrok nie ma niczego ciekawego i nie polecam nikomu tam stawać, zupełnie nic do zwiedzania. W porciku byliśmy największym jachtem i był duży kłopot ze znalezieniem miejsca. Problem rozwiązaliśmy stając kawałkiem dziobu do pomostu a rufę zaczepiając na rzuconej jak na Mazurach kotwicy...
58.jpg Zjedliśmy obiad, podładowaliśmy akumulatory(niestety od połowy rejsu oba alternatory przestały działać, jednak akumulatory były nowe i o dużej pojemności, więc ładując co jakiś czas, można było spokojnie mieć włączoną nawet lodówkę). Skorzystaliśmy z kibelka i popłynęliśmy na noc dalej. Szwedzi dziwili się jak można wypływać przy taaak silnym wietrze... Rzeczywiście mijaliśmy koło mili przed portem 7-8metrowy jacht, który na zafalowanym akwenie cieśniny wyglądał dość nieciekawie...
Kuba pyta... Przez całą noc niewiele udało się przepłynąć, nad ranem dobiliśmy do Borholmu- stolicy wyspy. Akurat był wielki pokaz starych samochodów- niezłe bryki, nawet dziewczyny były zaciekawione. Niektórzy wysilili się wejść jeszcze na górę, gdzie można zwiedzić ruiny starego zamku( nie za bardzo było warto). Oczywiście szybki prysznic i dalej.
Kapitan śpi Nie ma żadnych problemów z przejściem przez most koło Kalmaru, słaby wiatr zmuszał nas jednak do pomocy co jakiś czas silnikiem. Oczywiście jako ostatni Kalmar- miasto w którym podpisano Układ Państw Skandynawskich. Bardzo ładne miejsce i w dodatku mieli klej, którym z "inżynierem" Markiem w końcu doraźnie naprawiliśmy pompę hydroforową ( wyrobił się pewien plastikowy element i pompka stopniowo coraz słabiej pompowała, aż woda zupełnie przestała lecieć; po sklejeniu znów jak nowa i działała nam do końca rejsu! Niestety ponoć niebawem znowu się zepsuła, przetrwała jednak pompowanie hektolitrów wody podczas sprzątania jachtu... trochę nie dobrze, że na jachcie nie ma innego sposobu wypompowania słodkiej wody ze zbiorników...)

Wyjeżdżając z Unii do Polski chcieliśmy się odprawić, podobno jak się ma stępel wjazdowy, to trzeba się postarać o wyjazdowy, bo można nieświadomie przekroczyć czas przebywania w EU, będąc w sumie w Polsce . Wołamy na 16 SG . A tu nagle "Rzeszowiak tu Oceania, kanał 69"
I mówią: "Nie odprawiajcie się i o nic się nie martwcie,"...
Kończymy z Oceanią a tu kolejny polski jacht (a może statek, nie pamiętam nazwy), w każdym razie mówią to samo.

Przelot przez Bałtyk na Hel

      Był to chyba najfajniejszy z przelotów całego rejsu( koło 170Mm). Po wyjściu wieczorem z Kalmaru męczyliśmy się jeszcze do rana przy słabym wietrze, z podziwem patrzyliśmy na mijający nas z zawrotną prędkością zaledwie na samym grocie jacht Assa Abloy.
Gilbert i Adam... Naszczęście po minięciu latarni Olandsrev w końcu zaczęło wiać koło 4B z takiego kierunku, że można było trzymać półwiatr. Wymarzony kurs, koło 6-7 węzłów w kierunku tak dawno nie widzianego kraju i ciepło - nawet w nocy krótki rękawek - super. Już tak w połowie pokładowe przenośne radio zaczęło odbierać polskie przeboje. A następnego dnia wieczorem był już polski zasięg we wszystkich komórkach. O 0400 rozkręciła się niezła impreza, gdy na "mostek" wyszła wachta trzecia (Marek, Gilbert i Maciej).
Marta myje pokład Co prawda nie było na jachcie więcej niż po ostatnim browarku ( zresztą na pełnym morzu i tak nie można za bardzo pić) ale polskie hity lat 70tych i rozgwieżdżone niebo rozbrajały wszystkich. Trzeba też było zjeść w końcu brzoskwinie i ananasy w puszkach, zostawiane zawsze na ostatnią chwilę...
59.jpg Na początku po cichu zaczęliśmy obrabiać puszkę za puszką we czwórkę, za chwilę wynurzył się jeszcze ze środka Włodek- kolejny owocowy amator... By nie zachęcać innych a szczególnie Maji i Marty, które spały, a właściwie nie mogły zasnąć w mesie i wszystko słyszały, zaczęliśmy nazywać brzoskwinie fasolką. To nie zachęcało nikogo do wychodzenia ze śpiwora...
Zresztą Marta i tak wolała zająć się jedzeniem ostatniej, już na granicy przeterminowania paczki kiełbasek... Była tak głodna, że nie mogła nawet sama wyjść z koi, tylko trzeba było jej podać...
Maja nie chciała jednak zjeść próżniowo pakowanej wędzonej koło miesiąca wcześniej piersi kurczaka, nawet jak się jej ją podawało/wkładało prosto do śpiwora... W sumie było dużo śmiechu a brzoskwinie i tak jeszcze zostały...

W Helu na Helu

      Rzeszowiak w Helu W porcie byliśmy koło 0900 po ponad 1,5 dobie w sumie bardzo przyjemnej i niemęczącej żeglugi. W końcu upragniony polski chleb, serek ze szczypiorkiem, piwko co ma ponad 3% i w ogóle super ( zawsze ma się takie uczucie wracając po długim czasie z zagranicy, przez pewien czas nie rażą cię nawet płatne toi- toi czy inne typowo polskie mankamenty).
Jako jedyni z całej załogi poszliśmy z Gilbertem wykąpać się w wyjątkowo ciepłym Bałtyku, reszta wolała być brudna i spocona po 3 dniach bez prysznica... a może ktoś musiał wam śniadanko przygotować...( dopisała Maja, przy korekcie textu...)

Na żaglach do samego Gdańska

      Przelot przez zatokę i wchodzimy do Grańska. Za zgodą kapitanatu na żaglach i "silniku" przeszliśmy motylem aż pod żurawia, wieszając pod prawym salingiem galę banderek wszystkich odwiedzonych państw.
Pod prawym salingiem banderki odwiedzonych krajów Fajnie to wyglądało: Długi Targ, pełno ludzi a tu my na żaglach na motyla, było to zwieńczenie naszego miesięcznego rejsu...

60.jpg Stanęliśmy w marinie i w końcu udało się zjeść tak wymarzoną przez wszystkich od wielu dni smażoną rybkę z cytrynką...
Na żeglach do Gdańska Niestety Kuba-nasz kochany drugi oficer- z powodu 9 dniowych, w kółko nawracających problemów z przewodem pokarmowym, postanowił opuścić nas i wrócić od razu do Poznania. Nikt nie miał jednak żalu, że nie pomoże nam przy sprzątaniu jachtu, Kuba bowiem wyszorował dzień wcześniej cifem i szczotką cały pokład, zajęło mu to ponad 2 godziny. Jacht chcieliśmy oddać jak najczystszy, a od miesiąca a pewnie i dłużej nikt nie szorował pokładu przy użyciu jakiegokolwiek płynu poza samą wodą . Dzięki temu Kuba miał możliwość odpracowania wcześniej swojej części sprzątania. Szkoda jednak, że nie mogło być go z nami na wieczorze kapitańskim.

W markecie w Gdańsku kupiliśmy niezbędny alkohol (spoko starczyło z jachtowych, zresztą i tak zostało jeszcze z tych 500 PLN na osobę za żarcie, ropę, opłaty oprtowe) i wypłynęliśmy o zachodzie słońca na ostatni, bardzo już krótki przelot. Do Górek dobiliśmy koło 2200 i zaczęliśmy zabawę

Impreza na koniec

Co tu dużo mówić, wiadomo jak wyglądają wieczory kapitańskie... dochodziło nawet do skoków do nieco brudnawej wody...

Oddanie jachtu...

      Cała sprawa z procesem oddania jachtu jest zarazem prosta i niesamowicie złożona - do dziś dnia nie jestem pewien czy tak do końca wszystkie z tym związane poczynania są dla mnie całkowicie zrozumiałe. Ale najpierw drobne wprowadzenie w sytuację.

Zaraz będziemy zdawać jachtPo krótkim pobycie w Gdańsku i zaliczeniu przelotowo i skrótowo części starego miasta i wspaniałego monumentu Neptuna (którego nieświadomie minąłem szukając czegoś bardziej okazałego) powoli i jak to na ogół bywało, mozolnie pokulaliśmy na nasz dzielny jacht. Po wypłynięciu z kanału miło było zobaczyć jeszcze raz, jak w drodze do Górek Zachodnich (port macierzysty) bierzemy wodę dziobem i czasem troszkę burtą - było spoko. Zapomniałem dodać , że w Gdańsku w zdecydowany sposób zwiększyliśmy zapas alkoholu i zredukowaliśmy stan załogi o jedną osobę tzn. sama się zredukowała (kłopoty zdrowotne). A wieczorem rozpoczęła się delikatna pożegnalna imprezka ( ta część opisana przez kogoś innego :)). I tutaj zaczyna się cała zabawa z przedstawicielami armatora.
Otóż jak się pewnie domyślacie poranek ciężki na MAXA! Szkoda słów. W 1,5 godzinki całość wyniosła się z pokładu i rozpoczęliśmy drogę przez męki. Na zdecydowanie rozmytym nieboskłonie (było naprawdę szorstko w nocy :)) pojawiło się trzech nieugiętych.
Trochę trwało zanim doszliśmy do porozumienia, w jakiej kolejności mamy rozpocząć zdawanie jachtu, co powykładać na keję, jak ułożyć żagle itp.
Adam kilkukrotnie informował nas w trakcie rejsu o kłopotach z przejmowaniem jachtu i lekkich fanaberiach opiekuna jednostki Rzeszowiak. Ale czegoś takiego nawet w najśmielszych proroctwach nikt się nie spodziewał.
Trochę rozdrażnieni lekkim kacykiem zaczęliśmy od zdawania żagli a dzielna żeńska część załogi próbowała ustalić, która ze "świętej trójcy" będzie odbierała kambuz. Maciej - przewodniczył podczas rozliczania ożaglowania, wytrzymał presję sytuacji i przeprowadził nas przez jakże wyboista drogę (wielkie brawa). Problemem było np. to, że szoty, które były szyte przy którymś z foków są troszeczkę naderwane w miejscu szycia i "...nie może być tak, że to co jest naprawione będzie zaraz zniszczone..."??? Nie pomogły deklaracje o chęci dokonania estetycznego przeszycia po opasce (co zresztą nieraz robiliśmy na spartolonych zakończeniach fałów itp.). Krzywda jest!!! - trzeba to doliczyć do kosztów. Oczywiście każda plamka i zaciek (usuwalny lub nie) był kolejnym pretekstem do naprawdę długich monologów. Ale spoko żagle to rzecz ważna i fajnie jeżeli jacht może się zaprezentować z dobrze utrzymanym kompletem. Po zakończeniu jakże wspaniałego przedpołudnia obfitującego w ciśnienia 210/90 i wyższe, nadeszła sądna chwila tj. kambuz i całe wyposażenia małego majsterkowicza (klucze, śruby, żarówki itd. itp.).
Maja i Adam To było niczym "w samo południe", tylko że nas w środku była czwórka a on sam (hehehe). Muszę dodać, że kambuz w większości został rozliczony i uporządkowany przez Maję, Kamilę i Martę za co należy się mistrzostwo świata - jakie opanowanie :). Co do kambuza mogę tylko zrelacjonować to, czego dowiadywałem się od kolejnych osób przewijających się przez wnętrze jachtu, ponieważ wraz z Gilbertem lawirowałem pomiędzy żaglami, układaniem jedzenia a zimną puszka pewnego oŻYWIająCego piwka. Hitem okazał się brak kwirlejki (drewniany przyrząd do rozrabiania np. sproszkowanych produktów spożywczych typu zupki etc.). Ponieważ kwirlejka musiała mieć chyba wartość sentymentalną... Trochę zdziwił mnie fakt, że z pozostałych, brakujących przedmiotów można było złożyć dokładnie jeden komplet nakrycia ? ale zostawmy ten trop. Jak wspominałem, w samo południe, z pewną dozą nieśmiałości dołączyłem do grona ostatnich sprawiedliwych i już po chwili szalałem między stertami skrzynek doszukując się kluczy calowych i nasadowych lub licząc narzędzia w kompletnym, oryginalnym opakowaniu (nie było żadnego wolnego miejsca ale liczyć trza). Sceny żywcem wyjęte z rzymskich tragedii - bohater tragiczny, zawsze skazany na porażkę, niezależnie od tego, jaką drogą podąży. Wszystko było nie tak jak sobie tego życzyli "nieugięci" - źle poukładane, dlaczego zużyliśmy tyle nici, za dużo o jedna igłę do szycia - co teraz... itp. Wszystko trwało wieczność, ponieważ nieugięty ciągle tracił wątek lub zapominał co było liczone, lub ile miało być, albo ile było aaaaaaaaaaaaaaa............ ! To była mordęga i naprawdę nie rozumiem tego, że, pomimo iż płacić chcieliśmy, bo wydatek rzędu 150 lub 200 złotych to naprawdę nic przy 20 osobach korzystających z pokładu Rzeszowiaka, problemów było bez liku. Maciej na wachcie Żadnych pretensji o zniszczone profile szyn bloczków foka lub braku odbijacza - płaciliśmy i już. Silnik nie zawodził nigdy, jedyne co nawaliło to alternatory - nie ładowały.

Suma wszystkich doznań miłych i nie, zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. Jacht super, jeden z niewielu, tak dobrze utrzymanych i dostępnych na polskim rynku czarterów. Kilka spraw, jak lodówka lub mały (ręczny) GPS to trochę nietrafione zakupy, ale zależy kto co lubi. Super w pełniejszych i średnio w ostrych wiatrach - ale to już uroki stalowej konstrukcji.
Co do "Prezesa do spraw morskich" i jego współtowarzyszy to, pomimo moich uszczypliwości, rozumiem ich podejście ponieważ ze wszystkiego rozlicza ich zarząd Rzeszowskiego klubu. Całość jachtu (olinowanie, skorupa, ożaglowanie, wnętrze, silnik etc.) została przekazana przez sponsorów lub zakupiona po super okazyjnych cenach, sam jacht rodził się przez około 20 lat a pierwsze wodowanie miał w 1999 roku. Dzięki wielu staraniom i wytrwałości inicjatorów powstała taka jednostka. Słowa uznania. Szczerze polecam czarter tego jachtu - na pewno nie pożałujecie.

Subiektywna ocena jachtu

     61.jpg Inwestycje czy przeróbki na jachcie zarządzane są chyba przez człowieka, który nigdy nie był na nim na dalszym rejsie lub w ogóle nie ma nic wspólnego z żeglarstwem morskim. Pieniądze ładuje się w elegancki, ale w naszych warunkach niepotrzebny, kibel chemiczny czy w lodówkę... nie jednak jachtową, ale taką domową - otwierającą się w byle przechyle. Za to GPS jest ręczny i przyklejony taśmą, fały przecierają się i spadają z już po dwóch sezonach pokrzywionych bloczków, a żagle, choć dopiero co uszyte, są zbyt głębokie. Brakuje też bardzo czegoś pośredniego między genułą mniejszą a kliwrem, który jest za mały i gdy wieje 6-7 za słabo ciągnie, podczas gdy genua już mogłaby się zerwać.
Rzeszowiak Do tego jacht pomalowano zwykłą olejną farbą, do której, chcąc ją zapewne rozcieńczyć, by kilkakrotnie pomalować kadłub, dodano zbyt dużo rozpuszczalnika. Za cel stawiano sobie pewno superpołysk i gładką powierzchnie, ale tak maluje się np. Miranolem. W efekcie trzeba uważać by nie stawać longside, bo zostają bardzo trudnozmywalne ślady po odbijaczach.
Co chwilę trzeba też czyścić rdzawy zaciek z wylotu silnika, któryby nie zostawał na twardszej farbie, chyba, że chce się robić wiochę w zachodnich portach.... Dziwactwem jest też upieranie się przy wadliwym typie lampek awaryjnych do kamizelek ratunkowych... zapalają się i wyczerpują one kolejno prawie każdej załodze i kosztują ponad 100PLN za sztukę... można kupić inne np. takie, wcale nie droższe, które zapalają się w kontakcie ze słoną wodą.
Na tak dużym jachcie jest też zadziwiająco mało miejsca na prowiant... do tego celu doskonale nadawałoby się pomieszczenie kibla chemicznego...( o czym nawet nie chce nawet słyszeć przedstawiciel armatora...)
Wylot spalin jest zbyt wysoko na wolnej burcie i przy odpowiednim kierunku wiatru robi się bardzo nieprzyjemnie.
Map i innych pomocy na jachcie jest niewiele. Niestety nie poinformowano nas wcześniej przed rejsem, ze nie ma na przykład podejścia do Sztokholmu czy że do portów trzeba wchodzić na schemacie z Kulińskiego. Pisano tylko, że nie ma nic z cz. wschodniej zat. Fińskiej, ale na to byliśmy przygotowani.
Stan map jednak się poprawia z każdym rejsem, bo większość załóg kupuje je sobie sama i zostawia potem na jachcie. Mieliśmy np. b. fajne mapy estońskie po poprzedniej ekipie, więc żegluga po zat. Ryskiej i Muhu Vain cieszyła nawigatorów. Sami też zostawiliśmy xerówki podejścia północnego do Sztokholmu, ale mam nadzieję, że nikt nie będzie praktykował tego po raz drugi i wiedząc że nie ma map, kupi je sobie przed rejsem...
Wybieramy foka, za sterem Krzysztof Wał od śruby strasznie głośno( jednak do wytrzymania) chodzi i nie da się zablokować podczas płynięcia na żaglach. Można by podłączyć prądnicę do wału, jest nawet rowek na pasek klinowy, lub jakąś blokadę umilającą sen w rufowej kabinie, gdy jacht posuwa więcej niż 3kn. Oszczędziłoby to też łożyska.
Ogólnie jacht jest jednak zajebisty, luksusowy i bezpieczny ( po raz pierwszy na polskim jachcie spotkałem się z działającym kołowrotkiem lifeliny do koła ratunkowego, czy takimi koszami do tych kół, że nie trzeba ich było dodatkowo przywiązywać krawatem).
Silnik zawsze zapala, choć trochę zbyt głośno chodzi, ma duży zapas mocy, a 3-płatwowa śruba o stosunku 3\4 zapewnia odpowiednią szybkość nawet na rozkołysanym morzu . Maszty stoją pewnie, urządzenie sterowe ma układ hydrauliczny, więc nawet na fali nie zabolą żadnego załoganta ramiona...
Jest doskonałe wyposażenie kambuza: liczne garnki, miseczki itp., choć sam kambuz jest trochę zbyt słabo wietrzony, mimo elektrycznego wywietrznika i za ciasny (mam też nadzieję, że nie zostanie dodatkowo zamontowany, akurat na wysokości oczu, metalowy uchwyt na papierowe ręczniki...na szczęście przed wypłynięciem udało nam się wypertraktować odłożenie montażu...).
Sam go zobacz! - strona Rzeszwiaka Plusami są też: bieżąca woda( choć niestety brak możliwości awaryjnego pompowania nożną pompką, która się nam zużyła), na razie tylko zimny prysznic, duże zbiorniki wody i paliwa, niesamowita ilość narzędzi i zapasowych części. Jacht żegluje bardzo dzielnie, manewruje na silniku też bardzo fajnie, ma elektroniczny wskaźnik wychylenie płetwy sterowej. Można nim wszędzie wjechać, wzbudzając czasem podziw wśród zachodnich nacji...
Radzę jednak zrobić kontrolne kółeczko zaraz po wyjściu i zapytać się czy śruba jest prawo czy lewo- skrętna, ja niemal oparłem się na dalbie przy pierwszym wyjściu z mariny w Górkach. Potem już nie miałem problemów i nie dotknęliśmy niczego ani razu, choć w szwedzkich marinach czasem na niego brak miejsca.
Krótko mówiąc to jeden z najlepszych jachtów w Polsce.
Polecam każdemu, pod warunkiem, że weźmie go na co najmniej 3tyg., co zagwarantuje, że , zanim będzie jacht oddawał, zdoła choć odrobinę odpocząć od osoby "prezesa do spraw morskich"...
W przyszłym roku, do Casablanci zdecydowałem się jednak popłynąć innym jachtem.

Białe noce w Petersburgu

62.jpgNevskij Prospiekt białą nocą Petersburg leży prawie na 60tym równoleżniku, Helsinki i Alandy nawet powyżej, przez co latem noc trwa tam znacznie krócej niż na naszych szerokościach.
Rejs nie odbywał się co prawda w okolicach nocy świętojańskiej, ale mimo to w najciemniejszych momentach bezchmurnych nocy na pokładzie można było czytać gazetę.. Polecam liczne zdjęcia, szczególnie z pierwszego etapu, na którym było jaśniej... Słońce chowało się za horyzontem około godz. 2350 czasu lokalnego a wschodziło ok.0300 , jednak na dobre nie znikało z naszych oczu w zasadzie w ogóle: tarczę słoneczną można było śledzić obserwując przesuwającą się po niebie pomarańczową poświatę. Gwiazdy zobaczyliśmy po raz pierwszy od startu z Polski 06.07, gdy byliśmy w Sztokholmie( koło 1 sierpnia)...

Mój rower

      Po doświadczeniach z poprzednich rejsów doszedłem do wniosku, że w portach traci się mnóstwo czasu na załatwianie wszelakich rzeczy: zakupów, napraw czy szukania, często oddalonych od mariny, sklepów.
Postanowiłem więc spróbować zabrać na jacht składaka.
Adam na rowerze i kolumny rostralne Dałem ogłoszenie na liście dyskusyjnej rec.rowery.pl . i za 50 PLN kupiłem rower w niemal idealnym stanie- śliczny niebieski wigry3...
Na morskim jachcie nie ma problemu z miejscem, składak bez problemu mieści się w bakiście, kingstonie czy forpiku, a naprawdę ułatwia życie.
Na przykład z mariny w Petersburgu do centrum dostawałem się nim w 20min, 3x szybciej niż komunikacją miejską i będąc całkowicie niezależnym.
Brałem go potem na wszystkie tegoroczne rejsy... niestety jego stan stopniowo się pogarszał...
Raz prawie się zabiłem, gdy zjeżdżając z naprawdę stromej górki na, leżącej na środku Sundu, wyspie Ven, zmielił mu się tylny hamulec...
Ostatecznie niebieskie Wigry wyzionęło ducha w bakiście koło silnika na s/y Syrenka. Przyczyna zgonu: przypalona opona...(jej wymiana wraz z nową dętką przekraczałaby wartość roweru...)
Może wiec ktoś z Poznania ma niepotrzebnego, starego wigrusa i chce go sprzedać lub po prostu pozbyć się wadzącego w garażu grata - proszę o kontakt...
aut. Adam S- kapitan


994Mm/351h  Petersburg - Helsinki - Tallin - Hanko - Marienhamn - Vaxholm - Stockholm - Nynashamn - Visby - Byxelkrok - Borghalm - Kalmar - Hel - Gdańsk - Górki Zach.


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Krzysztof Kucharski - I oficer
Jakub Tabędzki - II oficer
Marek Orzechowski - III oficer
Gilbert Śmielecki - IV oficer
Marta Mietlicka - Załoga
Marianna Frąckowiak - Załoga
Kamila Hipnarowicz - Załoga
Maciej Pucek - Załoga
Włodzimierz Głodowski - Załoga

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.rejsymorskie.net


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;