Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Rejs: Cassablanca 2003
Autor: Adam Sulewski   
Wstęp

      Co jest sensem rejsów morskich? Może wolność, jaką odczuwa się żeglując przez bezmiar wód? Może samo-sprawdzenie i kształtowanie osobowości w jachtowych warunkach? Może wreszcie chęć dokonania czegoś wielkiego wykraczającego poza miejski żywot? Wszystkie te pytania w gruncie rzeczy nie są ważne. Ważne jest to, co w trakcie rejsu przychodzi nam żeglarzom przeżyć, a pytać o sens przeżywania jest, co najmniej bezsensowne. Rejs do Casablanki, którego pomysł powstał spontanicznie na jakiejś przypadkowej imprezie dał nam-jego uczestnikom możliwość przeżycia czegoś, co wykracza poza ramy nawet najdoskonalszego opisu, bo w opisie są słowa, natomiast prawdziwe sedno sprawy zostaje gdzieś głęboko w człowieku. Każda próba zawarcia zdarzeń w słowach zubaża je o najważniejszy element-subiektywny ich aspekt. Kto choć raz skosztował morskiego pływania doskonale rozumie, co mam w tym miejscu na myśli...
A. Mickiewicz "Dziady" ;)

ETAP 1 (Brest - Lizbona - 16dni)  935Mm/230h

Podróż busem...

 71.jpgTak jak to było od miesięcy planowane, 14.08 o godz 9:00, zebraliśmy się wszyscy pod domem Adama - naszego kapitana.
Po zapakowaniu bagaży i kupionego poprzedniego dnia żarcia do przyczepy, ruszyliśmy ! Podróż do granicy upłynęła nam bardzo szybko na wspomnieniach z poprzednich rejsów i słuchaniu ponadczasowych przebojów Majki Jeżowskiej w stylu.."bo wszystkie dzieci nasze są" :-) Dariusz w akcji Zapomniałam na początku dodać ,że miejsc w busiku było 9 a nas 10, dlatego Adam postanowił, że pojedzie z tyłu siedząc przy naszych bagażach, a potem śpiąc resztę drogi na karimacie, wychodząc na tym wbrew wcześniejszym pozorom,najlepiej. Sam bus marki Ford, był pożyczony od znajomego, dlatego dojazd wychodził na maxa tanio, jednak nie bez przygód w porównaniu z usługami firm przewozowych... Koło południa byliśmy już na przejściu granicznym w Słubicach. Z racji tego, że na euroliście (na której znajdują się pasażerowie , którzy jadą i później wracają oraz kierowca) pojazd do 5 osób traktowany jest jako osobowy, a powyżej 7 jako autobus, część załogi musiała więc przejść granicę pieszo. Niestety przy odprawie okazało się ,że nie wiedzieliśmy, że 7u to nadal za dużo i że trzeba ową listę wypełnić, z tym że tutaj w Słubicach się nie da tego zrobić.... Zostaliśmy zawróceni przez niemiecką celniczkę( blond Helgę), która pozostała nieugięta na nasze prośby. Adam F, studiujący we Frankfurcie/ Słubicach i przechodzący ową granice kilka razy dziennie, dobrze znał ową blond-Helgę i gdy już podjeżdżaliśmy pod granice, ostrzegł : "o... z tą to mogą być jakieś jaja..."
kompas Pojechaliśmy na granicę w Świecku, a z ekipą, która wcześniej wysiadła, spotkaliśmy już w niemieckiej części Frankfurtu w umówionym miejscu. Droga do Francji minęła bez większych niespodzianek. Kilka razy zatrzymywaliśmy się z powodu powietrza schodzącego z koła w przyczepie, a raz zatrzymała nas policja na autostradzie bez wyraźnej przyczyny. Policjant otworzył tylne drzwi busa i zajrzał do środka, a tam widok niczym Rumuni na dworcu... Warto dodać, że owe drzwi nie zawsze się zmykały, a czasami miały tendencje do samoistnego otwierania, więc kiedy za pierwszym razem zamek zaskoczył, odetchnęliśmy z ulgą. Sprawne przekazanie dwóch zgadzających się ze sobą wersji celu podróży przedstawionych przez Adama F i Adama policjantom a także chyba dobre wrażenie o dziwo ich przekonało i pozwoliło bez żadnych problemów jechać dalej... Następnym punktem podróży był Hamburg, do którego nieco zboczyliśmy, aby zabrać WIGRY3 , który Adam zostawił przypiętego na dworcu , gdy był tam kilka dni wcześniej. Niestety rowerek zniknął, fakt ten skutecznie zmartwił kapitana...
Przekroczenie granicy z Francją nie przysporzyło niespodzianek , dopiero wieczorem zmuszeni byliśmy pilnie szukać stacji benzynowej. Niestety nikt z tubylców nie umiał nam pomóc. Kiedy w końcu znaleźliśmy dystrybutor, okazało się ,że jest na kartę. Nikt nie odważył się zaryzykować swojej... w końcu, na kropelkach paliwa w baku, udało się dotrzeć do czynnej nocnej stacji. Po 30h drogi byliśmy w końcu w Breście, gdzie czekał na nas gotowy do dalszej akcji s/y NITRON (j-80).
Magda Kątniak

Start i prosto do Hiszpanii

72.jpgPrędkie ształowanie, kąpiel, pożegnanie wracającej do Polski załogi i o 19 w piątek, nie zważając na przesądy żeglarskie, wraz z odpływem NITRON opuścił Brest.
Przez koleje dni wiało słabo a słońce grzało. Na groźnych Biskajach czas upływał nam na kąpielach i spotkaniach z morską zwierzyną. Największą niespodziankę stanowiło spotkanie z wielorybem, który w cały swym majestacie zdawał się wcale nie zwracać uwagi na płynący w pobliżu jacht- dla niego łupinkę i robiących w pośpiechu zdjęcia ludzi. Długo po tym, kiedy w końcu odpłynął na horyzoncie widać było wystrzeliwaną w powietrze fontannę a za nim kilwater jak za wielkim statkiem. Wieloryb      Czwartego dnia rano zobaczyliśmy brzegi Hiszpanii. Zgodnie z planem lądować mieliśmy w Gijon. Jest to typowo turystyczna miejscowość, więc zwiedzanie jej połączyliśmy z zakupami świeżych hiszpańskich owoców, sprzętu potrzebnego do połowu ryb i banderki, której niestety nie udało nam się znaleźć w jachtowych zapasach. żagle Po południu nasyceni nieco stałym lądem ale i głodni dalszych wrażeń ruszyliśmy na podbój dzikiej Hiszpanii. Trzeba było znaleźć port nieduży i odpowiedni pod względem głębokości dla "jotki". Pierwszym takim portem było San Estaban da Prania.
Po kłopotach ze znalezieniem miejsca na bezpieczne zacumowanie ( rolę harbourmastera pełnił podpity tubylec) i uzupełnieniu poziomu piwa w organizmie, zapragnęliśmy skosztować lokalnych specjałów. Po długich poszukiwaniach okazało się, że nasza chęć konsumpcji w tym miejscu nie może zostać zrealizowana. Przyczyn było wiele np.: zbyt mały lokal czy brak wystarczającej ilości pokarmu dla dziesięciu turystów...których tu chyba jeszcze nigdy nie widzieli. Pozostał nam tylko posiłek na jachcie. Rano popłynęliśmy dalej.
Kuba Gajewski
Klimaty Hiszpanii

73.jpgNastępnym portem, który odpowiadał nam, a przede wszystkim spełniał wymogi głębokości dla jachtu było Ribadeo. Położona u ujścia rzeki i na zboczu targujemy się po hiszpańsku góry niewielka osada rybacka okazała się miejscem niezwykle pięknym. Zwiedzanie rozpoczęliśmy tuż po kolacji, której menu stanowiły głównie owoce morza ( wyjątek kanapka vege Kaśki). bosman Najciekawszym miejscem Ribadeo jest fragment mostu ( zburzonego prawdopodobnie ze względu na zbyt mało wysokość albo po prostu pełniącego tylko funkcję dekoracyjną), z którego nocny widok na port i miasteczko był naprawdę niesamowity. Po odwiedzeniu tegoż mostu planowaliśmy jeszcze dotrzeć do latarni morskiej, lecz niestety okazało się, iż postawiono ją na wysepce, z którą nie ma połączenia. W takich okolicznościach pozostało nam tylko wypić piwo i z lądu upajać się jej światłem i szumem rozbijających się o skały fal...
Rankiem przy wychodzeniu, w wyniku niedostatecznej informacji o głębokościach NITRON stanął na mulistej "mielonce". Zejść udało się dość łatwo. Jedynym minusem tej sytuacji była moja przymusowa kąpiel w portowej wodzie ( mieszanka wody, ścieków i ropy) w celu wywiezienia cumy na ląd i wybrania jej potem na windzie kotwicznej.
      Chwilowo dość nam było małych porcików, toteż kolejnym celem stała się La Coruna. Po drodze wiało rewelacyjnie. Na samym zarefowanym na drugi ref grocie prędkość dochodziła do 8,5 kn!!! Wejście do La Coruny wypadło w późnych godzinach nocnych. Po zejściu na ląd cześć załogi miała problemy żołądkowe. Istnieją dwie konkurencyjne hipotezy wyjaśniające ten fakt. Pierwsza mówi, że było to spowodowane całodniową jazdą na wysokiej fali. Druga natomiast nacisk kładzie na rozgotowany makaron w przyrządzonym przez Magdę spaghetti...a może to były te owoce morza, do których nie przywykły nasze polskie żołądki...
Kuba Gajewski
La Coruna i dalej na S

74.jpgNa zwiedzanie miasta czasu było sporo. La Coruna Okazało się jednak ,że część, którą warto zobaczyć można obejść w parę godzin, a najciekawszą atrakcją miasta były posążki Asterixa i Obelixa ustawione na głównym placu ( ciekawe, po co?). Ciekawym doświadczeniem( w Hiszpanii naprawdę nikt nie mówi po angielsku...)okazało się też kupowanie winogron i fig od babci, która kryła się wraz ze swoim dobytkiem przed policjantami, próbującymi egzekwować przepisy Unijne dotyczące handlu w mieście...
a bosman... Następnym miastem, które chcieliśmy zobaczyć było Vigo. Po drodze jednak, z braku wiatru stanęliśmy na noc w Camarinas. W basenie portowym roiło się od ryb, toteż odbyły się próby ich złowienia. Do ciekawszych metod połowów zaliczyć należy: łowienie na kiełbasę, mięso, zielony groszek, kukurydzę i skrzynkę na jedzenie. Wszystkie te próby były na szczęście nieudane, ryby się nam nie dały a do tego z uzyskanych informacji wynikało, że ryby te kompletnie nie nadają się do jedzenia- żerują w pobliżu ujść kanalizacji miejskiej i tym podobnych miejscach. Nadaliśmy im polską nazwę: "gównojady"...
Następnego dnia znów kompletnie nie wiało, więc ustawiliśmy Nitrona na kotwicy w pobliskiej zatoczce a oddaliśmy się kąpielom. Niestety o tej porze roku w tej części Hiszpanii płynie zimny prąd Humbolta i temperatura wody nie przekracza 17 stopni Celsjusza. O przyjemności z kąpieli nie było więc mowy, gdyż termometr do mierzenia temperatury wody wskazał 14.7 Stopnia, no i nawet naszemu "pierwszemu oficerowi" w swoich gadżet - butach z pianki było zimno Brrrrrr...
Kuba Gajewski
Vigo i dalej do Portugalii

      Po opuszczeniu w wielkiej mgle urokliwej zatoczki wiatr przestał wiać zupełnie. Większą część trasy przyjemność żeglugi zakłócał hałas zastępującącego żagle silnika. Wejście do Vigo wypadło jak zwykle późną nocą. O świcie odwiedzili nas stojący w tym samym porcie jachtem "Alexander" rodacy. wizyta na jachcie Alexander

Parę miesięcy temu wypłynęli (dwóch braci) w rejs na własnoręcznie zbudowanym jachcie, zostawiając firmę i numery kont swoim synom...ich www : (www.alexrejs.webpark.pl)
Od nich dowiedzieliśmy się sporo na temat sztuki poławiania ryb morskich, gdyż dotychczasowe próby zawsze kończyły się utratą błysku...
      Zwiedzanie z braku czasu połączone zostało z zakupami oraz wizytą w kafejce internetowej, w której ceny za godzinę użytkowania niższe były niż w Polsce. Przed wypłynięciem specjalna delegacja pożegnała znajomych z: "Alexandra", którzy nas ugościli wspaniałą wiskey i około 14 wzięliśmy kurs na Porto.
Kuba Gajewski

Pij porto bo "worto"...

      Jak wynikało z almanachu w samym mieście nie ma mariny, wiec trzeba było poszukać jej w pobliżu?
beczki pełne porto Na bazę wypadową doskonale nadawało się miasteczko Leixoes. Z centrum Porto połączone jest ono metrem. Po dobiciu i prysznicu, zupełnie niespodziewanie jak na tą część Europy po raz pierwszy od Świecka dopadła nas odprawa paszportowa, która okazała się czystą formalnością ( chyba nawet nie wszyscy zdążyli im pokazać swój paszport jak już dali sobie spokój...). Potem już spokojnie wybraliśmy się na zwiedzanie.
Czasu było mało a w Porto wiele do zobaczenia i spróbowania. Zaliczyliśmy stare miasto, szukając najpierw godzinę kościoła z którego zdaniem Adama F miało być widać całe miasto...
Potem przyszła kolej na winnice, w których rodzi się tradycyjne porto, czyli 25%alk. słodkie wino, produkowane wyłącznie w tym mieście.

75.jpgWinogrona, z których produkuje się wino porto pochodzą ze ściśle wyznaczonego obszaru, położonego w dolinie rzeki Douro. Po zbiorach, wykonywanych tradycyjnie, ręcznie, i wyciśnięciu soku, proces fermentacji zostaje zatrzymany po kilku dniach przez dodanie winogronowego brandy, dzięki czemu wino zachowuje naturalną słodycz. Wino zostaje przetransportowane do Porto, do dzielnicy Vila Nova de Gaia, gdzie w zależności od gatunku i jakości leżakuje w beczkach z dębowego drewna...
Co ciekawe, beczki po winie z Porto kupują Szkoci, do produkcji whiskey, ale niechętnie się do tego przyznają ....
Zaletą tych winnic jest możliwość darmowej degustacji trunków. Nie wszyscy jednak skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa, bo, jak mówi przysłowie:, kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi część z nas, ( czyli tzw. grupa młodzieżowa)spóźniła się na degustacje, które odbywają się tylko w oficjalnych godzinach pracy winnic. Nie przeszkodziło to jednak w wypiciu gdzieś w starej części miasta zakupionych butelek winka.
Duża atrakcja były też skoki do rzeki wykonywane przez małych chłopców. "give mi one euro, and I jump..." na co by wybuchnęliśmy śmiechem...chłopiec poczuł się zmieszany i "wydżampił" za darmo...

Nikt się jeszcze wtedy nie spodziewał, że skoki z dość wysokiej kei w Porto będą nijakim wyczynem w porównaniu z wysokościami skały z jakimi z Adamem i innymi uczestnikami odważyliśmy się "zfreesteilować" do wody w Lagos podczas 3 etapu....Zbliżający się wieczór, zmęczenie i brak nocnego połączenia z Leixoes zmusił nas do powrotu na jacht.

....Grupie "młodej" w odróżnieniu od "młodzieżowej" udało się zobaczyć i doświadczyć w Porto dużo więcej: Zaczęliśmy od zwiedzania najsławniejszych zabytków Porto - Torre dos Clerigos - wieży kościoła, z której rozciąga się wspaniały widok na dolinę rzeki Douro, stojące na niej barki służące do przewożenia wina Porto i czerwone dachy portowej dzielnicy Ribeira; zabytkowej stacji kolei Estacao de Sao Bento, wykładanej charakterystycznymi, niebieskimi płytkami azulejos, i przedstawiającymi sceny z najważniejszych wydarzeń w historii Portugalii; zarówno stare, jak i handlowe dzielnice Porto. rzeka przecinająca Porto

Ukoronowaniem zwiedzania było odwiedzenie kilku piwnic z winem Porto, degustacja rozmaitych marek i rodzajów, co wszystkich oczywiście wprawiło w świetny humor ...
Odwiedziliśmy też typową cafeterie, aby spróbować tak charakterystycznych dla północnej Portugalii tostas mistas (tostów z serem i szynką) oraz francezinhas - kanapek na ciepło ze wszystkimi możliwymi rodzajami mięsa na raz. Wieczorem, wraz ze znajomymi portugalczykami, w dużym i wesołym gronie udaliśmy się do restauracji na kolację złożoną z owoców morza, lokalnego wina i we wspaniałej, otwartej i gościnnej atmosferze portugalskiej maricscoarii. A potem, zgodnie z portugalskim duchem, wypijaliśmy kolejne piwa, wina, drinki (w litrowych szklankach!) w kolejnych pubach, barach, knajpach, żeby o 4 nad ranem, trochę z łoskotem i lekkim szumem w głowach wrócić na jacht...

W kierunku Lizbony

      Aveiro położone już właściwie na wodach wewnętrznych Portugalii,w ujściu rzeki, o ironio, Vouga, było następnym punktem programu. Ciężką mieliśmy przeprawę wchodząc do tego portu. Płynąc (oczywiście nocą) długim i wąskim kanałem a właściwie rzeczką na której hulał prąd przypływu w pewnym momencie Adam zarządził szybki odwrót, bo wydało mu się ,że nie przejdziemy pod drutami rozpostartymi nad kanałem. Przy kolejnym podejściu okazało się jednak, że była to tylko halucynacja, a NITRON z zapasem przepłynął pod kabelkami. Rankiem ukazał nam się znajomy krajobraz. Lokalizacja Aveiro przypominała nasze Mazury: trzciny, pola, krowy, wszystkie te krajobrazy znane nam były doskonale, może z wyjątkiem kopców soli, pozyskiwanej tu na dużą skalę z wody morskiej i swego rodzaju mariny...
kapitan czyta Ekipa, która udała się uzupełnić zapasy żywności zaserwowała nam niespodziankę w postaci miejscowego przysmaku. Po głębszej analizie przysmak okazał się żółtkiem zawiniętym w opłatek bożonarodzeniowy w kształcie muszelek i innych dziwolągów ale cóż- jeśli jest ktoś, kto lubi takie specjały...De gustibus non est disputandum, jednak wszystkiego warto spróbować.
      Odcinek z Aveiro do Lizbony pokonaliśmy w wielkich bólach. Po pierwsze z powodu ciężkiej "siódemkowej" halsówki do Figueira da Foz, gdzie przystanęliśmy na noc odpocząć, po drugie z powodu tego, iż dalszą część trasy pokonaliśmy non-stop na silniku. Hałas przez ponad trzydzieści godzin- nie mam nic do dodania. Spokojne warunki pozwoliły posprzątać jacht po ponad dwutygodniowym rejsie i przygotować go na przyjęcie nowej załogi. Wchodząc do Lizbony opłynęliśmy Cabo da Roca czyli najbardziej wysunięty na zachód przylądek Europy. Na ostatnie chwile udało się też postawić żagle, stukot silnika dawał się już wszystkim mocno we znaki...
Na rzece Tag powitała nas sławna Torre de Belem, wieża wartownicza, którą trzęsienie ziemi w 1755 roku przesunęło kilkanaście metrów od brzegu, pomnik upamiętniający odkrycie Ameryki, a na przeciwległym brzegu - figura Chrystusa z rozłożonymi rękami, różniąca się tylko wielkością od tej, która stoi w Rio de Janeiro.
Weszliśmy na pełnych żaglach w lekkim przechyle śladem Kolumba aż pod samą marinę.. .

Lisboa
76.jpgWybór mariny był przypadkowy. Niewielka ilość jachtów( nasz i jeszcze jeden lokalny) i niska opłata ( poniżej 10 euro/dzień) zachęciły nas do postoju w kameralnej marince, o nazwie ( uwaga) "Doca Do Torreiro Do Trigo", który ze względu na specyficzną kobietę w kapitanacie ochrzczony został polską nazwą "U babci". Problem pojawił się tylko wieczorem gdyż po odpływie jacht osiadł w mule. Kiedy rano okazało się, że jednak bez problemu udało się oderwać od dna i znowu unosimy się na powierzchni, zapadła decyzja by pozostać w tej marinie kolejną noc, już w wymoszczonym mułowym gniazdku...
twierdza Belem Z mariny było blisko do starej części miasta, była ciepła woda i prysznice standardem przypominające nieco Władysławowo...
kawka       Opisów Lizbony stworzono już wiele. Wszystkie zabytki omówione są w każdym przewodniku po Portugalii i wszystko zgadza się z rzeczywistością. Od siebie mogę tylko dodać, że reklamowane jako największe w Europie oceanarium znajdujące się na terenie wystawy Expo98' jest zdecydowanie przereklamowane i nie rzuca wcale na kolana ilością i jakością zgromadzonych okazów, no może nieco większe zainteresowanie budzą sharki-ludojady pływające tuż przy szybach akwarium, ale reszta to trochę kicz, choć z drugiej strony inni mieli zupełnie inne zdanie, może warto więc samemu tam zajrzeć...
Poza oczywistymi punktami każdej wycieczki po Lizbonie, warto także udać tramwajem 28 się do tzw.: "górnego miasta" czyli Bairro Alto, by napić się tradycyjnej portugalskiej kawy serwowanej w mikroskopijnych filiżankach koniecznie konsumując przy tym ciastko wybrane z knajpianego menu. Zestaw taki kosztuje dosłownie grosze, a klimat, jaki towarzyszy jego spożywaniu w Bairro Alto pozostaje wam długo w pamięci. Polecam także "górne miasto" późną nocą ze względu na bogate życie towarzyskie. Wszystkie knajpy pełne są ludzi ,a każda z nich jest niepowtarzalna oferując swym klientom wszelakiego rodzaju atrakcje.


935Mm\230h  Brest - Gijon - St.Estaban da Prania - Ribadeo - La Coruna - Camarias - Finsterre - Vigo - Porto (Leixoes) - Aveiro - Figueira da Foz - Lizbona


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Darek Krzemiński - I oficer
Zbychu Popienia - II oficer
Olga Złotkowska - III oficer
Helena Zuszek
Małgorzata Krzyczkowska
Kuba Gajewski - bosman
Adam Frąckowiak
Kasia Satanowska
Magda Kątniak

Etap 2 (Lizbona - Casablanca - Lizbona) 14 dni  999Mm/238,5h

77.jpgDrugiego dnia pobytu w południe pożegnaliśmy z Adamem poprzednią załogę. Nowa ekipa była już na miejscu w większości od paru dni, więc szybko się zaokrętowali. Wieczorem, wraz z odpływem przy bezwietrznej i mglistej pogodzie opuściliśmy piękną stolicę Portugalii, by płynąć do celu wyprawy -Casablanki.
Zanim osiągnęliśmy cel trzy doby przyszło spędzić nam na oceanie. Zaskakujący był brak jakiejkolwiek zwierzyny morskiej, co doskwierało szczególnie na nocnych wachtach.
Widać Neptun nie był tak łaskawy dla załogi jak na pierwszym etapie. (patrz spotkanie z wielorybem). A może to przez to że nie cała załoga nie chciała się napić symbolicznej gorzały z Neptunem...

Spocco Marocco...(CASABLANCA)

      Wejście do Casablanki, która dzięki 200 metrowemu minaretowi meczetu Hassana ?? każdej następnej godziny wydawała się już tylko kilkanaście mil od jachtu, znak STOP wypadło oczywiście późną nocną porą. Zmęczeni żeglugą i spragnieni kąpieli szybko wyzbyliśmy się wcześniejszych wyobrażeń o legendarnym mieście. Okazało się, że Arabowie dopiero budują marinę( a jak na razie to zburzyli tą, która jeszcze była 2 lata temu)w związku z czym przyszło nam cumować tej nocy w różnych dziwnych miejscach. Nie obyło się też bez atrakcji w postaci postoju na mieliźnie. Wprowadził nas na nią miejscowy policjant, który zaręczał głową, że we wskazanym miejscu jest 12 m głębokości. Niestety jotka sama właściwie nie schodzi z mielizny, nawet jak się na nią wjedzie naprawdę wolno, więc z pomocą przyszedł nam dopiero za dłuższą chwilę przypływ. Potem przestawiliśmy się do pozostałości po marinie, gdzie przeczekaliśmy do rana na bojce. herbatka miętowa

78.jpg Nikt się właściwie nami nie zainteresował, nie było jeszcze żadnej odprawy, a głód i chęć wzięcia prysznica wzbierały w każdym z nas. Wiec czując się jak to na morzu wolni i ponad granicami Adam wraz z Marcinem udali się do miasta wydostając się z jachtu przy pomocy ciecia-Araba a właściwie też jego łódki..., tam też kupili wyśmienity chleb, lekko słodkawy z sezamem, był naprawdę super i o zupełnie nowym, egzotycznym smaku. Tajna i niezalegializowana jeszcze oficjalnie w Księstwie Maroko delegacja "obczaiła" też prysznice nieopodal pozostałości mariny, w której chwilowo staliśmy, a także zdążyła już wypić ze strażnikami przy bramie tradycyjny napój czyli parzoną ze świeżych liści mięty na maxa słodką herbatkę. Potem ruszyła już polowa załogi się wykąpać. Z ciekawostki toalet miejskich należy napomknąć, że w części męskiej były całkiem przyzwoite prysznice, a w części żeńskiej, która z reszta uiszczała taką samą opłatę, tylko wiaderka z woda...
 ...no i w końcu zainteresowali się nami celnicy czy policja portowa, nie ważne w każdym razie jacyś mundurowi. Trochę ich zdziwiło i nie wiedzieli co począć, gdy Adam z uśmiechem wręczył im 10 paszportów, mówiąc że na jachcie jest 10 ludzi, z tym że teraz tylko 5, bo reszta poszła do miasta wziąć prysznic, ale oczywiście zaraz tu będą...no i że właściwie to jest wszystko w porządku...
Nie minęło 15 minut a już wymachując ręcznikami ponad głową "nielegali intruderzy Księstwa Maroko" zaczęli się schodzić. Celnicy chyba po chwili wyczuli zupełnie niegroźny klimat i powód naszej wizyty w Maroko. Zaczęli więc spokojnie spisywać nasze dane z imionami rodziców i zawodem łącznie...
Po jeszcze paru minutach atmosfera już zupełnie przybrała kolorowych barw... Niestety główny zarządzający ową ruiną mariny, naburmuszony Arabus, odbierający tylko co chwile swoja komórkę, jako jedyny z całego towarzystwa był absolutnie przeciwny abyśmy pozostali na owej bojce. Mówił, że mamy stąd jak najszybciej spadać bo to teren wojskowy, że kto nam tu w ogóle pozwolił to wpłynąć ( nikt nie pozwolił ale też nikt przecież nie zabronił...), tłumaczył też coś, że nie możemy tu zostać bo ubezpieczenie tam coś... Ostatecznie spławiono nas i pokazano mniej więcej w którą części portu handlowego mamy się udać...

      ... zacumowaliśmy przy burcie pływającego dźwigu portowego. Nawiązaliśmy też kontakt ze stojącym kapitan osobiście zajmuje się nawigacją po marokańskich wodach. nieopodal polskim statkiem handlowym "RODŁO", a właściwie "RODLO" oczywiście pod kolorowym ręcznikiem zamiast bandery, na którym jeszcze brudna część załogi wzięła kąpiel i została poczęstowana obiadem. W tym samym czasie pozostająca na jachcie reszta zapoznała się bliżej ze szmuglerami ropy i w niespełna pół godziny w naszym baku znalazło się jej 250 litrów a cena ustalała się przez cały czas tankowanie by zakończyć opadanie na 50 centach amerykańskich. By ze spokojnych sumieniem móc zwiedzać miasto postawiliśmy naszego "Potiomkina" longside burty 190 metrowej długości statku "RODŁO". Wszystkie znaki na niebie i ziemi( biegające szczury i karaluchy) wskazywały, że tylko z rodakami jacht będzie bezpieczny. I rzeczywiście, gdy się ściemniło załoga statku zamontowała nawet reflektor oświetlający nas z burty, będącej aż na wysokości połowy naszej stengi grotmasztu.
Pan oficer, który chyba z długiego "braku laku", traktował nas wszystkich jak tata, pomagał nam po bardzo-bardzo dokładnym instruktażu wydostać się po sznurowej drabince na pokład statku. Mieliśmy też okazje zwiedzić najciekawsze zakamarki Rodła czyli maszynownie i mostek.
 
    Wychodząc z portu na ląd, po już tej chyba właściwej odprawie i otrzymaniu odpowiednich przepustek, trafiliśmy od razu do starej części Casablanki -handlowej mediny. Każdy z napotkanych Arabów-handlarzy namawiał nas do kupna mniej lub bardziej legalnych towarów (dla ścisłości-ja kupiłem tylko bęben i tego proszę się trzymać). Pomimo przeciwwskazań zdrowotnych kosztowaliśmy wszystkich egzotycznych potraw, jakie tylko były dostępne na spowitych różnymi zapachami ulicznych straganach. Ze względu na smak i cenę szczególnie warte spróbowania są soki produkowane na miejscu ze świeżych owoców, daliśmy właściwie spokój tylko lodom. W celu znalezienia toalety przypadkiem weszliśmy do szpitala. Higiena w tym szpitalu pozostawała wiele do życzenia, gdyż zużyte igły i odpady pooperacyjne leżały na podłodze w ubikacji. Dziwny wydał mi się także brak klamek w drzwiach do sal szpitalnych. Atrakcją podobnego rodzaju był niezliczone ilości warsztatów samochodowych, zakładów fryzjerskich i wszelkie innych dóbr, w których czystość i niezbędna higiena zupełnie nie były przestrzegane. Następnym zaskoczeniem stały się obserwacje poczynione w kawiarni. Podczas żeglugi naczytałem się sporo o marokańskich sukcesach w zwalczaniu narkotyków. Rzeczywistość okazała się nieco inna. W lokalu, w którym usiedliśmy z Adamem na kawie, większość gości paliła jointy. załoga w lokalnych strojach...

Nawet trzęsące się dziadki, z denkami od butelek zamiast okularów, zręcznie opalały grudkę krusząc ją potem i mieszając z tytoniem i następnie skręcając w jednej ręce w bibułkę. Z późniejszych rozmów z Arabami okazało się, że jest to zwyczaj sporej części marokańskiego społeczeństwa. Sytuacja ta pokazała jak rzeczywistość książkowa rozmija się czasem z tą namacalną, a policja marokańska przymyka oko na ten powszechny proceder. Alkohol jest natomiast mniej popularny, choć również powszechnie dostępny, co obala kolejny mit o zwyczajach krajów arabskich z przewodników Pascala... Nikt też nas nie napadł, a chodziliśmy późną nocą po ciemnych zaułkach mediny.

Nie dostaliśmy też rozwolnienia. Początkowo zwracaliśmy uwagę, by nie jeść wszystkiego a przede wszystkim nie pić wody. Ale gdy kupione winogrona nieopatrznie opłukaliśmy pod kranem lokalnej wody, a potem je smacznie skonsumowaliśmy, uświadomiliśmy sobie, że właściwie to je tyko pobrudziliśmy... aż w końcu zaczęliśmy zachowywać się już normalnie...

Na zakończenie wycieczki u zapoznanego rano Araba skorzystaliśmy z dostępu do sieci by przekazać wszystkim znajomym pozdrowienia. Sporą atrakcją był odwiedzony przez nas klub nocny, który z zewnątrz wyglądał jak niewinna knajpa. Dziewczęta używały wszystkich swych wdzięków by nakłonić nas do pozostania z nimi na dłużej...Parę godzin później płynęliśmy już w kierunku Tangeru. Po drodze zupełna flauta umożliwiała kąpiele a mijani rybacy chętnie wymienili dorodne tuńczyki na "vodka de Pologne". W nocy na gładkiej powierzchni oceanu widać było świecące z powodu fosforyzujących glonów ławice ryb. Niesamowity widok!!!

Tanger
Klimat Tangeru czuć było już kilka mil od brzegu. Nasilający się z każdą chwilą smród odpadów miejskich stawał się nie do wytrzymania. Kolejnym niemiłym zaskoczeniem był brak mariny i niesympatyczny harbourmaster. Wszystkie te niedogodności zniknęły jednak w momencie, gdy z pobliskiego minaretu rozległ się głos muezina. Przyjemnie było zasypiać z taką kołysanką. Rano zwiedzanie rozpoczęliśmy od poszukiwania pryszniców, co nie było łatwe, gdyż zdecydowana większość sanitariatów nie posiadała części dla płci pięknej. Kiedy wreszcie udało się zlokalizować miejsce odpowiednie do zażycia kąpieli przez całą załogę okazało się ,że w WC nie ma papieru. Był kranik i wiaderko do obmywania ręki...
 79.jpgMając w pamięci atmosferę Casablanki, Tanger pod względem turystycznym nie bardzo przypadł nam do gustu.. Wydawał się zbyt europejski. W ciasnych uliczkach Mediny widać było towary europejskie towary jak i samych Europejczyków. Miasto traciło swoją egzotykę. Zwiedzanie połączyliśmy z zakupami i degustacją lokalnych specyfików. Mieliśmy też okazję zobaczyć festyn wyborczy jednej z marokańskich partii, bo jak się dowiedziałem od tubylców (i co było widać na każdym kroku) zbliżał się dzień wyborów. Goniący ciągle czas nie pozwolił nam spędzić jeszcze jednej nocy w Afryce. Późnym wieczorem ruszyliśmy do Gibraltaru. zrzucamy foka

      Płynąć już przez cieśninę przy baksztagowej "piątce" i zupełnie gładkim morzu osiągaliśmy w porywach 9,3 kn! Po chwili zdechło i kolejne dwie godziny przyszło płynąć na silniku. O 8 rano NITRON stał już w przyjemnej gibraltarskiej marinie. Szybki prysznic, śniadanie i w optymistycznych nastrojach udaliśmy się zobaczyć słynny rezerwat małp. Entuzjazm został ugaszony przez niebotyczne ceny, które niestety nie nadawały się na naszą studencką ( w większości) kieszeń. Na pocieszenie wracając z miasta byliśmy świadkami startu trzech odrzutowców wojskowych w odległości 100 m od nas, gdyż to, co za płotem mariny było dla nas asfaltową droga okazało się pasem startowym...

      Wypłynęliśmy po południu. niestety wiejący bajdewind i silny prąd wpychały nas powrotem w kierunku Gibraltaru. Kiedy te trudności zostały pokonane(patrz:zesłabł prąd) udaliśmy się do słynnego z żeglarskich imprez Kadyksu. Postój w tym mieście trwał krótko. Czas został podzielony miedzy zwiedzanie a naprawę drobnych uszkodzeń powstałych ostatnich dniach.

Droga powrotna

      Tempo dotychczasowej żeglugi dało się nam solidnie we znaki toteż zapadła decyzja impra w Lagos, I oficer wraz z portugalskim dj by trochę się rozerwać i odpocząć. Na miejsce imprezy z polecenia Marka i Kamili wybrano turystyczną miejscowość Lagos. Poza plażą, tanią knajpą i podobno, jak ktoś policzył, skałkami o wysokości 4 pięter, z których męska cześć ekipy oddała karkołomne skoki, których pionierem okazał się sam Kapitan, a zaraz tuż za nim Bosman, nie było tam nic godnego głębszego zainteresowania. Wieczorem po kilku piwkach na pokładzie NITRONA, bawiliśmy się w klubie racząc się świetnymi drinkami. Koniec imprezy tradycyjny- tańce i ogólna rozróba. Powrót na jacht nastąpił ok. 0400 rano i chwilę później, postępując może nieco nieodpowiedzialnie, wyszliśmy na Ocean w kierunku Lizbony, pod osłoną nocy na gładkie jak lustro morze.
Po drodze krótki odpoczynek w malutkim porciku Sines. Przypadkiem udało się nam podglądać portugalski ślub odbywający się w pobliskim kościele.

Lizbona

      Z Sines do Lizbony całą drogę pokonaliśmy na silniku, a wejście do portu przypadło nad ranem. tramwaj O świcie okazało się jednak ,że stoimy w marinie w której nie przyjmuje się gości a wszelkie miejsca zarezerwowane są dla portugalskich jachtów. Jako, że następnego dnia nastąpić miała wymiana załóg nie zważając na nic wymyliśmy jacht z zewnątrz i w środku robiąc przy tym wielki, choć krótko trwający bałagan na kei, wzbudzając tymi poczynaniami co najmniej zdumienie na twarzach przechodzących właścicieli luksusowych jachtów. Najbardziej, choć bynajmniej nie do bałaganu, przyczynił się tutaj Andrzej-Denva, który własnoręcznie i włąsnonosowo zdzierżył mycie achterpiku, w którym rozlały się różne potrawy spływając na dno, sprawiły nie lada ucztę dla rozwijających się w ciepełku bakterii...
Dużo radości sprawiła też udana reanimacja starego odkurzacza, któremu wkręciła się część w raszki wiatraka...
80.jpgPo zakończeniu "higieny" NITRONA przestawiliśmy się do mariny "Doca De Alcantara". Przez cały dzień trwały przygotowania do wymiany załóg. Przy pomocy kontaktów Marcina w lokalnych strukturach polskiej dyplomacji, zostaliśmy zawiezieni i odwiezieni pełnym jedzenia samochodem z wielkiego "supermercados".

Nasz kapitan akurat dokładnie w tym czasie został porwany przez mieszkającego w Portugalii wujka, który uprzyjemnił mu czas zwiedzaniem okolic od strony lądu, a także poznawaniem dalekich kuzynek, podczas gdy my zajmowaliśmy się tak przyziemnymi sprawami...Wieczorem w dużym dwuzałogowym gronie odbyliśmy imprezę powitalno - pożegnalną. to nie St.Francisco...
Pierwszy alkohol (obiecaną przez Marcina tequillę) jak zwykle wlaliśmy w siebie na jachcie, zagryzając marokańska cytrynką...by w poprawionych tym nieco nastrojach smakować życia nocnego stolicy kraju Wielkich Odkrywców. Po powrocie specjalna delegacja odwiedziła stojący nieopodal rosyjski katamaran "Blagovest" w celu zasięgnięcia informacji dotyczących przejścia Kanałem Białomorskim, które to przejście planowane jest na Nitronie w przyszłym roku. Załoga owej jednostki zamierza w 4-5 lat opłynąć glob ziemski. Katamaran jest własnej konstrukcji, ma obrotowe maszty i rower zamontowany do pokładu, na którym można ćwiczyć na porannej wachcie, jednocześnie wytwarzając prąd. Załoga zarabia grając w portach oraz prowadząc badania dotyczące aury dla rosyjskiego uniwersytetu. Bardzo ciekawi ludzie a rozwiązania na ich jachcie jeszcze ciekawsze... (www.spb.ru/blag)

... Przed snem niespodziankę sprawiła nam jeszcze Nokia, która promując nową "komórę" stawiała wszystkim spacerującym drinki w nabrzeżnych knajpach.
      Rano wracając z toalety na jacht, stwierdziłem, że wymiana załóg w wydaniu polskim nijak nie przystawała wtedy do dobrych zwyczajów żeglarskiej etykiety, czyżby została ona odstawiona na drugi plan z powodu gorąca i kaca...a co mam dokładnie w tym miejscu na myśli niech pozostanie miedzy uczestnikami rejsu...


999Mm\238,5h  Lizbona - Casablanca - Tanger - Gibraltar - Cadiz - Lagos - Sines - Lizbona


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Andrzej Jaworski - I oficer
Marek Orzechowski - II oficer
Marcin Byrt - III oficer
Marta Drażyńska
Włodek Głodowski
Kuba Gajewski-bosman
Maja Frąckowiak
Kamila Matysek
Jan Iżykowski

Etap 3 (Lizbona - St.Malo) 16 dni  947Mm\216h

Wyspy Berlenga

81.jpgPierwszym celem nowego etapu były Wyspy Berlenga. Wyspy Berlenga, Adam i Marek Tuż przed opuszczeniem Lizbony okazało się, że części do silnika, zamówione ze Szwecji będą do odebrania dopiero parę godzin po wysokiej wodzie, wobec czego musieliśmy przestawić się do Cascais - portu, leżącego już poza zatoką rzeki Tag, gdzie po ich odebraniu gdzieś na peryferiach Lizbony, stawić miał się Marek P( człowiek-SAR). Niestety nie udało mu się ich zdobyć. Miały czekać dopiero w Porto. Chcieliśmy w końcu ukrócić zapowietrzanie się silnika na wysokich obrotach, fundując mu oryginalne śrubki Volvo instalacji nadmiarowej paliwa. staliśmy przy twierdzy

      Wyspy Berlenga, wielkości Helgolandu, polecam wszystkim odwiedzającym tamte strony żeglarzom. Są to piękne skaliste wysepki z niewielką osadą i fortecą na jednej z nich. Co prawda dojście do kei nie jest najprostsze i można tam stanąć tylko przy zupełnie gładkim morzu!
      Korzystając z chwili wolnego czasu nurkowaliśmy i skakaliśmy do wody z mostu łączącego fortecę z wyspą. Jacht stał zacumowany do jej murów, skąd szybko nas wyrzucono z powodu dostawy żywności na wyspę. W takiej sytuacji gnani jak zwykle czasem wzięliśmy kurs na Porto. Znalazł się jeszcze czas na odwiedzenie Nazare, do którego nie udało się wpłynąć na pierwszym etapie. Manewr wejścia planowaliśmy wykonać na ćwiczebnie na żaglach, lecz wiatr "zdechł" przy główkach uniemożliwiając tego rodzaju wyczyn. Zwiedzanie ograniczyło się do rundy honorowej po miasteczku i kawy w nabrzeżnej kafejce.

W samych sercu Porto

      Wejście do Porto trafiło tradycyjnie nad ranem. koncert:Kuba gitara, Ala i Adam NITRON został zacumowany przy rzecznej kei w samym sercu miasta, które to miejsce upatrzyliśmy zwiedzając Porto kilka tygodni wcześniej. Będąc jedynym jachtem stojącym w centrum stanowiliśmy niewątpliwą atrakcje turystyczną. Następny dzień podzielił załogę na trzy obozy. Pierwszy zająć się zwiedzaniem miasta, dzielnie krocząc za przewodnikiem z przewodnikiem w ręce, nieugiętą - Andrzej i herbatka Alą, drugi wyruszył odebrać części do silnika a trzeci, czyli ja, został na jachcie by wykonać niezbędna roboty jachtowe( no chyba nie było tak Ci źle - przyp.tłum). Wyczyszczony na wysoki połysk w ramach tych robót dzwon pokładowy wzbudzał ogromne zainteresowanie przechodzących, lecz gdy po wyjściu w morze został kilkakrotnie ochlapany słoną wodą natychmiast zmienił kolor i przestał wyglądać atrakcyjnie.
82.jpg Wieczorem okazało się, iż w miejscu naszego postoju odbywać się będzie święto kościelne i impreza, jakiej nie zna polski katolik. Nie spędziliśmy jednak tego wieczoru na zabawie. Udaliśmy się natomiast na zbudowany przez A. Eifel' a most. Owa konstrukcja łączy oba schodzące stromo do rzeki wysokie brzegi, posiada dwie kładki jedna górna opartą na łuku, oraz dolną zawieszoną na nim. Jego wysokość i widok na pokryte nocą Porto zapiera dech w piersiach. Atmosferę podgrzewał fakt, iż górna kładka mostu została zamknięta parę tygodni temu gdyż jak konstruktor wyliczył (!!!) przestał być on bezpieczny dla jeżdżących po nim pojazdów w sierpniu 2003r.
Opuszczając to cudowne miasto o mały włos nie złowiliśmy się w sieci zastawione w poprzek rzeki. Obustronnej a właściwie jednostronnej... katastrofy udało się uniknąć dzięki refleksowi rybaków i naszego dzielnego kapitana. Kładąc się po nocnej wachcie spać nie przypuszczałem, że rano obudzę się kilkanaście mil od La Coruny. W nocy przywiało od rufy i jacht zaczął dziarsko pomykać po falach. Za takimi warunkami tęskniliśmy już od kilku dni. Słońce i 5-6 B..., czego więcej w życiu trzeba?

La Coruna i przelot przez Biskay'a

      W La Coruna zatrzymaliśmy się tylko na chwile by uzupełnić zapasy żywności. człowiek - SAR Prognoza od specjalisty meteorologa otrzymana prosto z Polski nakazywała jak najszybciej skierować dziób na północny -wschód w kierunku Brestu. Po ustaleniu strategii przelotu przez Biskaje o północy w towarzystwie wychodzących jak na rozkaz wszystkich na raz na połów kutrów wypłynęliśmy na ocean.
Z początku wbrew prognozie zupełnie nie wiało. Rano przyszedł jednak wiatr. Pierwszą dobę jechaliśmy pięknym baksztagiem ze średnią pod 8kn, robiąc prawie połowę drogi. Potem zgodnie z zapowiedziami zaczęło stopniowo skręcać. Najpierw był półwiatr, a za chwilę już ostry bajdewind, a za parę godzin płynęliśmy najostrzej kursem tylko 90st.. przechodzi front ciepły, na pokładzie człowiek-SAR a za sterem Artur Po koło pół doby, zgodnie z przyjętą strategią, zrobiliśmy zwrot przez sztag. Dalej idąc prawym halsem dużym lukiem zgodnie z zachodzącym wiatrem wróciliśmy na kurs, niestety niemalże dopiero pod samym Brestem.
Wiatr również zgodnie z zapowiedzią skończył wiać jak już byliśmy prawie w porcie... Droga przez groźnie i owiane legendami Biskaje zajęła prawie 3,5doby. W związku ze zmieniająca się gwałtownie pogodą, potargały się kliwer i genua oraz regularnie rwały się fały - na koniec został tylko jeden, ten na szczęście wytrzymał. Dużą radość sprawił wszystkim w tych podbramkowych sytuacjach Marek P, który wyskoczył na pokład gotowy do akcji w swoim oczojebnym pomarańczowym kombinezon -sztormiaku z napisem SAR na grzbiecie, wyglądał zupełnie jak ratownik z helikoptera prosto z nieba spieszący nam z pomocą, tak też został potem przezwany: "człowiek-SAR"... Jako, że płynęliśmy stale w przechyle kambuzowi pod falę prace kambuzowe nie należały do najłatwiejszych i nawet ugotowanie makaronu urastało do rangi wielkiego indywidualnego osiągnięcia, które w końcu zostało zrealizowane dopiero przez samego kapitana, tak że obiad serwowano dopiero o 0100. Jako podsumowanie tego ciężkiego przelotu odmówił posłuszeństwa silnik, którego chcieliśmy kontrolnie odpalić po 2 dobach na środku Biskay'ów. Walka z nim trwała dobrą godzinę zanim przy pomocy pierwszy raz użytego autostartu w końcu odpalił, pozostawiając nieustalona diagnozę do dziś, czyżby go też wytrzęsło...

Bretania

Mimo wcześniejszych planów wejścia do samego Brestu, w którym z reszta nic nie ma, zmęczeni kilkudniową żeglugą stanęliśmy nieopodal, czyli w Camaret sur Mer, co okazało się dużo trafniejszym wyborem ( kto zgadnie, o jakiej porze wypadło wejście?:-)).
Francja powitała nas chłodem i jesienną pogodą. Rankiem Marek P. i Marcin zostali oddelegowani przez Adama autostopem do Brestu w celu naprawy kliwra i genuy, które ze sobą zabrali w olbrzymim worku. Z pozoru trudna do wykonania misja ( we dwójkę, stopem, z małej wiochy i z wielkim worem z żaglami) została zrealizowana przez nich prawie w 100 procentach. Nie udało się tylko naprawić genuy ze względu na cenę, jakiej zażądał żaglomistrz, za to przywieźli cały karton lokalnego Cidre'a, czyli wyśmienitego wina jabłkowego, ochrzczonego "francuskim jabolem". Reszta załogi zajęła się doprowadzeniem jachtu do używalności po ciężkiej biskajskiej przeprawie. Spacerując po porcie, zauważyliśmy zdezelowane kutry, na które w nocy odbyła się wyprawa. Marek, Adam i ja buszowaliśmy po nich w czasie, gdy reszta ekipy smacznie spała, zagłębiając się w zakamarki starych ładowni czy pomieszczeń załogi, pierwszy z explo-grupy oglądał się tylko co chwilę czy reszta jest ciągle za nim...sceneria przypominała nieco grę w "doom'a ". Podgrzani wspinaczką po kutrach zaliczyliśmy jeszcze wieżę dzwonniczą portowego kościółka. Z braku schodów weszliśmy po dachu...

Jersey i Granville

83.jpgO świcie NITRON pomknął na Jersey. Stało się tak, co najmniej z dwóch powodów. nikt mnie nie lubi... Po pierwsze by zatankować tanio paliwo, a po drugie byliśmy umówieni z pracującym tam w Pizza Hut znajomym poznaniakiem. Spotkanie polsko-polskie na angielskiej wyspie przeciągnęło się do późnych godzin nocnych. przy pracy... Jak nakazuje tradycyjna gościnność i poznańska oszczędność Michał uraczył nas, czym chata bogata (czyli wyniesionymi z pracy pizza, sałatkami i winem...) następnego dnia o wysokiej wodzie (bo przy niskiej stacja jest zupełnie na plaży), jacht został zatankowany i po śniadaniu rozpoczęliśmy zwiedzanie wyspy? Szczególnie atrakcyjnym punktem wycieczki po Jersey jest twierdza, do której można się dostać jedynie w czasie odpływu, gdyż w pozostałym czasie otoczona jest zewsząd wodą. Po południu korzystając z pomyślnego prądu popłynęliśmy z powrotem do Francji, dokładniej do Granville. Jest to port osuchowy, więc trzeba było trafić na odpowiedni moment do wpłynięcia i opuszczenia go. Chcieliśmy koniecznie odwiedzić tą miejscowość, by sprawdzić, czy jacht, na który w 2001 roku część załogi odbyła rejs do Irlandii żyje jeszcze i w jakim jest stanie. Zaraz po zacumowaniu w niezwykle tłocznym porcie zainteresowana ekipa ruszyła na zwiady. Ku ich wielkiej radości szybko odnaleźć AMARANTE. Zaczęły się wspomnienia i porównania AMARANTE z NITRONEM. Prawie zgodni stwierdziliśmy, że stalowa "jotka" zdecydowanie lepiej nadaje się do pełnomorskiego żeglowania niż plastikowa "mydelniczka", choć akurat Amarante wyglądało i takie też było w porównaniu z bavariami ... dużo solidniej. Po tych dywagacjach nadszedł czas na sen by o wyznaczonej porze odpłynąć do St.Malo.

St.Malo

      Do końca rejsu zostało jeszcze dwa dni, więc prace porządkowe przeplataliśmy zwiedzaniem miasta. Gdzie w przyszłym roku... Główną atrakcją St. Malo jest stara jego część. Pięknie utrzymana i z cudownym klimatem na skutek jedenastometrowego pływu dwa razy na dobę przeistacza się z zalanego po same miejskie mury fortu w zbudowana na plaży mieścinę... Tak wysoki pływ podsunął nam pomysł zacumowania NITRONA w basenie kąpielowym, który w czasie odpływu wynurza się z dna napełniony wodą morska. Pytanie, w jaki sposób miejscowa policja zareagowałaby na taki wyczyn, powstrzymało nas od realizacji tego planu... W portowej żaglowni udało się zeszyć całkiem mocno porwaną Genuę (za jedyne 85 euro), pozostawiając następnej załodze wracającej przez 3 tyg. do Trzebieży w 100% sprawny jacht. Wyjątkowo to się zdarzyło...

84.jpg Żaglomistrzyni poruszona okołoziemskimi wyprawami naszego jachtu za darmo dodatkowo wzmocniła sfatygowany na łączeniu brytów żagiel. Wieczorem nastał czas pożegnalnej imprezy. Początek przyniósł podział załogi na dwie ekipy. Część zapragnęła uraczyć się w ten ostatni wieczór lokalnymi specjałami czyli świeżymi moulle'ami, a reszta ze mną włącznie w tzw. międzyczasie spokojnie opróżniała kolejne butelki whisky. Kiedy wreszcie zasiedliśmy razem atmosfera była już tak gorąca, że ze stojącego obok angielskiego jachtu wyszła zdegustowana starsza dużo od nas tipical British-lady żądając natychmiastowego zakończenia imprezy? Cóż więc było robić...? Może kiedyś też będzie nam dane żeglować z żonami i hałas śpiewającej bełkotem rozbawionej młodzieży też będzie nam przeszkadzał...
Ostatni dzień poświęciliśmy na zakończenie sprzątania po półtoramiesięcznym rejsie i na nostalgiczne spacery po St.Malo, niestety było to ostatni dzień 3-miesięcznych wakacji. Kolejna załoga przybyła wieczorem przywożąc deszcz...
Po szybkim przeładunku bagaży ruszyliśmy w ostatni kurs tego rejsu. Po drodze o mały włos brakłoby nam paliwa, bo Kapitan chciał sobie poprowadzić, przypominając sobie jak to się jeździ samochodem...lecz dzięki uprzejmości Francuzów obyło się bez większych komplikacji. Następną noc każdy spędził we własnej domowej koi i skorzystał w końcu z wytęsknionego jedynego na Świecie swojego kibelka...

Subiektywna ocena jachtu s/y "Nitron"

85.jpgNitron nazywany żartobliwie Potjomkinem, ze względu niezbyt estetyczną pracę spawacza połowy lat 80' jak to zresztą na porządną polską "jotkę" budowaną w głębokim komunizmie, przystało.... to tylko przegląd silnika... jest naprawdę dzielną i wzbudzającą szacunek jednostką. Mino, że wnętrze zabudowane jeszcze ciągle stylem soc-real-PKP, to jest funkcjonalne i wszystko co jest potrzebne to działa bez zarzutów. Jacht żegluje dzielnie, zaletą też jest jego niezależność, można bowiem zmieścić 400l diesla i 1000l wody pitnej, co znacznie ułatwia żeglugę po egzotycznych portach i dzikich miejscach. Ma nieprzebrane ilości zapasowych żagli, lin, fałów.
białe żagle na masztachbiałe żagle na masztach Kambuz jest urządzony bardzo funkcjonalnie, wykończony nierdzewna blacha, co ułatwia sprzątanie, zapachy też nie dostają się do pomieszczenia głownego. Na jachcie też nie brakuje prądu, są 4 wielkie akumulatory, tak że właściwie cały rejs pływaliśmy z włączonym laptopem, który zresztą jest na wyposażeniu jachtu. Na Nitronie jest też parę innych przydatnych żeglarsko bajerów jak : agregat 220V, szlifierki, wiertarki, lutownice a także rzadko spotykany już dziś sekstant. Instalacje i rozwiązania na jachcie są naprawdę zrobione z głową na karku. Maszty stoją pewnie a żagle a w szczególności grot są uszyte bardzo dobrze. Niestety silnik nie jest najmocniejszą stroną jednostki, ale przy regularnym doglądzie chodził nam bez większych zastrzeżeń i gdy go potrzebowaliśmy nie odmówił ani razu, przejechał też 200h, które z braku wiatru musieliśmy wysmrodzić.... Dużym jednak mankamentem jachtu, niby nieważnym, a jednak jak bardzo... jest pompka do kibla, którą pamięta bardzo dobrze każdy uczestnik rejsu...
Bardzo cenie też sobie bezproblemowość, układowość, kompetencję żeglarską i techniczną właściciela jachtu, co się niestety nie zawsze w polskim żeglarstwie zdarza...
Strona jachtu http://republika.pl/synitron


947Mm\216h  Lizbona - Cascais - Berlanga - Nazare - Porto - Lacoruna - Camaret sur Mer - St.Helier - Granville - St. Malo


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Krzychu Kucharski - I oficer
Marek Orzechowski - II oficer
Marcin Byrt - III oficer
Marek Pyka
Artur Bicki
Kuba Gajewski-bosman
Piechowska Eva
Ala Lachowicz
Andrzej Jaworski

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.rejsymorskie.net


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;