Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Rejs: Dookoła Skandynawii 2004
OGÓLNE INFORMACJE O WYPRAWIE:

Pomysłodawca i organizator wyprawy, kapitan jachtu:
Adam Sulewski
www.rejsymorskie.net

Patronaci:
Harcerski Klub Żeglarski Poznań
Wielkopolski Okręgowy Związek Żeglarski
Związek Harcerstwa Polskiego
Akademicki Klub Morski AZS Gdynia

kolosy Sponsorzy
Brak, prywatnie organizowana na zasadach niekomercyjnych wyprawa na czarterowanym jachcie z własnych kieszeni.

Patronat medialny:
śp. magazyn "Rejs"

Jacht:
S/Y Nitron PZ - 1305 - stalowy kecz 80m2, typ j80 dł. 13,80m,
armator: spółka "Moana"
www.synitron.republika.pl

Nagrody:
rejs roku Za rejs przyznano nam II miejsce w najbardziej prestiżowej nagrodzie w żeglarstwie polskim - "Rejs Roku" oraz wyróżnienie w Kolosach 2004!

Etapy jakie się odbyły:
1.) 13 czerwca (Świnoujście) - 27 czerwca (Bergen)
762 Mm/183,5h
odwiedzone porty: Ronne, Falsterbo Kanal, Kopenhaga, Skagen, Stavanger, Songesand, Stavanger, Kopervik, Haugesand
Kapitan: Tomek Adamczyk

2.) 27 czerwca (Bergen) - 5 lipca (Trondheim)
711Mm/244h
Odwiedzone porty: Bergen,wyspa Askrova,Floro,Sandane,Hamnen,Solvberg, Olden,Mari Nordfjord,Alesund,Runde,Valkve (wyspa Godoya), Brekstad, Orkanger, Munkholmen, Smaaland, Trondheim.
Opłynęto cały Nordfjord i z ciekawszych miejsc zwiedzaliśmy lodowiec Jostedalsbreen
Kapitan: Stanisław Gajewski

3.) 15lipca (Trondheim) - 4 sierpnia (Murmańsk-Rosja)
1204Mm/294h
odwiedzone porty: Rorvik, Broemoeysund, Renmen, Esoeya, Bado, Stamsund, Svolvaer, Harstalsjoeen, Halstad, Tromso, Baardselva, Hammerfest, Mehamn, Gramrik, Batsfjord, Vardo, Kiberg, Kirkenes.

Podczas rejsu przekroczyliśmy krąg polarny, weszliśmy do Murmańska i jako pierwszy polski jacht po upadku ZSRR zostaliśmy tam bezproblemowo odprawieni.
Kapitan: Adam Sulewski

4.) 4 sierpnia (Murmańsk) - 3 września (St. Petersburg)
1445Mm/332,5h
odwiedzone porty: Teriberka, Rynda, Ostrownoy, Archangielsk, Petromińsk, w-y Sołowieckie, Anzerski Ostrow, Bielomorsk, Nadvoicy, Povieniec, w-y Kiżi, Pietrozavock, Vozniesienie, Ładienienoje pole, Pietrokrepość.

Jako pierwszy polski jacht odwiedzono liczne porty M.Białego i płn. Wybrzeże płw. Kolskiego, przepłynięto kanał Bielomorsko-Bałtycki i największe jeziora Europy.
Kapitan: Adam Sulewski

5.) 3 września (Petersburg) - 18 września (Trzebież)
1197,5 Mm/289 h
odwiedzone porty: Kronsztadt, Vysotsk, Tallin , Helsinki, wyspa Bono-o, Visby, Świnoujście, Trzebież
Kapitan: Bartek Gajewski

Etap III - Trondheim - Murmańsk  1204Mm/294h mapa


Czerwone, rybackie domki,  na wysokich palach, oświetlone jaskrawym porannym słońcem, odbijanym przez ciemnozielone wody fiordu, otoczone stromymi górami, pnącymi się w błękitne niebo...

Norway Obraz jakich wiele w północnej Norwegii, zaskakujący i zachwycający, nie tylko ze względu na nietuzinkowe, wszechobecne góry, przepasane  wstęgą głębokiej zieleni, ale także z uwagi na niezwykłe zjawiska przyrody.
Znamienity przykład stanowi dzień polarny, który  po przekroczeniu  66°33' szerokości geograficznej determinuje zegary biologiczne oraz staje się przyczyną zatracenia poczucia czasu. Nieraz zdarzało nam się jeść śniadanie o drugiej w nocy, a każdy z nas się dziwił patrząc na zegarek...

86.jpg Rejs dookoła półwyspu Skandynawskiego nie rozpoczął się przekroczeniem koła podbiegunowego, ani zwiedzaniem pięknych, dość mocno skomercjalizowanych wysp, o wdzięcznej nazwie - Lofoty. Pomimo tego, postaram się opisać najważniejsze elementy naszej ekspedycji, możliwie dokładnie zachowując chronologię zdarzeń.

załadunek żarcia za 6000PLN Z głównym bohaterem rejsu spotkaliśmy się w Trondheim, pierwszej stolicy Norwegii, mieście uniwersyteckim, położonym około 300 km na północ od Oslo. Jego nazwa brzmiała  "Nitron" - stalowy, 13 metrowy kecz, na którym dzielna, 8-mio osobowa załoga, pod komendą kapitana Adama Sulewskiego, wyruszyła w trzytygodniowy rejs do Murmańska. Tam zakończył się I etap i po wymianie załogi Adam kontynuował podróż dookoła półwyspu, która zakończyła się pełnym sukcesem.

Trondheim

Do miasta Św. Olafa udało się tanio, sprawnie, wesoło i przyjemnie dojechać z pomocą firmy Piotra Korpeta ( Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć , tel.: +603072679). Podróż wraz z przeprawą promem (Sassnitz-  Trelleborg) zajęła nam koło 20 Ktoś nas namalował godzin, przez cały czas oczywiście wlekliśmy tez przyczepkę wyładowaną po brzegi zakupami za prawie 6000PLN, w których nawet nie brakowało Nutelli i ośmiorniczek marynowanych w puszkach. Pożywienia i peklowanego w słoikach mięsa wystarczyło więc praktycznie aż do Petersburga. Sery i inne produkty zgrzewane w foliach dały radę aż 6 tygodni, praktycznie trzeba było dokupywać jedynie pieczywo, warzywa, owoce... no i oczywiście piwko, którego nie bylibyśmy w stanie załadować na tak długi rejs...jednak aż do Murmańska udało się jakoś dotrwać na polskim browarku...W menu w części rosyjskiej pojawiały się też nieraz lokalne przysmaki, jak kawior, "sało", suszone rybki...Norwegom na zakupach nie daliśmy jednak przez te 3 tygodnie Środek nocy zarobić...
87.jpg Na miejscu byliśmy koło południa. Nitron już czekał na nas, gdzie odbywało się ostre sprzątanie właśnie znalezionym prawie nowym i naprawionym po 10min diagnozy odkurzaczem w norweskim śmietniku, który zastąpił swojego polskiego poprzednika firmy Predom, którym ktoś nieopatrznie zaczął wciągać wodę z zęzy na jednym z poprzednich rejsów...niestety odkurzacz nie dał rady... : )))
Pozostał problem noclegu, bowiem kierowca musiał się przespać, następna załoga wyjeżdżała dopiero następnego dnia rano...nie trwało jednak długo, jak złotowłosa Asia - pokładowy mistrz dyplomacji wróciła z informacją, że jak zawsze wszystko już jest załatwione : odstąpiono nam pomieszczenie socjalne lokalnego jacht klubu, gdzie znajdowały się wygodne ławy, nie wspominając już o barku, wieży stereo i innych bajerach...oczywiście wszystko za free!
Wieczorem niezbyt ostro balowaliśmy, jednak długa podróż i niemały alkoholowy wieczorek zapoznawczy na promie dały się we znaki...
Rankiem zbudził nas Valuś, który już złowił pierwszą rybę...pokaźnego dorszyka...

Pierwsze halsy...

88.jpg Od kei w Trondheim odbiliśmy tuż przed północą, czekaliśmy bowiem na Marcina, który z braku cennego czasu do nas dolatywał. Dobry humor dopisywał całej załodze. Pogoda dżdżysta, chłodno, niebo pozostawało Dzwon Nitrona złowrogie...Deszcz padał aż do rana. Niemal wszyscy polegli w końcu w kojach. Na pokładzie pozostała jedynie wachta nawigacyjna. Czarne chmury nadciągały z NW, wiatr wzmógł się do 4° w skali Beauforta...a fala ciężko przelewała się przez pokład, pędzona mroźnym wiatrem z fiordu Trondheimfjorden. Mimo ciężkich warunków jacht, w znacznym przechyle, płynął wyjątkowo stabilnie. Wiatr wzmógł się zaraz po wyjściu z fiordu...wiejąc z siłą 5-6° w skali Beauforta. Załoga uświadomiła sobie, że rozpoczął się rejs. Noc kołysania, na wyjątkowo długiej, trzymetrowej fali, pozwoliła większości ekipy doświadczyć zaszczytnej dla każdego żeglarza choroby morskiej, ograniczając tym sposobem obowiązki wachty kambuzowej do minimum.

Nad ranem

89.jpg W Rorvik zastało nas poranne słońce. Załoga w pełnym "rynsztunku kąpielowym" stanęła w rzędzie do prysznica, po czym wszyscy wybrali się obejrzeć małe, Jeszcze słońce zachodzi ciche i urocze miasteczko portowe. Rorvik przykuł szczególną uwagę trzema rzeczami: małymi drewnianymi domkami o spadzistych dachach, układającymi się w malownicze wąskie uliczki, nowoczesnym budynkiem Ośrodka Kultury i Ekonomiki, harmonijnie wpasowanym w charakter zabudowy miasta oraz białym drewnianym kościołem, z prowadzącymi doń schodami, z których rozpościerał się widok na port...a w nim nasz dzielny jacht, umęczony nocą mocnych wrażeń.

Ku fiordom Nowegii

90.jpg Do dalszej podróży przystąpiliśmy już po paru godzinach, płynąc na północ wzdłuż wybrzeża kolejnego fiordu. Tego typu żegluga ma wiele zalet i wad.
Mogliśmy w pełni upajać się pięknem skalistego norweskiego wybrzeża, często zaglądając do malutkich zatoczek i wybierając najciekawsze porty i miasteczka (nierzadko oddzielone od cywilizacji, długimi na dziesiątki mil, łańcuchami górskimi). Kołysanie ograniczyło się do sporadycznych fal tworzonych przez przepływające promy, natomiast wiatr, osłonięty przez wysoki brzeg, zelżał, w konsekwencji czego, w kolejnych dniach płynęliśmy w rytmie silnika.

91.jpg Następnym dużym miastem był Brönnöysund. Do nabrzeża dobiliśmy o godzinie 22:30. Po zakończonym obiedzie (w strefie koła polarnego zdarzało się nam jadać nawet o 2:00 w nocy, ponieważ było jasno przez całe 24 godziny - taka sytuacja wynikała z Dnia Polarnego, występującego latem w Norwegii ), ruszyliśmy do miasta. Całą grupą przemierzyliśmy kilkanaście uliczek, ale poza młodym i pijanym Norwegiem, którego trzeba było wyciągnąć z basenu portowego, gdyż sam nie był w stanie się wydostać, nic ciekawego nie udało nam się zobaczyć.

Po ciężkiej nocy spędzonej w pobliżu miejscowej dyskoteki, wykonaliśmy wzorowe odejście od kei, biorąc kurs 30° na Holandsfjorden.....Kolejnym celem załogi "Nitrona" było podpłynięcie do śnieżnego lodowca.

W drodze

W drodze z miejscowości , w której, po usilnych prośbach naszych załogantek, stanęliśmy w celu skorzystania z prysznicy w miejscowym klubie żeglarskim (taka przyjemność kosztuje w Norwegii średnio 15 NOK (ok. 8 PLN) za 6 minut- potem następuje "lodowaty prysznic"!). Postanowiliśmy połowić ryby. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. 10 minutowe łowienie dało efekt w postaci 15 dorodnych (1,5-2,5 kg) norweskich łososi. Metoda nasza polegała na zarzuceniu woblera z czterema dodatkowymi haczykami, wyposażonymi w piórka (raz nawet cztery ryby zahaczone na zestawie). Połów odbywał się z głębokości 50 metrów. Oprawienie takiej ryby nie sprawia dużego kłopotu, a smażenie jest czystą przyjemnością - jedzenie także!

Lodowiec

Owiani mroźnym wiatrem spływającym z lodowca, przybiliśmy do jego podnóża. Cała ekipa idąc na lodowiec Wyposażeni w nieprofesjonalny sprzęt, jakim była siekierka strażacka oraz długa lina z wyposażenia jachtu, udaliśmy się na mrożącą krew w żyłach (ze względu na panującą temp. otoczenia + 5°C) wspinaczkę. Po 3 godzinach zmagań, pierwszy załogant postawił stopę na jęzorze lodowca. Widoki były Adam pije wode z lodowca. przepiękne. Pod nami roztaczało się jeziorko o krystalicznie czystej wodzie, regularnie uzupełnianej przez roztopy lodowcowe, a w oddali ledwie dostrzegalny "Nitron", którego jedynie topy masztów wystawały ponad poziom nabrzeża (odpływ ok. 2 m i wysoka keja stworzyły takie wrażenie). Otoczeni byliśmy przez niemal pionowe, lodowe ściany, pełne lazurowych jaskiń i głębokich szczelin. Powierzchnia lodowca mieniła się całą gamą barw.
Dominował kolor błękitny, poprzez postać krystaliczną, aż do mlecznej bieli. Nadchodziła pora kolacji (1:30 w nocy). Zachęceni przez kapitana, nabraliśmy "niebieskiego", dobrze sprasowanego lodu do obiecanych przed południem wyśmienitych drinków...i udaliśmy się w drogę powrotną. W pobliskim lesie nazbieraliśmy prawdziwków i kozaków na kolację (norweskie lasy sprzyjają rozwojowi grzybów w porze letniej - w szczególności w iglastych zagajnikach, których w naszej podróży nie brakowało).

Tajemniczy krąg

Największą ciekawostką jest to, że lodowiec ten leży na linii kręgu polarnego (nor. Polarsirkelen). Przekroczenie tej szerokości świętowaliśmy Żarówa myje kilka godzin po wypłynięciu z Holandsfjorden (fiord z lodowcem). Kapitan, przy pomocy głośnego dzwonu jachtowego, w oparciu o GPS-a, w celu ustalenia dokładnej pozycji (66°33'),  wywołał całą załogę na pokład, gdzie na deku czekał w kieliszkach (metalowych kubkach) schłodzony rum z lodem. Pogoda deszczowa nie sprzyjała dobrym humorom, dopiero co obudzonej załogi, ale miejsce, w którym zostali wyrwani z drzemki, nieco poprawiło panującą na pokładzie atmosferę. Mimo pochmurnej pory, wszyscy byli pod wrażeniem... długo oczekiwana chwila wreszcie nadeszła.

Halsowania ciąg dalszy

92.jpg Następny dzień minął na nieprzyjemnym halsowaniu w słabym wietrze. Po 20 godzinach dopłynęliśmy do Bodö. Duże miasto portowe przywitało nas zamkniętą bramką na końcu pomostu, do którego przybiliśmy. Problem ten został szybko rozwiązany - metody dyplomatyczne okazały się lepsze od argumentu siły. Po Przekraczamy krąg polarny szybkim prysznicu (był darmowy - dyplomacja....) udaliśmy się do miasta w celu wysłania korespondencji jachtowej (też darmowej). W drodze powrotnej próbowaliśmy uskutecznić metodę wymiany handlowej: litr polskiej wódki za kilogram krewetek. Niestety miejscowy rybak uznał, że jego towar jest cenniejszy, w konsekwencji czego transakcja nie doszła do skutku (szkoda...krewetki były wyśmienite - tym razem dyplomacja umożliwiła jedynie degustację). Wódkę, jak stwierdził, w domu pędzi sam...

Następny długi hals odłożyliśmy wprost na sławetne Lofoty. Wyspy były przepiękne. Zwiedziliśmy wiele miejscowości i fiordów np. Stamsund, Harstad, czy Svolvaer, gdzie spotkaliśmy polski jacht "Politechnika" pod dowództwem kapitana Dariusza Krzemińskiego, de facto znajomym naszego kapitana. Po wspólnej zabawie (gra na gitarze) z zaprzyjaźnioną załogą i ciężkim poranku, nasz wybór padł na Trollfjorden.

Port opuściliśmy przed południem (problemem było zrzucenie cum - przy odpływie nabrzeże stało się wyjątkowo wysokie, ale poradziliśmy sobie sprawnie, wykorzystując portową drabinkę). Wieczorem byliśmy już na miejscu. Przywitały nas majestatyczne, niemal pionowe skały (ok. 300 metrów) fiordu, którego średnia głębokość wynosi niewiele poniżej 100 m. Po skalistych graniach spływały huczące wodospady, pod którymi zręcznie przepływaliśmy naszym jachtem. Krajobraz był niemal teatralny, w oddali szczyty ośnieżonych gór, ściany fiordu w zasięgu ręki, słoneczny dzień, dopełniający wrażenia, że jesteśmy aktorami, którzy grają w najpiękniejszej, jak dotychczas, scenerii norweskiej. Niestety, sztuką tym razem, było lawirowanie pomiędzy skałami... co nie do końca pozwalało nam realizować się w wyobrażanej roli...ale czy nie lepiej być błaznem grającym przed pełną salą, niż Hamletem przemawiającym do pustych krzeseł?

U wyjścia z fiordu udało nam się sfotografować orła morskiego, wspaniałego ptaka o rozpiętości skrzydeł blisko 2,5 m, który odganiany przez mewy od ich gniazda, zataczał ogromne kręgi tuż nad naszym jachtem. Widowisku temu towarzyszyły przenikliwe i niezwykle głośne mewie piski, które to właśnie zwróciły naszą uwagę. Orzeł dał za wygraną...cóż, jeden pięciu nie pokona.

Z norweskiej fauny  na uwagę zasługują również maskonury. Piękne, malutkie ptaszki, o krótkich ogonkach, białych podbrzuszach i wydatnych czerwonych dziobach. Cecha ta wykorzystywana jest przez nie do połowu ryb pod wodą.
Maskonur wyczekuje na ofiarę - unosząc się na powierzchni morza. W decydującym momencie nurkuje po swoją zdobycz. Ptaszki te można spotkać niemal na całym zachodnim wybrzeżu, a w szczególności w pobliżu niewielkich wysepek, gdzie zakładają swoje gniazda.

Wielkim zainteresowaniem cieszą się także delfiny, spotykane raczej na otwartym morzu na północny-zachód od Lofotów, chociaż nam udało się je zobaczyć już w okolicy Trondheim.

Poza tym wiele ptaków, często nieznanych nam gatunków, pojawiało się niemal we wszystkich zakątkach norweskiego wybrzeża. Na samej północy udało się też zobaczyć albatrosy.

Przystanek Hammerfest

93.jpg Do miasteczka wpłynęliśmy pędzeni silnym wiatrem. Postawiony spinaker, zrzucony prawie przed samym dojściem do kei wzbudził ogromny podziw wśród mieszkańców. Szybka kąpiel i zwiedzanie miasta. Krajobraz wyjątkowo surowy, niemal jak na Alasce. Dookoła wzniesienia,  amerykańskie samochody pędzące po kurzących się asfaltowych ulicach,... renifery spacerujące po chodnikach, Renifery w Hammerfest skwerach i parkach, a wszystko to w promieniach "zachodzącego" słońca. Taką widowiskową scenerię zawdzięczaliśmy.latu. tak, najcieplejszemu od 40 lat latu w Norwegii. To właśnie warunki klimatyczne sprawiły, że niemal wszystkie mniejsze miasteczka, do których można zaliczyć Hammerfest, wyglądały jak opuszczone. Na ulicach całkowite wyludnienie, za to restauracje przepełnione po brzegi, przede wszystkim turystami, dla których panująca w okolicy 69 równoleżnika (3 stopnie szerokości geograficznej powyżej Kręgu Polarnego!) temperatura 27o C była ciężka do wytrzymania. Nam, kurz i wysuszone powietrze, również bardzo dokuczało. Za to w innym porcie (jeszcze dalej na północ Norwegii) wykorzystaliśmy norweskie anomalie pogodowe i zażyliśmy odświeżającej kąpieli, w wyjątkowo ciepłej, jak na Morze Norweskie, wodzie o temperaturze 16o C!

Nordkapp

Najdalej na północ wysunięty punkt Europy przywitał nas wyjątkowo malowniczą scenerią. "Nitron" w ostrym przechyle, pędzony silnym, północno-wschodnim płyniemy wiatrem i oświetlony promieniami "wschodzącego" słońca (tego dnia zachodzące słońce nie zetknęło się nawet z linią horyzontu), pozwolił nam podziwiać przylądek w pełnej krasie. W takich warunkach stwarza on naprawdę niezapomniane wrażenie... Po chwilach zadumy należało powrócić do obowiązków i zarefować żagle - zapowiadała się ciężka noc, tym razem już na Morzu Barentsa, a nie Morzu Norweskim.

Mehamn

Ta niewielka wioska (1250 mieszkańców) zasługuje na wzmiankę ze względu na mieszkającego w niej polskiego lekarza Kazimierza Krawczyka. Wspaniałego człowieka, który dowiedziawszy się o naszym przypłynięciu od lokalnego Marcin gotuje rybaka, zaproponował nam gościnę, udostępnił prysznic i uraczył przemiłą rozmową o własnym życiu i zwyczajach panujących w tej części Norwegii.
Dowiedzieliśmy się, że po dziś dzień poluje się na wieloryby, renifery i łosie (liczba odstrzałów zależy od ilości pozwoleń). Dużą popularnością cieszą się ogromne kraby, o rozpiętości szczypiec nawet do 4 metrów (rekordowy złowiony w tym rejonie). Po wymianie adresów kontaktowych i skorzystaniu z prysznica, udaliśmy się w dalszą drogę.

Bätsfjord

94.jpg W kolejnym z niewielkich miasteczek północnej Norwegii spotkaliśmy Rosjanina pracującego na jednostce ratownictwa morskiego, który w zamian za Norway rozwiązanie problemu z oprogramowaniem komputera, odwdzięczył się udostępnieniem gorącego shower'a na jednostce ratownictwa morskiego.
Natomiast jego rodacy spotkani na pobliskim statku rybackim, za butelkę polskiej wódki i cztery piwa, podarowali nam ogromną rosyjską banderę, która okazała się z pięć razy większa od naszej własnej może właśnie dlatego nie było w Rosji z niczym problemów. Wymieniliśmy kontakty, wyjątkowo potrzebne w dalszej drodze i wypłynęliśmy.

Vardo

Miasto turystyczne, którego największą atrakcję stanowi najdalej na północ wysunięta forteca na świecie (Vardohus Festning), która w nienaruszonym M.Byrt stanie przetrwała aż do dziś. Samo miasteczko to również fenomen, gdyż jako jedyne w Norwegii, leży w arktycznej strefie klimatycznej. Tym razem po zwiedzaniu miasta prysznic wzięliśmy w domu miejscowego artysty, który dał nam klucze i powiedział, że mamy czuć się jak u siebie, gdyż on nie może opuścić stanowiska pracy i nam towarzyszyć. Ludzie nadal nas zaskakują....

Kirkenes

95.jpg Dobiliśmy tam rankiem, a właściwie w godzinach rannych, bo przecież w nocy też było słońce..., było bardzo ciepło i pogodnie...zanotowaliśmy rekordowe ciśnienie powietrza : 1036 hPa...
Część załogi jeszcze spała, Adam i Paula udali się na krótki rekonesans, a Żarówie coś odbiło...bo zrobił dla całej załogi "zajebiste" chruściki posypane cukrem pudrem...do tego taką ilość, że mogła najeść się cała zgraja...
Chruściki przyczyniły się też do zrobienia w końcu porządku w jajkach, których kupiliśmy za dużo...nie skończyło się oczywiście bez rzucania... : )

Kirkenes,  jako miejscowość przygraniczna, oblegana przez turystów, którzy przyjeżdżają do niego przede wszystkim na zakupy, samo w sobie, nie zrobiło na nas ogromnego wrażenia. Zauważalne są w nim ogromne wpływy rosyjskie, o czym świadczą chociażby szyldy sklepowe i nazwy ulic m.in. w tym języku.

Nie lada atrakcją też było spotkanie prawdziwych wikingów, pływających w trojkę na jachcie wielkości i wyglądu naszej Cariny. Jacht wydawał się w ogóle nie przygotowany, wszystko na "aby, aby" , zbędne rzeczy jak np. światła nawigacyjne po prostu nie  działały, na koszu dziobowym przyczepione zostały poroża renifera, między którymi, jak nam potem Adam opowiadał, pojawiło się popiersie Lenina - jako galeon, załatwione z muzeum w Archangersku...a jednak pozory mylą, bowiem to już kolejna wyprawa tego jachtu s/y BerserkII, tym razem podobnie jak my dookoła Skandynawii, po udanych na Horn i dookoła Spitzbergenu (www.wildvikings.com).

...No a tak w ogóle to nasza wizyta w Kirkenes zaczęła się od policji...zaraz po dobiciu na nasz pokład wszedł mundurowy...w Norwegii ...trochę zaskakujące.
...Policjant zaczął wypytywać czy znamy się z "Vikingami" bo podobno przypłynęliśmy z tego samego portu, czy coś o nich wiemy i w ogóle...byliśmy zdziwieni o co chodzi...wyjaśniło się dopiero podczas imprezy w Archangersku podczas kolejnego etapu.
David - "King of Animals" narodowości USA, bo to jego właśnie Policja Norweska ścigała, szukając go nawet na Nitronie : ) zupełnie nieświadomie nie wykupił zezwolenia na przebywanie na Spitzbergenie, gdzie s/y Berserk II był przed wizytą w Kirkenes. Mimo tego David robił zdjęcia lwom morskim i innym stworom i jak twierdzi rozmawiał z nimi...(polecam zobaczyć fotę na ich stronie...). Król Zwierząt ścigany przez norweską policję został wysadzony przez załogę jachtu na niewielkiej osamotnionej wysepce koło Kirkenes z racją żywnościową na kilka dni...tak że policja Norweska została po prostu zrobiona po prostu w jajo...Davida zgarnęli w drodze do Rosji, gdzie mu już nic nie groziło : )
"Vikingowie" nie mogli wytrzymać ze śmiechu jak się dowiedzieli że nawet nas pytali na komisariacie o nich i ze policjant szukał Davida na Nitronie...szczególnie jak Adam im zacytował text który sprzedał oficerowi policji: " nie, nie znam ich, nawet nie słyszałem, ale z tego co Pan mówi nie mogę się doczekać by ich niebawem poznać..."
Nitron spotykał ich potem już prawie w każdym porcie, zaliczając z nimi niezliczoną ilość imprez. Z opowieści Adama w swoim podejściu do życia, "baletach" i zachowaniu byli po prostu wikingami... www.wildvikings.com

Kirkenes okazało się też największym naszym osiągnięciem związanym z wyszukiwaniem prysznicy :  kąpiel w remizie miejscowej straży pożarnej połączona z sauną, oczywiście wszystko za free ...

MYPMAHCK

Około 20min przed portem macierzystym Kurska powitał nas 60m statek Russian Cost Guard, okrązyli sobie nasz jacht, Adam pogadał z nimi po angielsku przez UKFkę, pooglądali sobie przez lornetkę, opalające się w promieniach niezachodzącego słońca nasze dziewczyny pomachali przyjaźnie i popłynęli dalej...
96.jpg Murmańsk leży wgłębi około 25-milowej zatoki, do której nie sposób nie trafić ponieważ już przy ujściu wypełniona jest olejem i śmieciami. Po drodze mija się tajną bazę naładowaną lotniskowcami, torpedowcami i łodziami podwodnymi - Svieromorsk, a następnie kieruje podążając za dokładnymi wskazówkami, precyzującymi nasz kurs co do stopnia "Murmańsk radio piać" do "morskij vagzał", gdzie niecierpliwie już na nas czeka ekipa celników i innych ludzi poprzebieranych za leśników : )
Ropa w Murmańsku Okazało się jak zwykle więcej strachu niż problemów. Tata Adama pomógł nam wysyłając przepisowo fax na wskazany numer o naszym przybyciu 48h i 24h przed, do tego wiedział o nas prezes lokalnego jacht klubu- Aleksjej ( który był co prawda dopiero 50km od Murmańska na pobliskim jeziorze). Owe dane udało się zdobyć od Kpt.H.Wolskiego, będącego w Murmańsku w 2002 przy okazji przejścia  północno-wschodniego na niemieckim jachcie DAGMAR AAEN. (www.arved-fuchs.de )
Tak, że uprzedzając gospodarza o naszej wizycie zostaliśmy przywitani przyjaźnie i miło a nie z "kałaszami"...
Po bezproblemowej, choć długiej i przepełnionej stosami bezsensownych papierków, w rubrykach których doradzano nam wpisywać nieraz po prostu cokolwiek...(jachty zagraniczne traktowane są tam w każdym porcie tak samo jak statki).
 Odprawie celnej i paszportowo-wizowej, "zakrapianej" kończącym się zapasem polskiego piwa, udało się w końcu dobrnąć do celu.
Także niespecjalnym problemem okazał się bak wizy jednej z naszych załogantek, która świadomie postanowiła wykorzystać porozumienie o tranzycie bezwizowym. Mianowicie posiadając ważne bilety na całą podróż aż do Polski, nie trzeba mieć wizy, podróż nie może trwać jednak dłużej niż 7 dni.
Niron został zaparkowany longside do barki - państwowej stoczni remontowej dla mały statków. Tak, że pod nosem mieliśmy prysznic, ochronę, wodę, prąd oraz...bardzo szybki internet na pierwszym piętrze w biurach...oczywiście wszystko w myśl braterstwa słowiańskiego...

 Nasze wrażenie nie było najlepsze już w momencie schodzenia z jachtu stojącego w porcie, w którym  podczas odpływu wyglądało jak po katastrofie ekologicznej tankowca. Wszechobecna ropa była niemal na wszystkich elementach portowych, łącznie z naszym jachtem i całą powierzchnią wody...na szczęście dla Rosjan prąd norweski płynie z zachodu na wschód...

Miasto również turystycznie pozornie mało ciekawe. Z zabytków warto wymienić jedynie ogromny pomnik żołnierza rosyjskiego na wzgórzu za miastem. Poza tym to na ulicach dominował kurz, spaliny i szybko jeżdżące samochody...zupełnie coś nie dla turysty z przewodnikiem Pascala...a jednak tętniło tam życie, wyraźny szok kulturowy w porównaniu z prawie już wymarłą cywilizacją Norwegii. Wszędzie imprezy, muzyka, młodzi ludzie, piękne Rosjanki...a niby ta sama szerokość geograficzna...

Kapitan sam w Murmańsku...

Tak się złożyło że musiałem zostać sam jeden dzień wraz z jachtem w Murmańsku.
Bliskość stoczni remontowej i zaprzyjaźnionych robotników, brak problemów natury formalnościowej, wizyta zaprzyjaźnionego Aleksjeja na pokładzie, dodały otuchy i dały możliwość ulotnienia się załogi, której znacznie bardziej na rękę było szybciej być w znacznie ciekawszym mieście - St. Petersburg.
Dzień zaczął się od napełniania zbiornika ropą. Idąc za radą pracowników stoczni postanowiłem wlać do zbiornika nieco droższe paliwo (ok. 1,1zł za litr), sprzedawane na stacjach samochodowych, a nie to powszechnie dostępne na kei dla statków.
Kapitan się zaplątał Problem był jednak taki, że trzeba było wlać aż połowę z 400l zbiornika...Z pomocą jednak przyszła Maria- sekretarka w państwowym biurze stoczni. Za to że wymieniłem jej prywatnie 400dolarów na ruble, po znacznie lepszym dla mnie i dla niej kursie bankowym, zaraz zorganizowała mi beczkę wypełnioną po brzegi czystym dieslem przywiezioną prosto ze stacji na łyżce ogromnej koparki...
Beczkę ustawili na pobliskiej kei... i teraz radź sobie sam. Najpierw trzeba było przestawić się jachtem gdy pływ był wysoki, co było nielada sztuką  w pojedynkę, mając w perspektywie pranie cum, gdy jedna wpadnie do wody z unoszącym się na niej olejem...
Następnie uciąć ok. 5 m węża jachtowego do wody by w końcu nim zaciągnąć ropę z beczki do zbiornika...fuuuj ... ale się udało... Gdy nieopatrznie rozlało mi się trochę ropy, bynajmniej nie robiłem z tego paniki i nie neutralizowałem tego ludwikiem...nie tworzyła się już bowiem nowa plama wokół jachtu...to co pływało i tak pokrywało całkowicie powierzchnię... : )
97.jpg Południe spędziłem śpiąc, robiąc zakupy w mieście, zmieniając olej i filtry w silniku i ostatecznie sprzątając gruntownie jacht. Wieczór minął przy tzw. "integracji z Bobem" przy promieniach niezachodzącego słońca i spoglądającego na nas z góry pomnika Lenina, na którą zostałem już rano zaproszony przez mniej więcej rówieśników, pracowników stoczni remontowej...
O 0600 dnia następnego pojawiła się nowa ekipa...

Posłowie

Norwedzy to wyjątkowo gościnni i pomocni ludzie. Przekonaliśmy się o tym w miejscowości Tromsö (znanej bardzo dobrze z wielu ekspedycji na Biegun Północny, które się w niej rozpoczynały i niestety nie wszystkie kończyły), kiedy to po krótkiej rozmowie naszej załogantki Asi z pracownikiem pobliskiego hotelu "Comfort Hotel" (de facto, najdroższego w mieście), okazało się, że bez problemu możemy skorzystać z hotelowych łazienek, nie wnosząc żadnej opłaty (szczyt dyplomacji jaki udało się osiągnąć!). Identyczna sytuacja miała miejsce na początku rejsu w Trodheim, gdzie do naszej dyspozycji był cały domek miejscowego komandora klubu. Kapitan i krówka...

Chciałem również podkreślić, że język angielski, za pomocą którego się porozumiewaliśmy, jest powszechnie znany, dlatego jadąc do Norwegii warto go znać chociażby na poziomie podstawowym ... no chyba że ktoś zna norweski albo potrafi dobrze chrząkać : ) Ułatwia to ogromnie komunikację z mieszkańcami, którzy są zawsze skorzy do rozmowy i  chętni do pomocy.

W kwestii czysto żeglarskiej, mogę wymienić kilka ważnych spraw. Przede wszystkim, w niemal w każdym porcie są gniazdka z prądem 230 V (jedynie należy mieć własny kabel), uzupełnianie wody pitnej nie stanowi żadnego problemu, a kwestia opłat portowych zależy od umiejętności dyplomatycznych załogi lub takowych opłat w ogóle nie ma (jeśli są - to sporadycznie).

Na zakończenie dodam, że w miastach norweskich nie ma obawy, że zostanie się napadniętym lub okradzionym - w każdym bądź razie, na pewno nie przez rodzimych mieszkańców. Panuje wyjątkowo spokojna atmosfera, a zamykanie jachtu na "noc", której i tak nie ma... (pora letnia) jest co najmniej bezcelowe.


1204Mm\294h  Rørvik, Broemoeysund, Renmen, Esoeya, Badø, Stamsund, Svolvaer, Harstalsjoeen, Halstad, Tranisø, Baardselva, Hammerfest, Mehamn, Gramrik, Batsfjord, Vardø, Kiberg, Kirkenes


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Joanna Fiedler (Asia)
Walenty Sasim (Valuś)
Michał Ratajczak (Żarówa)
Marcin Byrt (Chlebek z Nutellą)
Paula Puacz
Magda Kątniak (Madzia)
Michał Straczyński (Antonio Bandreras)
Włodzimierz Głodowski


Niektóre cytaty z rejsu:
    Antonio do Marcina w kambuzie: "Jeżeli myślisz, że ja przygotuje wszystkie składniki a ty je połączysz, to jesteś w błędzie..."
    Antonio do Marcina, gdy ten próbował zrobić jajka sadzone na gotowanej wodzie : "Nie tylko wkurwiają mnie twoje eksperymenty kulinarne, ale także, to że muszę po nich sprzątać"
    Ktoś do Żarówy piszącego na laptopie: " ...nie pisz, że kolor biskupi..."
    Antonio: " Żaro , wyłącz sobie wreszcie komplikator poranny"
    Włodek podczas dyskusji, że właściwie wszystko można określić słowem  "jebać"- "...a wiecie jak się mówi, że ktoś zrobił coś ponad plan, czy godziny pracy : NAD-JEBAĆ"
    rozmarzona Madzia o swoim lubym do Żarówy na wachcie: "...jakbyś go widział..." Zarówa : " ...zakochałbym się !"
    Valenty: "zachód kończy się dziś wschodem"
    Valenty: określenie posiłku składającego się z zupki kuxu: "chemioterapia"
    Z kabuza : "jaką chcesz Valuś kanapkę?...Vanetny: "6x9"
    "...dalej Valuś pospiesz się, zwijaj tą wędkę robimy zwrot, dalej, szybciej..." Valenty: "...weź kij i napierdalaj : )..."
    Valenty: "....dziś kambuz nie robi śniadania, bo jest szwedzki stół..."
i wiele innych : )

Etap IV - Murmańsk - St. Petersburg  1445Mm/332,5h

Przez lądy do morza


     Zbudowany w latach 1932-33 łączy M.Białe z jez. Onega i M. Bałtyckim. Przy budowie Wykorzystano korzystne położenie jezior i rzek. Skraca on drogę wodą między Sankt Petersburgiem a M.Białym o około 4 tyś. km. Składa się z 19 śluz o łącznej długości z jeziorami 221 km. Początkowo wszystkie śluzy były drewniane, dopiero od 1966 roku zaczęto modernizować je w betonowe konstrukcje (ostały się tylko pojedyncze drewniane śluzy). Część południowa kanału o dł. 10 km i różnicy poziomów 70 metrów nazywa się Povienskaja pestincza, natomiast odcinek północny czyli "bielomorskij" ma dł. 189 km i różnica poziomów wynosi 103 metry.

Na początek pociąg

98.jpgMorska wyprawa Murmańsk Petersburg zaczęła się w... Petersburgu. Tam dowiózł nas bus linii autobusowych EuroLines z niewielkim, 9. godzinnym opóźnieniem. Dotarliśmy na dworzec Ładoski, gdzie czekał upragniony pociąg. Mimo, że mieliśmy bilety 3. klasy (plackartynyje), to pierwsze wrażenia znacznie Śniadanie na granicy rosyjsko-łotewskiejprzewyższyły nasze oczekiwania. Wnętrze wagonu niewiele różniło się od naszych kuszetek, pomijając dość znaczący fakt, że nie było podzielone na samodzielne przedziały. Nasi współpasażerowie, po krótkiej wymianie grzeczności, zabrali się za ścielenie łóżek i niemal natychmiast zasnęli. Obserwowaliśmy te działania z lekkim zdumieniem. W końcu w Petersburgu - śpimy w małym parku koło dworca autobusowego ;) Gdzie słynna rosyjska podróż z niekończącymi się rozmowami, wzajemnym częstowaniem wódką i domowymi specjałami? Chcąc, nie chcąc i my położyliśmy się spać. Za to rano, wszystko wróciło do zgodnej z wyczytanymi wcześniej opisami normy. Na pierwszym przystanku zostaliśmy otoczeni przez tłumek miłych babuszek, które chciały nas wzbogacić wytwarzanymi przez siebie dobrami. Pierożki (czyli paszteciki), plemieni (czyli pierożki), suszone ryby, lody i napoje wszelakie. Zakupy znacznie poprawiły nam humory i rozwiązały kwestię śniadania. Krajobraz zmieniał się powoli, a słońca blask coraz krócej mącił nocy cień...
Murmańsk. Jesteśmy. Szukamy Dworca Morskiego, tam ma stać Nitron. Poszukiwania nie były długie - jest, przycumowany do barki w pobliżu budynków miejscowej stoczni remontowej. Wchodzimy na pokład, przywitanie z Adasiem - kapitanem rejsu i jesteśmy. Część lądowa naszej wyprawy zamknięta.

Gorad-gieroj i Flota Północna

99.jpgPo zaokrętowaniu szybki prysznic, zakupy i wyruszamy w egzotyczne okolice Murmańska. Pierwszym punktem programu miał być Lapoński Rezerwat Przyrody. Ustalone wcześniej połączenie autobusowe okazało się być nie do końca aktualne, wiec Wagon trzeciej klasy jest bez przedziałów zaczęliśmy rozglądać się co nieco po dworcu, wypytywać kierowców i przechodniów. I tak nastąpiło nasze pierwsze spotkanie z Federacją Rosyjską. A dokładniej z Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB). Podeszło do nas trzech cywilów w towarzystwie mundurowego policjanta i poprosiło o paszporty. Na grzeczne pytanie po co im one, i kim oni właściwe są, jeden z nich lekko konspiracyjnym tonem powiedział: FSB. Trzeba było widzieć jego zdumienie, kiedy usłyszawszy owo hasło - zaklęcie, miast pochylić głowy i wykonać polecenia, twardo zażądaliśmy okazania legitymacji. Tak czy inaczej skończyło się na komisariacie kolejowym, gdzie dość sympatyczny pan dokładnie spisał nasze dane, wypytał o szczegóły podróży i wreszcie wytłumaczył, że do rezerwatu, to jest 200 km autobusem i jeszcze kawałek pieszo. Zmieniliśmy zatem plany: zamiast reniferów obejrzymy okręty podwodne w Siewieromorsku. Wsiedliśmy w busa i ruszyliśmy do odległego o 15 km miasta. Udało nam się dotrzeć jedynie na punkt kontrolny, gdzie żadne groźby, ni prośby nie pomagały. Wracać i koniec. Pozostał nam spacer po Murmańsku, który jest normalnym europejskim miastem, wprawdzie z wielkim pomnikiem Lenina, ale z ładnymi, szerokimi ulicami, wysprzątanymi placami, no i najpiękniejszymi dziewczętami po tej stronie kręgu polarnego!!! Rzeźnik : )

O 17.00 zaplanowaliśmy wyjście. Wszystko gotowe, więc zgłaszamy się przez radio. Każą czekać na kogoś z kapitanatu. Przychodzi miły, starszy pan, z teczką dokumentów. Robimy odprawę jak normalny statek handlowy. Po niecałej godzinie wszystko już załatwione, więc chcemy wypływać. Nie takie to łatwe. Pomimo tego, że rejs jest po wodach wewnętrznych i bez opuszczania terytorium Federacji Rosyjskiej, musimy jeszcze zaliczyć odprawę pograniczników i celników. Każą czekać. Przychodzą, weseli i uśmiechnięci, wypełniamy niezbędne dokumenty. To oni teraz pójdą do siebie, wyślą faks do Petersubrga, potwierdzą i odniosą dokumenty. OK, czekamy.
Mija godzina, dwie, trzy. Wołamy przez radio, cisza, nic nie wiadomo. Mamy czekać. W końcu mundurowi pojawiają się z powrotem. Następnego dnia koło południa. Mogło być gorzej, słyszeliśmy historię o francuskim jachcie, który dwa lata temu czekał dwa tygodnie na pozwolenie wyjścia, do tego załoga musiała być cały czas na pokładzie, bo zaraz mają przyjść... Wraki : )
Oddajemy cumy. Ruszamy przez wody zatoki Kolskiej, nazywanej przez nas żartobliwie Murmańsk-fiordem na upragnione Morze Barentsa. Woda to jednak zbyt optymistyczne określenie. Raczej starannie rozmieszany roztwór oleju, ropy i śmieci. W innych rejonach takie zjawisko nazwano by katastrofą ekologiczną i przystąpiono do akcji ratowniczej. Tutaj najwyraźniej jest to traktowane jako "naturalny" porządek rzeczy. Nad wszystkim góruje potężny pomnik radzieckiego żołnierza, który (żołnierz, nie pomnik) otoczony przez hitlerowców rozerwał się granatem wraz z otaczającymi go wrogami. To dzięki niemu Murmańsk mógł w czasach ZSRR nosić dumnie tytuł "Gorod - gieroj". Wdzięczność mieszkańców widać z każdego miejsca miasta.
Nad miastem króluje 5-o piętrowy pomnik NN Żołnierza Po drodze mijamy Siewieromorsk, bazę marynarki wojennej. Flota Północna nie przedstawia się jednak zbyt okazale, choć wszystko tu atomowe. Wraki okrętów podwodnych (jest nadzieja, że już nie radioaktywne), krążownik Piotr Wielki dumnie stojący przy głównej kei. Okręty podwodne (te ciągle jeszcze sprawne) skutecznie ukryte przed wzrokiem niewtajemniczonych. Wcześniej przyglądamy się słynnym atomowym lodołamaczom Rosija i Arctica. Te niepozorne pomarańczowe stateczki potrafiły dopłynąć aż na biegun północny. Za Siewieromorskiem odpalamy ostentacyjnie spinakera z napisem Poland - to za długą odprawę graniczną.
Wreszcie wypływamy na Morze Barentsa. Wita nas milutki, czysty deszczyk, który zmywa z pokładu zapach oleju i ropy. Popychani łagodnym 3B od lądu, ruszamy na wschód. Powoli nastaje noc, czyli robi się lekko szaro. Mimo, że to już początek sierpnia trudno tu mówić o zmroku. Trudno też zapomnieć w jakim państwie się znajdujemy. Na horyzoncie pojawia się kształt statku otoczonegy chmurą dymu. Zbliżamy się do siebie, już widać charakterystyczny zarys kadłuba i światła: pionowo ustawione czerwone-białe-czerwone. To słynny "Admirał Nikołaj Kuzniecow", jedyny taki lotniskowiec. Na chwilę przestał dymić, jakby chciał nas przepuścić.

Urocze porciki Półwyspu Kolskiego

100.jpgWpływamy do niewielkiego portu - Teriberka. Totalnie zaskoczony młody pogranicznik zupełnie nie wie, czy pozwolić nam tutaj cumować. Wszczyna standardową procedurę sprawdzającą, tzn. ściąga błyskawicznie przełożonych, którzy po sprawdzeniu dokumentów, wykonują telefon do Murmańska z zapytaniem czy "jachtaocedurk" okazuje sie jednak, że wszystko jest oczywiście w porządku, ale i tak nie możemy wyjść na ląd (powodów nie podali), więc stawiamy żagle i w asyście groźnych cumulusów odpływamy. A szkoda, bo zapowiadało się, że zobaczymy jak wygląda "prawdziwe życie" na Północy.
Miejsce na odludziu było zamieszkałe Na pełnym morzu w odległości 2-3 mil mija nas okręt podwodny, a tuż przy burcie baraszkują bieługi, czyli kilkumetrowe walenie, które nie trudno zauważyć, ponieważ są zupełnie białe. Kierujemy się do Ryngi, maleńkiej wioski wolnej od wszędobylskich żołnierzy Armii Czerwonej. Ze względu na brak kei stajemy burtą do skał, zakładamy cumy na samodzielnie stojące bloki skalne. Pierwsza grupa wspina się 10 metrów w górę, by sfotografować jacht. Docieramy do wioski, a właściwie jedynej dobrze utrzymanej chaty zamieszkanej przez trzech sympatycznych Rosjan i kota. Reszta domostw stoi pusta i mocno zniszczona. Słuchamy z zaciekawieniem opowieści o przeszłości osady i samotnym życiu z dala od ludzi, spacerujemy po przepięknej okolicy. Nagłe załamuje się pogoda. Za gęstymi chmurami i mgłą niknie słońce, robi się zimno oraz tężeje wiatr. Wracamy na Nitrona, a z całej załogi tylko Trzech Śmiałków bierze kąpiel w lodowatych wodach Morza Barentsa. Zjedzony czosnek i łyk wody ognistej skutecznie chronią przed przeziębieniem.Panorama...
Ze względu na gęstą mgłę nie wpływamy do położonego wśród licznych wysepek i groźnych skał Kandałaksiego Rezerwatu. Temperatura nie rozpieszcza. W mesie 10° C - tylko nieco cieplej niż na pokładzie. W zagłębieniach klifów leży śnieg. Cała załoga ciepło ubrana trzyma wachtę na pokładzie. Dobijamy do kolejnego miastecza - Ostrownoj. Szare i zeszpecone budynki nie budza naszej sympatii. Nie zdążyliśmy dobrze wyjść na keję, gdy zjawili się nasi ulubieni pogranicznicy. Dostaliśmy zgodę na "zwiedzanie" miasta. Znaczyło to, że dwie osoby w asyście żołnierzy odbyło krótką wycieczkę GAZ-em do sklepu po niezbędne produkty, by zaraz wrócić na Nitrona. Reszta załogi pilnowana przez uzbrojonego młodzieńca nawiązywała ciekawą rozmowę z miejscową babuszką oraz rozdawała słodycze ciekawskim dzieciom. Zaopatrzeni w kawior, sało (soloną słoninę), ciemny chleb i wódkę odpływamy. Robi się całkiem spora fala, na tyle dokuczliwa, że część załogi rezygnuje z wyśmienitej soczewicy oraz ośmiornic z puszki.
podejście do Archangerska Pomysł zwiedzania Nowej Ziemi wybijamy sobie z głowy. Po wszystkich uciążliwych kontrolach pograniczników rozumiemy, że zapłynięcie tam bez pozwolenia skończyłoby się prawdopodobnie dla nas więzieniem. Tym bardziej, że Nowa Ziemia to obszar prób nuklearnych! Następnego dnia dopływamy do ujścia jednej z wielu rzek wpadających do Morza BarentsaW sklepie niczego nie brakuje, żołnierz cały czas nas pilnuje i usiłujemy znaleźć miejsce do cumowania w jej ujściu okolonym fantastycznymi wzgórzami. Szerokie koryto zachęca do kolejnych prób przyjrzenia się bliżej rosyjskiej Północy. Lecz również i tu służby graniczne nie śpią. Natychmiast jesteśmy wywoływani przez radio, co więcej, by zwrócić uwagę wystrzeliwują w naszym kierunku czerwone rakiety. Kiedy głębokość pod kilem spada do 0,7 m. wykonujemy zwrot o 180° i obieramy, już ostateczny kurs na Archangielsk. By wynagrodzić sobie stracone atrakcje urządzamy "ruskie popołudnie". Na pokładzie wachta kambuzowa serwuje pyszny ciemny chleb, kawior, ogórki na pół kiszone, na pół konserwowe, czosnek oraz sało, na które załoga początkowo patrzyła z pewnym obrzydzeniem, ale po degustacji z dobrze schłodzoną wódką okazało się hitem rejsu. Humory dopisują mimo, iż próby złowienia choćby niewielkiej ryby kończą się totalnym fiaskiem.
Mijamy Tersko-Orłowskij Półwysep i wpływamy na Morze Białe. Przekraczamy po raz drugi koło podbiegunowe. W porze nocnej jest ciągle jasno, przez co zatracamy poczucie pór dnia. Wiatru jak na lekarstwo. Ku uciesze całej załogi wizytę składa nam śliczna młoda foka, która z zaciekawieniem myszkuje wokół jachtu. Niestety strzelby nie mieliśmy na pokładzie... :-)

Miasto Archaniołów

     Skutecznie odstraszeni przez pograniczników bierzemy wreszcie kurs na Archangielsk. Popychani łagodnym wiatrem i coraz bardziej leniwym Prądem Norweskim przesuwamy się powoli na wschód. Wiatr słabnie zupełnie, mimo postawionego spinakera posuwamy się z nie szybciej niż 2 węzły. Mijają kolejne dwa dni. Do Archangielska zostało 40 Mm, zaczyna porządnie dmuchać i na reszcie wychodzi słońce. W sporym przechyle wchodzimy na tor wodny prowadzący do Miasta Aniołów. Stawiamy zielonego spinakera i w tych pięknych okolicznościach przyrody sączymy zimną "Baltikę 7". Niespodziewanie sielanka zostaje przerwana przez wystrzeloną z łodzi patrolowej w naszym kierunku czerwoną racę. Błyskawicznie zwijamy żagle i podpływamy wyjaśnić o co chodzi. przed banią stał dziadek z witkami brzozowymiNa szczęście okazuje się, że papiery mamy bez zastrzeżeń, więc odpływamy. Po kilku godzinach cumujemy w jacht klubie "Nord" zaliczając tuż przed podejściem mulistą mieliznę, która nie okazała się jednak pięciometrowa, jak zapewniał krzyczący żeglarz z brzegu... Witają nas sympatyczni Rosjanie i poznani na III etapie Norwegowie - załoga norweskiego jachtu "Berserk II", którzy podążają ta sama trasą (zobacz opis etapu III i stronę - www.wildvikings.com !). Kiedy tradycyjnie zostajemy poddani drobiazgowej i przydługawej kontroli pograniczników, na jacht wpada wesolutki, w hełmie wikinga Norweg Jarle,Rosjanki : ) robi mnóstwo zamieszania i zaprasza wszystkich, również pograniczników na swój jacht. Rosjanie odmawiają, choć nie przychodzi im to łatwo.
Wieczór kończymy imprezą integracyjną u norweskich żeglarzy. Ranek wita nas niezbyt dobrymi wiadomościami. Okazało się, że wchodząc do Archangielska złamaliśmy wszystkie możliwe przepisy tzn. wpływaliśmy na żaglach, nie mieliśmy pilota na jachcie oraz nie skontaktowaliśmy się z "Radiotraffic", bo jak to w Rosji bywa oczywiście zagraniczne jachty są traktowane na równi ze statkami... Dzięki pomocy poznanego dzień wcześniej Vladika, otrzymaliśmy najniższy możliwy sztraf czyli 500 rubli - dla porównania wynajęcie pilota kosztowałoby nas 600 rubli. Idąc za ciosem nasz kapitan zapytał, czy można by, bez wynajęcia pilota opuścić Archangielsk, i od razu z tego tytułu zapłacić karę. Niestety nie przeszło.
Trzy dni spędzone w tym mieście zaczynamy wizytą w miejskiej bani czyli rosyjskiej łaźni. Zregenerowani i pełni werwy gościmy na Nitronie smacznym obiadem znajomych Rosjan i Norwegów. Jest wśród nich Siergiej, skromny właściciel 16 kutrów -przetwórni, miłośnik sztuk walki organizujący zawody K-1, fanatyk żeglarstwa, który chciał kupić tutejszy jacht klub, ale brak dobrej woli zarządu uniemożliwił mu zrealizowanie tego ambitnego planu. Morskie opowieści kończą się nad ranem. Drugiego dnia cześć załogi jedzie do Małych Korieł, gdzie zwiedza Muzeum Architektury Drewnianej, natomiast pozostali pod okiem Siergieja poznają miasto, degustują napój o nazwie kljukva i poznają sympatycznych mieszkańców miasta. Trzeciego dnia zjawia się długo oczekiwany przez nas Jura (Rosjanin z Archangielska, który studiuje w Poznaniu) w towarzystwie ślicznej, długonogiej Maszy. Niestety w dalszą podróż płynie tylko Jura. Podejmujemy na pokład kolejnego załoganta z przydziału - pilota. Robimy pamiątkowe zdjęcie z Vladikiem oraz Siergiejem a następnie razem z norweskim "Berserkiem" opuszczamy Archangielsk.

Bania w lesie

101.jpgZ Archangielska wyszliśmy już przy wydatnej pomocy pilota - wiecznie uśmiechniętego Kima, lat 65. Nad ranem Jura wypowiada magiczne zaklęcie i mamy piękną słoneczna pogodę oraz rześki wiatr, widok na drewnianą wieśktóry zaprowadza nas do odciętej od świata, malowniczej wsi - Pietromińska. Dobijamy burtą do zacumowanego przy kei promu. Od razu zjawia się gromadka wesołych, umorusanych dzieci. Trzech najbystrzejszych służy nam za przewodników. Mijamy porzucony na brzegu wrak drewnianej łodzi, skorodowane żelastwo i ogromne beczki. W całej wsi stoją tylko dwa murowane budynki, reszta to drewniane chałupy, niektóre utrzymane w należytym stanie, inne rozpadające się, krzywe od wiatru na wszystkie strony. Bierzmy kąpiel w niezbyt ciepłym Morzu Białym. Znajdujemy prawdziwą wiejską banię, zbudowaną z drewnianych bali. Wita nas lekko nietrzeźwy, ale sympatyczny gospodarz. dzieci...nie nasze : )Po krótkiej rozmowie okazuje się, że podczas służby w armii przez 2 lata stacjonował w Świnoujściu. Jego radość ze spotkania z Polakami była tak wielka, że specjalnie dla nas przygotował łaźnie. Tym razem kąpiemy się w tzw. "czarnej bani", która swą nazwę bierze od tego, że piec, który nagrzewa pomieszczenie wypuszcza cześć dymu do środka izby, stąd ściany są całe czarne. Wchodzimy do pomieszczenia tak małego, że co chwilę ktoś nabija sobie guza o sufit. W pariłce czyli łaźni na rozgrzane w palenisku kamienie dolewamy piwa i po chwili w cełej bani unosi się zapach chmielu. Bierzemy przygotowany wienik (związane gałązki brzozowe) i chłoszczemy się nawzajem. Zabieg bolesny, ale w skutkach przyjemny i pozwalający pozbyć się skórze toksyn. Warto dodać, że w rosyjskiej bani jest dużo goręcej niż w fińskiej saunie. Uzdrowieni na ciele, korzystamy z zaproszenia gospodarzy i degustujemy rosyjską wódkę uzdrawiając tym samym nasze dusze. Słuchamy prawdziwego karelskiego języka i niesamowitych opowieści snutych przez siwego staruszka z długa brodą o służbie w artylerii w 1944 pod Lublinem. Wracamy na jacht okupowany przez miejscową młodzież, wyraźnie zaintrygowaną niecodziennymi goścmi. Chwila refleksji i znów wyruszamy w morze. Wypływamy pod dużą falę, co nie przeszkadza to dzielnemu kukowi przyrządzić wybornego dorsza zakupionego od miejscowych rybaków.

Łagry i monastyr

102.jpgBierzemy kurs na Wyspy Sołowieckie, miejsce, gdzie aparat represji państwa radzieckiego na chwilę tylko przerwał ciągłość istnienia 500-letniego monastyru. Dopływamy od strony północnej, gdzie nie ma żadnej przystani ani wsi, rzucamy kotwicę i na małym pontonie kupionym już w Rosji za 2500 rubli ćwiczymy desant. Wiatr osłabł, jest cicho i spokojnie. Jura za steremSłychać tylko bzykanie żarłocznych komarów. Wśród malowniczej tundry stoją trzy chaty. W środku więzienne prycze, niezliczona ilość butelek, resztki chleba, puste puszki, stakancziki. Widok jak po pijackiej orgii. W jednej z sieni "idą dwa trampki", tylko ciała brak, a w około kałuża zaschniętej krwi. Wszystkich nurtuje pytanie, co za makabryczne rzeczy tu się działy. Po zmroku próbujemy płynąc dalej, jednak okazuje się że jest odpływ był na tyle duży że jacht utknął na mieliźnie. Wywozimy na naszym północne wybrzeże Wysp Sołowieckich maleńkim pontonie 30kg kotwicę i 25 metrów łańcucha, co zajmuje nam jakieś 20minut mozolnego wiosłowania. Po dwóch godzinach triumfujemy. Jacht schodzi z mielizny (duża, a może i cała : ) w tym zasługa zbliżającej się wysokiej wody) i możemy ruszyć w dalszą drogę.
Nieśmiało budzi się dzień. Nad Sołowkami widać krwistą łunę zwiastującą wschód słońca. Widok jakbyśmy wpływali do piekła, które zgotowali kiedyś mieszkańcom łagrów ich nieludzcy oprawcy. Dziób regularnie tłucze falę. Refujemy grota, biorąc przy tym niespodziewany prysznic i zakładając akwarium w kaloszach. Rano dobijamy do głównego portu największej wyspy - Kremla. Zwiedzamy kompleks monastyrów i przepiękne cerkwie. Ilość ikon, relikwii męczenników, trumien ze zwłokami świętych mężów zgromadzonych w jednym miejscu świadczy o randze tego miejsca. Wieczorem bierzemy udział w nabożeństwie, które odprawia przybyły z Archangielska arcybiskup.mnisi
Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie wyspy. Organizujemy małą wyprawę do Ogrodów Botanicznych Chutor Gorka, założonych przez mnichów w 1822, które są jedyną tego typu uprawą usytuowaną tak daleko na północy. Hoduje się tu między innymi: pomarańcze, arbuzy czy smakowite truskawki. Niestety słynne owoce już zjedzone!!! Trzeba było przyjeżdżać wcześniej. Ruszamy dalej, na Wyspach Sołowieckich wielki remontudaje nam się podłączyć do jakiejś wycieczki i "załapujemy się" na objazd wyspy. Docieramy na Sikirną Gorę, która według legendy został wycięta siekierą przez dwóch aniołów. Zamykano tu więźniów a kiedy umierali z zimna i głodu ich ciała zrzucano z pobliskich schodów. W miejscu, gdzie się zatrzymywały stoi teraz krzyż upamiętniający wszystkich zmarłych, położony przez patriarchę Rosji. Oglądamy kolejne cerkwie, pozostałości po łagrach, wzgórza z panoramą archipelagu. Wieczorem wracamy do portu i kolejny raz rozkoszujemy się dobrodziejstwami rosyjskiej bani.
Następnego dnia płyniemy na świętą wyspę Anzajskij, na odwiedziny której udało się uzyskać specjalne pozwolenie, próbujemy stanąć przy boi i niestety znowu z powodu rosyjskich, mało dokładnych map zaliczamy kolejną mieliznę. Schodzimy dzięki pomocy ochroniarzy wyspy (!), którzy bączkiem wywożą nam kotwicę. Również dzięki nim dostajemy się na ląd. W niewielkim domu obok cerkwi mieszka trójka mnichów, którzy urządzili tam sobie pustelnie. Oglądamy cerkiew z niezliczoną ilością ikon, które srogo spoglądają na nas ze ścian. Na wzgórzu nad pustelnią jest remontowana właśnie murowana cerkiew, wyraźnie górująca nad wyspą. Obok niej słynny cud - brzoza rosnąca dokładnie na południku Betlejem, której gałęzie układają się w kształt krzyża.

Prosto w kanał

103.jpgOpuszczamy Sołowki i przy sile wiatru 7B gnamy w kierunku Biełomorska. Rozpoczynamy naszą kanałową odyseję. Załatwiamy wszystkie formalności związane z przejściem rosyjskiej śródlądowej drogi wodnej. Między stertą koniecznych pozwoleń mieści się smutna dla nas, choć wcześniej ustalona i wiadoma, konieczność pierwsza polska bandera w tym miejscu! - opłata ok. 1000 USD, oczywiście w rublach. Jeszcze tylko kontrola sanitarna - pytania o pościel i lodówkę, ścieki oraz sposoby utylizacji odpadów i możemy płynąć. Tankujemy 300 litrów ropy, bierzemy na pokład pilota i ruszamy.
Kanał Białomorsko-Bałtycki był największą atrakcją, ale i przeszkodą dla naszego rejsu. To właśnie niemożność uzyskania wymaganej zgody na jego przejście powstrzymywała dotychczasowe próby okrążenia Skandynawii. Pierwsza śluza robi wielkie wrażenie. Betonowa, z ruchomymi pływakami, do których cumujemy. Przy wrotach niewielka, niebieska budka obsługi. Krótka rozmowa pilota przez radio i już - woda się podnosi, a my razem z nią. Otwierają się przeciwległe wrota i wypływamy. Po wszystkim.
podczas noclegu w śluzie Płyniemy dalej przez wąski tor wyznaczony nabieżnikami i bojkami, które nawet świecą w nocy. Stawiamy żagle, co pozwala odetchnąć nieco silnikowi. Robi się coraz ciemniej, wpływamy do kolejnej śluzy i tu zostajemy na noc. Niezwykłe miejsce. Jak ogromny, betonowy garaż tylko dla naszego jachtu. Cisza, odrealniające światło lamp, gwiazdy i cień wsi.
Kolejne dni, kolejne śluzy. Niektóre z nich drewniane, budowane w latach 30., mocno już zniszczone. Większość jednak odremontowana, betonowa. Podziwiamy przyrodę Karelii, małe wsie położone na brzegach jezior.
Zanim dopłyniemy do Onegi cumujemy na kilka godzin we wsi Nadwoicy. Bez pośpiechu tułamy się po ciekawych zakątkach, rozmawiamy z miejscowymi rybakami i łapiemy w pyski słonko. Przed nami ostatnie 7 śluz. W niektórych raczą nas wesołą muzyką. Wreszcie mijamy ostatnią i przed nami rozpościera się drugie co wielkości jezioro Europy.

Na jeziorach

104.jpgWpływamy na Onegę i ... wracamy do morskiego żeglowania. Horyzont niezakłócony, fala całkiem spora, tylko te bryzgi wody jakieś takie mało słone... Cumujemy na "jajko" w Poweńcu, pierwszej napotkanej wsi. Bierzemy zbiorową kąpiel w czystej zatoce, degustujemy miejscowe Japivo, na głównej ulicy w otoczeniu przechadzających się środkiem szosy Adamlicznych krów, które za nic mają jeżdżące samochody. Znowu świetnie wieje, więc nie tracimy czasu i ruszamy w piękną gwieździstą noc w kierunku wyspy Kiżi. To pradawne miejsce kultu, obecnie cały jej obszar stanowi muzeum wpisane na listę UNESCO. W centralnym punkcie wyspy stoi Sobór Przemienienia Pańskiego z 1714 r., klejnot architektury rosyjskiej z 22 kopułami i pięknymi ozdobami. Obok cerkiew Opieki Matki Boskiej z 19 kopułami. Obchodzimy pozostałe budynki skansenu - XIX wieczne chaty wiejskie, przeniesione tutaj z okolic nad jez. Onega. Poznajemy 82 letnią, niesamowicie energiczna babuszkę, która wskazuje nam drogę do czasovnij - wzgórze ze śliczną cerkwią. 22 kopułyIdziemy razem z poznaną Francuską i miło sobie rozmawiamy. Widok z czsownij rewelacyjny, dlatego też zatrzymujemy się tu dłużej i kontemplujemy krajobraz. Kupujemy karelskie winogrona (czyli porzeczkoagrest), żegnamy się z nową koleżanką i po założeniu drugiego refa na grocie mkniemy do Pietrozawodska. Dziób co chwilę wbija się w falę, dosyć dużą jak na warunki jeziorowe. Pierwszy raz Nitron bierze kąpiel w słodkiej wodzie. Pęka stalowy fał foka. Sprawnie przepinamy żagiel na drugi, zapasowy fał i płyniemy dalej. Rano docieramy do Fabryki Piotra czyli Pietrozawodska - stolicy Karelii. Spędzamy tutaj owocnie jeden dzień. Podczas poszukiwań warsztatu, gdzie można naprawić fał, poznajemy w miejscowym jachtklubie dwóch Rosjan, koniecznie chcących wychylić z nami kilka głębszych. Po kilku kolejkach musimy grzecznie, ale stanowczo podziękować, bo jak się okazało ich zakusy na picie były większe niż się spodziewaliśmy. Piszą jednak list do znajomego - "złotej rączki", prosząc go by gratisowo naprawił nasz fał, co też czyni, a wszystko w imię przyjaźni polsko-rosyjskiej. Po drodze zwiedzamy interesujące, prywatne muzeum, gdzie mieści się dokumentacja wypraw tutejszych żeglarzy dookoła Skandynawii i po Morzu Śródziemnym, na replikach XVIII łodzi budowanych przez Piotra I. Wieczorem po długiej wędrówce po mieście balujemy w kinie-dyskotece do białego rana. Witamy Nikolaja - nowego, dużo sympatyczniejszego pilota. Przy refrenie: "Pietrozawodsk, to jest miasto na anielskim brzegu" ruszamy przez Onegę na rzekę Svir, rozkoszując się naleśnikami z karelskim winogronem i gruzińskim winem.
Niestety, jesteśmy trochę spóźnieni i będziemy musieli położyć grotmaszt aby przepłynąć pod mostami. Wpadamy na moment po mleko do wsi Wozniesienie, gdzie mieszkańcy wożą wodę do domostw rowerami a brykające kozy "terroryzują" mieszkańców.
o Kiżi: http://users.erols.com/bcccsbs/eeurope/Russia/kizhi.htm


Przygody na Świrze

105.jpgTeraz rzeka Świr wijąca się między lasami. Silny nurt, więc trzeba uważać przy sterowaniu. A przederuch znaczniejszy wszystkim jesteśmy już na Wołgo-Bałcie, drodze wodnej łączącej Morze Bałtyckie z Wołgą i dalej Morzem Czarnym. Znacznie więcej tu statków, w przewężeniach mijam się w odległości kilku metrów. Wreszcie przydaje się pilot, który kontaktuje się z mijanymi statkami, ustala miejsca i sposób mijania. Dają się we znaki problemy z silnikiem, który gubi obroty, traci moc.
obsługa dźwigu Po drodze słuchamy arcyciekawych opowieści pilota o życiu w Rosji, dwuletniej służbie na okrętach podwodnych w Murmańsku, o zimnej wojnie i innych rzeczach. Nadszedł moment kładzenia masztu. Ku naszemu zdziwieniu cała operacja położenia 18 metrowej "pałki" zajęła nam jakieś 45 minut i obyło się bez ofiar w ludziach oraz sprzęcie. Z pozostawionym bezanmasztem przeprawiamy się przez olbrzymią śluzę o skoku wody ok. 12 metrów i nerwowo czekamy czy miniemy bezkolizyjnie most. Udało się. Pchani silnym i zmiennym prądem płyniemy jakby pijani w dół rzeki. Zaczyna coraz mocniej padać, zanurzamy się w noc. Widać już tylko światła bojek farwateru, nabieżników i parachodów, z którymi mijamy się regularnie w odległości 10 metrów, co wywołuje spory dreszczyk emocji. Nagłe silnik słabnie, a prosto na nas płynie jakiś statek. Zmieniamy kurs, a ów statek robi to samo. Wnioskujemy, że widząc nasze lewe, gdzie dyskoteka...czerwone światło (a przy braku topowego wraz z całym grotmasztem) wziął nas za boję, których konserwacją się zajmował. W ostatnim momencie pilotowi udaje się przez UKF-kę skontaktować z tajemniczym obiektem i bezpiecznie się mijamy. Cała wachta wachta tylko cicho klnie, nie mówiąc już o pilocie, który puścił taka wiązankę, że zrozumieli nawet ci, co ni w ząb nie znali rosyjskiego.
Przyczyną zajścia był oczywiście brak białego światła masztowego, bo masztu przecież nie było...
To nie koniec naszych nocnych przygód. O mały włos, a skończył by się one tragicznie. W pewnym momencie silnik po raz kolejny stracił obroty. Wrzuciliśmy luz, by go przegazować. Ciemno, zbliżamy się do zakrętu rzeki, z naprzeciwka idą dwa statki. Prąd znosi nas w kierunku statków, brak sterowności, jacht obraca dziobem pod prąd. Próbujemy na powrót wrzucić bieg i... zacina się manetka. Szybka akcja: zdejmujemy pokrywę silnika, by wrzucić bieg ręcznie. Udaje się, ale... mamy wsteczny. Statki coraz bliżej, pilot krzyczy do nich przez radio. Natychmiast rzucamy kotwicę. Udało się, trzyma. Stoimy na środku szlaku, statki w międzyczasie zatrzymały się i czekają. Naprawiamy bieg, wyrywamy kotwicę i ruszamy. Ufff...

Do Petersburga

106.jpgWpływamy na największe jezioro Europy. Trzeba przyznać, że nasze Śniardwy to bajorko w porównaniu z Ładogą. Wszyscy biorą kąpiel i bawią się przy tym jak dzieci. To już tradycja, że na jeziorze mamy bardzo dobry wiatr i dużą falę. W księżycową jasną noc przecinamy ruchliwy farwater i powoli zmierzamy ku końcowi naszej podróży. prawie w PetesbuguMijają ostanie godziny rejsu pod żaglami. Załoga sączy zabójczą "Baltikę 9". W doskonałych humorach spędzamy dzień i noc w Pietrokriepoście. Błyskawicznie, wprawieni kładziemy oba maszty, by już nie czekać dwóch dni na termin otwarcia mostu, a być wcześniej w Petesburgu. Płyniemy Newą w pełnym słońcu i przy świetnym jazzie z radia Ermitaż. Ostatni raz mijamy norweskiego "Berserka" i dopływamy do przemieści Petersburga. Częścią załogi zawładną Morfeusz, reszta podziwia czteromilionowe miasto. Mijamy ogromne fabryki, 153 kapitan...motorówki ;)Cerkiew Zwiastowania i Sobór Św. Trójcy, rezydencję metropolity oraz mnóstwo budynków rodem z epoki socrealizmu. Ale przez to wszystko przebija się również odnowione na trzechsetną rocznicę miasta obchodzoną w zeszłym roku mnóstwo budowli z lat Piotra Pierwszego. Po prawej słynne więzienie Kresty, Dworzec Finlandzki z pomnikiem Lenina, krążownik Aurora, Twierdza Pietropawłowska. Tuż przed mostem na wysokości Ermitażu wciska się pomiędzy nasz jacht i wycieczkowiec rozpędzony wodolot, zostawiając tylko 3 metry wolnego z każdej burty. Zaraz po tym, otwieramy szampana i butelka krąży wśród szczęśliwej załogi. Jeszcze tylko ostatnia awaria silnika, widok na monstrualnej wielkości wojskowego poduszkowca w suchym doku, postawienie obu masztów i dopływamy do jacht klubu na Piotrowskiej Wyspie. Szczęśliwi schodzimy na ląd. Witamy Vladimira, który załatwiał dla nas wszystkie dokumenty niezbędne do przepłynięcia kanału. Ostatnią noc spędzamy w centrum Petersburga. O godz. 02.00 otwierane są mosty dla statków idących jak po sznurku, w równych 200 metrowych odstępach. Widok niesamowity.
Tak oto zakończyła się trwająca cztery tygodnie fantastyczna podróż przez Karelię. Wracamy do kraju, a w głowach już snują się kolejne plany.


1445Mm/332,5h  Murmańsk - Teriberka - Rynda - Ostrownoy - Archangielsk - Petromińsk - w-y Sołowieckie - Anzerski Ostrow - Bielomorsk - Nadvoicy - Povieniec - w-y Kiżi - Pietrozavock - Vozniesienie - Ładienienoje pole - Pietrokrepość - St. Petersburg


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Andrzej Jaworski
Marek Troszyński
Janek Iżykowski
Wojtek Iżykowski
Tomasz Bartkowiak
Wojtek Sulewski
Łukasz Andrzejewski
Tomek Wronko
+Juri Fedoruszkow (Archangielsk-Bielomorsk)

Historia Kanału Białomorskiego

Kanał Białomorski, którego siedemdziesięciolecie wypadało w zeszłym roku, został zbudowany w ciągu zaledwie 20 miesięcy. Jego długość wynosi 227 kilometrów, ma 19 śluz, pokonuje wzniesienie 103m najpierw w górę, potem 95m w dół do jeziora Onega. Wykopano 2,5 ml m3 skalnego gruzu, 21 mln m3 ziemi.
From: M. Gorky, L. Averbach, S. Firin (eds.), Belomorsko-Baltijskij Kanal imeni Stalina. Istorija stroitel'stva. 1931-1934 gg. (s.l., 1934), after p. 84. Budowniczymi kanału była armia skazańców. Przede wszystkim chłopów podlegających rozkułaczaniu w dobie kolektywizacji, więźniów politycznych oraz potomków dworzan, oficerów i inteligencji. Między nimi znaleźli się m.in. przyszły akademik Dmitrij Lichaczew, śpiewaczka Lidia Rusłanowa oraz wielu innych w tym inżynierowi starej szkoły, nie potrafiący przystosować się do "socjalistycznego systemu gospodarowania". Wśród budowniczych najliczniejsza jednak kategorią byli złodzieje, bandyci, odpracowujący swoja karę. Ci, którzy nie mieli zawodu, uczyli się na miejscu różnych specjalności, głównie bandyckich, które potem można było wykorzystać - pod warunkiem że udało się przeżyć.
Podczas budowy kanału zginęło też bardzo wielu Polaków, oddaliśmy im uroczysty hołd jako płynący pierwszą jednostką pod biało-czerwoną banderą.

Photo from collection Karelian State Regional Museum, Petrozavodsk W historię kanału wpisali się główni budowniczowie - inż. N.I.Chrustaliew, jego zastępca K.A.Wierzbicki, O.W. Wiaziemski (autor unikalnej drzewnoziemnej konstrukcji śluzy 11, która chociaż drewniana, działa do dziś), K.M.Zubrik, prof. W.N. Masłow którzy w braku metalu zbudowali drewniane wrota śluzy, nie mające odpowiednika nigdzie na świecie - Kanał powstał w czasach, kiedy nie było ani materiałów, ani maszyn, ani mechanizmów - wszystko zostało wykonane ręcznie przez robotników. Czeliści, nakazując budowę kanału w 20 miesięcy, nie zapewnili ani techniki, ani zaopatrzenia, ani odzieży ani ochrony. Jedynym "sprzętem" jakim dysponowano na początku bodowy była taczka, potem samodzielnie zbudowane dźwigi. Łopat i siekier było za mało. Dopiero później pojawiła się kolejka wąskotorowa.
Prace rozpoczęto bez gotowego projektu. Rozkaz był kopać szybko i tanio - więc głębokość kanału została ograniczona do 3 m (dzisiaj pogłębiona, wynosi 4), więc kanał był niedostosowany dla dużych jednostek. Z pośpiechu dochodziło do awarii. Śluza nr 12 została Photo from collection Karelian State Regional Museum, Petrozavodsk napełniona wcześniej niż powinna, z naruszeniem zasad technologii, wrota puściły, i cześć prac trzeba było wykonać od nowa. Od końca 1932 roku roboty szły nieustannie 24 godziny na dobę, pracowano na 2-3 zmiany. A dla podniesienia ducha pracujących więźniów grała nawet orkiestra - również z więźniów stworzona...
Photo from collection Karelian State Regional Museum, Petrozavodsk W maju 1933 roku po kanale przeszły pierwsze jednostki - pogłębiarka i parostatek "Czekista". 27 czerwca podpisano akt przyjęcia kanału do eksploatacji, a 2 sierpnia wyszło postanowienie SowNarKomu o otwarciu kanału i nadaniu mu imienia Stalina. Po co więc za cenę nieprawdopodobnego wysiłku budowac kanał, który jest nieprzystosowany dla dużych statków, a więc nieprzydatny na większą skalę nikomu? Najwyraźniej nie były tu istotne cele ekonomiczne, a ewentualnie obronne, jako szlak dla statków wojennych idących na [sievier] pónoc i daleki wschód - ale przejść mógł nim co najwyżej stawiacz min. Dlaczego więc taki pośpiech i półtoraroczny termin wykonania budowy? Dlaczego nie pięć lat ? albo siedem? Pytań jest mnóstwo. Kanał nie miał służyc celom ekonomicznym ani politycznym, a przede wszystkim miał być demonstracją mocy wobec własnych obywateli. W dobie polityki GPU dla celów partyjnych stawiano tego rodzaju zadania gospodarcze, które potem musiały zostac zrealizowane w założonych z góry terminach.
Photo from collection Karelian State Regional Museum, Petrozavodsk Ile ludzkich istnień pochłonęła ta "budowa stulecia", o której wspomina każdy, kto choć raz widział charakterystyczne papierosy "Biełomory"? nie wiadomo do końca, część dokumentacji w archiwach jest w dalszym ciągu tajna.
W roku 1974 Sołżenicyn napisał, że zginęło tam około 250 000 ludzi - czyli jeden człowiek na metr wybudowanego kanału. I taka wersja jest przyjęta na Zachodzie. Ostatnio w publikacjach zaczęły się pokazywać mniejsze cyfry. Iwan Czuchin, pułkownik milicji i dziennikarz, mający dostęp do różnych dokumentów w książce "Kanałoarmiejcy" mówi o 50 000 ludzi Według innych dokumentów przy budowie kanału zmarło 84 504 osób. Część zginęła w wypadkach, część zamordowano, część rozstrzelano. Statystyka ta nie obejmuje jednak wolnych budowniczych którzy zmarli, tych którzy umarli potem w łagrach, zmarli w wyniku choroby, w trakcie transportu.
Niech ci, którzy płyną kanałem, mają tego świadomość!

tekst z rosyjskiego żeglarskiego miesięcznika "Kapitan klub" przetłumaczony przez Milkę Jung


więcej na stronach:
http://www.iisg.nl/collections/belomorkanal/index.html
http://msms.essortment.com/historyrussiag_rfpb.htm

Jak udało się uporać z formalnościami

107.jpg Idea okrążenia Skandynawii krążyła już wiele lat w polskim żeglarstwie, problem stanowiło to, że Skandynawia nie jest wyspą, tylko półwyspem, przez który przekopany jest pozornie niedostępny kanał Białomorsko-Bałtycki. Nikt tak do końca nie wiedział czy ten kanał naprawdę istnieje, czy jest tylko propagandą Związku Radzieckiego, czy dziś jest jeszcze czynny, utrzymany, czy śluzy działają...postanowiliśmy jednak podjąć próbę zrealizowania tej rewelacyjnej pod względem turystycznym trasy.
Wszystko zaczęło się rok temu podczas imprezy w Lizbonie, przy okazji wymiany załogi etapowego rejsu do Casablanki, gdy natrafiliśmy przypadkiem na rosyjski katamaran Blagovest, który stopniowo realizował wyprawę okrążenia kuli ziemskiej. Zaprzyjaźnieni bracia z Kraju Rad powiedzieli, że kanał jednak jest w pełni sprawny i że da się go spokojnie przepłynąć nawet bez kładzenia masztu, dali mi również kontakty do paru Rosjan związanych z żeglarstwem.
Początki były żmudne, w internecie można było znaleźć jedynie szczątkowe informacje dotyczące kanału, a z podanych e-maili nie wiele można się było dowiedzieć.
Na szczęście z czasem udało się cudem dotrzeć do Anglika Rai'a Glaistera, który kilka lat temu przepłynął kanał, będąc pierwszą zachodnią jednostką na tej trasie.
kanał od strony Onegi Z czasem pojawiły się też kontakty do różnych życzliwych Rosjan, którzy udzielali cennych informacji dotyczących formalności związanych z żeglugą po rosyjskich wodach wewnętrznych. Okazało się, że kanał i jeziora są dostępne dla obcych jednostek pod warunkiem uiszczenia opłaty około 1000 dolarów i posiadania na pokładzie pilota. Tańszym i bardziej niezależnym rozwiązaniem było przerejestrowanie polskiego jachtu na banderę rosyjską. W opinii rosyjskich żeglarzy było to jednak zbyt ryzykowne. Pieniądze bowiem wtedy nie idą bezpośrenio do Zarządu Kanału Białomorskiego, tylko do instytucji zajmującej sie rejestracją i inspekcją "małomiernych" jednostek w Rosji. Obsługa kanału dopatruje sie wtedy na każdym kroku naruszenia przepisów czy braktu dopełnienia formalności, mogąc w każdej chwili zawrócic jacht. Zdecydowaliśmy się więc na droższy, ale pewniejszy wariant. Nie mogliśmy bowiem dopuścić do tego, żeby znaleźć się w Bielomorsku, prawie 4000Mm od Polski i usłyszeć: NNNIET!
Koszt 1000USD podzielony na cała załogę właściwie umknął w kosztach całego, 28 dniowego etapu, którego cena na jedną osobę ze wszystkim zamknęła się w 3500 zł.
Newralgicznym punktem było też znalezienie kontaktu do Vladimira I., Rosjanina z St.Petesburga, który zawodowo trudni się pomaganiem obcym jachtom w załatwieniu wszelkich dokumentów związanych z wizytą w "Wenecji północy", hobbystycznie zajmując się tez skomplikowanymi formalnościami jakie należy spełnić przepływając kanał Bielomorski pod "innostancką" banderą. Gdyby nie Vladimir, wyprawa mogłaby nie dojść do skutku...
Adam Vladimir zaczął ostro działać, potrzebne już w marcu były wszelkie dokumenty jak listy załogi z dokładnymi danymi, łącznie z telefonami do miejsc pracy itp.(oczywiście jak czegoś nie było wpisywaliśmy cokolwiek...), wszelkie kserokopie dokumentów jachtu i wiele innych rzeczy. Niezmiernie podobały się Rosyjskim urzędnikom strosy dokumentów polskiego jachtu, które w porównaniu z np norweskim, były cała teczką a nie jednym papierkiem : )
Były momenty, że Vladimir pisał, że prawdopodobnie nic z tego, że Zarząd Kanału coś kręci... jednak 3 tyg. przed wyjazdem busem do Trondheim dostałem oficjalny fax, że jest zgoda...
prawie w Petesbugu Kontakt do "odpowiedniego człowieka" w Murmańsku, gdzie wymienialiśmy załogę miałem do Kpt. H. Wolskiego, który dwa lata temu przy okazji przejścia północno-wschodniego na niemieckim jachcie DAGMAR AAEN. Należało zwyczajnie wysłać fax do władz portowych o naszym przybyciu i o dziwo nie było z niczym problemu. Wszyscy czekali na Nitrona z otwartymi rękami.
Podczas całego rejsu ani razu nie zapłaciliśmy z nic łapówki!!!
Vizy jednak załatwiliśmy chyba nie do końca legalnie...ciężko by było bowiem brnąc w las kolejnych dokumentów by zapraszał nas np. rosyjski jacht klub czy uniwersytet. Ktoś znalazł jakiś kontakt do firmy turystycznej polsko-rosyjskiej w Warszawie, która za 100zł ze wszystkim od osoby po prostu załatwia vizę w paszporcie...na granicach nie było problemu, jednak jak próbowaliśmy się skontaktować z przedstawicielstwem tej firmy w Petersburgu w celu przedłużenia wiz o 3 dni, okazywało się ze takowa agencja w ogóle nie istnieje...
Całe przedsięwzięcie ułatwiało też to, że miesiąc przed nami, tą sama trasę robił Norweg Solhoi Rune, byliśmy z nim w kontakcie, gdyby jego zawrócili, nie zdecydowalibyśmy się płynąc na wschód od Murmańska...

Nie taki diabeł straszny, jak go malują

108.jpg Z perspektywy czasu śmiało mogę powiedzieć, że Rosja to wacale nie taki znowu straszny kraj i znacznie więcej było obaw tam płynąc niż kłopotów na miejscu.
Udało się przecież bez najmniejszych problemów zrealizować plan rejsu, we wcześniejszych latach też bez najmnieszego oporu byłem jachtem w Ptersburgu i Kalingradzie...

Musze powiedzieć, że nie zgadzam się z krytycznym podejściem do Rosji jakie prezentuje wielu ludzi, być może wynika z tego, że dawno albo w ogóle tam nie byli...

Należało dopelnić wszelkich formalnosci, różne kontrole nie da sie ukryć, że nieraz były uciążliwe, choć i też śmieszne, zawsze kończyły sie pomyślnie, bo mieliśmy niezbędne dokumenty i wszystkie papiery w porzadku i wszystko było załatwione wcześniej.
Wszekie kontrole były tylko w okolicach Murmańska...no bo tam przecież jest wojsko, nie ma się wieć czemu dziwic! W USA byłoby przecież tak samo gdyby kręcic się jachtem w okolicach baz wojskowych o ile w ogóle nas by tam wpuszczono...
NA M.Białym żeglowało sie pod tym względem tak samo jak na Bałtyku.

podczas noclegu w śluzie Nie uwazam ze nasz rejs byl tylko "jednorazowym kaprysem Rosji", był po prostu przykładem poprawnego dopełnienia wymaganych formalności. Nad ogranizacją rejsu pracowałem cały rok.
Po prostu do plywania tam trzeba się wczesniej przygotować, wszystko pozałatwiać i wtedy nie ma problemu.
Pewnemu polskiemu żeglarzowi, który swego czasu wpłynął na Nefrycie do Murmańska chcąc kontynuować trasę na wschód i przez kanał się moim zdaniem nie udalo, ponieważ źle się do tego zabral, nic nie przygotował wcześniej, nikogo nie powiadomił, po prostu popłynął tak samo jakby chciał odwiedzić Nexo czy Sassnitz, a nie miasto północnej floty Rosji...
Nowy pilot - Michaiłł Nawet nie zglosil sie przez UKFkę, nie mowiac już o powiadomieniu wcześniej listowinie tak specyficznego gospodarza. Wpływajac w środek rosyjskiej bazy Floty Północnej nagle sam na malym jachcie z dziwną banderą...też bym go aresztował... : )
Również tegoroczna załoga jachtu North Explorer, która próbowała płynąc trasa taką jak Nitron, tylko zaczynając od Petesburga, świadomie zdecydowała sie jednak brnąć dalej będąc w pełni świadomym, tego że nie mają UKFki z rzeczynymi częstotliwościami na pokładzie i wszystkich papierów do końca czystych. Również trudno jest udawać Rosjan, nawet gdy się zmieni banderę jachtu...
Vladimir - człowiek który pomógł nam i pragnął im dopełnic wszelkich formalości z całym sercem odradzał płynięcia na takich zasadach North Explorerowi...nie posłuchali i nic dziwnego, że zostali zawróceni...

Sam kanał jest otwarty dla turystow, wszyscy mile witają i są życzliwi, cieszą się że korzystasz z ich uslug i chcą dla ciebie jak najlepiej. np gdy był zepsuty most, koszty dźwigowania pokrywał Zarząd Kanału...

Koszt 1000usd jest akuratny jak na usluge, ktorą oferują, choć mogłaby być dobrowolnosc w korzystaniu z pilota.
Z drugiej jednak strony pilot jest niezmiernie pomocny, komunikuje sie z śluzami, załatwia mapy, pokazuje ciekawe miejsca, opowiada ciekawostki z historii i przyrody. Na Świrze i Newie jest szalony ruch, bez pilota byłoby naprawde ciężko. Dla mało doświadczonego żeglarza czy kogoś pływającego z rodziną a nie "bandą chłopa" o przeprawie bez pilota nie byłoby mowy, być może z tego też założenia wychodzi Zarząd Kanału Białomorskiego. Gdyby znieśli obowiazkową uslugę pilota dla zagranicznych jednostek, komuś, kto tam płynie pierwszy raz, radziłbym jednak z niej skorzystac.

22 kopuły Sami nie mieliśmy żalu wydania tych 1000usd już po przeplynieciu kanału, choć zapłata na wejściu wydała nam się zwykłym haraczem a pierwszy pilot aż do Petrozavodzka, szpiegiem. Usluga była jednak warta wydania tych pieniedzy. Co prawda na samym kanale nie da sie ukryć że pilot jest zbędny w przypadku gdy zna się rosyjski i umie porozumiewać się z obsługą śluz jednak przydal się on nam bardzo, szczegolnie na rzekach z wartkim nurtem i mnóstwem statków.

1000usd za 10 dni 24h pracy człowieka + 19+2sluzy i 200km kanalu obiektywnie nie jest wygurowaną ceną, a podzielona na calą zalogę, nie stanowi przeszkody finansowej w zrealizowaniu tak malowniczej i ciekawej turystycznie trasy. Również rejsy do Kalingradu i Petesburga wspominam bardzo miło.

Nie było z niczym problemu, trzeba jednak dopelnić pewnych formalosci, które stawia strona rosyjska i wtedy jest wszystko w porządku. Po prostu moze nie żylem za długo w komunizmie i niewiele pamiętam i może dlatego mam inne spojrzenie na ten kraj...
Zachęcam do pływania w tamte strony i liczę że choć jednen polski jacht popłynie zrealizować tak ciekawą pod wszystkimi względami trasę jak Nitron w tym roku!

Papierosy Belomorkanal białomorsk

To charakterystyczne papierosy bez filtra, których cena waha się w granicach 60gr za paczkę.
Swą nazwę zawdzięczają kanałowi. Na pudełku widzimy schemat wszystkich śródlądowych dróg wodnych Rosji, widzimy też to że Moskwa jest portem aż pięciu mórz, co okazuje się prawdą...
Rosjanie mówią jednak: więcej ludzi zabiły Belomory niż Stalin, który kazał budować sam kanał...

Locja kanału Białomorsko - Bałtyckiego

109.jpg Kanał łączy morze Białe z Jeziorem Onega. Jego długość wynosi 227 kilometrów, ma 19 śluz, pokonuje wzniesienie 103m najpierw w górę, potem 95m w dół. Przejście jachtem zajmuje nam koło 3 dni. Można oczywiście płynąć w tempie expresowym też nocą, bowiem wszystkie śluzy okazują się być czynne 24h i ważniejsze znaki nawigacyjne pokazują światła.
Szkoda jednak tracić niesamowitych widoków jakich dostarcza nam otaczająca, dziewicza , malownicza przyroda. Kanał bowiem biegnie środkiem tajgi i naprawdę jest niesamowicie!
dopływamy do pierwszej z 19 śluz kanału Napotykamy też gdzieniegdzie różne miasteczka położone nad brzegiem jezior, bez problemu znajdujemy tam keję i możliwość zaopatrzenia się w lokalnym sklepie w najpotrzebniejsze towary.

Drogę wodną stanowi sieć połączonych śluzami jezior, tylko miejscami płyniemy przekopanym kanałem szerokości ok. 40m. Na niektórych jeziorach udaje się postawić żagle, musimy się jednak nastawić na częste używanie silnika.

Śluzy często dwukomorowe, pokonujące nieraz po paręnaście metrów różnicy, są szerokie (koło 20m), tam że jotką można było stanąć z zapasem w poprzek. Woda napełnia się powoli, jeżeli przycumujemy do zamontowanych na szynach i unoszących się wraz z poziomem polerów. Najlepiej jest stanąć na środku komory śluzy, wtedy unikamy zawirowań wody i praktycznie wystarczy nam przytrzymanie się bosakiem, lub jedną cumką. Śluzowanie nie trwa dłużej niż 10-15min.
pierwsza polska bandera w tym miejscu! Trzeba jednak przyznać że są odcinki gdzie zagęszczenie śluz (w sumie 19) jest spore, co nie daje zbytnio wypocząć wachcie nawigacyjnej...

Wszystko jest idealnie oznakowane i utrzymane, jednak są to rosyjskie znaki żeglugi śródlądowej nieznacznie różniące się od naszych śródlądowych: strona lewa jest czarna a prawa czerwona, znaki kardynalne są biało - czarne a nabieżniki jak to po prostu zwykłe nabieżniki. Na każdym jeziorze jest dokładnie oznaczony farwater.

w kanale obowiązuje zakaz fotografowania ;) Na jacht dostajemy na wyposażenie pilota, którego musimy karmić, poić oraz dać mu miejsce do spania. Jeden pilot jest z Bielomorska do Peterozavodska, tam jest zmiana, i drugi pilot prowadzi nas do Petesburga.
Na temat samego pilota rozpisałem się w tekście akapit wyżej
Wraz z pilotem na jacht wkraczają UKFa z rosyjskimi częstotliwościami śródlądowymi (ta morska zupełnie przestaje być potrzebna), oraz potrzebne mapy na jeziora, oraz dokładny atlas kanału.

część śluz jest drewniana Paliwo i wodę bez problemu tankujemy w Bielomorsku, należy się "dogadać" z lokalnymi i kupić beczkę ropy, która niestety trzeba przelać do baku wężykiem zaciągając się lub wiadrem. Nie spotkałem się w Rosji z tym żeby ropa była jakaś zanieszczyszczona czy złej jakości, natomiast jej cena waha się w granicach 1-1,5 zł / l

Ruchu na kanale praktycznie nie ma, przez 3 dni minął nas prom i jedna barka. Jedną noc spędziliśmy przycumowani w zamkniętej śluzie, bowiem nie spodziewała się ona "klientów" w najbliższych paru dniach...

Płynąc kanałem mijamy jedynie jeden zwodzony wiadukt kolejowy w okolicy Bielomorska, później nie ma żadnych kabli idących nisko ani mostów, kolej bowiem biegnie przekopanym tunelem, możemy spokojnie iść z ponad 20 m masztem, dopiero na rzece Svir i Nevie napotykamy na liczne mosty, które jednak również są podnoszone. Jednak owe mosty mają wyznaczone dni i godziny podniesienia, które nie koniecznie współgrają z naszymi planami, dlatego dużo sprawniej jest położyć wtedy maszt, korzystając z niezliczonej ilość dźwigów na różnych barkach i kejach. ruch znaczniejszy

Wszelkie formalności związane z przejściem kanału załatwiamy z pół roku wcześniej. Konieczne jest wysłanie list załogi oraz wszelkich możliwych kopii dokumentów jachtu. W załatwieniu formalności bardzo pomocny jest profesjonalny agent Vladimir z Petersburga.
Po dopłynięciu na miejsce już wszyscy o nas wiedzą i wystarczy uiścić stosowną opłatę w rublach rosyjskich (było to koło 1100USD), wypełnić parę papierków oraz przejść kontrolę sanitarną polegającą na wykładzie 150kg "pani doktór" która narzeka na brak lodówki, pościeli i szamba oraz jeszcze wiele innych aspektów, których nie jesteśmy w stanie spełnić...
Podczas żeglugi aż do Petersbuga już nikt nie żąda od nas opłat, nie musieliśmy też za nic płacić łapówki.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.rejsymorskie.net

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;