Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Rejs Islandia - Londyn, czyli przez północny Atlantyk, porą, którą normalnie się nie pływa...
Zobacz też:
113.jpg"Zajebiście trudny etap" - tak nazwali ten rejs niektórzy uczestnicy... każdy tydzień bowiem miał zupełnie inny hadkorowy motyw przewodni. Pierwszy: hardcore żeglarski, drugi: hardcore impreza, a trzeci: właściwie wypośrodkowanie między tymi dwoma... czyli powolny powrót do rzeczywistości.
blue lagoon Wszystkiemu była winna oczywiście tylko pogoda....
Wszystko zaczęło się już dużo wcześniej: Grzegorz Bińczyk postanowił zorganizować pierwsza polska wyprawę na wody Hudson Bay i Ziemie Baffina na Zjawie IV. Rejs został podzielony na 9 etapów, nam przypadł trzytygodniowy etap numer 8, czyli powrót z Islandii do Londynu.

Islandia samochodem

114.jpgIslandia słynie, prócz gejzerów i wulkanów, z również wysokich cen...Jednak, przy odrobinie zaparcia i pracy (www.iceland.com)udało nam się wynająć po całkiem korzystnej cenie, samochód na 9 osób(www.sbk.is) oraz 4 noclegi (1 i 4 w www.alex.is, 2 i 3 znaleziony na stronie w miejscowości Hella).
Wiedząc, że będziemy tam pierwszy i może ostatni raz, polecieliśmy kilka dni wcześniej. gorące źródłaPo nocy w "sleeping bag accomodation" w Alexie i kontrolnych, integracyjnych zabiegach z flaszeczką, rano ruszyliśmy w drogę. Trasa wiodła poprzez południowo-wschodnie atrakcje turystyczne, takie jak gejzery i parki narodowe, pełne gorących źródeł, wodospadów i strzelających w powietrze na wysokość 50 m gejzerów, do kolejnego noclegu u podnóża Hekli. Znajduje się tam ciągle aktywny wulkan.
Kolejny dzień to 300. km podróż samochodem wzdłuż południowego wybrzeża; Pusto i głucho i niczym na księżycu, dziennie mijamy może z 10 samochodów... a jednak dopada nas patrol policji. Dowiedzieliśmy się, że nasza prędkość wynosiła 132 km/h a nie przepisowe 90, podczas gdy zepsuty licznik w samochodzie wskazywał nieprzerwanie 0...
Na szczęcie elokwencja naszego głównego kierowcy Tomka A. oraz wrodzone i wybitne zdolności negocjacyjne uchroniły nas o dziwo od mandatu koło 2500 zł(!!!).
Po paru godzinach drogi odwiedzając jeszcze plażę z czarnym piaskiem oraz przepiękny przełom rzeki, dotarliśmy w końcu do celu naszej podróży czyli laguny o wdzięcznej nazwie: Jokulsarlon, wypełnionej górami lodowymi i krami cielącego się lodowca.
Owa laguna odgrodzona jest od morza płytkim naturalnym progiem, tak że góry lodowe nie mogą wypłynąć na pełne wody Oceanu, powoli topniejąc siedzą zamknięte w lagunie, ciesząc oczy turystów . Widok był przepiękny, szczególnie, że wyszło słońce i mimo bliskości lodowca i mieniących się na niebiesko gór lodowych, zrobiło się całkiem ciepło.
Znajdujemy na brzegu lekko sflaczały ponton i półtora wiosła ale dzięki temu Andrzej, Gosia i Adam podczas małej wyprawy robią kilka wspaniałych fotek górom lodowym i towarzyszącej im foczce. Niestety okazało się, że ponton nabierał powoli lodowatej wody, więc wycieczka miała ograniczony czas, szczególnie, że siła napędowa 1,5 wiosła była nie za duża...
Odłożyliśmy ponton na swoje miejsce i ruszyliśmy w 300 km drogę powrotną do naszego hostelu, po drodze zajeżdżając jeszcze do parku narodowego Skaftafell z pięknym kanionem, wodospadem i widokiem na lodowiec.
Kolejny dzień: Thingvellir - dawny parlament (jeden z pierwszych na świecie) otoczony malowniczym jeziorem i górami, gdzie przywitał nas, jeszcze według pory roku: letni śnieg...
wodospad Potem Rejkyavik, w którym, jak na stolicę przystało, można znaleźć niemalże wszystko... no może poza zgniłym rekinem czyli przysmakiem narodowym Islandczyków opisanym w przewodniku Pascala, trzymanym ponoć kilka lat w ziemi by "dojrzał"...
Rodowita Islandka zapytana gdzie "to" można kupić, została totalnie zaskoczona i wydała się słyszeć o owym rekinie pierwszy raz, odpowiedziała, że na pewno w "Bonus" czyli sieci islandzkich supermarketów rodzaju Lidl i Aldi: ) Niestety pod logiem bonuszowej świnki nie krył się także owy przysmak...
Wnet okazało się, że jest już nasz jacht "Zjawa IV" z poprzednią załogą. Tak więc udało się zrobić szybki rekonesans stanu technicznego jachtu a szczególnie mocno zjechanych żagli, napełnić gaz i poznać Mirka - bosmana.
Po rundce turystycznej ulicami Rejkkyaviku, który pozostawił nam wrażenie małego sympatycznego miasteczka w stylu skandynawskim, udaliśmy się do Blue Lagoon, czyli jednego z bardziej cenionych na Świecie SPA położonego wśród czarnych wulkanicznych skał.
Niewielkie jeziorko, które znajduje się na otwartym powietrzu, z naturalnie mętną wodą koloru lazurowego, której temperatura wynosi pod 40 stopni. Turyści do dyspozycji mają szatnie, restauracje i pomosty do kąpieli oraz dwie sauny a także białą mineralną glinką, którą można się albo obrzucać, albo smarować sobie nią twarz w celach upiększających. Po chwili dołączyli też Marcin, Łukasz, Tomek, którzy dolecieli z Londynu, już odpowiednio zaprawieni w boju :)
Niestety mimo mętnej i zupełnie nieprzejrzystej wody, trzeba było pływać w strojach kąpielowych, czego co chwila domagała się pani ratownik, no i nie można było spożywać alkoholu, nawet gdy oficjalnie była to tylko herbata w zamkniętym kubeczku...
The Blue Lagoon należała niewątpliwie do jednej z najznakomitszych atrakcji Islandii. gdzie zdecydowanie powiniśmy byli wrócić po rejsie na rekonwalescencję...
Po pożegnalnym wieczorze, zrobieniu uzupełniających zakupów w Bonus prowiantu, który nie płynął zaształowany kilka miesięcy wcześniej na Zjawę z Polski i oddaniu samochodu, zaokrętowaliśmy się na czekającą w porcie Keflavik Zjawę IV.
W sumie czterodniowa wycieczka po Islandii z 4 noclegami, wypożyczeniem samochodu na 4 dni i paliwem na prawie 1000 km wyszła na osobę po koło 600 pln. Okazało się więc, że gdy się poszuka i pozałatwia wcześniej oraz żywi się samemu kupując w supermarketach, a nie jedząc w restauracjach, to nie aż taka znowu straszna ta Islandia...
Jeszcze ładowanie akumulatorów, rozpakowywanie się, zapoznawania z łódką i ruszamy przygodzie naprzeciw.

Islandia - Vestmannaeyjar

115.jpgPogoda piękna: około 5 stopni, słońce i wietrzyk, idziemy raźnie na pełnych żaglach wzdłuż brzegu w stronę wysepki o najprostszej z możliwych nazwie: Vestmannaeyjar.
Andrzej, Gosia, Tomaj = GTW Wieczorem jednak przestaje być wesoło: zaczyna w jednej chwili wiać 7-8, a my wciąż na pełnych żaglach. Falka też robi się większa, a temperatura spada i zaczyna zacinać deszczem.
Ponad godzinę trwało refowanie, zmiana foka i zrzucenie bezana.
Jeszcze nie do końca wprawieni w olinowaniu, ze zgrabiałymi od zimna rękoma, przy silnym wietrze i rozkołysie, nieprzyzwyczajeni do kiwania, bynajmniej nie byliśmy w stanie zrobić tego szybciej, ale wszystko się udało... jedynie Andrzej - cały mokry. Sądząc bowiem, że warunki atmosferyczne których bynajmniej nie odzwierciedlała atmosfera pod pokładem, nie są, aż na tyle ciężkie, by trzeba było ubierać sztormiak... Już przy zejściówce dostał pierwszą falą :)
Noc przebiegła bez większych ekscesów... no może poza zrzucaniem na rozkołysanym i zalewanym lodowata wodą bukszprycie o 3 w nocy kliwra, którego ręcznie zszywane przez nas i poprzednie załogi łaty, niestety nie wytrzymały napięcia.
Zarefowani, w porywach sztormowego wiatru i temperatury bliskiej zeru, nad ranem, wśród promieni słońca ujrzeliśmy brzegi wulkanicznych wysepek.
Zaparkowaliśmy w porcie. Trzeba było zamienić podarty żagiel na forsztagu na ostatni dobry, uzupełnić zapasy wody przed najdłuższym przelotem oraz wygrzać się w znajdującym się na otwartym powietrzu basenie...
Niska temperatura i porywisty północny wiatr jakoś nie zachęcały do dłuższego zwiedzania wyspy, która w 1973r. powiększyła się o ponad połowę za sprawą erupcji wuklanicznej.

Ponad 400 mil

116.jpg Po sprawdzeniu pogody na wieczór oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w stronę Wysp Owczych.
Początkowo płynęło się bajkowo: bezchmurne niebo, bagsztag, 7-8 węzłów do przodu i w kierunku. Za nami powoli znikające brzegi wyspy ognia i lodu. Czapę lodowca było widać jeszcze przez 70 mil!
Łukasz na wachcie, w oddali Islandia Zuza upiekła po raz pierwszy chleb, który był rewelacyjny i o niebo przebijał angielską watę... (przepis pod lista zakupów i na forum), niektórzy rozgrywali turniej szachowy, inni czytali, jeszcze inni spali. Na obiad - pieczone kurczaki, które od parunastu godzin leżały w specjalnie przyrządzonej przez Marcina i Gosię marynacie.
Wraz z wpłynięciem w Golfsztrom temperatura podskoczyła o parę kresek, więc ręce już tak nie grabiały, a chłopaki śpiący w kabinie na rufie nie musieli ubierać wszystkich dostępnych ciuchów do spania...
Niestety wiatr stopniowo zaczął odkręcać, z bagsztagu po paru godzinach zrobił się niestety bajdewind, a potem już nie dało się płynąc w zamierzonym kierunku.
Kolejnego dnia wiatr zaczął przybierać na sile, a my równo z nim - refowanie, by nie nadwyrężać zbytnio żagli.
Potem wbrew przepowiedniom prognoz pogody, przyszedł całkiem konkretny sztormik z kierunku, w którym zamierzaliśmy płynąc. Nie pozostawało więc nic innego jak zostawić foka sztormowego, płynąc powoli półwiatrem licząc, że odkręci albo zelżeje...
Z prognoz odbieranych przez Inmarsat wynikało, że ma odkręcać po sztormie na wiatr wschodni, położyliśmy się więc na prawy hals licząc, że nabierzemy w ten sposób wysokości na Wyspy Owcze położone na południowy - wschód od naszej pozycji.
Niestety tak się nie stało i wiatr pod wieczór odkręcił w odwrotnym kierunku : na południowy, zmniejszając swoją siłę do 5-7 B.
Postawiliśmy więc mocno zarefowane żagle i ruszyliśmy raźnie ostrym bajdewindem prawie celując w waypoint. Noc przebiegła bardzo emocjonująco: niestety nie wytrzymał kliwer i bezan - znowu miejsca naszych i naszych poprzedników ręcznych napraw żagli. W końcu okazało się, że właściwie nie mamy na czym płynąć...
Nad ranem wiatr nieco przybrał na sile i odkręcił na zupełnie przeciwny. Byliśmy jednak już częściowo zasłonięci brzegiem, tak że fala nie była duża. Ostatni odcinek trasy mogliśmy pokonać posuwając się powoli na silniku.

Wyspy Owcze

Z czasem przestało zupełnie kiwać, wyszło nawet słońce, tylko wciąż wiało sztormowym wiatrem.
Szliśmy pięknym przesmykiem o stromych ścianach między wyspami, widać było pierwsze owce i wodospady nie docierające do powierzchni morza, tylko rozbryzgujące się w powietrzu z powodu silnego wiatru, albo porywane od razu za progiem do góry. W tamtych okolicach jak dobrze zawieje to nawet deszcz pada do góry.
W końcu po czterech dobach żeglugi - port Tórshavn.
Nasze siły skupiliśmy niestety nie na turystyce, tylko na pilnym znalezieniu maszyny do szycia. Nie mieliśmy bowiem praktycznie żagli do kontynuowania dalszej podróży. Niestety od początku wyprawy ich stan nie był już najlepszy, a po paru miesiącach wręcz fatalny... Wszystkie sztaksle albo podarte doszczętnie w czasie poprzednich etapów, albo pozszywane ręcznie, nie wytrzymujące wiatru powyżej 4 B. Bezan podarty do trzeciego refu - nie wytrzymały również ręczne ściegi.
Nowy grot okazał się uszyty nie na tego rozmiarów łódkę, jego gramatura zbyt lekka a głowa żagla chyba od jachtu wielkości sportiny. Postawiony pierwszy raz na naszym etapie, zaczął się drzeć gdy wiała zaledwie czwóreczka.
Natomiast stary grot bez przeszycia i wzmocnienia nie dałby długo rady...
Zdaliśmy sobie sprawę: albo szycie, albo zamieniamy się w łódź motorową...
Po koło godzinie szukania, dzwonienia i proszenia różnych ludzi o pomoc udało się znaleźć tapicera - pałającego spokojem dziadka, który w garażu oprawiał różne meble Faryjczyków.
Okazało się, że nie będzie większego problemu by użyczyć nam jedynie za "dziękuję" na noc swojej maszyny do szycia, nici i całego garażu. Maszyna, która niestety nie szyła ściegiem zig-zag tylko prostym, okazała się rewelacyjna a nici właściwie te same, którymi się szyje żagle.
na stopa po Wyspach Owczych Któremuś z nas przypadkowo udało się też skontaktować z Januszem - polskim inżynierem pracującym w faryjskiej stoczni od kilkunastu lat. Janusz pomógł nam przetransportować ciężkie i mokre żagle, użyczył hali by je można było przesuszyć i nakleić przed szyciem łaty drakon. Cała załoga ciężko pracowała, bosman Mirek zajęty dodatkowo wymianą oleju i filtrów na łódce wychodził niemalże z siebie. Kapitan, Zuza i Tomek do 3 w nocy jechali ściegi maszyną, wdychając opary butaprenu, bo ostatni żagiel kleiliśmy w garażu. A reszta kleiła albo woziła szmaty z jednego miejsca na drugie.
Kolejnego dnia do południa było wszystko skończone, żagle założone na swoje miejsce, do tego dwa zapasowe duże kliwry w workach pod pokładem, stary grot wzmocniony a "nowy" naprawiony i schowany na zapas. Zjawa znów stała się jachtem...
Janusz, mieszkający w Thórshaven z żoną, dzielącą swój czas między dom w Polsce a dom, właściwie na drugim końcu Świata, zaprosił nas wszystkich do siebie na obiad. Niektórzy zajęci porannymi pracami przy łódce musieli iść z marszu, jeszcze nie przebrani i ledwo domyci, jednak perspektywa dwudaniowego obiadu w rodzinnej atmosferze bynajmniej nikogo nie odstraszyła, a szczególnie Mirka, który na Zjawie był już 5 miesiąc.
Spożywając wyśmienity obiad, dowiedzieliśmy się masę ciekawostek o tych wygnanych na środek Oceanu wysepkach.Faroe zamieszkuje 20 tysięcy mieszkańców, którzy czują własną autonomię, mimo iż Wyspy należą do Danii. To właśnie Dania corocznie dofinansowuje Faroe między innymi pieniądze idą n abudowę tuneli między wyspami. Faryjczycy wierzą, że odkryją takie złoża ropy, która miałaby zamienić Wyspy Owcze w któreś z małych państewek znad Zatoką Perską...
Okazało się też że nie jesteśmy pierwszą polską załogą która korzysta z gościnności Janusza. Prowadzą oni bowiem z żoną księgę pamiątkową, w której wpisują się załogi jachtów oraz polskich turystów odwiedzających Faroe. Mówią, że Janusz powinien zostać Honorowym Ambasadorem Polski na Wyspach.
Z tych co pamiętam to: Nitron, Polski Len, Vagabond no i nasza Zjawa...
Resztę dnia spędziliśmy na przechadzkach po stolicy wśród domków o charakterystycznym dla Faroe pokryciu dachu rosnącą na nim zieloną i regularnie koszoną trawą.
Andrzej i Zuza natomiast zdążyli zrobić parogodzinną wycieczkę autostopem, robiąc zdjęcia owiec, których ilość ponoć równa jest dwuipółkrotnej ilości mieszkańców...
Szetlandy Niestety napięty plan podróży a także brak wróżki na pokładzie przepowiadającej korzystne wiatry, a tym bardziej dziewicy mogącej pocałować piętę masztu przy flaucie, zmusił nas do opuszczenia wysp tego samego dnia późnym wieczorem.
Na Wyspach Owczych lokalne dziewczęta żegnały nas ze łzami w oczach. Ich sylwetki jeszcze długo były widoczne na znikającej w deszczu kei...hehehehehehe I tak każdy wie ze Elizabeth to...wiadomo kto.

Faroe - Szetlandy

117.jpg Kolejny, już nie tak długi jak poprzedni, przelot okazał się równie ciężki i hardkorowy.
Pierwszy dzień - halsowanie bagsztagami przy słabej czwóreczce. Okazało się bowiem, że Zjawa na fali i nie za silnym wietrze nie chciała płynąc pełniej do wiatru niż 30-40 stopni.
Łukasz Pod wieczór flauta i silnik, w kolejnych godzinach bajdewind, potem niestety znowu wiatr przeciwny przybierający ciągle na sile. Stopniowo coraz bardziej się refujemy, starając się oszczędzać żagle. Późno w nocy już 6, może nawet i 7. Mkniemy raźnie do przodu pełnym bajdewindem na zarefowanym grocie oraz postawionym kliwrze. Nagle trach, i kliwer w okamgnieniu w strzępach...
Być może to wina tego, że w nocy nie widać było, że porywy wiatru są aż tak mocne, być może podświadomy brak chęci na walkę z zacinającymi się karabińczykami na rozhuśtanym bukszprycie zalewanym zimnymi falami, a być może tylko zużycie materiału sprawiło, że musieliśmy go definitywnie pochować w trupim worku by doczekał maszyny, albo zgodnie ze swym wiekiem i zmęczeniem kosza...
Były na szczęście jeszcze dwa duże kliwry w zanadrzu, więc nie musieliśmy bynajmniej powtarzać akcji z Faroe...
Południowy cypel Szetlandów udało się osiągnąć dopiero późnym popołudniem już bez żadnych strat.

Jarshoff

Weszliśmy do niewielkiego porciku, a właściwie tylko przystani promowej blisko Jarshoff - odkopanej pozostałości osady Wikingów.
Czekając na korzystny wiatr albo chociaż zmniejszenie jego siły, przeczekaliśmy aż do rana, strzelając po browarku na sen w lokalnym barze, który był jakby kamieniem węgielnym kolejnego tygodnia rejsu - szkockiego hardkoru imprezowego...
Ci, którzy zostali na jachcie (czyli Andrzej, który zawsze się umiał dobrze ustawić...) zainaugurowali ten etap butelczynką Porto.

Wyspa Fair

118.jpg 30-milowy odcinek pokonaliśmy sprawnie; częściowo na silniku, częściowo na żaglach lądując na wyspie wczesnym popołudniem.
Fair IsleFair Isle, znana żeglarzom przede wszystkim z nazwy akwenu Morza Północnego, jest niezmiernie ciekawym i wartym odwiedzin miejscem. Znajduje się w połowie drogi między Szetlandami a Orkadami, stanowi więc miłą przerwę w kilkudziesięciomilowym przelocie.
Mieszkańcami wyspy są ptaki, króliki, owce oraz w szczątkowych ilościach ludzie. Więcej tu ornitologów i ich sprzętu niż tubylców.
Ciasny naturalny porcik położony na północno wschodnim cyplu wyspy, otoczony zewsząd wysokimi skałami, stanowi trudne do wejścia przy rozkołysie, choć dobre i malownicze schronienie. Należy starać się nie zastawiać miejsca cumowania promu, przybijającego tutaj 3 razy w tygodniu. O głębokość nie ma co się obawiać, skok pływu jest nieduży a wejście do portu ułatwia nabieżnik. Jedyny problem może stanowić fala w porcie przy długo utrzymujących się wiatrach z północno-wschodniego sektora.
Na kei jest woda, polery a zamiast hafenmeistra owce... :)
W odległości 500 m od portu znajduje się schronisko obserwatorów ptaków - czyli świrów przyjeżdżających na tę 5 km wyspę, fotografujących, nagrywających albo łapiących w specjalne siatki kaczki, mewy i wróble. W schronisku znajduje się prysznic oraz bar.
Na wyspie prócz tego znajdziemy sklepik, który zaopatruje jej trzydziestu mieszkańców, którzy bez problemu podwożą samochodami w każde miejsce tej "ogromnej wyspy". W sklepie nabyliśmy lokalne piwko i oddaliliśmy się w kierunku kościoła, nie przewidując jeszcze, co nas czeka w Aberdeen...
woda była masakrycznie zimna Spędziliśmy cały dzień na zwiedzaniu, spacerach po pastwiskach dla owiec oraz podziwianiu niesamowitych widoków, jakie tworzą wysokie kliwy otaczające wyspę prawie ze wszystkich stron.
Niesamowite wrażenie zrobiła na nas też Ship Rock - wysoka skała tworząca cypel połączony z resztą lądu wąziutką i stromą przełęczą. Skała wygląda jakby równo ścięta pod kątem 30 stopni. Jej górną powierzchnię porasta piękna, zielona trawa, niedostępna dla owiec podobnie jak i dla ludzi...
Postanowiliśmy wypłynąć jeszcze przed zmrokiem. Okazało się jednak, że zerwał się mocny wiatr, który skutecznie dopychał Zjawę do kei. Po pierwszej i drugiej nieudanej próbie odklejenia się na szpirngu dziobowym udało się w końcu skutecznie odsunąć przesuwając jacht do przodu. Wykorzystaliśmy kilkumetrowy zaułek w kei, w którym mógł się schować bukszpryt. Wcześniej uniemożliwiał bowiem on uzyskanie dostatecznie dużego kąta diametralnej jachtu względem kei.
Po cyrkulacji, na którą nie było zbyt wiele miejsca, ruszyliśmy niemalże całą naprzód, pokonując bez najmniejszego problemu przeciwny wiatr i falę z otwartego morza na wejściu.
Do Szetlandów nie było więcej niż 25 mil, a wiedząc, że i tak nie będzie się nikomu chciało zwiedzać wcześniej niż po 9 rano, wlekliśmy się powolutku 2-3 węzły, nie wystawiając na całkiem porywisty wiatr dużych kliwrów ani nie marnując pieniędzy na paliwo.

Orkady

Niestety przeciwny kierunek wiatru uniemożliwił nam zrealizowanie zamierzonego planu, czyli opłynięcia archipelagu od zachodu z wizytą w Stromness i skierowaniu się na Pentland Firth. Orkady zostały dosłownie zaliczone kilkugodzinną wizyta w zapomnianym porcie Whitehall na wyspie Stronsay.
Zacumowaliśmy w strugach deszczu do wysokiej kei. Nie wszystkim spodobała się perspektywa oglądania deszczowych Orkadów, w sumie nie było się czemu dziwić...
Orkady i krowy i deszcz : ) Tym niemniej ubrani w sztormiaki Adam, Andrzej, Zuza oraz Aga udali się na godzinną przechadzkę po wiosce oraz pastwisku pełnym krów, które niby okrążały nas, niby uciekały, pozostawiając nas w niepewności i mieszanych uczuciach co do zamiarów i nastrojów kilkudziesięciotonowego łaciatego stada... Ten mały rekonesans wystarczył aby przekonać się, że Orkady są już inne niż poprzednie wyspy. Krajobraz zmienił się z pagórkowatego na zdecydowanie płaski. Niestety zniknęły też owce, a pojawiły się krówki.
Marcin, Łukasz i Tomek udali się natomiast do sklepu by uzupełnić kończący się zapas browarków. Chłopcy stwierdzili, że Orkady są miejscem, w którym się umiera.
Udało się też w końcu załatwić nową gruszkę do przepychania zlewu, zwaną "ustami Mariana", która mogła zmienić pękniętą starą, wysłużoną na ciągłym przetykaniu wąskich rurek instalacji ściekowej Zjawy. O gruszkę zapytaliśmy w sklepie, niestety nie było. Pani jednak zgodziła się dać nam swoją prywatną, co nas uratowało od ściekowej zagłady...
Nowa gruszka została ochrzczona "ustami Williama" na cześć państwa, po którego wodach mieliśmy przyjemność pływać.
Oczywiście jak na prawdziwą Szkocję przystało, nawet w najbardziej zapomnianej dziurze, w niedzielę, przy naprawdę fatalnej pogodzie odwiedził nas harbour master. Przyjechał starym ale jarym Land Roverem z 20 funtowym paragonem : )
...pocieszając nas, że ta opłata jest ważna we wszystkich portach Orkadów przez 3 kolejne dni. Niestety z powodu pogody, nie zachęcającej do zwiedzania oraz przeciwnego wiatru by odwiedzić też zachodnie porty archipelagu, nie wzięliśmy udziału w owej promocji i po paru godzinach opuściliśmy Orkady płacąc w ten sposób 20 funtów za jedynie 5 godzin przy kei bez żadnych udogodnień.

Szkocja - czyli kraj w którym nawet prezerwatywy są o smaku Whisky

Ku Mainland ruszyliśmy raźnie bajdewindem.
Imprezka w lokalnym barzeKierunek wiatru znowu uniemożliwił nam odwiedzenie zamierzonego porciku - Wick, w którym znajduje się najdalej wysunięta na północ destylarnia whisky z darmową degustacją. Zmuszeni byliśmy ściąć zatokę Cromarty w poprzek by odłożyć się na pełny bajdewind, którym bez problemu pokonaliśmy ponad stupięćdziesięciomilowy odcinek trasy. Przelot umilały wypieki Zuzy oraz lazani i bogacz.
Kolejnego dnia późnym popołudniem weszliśmy do Peterhead - niewielkiej mieściny oddalonej o kilkanaście mil na północ od Aberdeen. Przez VHF dowiedzieliśmy się gdzie możemy stanąć w tym ruchliwym rybackim porcie. O dziwo przystało obyło się tym razem bez opłaty. Udało się bowiem przekupić urzędasa opowieściami o wielkości całej wyprawy, o tym że w załodze są studenci a sam jacht należy do Polish Scout Association, tak, że sam wyszedł z propozycją gratisowego cumowania, w czym go oczywiście w 100% poparliśmy. :)
Peterhead pozostawiło takie wspomnienia jak fish & chips oraz popijawę w lokalnym barze. :) To wykwintne danie obowiązkowo zapakowane było w papier prawie gazetowy i spożyte na przydrożnym skwerku. Natomiast bar okazał się najpodlejszą speluną w mieście z szerokim przekrojem mieszkańców. Zintegrowaliśmy się z tubylcami będąc pod wrażeniem ich szkockiego akcentu. Anglicy śmieją się ze "scotish muuuuuu", ale nam się wydał uroczy, bo nie ma jak lokalna odmienność. Wracając na jacht wyliśmy do księżyca.
Wyszliśmy z korzystnym prądem koło 2 w nocy, w kierunku Aberdeen.
Niestety zupełny brak wiatru zmusił nas do pokonania drogi na silniku. Dopiero nad ranem udało się na chwilkę postawić żagle, by po 2h zaraz je zrzucić.

Aberdeen i kościoły

119.jpg Bardzo wcześnie weszliśmy do Aberdeen, gdzie stanęliśmy przy betonowej kei na wyluzowanych o parę metrów cumach, skok pływu przekraczał bowiem 5m.
70 Akurat Aberdeen odwiedziła Królowa Stenwanty bezanmasztu i grotmasztu przywiązaliśmy robiąc luźną pętlę krawatem, by wraz ze zmieniającym się poziomem wody mógł się po nich przesuwać w górę i w dół utrzymując łódkę w tym samym ułożeniu względem kei i żelaznej drabinki umożliwiającej zejście na pokład przy odpływie. (Bardzo dobry sposób, polecam!)
Opłata portowa, nie przekraczająca 10 funtów, zawierała prysznic w oddalonym zaledwie o kilka metrów biurze portu oraz wodę. Przesypiając parę godzin do bardziej ludzkiej pory, zostaliśmy zbudzeni śniadaniowymi naleśnikami Mateusza, który twardo i nieprzerwanie napiekł ich dla nas wszystkich!
Po pysznym śniadaniu, nie czekając zbyt długo, udaliśmy się ekipą na miasto. Nagle i zupełnie niespodziewanie wyprzedzając o parę chwil zebranie się tłumu ludzi, pojawiła się przed nami Królowa Wielkiej Brytanii, nazwana przez nas po prostu "Elka".
Przyjechała w odwiedziny do Szkockiego Aberdeen i właśnie udawała się na obiad do ratusza miejskiego, przed który zwabiły nas dżwięki kobzy. Wysiadła z elaganckiego Rolce-Royca i przeszła koło nas w odległości zaledwie 2-3m wraz z innymi damami dworu. Uwieczniliśmy ją na paru fotkach, przez pół dnia potem debatując o prawdopodobnym składzie na obiedzie u Królowej, o "tea at 5" oraz nad jej niskim wzrostem, tak dobrze ukrywanym przez media i ujęcia oficjalnych kamer.
Popołudnie i wieczór spędziliśmy w tak zwanych "kościółkach", czyli gotyckich katedrach przerobionych na puby i dyskoteki. Największy szok przeżyliśmy za pierwszym razem. Pochodząc z katolickiego i konserwatywnego kraju, który jest już niemalże jedyną ostoją praktykowania wiary w Europie, postanowiliśmy zwiedzić strzelającą w niebo wysokimi wieżami piękną katedrę przy głównej ulicy miasta. Troszkę zadziwiły nas szklane drzwi oraz napis nad nimi "The Soul". Wątpliwości jednak rozwiały się same zaraz po wejściu do środka i natknięciu się na ustawiony w centralnym miejscu bar.
Wnętrze utrzymane w wystroju i trendzie kościelnym zachęcało do wypicia trunku w którejś z naw pod witrażem Madonny albo któregoś ze Świętych. Na ambonie było miejsce dla DJ a ołtarza w ogóle nie było.
Jak potem zauważyliśmy nie było to pierwsze tego typu miejsce, okazało się bowiem, że 90% kościołów, których Aberdeen było pełne, diametralnie przekształciło swoją działalność...
Wcześniej widziałem wiele kościołów, na przykład w Niemczech, Czechach, Francji, Szwecji czy Holandii, które przekształcono w hale wystawowe, muzea, sale koncertowe, jednak z takim sposobem wykorzystania nieodwiedzanego budynku, spotkałem się pierwszy raz. Mimo wszystko, trzeba przyznać, że przyjemnie było się napić złocistego trunku w przeświętej scenerii, szczególnie, że była niedziela ... a by odnaleźć kościół w którym wino pijał tylko sam ksiądz było w tym kraju o parę lat za późno...
Wieczór spędziliśmy głównie pijąc na jachcie, jednak "dyżurna grupa" przetoczyła się po kościołach i pubach Aberdeen. Wypłynęliśmy rano.

Powoli w stronę Edynburga

120.jpg Okazało się, że czasowo jesteśmy do przodu, więc można było rozkoszować się leniwym płynięciem przy słabych podmuchach wiatru, ładnej pogodzie i browarkach, a także zwiedzaniem mijanych po drodze portów, w których można było zawsze przeczekać parę godzin najsilniejszego przeciwnego pływowego prądu.
Aga Pierwszym był Stonehaven, gdzie staliśmy przez parę godzin na wysokiej wodzie. Pobliskie ruiny zamku, a także piękne klifowe wybrzeże oraz poranne słońce oświetlające ten niezmiernie malowniczy porcik, zachęciło nawet bosmana, który nie za bardzo lubił maszerować, do półtoragodzinnego spaceru.
Na obiad "grupa trzymająca kambuz" zaserwowała Huggies with turnip and potatoes czyli szkockie danie narodowe. Pan w sklepie od razu zmieniał temat gdy zapytaliśmy go z czego składa się owe Huggies, postanowiliśmy jednak zaryzykować. Okazało się, że jest to coś w rodzaju kaszanki zawiniętej w żołądek owczy. Kaszanka była z krwi owczej a nie świńskiej, więc miała zupełnie inny smak niż rodzima. Turnip czyli rzepa okazała się też wyśmienitym przysmakiem. Obrana a następnie pokrojona w kawałki i ugotowana stanowiła świetny dodatek do dania.
Kolejnym był Montrose, gdzie weszliśmy wieczorem by przeczekać parę godzin przeciwnego prądu pływowego. Przewodnik nie zachęcał do zwiedzania, podając: Kiedy jedziesz do Montrose zatkaj nos i uszy. Wrzosowiska czuć było z daleka, ale dlaczego uszy, nie udało nam się ustalić w żadnym z lokali.
Dość ekscytujące okazało się dojście do kei, które na szczęście udało się bez problemu.
piloci zapytali czy napewno wiemy że jest tam tak płytko, oczywiście że wiedzieliśmy... Na rzece wypływającej z pobliskiej laguny płynie bowiem prąd który wynosi na początku odpływu ponad 3 węzły. Akurat wchodziliśmy w najgorszym momencie, było to jednak lepsze niż walka z przeciwnym kierunkiem posuwającej się wody przez parę godzin na morzu. Na początek trzeba było wspiąć się pod prąd na silniku około pół mili od główek portu rzeczką, posuwając się zaledwie 2,5 węzła. Prąd przy samej kei okazał się nie mniejszy.
Powoli zmniejszając obroty i zrównując szybkość jachtu z szybkością prądu na rzece, przy biegu cały czas na przód i wyjątkowo pełnej gotowości załogi przy cumach, udało się bezkolizyjnie dostawić równolegle do kei, sprawnie wysadzić desant i obłożyć cumy, co dopiero pozwoliło na zmniejszenie obrotów a potem zwolnienie biegu. W Montrose poszliśmy po prostu na "fish and chips" a potem na browara, kończąc dodatkowo ciderkiem na łódce.

Stolica Szkocji

Do Edynburga udało się dobić wczesnym popołudniem, płynąc, mimo nie za silnego wiatru, ponad połowę drogi na żaglach, rozkoszując się ciszą wyłączonego silnika i świadomością posuwających nas do przodu sił natury...
Edynburg ma dwie mariny - pierwsza położona w znaczniej odległości od centrum miasta posiadająca jednak wszelkie możliwe dogodności, oraz druga - Royal Club Marina, która położona jest w dzielnicy Granton, skąd docieramy do centrum autobusem w ciągu 15 minut.
Zjawa okazała się jak zwykle za duża by móc stanąć przy wątłym pomościku mariny królewskiej, stanęliśmy więc w porcie unikając przy okazji wysokiej opłaty. Wykorzystaliśmy już sprawdzony w Aberdeen sposób na wiązanie krawatem stenwanty do drabinki by zatrzymać jacht w jednym miejscu mimo wysokiego skoku pływu.
121.jpg Tomaj w czołgu Obok nas znajdowała się przystań pilotowa, więc bez problemu przed wyjściem można było zasięgnąć prognozy pogody. Na kei nie było nic, nawet wody, nie stanowiło to jednak problemu dla nas. Trzytonowe zbiorniki jachtu starczały na bardzo długo, przy nawet zupełnie nieoszczędnym zużyciu jakie stosowaliśmy od zawitania do Szkocji mając prawie codziennie możliwość tankowania wody.
Spędziliśmy w stolicy Szkocji dwie doby, rozkoszując się urokami miasta i pijaństwem w okolicznych pubach a także imprezami na jachcie.
Edynburg robi naprawdę pozytywne wrażenie. Centrum położone jest jakby na dwóch poziomach. Górny czyli Royal Mile - ulica długości mili zaczynająca się od Zamku i zaliczająca po kolei puby, sklepiki i drobne fast foody oraz dolny gdzie znajdziemy całe bogactwo kapitalizmu w postaci niezliczonych sklepów, kuszących swoimi wystawami. W Edynburgu kwitnie życie nocne, a ciszę dnia zakłóca gwar miasta i brzęczenie ulicznych dudziarzy...
Poszliśmy odwiedzić Camera Obscura, czyli peryskop, przez który można podglądać życie miasta. Oprócz tego przekonaliśmy się, że "seeing is not believing", bo na pięciu piętrach zobaczyliśmy tyle trików, że wyszliśmy pod takim wrażeniem, że musieliśmy się od razu udać do Whisky Shopu.
Gosia i Adam pojechali na jeden dzień do Glasgow. Będąc w Edynburgu przez 4 dni niewiele ponad miesiąc wcześniej, postanowili zwiedzić i to miasto.
Bilet kosztował 6 funtów w obie strony, a godzinna podróż minęła szybko i wygodnie. Glasgow okazało się zupełnie odmiennym miastem niż Stolica Szkocji. Wydało się bardziej przemysłowe i handlowe niż Edynburg. A całe centrum wypełnione niezliczoną ilością ludzi, sklepów i restauracji. Zrobiło bardzo dobre wrażenie, szczególnie podsycone przez obiad w indyjskiej restauracji.
Ostatni wieczór spędziliśmy bardzo intensywnie częściowo imprezując stacjonarnie na łódce, częściowo w pubie z karaoke, w którym każdy mógł się wykazać w swoim momencie; Adam był born in the USA, a Andrzej publicznie deklarował swoja przynależność do YMCA. A w ogóle to cały pub śpiewał Happy birthday dear Gosia.

Etap Szkocja został zakończony. Mój kolega trafnie go podsumował: "Rejs coraz bardziej lądowy, a statek coraz bardziej pijany".

Anglia

Gosia, zmuszona do powrotu do Poznania z powodu zaczynającego się drugiego roku i niemożliwości opuszczenia niektórych zajęć, ewakuowała się pół godziny przed odpłynięciem. A reszta załogi kontynuowała dalszą podróż.
Wypłynęliśmy rano o 6 gdy było jeszcze ciemno, a prądy pływowe układały się korzystnie. Niestety nie wszyscy postąpili odpowiedzialnie, balując niemal do ostatniej chwili, a znając ustaloną dużo wcześniej godzinę oddania cum z korelacji z rozkładem wacht :)
Niestety tak to już od dawna bywa, że w portach statki rdzewieją a ludzie schodzą na psy :)
...także niezmiernie ciężko było zebrać się co poniektórym ... a innym jeszcze ciężej na wachtę, mocno niepocieszając tym kapitana, który zmuszony był przeprowadzić z najbardziej zasłużonymi w imprezowym boju, jak się okazało potem, aż nawet za bardzo skuteczną rozmowę ... :) Mimo niedyspozycji paru członków załogi, cumy zostały oddane planowo, pogoda bowiem i prognozy oraz trasa wzdłuż brzegu nie zapowiadały najmniejszych trudności czy przeszkód, szkoda więc było z tego powodu czekać.
122.jpg Rzeczywiście aura okazała się rewelacyjna. Do południa przepłynęliśmy ponad pięćdziesiąt mil. Przez cały czas na gładkiej wodzie i pełnych żaglach posuwając się powyżej ośmiu węzłów.
marcin Życie jachtowe powoli wracało do normy, znowu na stole pojawił się gorący chleb z piekarnika, a przemęczone osoby wydarzeniami ostatniej nocy zaczęły powoli schodzić do świata żywych.
Na parę chwil weszliśmy do Eyemouth by wysadzić Anie - poznaną przypadkowo w Edynburgu Polkę, która postanowiła z nami odbyć krótki rejsik przed pracą w godzinach popołudniowych :), która dzielnie zastąpiła na stanowisku tych co nie mogli wstać na wachtę. Eyemouth jest jedyną faktycznie rybacką wioską na wschodnim wybrzeżu Anglii. Inne miejscowości to turystyczna komercja z kasynami i domami rozpusty, gdzie Anglicy spędzają wczasy.
...Niestety po wypłynięciu z tego malowniczego porciku, którego wejście było niemalże na szerokość Zjawy, wiatr znacznie zmniejszył swoją siłę, a po postawieniu żagli ucichł zupełnie. Zrobiło się polskie babie lato, z temperaturami powyżej 20 stopni i niestety wiatrami albo południowymi, albo w ogóle nie wiejącymi. Tak przepiękna aura sprawiła, że postanowiliśmy się wykąpać w morzu.
Silnik został odstawiony, a za pomysłem kapitana podążyła prawie cała załoga. Woda okazała się zimna, jednak nie lodowata. Po wyjściu strzał wódki na rozgrzewkę i wszystkim wyszła kąpiel w stu procentach na zdrowie...
Kolejnym portem było Scarabourough, zawarte w słowach jednej z piosenek Simone and Garfunkel. Zostaliśmy tam parę godzin, by standardowo przeczekać przeciwny prąd. Scarborough jest niezmiernie malowniczym miasteczkiem wypełnionym hotelami, casinami, z piękną szeroką piaszczystą plaża i kurortami, odwiedzanymi tłumnie przez turystów.
Następnego poranka zawinęliśmy do Lowesoft, po którym skierowaliśmy się prosto w ujście Tamizy. Początkowo niestety na silniku, jednak po paru godzinach wiatr nieco skręcił na wschód i można było postawić żagle, utrzymując ostry bajdewind. Następnie stopniowo odpadając, by skręcić łukiem zgodnie z oznaczonym bojkami układem podłużnych mielizn i przedzielających je głębin. Wiatr jakby na sam koniec pokazał jak potrafi ładnie prowadzić nas do celu. Nawet gdy określenie "pomyślnych wiatrów" w żargonie wachty 4 oznacza tylko: aby bąk, którego puszczasz w sztormiaku był nieśmierdzący. Wiadomo, i tak wyjdzie przez kołnierz...
Płynęliśmy raźnie do przodu nie odczuwając nawet zbytnio przeciwnego prądu, który nękał nas przez parę godzin, by potem obracając się wraz z przypływem na samej Tamizie pchać nas 3-4 węzły.

Londyn

Na rzece prawie połowę drogi udało się przejść na żaglach, ćwicząc podejścia do bojek na wyciągnięcie ręki(...). Dopiero pod koniec zasłonięci budynkami, musieliśmy zrzucić szmaty i włączyć motor. W Londynie byliśmy nad ranem prawie dokładnie z kończącym się przypływem. Po drodze mijaliśmy Greenwich z Cutty Sark i południkiem zerowym, postanowiliśmy więc zatrzymać się i postać w tym miejscu do wieczora zwiedzając przy okazji też dzielnicę Dockland.
Niestety jak się okazało plany nasze zostały pokrzyżowane...
Zjawa w marinie w Londynie Dobiliśmy do przystani promowej od jej wewnętrznej strony. Letni sezon był już skończony, także tylko jedno miejsce przystani po stronie zewnętrznej było wykorzystywane przez prom, wożący ludzi między nadrzecznymi dzielnicami.
Było jeszcze wcześnie, zajęliśmy się więc śniadaniem oraz ogólnymi porządkami. Na jednej z barierek pomostu wisiała informacja, że po dobiciu jachtem należy się skontaktować właścicielem podanego, niestety już nie ważnego numeru telefonu.
Po dłuższej chwili pojawił się naburmuszony Anglik, który nawet nie przywitawszy się zaczął się na nas wydzierać, dlaczego tu stanęliśmy, że powinniśmy byli wcześniej zamówić tutaj postój. My na to, że nie widzieliśmy i że przepraszamy i jeżeli to problem to od razu oddajemy cumy i odpływamy. On jednak powiedział, żebyśmy poczekali, że za chwilę przychodzi szef i wszystko się wyjaśni.
Po kolejnej godzinie przyszedł następny Anglik - ubrany w białą koszulę szef i nie komunikując się jeszcze z tym poprzednim, powiedział, że nie ma problemu, że możemy tutaj zostać nawet do dnia następnego, że nikomu nie przeszkadzamy i że sezon jest skończony więc możemy nawet stać za darmo.
Po rozmowie jednak z tym drugim nie wiadomo dlaczego nagle zmienił zdanie i przyszedł z rachunkiem na całkiem wysoką sumę za postój do wieczora z jeszcze większą opcją do rana... więc oddaliśmy cumy uiszczając nienegocjowalną opłatę 10 funtów za tylko dwie godziny przy owym nieszczęsnym pomoście.
Ledwo zdążyliśmy na ostatnie śluzowanie do St.Katharine's Dock pnąc się pod odpływowy prąd w górę Tamizy przez ponad pół godziny. Mirek, który naprawiał kołowrotek przez cały rejs w końcu zakomunikował wszem i wobec, że UDALO SIE. Szkoda, że w Londynie... : )
123.jpg Marina St.Katharine jest niewątpliwie najbardziej ekskluzywną, choć wartą swojej ceny (3 funty za dobę za metr długości) spośród londyńskich przystani. Sama jest atrakcją turystyczną miasta, a dodatkowo oddalona jest o 5 min. drogi od słynnego Tower Bridge oraz Tower of London. Jest odremontowanym i odnowionym starym dokiem, otoczonym magazynami przekształconymi na jedne z najdroższych w Londynie apartamenty. Nie brakuje tam też różnych kafejek i pubów oraz sklepów.
Wyznaczono nam miejsce, gdzie stanęliśmy kończąc tym samym rejs, żegnając się z najdroższym hotelem na północnym Atlantyku i Morzu Północnym.
Pobyt w Londynie upłynął nam na imprezach, ucieczkach przed padającym deszczem oraz na odbywającym się akurat meczu Polska-Anglia, podczas którego nasz stolik przeżywał zupełnie odmienne emocje niż reszta pubu :)


1452.6Mm/320.6h  Keflavik - Vestmannaeyjar - Thørshavn - sanburghead - Fair Isle - Whitehall Village - Peterhead - Aberdeen - Stonehaven - Montrose - Edynburg - Eyemouth - Scarborough - Lowestoft - Londyn


W rejsie udział wzięli:
Adam Sulewski - Kapitan
Agnieszka Korcz
Tomasz Adamczyk
Karol Szała
Jankowski Mirosław
Tomasz Wronko
Witold H. Grzywaczewski
Marcin Ledwoń
Mateusz Mroczek
Łukasz Andrzejewski
Andrzej Jaworski
Zuzanna Gorzeńska
Małgorzata Łabuś

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.rejsymorskie.net


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;