Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Sydney - Magiczne miasto
Autor: Piotr Siennicki   
Kiedy wczesnym rankiem podnieśliśmy głowy, na zewnątrz namiotu dalej było zimno i mokro. Deszcz musiał padać przez większą część nocy, ponieważ namiot zdążył przesiąknąć w kilku miejscach. Pomimo tych niesprzyjających warunków postanowiliśmy jednak zebrać się w sobie i wyruszyć na zwiedzanie.
Walcząc z pokusą zakopania się na powrót w ciepłych śpiworach ubraliśmy się i ruszyliśmy w poszukiwaniu miejscowej kuchni. Zaopatrzeni w świeże produkty mieliśmy nadzieję na śniadanie bardziej wykwintne niż standardowa garść suszonych owoców i owsianki. Niestety, kuchnia nie spełniała nawet bardzo podstawowych wymagań. Przede wszystkim znajdowała się praktycznie pod gołym niebem - w czymś, co przypominało trochę dużą altanę z jedną tylko ścianą. Nie oferowała ona praktycznie żadnej ochrony przed chłodem poranka.

Wyposażenie "kuchni" ponownie ostudziło nasze kulinarne plany. Okazało się, że jedynym działającym sprzętem była kuchenka mikrofalowa. Nie wiele myśląc postanowiliśmy wykorzystać jak najlepiej nasze zasoby i zrobić gotowane jajka. Udało nam się w mikrofali ugotować ziemniaki, byliśmy przekonani, że z jajkami nie będzie żadnego problemu.

W ciągu dnia zamierzaliśmy żywić się kanapkami z dżemem wiśniowym, który również wczoraj nabyliśmy. Zadanie zrobienia kanapek zostało powierzone mi. Na naszą zgubę. Wyjmując produkty z siatki udało mi się zrzucić jeszcze nawet nie otwarty słoik dżemu na betonową podłogę. Na nic zdało się rozpaczanie. Dżem z mielonym szkłem powędrował do kosza. Chwilę później w kuchence mikrofalowej coś strzeliło.

To nie był nasz dobry dzień. Otwierając drzwiczki kuchenki zaczęliśmy sobie przypominać, dlaczego nie powinno się gotować jajek w mikrofali. Wraz ze wzrostem temperatury, w środku skorupki rośnie również ciśnienie. Co się dzieje, kiedy ciśnienie wzrośnie za bardzo mieliśmy okazję zaobserwować tego fatalnego poranka. Wnętrze kuchenki wyglądało jakby ktoś mikserem rozrabiał w niej jajecznicę. Razem ze skorupkami.

Nasze przerażenie pogłębiło się gwałtownie, kiedy zobaczyliśmy ludzi zmierzających w stronę kuchni z wyraźnym zamiarem zjedzenia w niej śniadania. Ula natychmiast zaczęła gorączkowo czyścić wnętrze kuchenki, a ja starałem się w sposób dyskretny zasłonić jej poczynania. Nasz poranek zaczął coraz bardziej przypominać scenę z filmu o Jasiu Fasoli, dlatego kiedy już udało nam się uprzątnąć ślady naszych wyczynów kulinarnych usiedliśmy i zaczęliśmy się po prostu śmiać.

Eksplodujące jajko było ostatnim ciosem, jaki wymierzył w nas los. Kiedy usiedliśmy przy stolikach, żeby zjeść nasz chleb z owsianką zauważyliśmy, że na niebie pojawiają się skrawki błękitu. Wyglądało na to, że pogoda jednak zlituje się nad nami.

Kiedy kończyliśmy jeść śniadanie naszą uwagę przyciągnął ptak siedzący nad gałęzi kilka metrów od naszego stołu. Ptak miał biało-brązowe pióra i wielki dziób o podobnych kolorach. Mając w pamięci zdjęcie z książki, którą oglądaliśmy u jednego z naszych kierowców poznałem w ptaszysku znienawidzoną już przez nas kokaburę (Kookaburra). Krzykacz tym razem trzymał dziób na kłódkę i dał się w ciszy sfotografować.

Razem z pierwszymi promieniami słońca przebijającymi się przez warstwę chmur ruszyliśmy w stronę namiotu. Nabierając nieśmiałej nadziei na udane zwiedzanie szybko spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy do recepcji pola kempingowego. Chcieliśmy od razu załatwić wszystkie formalności i opłacić nasz pobyt aż do dnia wylotu, żeby nie musieć się już o to martwić.

W recepcji dowiedzieliśmy się również, gdzie znajduje się przystanek, z którego mieliśmy dojechać na stację kolejową Chatswood. Zanim znaleźliśmy się w środku autobusu słońce już na dobre wychyliło się zza chmur. Humory nam się zdecydowanie poprawiły.

Na stacji kolejowej spędziliśmy kilka chwil usiłując przyswoić przepisy rządzące opłatami za komunikację miejską. Udało nam się ustalić, że o dziewiątej kończyły się godziny szczytu i cena biletu zmniejszała się o połowę. Ponieważ była już 8:45 postanowiliśmy zrelaksować się chwilę i dobudzić przyjmując poranną dawkę kofeiny w pobliskiej kawiarni.

O godzinie dziewiątej bez większych problemów weszliśmy na peron i chwilę później jechaliśmy już w stronę centrum Sydney. Pociąg opuściliśmy na stacji Wynyard. Poszukując wyjścia z podziemi natknęliśmy się na punkt fotograficzny. Naszą uwagę zwrócił duży szyld reklamujący skanowanie klisz fotograficznych w rewelacyjnej cenie. Ponieważ mieliśmy ze sobą wszystkie filmy z Australii postanowiliśmy zaryzykować. Przepuszczanie niewywołanych filmów przez lotniskowe prześwietlanie mogło zakończyć się zniszczeniem zdjęć, a cena skanowania była naprawdę przystępna, więc nie wahaliśmy się długo. Upewniwszy się wcześniej, że będziemy mogli odebrać nasze zdjęcia przed odlotem z Australii oddaliśmy klisze do punktu.

Po krótkim kluczeniu w podziemiach znaleźliśmy się w końcu na ulicach Sydney. Kierując się mapą z przewodnika Lonely Planet ruszyliśmy w stronę Ogrodów Botanicznych, które znajdowały się nieopodal słynnej Opery.

Niebo nad centrum miasta nadal było zachmurzone, ale na deszcz się raczej nie zapowiadało.

Maszerując ulicami Sydney podziwialiśmy piękną zabudowę. Nowoczesne budownictwo doskonale współgrało ze starszymi zabudowaniami, zaś palmy oraz inna egzotyczna zieleń sprawiały, że miasto wywierało niezapomniane wrażenie. Mówi się, że miasta na całym świecie są takie same, jednak dla mnie Sydney było bardzo niezwykłe.

Do Botanical Gardens dotarliśmy bez problemu. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, z co ciekawszymi drzewami, po czym ruszyliśmy w stronę, gdzie zdawało nam się, że zobaczymy Operę. Klucząc alejkami ogrodu usłyszeliśmy dziwny dźwięk. Szybko okazało się, że źródło dźwięku znajduje się w koronie drzewa obwieszonego ogromną ilością dużych, brązowych owoców. Nogi się pod nami ugięły, kiedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że owoce się ruszają i to właśnie one wydają niepokojące dźwięki. Drzewo dosłownie obwieszone było dużymi nietoperzami. Ula zrobiła im kilka zdjęć, po czym szybkim krokiem udaliśmy się w dalszą drogę.

Ogród botaniczny płynnie przeszedł w zwykły park, w którym znajdowały się ławki dla zmęczonych wędrowców, a który przemierzały truchtem stada miłośników joggingu. Pomimo dość wczesnej godziny park dosłownie tętnił życiem. Po kilku miesiącach w Nowej Zelandii widok osoby uprawiającej jogging nie był dla nas czymś niezwykłym, ale w parku obok Opery w Sydney zostaliśmy naprawdę zdumieni. Biegaczy było tak dużo, że zastanawialiśmy się, czy właśnie nie trwają przygotowania do jakiegoś publicznego maratonu.

Przemierzając deptak prowadzący dookoła parku w końcu ujrzeliśmy główny obiekt naszego zainteresowania: słynną Operę. Patrząc na "skrzydlatą" budowlę doznaliśmy dziwnego uczucia, jakbyśmy nie mogli uwierzyć, że naprawdę jesteśmy w Sydney. Wydawałoby się, że po odwiedzeniu tak wielu odległych miejsc Australia nie będzie dla nas tak wielką atrakcją, jednak dopiero tutaj poczuliśmy jak niesamowita jest nasza podróż. Przez całe życie Opera w Sydney była dla nas symbolem egzotyki i dalekich podróży. Była jednocześnie znana, ale również postrzegana jako coś, czego nie ogląda się z bliska. Kiedy więc stanęliśmy z nią "oko w oko" poczuliśmy bardzo przyjemny zawrót głowy.

Niespiesznym krokiem pokonaliśmy ostatni fragment drogi pod samą operę. Z bliska wydała nam się jeszcze bardziej fascynująca i niezwykła. Zobaczyliśmy ją także od frontu, a nie jak prezentowana jest na większości fotografii "z profilu". Opera składa się tak na prawdę z trzech budynków, dwóch dużych "żagli" i jednego mniejszego. Kolejne zaskoczenie przeżyliśmy, kiedy znaleźliśmy się naprawdę blisko niezwykłej budowli. Piękne śnieżnobiałe żagle, które tak dobrze znamy z różnych zdjęć są w rzeczywistości kremowe, a także, co przyjęliśmy ze zdumieniem pokryte ceramicznymi płytkami. Z bliska ściany opery wyglądają jakby były pokryte drobną siatką. Dopiero spora odległość i promienie słońca sprawiają, że "żagle" lśnią na tle zatoki.

Długo nie mogliśmy rozstać się z operą. Uwieczniliśmy ją na dziesiątkach zdjęć, obeszliśmy dookoła, usiedliśmy w jej cieniu i ponownie zrobiliśmy sobie z nią zdjęcia. Pogoda zupełnie już się poprawiła, z nieba zniknęły chmury, a słońce wyraźnie dawało do zrozumienia, że australijskie lato jeszcze się nie skończyło.

Po przeszło godzinie spędzonej na podziwianiu i fotografowaniu widoków doszliśmy do wniosku, że Sydney to jednak nie sama opera i z żalem ruszyliśmy w dalszą drogę. Z miejsca, w którym spoczęliśmy widać było również las wieżowców centrum miasta, jak również słynny most: Sydney Harbour Bridge. Postanowiliśmy nasze kroki skierować w stronę mostu, mając nadzieję, że uda nam się zrobić z niego jeszcze kilka zdjęć opery.

Spacerowym krokiem przemierzaliśmy Circular Quay, uliczkę, na której znajdowały się liczne restauracje z widokiem na dwie największe atrakcje miasta. Zatrzymaliśmy się na chwilę, aby popatrzeć na przybijające do brzegu promy przenoszące ludzi na drugi brzeg zatoki. Ponieważ byliśmy w doskonałych humorach daliśmy się skusić handlarzom oferującym pamiątki z Australii.

Po krótkim przestudiowaniu mapy wybraliśmy najbardziej nam odpowiadającą drogę prowadzącą na most. Niestety szybko okazało się, że dotarcie do naszego celu nie jest wcale sprawą trywialną. Schody prowadzące na poziom autostrady Bradfield schowane były w plątaninie wąskich uliczek i znaleźliśmy je dopiero po kilkunastu minutach poszukiwań.

Kiedy zobaczyliśmy operę z góry, oświetloną pięknie promieniami słońca obsesja zdjęciowa nasiliła się. Następnego dnia, kiedy przeglądaliśmy na komputerze efekt naszej pracy nie mogliśmy uwierzyć, że aż tak daliśmy się ponieść emocjom i zrobiliśmy dziesiątki bliźniaczo podobnych do siebie zdjęć...

Spacer mostem na drugi brzeg zatoki i z powrotem sprawił, że dotarło do nas zmęczenie. Zbliżał się powoli wieczór, a my od samego rana aktywnie zwiedzaliśmy miasto. Po krótkim zastanowieniu i walce z ociągającymi się nogami zdecydowaliśmy się na wizytę w jednym ze słynniejszych pubów Sydney - "The Fortune of War".

Lokal, jak zapewniał szyld, był pierwszym (najstarszym) pubem w Sydney. Dopiero, kiedy znaleźliśmy się w środku i poczuliśmy zapach jedzenia dotarło do nas jak bardzo jesteśmy głodni. Postanowiliśmy spróbować lokalnej specjalności: mięsnego ciasta (meat pie) z australijskim piwem o nazwie XXXX.

Z nazwą piwa wiąże się ciekawa anegdota, którą opowiedział nam jeden z kierowców. Australia jak wiadomo podzielona jest na stany. Między stanami ciągle trwa w miarę przyjacielska rywalizacja. Piwo XXXX jest ważone w położonym najbardziej na północ stanie Queensland. Ponieważ klimat w Queensland jest dużo cieplejszy (tropikalny) niż w południowych częściach kraju znajduje się tam dużo plantacji bananów. Z tego powodu mieszkańcy innych stanów nazywają Queenslanderów "zginaczami bananów" (banana-benders). Południowi Australijczycy twierdzą również, że słowo "piwo" była zbyt skomplikowane dla Queenslanderów, dlatego postanowili nazwać swój trunek "XXXX".

Jakie jednak by nie było pochodzenie XXXX piwo bardzo nam smakowało. Nie narzekaliśmy również na kulinarny eksperyment w postaci wołowego gulaszu zapiekanego w cieście. Zaspokoiwszy głód i pragnienie zaczęliśmy rozmawiać z barmanką. Dowiedzieliśmy się od niej, że jeśli podobała nam się opera w ciągu dnia, to zdecydowanie powinniśmy zobaczyć ją nocą. Podobnież oświetlona wieloma kolorowymi lampami opera ukazywała zupełnie nowe oblicze.

Ponieważ nie czuliśmy się na siłach ruszać na zwiedzanie nowych zakątków Sydney postanowiliśmy udać się za radą barmanki z powrotem w stronę zatoki. W okolice opery dotarliśmy, kiedy zaczęło się zmierzchać. Usiedliśmy sobie wygodnie na ławce przy samej wodzie i odpoczywając obserwowaliśmy jak ciemnieje niebo, a centrum Sydney z wolna spowija wielokolorowa poświata.

Kiedy zapadł zmrok okazało się, że opera jest podświetlona, ale nie tak jak nam to opowiadała barmanka. Najwyraźniej potężne wielokolorowe reflektory używane były tylko podczas specjalnych okazji, na co dzień zaś opera podświetlona była zwykłymi białymi lampami. Na robieniu nocnych zdjęć zeszły nam trzy kwadranse, w końcu jednak postanowiliśmy opuścić magiczne miejsce. Ruszyliśmy dziarskim krokiem w stronę stacji kolejowej. Sydney nocą było równie czarujące jak za dnia.

Tym razem udało nam się zdążyć na ostatni autobus. Tak bardzo zdążyliśmy, że musieliśmy czekać na niego prawie godzinę. Ale zawsze lepiej poczekać niż się spóźnić i potem jechać taksówką... Na pole namiotowe dotarliśmy bez problemu. Zmęczeni całodniowym zwiedzaniem stanęliśmy przed namiotem. Nagle, kiedy wrzucaliśmy plecaki do środka, zauważyliśmy ruch w zaroślach kilka metrów od namiotu. Oświetliliśmy to miejsce latarką i zobaczyliśmy małego possuma spoglądającego na nas czujnym wzrokiem. Zwierzak po kilku sekundach postanowił udać się w bezpieczniejsze miejsce. My zaś rozpakowaliśmy swoje plecaki, wzięliśmy gorącą kąpiel i z ulgą ułożyliśmy się w śpiworach. To był bardzo długi dzień...

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;