Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Pożegnanie z Australią
Autor: Piotr Siennicki   
Trzeci dzień zwiedzania Sydney już na samym początku podróży postanowiliśmy poświęcić w całości na zwiedzanie słynnego Sydney Aquarium. Ula, od kiedy przeczytała o nim w naszym przewodniku niecierpliwie wyglądała dnia, kiedy się tam wybierzemy. Akwarystyka była jej hobby od bardzo dawna.
Budzik wyrwał nas ze snu o ósmej rano. Pomimo, że poprzedni dzień bardzo nas wymęczył nie mieliśmy problemów z podniesieniem się. Bez specjalnego pośpiechu zabraliśmy się za przygotowanie śniadania. Tym razem na szczęście obyło się bez przygód. Pogoda również była łaskawsza - na niebie widniało tylko kilka białych obłoków. Zapowiadał się ładny dzień.

Kiedy wróciliśmy do namiotu i zaczęliśmy pakować plecaki zadzwonił nasz telefon. Dzwonili rodzice Uli, którym udało się zdobyć numer do dalekiej rodziny Uli, mieszkającej właśnie w Sydney! Postanowiliśmy skontaktować się z nimi po zwiedzeniu Sydney Aquarium.

Kilka minut po dziewiątej wyruszyliśmy w drogę. Ponownie dojechaliśmy autobusem do stacji Chatswood, gdzie przesiedliśmy się w pociąg jadący do centrum. Spacerowym krokiem dotarliśmy do Aquarium zaraz po jego otwarciu. Od chwili, kiedy zobaczyliśmy niebieskie zabudowania na twarzy Uli zagościł ogromny uśmiech. Jeszcze zanim weszliśmy do środka zachwyciła się dekoracją akwarium: wielkimi plakatami z bohaterami filmu "Finding Nemo" (W poszukiwaniu Nemo).

Po przejściu obok zbiorników z pierwszymi okazami podwodnej fauny i flory stało się jasne, że Ula dobrowolnie nie opuści akwarium. Każda ryba była dokładnie oglądana i obfotografowana (co nie było proste, bo na ogół refleks flasha na szkle akwarium skutecznie psuł zdjęcie). Moja cierpliwość skończyła się mniej więcej po godzinie zwiedzania. Wyciągnąłem IPAQa i zacząłem czytać książkę, podczas gdy Ula buszowała pomiędzy wielkimi zbiornikami.

Co kilkanaście minut Ula przypominała sobie o mnie i przybiegała z pytaniem czy to na pewno w porządku, że ona tak długo siedzi w jednym miejscu. Co jakiś czas przychodziła również, żeby zgrać zdjęcia z aparatu na notebooka. Ilość zdjęć powstałych w akwarium była przerażająca.

Po kilku godzinach zwiedzania trafiliśmy do pierwszego z gigantycznych oceanicznych basenów. Mieszkańcami wielkiego zbiornika były wesołe foki. Można je było obserwować z góry, a także ze specjalnych szklanych tuneli poprowadzonych pod wodą. Dzięki nim mogliśmy zobaczyć jak zwinne zwierzaki śmigają pod wodą.

Po opuszczeniu basenu z fokami przeszliśmy do kolejnego zbiornika. Tym razem gigantyczne oceaniczne akwarium mogliśmy oglądać tylko od spodu. Powoli weszliśmy do oszklonego tunelu i zamarliśmy... Na coś tak niesamowitego nie byliśmy przygotowani. W odległości zaledwie kilkudziesięciu centymetrów od nas pływały olbrzymie rekiny!

Po raz pierwszy widzieliśmy z bliska jak wygląda paszcza rekina, pełna zakrzywionych, paskudnych zębów. Sam ich widok mógłby sprawić, że czulibyśmy się nieswojo. Świadomość, że oglądane przez nas szczęki należą do żywego ludojada bynajmniej nie poprawiła nam samopoczucia. Zimne, martwe oczy łypały na nas złowrogo...

Powoli przechodziliśmy pod wielkim akwarium, podziwiając najróżniejsze rodzaje oceanicznych ryb. Niektóre z nich dorównywały wielkością rekinom, a większość była większa od nas. Nagle, znienacka coś przysłoniło słońce. Dokładnie nad nami, powoli unosiła się w wodzie olbrzymia płaszczka! Chwilę później nasz wzrok przykuł ogromny żółw morski, dokładnie taki sam, jak ten, na którego grzbiecie podróżowali Nemo i Dory.

Wspólnie zachwycaliśmy się niesamowitym okazami pływającymi tuż obok nas. Po raz kolejny zapełniliśmy zdjęciami kartę naszego cyfrowego aparatu. Niestety, na zwiedzenie Aquarium mieliśmy przeznaczony tylko jeden dzień, więc niechętnie opuściliśmy niesamowity podwodny świat...

Z podwodnego tunelu przeszliśmy do prawdziwego koralowego raju. Trafiliśmy do okrągłego pomieszczenia, w którego ścianach znajdowały się akwaria z elementami rafy koralowej. Niesamowicie kolorowe ryby, ukwiały, rozgwiazdy, korale - to wszystko tak zafascynowało Ulę, że dopiero po godzinie (i dwóch setkach zdjęć) udało mi się ją niemalże siłą przeciągnąć do kolejnego pomieszczenia.

W zwiedzaniu towarzyszyły nam postacie z "Finding Nemo". Wszędzie ze ścian spoglądali na nas bohaterowie filmu: pomarańczowo-biały Clown Fish i niezwykle niebieska Blue Tang. Wszyscy zwiedzający Aquarium zdawali się rozpoznawać Nemo i Dory. Minęła nas nawet grupa staruszków, którzy chodzili od akwarium do akwarium w poszukiwaniu Nemo...

Z części poświęconej rafie koralowej trafiliśmy do kolejnych ogromnych zbiorników z rekinami i innymi wielkimi rybami. Tym razem tunel prowadził nie pod basenem, ale przez jego środek! Cztery ściany z grubego szkła odgradzały nas od pływających dookoła olbrzymów. Zafascynowani przez długi kwadrans przyglądaliśmy się otaczającym nas rekinom. Jedne pływały wolno, strasząc nas swoimi upiornymi szczękami, podczas gdy inne pływały z zawrotną prędkością mijając nas zaledwie o kilkanaście centymetrów. Wszystkie jednak miały jedną cechę wspólną - sprawiały, że mrówki biegały nam po kręgosłupie...

Ostatnią atrakcją, przed jaką stanęliśmy po godzinach zwiedzania było największe akwarium, jakie mieliśmy okazję kiedykolwiek oglądać. Szklana ściana, przed którą stanęliśmy miała 5 metrów wysokości i przynajmniej dwa razy tyle szerokości. Za taflą wirowała ławica błękitnych ryb, z których każda była większa od ludzkiej głowy. Widok był piękny i jednocześnie onieśmielający...

Ula odreagowywała stres poprzedniego dnia, kiedy nie wzięła dodatkowej karty pamięci do naszego cyfrowego aparatu. Podczas trwającej sześć godzin wędrówki przez Aquarium zrobiła przeszło 500 zdjęć, wyczerpując przy okazji 3 komplety baterii...

Z obolałymi nogami i zawrotem głowy od nadmiaru wrażeń opuściliśmy Sydney Aquarium. Na zewnątrz słońce skłaniało się już ku zachodowi, pogoda nadal była piękna. Z dobrymi humorami ruszyliśmy w stronę podziemi, w których zostawiliśmy do zeskanowania nasze filmy. Punkt fotograficzny był otwarty, a nasze klisze czekały już na odbiór.

Ciekawi zdjęć przeszliśmy kilka kroków do pobliskiej kawiarni, gdzie wyjęliśmy z plecaka komputer i zaczęliśmy oglądać skany. Jakość zdjęć zostawiała sporo do życzenia, ale postanowiliśmy się tym nie przejmować. Skupiliśmy się na podziwianiu pięknych widoków i wspominaniu naszych australijskich przygód.

Pół godziny później opuściliśmy kawiarnię i ruszyliśmy na poszukiwanie budki telefonicznej, z której moglibyśmy zadzwonić do rodziny Uli. Mięliśmy nadzieję, że będą już w domu i może znajdą chwilę, żeby się z nami spotkać.

Bożena i Piotr byli zaskoczeni, ale również bardzo ucieszeni naszym telefonem. Szybko ustaliliśmy, że najlepiej będzie jak Piotr odnajdzie nas w centrum i zabierze do domu, gdzie ustalimy, co robić dalej. Przez kwadrans po telefonie staliśmy na krawężniku ulicy zastanawiając się czy na pewno dobrze podaliśmy swoją lokalizację. Na szczęście Piotr znalazł nas bez problemu. Przywitaliśmy się, wrzuciliśmy plecaki do bagażnika i ruszyliśmy w drogę.

Szybko okazało się, że w Piotrze znaleźliśmy bratnią duszę. Podróżowanie, włóczęga, spanie pod namiotem i noszenie gigantycznych plecaków nie było mu obce. Ze zdumieniem słuchaliśmy opowieści o tym jak podobnie do nas, całą rodziną przemierzali busz. Wymienianie podróżniczych opowieści wypełniło nam całą drogę do domu Piotra i Bożeny.

Po krótkiej rozmowie nasi gospodarze zaprosili nas na kolację do jednej z restauracji w centrum. Niestety było już za późno na wizytę w restauracji na szczycie Sydney Tower (gdzie podobno można było skosztować pieczeni z ogona kangura!), skąd rozpościerał się widok na centrum oraz zatokę. Po krótkim zastanowieniu Piotr i Bożena zdecydowali się na jeden z lokali na "waterfront", czyli na wybrzeżu, z widokiem na słynną operę i most!

Kiedy dotarliśmy na miejsce słońce już dawno schowało się za widnokręgiem. Ponownie zobaczyliśmy operę w świetle reflektorów, a bezchmurna noc nabrała magii. Zajęliśmy miejsce przy stoliku na zewnątrz jednej z włoskich restauracji, zaledwie kilka kroków od brzegu, tak, że bez przerwy mogliśmy cieszyć wzrok widokiem opery.

Kolacja była doskonała i zleciała nam dosłownie w oka mgnieniu. Bez przerwy rozmawialiśmy o podróżach. Pomimo, że nasza wycieczka przez Australię miała się już ku końcowi zasypaliśmy Bożenę i Piotra gradem pytań dotyczących ich kraju. Po raz kolejny wypytywaliśmy o zabójcze pająki i węże, ale ciekawiło nas również samo życie w Australii.

Nasi gospodarze mieszkali w kraju kangurów już przeszło dwie dekady i bardzo sobie chwalą zarówno kraj, jak i samo Sydney. Zachwalali pogodę, ciepły klimat, ale przede wszystkim bardzo spokojny tryb życia. Wypady na plażę, pływanie na desce body-surfingowej, czy obiady z grilla pod otwartym niebem nie były dla nich czymś niezwykłym. Gdyby tylko nie te pająki...

Rozmowy mogłyby się ciągnąć do rana, jednak był środek tygodnia i nasi gospodarze następnego dnia mieli iść do pracy. Kiedy zaczęliśmy się zbierać do powrotu Piotr zaczął rozważać wzięcie dnia wolnego, aby spędzić z nami ostatnie godziny naszego pobytu w Australii. Po krótkiej dyskusji zostało postanowione, że teraz pojedziemy na nasze pole namiotowe, żeby spakować nasze rzeczy, następnie wrócimy do domu Piotra i Bożeny, a oni oboje następnego dnia wezmą dzień wolny od pracy. Bardzo się z tej decyzji ucieszyliśmy.

Bez problemu dojechaliśmy na nasze pole namiotowe. Okazało się, że nasi gospodarze dobrze znali okolicę i nie omieszkali nam powiedzieć, że "spaliśmy na funnelwebach". "Funnelweby" to oczywiście pająki Sydney Funnelweb, najbardziej jadowite paskudztwa na całym kontynencie. Najwyraźniej pole kempingowe, z którego korzystaliśmy leżało tuż obok parku, który był ich ulubioną wylęgarnią. Brrrrr...

Kiedy dotarliśmy do namiotu było już dobrze po północy. Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni, więc pakowanie odbyło się w trybie ekspresowym. Wszystkie rzeczy, które były luzem wrzuciliśmy do plecaków, karimaty i śpiwory zabraliśmy tak jak leżały, a cały namiot złożyliśmy tylko "na cztery" i zapakowaliśmy do bagażnika. Cała operacja nie trwała dłużej niż kwadrans.

Drogę powrotną do domu umilaliśmy sobie opowieściami o tym jak tak naprawdę pająki nie są wielkim zagrożeniem. Po ukąszeniu przez Red back'a dorosły człowiek ma przeszło cztery godziny na to, żeby dotrzeć do szpitala, przy Funnelweb'ie są to tylko dwie godziny, ale każdy szpital już ma na jego jad antidotum, więc tak właściwie już nikt nie umiera. Nadal nie do końca przekonani zapytaliśmy "Dorosły człowiek? A co z dziećmi?". "No dzieci umierają..." usłyszeliśmy. W tym momencie obiecaliśmy sobie, że będziemy BARDZO ostrożnie czyścić nasz spakowany w pośpiechu namiot...

Zmęczeni trudami dnia zasnęliśmy natychmiast. Rankiem następnego dnia obudziło nas słońce zaglądające do pokoju przez okno. Zjedliśmy z naszymi gospodarzami śniadanie, po czym postanowiliśmy uporządkować trochę nasz bagaż. O godzinie szesnastej mieliśmy samolot do Nowej Zelandii, więc woleliśmy się wcześniej przygotować do drogi, a resztę wolnego czasu poświęcić na ostatnią wycieczkę po Sydney.

Podczas gdy się pakowaliśmy wróciła do domu córka Bożeny i Piotra: Iwona. Podobnie jak rodzice bardzo ucieszyła się na widok gości z Polski. Wszyscy razem postanowiliśmy wybrać się na chyba najsłynniejszą plażę Sydney, Bondi Beach, a później tuż przed odlotem zjeść obiad w jakimś miłym miejscu.

Australia postanowiła pożegnać nas letnią pogodą. Z nieba lał się żar, nic też dziwnego, że plaża, pomimo, że był środek tygodnia aż roiła się od ludzi. Miłośników złotego piasku i opalenizny było tylko trochę mniej od fanów deski surfingowej. Na każdej większej fali przetaczającej się kilkanaście metrów od brzegu sunął przynajmniej jeden surfer.

Widząc moją fascynację pływaniem na falach Iwona i Piotr pochwalili się, że mają dwie mini-deski w domu i sami bardzo lubią uprawiać coś, co nazywa się "body-surfing" i jest prostszą wersją surfingu na dużych deskach. Kiedy wyraziłem swój żal, że nie udało mi się spróbować tego sportu spojrzeli tylko po sobie i powiedzieli "Mamy jeszcze trochę czasu...”.

Następne pół godziny minęło w szaleńczym tempie. Biegiem wróciliśmy do samochodu, wróciliśmy do domu, w pośpiechu przebraliśmy się w stroje kąpielowe, wrzuciliśmy deski do samochodów i ruszyliśmy na najbliższą plażę. Moją nauczycielką surfingu miała być Iwona, więc aby nie tracić czasu, zaraz jak tylko samochody zatrzymały się na parkingu ruszyliśmy biegiem na plażę. Wierzchnie odzienie zrzuciliśmy z siebie nawet się nie zatrzymując. Koszulki, spodnie i buty zostawiliśmy na piasku, licząc, że nasze rodziny je zbiorą. Jak w słonecznym patrolu biegiem ruszyliśmy w kierunku fal...

Pływanie na desce jest pięknym sportem. Od bardzo dawna byłem zafascynowany wielkimi falami i ślizganiem się po nich. Jednak, kiedy znalazłem się oko w oko z żywiołem moja fascynacja trochę przygasła. I została trochę przytopiona.

Ocean oglądany na ekranie telewizora czy komputera nie wzbudza należytego respektu. Kilkumetrowe fale oglądane z odległości wzbudzają zachwyt, a nie przerażenie. Aby zrozumieć trochę lepiej surfing trzeba samemu się przekonać jak to jest, kiedy sunie na ciebie dwumetrowa ściana wody.

Cały trick z pływaniem na desce polega na odpowiednim ustawieniu się tyłem do fali i zgrabnym poddaniu się jej sile, tak żeby zamiast zatopić popchnęła cię w kierunku brzegu. Znając ten sport tylko z telewizji można łatwo przeoczyć drugą stronę surfingu. A jest nią powrót w miejsce gdzie zaczynają się fale.

Po wykonaniu bardziej lub mniej udanego ślizgu człowiek znajduje się blisko brzegu i żeby jeszcze raz się dać porwać fali musi o własnych siłach odpłynąć kilka(dziesiąt) metrów od plaży. Z falami bez przerwy bijącymi w twarz. I przytapiającymi. Jest to dosyć frustrujące, zwłaszcza dla kogoś początkującego, którego "ślizg" przypominał bardziej lot liścia porwanego gwałtownym wiatrem...

Po pół godzinie epickich zmagań z żywiołem (oraz po jednym wyjątkowo udanym surfie prawie do samej plaży) nieśmiało odezwał się w nas rozsądek. Nasz samolot odlatywał za dwie i pół godziny. Normalnie o tej godzinie już byśmy stali na lotnisku, gotowi do oddania bagażu. Nietypowe było również nasze podejście do sytuacji. Zamiast stresować się uciekającym czasem zaczęliśmy się zastanawiać jak wielką byłoby tragedią gdybyśmy nie zdążyli na nasz lot. Wizja powrotu na plażę była bardzo kusząca...

W ekspresowym tempie wróciliśmy do domu, spłukaliśmy z siebie oceaniczną sól, zabraliśmy bagaż i ruszyliśmy na lotnisko. Po drodze rozmawialiśmy o zamiłowaniu Australijczyków do surfingu. Z niedowierzaniem słuchaliśmy o ludziach, którzy zdecydowali się żyć na zasiłku, ponieważ nie potrzebują luksusów (wystarczy im mieszkanie zapewnione przez państwo, oraz minimalna kwota pozwalająca na przeżycie), a lubią wolność i przede wszystkim surfing! Można ich spotkać na plaży przez 7 dni w tygodniu, od rana do wieczora. Podobno niektórym z "wiecznych surferów" nie przeszkadza w pływaniu nawet obecność rekinów. Twierdzą, że rekiny bardzo rzadko atakują ludzi, a poza tym wszyscy pływają...

Kiedy dotarliśmy na lotnisko zostało zaledwie pół godziny do odlotu. Pędem rzuciliśmy się do kolejki zastanawiając się, czy nie jesteśmy jednak za późno. Na szczęście widząc nasz pośpiech obsługa lotniska skierowała nas do specjalnego okienka. W pośpiechu nadaliśmy bagaże, przygotowaliśmy nasze bilety do Nowej Zelandii, oraz kopie biletów dookoła świata. Niemal w ostatniej chwili kobietę sprawdzającą nasze paszporty ogarnęły wątpliwości. Zażądała od nas oryginałów biletów potwierdzających, że opuścimy Nową Zelandię. Dopiero, kiedy zjawiła się jej przełożona udało nam się ją przekonać, że kopia biletu w zupełności wystarczy.

Kiedy bagaże zostały w końcu nadane i mieliśmy pewność, że samolot bez nas nie odleci udaliśmy się do pobliskiej restauracji na szybki obiad. Przy okazji zgraliśmy zdjęcia z naszego cyfrowego aparatu i skopiowaliśmy je na podręczną pamięć Flash Piotra. Pomimo, że spędziliśmy ze sobą mniej nawet niż 24 godziny smutno nam było żegnać się z rodakami. Pomimo, że spadliśmy im na głowę zupełnie niespodziewanie przyjęli nas strasznie ciepło i zrobili wszystko, żebyśmy miło wspominali nasze ostatnie godziny w Sydney. Szybko znaleźliśmy wspólny język i żal nam było wyjeżdżać. Na długie pożegnania nie było jednak czasu, do odlotu samolotu pozostał niespełna kwadrans, tak, że uściskaliśmy się i wyraziliśmy smutek, że nie dane nam było spędzić razem więcej czasu. Na sam koniec dostaliśmy pożegnalny prezent - torbę z włosia niedźwiadka koala. Wzruszeni podziękowaliśmy gorąco i rzuciliśmy się galopem w stronę gate'ów.

Kiedy pędziliśmy przez strefę bezcłową usłyszeliśmy komunikat "Passangers Bedurek and Sieniki, this is the LAST boarding call!" (Pasażerowie Badure i Siennicki, to jest OSTATNIE wezwanie!). Nasze nazwiska były bardzo zniekształcone, jednak nie ulegało wątpliwości należało się bardzo spieszyć. Dlatego ja ruszyłem pędem w stronę naszej "bramy", a Ula... wstąpiła na chwilkę do sklepu z pamiątkami. Australijski luz nie opuścił nas do samego końca.

Samolot bez nas nie odleciał, a obsługa nie wyglądała na bardzo zniecierpliwioną naszym spóźnieniem. Zasapani, ale szczęśliwi usiedliśmy w fotelach i patrzyliśmy jak Sydney zostaje w dole...

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;