Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
W pogoni za pracą
Autor: Piotr Siennicki   
Lot do Auckland był krótki i przyjemny. Nadal byliśmy w australijsko-wariackim nastroju, więc nim zdążyliśmy się obejrzeć samolot zaczął podejście do lądowania. Wracaliśmy do Nowej Zelandii.
Ponownie musieliśmy przejść przez kontrolę celną i antyinwazyjną. Ponownie musieliśmy skupić się na tym czy nie wwozimy do NZ zakazanych rzeczy. Nasz namiot musiał przejść kwarantannę i odkażanie jakimś strasznie śmierdzącym gazem. Przez kilka chwil zastanawialiśmy się, czy ujawnić, że przewozimy pióra australijskich papug, które Ula dzielnie zbierała podczas naszych wędrówek przez parki narodowe. W końcu jednak uczciwość (i obawa przed karą pięciu lat więzienia oraz grzywną 200 tysięcy dolarów) wzięła górę.

Pracownik lotniska, któremu pokazaliśmy naszą kolekcję piór powiedział nam, że może je również przepuścić przez procedurę dezynfekującą, ale kosztowałoby to nas kilkadziesiąt dolarów. Z wielkim żalem, więc pożegnaliśmy pudełko wypełnione kolorowymi piórkami.

Po przejściu przez wszystkie kontrole znaleźliśmy się w głównym holu lotniska. Umówiliśmy się z Peterem i Moniką, że jak tylko przejdziemy przez odprawę damy im znać, aby Peter przyjechał nas odebrać. Dzięki uprzejmości dwójki świeżo upieczonych Nowozelandczyków mogliśmy odpocząć po męczącej podróży przez Australię.

U Petera i Moniki spędziliśmy trzy dni opowiadając o naszych przygodach, piorąc wszystkie nasze rzeczy oraz oczywiście odsypiając wojaże. Pogoda nie sprzyjała wycieczkom, więc mieliśmy dużo czasu na prace porządkowe. Ponieważ podczas niemal całej podróży przez Australię nie było okazji, aby usiąść na dłużej z komputerem dopiero w Nowej Zelandii mogłem zająć się uporządkowaniem swoich zapisków, oraz kontynuacją dziennika.

Następny etap naszej podróży przewidywał przerwę w zwiedzaniu. Aby podreperować finanse postanowiliśmy poszukać dorywczej pracy przy zbiorze owoców. Z zebranych przez nas informacji wynikało, że kilka tygodni ciężkiej pracy pozwoliłoby nam zarobić kwotę zbliżoną do ceny naszych biletów lotniczych.

Przed wylotem do Australii pomoc w znalezieniu pracy zaoferowali nam Alistair i Janet. Ponieważ sami prowadzili przez wiele lat plantację owoców kiwi mieli dużo znajomych w branży. Dlatego właśnie jak tylko ogarnęliśmy nasze bagaże po powrocie do Nowej Zelandii postanowiliśmy wyruszyć w stronę Tauranga.

W sobotę, trzy dni po lądowaniu w Auckland, Peter podrzucił nas na stację benzynową przy autostradzie prowadzącej na południe. Podziękowaliśmy mu ponownie za pomoc. Peter z kolei zapewnił nas, że gdybyśmy do wieczora nie znaleźli nikogo, kto by nas zabrał, to przyjedzie po nas i zabierze z powrotem do domu.

Ponownie zostaliśmy sami. Dochodziła godzina trzecia po południu, a do przebycia mieliśmy zaledwie około 200 kilometrów, więc nie spieszyliśmy się specjalnie. Spokojnie zarzuciliśmy plecaki na grzbiet i ruszyliśmy w stronę wyjazdu ze stacji benzynowej. Zanim zdążyliśmy dojść do miejsca, w którym zamierzaliśmy "łapać okazję" zatrzymał się obok nas van z logiem jakiejś firmy kurierskiej. W szoferce siedziała para Maorysów. Uprzejmie zapytali nas, w którą stronę zmierzamy. Razem ustaliliśmy, że wspólną trasę mamy tylko przez kilkadziesiąt kilometrów. Po krótkiej dyskusji ze swoją towarzyszką kierowca oznajmił nam, że mogą pojechać inną drogą, dzięki czemu dowiozą nas do skrzyżowania, z którego dużo łatwiej znajdziemy transport do Tauranga. Kiedy zajęliśmy miejsca w bagażowej części vana wysłaliśmy SMSa do Petera, informując go, że jesteśmy już w drodze, a jego obawy były płonne.

Na drugi transport tego dnia również nie musieliśmy długo czekać. Na poboczu spędziliśmy nie więcej niż kwadrans. Zabrała nas ze sobą dwójka Polinezyjczyków z Fiji. Ta wesoła para podwiozła nas już na autostradę prowadzącą prosto do naszego celu.

Trzecim i ostatnim kierowcą na naszej trasie Auckland-Tauranga był jowialny handlarz nawozem. Bez przerwy uśmiechnięty i skory do śmiechu słuchał opowieści z naszych podróży. Kiedy zaczęliśmy się zbliżać do okolicy, gdzie mieszkali Alistair i Janet postanowiliśmy zadzwonić do nich i dać znać, że jesteśmy w pobliżu. Ponieważ jednak nie byliśmy w stanie wytłumaczyć gdzie dokładnie jesteśmy i gdzie będziemy mogli czekać na Alistaira przekazaliśmy telefon naszemu kierowcy. Mężczyźni dogadali się bez problemu i już po kwadransie zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, gdzie czekał na nas Alistair.

Nie będziemy się chyba mijać z prawdą, kiedy napiszemy, że cała posiadłość Rossów ucieszyła się z naszego przybycia. Alistair i Janet przyjęli nas bardzo ciepło, a zwierzęta nie posiadały się z radości. Najszczęśliwszy był oczywiście ulubieniec Uli, mały, czarny pudel: Bigglesworth.

Ponieważ okres zbiorów jeszcze się nie zaczął mieliśmy trochę czasu na odpoczynek po naszych australijskich przygodach. Nasi gospodarze chętnie słuchali opowieści z naszej podróży, często obdarzając nas w zamian relacjami ze swoich przeżyć.

Ula, do tej pory nieśmiała i małomówna zaczęła się trochę otwierać na niezwykle przyjazną dwójkę Nowozelandczyków. Coraz częściej włączała się do rozmowy, a co wieczór siadała razem z Janet przed telewizorem, aby oglądać "Crime Night" (Wieczór Zbrodni). Podczas gdy ja przesiadywałem przed komputerem pisząc kolejne odcinki dziennika Ula nabierała biegłości w posługiwaniu się angielskim.

Chcąc odwdzięczyć się naszym gospodarzom za gościnę zaproponowaliśmy im, że zrobimy "Polski obiad". Obydwoje przyjęli to bardzo entuzjastycznie, więc zaczęliśmy się zastanawiać, co jesteśmy w stanie zrobić. Najbardziej polski wydawał nam się bigos, ale po kiszoną kapustę musielibyśmy jechać aż do Auckland. W końcu postanowiliśmy zrobić schabowe z ziemniakami i wielowarzywną sałatką.

Janet zabrała nas na zakupy, z których wróciliśmy objuczeni niczym wielbłądy. Kuchnia Rossów była zawsze przygotowana na przyjęcie tuzina gości, ale tego dnia żywność nie mieściła się wręcz w lodówce i okolicznych szafkach. Przygotowania do naszego obiadu zaczęliśmy odpowiednio wcześniej, ale zanim wszystko było gotowe Alistair zdążył zgłodnieć. Niecierpliwie zerkał na "pole bitwy" i rzucał dowcipne uwagi.

Alistair jednak nie był jedynym zainteresowanym naszymi poczynaniami w kuchni. Dwa wyjątkowo bezczelne koty bez przerwy kręciły się w okolicy, tylko czekając aż któreś z nas odejdzie na chwilę zostawiając mięso bez opieki. Z pomocą w opanowaniu zwierzyńca przyszedł nam ostatni zakup Alistaira - małe pistolety na wodę. Kiedy kot posuwał się za daleko w swoim zuchwalstwie trafiał go strumień wody, który przynajmniej na chwilę zniechęcał go do podkradania jedzenia.

Obiad okazał się wielkim sukcesem. "Polish pork" (wieprzowina po polsku) zniknęła z talerzy w ekspresowym tempie. Janet zaś zachwycała się sałatką warzywną. Od razu poprosiła Ulę o spisanie dla niej przepisu. Alistair zapewniał z kolei, że chyba częściej będziemy gotowali, skoro tak dobrze nam to wychodzi.

Na szczęście poza gotowaniem u Rossów mieliśmy również inne rozrywki. Ulubioną grą Alistaira był backgammon, stara gra planszowa, mająca swoje korzenie w Grecji i odrobinę podobna do warcabów. Szybko nauczyłem się w nią grać i dołączyłem do gorących rozgrywek, które toczył z ojcem Andrew.

Przebywanie w towarzystwie rodziny Rossów pomogło nam odbudować siły po stresach podróży. Nigdy nie opuszczał ich dobry humor, zawsze chodzili i uśmiechnięci, a Alistair bez przerwy rzucał dowcipne uwagi przekomarzając się z Janet. Razem zaczęliśmy tworzyć ciekawe socjologiczne teorie, na które nasze kobiety reagowały spojrzeniami pełnymi politowania. Doszliśmy między innymi do wniosku, że męska fascynacja telewizorem bierze się jeszcze z początków cywilizacji, kiedy mężczyzna (myśliwy) wracał do domu z upolowaną zwierzyną, przekazywał ją kobiecie i siadał przed ogniskiem, aby odpocząć. Z biegiem lat ognisko zostało zastąpione telewizorem, ale mechanizm w gruncie rzeczy pozostał ten sam. Od chwili wymyślenia tej przełomowej teorii zawsze, gdy nie chciało nam się czegoś zrobić zgodnie stwierdzaliśmy, że to, dlatego, że jesteśmy myśliwymi.

Czas mijał nam bardzo szybko w gościnie, zupełnie jak byśmy byli na wakacjach. W końcu jednak nasi gospodarze uznali, że czas już zacząć załatwiać formalności związane z pozwoleniem na pracę. Pewnego pięknego dnia wybraliśmy się całą trójką na wycieczkę do Urzędu Imigracji w Hamilton.

Pierwsze problemy pojawiły się podczas wyboru formularza. Nie wiedzieliśmy, który z dwóch formularzy o pozwolenie na zatrudnienie mamy wypełnić. Problem rozwiązał szybko pracownik Urzędu Imigracji, który wysłuchawszy nas powiedział, że owszem, możemy ubiegać się o pozwolenie na pracę, ale dopóki w rejonie Tauranga mieszkają osoby bezrobotne pozwolenia takowego nie otrzymamy.

Dyskusja stawała się coraz mniej przyjazna. Alistair i Janet wyraźnie tracili cierpliwość. Okazało się, że na drodze do naszego zatrudnienia stanął fatalny przepis zabraniający zatrudniania obcokrajowców do prac niewymagających specjalnych kwalifikacji, jeśli w danym rejonie znajdują się ciągle bezrobotni Nowozelandczycy. Przepis z jednej strony bardzo sensowny, jednak w rzeczywistości tragicznie chybiony.

Większość bezrobotnych ludzi w Nowej Zelandii nie pracuje na własne życzenie, a nie dlatego, że nie może znaleźć pracy. Życie na "bezrobociu" może nie jest najbardziej luksusowe, ale nie trzeba się za to męczyć, wstawać codziennie do pracy itp. Mając tak "chętnych" do pracy rodaków plantatorzy natychmiast zatrudniliby każdego autostopowicza, tutaj jednak na ich drodze stanął rząd. Sytuacja sprowadziła się do tego, że bezrobotni byli pędzeni do pracy, której wcale nie chcieli, a plantatorom nadal dramatycznie brakowało pracowników.

W Hamilton nie udało nam się nic załatwić. Urzędnicy byli nieugięci. Nie ma pozwoleń na pracę i koniec. W drodze powrotnej Janet odszukała telefon do członka kongresu w ich stanie, aby u samego źródła zasięgnąć informacji w temacie. Niestety, udało jej się dowiedzieć jedynie tyle, że rząd w tej chwili rozważa wprowadzenie dodatkowych pozwoleń na pracę, w rejonach, gdzie najbardziej brakuje ludzi do zbioru owoców, jednak na chwilę obecną nic nie można zrobić...

Kiedy wróciliśmy do domu okazało się, że znajomi Alistaira i Janet prowadzący firmę zatrudniającą autostopowiczów nie przejmowali się wcale pozwoleniami na pracę. Podobno historia z brakiem ludzi do pracy powtarzała się, co roku, a ktoś musiał przecież zbierać owoce...

Najłagodniejszą karą za nielegalną pracę była deportacja i zakaz wjazdu do Nowej Zelandii na przynajmniej kilka lat. Nie uśmiechało nam się opuszczać kraj w ten sposób, a jeszcze mniej odpowiadało nam zostanie nielegalnymi imigrantami. Zamknęłoby to nam drogę do większości cywilizowanych krajów, do których wyjeżdżając trzeba odpowiedzieć na pytanie: czy byłeś kiedykolwiek deportowany?

Nasi gospodarze powiedzieli nam, że gdybyśmy się zdecydowali na nielegalną pracę mogą nas skontaktować ze swoimi znajomymi, ale gorąco nam to odradzają. Kilka tysięcy dolarów, które byśmy zarobili na plantacjach nie było warte ryzykowania przyszłości. Obydwoje zapewnili nas, że możemy zostać u nich tak długo jak chcemy, nawet, jeśli w najbliższej przyszłości nie uda nam się załatwić tych nieszczęsnych pozwoleń.

Zostaliśmy, więc w gościnie u Alistaira i Janet. Dni płynęły nam powoli na czytaniu książek, pisaniu dziennika oraz oglądania wszelkiej maści filmów kryminalnych. Zaczęliśmy się podśmiewać, że po wizycie u Rossów nigdy nie zapomnimy słów takich jak krew, ofiara, morderca, podejrzany itp.

W międzyczasie w odwiedziny do naszych gospodarzy przyjechał z Wellington najmłodszy syn: Andrew. W ślad za nim pojawić się miał jego starszy brat. Rodzice, choć z pewnością bardzo cieszyli się z odwiedzin, z niepokojem oczekiwali Simona. Miało to zapewne związek z tym, że zamierzał odwiedzić rodziców z dwiema koleżankami, które poznał w barze ze striptizem... Janet, która jest bardzo wyrozumiałą kobietą zapytała się tylko: "dlaczego dwie?", "Bo obydwie mnie lubią" odpowiedział beztrosko Simon.

Wyczyny młodych Rossów nie przerażały jednak rodziców tak jak byśmy się tego spodziewali. Wspominając liczne przygody podczas swojego burzliwego życia Alistair i Janet opowiedzieli nam kilka historii o ciekawych gościach, którzy nawiedzili ich dom.

Najbardziej interesującą i chyba najcieplej wspominaną postacią była Georgina, córka jednego z wojskowych znajomych Alistaira. Mężczyźni poznali się podczas służby w bazie wojskowej w USA, w Texasie. Ojciec Georginy, podobnie jak Alistair, w końcu wrócił do swojego rodzinnego kraju, do Anglii.

Pewnego pięknego dnia w domu Rossów zadzwonił telefon. Dzwonił właśnie ojciec Georginy, która podczas swojej podróży przez świat zgubiła dokumenty razem z pieniędzmi oraz kartami kredytowymi. Z lotniska w Nowej Zelandii udało jej się zadzwonić do domu na koszt rodziców, a oni z kolei odgrzebali telefon do jedynej osoby, którą znali w NZ.

Alistair oczywiście od razu wsiadł w samochód i pojechał na lotnisko w Auckland. Z pomocą obsługi udało mu się odnaleźć pechową podróżniczkę. Georgina miała kolczyk w nosie i włosy zaplecione w warkoczyki. Na pierwszy rzut oka jasne było, że nie jest to zwyczajna dziewczyna. Podejrzewając, że może być głodna Alistair zaproponował jej wizytę w MacDonaldzie. Okazało się, że Georgina nie jadła nic od czasu, kiedy zgubiła dokumenty i była BARDZO głodna. Hamburger z frytkami zniknął w prawdziwie imponującym tempie. Dopiero później okazało się, że Georgina jest wegetarianką.

Roztrzepana podróżnicza została u Rossów przez kilka tygodni. Zabierała Winstona na długie spacery, plotła mu wieńce z kwiatów, opowiadała mu bajki, gotowała niezwykłe obiady, po których kuchnia wyglądała jak pole bitwy, a Andrew i Simon sprzątali przez długie godziny - była lokalną atrakcją.

Alistair z rozbawieniem wspominał dzień, kiedy Georgina przyszła do nich smutna i oznajmiła, że "trochę się zagapiła i właśnie odleciał samolot, którym miała lecieć na Fiji". Roztrzepana nastolatka z pomocą Rossów ubłagała linie lotnicze o przebookowanie biletu na inną datę. Jej rodzice zaś nie przejęli się tym zbytnio. Najwidoczniej przegapienie samolotu mieściło się w normie jej zachowania...

Mając tak ciekawe przygody z różnymi ludźmi spotkanie z dwoma striptizerkami nie wydawało się więc Rossom specjalnie ekscytującym przeżyciem. Dziewczyny okazały się sympatyczne i chętne do rozmowy. Przez dwa dni, kiedy były w odwiedzinach nie wydarzył się żaden skandal, a nasze życie szybko wróciło do normy.

Niestety kolejne tygodnie czekania nie przyniosły tak wyczekiwanej przez nas (oraz plantatorów kiwi) decyzji o wydaniu tymczasowych pozwoleń na zatrudnienie. W końcu stało się jasne, że czas zacząć myśleć o wyruszeniu w dalszą drogę.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;