Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Pożegnania z Nową Zelandią
Autor: Piotr Siennicki   
Przygotowania do opuszczenia Nowej Zelandii, która była dla nas domem przez przeszło pół roku zaczęliśmy od skontaktowania się z moją Ciocią, którą mieliśmy odwiedzić w Kanadzie. Wspólnie ustaliliśmy, jaka data będzie najbardziej odpowiadała naszym planom podróżniczym, oraz Cioci, która do końca czerwca prowadziła zajęcia w szkole.
Nasze bilety lotnicze dookoła świata nie przewidywały lądowania w Vancouver. Mieliśmy wykupiony przelot do Los Angeles, a następnie do Frankfurtu i Warszawy. Bilet nasz jednak zakładał, że od lądowania w LA do startu w dalszą drogę może minąć dowolnie długi okres czasu (pod warunkiem, że nie przekroczy daty ważności samego biletu). Ustaliliśmy więc, że transport z Kalifornii do Brytyjskiej Kolumbii zorganizujemy sobie we własnym zakresie.

Pozostało nam jeszcze tylko ustalić trasę zwiedzania Los Angeles i okolic. Nie było to proste, ponieważ atrakcji w okolicy było mnóstwo, a nasz budżet niestety już bardzo skromny. Z pewnością chcieliśmy zobaczyć Hollywood i The Walk of Fame - pasaż z gwiazdami. Nie można być w LA i tego nie zobaczyć. Podczas jednej z naszych wizyt w Auckland Peter opowiedział nam o swojej wizycie w Universal Studios, więc i ten obiekt dodaliśmy do listy rzeczy "do zobaczenia". Ula również bardzo chciała odwiedzić Disneyland. Nie pomagały argumenty, że jesteśmy dorośli, że jest szereg innych atrakcji do zobaczenia - Ula była niewzruszona Disneyland i koniec. Dodaliśmy więc ogromny park do listy.

Pomocą w planowaniu naszej podróży służyli również Alistair i Janet. Wspominali swój własny pobyt w LA, wizytę w Disneylandzie oraz zwiedzanie miasta. To właśnie oni odradzili nam wcześniejszą rezerwację miejsc na lot z Los Angeles do Vancouver. Mieliśmy spróbować dostać się na lot ze "stand by", czyli oczekując aż się w ostatniej chwili zwolni miejsce, na któryś lot. Wiedzieliśmy, że w ten sposób lata Andrea, choć w jej przypadku jest to możliwe dzięki temu, że pracuje w liniach lotniczych. Nie będąc pewni, co do skuteczności tego sposobu postanowiliśmy dać mu szansę.

Korzystając z dobrodziejstw Internetu udało mi się znaleźć hotel w Los Angeles, który nie dość, że znajdował się blisko lotniska, to jeszcze miał rozsądne ceny i zadowalający standard. Z opisu dowiedzieliśmy się również, że między lotniskiem a hotelem bez przerwy kursuje bezpłatny "shuttle" (mini autobus). Rezerwacji pokoju na dwa dni dokonałem bez problemu przez Internet.

Mając zapewnione zakwaterowanie postanowiliśmy zainteresować się transportem miejskim i atrakcjami. Znaleźliśmy kilka map Los Angeles i zaczęliśmy planować zwiedzanie. Poruszanie się po tak ogromnym mieście napawało nas trochę przerażeniem, ale stwierdziliśmy, że wszędzie daliśmy sobie radę, to, dlaczego nie w LA?

Zaniepokojenie poczuliśmy dopiero po dotarciu do finansowych aspektów naszej wizyty w USA. Potrzebowaliśmy funduszy na przelot z LA do Vancouver, pobyt w hotelu w LA, bilety do Disneylandu i Universal Studios, transport miejski oraz jakieś jedzenie. Wszystko razem złożyło się na kwotę niepokojąco zbliżoną do całkowitego naszego budżetu na resztę podróży. Na szczęście z pomocą pospieszyła nam moja Mama, która w ramach prezentu na Dzień Dziecka postanowiła ufundować nam bilety do Disneylandu. Byliśmy uratowani!

Kilka dni przed naszym planowanym wyjazdem od Alistaira i Janet dostaliśmy maila z Australii. Andrea dostała przydział na lot do Nowej Zelandii i chciała się z nami spotkać! Szczęśliwie jej przylot pokrywał się z naszym powrotem do Auckland. Po opuszczenia domu Rossów zamierzaliśmy spędzić kilka dni u Petera i Moniki pakując nasze walizki, wysyłając nadmiar rzeczy paczką do Polski i ogólnie przygotowując się do wyjazdu.

Czas płynął nieubłaganie. Dzień opuszczenia domu na szczycie wzgórza nadszedł dużo wcześniej niż byśmy sobie tego życzyli. Ze łzami w oczach żegnaliśmy się ze zwierzyńcem i malowniczą okolicą. Alistair i Janet mieli nam towarzyszyć do samego Auckland, gdzie jechali spotkać się ze znajomymi. Zrobiliśmy jeszcze jedno, wspólne, pamiątkowe zdjęcie i zajęliśmy miejsca w samochodzie...

Droga z Tauranga do Auckland minęła nam zadziwiająco szybko na ostatnich rozmowach z naszymi wspaniałymi gospodarzami. Janet zapewniała nas, że gdybyśmy kiedykolwiek chcieli ich odwiedzić, żebyśmy tylko dali znać, my natomiast zapraszaliśmy ich do Europy, do nas.

Pomimo ekscytacji kolejną podróżą humory dalekie mieliśmy od szczęśliwych. Kiedy zatrzymaliśmy się przed hotelem, w którym czekała na nas Andrea i wypakowaliśmy nasze bagaże uświadomiliśmy sobie, że możemy już nigdy nie zobaczyć dwójki przyjaznych Nowozelandczyków...

Kiedy Andrea otworzyła nam drzwi swojego pokoju z niepokojem spytała czy coś się stało. Wyjaśniliśmy jej przyczynę naszego smutnego nastroju. Wesoła i energiczna stewardessa nie pozwoliła nam się długo mazać. My również ucieszyliśmy się bardzo ze spotkania z nią, więc po chwili humory trochę się nam poprawiły. Opowiedzieliśmy Andrei o naszych planach zwiedzania Los Angeles, ona zaś uraczyła nas historią o tym jak uszkodziła samochód Jarka i jak strasznie bała się mu o tym powiedzieć. Przebywając z Andreą nie można było być smutnym.

Kiedy przekazaliśmy sobie pierwszą falę nowości i opowieści postanowiliśmy ruszyć na zwiedzanie centrum. Andrea była już w Auckland kilka razy, więc wystąpiła w roli przewodnika. Zaprowadziła nas do kilku sklepów z pamiątkami, gdzie kupiliśmy stada magnesów na lodówkę, kieliszków i pocztówek. Od Andrei dostaliśmy małą, wesołą owieczkę, a ona od nas uśmiechniętego ptaka Kiwi.

Po zakupach ruszyliśmy na spacer po okolicy. Włócząc się ulicami Auckland rozmawialiśmy o planach na przyszłość, podróżach i wielu innych sprawach. Kiedy zaczęło się zmierzchać Andrea zaprowadziła nas do indyjskiej jadłodajni, gdzie zamówiliśmy na wynos trzy porcje tajemniczo brzmiącego dania. Wróciliśmy do pokoju w hotelu Andrei, gdzie spokojnie zjedliśmy obiad i wypiliśmy herbatę.

Wesoła stewardessa bardzo cieszyła się ze spotkania z nami i zaczęła nawet się zastanawiać czy nie udałoby jej się jeszcze raz nas złapać, tym razem w Los Angeles. Terminarz lotów już miała ustalony, ale możliwe było zamienienie się z kimś, komu akurat w tym terminie lot do USA nie bardzo pasował. Gdyby to się udało mielibyśmy przewodnika po LA, a zwiedzanie miasta byłoby dużo ciekawsze i bardziej przyjemne. Andrea również strasznie chciała iść do Disneylandu. Kiedy odwiedziła LA z Jarkiem nie udało się jej zaciągnąć go do wielkiego parku rozrywki dla dzieci. Sama nie miała ochoty się tam wybrać, za to z nami wiedziała, że będzie się doskonale bawiła.

Na rozmowach z Andreą moglibyśmy spędzić całą dobę, czas jednak po raz kolejny nie miał dla nas litości. Zbliżała się godzina odjazdu ostatniego autobusu do Botany Town Center, obok którego mieszkali Monika i Peter. Po raz drugi tego dnia musieliśmy opuszczać bliską nam osobę. Uściskaliśmy się gorąco i postanowiliśmy spróbować jeszcze raz się spotkać w Los Angeles. Tym się pocieszając ruszyliśmy na pętlę autobusową.

Długie pożegnania sprawiły, że drogę autobusu musieliśmy pokonać galopem. Na szczęście udało nam się zdążyć na czas. Autobus zawiózł nas krętą drogą do Botany Town Center, skąd już na piechotę doszliśmy do domu Moniki i Petera w Dannemora.

Dwójka Polaków przywitała nas bardzo ciepło. Na kolację dostaliśmy pizzę i ciasto. Do późnego wieczora rozmawialiśmy o naszej wyprawie, o tym jak sobie ją wyobrażaliśmy na samym początku, jak przebiegła i jak się zakończy. Pomimo całego dnia pożegnań znowu poczuliśmy się jak w domu.

Ostatnie dni w Nowej Zelandii minęły nam bardzo pracowicie. Przeglądaliśmy wszystkie skarby, które zgromadziliśmy podczas podróży, wybieraliśmy to, co zamierzaliśmy spakować do walizek, a co chcieliśmy wysłać w paczce do Polski. Kupowaliśmy ostatnie pamiątki z Nowej Zelandii i wysyłaliśmy ostatnie kartki.

Tym razem udało nam się mniej więcej zdążyć z pakowaniem. Ostatniego dnia przed wylotem nasze walizki były gotowe do podróży, paczka do Polski już była w drodze, a my mogliśmy spokojnie udać się na pożegnalną wycieczkę po okolicy.

Peter z Moniką zabrali nas do centrum Auckland, gdzie zrobiliśmy sobie piknik w parku Alberta, po czym ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się, by zrobić zdjęcie, lub przespacerować się nad samym oceanem. Nowa Zelandia pożegnała nas pięknym, płonącym ogniem zachodem słońca.

Kiedy zapadł zmrok, w bardzo melancholijnych nastrojach ruszyliśmy z powrotem do domu. Zjedliśmy skromną kolację i położyliśmy się spać. Opuszczaliśmy Nową Zelandię...

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;