Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Skok przez Pacyfik
Zobacz też:
Budzik wyrwał nas ze snu wczesnym świtem. Za oknem nadal panował półmrok. Słońce schowane było za widnokręgiem. Na ostatnie śniadanie w Nowej Zelandii zjedliśmy po jednej kanapce. Aby wyrwać się z sennego otępienia napiliśmy się kawy.

Zanim słońce pojawiło się na niebie zapakowaliśmy bagaże do samochodu. Peter dzielnie wstał w środku nocy, aby po raz ostatni zawieźć nas na lotnisko. Monika również wstała, aby pożegnać się z nami i życzyć nam wszystkiego najlepszego w naszych podróżach.

Droga na lotnisko minęła nam w milczeniu. Bardzo dziwnie się czuliśmy. Nowa Zelandia była dla nas domem przez ostatnich kilka miesięcy i ciężko było się z nią rozstać. Rozmyślaliśmy nad przygodami, jakie tutaj przeżyliśmy i nad wspaniałymi ludźmi, jakich tu mieliśmy okazję poznać. Nie wiedzieliśmy też czy kiedyś jeszcze uda nam się spotkać z Peterem i Moniką. Humory mieliśmy grobowe...

Lotnisko było opustoszałe. Nieliczni pasażerowie dopiero zaczynali podjeżdżać pod główne wejście. Peter pomógł nam wypakować bagaże z samochodu, pożegnał się z nami i jeszcze raz pożyczył szczęścia w dalszej podróży. Kiedy odjechał z powrotem do domu poczuliśmy się bardzo samotni. Teraz naprawdę poczuliśmy, że opuszczamy to przepiękne miejsce…

Na szczęście mieliśmy przed sobą nowe cele, dalszą drogę. Spokojnie i bez pośpiechu przeszliśmy przez kontrolę paszportową i nadanie bagażu. Ponownie udało nam się przemknąć z bagażem trochę przekraczającym dozwolone 20 kilogramów na osobę. Ostatnie chwile w Nowej Zelandii spędziliśmy przechadzając się po sklepach w strefie bezcłowej.

W końcu nadszedł ten moment - weszliśmy na pokład wielkiego Boeinga 747-400. Pół godziny później mignął nam w dole półwysep Coromandel, a po chwili Nowa Zelandia zniknęła za chmurami. Rozpoczął się długi, 13-godzinny lot przez Atlantyk.

Dla tych, którzy latają sporadycznie przygoda z samolotem jest niezwykła i upajają się każdą chwilą w powietrzu (albo umierają ze strachu, jedno z dwojga). My natomiast w ciągu kilku miesięcy podróży odwiedziliśmy 9 lotnisk, odbyliśmy 10 lotów i spędziliśmy w powietrzu prawie 30 godzin. Trwający 13 godzin lot z Auckland do Los Angeles nie był dla nas wielką atrakcją. Podróży nie uprzyjemnił nam również strasznie gruby mężczyzna, który zajmował połowę mojego fotele i był zbyt leniwy, żeby wstać i przepuścić nas, kiedy musieliśmy udać się do toalety.

Po trzynastu godzinach w bardzo mało komfortowych warunkach wydostaliśmy się w końcu z samolotu. Stanęliśmy w kolejce do odprawy paszportowej. Po raz pierwszy przekraczaliśmy granicę Stanów Zjednoczonych i pomimo, że mieliśmy ważne wizy (czy raczej promesy wizowe) nadal czuliśmy się trochę niepewnie. Muszę jednak przyznać, że na lotnisku LAX zostaliśmy potraktowani lepiej niż w ambasadzie USA w Warszawie. Obsługa lotniska kulturalnie wskazywała, do której kolejki się skierować, a później, aby przyspieszyć odprawę skierowano nas do okienek, gdzie obsługiwani byli obywatele USA. Oczywiście jak wszyscy przekraczający granicę ludzie musieliśmy zostawić odciski palców (skanowane elektronicznie) oraz zapozować do zdjęcia. Ula oczywiście bardzo się przejęła faktem, że po 13 godzinach w samolocie będzie wyglądała na nim fatalnie. Na szczęście nie wpłynęło to na decyzję urzędnika i bez problemów zostaliśmy wpuszczeni do USA.

Pomimo, że byliśmy wykończeni długim lotem nie ruszyliśmy od razu w stronę hotelu. Postanowiliśmy natychmiast dowiedzieć się jak wygląda sytuacja z lotami "na stand by". Znaleźliśmy informację, gdzie bardzo miła, starsza pani powiedziała nam, że nie słyszała o takiej formie transportu, ale lepiej będzie, jeśli upewnimy się jeszcze u przedstawicieli linii lotniczych obsługujących loty do Vancouver. Dostaliśmy listę linii razem z opisem gdzie na wielkim lotnisku znajdują się ich terminale.

Po godzinie tułania się z bagażami upewniliśmy się - dla normalnych pasażerów nie ma czegoś takiego jak lot ze "stand by". Owszem, można załapać się na lot w ostatniej chwili (nawet kwadrans przed odlotem), ale taki bilet wcale nie jest tańszy. Jest droższy o kilkadziesiąt do kilkuset dolarów. Bilety do Vancouver można było oczywiście nabyć od ręki - transport w jedną stronę w najtańszej linii kosztował 330 dolarów od osoby. Inne linie były nawet do dwóch razy droższe. Trochę zmartwieni tym postanowiliśmy w końcu udać się do hotelu i tam zastanowić się, co dalej.

Uprzejma pani w informacji powiedziała nam również jak dostać się do naszego hotelu. Co kilkanaście minut wszystkie terminale LAX objeżdżał czerwony mini-van (shuttle) naszego hotelu. Wystarczyło zaczaić się na niego w odpowiednim miejscu i wsiąść jak do taksówki.

Droga z lotniska do hotelu zajęła nam może 10 minut. Pokój zarezerwowany przez Internetu już na nas czekał. Na recepcji obsłużyła nas młoda dziewczyna o wdzięcznym imieniu America, a afroamerykanin w hawajskiej koszuli pomógł nam trafić do odpowiednich drzwi. Mogliśmy w końcu chwilkę odpocząć.

Ula wzięła szybki prysznic i nieprzytomna padła do łóżka, ja natomiast zmusiłem się do walki. Ruszyłem na poszukiwanie bankomatu i tanich linii lotniczych. Z pierwszym nie miałem problemów - znajomy już murzyn w kwiecistej koszuli skierował mnie do najbliższego ATMu, z którego wyciągnąłem "zielone".

Ponownie trafiłem do hotelowej recepcji, tym razem z zamiarem dowiedzenia się czy w pokojach jest dostęp do Internetu. Sieć rzecz jasna była, ale nie w standardzie. Aktywowanie dostępu na jedną dobę kosztowało 20 dolarów, przynajmniej dwa razy więcej niż byliśmy gotowi wydać. Miałem nadzieję, że w Internecie uda mi się zarezerwować w miarę tanie bilety na przelot do Vancouver, ale wydawanie w ciemno $20 nie wydawało mi się najlepszym rozwiązaniem.

Wychodząc z założenia, że "kto pyta nie błądzi" poprosiłem o pomoc nudzącą się na recepcji obsługę. Pokrótce opowiedziałem o naszym rekonesansie na lotnisku i niesamowicie drogich biletach. Znajomy murzyn nie mógł uwierzyć, że za lot do Vancouver jedna z linii lotniczych żądała przeszło 500 dolarów. Z niedowierzaniem pokręcił głową i powiedział, że za tą cenę on może nas tam zawieźć własnym samochodem!

Po krótkiej rozmowie wiedziałem już, co powinienem zrobić. Dostałem kartkę z darmowymi numerami do kilku linii lotniczych. Moi rozmówcy zapewniali, że rezerwując bilet przez telefon można często uzyskać bardzo dobrą cenę. Murzyn zaprowadził mnie do najbliższej budki telefonicznej i powiedział, że jeśli potrzebowałbym jeszcze jakiejś pomocy, to żebym koniecznie do nich przyszedł.

Przez kilka minut wykręcałem kolejne numery z kartki i cierpliwie wysłuchiwałem litanii "Jeśli dzwonisz, aby dokonać zmian w rezerwacji wciśnij 1, jeśli dzwonisz aby zarezerwować bilet na lot krajowy wciśnij 2...". Okazało się, że bilety kupowane na lotnisku są z definicji o kilkadziesiąt dolarów droższe od rezerwowanych telefonicznie. Po wysłuchaniu oferty kilku linii lotniczych byłem już spokojniejszy, wiedziałem, że bilety znajdują się w granicach naszego budżetu.

Dzwoniąc do ostatniej linii wymienionej na kartce byłem już trochę znudzony monotonią automatycznych menu. Po wysłuchaniu opcji "jeden" i "dwa" usłyszałem w końcu "loty międzynarodowe" i już miałem wcisnąć trójkę, kiedy okazało się, że mam wcisnąć ósemkę. Trochę zirytowany tą zmyłką chciałem szybko zbyć konsultanta, przekonany, że nie uzyskam już lepszej oferty. Ku memu zdziwieniu linia America West miała miejsca na lot do Vancouver w wyjątkowo przystępnej cenie. Co jeszcze dziwniejsze był to lot z przesiadką w Las Vegas! Nie wahałem się nawet chwilę. Zarezerwowałem dwa miejsca na ten lot i zapewniłem, że jeszcze dziś zjawimy się w biurze America West, aby odebrać bilety oraz za nie zapłacić.

Szczęśliwy wróciłem na recepcję, aby pochwalić się swoim sukcesem. Nasz najważniejszy problem został już rozwiązany, więc już zupełnie zrelaksowany zacząłem rozmawiać z Amerykanami. Oni najwidoczniej też poczuli, że mogą rozmawiać ze mną jak ze "swoim". Murzyn w hawajskiej koszuli z oficjalnego języka przeszedł na uliczny slang i zaczął do mnie mówić per "baby". Poczułem się jak w amerykańskim filmie.

Rozmawialiśmy przez dobry kwadrans. Ja opowiedziałem trochę o naszej podróży, o tym gdzie jeszcze zmierzamy, oraz co chcielibyśmy zobaczyć w LA. Amerykanie z kolei opowiedzieli mi jak najlepiej trafić do miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, oraz jakich kosztów możemy się spodziewać po drodze. Polecili również wycieczki, na które dali "po znajomości" zniżkę dla "specjalnych gości" hotelu.

Po podliczeniu cen biletów wstępu do Disneylandu oraz Universal Studios, oraz kosztów transportu miejskiego doszliśmy do wniosku, że na dobrą sprawę wycieczki będą tylko trochę droższe, a nie będziemy się musieli bać, że gdzieś zabłądzimy, czy że spotka nas jakaś przygoda. Podziękowałem gorąco za pomoc i powiedziałem, że muszę się jeszcze spytać żony, ale wygląda na to, że zdecydujemy się na przynajmniej jedną z dwóch wycieczek.

Zadowolony wróciłem do naszego pokoju. Starając się nie obudzić Uli (co jak sądzę i tak by mi się nieudało) wziąłem prysznic i również wskoczyłem do łóżka. Nastawiłem budzik, aby zadzwonił za dwie godziny – tego samego dnia musieliśmy jeszcze odebrać bilety lotnicze, więc nie mogliśmy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek.

Krótka drzemka na szczęście postawiła nas na nogi. Szybko zapakowaliśmy najbardziej wartościowe przedmioty z naszego bagażu do jednego plecaka, który zabraliśmy ze sobą. Resztę rzeczy postanowiliśmy zostawić w pokoju.

Ciągle trochę rozkojarzeni po przerwanym brutalnie śnie usiedliśmy w minibusie jadącym spod naszego hotelu na lotnisko. W czasie drogi pokrótce opowiedziałem Uli o swoich przygodach i pokazałem folder reklamujący wycieczki do Disneylandu i Universal Studios. Wspólnie ustaliliśmy, że nie warto za trochę mniejsze pieniądze tłuc się po nieznanym mieście. Zadowoleni z tego, że problem zwiedzania LA mamy rozwiązany wysiedliśmy z samochodu.

Spacerowym krokiem ruszyliśmy do wejścia z napisem "America West". Zanim jednak weszliśmy do budynku poczułem, że coś jest nie tak. Nie miałem plecaka na ramieniu! Jadąc prawie pustym hotelowym busem stwierdziłem, że nie ma sensu się gnieść z plecakiem na kolanach i położyłem go na siedzeniu obok. Wysiadając z samochodu zwyczajnie zapomniałem go podnieść...

W plecaku była cała nasza elektronika i bilety lotnicze. Paszporty i pieniądze na szczęście trzymaliśmy przy sobie, ale i tak z przerażenia ugięły się pod nami nogi. Natychmiast rzuciliśmy się do budki telefonicznej, znaleźliśmy numer do recepcji naszego hotelu i spytaliśmy, czy mogą się skontaktować z kierowcą busa, który kilka minut wcześniej odjechał spod hotelu na lotnisko.

Po stresującej i ciągnącej się w nieskończoność chwili okazało się, że kierowca ma nasz plecak i przywiezie go nam pod terminal America West za kilka minut. Z ulgą odetchnęliśmy. Postanowiliśmy, że Ula poczeka na naszą zgubę przed budynkiem, a ja pójdę i kupię bilety. Na szczęście obyło się bez dalszych przygód. Kwadrans później znowu miałem plecak na grzbiecie, a miła pani w America West podawała nam bilety.

Zupełnie zrelaksowani ruszyliśmy w stronę głównego terminala, gdzie znajdowały się sklepy i restauracje. Lotnisko było jedynym obiektem w okolicy naszego hotelu, w którym można było zjeść coś w rozsądnej cenie. Nie przebierając w dostępnych daniach zamówiliśmy w lokalnym McDonaldzie po hamburgerze i coli.

Naszą kolację zjedliśmy przy stoliku stojącym zaraz przy ogromnej szybie, za którą rozpościerało się lotnisko. Podczas gdy delektowaliśmy się prawdziwym amerykańskim fast-foodem dosłownie przed naszymi oczami przetaczały się ogromne Boeingi i Airbusy. Wypatrzyliśmy również jednego kolosa z Nowej Zelandii, pomalowanego w "Śródziemie". Był to jeden z samolotów Air New Zealand - na jego kadłubie widniał ogromny portret Orlando Bloom'a, grającego we Władcy Pierścieni Legolasa.

Po obejrzeniu pięknego zachodu słońca w końcu ruszyliśmy w drogę powrotną. Na chwilkę wstąpiliśmy jeszcze do sklepów z pamiątkami, po czym złapaliśmy po raz kolejny czerwonego busa naszego hotelu. Szybki prysznic i chwila przed telewizorem sprawiły, że ponownie ogarnęła nas ogromna senność. Spakowaliśmy jeszcze tylko plecaki przed jutrzejszą wycieczką i rzuciliśmy się w objęcia Morfeusza.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;