Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
W krainie Myszki Miki
Autor: Piotr Siennicki   
Dziewięć godzin snu w wygodnym łóżku dobrze nam zrobiło. Pomimo pobudki o wczesnej porze nie byliśmy nieprzytomni. Szybko przygotowaliśmy się do zwiedzania pierwszej atrakcji Los Angeles - Disneylandu.

W recepcji stawiliśmy się kilka minut przed planowanym odjazdem grupy "wycieczkowej". Od obsługi dostaliśmy obiecane kupony zniżkowe. Chwilę później pod hotel podjechał mini-van VIP Tours, w którym bez pośpiechu zajęliśmy miejsca.

Po kilku minutach jazdy trafiliśmy na plac przed siedzibą firmy organizującej wycieczki po różnych atrakcjach LA i Hollywood. Na parkingu stało kilka identycznych mini-vanów. W tym miejscu zbierani byli turyści z różnych hoteli, aby zapłacić za swoje wycieczki i ruszyć w stronę wybranych atrakcji. My również uiściliśmy odpowiednią opłatę, odebraliśmy nasze bilety do Disneylandu, po czy zabraliśmy miejsca w samochodzie odwożącym zwiedzających pod bramę parku.

Nasz kierowca w czasie prawie godzinnej drogi bardzo chętnie opowiadał nam o Los Angeles i innych wycieczkach, które oferowała firma VIP Tours. Mini-van zatrzymał się w końcu na jednym z ogromnych parkingów otaczających kompleks parków Disneyland. Zostaliśmy poinstruowani przez przewodnika, że przy parkingu znajduje się przystanek kolejki, która zawiezie nas pod samą bramę parków.

Okazało się również, że Disneyland w Kalifornii składa się z dwóch części. Jedną z nich jest "zwykły" Disneyland, natomiast drugi to Disney's California Adventure Park (Kalifornijski Park Przygód Disneya). Do każdego z parków trzeba było mieć oddzielny bilet, który kosztował 50$ za osobę. W naszym budżecie zarezerwowana była kwota tylko na wizytę w jednym parku, więc po krótkim namyśle postanowiliśmy zwiedzić pierwszą z atrakcji - krainę Myszki Miki i Psa Pluto.

Kolejka zatrzymała się przed nami zaledwie kilka minut po tym jak wysiedliśmy z autobusu. Dokładnie zapamiętaliśmy, na którym parkingu wysadził nas mini-van VIP Tours. O godzinie osiemnastej musieliśmy z powrotem trafić w to miejsce, aby zdążyć na kurs powrotny.

Z kolejki wysiedliśmy na ogromnym placu, po którym przetaczały się dosłownie stada ludzi. Zaczynał do nas docierać niesamowity ogrom parków Disneyland. W oddali majaczyły już gigantyczne budowle najróżniejszych atrakcji. Onieśmieleni ruszyliśmy w stronę linii bramek, w których strażnicy przeglądali bagaż odwiedzających w poszukiwaniu zabronionych przedmiotów.

Kiedy stanęliśmy przed właściwą bramą do parku Disneyland onieśmielenie i wrażenie "niesamowitości" sięgnęły zenitu. Z przejęciem stanęliśmy przed tablicą z napisem: "W tym miejscu opuszczasz Dzisiaj i wkraczasz w Krainę Wczoraj, Jutro i Fantazji".

Więc weszliśmy.

Otwarcie się przyznam, że kiedy Ula za pierwszym razem zaproponowała zwiedzanie Disneylandu nie byłem specjalnie szczęśliwy. Zgodziłem się na tą wycieczkę, ponieważ wiedziałem, że Ula będzie szczęśliwa w tym parku zabaw. Sam również byłem trochę ciekawy jak będzie wyglądała bajkowa kraina Walta Disneya. Nic jednak, co wiedziałem na temat parku nie przygotowało mnie na to, co przeżyłem po przekroczeniu "magicznej" bramy.

Na naszych twarzach zagościł ogromny uśmiech, kiedy po przejściu kilku kroków znaleźliśmy się na uliczce rodem z kreskówek. Kamieniczki stojące po obydwu stronach pasażu miały wesołe, kolorowe okiennice, pięknie zdobione ściany i niezwykłe dachy z rzeźbionych dachówek. Środkiem uliczki maszerowała i grała orkiestra w pięknych biało-czerwono-złotych strojach. Zaraz przy wejściu do Disneyowego miasteczka znajdował się wielki trawnik z podobizną Myszki Miki ułożoną z kwiatów. Zaraz obok zaś stał pomnik Myszki i jej twórcy, Walta Disneya.

Po wejściu do parku nie wiedzieliśmy za bardzo, w którą stronę się skierować, więc ruszyliśmy powolnym krokiem wzdłuż głównej "uliczki" Disneylandu. Mijały nas dziesiątki turystów z dziećmi i bez, pomalowane w wesołe kolory kolejki i zaprzęgi konne. Chcąc zwiedzić cały park od początku do końca postanowiliśmy wejść do pierwszej atrakcji, która stanie na naszej drodze, a potem kierować się mapą, zaznaczając miejsca już odwiedzone.

Weszliśmy, więc do budowli ze statkiem kosmicznym na szczycie. Ze zdziwieniem zorientowaliśmy się, że trafiliśmy do krainy Gwiezdnych Wojen. W środku przywitał nas robot Anakina Skywalkera - C3PO. Po przejściu korytarzem przypominającym stację kosmiczną trafiliśmy do "poczekalni". Okazało się, że czekał nas lot promem międzyplanetarnym.

Po krótkim oczekiwaniu otworzyły się przed nami ciężkie drzwi i cała grupa zajęła miejsca w kabinie. Kapitan lotu poprosił nas o zapięcie pasów, po czym krótko opowiedział o trasie naszej podróży. Kiedy prom był gotowy do odlotu zgasły światła w naszej kabinie, rozsunęły się masywne drzwi stacji kosmicznej, za którymi zobaczyliśmy otaczającą stację przestrzeń, oraz planetę, nad którą "orbitowaliśmy".

Pomimo świadomości, że wszystko, co widzimy przed sobą jest tylko obrazem na wielkim ekranie na naszych twarzach zagościł ogromny uśmiech. Po kilku chwilach zapomnieliśmy już, że jesteśmy w Disneylandzie, ponieważ nasz prom przyspieszył gwałtownie, tak, że wcisnęło nas w fotele. Gwałtowne zmiany kierunku lotu, przyspieszenia i hamowania sprawiały, że utrzymanie się w fotelu było możliwe tylko dzięki pasom. Przed oczami zaś przemykały nam kolejne planety, statki imperium i formacje myśliwców rebeliantów.

Lot trwał zaledwie kilka minut, ale kiedy w końcu nasz prom wylądował czuliśmy niemal przesyt wrażeń. Przez chwilę rozważaliśmy ponowną wycieczkę w świat Gwiezdnych Wojen, ale doszliśmy do wniosku, że lepiej ruszyć w stronę kolejnych atrakcji, a tutaj zawsze będziemy mogli wrócić po tym jak zobaczymy już wszystko inne.

Wyjście z krainy Star Wars prowadziło przez sklep z pamiątkami, gdzie nie omieszkaliśmy zrobić sobie zdjęcia z posągiem Yody. Po krótkiej naradzie i konsultacji z mapą poszliśmy w stronę toru, po którym można było jeździć mini-samochodami. Niestety, kolejka do tej atrakcji była tak długa, że stwierdziliśmy, że nie warto marnować czasu, którego przecież nie mieliśmy za dużo i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Postanowiliśmy skorzystać z kolejki poruszającej się dookoła parku i przejechać do nią z powrotem do wejścia, aby tym razem zwiedzić atrakcje po drugiej stronie bramy. Pociąg, do którego wsiedliśmy musiał również pochodzić z jakiejś bajki Disneya, ale niestety nie wiedzieliśmy jakiej (nazywał się E.P. Ripley).

W drodze pomiędzy stacjami trafiliśmy do kanionu, gdzie pasły się dinozaury. Z niedowierzaniem przyglądaliśmy się kolejnym zabudowaniom, makietom i mechanicznym zwierzętom. Disneyland wydawał nam się nieprawdopodobnie ogromny.

Najbliższą atrakcją na naszej docelowej stacji był Nawiedzony Dom (Haunted Mansion). Linia zwiedzających oczekujących na wejście nie była najkrótsza, ale tym razem postanowiliśmy cierpliwie poczekać. Ku naszemu zaskoczeniu kolejka poruszała się naprawdę prędko i już po kilku minutach znaleźliśmy się w środku "posiadłości".

Grupa zwiedzających, w której się znajdowaliśmy została zamknięta w pokoju, który nagle zaczął zmieniać wielkość. Ściany się rozciągnęły, sufit uciekł do góry, a wszystko to odbyło się przy odgłosie potępieńczych krzyków dobiegających ze wszystkich stron. Sam pokój również wydawał się zjeżdżać w dół.

W końcu otworzyły się przed nami drzwi. Ruszyliśmy powoli korytarzem rodem z prawdziwego nawiedzonego zamku. Za oknami z matowego szkła szalała burza z piorunami, a obrazy rozwieszone na ścianach tajemniczo się uśmiechały i wodziły za nami oczami. Na końcu korytarza wsiedliśmy do dwuosobowych wagoników, którymi ruszyliśmy w dalszą podróż. Kilka razy wyskoczyły nam ze ściany/sufitu kościotrupy, co na mnie nie zrobiło specjalnego wrażenia, ale Ula podskakiwała do góry ze strachu. Tocząca się powoli kolejka minęła również lustro, w którym zobaczyliśmy, że w środku naszego wagonika, tuż obok nas siedzi sobie w najlepsze zjawa.

Prawdziwą atrakcję jednak zobaczyliśmy dopiero na końcu, kiedy wagoniki przejechały ponad salą balową, w której biesiadowały najprawdziwsze duchy! Na prawdę, przez pierwszych kilka sekund nie mogłem uwierzyć swoim własnym oczom. W dużej komnacie połowę miejsca zajmował stół zastawiony jadłem, druga część zaś przeznaczona była do tańca. Nie byłoby w tym widoku nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że biesiadnicy promieniowali bladoniebieskim światłem, pojawiali się na kilka sekund, po czym stawali się półprzejrzyści, aby na chwilkę zniknąć i pojawić się na nowo.

Dopiero po kilku sekundach (oraz podjęciu decyzji, że jednak nie wierzę w duchy, i że musi być racjonalne wytłumaczenie tego, co widzę) zrozumiałem, na czym polegał trik. Pomiędzy wagonikami kolejki a salą balową znajdowała się idealnie czysta szyba, na którą "rzucony" był obraz zjaw. Jakże łatwo jest oszukać ludzki umysł i oko...

Urzeczeni niezwykłym widowiskiem przespacerowaliśmy się do kolejnej atrakcji. Najbliżej nawiedzonego domu była wyspa Piratów z Karaibów! Przed wejściem ponownie musieliśmy stanąć w kolejce, ale podobnie jak poprzednim razem nie musieliśmy długo czekać.

Weszliśmy do dużej jaskini, w której rogu leżały kości i czaszki. Kiedy skierowaliśmy się dalej wykutą w kamieniu ścieżką trafiliśmy do ogromnej kawerny oświetlonej pochodniami. W górze zaś ku swemu zaskoczeniu zobaczyliśmy gwiaździste niebo!

Ogromna jaskinia mieściła restaurację na najprawdziwszej wyspie otoczonej wodą. Stanęliśmy onieśmieleni ogromem zbudowanego na potrzeby turystów świata. Ponownie wsiedliśmy do małego wagoniku, którym mieliśmy zwiedzać krainę Piratów z Karaibów.

Tym razem kolejka imitowała łodzie, które rzeczywiście do połowy zanurzone były w wodzie. Powoli wpływaliśmy w głąb ciemnej jaskini. Nagle, bez uprzedzenia nasza "łódź" pomknęła w dół i wzbijając fontannę wody zatrzymała się kilka metrów niżej. Wpłynęliśmy do jeszcze większej kawerny, w której po jednej stronie znajdował się statek piratów, a po drugiej fort z obrońcami. Trafiliśmy w sam środek bitwy. Wokół nas rozbrzmiewały salwy armatnie, a woda co chwila wybuchała fontannami od strzałów z "muszkietów". Zanim trafiliśmy z powrotem na powierzchnię minęliśmy jeszcze kilka scen z życia piratów i rzuciliśmy okiem oczywiście na skarb chroniony klątwą.

Aby odpocząć trochę od gwałtownych wrażeń postanowiliśmy się udać do części przeznaczonej dla mniejszych dzieci - krainy Kubusia Puchatka i jego przyjaciół. Ponownie zabraliśmy miejsca w kolejce. Tym razem wagoniki ukształtowane były na wzór garnków z miodem. Tak jak się spodziewaliśmy, świat Kubusia Puchatka przeznaczony był dla małych dzieci, mijaliśmy więc fioletowe słonie, hefalumpy, latające garnce miodu i podobnie bajkowe obrazy.

Zanim jednak skierowaliśmy się z powrotem do bardziej "dorosłej" części Disneylandu Ula postanowiła zrobić sobie zdjęcia z bajkowymi mieszkańcami - Kubusiem, Tygryskiem i Kłapouchym. Nie przejmując się tym, że wokół są małe dzieci stanęliśmy do kolejki i już po chwili dysponowaliśmy trzema niesamowicie wesołymi zdjęciami.

Kolejnymi atrakcjami na naszej drodze były dwa rollercoastery, czyli kolejki z bardzo karkołomnymi trasami. Jedna z nich wiła się wokół Białej Góry, druga zaś przebiegała przez starą kopalnię złota. Tutaj na brak silnych wrażeń nie mogliśmy narzekać. Kolejka pędząc z zawrotną prędkością groziła wypadnięciem z szyn nad przepaściami, przebijała się przez wodospad i wpadała do tak niskich tuneli, że kurczyliśmy się odruchowo na siedzeniach. W czasie szaleńczych zwrotów, upadków i wzniesień udało nam się zgubić klapkę na obiektyw do Nikona. Nawet nie zauważyliśmy kiedy...

Po dwóch rollercoasterach postanowiliśmy ponownie trochę odetchnąć i udaliśmy się w stronę środka parku, gdzie znajdowała się główna atrakcja parku - zamek, ten sam, który pojawia się na początku każdego filmu Disneya.

Trzeba przyznać, że zamek, podobnie jak reszta parku, był naprawdę imponujący. Otaczała go szeroka fosa oraz wysoki mur, a strzeliste wieże z fioletowymi dachami prezentował się prawdziwie bajkowo. Obok wejściowej bramy zauważyliśmy grupę dzieci w kolejce do... Śpiącej Królewny! Kiedy zadeklarowałem chęć zrobienia sobie z nią zdjęcia zupełnie nie spotkało się to ze zrozumieniem ze strony Uli. Zupełnie nie wiem czemu. Ja nie miałem nic przeciwko zdjęciom z Kubusiem Puchatkiem…

Chcąc zobaczyć, co znajdziemy w środku zamku ruszyliśmy w stronę głównej bramy. Kiedy ją przekroczyliśmy poczuliśmy się trochę rozczarowani, ponieważ... znaleźliśmy się po prostu po drugiej stronie zamku! Po obejrzeniu kilku niesamowitych budowli spodziewaliśmy się czegoś trochę bardziej imponującego.

Postanowiliśmy jednak się nie przejmować i ruszyć w dalsze zwiedzanie. Znajdowaliśmy się tylko kilka kroków od "wioski" pierwszych postaci powołanych do życia przez Disneya, między innymi Myszki Miki i Psa Pluto. Ponownie trafiliśmy do krainy kolorowych domków z kreskówek. Ula zrobiła sobie zdjęcie z kolejnym ze swoich ulubieńców - Pluto.

Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy rezydencję Myszki Miki. Główna gwiazda Disneylandu miała właśnie przerwę, więc postanowiliśmy pokręcić się po okolicy. Weszliśmy na chwilę do sklepu z pamiątkami, gdzie kupiliśmy magnesy na lodówkę, a Ula zrobiła sobie zdjęcia w czapkach z wielkimi uszami. Dobre humory nas nie opuszczały. Przechadzając się między regałami z najróżniejszymi pamiątkami ze śmiechem zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego nie możemy nigdzie znaleźć kieliszków. Chwilę później nasz śmiech urwał się jak ucięty nożem. Okazało się, że kieliszki są i to całkiem pokaźne. Były bardzo ładne, wykonane z matowego szkła, ze złotym wizerunkiem słynnego zamku.

Po kwadransie przechadzania się po okolicy ruszyliśmy ponownie w stronę domu Mikiego. Tym razem drzwi były już otwarte. Jak zwykle stanęliśmy w powoli przemieszczającej się kolejce zwiedzających. Oczekiwanie umilały nam jedne z pierwszych kreskówek Walta Disneya, które puszczane były na ekranach w prawie każdym pomieszczeniu. W końcu jednak trafiliśmy do pokoju, w którym przyjmowała gości gwiazda Disneylandu. Tym razem obydwoje zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie z Mikim.

Po wyjściu na zewnątrz postanowiliśmy zrobić sobie krótki odpoczynek. Minęło już przeszło cztery godziny, od kiedy weszliśmy do parku i zaczął nam dokuczać głód. Usiedliśmy, więc na chwilę w cieniu wielkiej fontanny z Królikiem Rogerem i zjedliśmy po snikersie.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejną atrakcją, którą postanowiliśmy zobaczyć było wielkie kino, w którym pokazywany był krótki film nawiązujący do jednej z produkcji Disneya, "Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki!" Seans filmowy pozwolił nam trochę odpocząć od aktywnego zwiedzania. Na kilka chwil daliśmy odsapnąć naszym nogom, które zaczynały już odczuwać zmęczenie.

Kiedy wyszliśmy z kina postanowiliśmy udać się do "dzikiej" części parku. Na początku przepłynęliśmy się łodzią motorową po mętnych wodach wijącej się w środku "dżungli" rzeki, po czym stanęliśmy w kolejce do starej świątyni Inków, gdzie czekały nas przygody z Indiana Jonesem.

Z upływem czasu w Disneylandzie pojawiało się coraz więcej ludzi, a kolejki do atrakcji bardzo się wydłużały. Zgodnie uznaliśmy, że dobrze się stało, że większość obiektów udało nam się zobaczyć zanim w parku zrobił się tłok.

Tajemnicza świątynia ukryta w środku dżungli prezentowała się naprawdę doskonale. Wyrzeźbione w kamieniu węże i niezwykłe twarze tworzyły niezapomniany klimat. Krętym kamiennym korytarzem szliśmy dobrych kilka minut, aż trafiliśmy do podziemnego tunelu z kolejką. Tym razem wagoniki były kształtu i wielkości terenowego samochodu. Kiedy nadeszła nasza kolej usiedliśmy w środku Jeepa, zapięliśmy się pasami i ruszyliśmy w podziemną podróż. Ponownie w zawrotnym tempie mknęliśmy wąskimi korytarzami, pokonywaliśmy podziemne rzeki, uciekaliśmy przed chroniącymi skarbów tubylcami oraz oczywiście chowaliśmy się przed ogromną, pędzącą za nami kulą.

Po wyjściu na powierzchnię stwierdziliśmy, że dość mamy już rollercoasterów i ostatnie chwile w Disneylandzie chcemy spędzić spokojnie. Odwiedziliśmy, więc dom Tarzana, zbudowany wśród drzew, wysoko nad ziemią, po czym wsiedliśmy na wielki parowiec o nazwie Mark Twain.

Statek krążył powoli po jeziorze, wokół którego roztaczał się cały Disneyland. W świetle chylącego się ku zachodowi słońca mogliśmy po raz ostatni podziwiać otaczający nas Świat Baśni. Pomimo, że byliśmy naprawdę zmęczeni na naszych twarzach ciągle gościł wielki uśmiech. Disneyland okazała się niesamowitym miejscem nie tylko dla dzieci.

Kiedy skończył się nasz rejs dookoła wyspy Tomka Sawyera ruszyliśmy w stronę wejścia do parku. Musieliśmy szybko przebierać nogami, bo godzina naszego powrotu do hotelu była już bliska. Przez sklep z pamiątkami przebiegliśmy sprintem wybierając tylko dwa kieliszki do naszej kolekcji. Pędem rzuciliśmy się do kolejki, którą trafiliśmy z powrotem na parking.

Mini-van VIP Tours ciągle czekał na nas, choć mieliśmy już prawie dziesięć minut spóźnienia. Kierowca widząc, w jakim tempie wpadliśmy na parking nawet nie robił nam wyrzutów, że się spóźniliśmy. My zaś odetchnęliśmy z ulgą. Przez chwilę obawialiśmy się, że po całym dniu uganiania się po Disneylandzie będziemy musieli sami znaleźć drogę powrotną do naszego hotelu...

Siedząc już spokojnie w samochodzie żałowaliśmy, że musieliśmy opuścić Magiczną Krainę tak wcześnie. Wiedzieliśmy bowiem, że omijają nas dwie wielkie atrakcje parku - wieczorna parada wszystkich baśniowych postaci, oraz niesamowity pokaz sztucznych ogni. Niestety, następnego dnia mieliśmy równie interesującą i wyczerpującą wycieczkę do Universal Studios, dlatego nie mogliśmy sobie pozwolić na pozostanie w Disneylandzie do później nocy. Nie mielibyśmy również jak wrócić do naszego hotelu, więc tylko z żalem popatrzyliśmy na pozostający w oddali Bajkowy Świat.

Słońce zaczęło się już chować za horyzontem, kiedy samochód VIP Tours zatrzymał się przed naszym hotelem. Postanowiliśmy nie tracić czasu i od razu wybrać się na obiad, na lotnisko. Po raz kolejny zajęliśmy miejsca w mini-vanie udającym się w stronę lotniska.

Tym razem na obiadokolację zamówiliśmy orientalnie brzmiące potrawy z wietnamskiej restauracji tuż obok McDonalda. Podobnie jak poprzedniego dnia usiedliśmy przy wielkim oknie z widokiem na płytę lotniska. Patrząc na startujące i lądujące samoloty Ula, po długim namyśle oznajmiła, że amerykanom można dużo rzeczy zarzucić, ale jedno zrobili dobrze – właśnie Disneyland.

Z tą myślą skończyliśmy posiłek i postanowiliśmy ruszyć z powrotem do hotelu. Następnego dnia czekało nas równie pasjonujące zwiedzanie - Hollywood i studio filmowe Universal.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;