Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Hollywood - na filmowym planie
Autor: Piotr Siennicki   
Budzik wyrwał nas ze snu jak zwykle wczesnym świtem. Szybkie śniadanie plus kawa postawiły nas na nogi. Nie tracąc czasu pospieszyliśmy przed hotel, gdzie po kilku minutach, tak jak poprzedniego poranka, zjawił się samochód VIP Tours.
Ponownie pojechaliśmy do siedziby firmy wycieczkowej, zapłaciliśmy za bilety do Universal Studios i ruszyliśmy z powrotem do mini-vana. Po kilku minutach byliśmy gotowi do drogi. Przez godzinę pokonaliśmy kilometry pięciopasmowych autostrad Los Angeles. W pewnym momencie zauważyliśmy w oddali znajomy kształt pokrytego zielenią wzgórza, a na nim znany z filmów biały napis. Na własne oczy zobaczyliśmy "Hollywood"! Wielki napis widzieliśmy co prawda z dużej odległości i z pędzącego samochodu, ale i tak bardzo się ucieszyliśmy. Nie długo później zaś zatrzymaliśmy się na parkingu przy ogromnym globie z napisem Universal Studios.

Nie daleko od miejsca gdzie wysiedliśmy z samochodu zobaczyliśmy szeroki czerwony dywan, a na jednym z jego końców wielką bramę - wejście do słynnego studia filmowego. Ustaliliśmy z kierowcą, że o godzinie 18 zbierzemy się z powrotem przed studiem i pojedziemy na zwiedzanie Hollywood.

Na zwiedzenie wszystkich atrakcji Universal Studios mieliśmy więc prawie osiem godzin. Mając tyle samo czasu do dyspozycji poprzedniego dnia wiedzieliśmy, że jeśli będziemy się za bardzo grzebać możemy nie zdążyć zobaczyć wszystkiego.

Po wejściu na teren Studia otrzymaliśmy mapy z zaznaczonymi wszystkimi atrakcjami, oraz karty z godzinami specjalnych występów. Wiedząc, że kluczem do efektywnego zwiedzania jest dobre planowanie przez pierwsze kilka minut ustalaliśmy, na które z atrakcji chcemy się dostać i w jakiej kolejności.

Pierwszy na naszej liście znalazł się Shrek. Pierwsza część przygód nieokrzesanego ogra bardzo nam się podobała i jak tylko zobaczyliśmy, że w Universal jest specjalna część poświęcona zielonemu bohaterowi od razu postanowiliśmy się z nią zapoznać.

Przed okutymi stalą, ciężkimi drzwiami prowadzącymi do środka budynku z napisem "Shrek" stał wieśniak trzymający w ręku martwego koguta. Wieśniak co jakiś czas bez entuzjazmu oznajmiał wszem i wobec, że z rozkazu miłościwie panującego Lorda Farquada zaprasza wszystkich do środka. Z zaproszenia chętnie skorzystaliśmy.

Po pokonaniu masywnych drzwi znaleźliśmy się w dużej komnacie, w której zgromadziła się już całkiem liczna grupa zwiedzających. W półmroku jaki panował w środku zobaczyliśmy trzy zawieszone pod sufitem klatki, w których zamknięte były trzy świnki. Obok nich, związany łańcuchami wisiał Pinokio. Cała czwórka przekrzykiwała się usiłując namówić nas do ucieczki.

Niestety, niepomna ostrzeżeń publiczność nie ruszyła się z miejsca. Po kilku chwilach zaś zamknęły się za nami drzwi wejściowe, a otworzyły się te prowadzące w głąb posiadłości. Drugie pomieszczenie okazało się salą kinową z ogromnym ekranem. Wybraliśmy, więc odpowiednie miejsca na środku rzędu i założyliśmy okulary 3D, które otrzymaliśmy przy wejściu.

Kiedy wszyscy zabrali miejsca w siedzeniach na scenę przed ekranem wszedł pracownik studia, aby powiedzieć nam kilka słów na temat filmu, który mieliśmy właśnie obejrzeć. Seans miał obfitować w dodatkowe doznania, w związku, z czym zostaliśmy poproszeniu o zapięcie pasów. Po kilku sekundach, w trakcie których publiczność obmacywała fotele prowadzący zaśmiał się nerwowo i oznajmił "No tak, zapomniałem, że w tej sali nie ma pasów..." Cała sala gruchnęła śmiechem. Byliśmy gotowi na seans.

Krótki film, który zobaczyliśmy chwilę później opowiadał o podróży poślubnej Shreka, Fiony oraz oczywiście Osła. Pracownik studia w jednym nie kłamał - seans obfitował w niezwykłe doznania, choć pasy rzeczywiście nie były potrzebne.

Pierwsze zaskoczenie przeżyliśmy, kiedy kurz zakręcił Osłu w nosie i ten kichnął prosto na nas. Niczego niespodziewająca się publiczność podskoczyła w fotelach, kiedy na twarzy poczuła mokry prysznic z "oślego nosa". Kolejny raz panika ogarnęła publiczność, kiedy filmowi bohaterowie znaleźli się w nawiedzonym lesie. Nagle, tuż przed naszymi nosami zadyndały na pajęczynach wielkie pająki. Trójwymiarowe okulary sprawiły, że większość widowni odruchowo odchyliła głowy. Prawdziwa panika wybucha jednak dopiero, kiedy pająki spadły na ziemię i zaczęły biegać nam po nogach! Nawet mi serce zaczęło szybciej bić, kiedy poczułem jak coś miota mi się pod nogami...

Po wyjściu z kina jeszcze długo na naszych twarzach gościł wielki uśmiech. Nie mieliśmy jednak za dużo czasu na "wchłonięcie" wrażeń, ponieważ musieliśmy się spieszyć na pierwszą ze specjalnych atrakcji: Studio Tour (Wycieczka po studiu).

W podanym na mapie miejscu znaleźliśmy kolejkę zapełniającą się już pasażerami. Zajęliśmy jedne z ostatnich miejsc i kilka chwili później ruszyliśmy z miejsca. Przez kolejne pół godziny kolejka krążyła po studiu, przemieszczając się pomiędzy różnymi planami filmowymi. Mogliśmy na własne oczy zaobserwować jak kręcone są sceny z trzęsieniami ziemi, powodziami, spadającymi z nieba helikopterami, czy ogromnymi wybuchami (aż poczuliśmy żar na twarzy). Na mnie największe wrażenie zrobił tunel, którego ściany zaczęły się nagle obracać sprawiając wrażenie, jakby to nasza kolejka zaczęła jeździć po ścianach i po suficie. Pomimo, że zdawałem sobie sprawę z tego, że nadal stoimy twardo na ziemi mój błędnik podnosił alarm, tak że żołądek podchodził mi do gardła...

Wycieczka po Studiu zaniosła nas również do miasteczek filmowych z makietami domów z najróżniejszych miejsc na ziemi oraz okresów czasu. Zobaczyliśmy osadę rodem z westernu, dwie przecznice Londynu z czasów Sherloka Holmesa, dzielnicę restauracji z Paryża oraz kilka innych, równie ciekawych miejsc. Dowiedzieliśmy się również, że makiety często są używane w wielu filmach. Czasem wystarczy inne oświetlenie, zmiana kąta ustawienia kamery, podmiana kilku bardziej charakterystycznych "budynków" i z Londynu robi się nagle Nowy Jork.

Na dalsze zwiedzanie postanowiliśmy udać się do najbardziej odległej części studia, gdzie znajdował się między innymi świat Parku Jurajskiego. Już z daleka widzieliśmy fontanny wody, które wzbijały łodzie pędzące przez kanał wokół wyspy dinozaurów. Postanowiliśmy, więc i my wybrać się w przejażdżkę.

Łodzie były duże - mieściło się do nich około 20 osób. Wszyscy dostali płaszcze przeciwdeszczowe, po czym ruszyliśmy w drogę. Nasza podróż zaczęła się spokojnie. Wpłynęliśmy w kłęby dymu, a po kilku chwilach ukazał się nam ogromny, przedpotopowy las, gdzie skubały roślinność wielkie dinozaury. Dzieci płynące z nami w łodzi były szczęśliwe.

Chwilę później wpłynęliśmy na teren laboratorium, w którym powstały zamieszkujące wyspę dinozaury. Zaczęły nas dochodzić dziwne odgłosy, a ściany laboratorium niebezpiecznie się zatrzęsły. W końcu ujrzeliśmy źródło całego zamieszania - tuż nad nami pojawiła się ogromna głowa Tyranozaura! Ogromne szczęki znalazły się dosłownie na wyciągnięcie ręki od naszej łodzi, kiedy wszystko nagle uciekło w dół. Dobrze, że mieliśmy zapięte pasy. Podczas gwałtownego i nieprzewidzianego spadku coś jeszcze nam błysnęło, a za chwilę oblała nas woda, kiedy nasza łódź wylądowała na samym dole.

Chwilę później znaleźliśmy się na twardym gruncie i za jedyne piętnaście dolarów mogliśmy zamówić zdjęcie zrobione, kiedy z przerażeniem na twarzach spadaliśmy razem z łodzią. Ponieważ nasz budżet nie przewidywał dodatkowych atrakcji w postaci przerażająco drogich odbitek postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Po krótkiej konsultacji z mapą studia i spisem atrakcji doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie jak wybierzemy się na spektakl urządzany tylko trzy razy dziennie - Wodny Świat.

Wodny Świat to słynny swojego czasu film z Kevinem Kostnerem. Znany również jako jedna z największych klap Hollywood, głównie dlatego, że gigantyczny koszt zbudowania wodnego miasta na potrzeby filmu przerósł jego dochody. Sam film natomiast był udany - jest jedną z pozycji, do których lubimy wracać.

Zmierzając w stronę ogromnego blaszanego ogrodzenia otaczającego "Wodne miasto" mijaliśmy kolejne ostrzeżenia informujące, że spektakl, który będziemy oglądać obfituje w "efekty wodne", i że jeśli chcemy uchronić swój elektroniczny ekwipunek powinniśmy unikać miejsc oznaczonych kropelkami.

Kiedy weszliśmy na teren "Wodnego Świata" zobaczyliśmy, że przedstawienie będzie się odbywało na pływających platformach w basenie zajmującym większą część ogrodzonego terenu. Z trzech stron, wokół wielkiej "sceny" rozmieszczone były trybuny, na których zaczynali już zasiadać pierwsi widzowie. Pierwszych kilka rzędów, najbliżej wody, oznaczonych było kropelkami.

Ponieważ dysponowaliśmy deszczowymi kurtkami postanowiliśmy nie przejmować się bardzo ostrzeżeniami i zająć miejsca dogodne do obserwacji, w drugim rzędzie. Spodziewaliśmy się, że wspominane efekty wodne to najprawdopodobniej będzie kilka prysznicy wywołanych ewolucjami wodnymi, które będziemy mogli przewidzieć i uchronić przed nimi nasze aparaty.

Spektakl miał się zacząć dopiero za kilkanaście minut. Trybuny otaczające wodną scenę zaczęły się zapełniać. Pojawili się również pierwsi aktorzy. Trzej mężczyźni ubrani w kostiumy prosto z filmu zaczęli przechadzać się kładką otaczającą basen. Kiedy uznali, że wystarczająca liczba widzów zasiadła w ławkach zaczęli "rozgrzewkę".

Jeden z mężczyzn stanął na przeciwko naszej trybuny zawołał głośno "Hej! Hej! Hej!", robiąc jednocześnie gesty wskazujące na to, że oczekuje, że publiczność mu odpowie. Ponieważ nie byliśmy w humorze na stadne pokrzykiwanie nie zareagowaliśmy specjalnie entuzjastycznie, podobnie z resztą jak reszta publiczności.

Mężczyzna wyraźnie rozczarowany odpowiedzią westchnął przejmująco, zrobił smutną minę, złapał wiadro z wodą… i szerokim gestem polał pierwsze dwa rzędy zaskoczonych widzów. Jego ponowny okrzyk spotkał się z dużo bardziej żywiołową reakcją. Dwaj pozostali mężczyźni rozpoczęli zagrzewanie widowni na pozostałych trybunach. Wkrótce cała publiczność została wciągnięta do zabawy. Chwilę później rozpoczął się spektakl.

Na rusztowaniach przedstawiających wodne miasto pojawili się kolejni aktorzy. Wielkie wrota w blaszanej ścianie fortecy otworzyły się, a do środka wpłynęła mała żaglówka prowadzona przez jedną kobietę. Chwilę później pływające miasto zostało zaatakowane przez piratów, którzy wtargnęli do środka na skuterach wodnych i podczas strzelaniny dali popis akrobacji wodnych.

Na teren fortecy wpłynęła kolejna łódź, z której herszt piratów strzelał do obrońców wielkiego obrotowego działa. Przez cały czas podziwialiśmy kaskaderskie wyczyny, karkołomne skoki do wody z wielkich wysokości, pojedynki wręcz oraz niesamowite efekty pirotechniczne. Przypieczętowaniem niezwykłego spektaklu była scena z rozbiciem samolotu. Nagle, jedna ze ścian wielkiej fortecy przełamała się, a zza niej wyleciał płonący samolot, który wylądował na środku "sceny" wywołując przy tym fontannę, która ponownie zmoczyła pierwsze rzędy.

Po opuszczeniu Wodnego Świata jeszcze przez kilka długich chwil nie mogłem dojść do siebie. Spektakl niezwykle mi się podobał i bezsprzecznie zajął pierwsze miejsce na liście najciekawszych atrakcji zarówno Disneylandu jak i Universal Studios.

Ze sceny Water Worlda ruszyliśmy w stronę budynku Terminatora 2, w którym miał się odbyć kolejny zaplanowany pokaz. W dużej poczekalni, do której trafiliśmy zaraz po wejściu do środka, znajdowała się już całkiem spora grupa ludzi. Dołączyliśmy do oczekującego tłumu.

Czas umilały nam wyświetlane na kilku dużych monitorach reklamy firmy promującej nowe rozwiązania technologiczne. Po kilku minutach na podwyższeniu pojawiła się kobieta ubrana w uniform reklamowanej korporacji. W przesadnie uprzejmy tonie, bardzo irytującym, wręcz świdrującym głosem opowiedziała nam o czekającym nas pokazie. Trochę się zdziwiliśmy, ponieważ nigdzie nie padło hasło "Terminator" i przez moment nie byliśmy pewni czy na pewno dobrze trafiliśmy.

Nagle wszystkie monitory w sali zgasły na moment, po czym pojawiły się na nich znajome z Terminatora twarze Sary O'Connor i jej syna. Oboje w wyraźnym pośpiechu zaczęli nas ostrzegać, żebyśmy jak najszybciej opuścili budynek. Nasza prezenterka w panice złapała za telefon i głośno komuś tłumaczyła, że ma natychmiast wyłączyć monitory w głównej sali.

Kiedy po kilku sekundach wszystkie monitory zgasły, ciągle zdenerwowana kobieta z przesadną uprzejmością przeprosiła nas za drobne usterki i zaprosiła do zajęcia miejsc na dużej sali z trzema ogromnymi ekranami umieszczonymi przed i po dwóch stronach widowni.

Gdy wszyscy zajęli miejsca zgasły światła i rozpoczęła się multimedialna prezentacja produktów oferowanych przez wspomnianą korporację. Nagle dobiegł nas odgłos strzałów, a na scenę przed głównym ekranem wbiegła znajoma nam kobieta z chłopcem. Na ekranach natomiast pojawiła się metaliczna twarz androida znanego nam z Terminatora 2 - T1000. Po krótkiej wymianie zdań nastąpił oślepiający błysk, a na scenie pojawił się T1000 we własnej osobie! Chwilę później na salę wjechał na motorze pierwszy terminator - T800!

Przedstawienie ze strzałami, wybuchami, dymem i różnymi obrazami przewijającymi się po trzech wielkich ekranach trwało dobry kwadrans. A było tak dobrze zrobione, że w pewnym momencie nie byłem w stanie odróżnić filmu (na ekranie) od tego, co się działo na scenie (przed ekranem). Do dziś nie wiem, w jaki sposób został zrealizowany jeden z trików. Na największym ekranie widzieliśmy T800 jadącego na motorze przez cmentarzysko robotów, a po chwili ten sam motor znajdował się już na scenie, tak jakby wyjechał prosto z ekranu...

Niezwykłą salę kinową opuściliśmy z ogromnymi uśmiechami. Spektakl bardzo nam się podobał i chętnie jeszcze raz byśmy się na niego wybrali, jednak następny pokaz odbywał się dopiero za trzy godziny.

Na zewnątrz budynku zrobiliśmy sobie kilka zdjęć na motorze Terminatora, na tle cmentarzyska robotów. Przez chwilę zastanawialiśmy się, jaką atrakcję chcemy zobaczyć następną. Po krótkim namyśle i wymianie opinii postanowiliśmy (na moją wielką prośbę) wybrać się na drugi i już ostatni tego dnia pokaz Wodnego Świata.

Tym razem wiedzieliśmy już, czego się spodziewać, więc postanowiliśmy uwiecznić fragmenty spektaklu na zdjęciach. Aby nie obawiać się o sprzęt usiedliśmy powyżej ławek z kropelkami. Niecierpliwie oczekiwaliśmy rozpoczęcia przedstawienia.

Drugi "seans" podobał mi się jeszcze bardziej niż pierwszy. Byłem już przygotowany na część efektów specjalnych i mogłem docenić finezję niektórych trików kaskaderskich, które umknęły mi za pierwszym razem. Udało mi się również zrobić kilkanaście naprawdę ładnych zdjęć. Po przedstawieniu okazało się, że możemy spotkać się z aktorami, z czego chętnie skorzystaliśmy. Do naszej kolekcji wesołych zdjęć dołączyła moja fotografia z dwoma umazanymi w smarze piratami.

Ponieważ koniecznie chcieliśmy zobaczyć pokaz tworzenia komputerowych efektów specjalnych, który zaczynał się już niedługo postanowiliśmy nie ryzykować odwiedzania nowej atrakcji. Zamiast tego po raz drugi wybraliśmy się na przejażdżkę po Parku Jurajskim.

Nasze wyliczenia okazały się precyzyjne. Zanim zdążyliśmy wyschnąć po wycieczce wśród dinozaurów trafiliśmy do cyfrowego studia, w którym zobaczyliśmy jak powstają wizualne oraz dźwiękowe efekty specjalne (na własne oczy jak wygląda i działa "blue-box"!).

Kolejnym punktem naszego zwiedzania Universal Studios był instytut podróży w czasie powiązany z filmem "Powrót do Przyszłości". Po przejściu przez krótką scenkę wprowadzającą nas w klimat filmu zostaliśmy zaproszeni o zajęcie miejsc w samochodzie-wehikule czasu. Po chwili zgasły światła, sufit ponad naszym pojazdem rozsunął się, a my wznieśliśmy się w powietrze.

Przed nami oraz po bokach samochodu znajdowały się teraz ogromne ekrany, na których wyświetlane było otoczenie unoszącego się w powietrzu samochodu. Nie mieliśmy jednak dużo czasu na podziwianie widoków. Nasz pojazd przechylił się gwałtownie i pomknęliśmy do przodu!

Przez następnych kilka minut pędziliśmy przez miasto przyszłości, lodowe tunele, głębokie wąwozy i różne inne równie fascynujące lokacje. Muszę przyznać, że ponownie magikom z Universal Studios udało się skutecznie oszukać nasze zmysły. Mając świadomość, że wszystko, co widzimy jest tylko projekcją na wielkim ekranie, uchylaliśmy się przed pędzącymi z naprzeciwka samochodami, a kiedy w naszym pojeździe zgasł silnik i zaczęliśmy gwałtownie pikować w kierunku wnętrza wulkanu obydwoje w panice zaparliśmy się nogami o podłogę, żeby nie wypaść przez przednią szybę. Świetnie się bawiliśmy.

Kolejną atrakcją w naszym planie zajęć był specjalny pokaz zatytułowany "Spiderman" (Człowiek Pająk). Film na podstawie bardzo popularnego komiksu zrobił ogromną karierę w USA. Nam zupełnie nie przypadł do gustu, więc poważnie zastanawialiśmy się, czy chcemy poświęcić swój czas na ten pokaz. Uznaliśmy jednak, że biorąc pod uwagę wielki sukces filmu możemy zobaczyć na nim coś naprawdę spektakularnego.

Nasze rozczarowanie było straszliwe. Spektakl "Człowiek Pająk" okazał się zwykłym pseudo musicalem z mało błyskotliwymi aktorami. Była to jedyna "atrakcja", którą uznaliśmy za stracony czas. Naszą irytację pogłębił jeszcze fakt, że kiedy oglądaliśmy mierne przedstawienie mijały właśnie ostatnie minuty zwiedzania zamku Van Helsinga...

Ponieważ wszystkie wciąż otwarte atrakcje studia mieliśmy już zaliczone postanowiliśmy jeszcze raz wybrać się na szaloną wycieczkę w "Powrocie do przyszłości". Kolejna część naszej wycieczki przez Los Angeles miała zacząć się dopiero za dwie godziny, więc mogliśmy sobie pozwolić na spokojne obejście całego studia i spokojne obfotografowanie wszystkich atrakcji.

Mini-van VIP Tours zjawił się punktualnie przed Universal Studios. W ciągu kilku minut zajęła w nim miejsca cała nasza grupa, po czym ruszyliśmy w stronę Hollywood. Podczas gdy jechaliśmy szerokimi autostradami mijając setki charakterystycznych strzelistych palm, słońce schowało się za horyzontem. Po prawie godzinie kluczenia przez wielką aglomerację Los Angeles dotarliśmy w pobliże Chińskiego teatru, gdzie wielkie gwiazdy zostawiały w betonie odcisk swoich dłoni i stóp.

Nasz przewodnik dał nam pół godziny na rozejrzenie się po okolicy. Czas ten spędziliśmy przechadzając się po słynnym "Walk of Fame" (Pasażu Sławy), wybrukowanym gwiazdami dedykowanymi słynnym artystom. Podekscytowani robiliśmy zdjęcia gwiazdom Bruce'a Lee, Alfreda Hitchcocka, Patricka Stewarta, Michaela Jacksona, Pauli Abdul a nawet Myszki Miki i Królika Bugsa.

Jeszcze więcej radości dostarczyło nam oglądanie betonowych odcisków płetw Kaczora Donalda, ciężkich butów Dartha Vadera i kółek R2D2. Ula zaś porównała swoje dłonie do odcisków dłoni Arnolda Schwarceneggera. Ponownie ogarnęło nas poczucie nie-realności, niedowierzania, że znajdujemy się w tak niezwykłym miejscu.

Pół godziny minęło nie wiadomo kiedy. Trzeba było wracać do naszego przewodnika, który już czekał w samochodzie. Kiedy wszyscy zajęli miejsca ruszyliśmy na wycieczkę po okolicy. Ruszyliśmy szlakiem Pretty Woman. Zobaczyliśmy Rodeo Drive ze sklepami sprzedającymi kreacje po cenach prawdziwie kosmicznych, a także Beverly Hills, gdzie swoje domy ma dużo gwiazd filmu i muzyki.

Długie godziny aktywnego zwiedzania dały w końcu o sobie znać. Zaczęła nas ogarniać senność. Na szczęście był to już koniec naszej wycieczki. Przewodnik podwiózł nas pod sam hotel, w którym wzięliśmy tylko gorący prysznic i poszliśmy spać.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;