Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Viva Las Vegas!
Autor: Piotr Siennicki   
Ponieważ lot z Los Angeles do Las Vegas mieliśmy dopiero późnym popołudniem ostatni dzień w USA mogliśmy spędzić bez pośpiechu. Oznaczało to również spokojne wyspanie się, oraz niespieszne pakowanie.
Pokój hotelowy opuściliśmy na kilka minut przed check-outem. Pożegnaliśmy miłą obsługę i wsiedliśmy do vana jadącego na lotnisko. Znaleźliśmy wózek na bagaż, po czym zaczęliśmy się szwędać bez celu po okolicy. Na szczęście pogoda nam nie doskwierała. Świeciło ładne słońce, ale nie było uciążliwego upału. Mogliśmy, więc spokojnie spacerować pomiędzy terminalami, oraz wygrzewać się na skąpanych w słońcu ławkach.

Przed naszymi oczami przetaczały się ciągle ogromne samoloty. Z łatwością rozpoznawaliśmy kolejne linie lotnicze: Quantas z ogromnym kangurem, czerwony ogon samolotu Virgin Air, feniks linii Air China, liść klonu Air Canada oraz niezapomniany maoryski symbol Air New Zealand. Po raz ostatni oglądaliśmy samolot w barwach Śródziemia...

Kiedy słońce zaczęło się chować za horyzontem ruszyliśmy w stronę budynku głównego terminala. W japońskiej restauracji z widokiem na płytę lotniska zjedliśmy nasz ostatni posiłek w Los Angeles. Po kolejnej godzinie oczekiwania ruszyliśmy w stronę stanowisk odprawy celnej.

Szczęśliwie tym razem obyło się bez żadnych niespodzianek. Nadaliśmy bagaż, dostaliśmy karty pokładowe, po czym ruszyliśmy w stronę naszej bramy. Czas, jaki nam pozostał do odlotu samolotu poświęciliśmy na przepakowywanie bagażu podręcznego.

Okazało się, że linie, którymi postanowiliśmy lecieć miały bardzo restrykcyjne podejście do bagażu. Każdy podróżny mógł mieć tylko jedną sztukę bagażu podręcznego, która nie mogła przekraczać podanych wymiarów, oraz odpowiedniego ciężaru! Trochę się tym zestresowaliśmy, ponieważ nasz bagaż podręczny składał się z dwóch obłędnie ciężkich plecaków, oraz dwóch sporych toreb, w których nieśliśmy nasze ciepłe ubrania: polary i kurtki.

Bojąc się, że zostaniemy obciążeni dodatkową opłatą za nadbagaż lub, co gorsza, nie zostaniemy wpuszczeni na pokład samolotu, postanowiliśmy ograniczyć nasz bagaż. Założyliśmy, więc na siebie wszystko, co tylko było możliwe, tak aby naszym jedynym bagażem zostały plecaki. Na pokład samolotu weszliśmy bez problemu, ale w ciągu pięciu minut, które spędziliśmy ubrani w koszulki, swetry, polary i ciepłe kurtki wymęczyliśmy się straszliwie.

Samolot wystartował o czasie. Po chwili roztoczył się pod nami niesamowity widok: Los Angeles jest ogromnym miastem. Jak ogromnym jednak było widać dopiero z wysokości. Morze świateł ciągnęło się pozornie bez końca. Po kilku minutach samolot wzniósł się ponad chmury. My zaś postanowiliśmy się chwilę zdrzemnąć.

Po godzinie lotu kapitan oznajmił, że zaczynamy schodzić do lądowania. Ponownie pod nami roztoczył się niezapomniany widok. Las Vegas z lotu ptaka wyglądało naprawdę niesamowicie. Do standardowego blasku miasta, światła ulicznych latarni, oraz oświetlenia budynków dołączyły ogromne neonowe ozdoby, którymi pokryte były wszystkie większe hotele i kasyna stolicy hazardu. Z wysokości podziwialiśmy znane nam z "Oceans Eleven" kasyna Bellagio, Mirage oraz MGM Grand. Ponownie poczuliśmy się jak na planie filmowym.

Terminal, w którym się znaleźliśmy po opuszczeniu samolotu nie przypominał w niczym normalnego lotniska. Całe Las Vegas było jednym wielkim centrum hazardu. Kilka kroków po wejściu do wielkiego, oszklonego terminalu zobaczyliśmy dużą ilość automatów z najróżniejszymi grami, od jednorękiego bandyty do koła fortuny. Spora część turystów umilała sobie oczekiwanie na swój lot oddając się wątpliwym rozkoszom hazardu.

Od kolejnego lotu dzieliły nas jeszcze przeszło dwie godziny, więc mogliśmy się bez pośpiechu zająć wszystkim, co chcieliśmy zrobić w Las Vegas. Zaczęliśmy od robienia zdjęć wielkich budowli, które widzieliśmy wyraźnie przez oszklone ściany terminalu. Wielkie kasyna i hotele wznosiły się tuż przy płycie lotniska, więc nie mieliśmy problemu ze zrobieniem zdjęć niesamowitej okolicy.

Kiedy nasze potrzeby fotograficzne zostały w końcu zaspokojone postanowiliśmy spróbować szczęścia z jednorękim bandytą. Nasza wizyta w Las Vegas nie przewidywała przepuszczania fortuny, ale będąc w stolicy hazardu nie mogliśmy nie zaryzykować symbolicznego dolara. Szczęście nam sprzyjało i po pierwszym zakręceniu bębnem na naszym koncie znajdował się już dolar i sześćdziesiąt centów. Niestety była to jedyna wygrana. Kolejne gry pozbawiały nas już tylko pieniędzy. Kiedy na koncie został nam dolar i pięć centów postanowiliśmy przerwać grę i opuścić Las Vegas zwycięsko - z większą ilością pieniędzy niż ta, z którą przyjechaliśmy. Nawet, jeśli miałoby to być pięć centów...

Zadowoleni z wygranej ruszyliśmy na poszukiwanie naszego gate'a. Ostatnie minuty przed wejściem na pokład samolotu spędziliśmy obserwując niesamowicie oświetloną piramidę ze Sfinksem. Las Vegas nocą urzekło nas, mimo, że oglądaliśmy je tylko z lotniska. Trochę żałowaliśmy, że nie mogliśmy się przejść jego ulicami, ale z drugiej strony - nie można mieć wszystkiego, prawda?

Nas czekała kolejna przygoda - Kanada!

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;