Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Kanada pachnąca żywicą
Autor: Piotr Siennicki   
Lot z Las Vegas do Vancouver minął nam bardzo spokojnie. Udało nam się umiarkowanie wygodnie przespać godzinę czy dwie. Z bliżej nieustalonego powodu nie odczuwaliśmy standardowej "gorączki" związanej z lądowaniem w nowym miejscu. Przez odprawę paszportową przeszliśmy wręcz leniwym tempem. Spokojnie odebraliśmy bagaż i w końcu trafiliśmy do głównej hali, gdzie czekali na nas mój brat cioteczny, Michał i jego mama, ciocia Ela. U nich mieliśmy gościć w czasie naszego pobytu w Kanadzie.
Pomimo tego, że udało nam się złapać trochę snu w samolocie postanowiliśmy, że zanim przystąpimy do zwiedzania musimy odpocząć po trudach podróży. Ponieważ w Vancouver mieliśmy spędzić przeszło miesiąc nie musieliśmy dokładnie planować każdej godziny. Mogliśmy sobie pozwolić na trochę zasłużonego leniuchowania. Musieliśmy również popracować trochę nad dziennikiem, który od dłuższego czasu domagał się uwagi.

Prosto z lotniska zatem pojechaliśmy do domu, w którym mieszkał Michał. Do dyspozycji dostaliśmy pokój gościnny, do którego szybko wrzuciliśmy nasze bagaże, po czy położyliśmy się spać. Dziesięć godzin później jasne było jak bardzo nie docenialiśmy swojego zmęczenia. O godzinie drugiej po południu udało nam się w końcu podnieść z łóżka.

Pierwszy dzień naszego pobytu w Kanadzie spędziliśmy na sprawach organizacyjnych. Pojechaliśmy na zakupy żywnościowe, zjedliśmy obiadokolację oraz zaczęliśmy planować zwiedzanie. Ponieważ i ciocia, i Michał mieszkali na przedmieściach Vancouver, aby dostać się do rozsądnego środka transportu potrzebowaliśmy ich pomocy. Wspólnie ustaliliśmy, że będziemy razem rano wstawać, aby jedno z naszych gospodarzy mogło nas podrzucić przed swoją pracą do podniebnego pociągu (Sky Train), którym w ciągu 45 minut dojeżdżaliśmy do centrum.

Ponieważ było to mój drugi pobyt w Vancouver nie potrzebowaliśmy specjalnie przewodnika. Dysponowaliśmy również dużą ilością czasu, więc postanowiliśmy zwyczajnie się powłóczyć po mieście. W końcu nigdzie się nie spieszyliśmy. Mogłem dzięki temu zabrać Ulę we wszystkie moje ulubione miejsca...

Każda nasza wycieczka do "miasta" zaczynała się na stacji Sky Train: King George (Króla Grzegorza). Po kupieniu całodniowych biletów wjeżdżaliśmy ruchomymi schodami na peron zawieszony wysoko nad ziemią. Zwykle po kilku zaledwie minutach przy cichym dźwięku elektrycznego silnika zatrzymywała się przed nami kolejka.

Podniebny pociąg sterowany był w pełni automatycznie. Nigdy się nie spóźniał, zawsze zatrzymywał się oraz otwierał drzwi w tym samym miejscu na peronie. Ponieważ nie posiadał kabiny "kierowcy" widok z pierwszych miejsc kolejki był naprawdę niesamowity. Sky Train dowoził nas zazwyczaj do stacji Waterfront (wybrzeże), gdzie przesiadaliśmy się w morski autobus (Sea Bus), lub ruszaliśmy pieszo przez centrum Vancouver.

Nasze przygody ze środkami komunikacji nie ograniczyły się do Sky Train'a i Sea Bus'a. Jazda zwykłymi autobusami również miała swoje interesujące momenty. Zanim jeszcze opanowaliśmy niuanse podróżowania autobusami zdarzyło nam się zaplanować wycieczkę z przesiadką. Jedną linią autobusową zamierzaliśmy dojechać do centrum, po czym przesiąść się w inny "numer" i kontynuować podróż aż do celu. Gdy dojeżdżaliśmy do miejsca, gdzie zamierzaliśmy się przesiąść zapytaliśmy kierowcę, na którym przystanku należy stanąć, aby złapać autobus interesującej nas linii. Nie muszę chyba opisywać naszego zdumienia, gdy okazało się, że autobus, którym jechaliśmy przed chwilą zmienił numer i przez zupełny przypadek akurat znaleźliśmy się w linii, której potrzebowaliśmy. Przesiadka nie była konieczna.

Ponieważ nasze wyprawy zaczynały się wczesnym świtem, (na Kings George byliśmy odstawiani przed godziną ósmą rano) pierwszą rzeczą, którą zazwyczaj robiliśmy po dotarciu do centrum było spokojne wypicie kawy. Orzeźwiającą dawkę kofeiny zażywaliśmy najczęściej w kawiarni StarBucks, w centrum handlowym tuż przy Waterfront. Po kilku tygodniach czuliśmy się tam prawie jak w domu.

Centrum Vancouver zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Ustawione gęsto obok siebie drapacze chmur nie stwarzały przytłaczającego, industrialnego klimatu, a wręcz przeciwnie, niektóre budynki zachwycały swoją architekturą. Nie mogliśmy również narzekać na brak zieleni. Wszędzie rosły drzewa (najczęściej klony), a co kilka przecznic rozmieszczone były skwery z pięknymi wesoło-zielonymi trawnikami, na których zmęczeni turyści mogli spocząć, zjeść drugie śniadanie, czy też zwyczajnie odprężyć się czytając książkę. Właśnie dzięki takim miejscom Vancouver wydało nam się spokojnym miastem, w którym czas płynie leniwym rytmem.

Zwiedzanie zaczęliśmy od najbardziej charakterystycznego budynku w Vancouver, czyli Canada Place (Miejsce Kanady). Wielka budowla z ogromnymi białymi żaglami górująca nad zatoką była od kilkunastu lat wizytówką tego miasta. Canada Place służy również jako przystań dla luksusowych statków rejsowych (cruise ships), które podróżują od miasta do miasta przewożąc tysiące pasażerów.

Drugim bardzo charakterystycznym budynkiem w Vancouver był Science World (Świat Nauki). Wielka stalowo-aluminiowa konstrukcja w kształcie kuli przypominała nam skrzyżowanie statku kosmicznego z bazą na księżycu. W Science World znajdowało się interaktywne Muzeum Techniki, oraz jedno z najstarszych kin IMAX na świecie. Było to również jedyne znane nam kino z owalnym ekranem umieszczonym na ścianie będącej zarówno ścianą, jak i sufitem...

Vancouver, pomimo tego, że jest bardzo młodym miastem posiada Stare Miasto. Trzeba tutaj jednak dodać, że "stare" jest określeniem bardzo relatywnym. Podczas naszego pobytu w Kanadzie z zaskoczeniem dowiedzieliśmy się, że jeszcze dwieście lat temu w miejscu gdzie teraz znajduje się centrum Vancouver szumiał w najlepsze las. Tak, więc "stare" w tym momencie oznacza około 150 lat. W najlepszym przypadku.

Mając to na uwadze nie jest wielkim szokiem fakt, że całe tak zwane "Stare Miasto" to po prostu jedna przecznica ze starszymi, ładnie zdobionymi budynkami. Jedyna uliczka owego Starego Miasta wyłożona jest kostką brukową, a na latarniach porozwieszane są kosze z kwiatami. Ogólnie widok jest bardzo ładny, ale zupełnie nieimponujący dla kogoś, kto widział prawdziwą Starówkę.

Dwoma obiektami wartymi zobaczenia w tej części miasta są wygrywający co pewien czas melodię Zegar Parowy (Steam Clock) oraz pomnik Gassy Jacka, założyciela baru (saloonu). To na jego cześć stare miasto nosi nazwę Gastown. Podczas naszych wycieczek po Vancouver często znajdowaliśmy się w pobliżu Starego Miasta, gdzie na ogół zatrzymywaliśmy się na odpoczynek w kawiarni "Star Bucks", naprzeciwko Zegara Parowego.

Drugim naszym ulubionym miejscem, w którym lubiliśmy przeczekiwać napady zmęczenia był skwer z ławkami przy Canada Place. Często siadaliśmy w słońcu na jednej z ławek i jedliśmy nasze drugie śniadanie patrząc na startujące i lądujące wodoloty. Małe samoloty bez przerwy kursowały między Vancouver a stolicą stanu British Columbia - Victorią.

Jedną z dłuższych wycieczek, które zrobiliśmy w Vancouver była wędrówka wokół Stanley Parku (Parku Stanleya). Trudno uwierzyć, że zaledwie kilkaset metrów od samego centrum dużej metropolii, jaką jest Vancouver mógł powstać największy park, jaki do tej pory mieliśmy oglądać.

Stanley Park był naprawdę ogromny. Znajdował się na półwyspie, na którego obejście spokojnym spacerowym krokiem trzeba było poświęcić prawie trzy godziny. Swoje miejsce mogli znaleźć tam wszyscy amatorzy wypoczynku. Co dzień setki osób jeździły tam na rowerach, rolkach, uprawiały jogging, spacerowały, lub zwyczajnie kładły się na trawie, aby w otoczeniu natury oderwać się na chwilę od zgiełku miasta.

Jednym z bardziej interesujących fragmentów Stanley Parku była polana z indiańskimi totemami. Wielkie drewniane słupy zdobione rzeźbami bogów (bądź demonów, nie wnikaliśmy w to głębiej) przyciągały niezmiennie tłumy turystów.

Nasze ulubione miejsce w parku znajdowało się jednak gdzieś indziej. Na południowo zachodnim krańcu parku, przy zatoce angielskiej (English Bay) była wielka piaszczysta plaża, a zaraz obok piękne, zielone trawniki, na których lubiliśmy przesiadywać i rozkoszować się widokami, oraz ostatnimi dniami naszej wędrówki. W tej okolicy znajdował się również najciekawszy budynek Vancouver. Budynek, na którego dachu rosło całkiem spore drzewo! Za każdym razem, kiedy przechodziliśmy w jego okolicy robiliśmy mu zdjęcie.

Nasz pobyt w Kanadzie nie mógł obyć się oczywiście bez tradycyjnego zwiedzania China town, które niemal sąsiaduje ze "Starym miastem" Vancouver. Już w bramie "poczuliśmy", ze wchodzimy do Chińskiej dzielnicy. Mówiąc mniej oględnie - skręciło nam nosy od przeróżnych "zapachów". Główna ulica biegnąca przez orientalną część miasta była wielkim targowiskiem, gdzie najzwyczajniej w świecie na ulicy wystawione były najróżniejsze artykuły "spożywcze". Obok owoców, warzyw i egzotycznych przypraw zobaczyliśmy stoiska z rybami zarówno martwymi jak i jeszcze żywymi, kalmarami, krewetkami, paskudnymi ośmiorniczkami i dziesiątkami różnych innych stworów...

Czym prędzej oddaliliśmy się od targowiska. Postanowiliśmy za to zwiedzić Dr. Sun Yat-Sen Classical Chinese Garden, czyli Klasyczny Chiński Ogród Doktora Sun Yat-Sen. Przez dobry kwadrans przechadzaliśmy się wąskimi alejkami położonymi dookoła małego stawu. Na chwilkę spoczęliśmy również w pięknej altanie z klasycznym, orientalnym, wygiętym dachem. Ta część chińskiej dzielnicy zdecydowanie bardziej przypadła nam do gustu.

Kolejnym miejscem w Vancouver, które będziemy miło wspominać jest Biała Skała (White Rock), turystyczna dzielnica z wybrzeżem pełnym różnorakich restauracji i kafejek. Nazwa tej części miasta jak nie trudno się domyśleć pochodzi od wielkiego białego głazu leżącego nieopodal głównego molo. Niestety głaz pomimo moich nadziei na interesującą historię na temat jego powstania okazał się być zwykłą bryłą betonu pomalowaną na biało... Z daleka jednak prezentował się imponująco.

Nie da się ukryć, że nasze zwiedzanie Kanady skupione było dość intensywnie wokół Vancouver. Na szczęście pomimo tego udało nam się zobaczyć kawałek prawdziwej Kanady, tej pachnącej żywicą. Trzy razy udało nam się zrobić dłuższą wycieczkę w głąb kanadyjskiego lasu.

Za pierwszym razem wybraliśmy się w weekend nad piękne jezioro położone w pobliskich górach zaraz na wschód od Vancouver. Pogoda sprzyjała wycieczkom w terenie, słońce mocno świeciło, na niebie widać było tylko drobne obłoki, był przyjemny letni dzień. Nad samym jeziorem znajdował się teren biwakowy, gdzie ludzie robili sobie piknik.

Ponieważ nie przepadaliśmy za rekreacją uprawianą stadnie postanowiliśmy spędzić czas odpoczywając czynnie - ruszyliśmy szlakiem wokół jeziora. Po kilkudziesięciu krokach w głąb lasu stwierdziliśmy, że rzeczywiście kanadyjski las ma swój specyficzny urok. Od samego początku zauważyliśmy, że pod koronami drzew panuje atmosfera "starości". Byliśmy pewni, że ten las pamięta czasy pierwszych białych ludzi podbijających ten kontynent...

Wąska ścieżka pnąca się pochyłym górskim zboczem przemykała się między ogromnymi, porośniętymi mchem drzewami. Zauważyliśmy również stare drzewa, których życie dobiegło już końca. Przemierzając stary las zobaczyliśmy kilka próchniejących kłód, które zaczynały już stawać się ściółką dla nowego pokolenia kanadyjskich cedrów. Prawdziwe zaskoczenie jednak przeżyliśmy dopiero, kiedy zobaczyliśmy dwa młode drzewa wyrastające wprost z olbrzymich resztek pnia dawno powalonego już olbrzyma...

Dwie kolejne wyprawy w głąb kanadyjskich lasów uświadomiły nam, że drzewa wyrastające ze szczątków swoich poprzedników są czymś zupełnie naturalnym. Kilka podobnych zjawisk udało nam się zobaczyć również w Narodowym Parku Capilano, gdzie wybraliśmy się, aby zobaczyć 140-metrowy most zawieszony nad głębokim na przeszło 70 metrów wąwozem.

W tym momencie warto wspomnieć o tym w jak niesamowitym miejscu położone jest Vancouver. Miasto leży nad samym oceanem, ale jednocześnie u stóp Gór Wybrzeża (Coast Mountains). Oznacza to, że w ciągu zaledwie 40 minut można pokonać drogę z samego centrum Vancouver, na najbliższy szlak narciarski. Równie blisko znajduje się przynajmniej kilka parków, w których można zażyć trochę ruchu na łonie natury. Nam udało się odwiedzić dwa miejsca: wspomniany już Park Capilano, oraz Grouse Mountain.

Do Capilano wybraliśmy się, ponieważ Ula bardzo chciała zobaczyć prawdziwy, duży wiszący most, coś bardziej imponującego niż mieliśmy okazję zobaczyć w Abel Tasman, w Nowej Zelandii. Na górę Grouse przyciągnęła nas zaś wspinaczka. Chcąc przed powrotem do domu zaznać jeszcze trochę wędrówki postanowiliśmy pokonać słynny w Vancouver szlak Grouse Grind. Miał być on niezwykle ciężki, a pokonanie go, według tubylców było powodem do pewnej dumy.

Ponieważ pokonywaliśmy już naprawdę trudne szlaki i to z ciężkim bagażem na plecach nie spodziewaliśmy się specjalnych problemów podczas wspinaczki. Na wycieczkę zabraliśmy tylko trochę jedzenia, dużo wody i aparaty fotograficzne. Liczyliśmy zaś na liczne okazje do fotografowania Vancouver z różnych wysokości. Spodziewaliśmy się naprawdę spektakularnych widoków.

Niestety rzeczywistość nie spełniła naszych oczekiwań. Wspinaczka, choć nie była bardzo ciężka była wyczerpująca. Szlak był przygotowany dla "miejskich" turystów, co oznacza, że na szczyt prowadziły wykute w kamieniu i uformowane z ubitej ziemi, najzwyczajniejsze schody. Monotonia wspinaczki dała nam się we znaki dużo bardziej niż gdybyśmy pięli się zróżnicowanym zboczem.

Rozczarowały nas również widoki, a raczej ich zupełny brak. Szlak prowadził przez gęsty las tak, że imponujący widok zobaczyliśmy dopiero po dotarciu na wysokość ośrodka rekreacyjnego na końcu naszej wędrówki. Pomimo, że droga nie była zbyt pasjonująca zgodnie uznaliśmy, że warto było się wspinać. Widok był naprawdę niezwykły. Przed nami w dole roztaczało się Vancouver. Widzieliśmy całe "downtown" (centrum) ze wszystkimi charakterystycznymi budowlami, widzieliśmy wielkie liniowce zadokowane przy Canada Place, widzieliśmy tankowce zakotwiczone w zatoce - całości widoku nie da się opisać słowami...

Kiedy nacieszyliśmy już oczy i wystarczająco odpoczęliśmy postanowiliśmy zastanowić się nad drogą powrotną. Wspinaczka pochłonęła sporo naszych sił, dlatego przez chwilę rozważaliśmy skorzystanie z kolejki linowej, która przez cały dzień woziła bardziej leniwych turystów. Jednak po sprawdzeniu cen biletów stwierdziliśmy, że wcale tacy zmęczeni nie jesteśmy... Postanowiliśmy wrócić na dół tradycyjną metodą.

W połowie długości szlaku zorientowaliśmy się jaką cenę przyjdzie nam zapłacić za nasze alpinistyczne zapędy. O ile wspinaczka była uciążliwa, o tyle schodzenie po koszmarnych schodach przypomniało nam, że poruszając się w dół wykorzystujemy zupełnie inny zestaw mięśni niż zwykle. W połowie drogi nogi zaczęły się pod nami uginać. I nie było to ogólne zmęczenie całego organizmu, które często mieliśmy okazję odczuć. To było zmęczenie nie wykorzystywanych do tej pory mięśni w nogach, które zwyczajnie dawały nam do zrozumienia, że "dalej nie idziemy!"

Druga połowa drogi minęła nam na odwracaniu uwagi od faktu, że nogi odmawiają współpracy. Ponieważ Ula domagała się opowieści, żeby się mogła skupić na słuchaniu, a nie schodzeniu streściłem jej trzy pierwsze części cyklu "Pieśń lodu i ognia" (Song of Ice and Fire). Wspólnie jakoś udało nam się dotrzeć na dół. Do domu dotarliśmy już po zmroku. Zmęczeni jak psy wykąpaliśmy się szybko i poszliśmy spać. A zakwasy, które powstały w skutek drogi powrotnej czuliśmy jeszcze w Polsce...

Celem naszej ostatniej długiej wycieczki, na którą się wybraliśmy podczas naszego pobytu w Kanadzie była Victoria, stolica stanu Brytyjskiej Kolumbii (British Columbia). Z nieznanych nam powodów stolicą zachodniej części Kanady nie jest największy port na wschodnim wybrzeżu (Vancouver) czy choćby największe miasto tej części kraju (również Vancouver). Stolicą BC (British Columbia) jest nie duże miasto, które nazwano na cześć królowej "Victoria". Co jeszcze bardziej ciekawe - Victoria znajduje się na wyspie Vancouver (Vancouver Island)...

Ponieważ miasto Vancouver znajduje się na kontynencie naszą wycieczkę zaczęliśmy od dotarcia do promu. Z przystani o dźwięcznej nazwie Tsawwassen wypłynęliśmy na cieśninę Georgii (Trait of Georgia). Przez chwilę płynęliśmy szlakiem nazywanym Wodną Autostradą na Alaskę (Alaska Marine Highway), po czym wpłynęliśmy w gąszcz wysp i wysepek otaczających Vancouver Island. Po nie całych dwóch godzinach od momentu, kiedy odbiliśmy od lądu nasz prom zadokował w miejscowości Swartz Bay.

Na wyspie Vancouver zamierzaliśmy odwiedzić dwa obiekty: ogrody rodziny Butchart oraz oczywiście samą Victorię. Bez większych problemów znaleźliśmy autobus, którym wkrótce ruszyliśmy w stronę Butchart Gardens. Słynne ogrody codziennie odwiedzały setki turystów. I jak się sami przekonaliśmy, nie bez powodu.

Dla Uli, która uwielbia spacery i przyrodę ogrody Butchart były bajkową krainą. Ja z kolei dałem upust swojej nowej pasji - fotografii. Wszędzie rosły najprzeróżniejsze kolorowe kwiaty, idealnie przystrzyżone trawniki, żywopłoty uformowane w przyjemne oku wzory, ukryte w zaroślach smukłe rzeźby - to wszystko sprawiło, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy na spacerowaniu minęły nam cztery godziny. Niechętnie ruszyliśmy z powrotem w stronę autobusów.

Dopiero w drodze do Victorii dotarło do nas jak bardzo zmęczyło nas zwiedzanie ogrodów. Zanim dotarliśmy do stolicy BC stwierdziliśmy, że poważne zwiedzanie odpada w przedbiegach i jedyne, na co nas stać, to kolejny spokojny spacer przez centrum miasta. Przez godzinę, która nam została zanim musieliśmy się zbierać z powrotem do promu udało nam się zobaczyć dwa najważniejsze i najbardziej imponujące budowle w Victorii: gmach parlament oraz niesamowity, pokryty winoroślą budynek hotelu Empress. W chwili melancholii usiedliśmy na trawniku przed zatoką i odpoczęliśmy chwilę wspominając najprzyjemniejsze momenty z naszej długiej podróży. Podróży, która nieuchronnie dobiegała końca...

Powrót na kontynent przebiegł nam spokojnie i bez niespodzianek. Autobus się nie spóźnił, prom nie odpłynął bez nas, a podróż uprzyjemnił nam piękny zachód słońca, które chowając się w oceanie zabarwiło niebo szkarłatem.

Na pożegnanie z Vancouver postanowiliśmy wybrać się do pubu i skosztować piwa "po kanadyjsku". Z niewytłumaczalnych powodów kanadyjczycy lubią pić piwo z... pikantnym sokiem pomidorowym. Kiedy zostałem po raz pierwszy poczęstowany takim trunkiem nie chciałem uwierzyć, ze ktoś nie robi mi dowcipu, ale kiedy osobiście przeprowadziłem dochodzenie w tej sprawie i w kilku różnych lokalach kelnerki bez mrugnięcia okiem serwowały mi zamówione piwo z clamato w końcu dałem wiarę. Napój powstały po wlaniu dużego kieliszka pikantnego clamato do piwa ma smak... dość osobliwy. Piwo jest nadal dobre, ale zyskuje dodatkowy "wymiar". Podobny efekt można uzyskać wlewając do piwa zwykły sok pomidorowy, oraz doprawiając pieprzem i solą. Ten smak zawsze będzie nam się kojarzył z Kanadą...

Nasz pobyt w krainie czerwonego klonu toczył się bardzo powolnym tempem w porównaniu z resztą podróży. Osiem miesięcy zwiedzania obcych krajów zaspokoiło nasz głód wrażeń. Dlatego właśnie nasze wycieczki po Vancouver i okolicach miały bardziej rekreacyjny charakter. Ostatni miesiąc podróży pozwolił nam na ochłonięcie po wrażeniach podróży i na oswojenie się z myślą o powrocie do "normalności". Kiedy jednak nadszedł ostatni dzień i musieliśmy ruszyć z bagażami na lotnisko czuliśmy, że kończy się coś niezwykłego...

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;