Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Argentyna
Autor: Jacek Juras   
Bariloche

Jedziemy do Bariloche - argentynskiego kurortu lezacego nad wielkim jeziorem Nahuel Huapi. Jako naszego przewoznika z El Calafate wybralismy dobrze nam znana firme - Tramat. Ponownie okazalo sie ze Tramat to istny dramat. Kiedys "delikatnie" przykopal sie po niewyjasnionym zjechaniu na pobocze a dzis na kilka godzin stajemy z padnietym silnikiem. Po dwoch stronach drogi rowna jak stol bilardowy pampa. Po 3-4 godzinach pojawia sie mechanik i usuwa usterke. Jedziemy dalej i juz bez wiekszych przygod docieramy do Bariloche.

Bariloche okazuje sie dosc urokliwym miasteczkiem. Jego polozenie nad jeziorem jeszcze dodaje klimatu temu miejscu. Miasto ma swoja "wysniona" turystyczna uliczke z mnostwem sklepikow, restauracji. Pod koniec pobytu w miescie nam rowniez udziela sie atmosfera tego miejsca i zakupujemy pamiatkowe tykwy do picia yerba mate.

Cale miasto to mieszanina drewna i ciezkiego kamienia. Zwlaszcza okolice placu Civic Center moga cieszyc oko taka zabudowa. Na plac wybralismy sie pierwszego dnia i .... placyk naprawde zyl. Mozna bylo zauwazyc zajecia w podgrupach. Ktos podrzucal opony rowerowe zaglujac z kolega, inna grupa spokojnie spijala piwko siedzac na placu. Na obrzezach usytuowali sie fani programy Pimp my Ride wraz ze swoimi odstawionymi furkami, pogrywajac przy tym ostro bitowe nuty z otwartych bagaznikow. Na malej scenie zaczeli instalowac sie gitarzysci jednak pozniejszy brak pradu w miescie musial odwolac ich show.

Kolejne dni postanowilismy wykorzystac na lekkie poznanie tutejszego parku. Z mapy wybralismy mala petle przeznaczona na 3 dni marszu.
Po dojezdzie do Cerro Cathedral okazalo sie ze w niedziele ta mala miescina spi. Zero informacji. Skierowalismy sie do pierwszego Refugio (schroniska) na naszej drodze. Slonko raznie przygrzewalo, tylko droga nie w smak. Caly czas w pyle. W ustach czuc juz posmak kurzu a do pierwszych podejsc jeszcze kawalek. Szlak ciagnie sie wzdluz jeziora Lago Gutierrez aby potem odbic ostro w gore. Po blisko 3 godzinach jestesmy w Refugio Frey. Mala chatka na wzgorzu, otoczona wysokimi szczytami, z ktorych korzystaja przybyli tutaj wspinacze. My delektujemy sie "bulami" a kolejna ekipa wychodzi z linami na plecach aby zdobyc gorujacy nad schroniskiem szczyt.

Opuszczamy refugio i ostro wspinamy sie pod Lagune Schmoll. Z przeleczy nad jeziorkiem roztacza sie naprawde niesamowity widok. Widac cala dolinke wraz z refugiem oraz poszarpane szczyty dwoch Katedr (najwyzszych szczytow). Kolejne godziny na szlaku to istna udreka. Najpierw ostre zejscie po piargach. W tym momencie czlowiek zalowal ze nie ma sniegu pod nogami i dwoch desek :) Po zejsciu do kolejnej dolinki rozbilismy nasz maly oboz. Dookola ni zywej duszy. Na naszym szlaku od refugio Frey nie spotkalismy nikogo az do wyjscia z parku (procz pracownikow schronisk).
Drugi dzien w parku jest jednoczesnie dniem konczacym pierwszy miesiac naszej podrozy. Droga zaczela przypominac wczorajszy szlak. Najpiew ostro pod gore, aby potem spokojnie zjezdzac na pietach po zwirowym zboczu. Ze szczytu przeleczy roztacza sie najpiekniejszy widok parku. W oddali widac nasz cel - refugio Jakob oraz jezioro lezace zaraz obok chatki. Wszystko otoczone gorami i lasem. Swietny kontrast oraz usytowanie schroniska. Jak sie okazalo jestesmy jednymi z nielicznych gosci w tym schronisku. Mozemy skorzystac z kuchni i odpoczac w ciszy otaczajacej to miejsce. Z placyku przed drewniana chatka slychac jedynie swiergot ptakow. Niepowtarzalny klimat. Nasza dalsza trasa to 5 godzin marszu do wyjscia z parku. Mijamy kolejne rzeczki, przechodzimy kilka dosc niepewnych, drewnianych mostkow, ktore przy mocnym tupnieciu zapadlyby sie z delikwentem w zimny nurt potoku. Dzis odpuszczamy i postanawiamy spedzic jeszcze jedna noc "za friko" czyli w parku.
Trzeci dzien w parku to malo ciekawy marsz do drogi. Przechodzimy przez bambusowe laski, dobrze wyprostowane maczetami. Mijamy pasace sie wolno koniki i po 2 godzinkach jestesmy w Bariloche.
Popoludniem wybieramy sie na Cerro Campario. Polgodzinny marsz i jestesmy na gorze. Ze szczytu roztacza sie naprawde niesamowity widok. Cala kraine jezior jaka sa okolice Bariloche mamy pod swoimi nogami. Po nacieszeniu oczu widokami niezliczonych wysepek rozmieszczonych na tafli jezior kierujemy sie do zejscia z gorki. Nie bylibysmy jednak soba gbybysmy nie sprobowali wykrecic jakiegos walka. Na gorke wyszlismy o wlasnych silach, ale po co meczyc sie schodzeniem. Do gory i w dol kursuje wyciag krzeselkowy wiec spokojnie podchodzimy do przycupniecia na jednym z fotelikow. No i siadamy, nikt o bileciki nie pyta, kolejka rusza a my razem z nia :) Nie dosc ze 20 pesos w kieszeni to jeszcze korzystamy z tego za co powinnismy zaplacic.
Nie da sie ukryc ze byl to dosc optymistyczny dla nas akcent, na zakonczenie naszych przygod w Argentynie. Nastepnym naszym przystankiem jest Santiago.

Fitz Roy ze sloncem na twarzy

Z El Calafate, biletem laczonym z opisanym wczesniej widowiskiem nad Perito Moreno, dotarlismy do bram miasta El Chalten. Slowo miasto jest tutaj duuuzym wyolbrzymieniem. El Chalten bowiem to wioska umieszczona na wylocie tras prowadzacych na Fitz Roya oraz Cerro Torre - jedne z najbardziej popularnych szczytow parku Los Glaciares. Tak wiec wioska Chalten to praktycznie jedna ulica, pelna restauracji i malych sklepikow, nastawionych pod turyste.
Pierwszy dzien to wedrowka na punkty widokowe Fitz Roya. Ta jednolita samotna sciana liczy sobie 3375 m. Jest to jeden z najtrudniej dostepnych dla wspinaczy szczytow.

Po dotarciu na pierwszy punkt widokowy czolowa sciana tej wielkiej samotnej gory pokryta byla chmurami. Chwila oczekiwania na rozjasnienie szczytu na nic sie nie zdala. Skierowalismy sie wiec na camping usytuowany obok polanki, z ktorej roztaczal sie calkiem niezly widok na ta trudno dostepna gore. Z campingu zdecydowalismy sie podejsc pod lagune, ktora rozlewa sie pod stopami Fitz Roya. Godzina forsownego marszu i jedynie widok laguny poprawil nam nastroje. Wiatr wzmagal sie z kazdym pokonanym metrem, aby pod Fitz Royem osiagnac szczyt i z powodzeniem przegonic wszystkich przybylych. Powrocilismy do namiotow z planem zobaczenia Fitz Roya w promieniach wschodzacego slonca.

Udalo sie. Juz o 6:30 kolejnego dnia siedzielismy pod krzaczkami oslonieci od wiatru, wpatrzeni w czern, w ktorej kryl sie Fitz Roy. Minuty oczekiwania i jest - czerwien zaczyna pojawiac sie na chmurach, a zaraz potem na iglicach Fitz Roya. Niestety glowny szczyt otulony w chmurze. Kiedy wydawalo sie, ze jest po wszystkim nagle nowa fala czerwieni uderzyla w szczyt jednoczesnie oswietlajac glowna iglice Fitz Roya pokazujac go w calej okazalosci.

Kolejne godziny spedzilismy w drodze na kolejny punkt widokowy - tym razem w strone Cerro Torre, drugiego co do wielkosci szczytu Los Glaciares. Po drodze mijalismy jeziorka, kolejne wzniesienia i dolinki. Dotarlismy nad Lago Torre - punkt widokowy na Cerro Torre. Niestety mgly znad lodowca Glaciar Grande zupelnie przyslonily szczyty. Malo tego, wiatry patagonskie szalejace nad jeziorem wzbijaly chmury wody i piachu, ciskajac nimi co raz w wedrujacych turystow. Tutaj naprawde poczulismy sile patagonskiego wiatru. Podmuchy byly tak mocne, ze skutecznie scinaly czlowieka z nog, utrudniajac mu przejscie dluzszego odcinka po linii prostej. Z oczami pelnymi piasku skeirowalismy sie 3 godzinnym szlakiem do El Chalten.
Tak konczy sie nasza przygoda z patagonia i w nocy kierujemy sie w strone Bariloche, aby tam spedzic kolejne dni na gorskich szlakach.

Glacier Perito Moreno

Jest takie miejsce w Patagonii gdzie tlumy wyczekuja godzinami na ten jeden moment. Stoja i patrza, kraza po schodach zerkajac co chwila w jedna strone. Kraza i drepcza by przyspieszyc krwiobieg gdyz chlodno tu i wietrznie. Zerkaja i nasluchuja czy moment ten nadejdzie za sekund kilka...minut, czy wogole cos sie zdarzy.

Po co i my wzielismy udzial w tym przedstawieniu? Kazdy z wlasnym scenariuszem w glowie, kazdy z obranym dokladnie "bohaterem". Ano po to, iz miejsc takich jest nieweiele. A miejsce to balkonik-molo przed masa lodu o nazwie Glacier Perito Moreno. Szeroki na 4 km i dlugi na kilkanascie. Codziennie porusza sie dwa metry do przodu, lecz tej wedrowki nie widac golym okiem, gdyz czolo lodowca kruszy sie w roznych ksztaltach i wielkosciach do kanalu, ktory przed nim. Szczesciarz ten,komu uda sie doswiadczyc wielkiego BUM, gdy tony lodu odrywaja sie od calosci i wpadaja do wody burzac spokoj tafli z wielkim hukiem.

I my obralismy swoje typy. Moze wieza, moze blekitna sciana, oddzielona wielka szczelina od Glaciera, badz jeszcze inny ksztalt stanie sie dzis pierwszoplanowym bohaterem podziwianym przez widzow. Nic wielkiego tym razem sie jednak nie zdarzylo. Nasi bohaterowie zawiedli, choc drobne z odleglosci kawaleczki wpadajac do jeziora podraznialy bebenki w uszach gapiow. Juz wydawaloby sie, ze to moment na kluczowa scene i oberwanie wielkiego na 50m zeba lodu...i znow konczy sie na drobnej posypce, ktora przy wielkosci Glacier Moreno wyglada niczym "cukier puder" na weselnym torcie. Dla nas widowisko dobiega konca. Slonce probujac przebic sie jeszcze przez geste chmurska rzuca ciekawa poswiate,ktora przy blekicie lodowca dodaje smaczku podziwianemu przez 3 godziny widokowi.
Pora wracac. Jutro kolejne busy przywioza rzadnych wrazen turystow do "kina", gdzie po raz kolejny natura odegra film pod znamiennym tytulem " Glacier Moreno - posyp sie!" A nuz oni beda mieli wiecej szczescia.

Na koncu swiata- Ushuaia

Poznym wieczorkiem docieramy na kraniec swiata. Ushuaia - ostatnie miasto, ostatni port. Do Antarktydy tylko tysiac km i az tysiace "baksow" za dotarcie na lodowy kontynent. To odpuszczamy i skupiamy sie na miescie i jego okolicach. A miasto to nic innego jak glowna ulica San Martin- niczym zakopianskie Kropowki z rozswietlonymi wystawami sklepow, suvenirami i masa turystow rzadnych mocnych wrazen. Do tego port zapraszajacy przyjezdnych na kilkugodzinne rejsy.
W strone Antarktydy - cos dla bardziej kasiastych oraz cos dla nas, czyli rejsik wokol latarni morskiej i wysepek z tutejszymi zwierzatkami. Lwy morskie, kormorany i przyjemne kolysanie na falach kanalu Beagle. Jest milo choc pingwinkow nie dane nam jest dostrzec. To juz inna oferta za dodatkowa, "drobna" oplata, choc i tak mozliwosc twarzowej fotki z tymi smiesznymi stworami pozostalaby w sferze marzen, gdyz wysepka na ktorej gromadza sie pingwinki jest po prostu privat poperty. My delektujemy sie wiec rejsem ogladajac leniwe lwy morskie, probujac znalezc wsrod nich choc nutke zainteresowania przybylymi tak licznie gapiami. To jednak przychodzi im z wielkim trudem. Jeden sie przewraca, drugi drapie pysk, kolejny zas probuje odgonic konkurenta od swej wybranki. Kormorany natomiast zbieraja sie w wielkie zgromadzenie i co raz podrywaja sie do lotu by za kilka chwil wrocic na swa wysepke.
Tak mija 4 godzinny rejsik. Wracamy do Ushuai by na wskazniku odleglosci umieszczonym przy jednym ze sklepikow na San Martin dostrzec miasto docelowe naszej wedrowki - Mexico City. Od niego dzieli nas tylko 8771 km. Nie pozostaje nam wiec nic innego jak oposcic poludniowy kraniec swiata i udac sie w kolejne miejsca na trasie - parki mroznej Patagonii

Ostatni pociag do Bahia Blanca

Cena 23 pesos (8$) za klase turistico skusila nas na pokonanie dystansu z Buenos do Bahia Blanca (600 km). Do konca nie wiedzielismy jaki transport podjedzie na peron. Jak sie okazalo bylo calkiem.... klimatycznie. Kiedy tylko ciufa ukazala sie naszym oczom wiedzielismy ze nocka bedzie zarwana. Ciemny obiekt, z zasnutymi kurzem oknami, ktore mozna przysunac metalowa kurtyna (w ochronie przed sloncem). Nie ma mowy o szczelnosci okien. Drzwi cala droge uchylone - czy to przypadkiem, czy moze nie da sie ich zamknac. Nikt tutaj nie pyta o takie szczegoly. W srodku, siedzen nabite az gesto. Pociag rusza - nie jest to zawrotna predkosc ale w 12 godzin mamy pokonac 600 km wiec nie wymagajmy za duzo od klasy turistico. Godzina 10, potem 12 a tutaj sen nie chce przyjsc. Nie zebysmy nie chcieli usnac - po prostu sie nie da. Sytuacje uratowal gosc siedzacy przed nami - gdzies wychodzi wiec ja zajmuje jego pozycje i mozemy wreszcie posnac. Sam klimat jazdy strasznie nam sie podobal, ktos czestuje sasiadow orzechami - zalupali cale przejscie, ktos inny pobrzdekuje cos na gitarze - nie jest dzis najwieksza gwiazda. Sasiad ratuje sie spaniem na ziemi, inny wychodzi az na polki podwieszone pod sufitem - jest naprawde ciekawie. Pobodka w Bahia Blanca. Stad chcemy lapac stopa. Bierzemy busa ktory wywozi nas na wylot z miasta i zaczynamy. Najpierw opytalismy stacje benzynowa i kierowcow tirow. Nikt nie chce nas zabrac. Wychodzimy wiec na droge. Machamy na zmiane wyciagnietym kciukiem. Jakby nas nikt nie zauwazal. Nic sie nie dzieje przez blisko 3 godziny. Czyzby oni nie znali czym jest autostop. Wkoncu odpuszczamy bo stanie na wietrze nie nalezy do najprzyjemniejszych rzeczy. Kierujemy sie do centrum miasta i na dworzec autobusowy. Zakupilismy bilety do Rio Gallegos z dalsza mysla lapania stopa. W autobusie blisko 26 godzin. Podczas trasy przejezdzamy przez argentynska pampe. Krajobraz naprawde kosmiczny. Niska zolta trawa siegajaca jak okiem siegnac az do horyzontu. Zadnych pagorkow, zero jakichkolwiek drzew czy krzakow. Im bardziej na poludnie tym krajobraz ulega delikatnym zmianom. To pojawiaja sie jakies wzniesienia, to pasace sie krowy czy konie. Blisko poludnia kolejnego dnia kierowca nie wiedziec czemu zjechal na pobocze i ..... zakopal sie. Cala akcja odkopywania autobusu trwala blisko godzine. Dla nas beczka smiechu. Cale meskie grono turystow bierze udzial w odkopywaniu. Nikt nikogo o nic nie prosil a tu jedna osoba przynosi kamienie, inna rwie krzaki (ten gosc moglby przystroic choinka niejeden dom na swieta) - wszystko po to aby autobus mogl jechac dalej. Udaje sie. Wracamy na szose. Widoki dalej te same. Po 2 w nocy dobijamy do celu. Spimy na dworcu autobusowym w Rio Gallegos, a z samego rana wychodzimy na droge wylotowa. I podobnie jak w Bahia Blanca czekamy, wyciagamy kciuki i nic. Kierowcy albo nas nie widza - albo nie chca widziec. Mija pierwsza godzina, potem kolejna. Wzmaga sie wiatr. Juz sam polar nie wystarcza. Nic dobrego nie mozemy wywrozyc z tego co widzielismy. Mija 4 godzina bezowocnego stania. Zmarznieci i dobrze przewiani wracamy do punktu wyjscia. Musimy kupic bilety na poranny autobus do Ushuaia aby nie tracic kolejnego dnia. Na dworcu spotykamy Krzyska z Krakowa, ktory wychwala pod niebiosa argentynskiego stopa :). Jezdzi sam i lapiac stopa ubiera okulary - czy brakuje nam tego drugiego. Gadka uplywa nam kilka godzin. On pedzi do El Calafate - my czekamy na dworcu i spedzamy na nim kolejna, dosc wygodna i dobrze odespana noc.

Nad ranem pobudka pana pilnujacego porzadku. Jest czas na sniadanko zanim przyjedzie nasz autobus. O 8 wsiadamy do wygodnego semi - cama, czyli autobusu z mocno rozkladanymi siedzeniami. I znowu mijamy podobne krajobrazy. Suche polany ciagnace sie az po horyzont. Im blizej ciesniny Magellana ukazuja sie piersze od kilkunastu godzin lasy. Niczym wyciete z horrorow - poschniete konary drzew. Od okolic Rio Grande rozpoczela sie jazda przez gory. Ze wszech stron otaczaly nas wzgorza, a w oddali majaczyly szczyty gor sasiadujacych z Tierra del Fuego. Po przeprawie przez ciesnine Magellana i kilku kontrolach na granicy dojechalismy do naszego najdalej wysunietego na poludnie punktu wyprawy - miasta Ushuaia.

3 dni z Buenos Aires

Zamieszkalismy w hostelu Pangea - pol godzinki od centrum miasta. Zrzucilismy nasze plecaki i poszlismy zobaczyc co tak wielkie miasto ma do zaoferowania. Jak sie okazuje, stolica Argentyny moze pochwalic sie wieloma placami, dobrze rozreklamowanym tangiem oraz duuuzym ruchem w calym miescie. Tego ostatniego jest az za wiele. Ulice 5, 8 - pasmowe to norma w Buenos. Moze i dzieki temu nie ma korkow w miescie, ale za to jest tloczno na ulicach. mnostwo spalin i jak dla nas 2 dni w tym molochu bedzie akurat.

Najwieksza ulica miasta - Avenue 9 de Julia - 20 pasow ruchu, z obeliskiem na Plaza de Republica to praktycznie centrum miasta. Z tej miejskiej "autostrady" mozna dostac sie na Plaza de Mayo z palacem prezydenckim oraz do Plaza de Congreso - a przed nim pomnik dwoch kongresow. Place moga sie podobac, ale ich otoczenie kilkupasmowkami jest malo atrakcyjne.
W ciagu dwoch dni blakania sie po miescie odwiedzilismy rowniez dzielnice narodzin tanga - La Boca oraz stadion Boca Juniors.

Na nasze nieszczescie wiekszosc glownym zabytkow Buenos otoczona byla rdzawymi rusztowaniami jakby rok 2007 byl w stolicy rokiem ogolnej renowacji.
W ostatni dzien pobytu Buenos zalalo sie deszczem. Tak wiec z lapania stopa w Buenos nici i podjelismy decyzje aby przejechac sie naprawde odjechanym pociagiem az do Bahia Blanca.
Tak wiec po 3 dniach mowimi "ciao Buenos - nie byles az tak piekne". Czas na troche wiecej natury czyli Ziemie Ognista oraz parki Patagonii.
Na krancu swiata
Po 5-cio dniowej przeprawie z Buenos wyladowalismy na koncu swiata w Ushuaia. Dzis zmykamy do parkow patagonii. Zaktualizowalismy galerie o zdjecia z wodospadow i misji jezuickich. Na wiecej nie pozwalaly tutejsze lacza. Notki do tego punktu podrozy dodamy jak tylko znajdziemy chwile na odpowiednio dobrym necie :)
Teraz czeka nas droga tylko na polnoc az po Mexico City.

W Diabelskiej Gardzieli

Pobudka z rana i w droge do Argentyny, tylko dlaczego akurat dzis przyszlo nam po raz pierwszy doswiadczyc latynowskiego manana. W oczekiwaniu na busika do Puerto Iguazu mija dobrze ponad godzinka, pozniej formalnosci na granicy i znow oczekiwanie na kolejnego busika, ktoremu nie spieszy sie wcale. W poludnie przekraczamy wreszcie bramy parku. Kolejka waskotorowa turlamy sie pod Diabelska Gardziel a pot leje sie z nas niczym z wodospadow, ktore przyjdzie nam raz jeszcze podziwiac tyle, ze z blizsza. Dzis wybralismy od najmocniejszego uderzenia. Gargelo del Diablo oszolamia nas niewasko. Hektolitry wody opadajace z wielkim hukiem. Biel zmienia sie w rdzawy kolor a chmurka kropelek wedruje to w jedna, to w druga strone roszac twarze gapiow. Oj warto bylo tu przybyc. Po tak mocnym uderzeniu wydawaloby sie, ze juz nic zachwycic nie moze - nic bardziej mylnego. Wedrowka przez busz z widokiem na kolejne kaskady i sciane wody robia ogromne wrazenie...a do tego pojawia sie tecza. Wyrasta spod jednego welonu by zamkac sie w dolnym biegu Rio Igazu. Jest smacznie...Kto tylko ma mozliwosc powinien postawic tu swa noge - zalowac nie bedzie!!!

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.americatour.prv.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;