Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Chile
Autor: Jacek Juras   
W paszczy slonca - Atacama

Z polubionego przez nas Santiago skierowalismy sie wprost w srodek jednej z najsuchszych pustynii swiata - prosto do San Pedro de Atacama.
Podczas drogi minelismy kilka mniejszych oaz - miast, wieksza miescine (Antofagasta) oraz puste, wyschniete na wior ogromne przestrzenie pustyni. Krajobraz tej czesci Atacamy to piach, zwir oraz skalne wzgorza otaczajace nas z kazdej strony.
San Pedro to mala oaza polozona posrodku tego "piekla". Wioska typowo turystyczna. Cale San Pedro mozna zwiedzic w kilka chwil. Tak wiec nie zwlekajac na nic skierowalismy sie do "centrum" w poszukiwaniu noclegu. Trafilismy na kapitalny camping z dostepem do wszystkiego (procz neta).
Glowne 3 ulice miasta obklejone sa restauracjami oraz co najwazniejsze w okolicach pustynii, mnostwem biur podrozy oferujacych poldniowe wypady na gejzery El Tatio, na salar Atacama oraz doline ksiezycowa. Wsrod ofert mozna znalezc rowniez zjazdy na deskach snowbordowych po diunach (sandboard), wspinaczke na wulkany otaczajace oaze lub przejazdzke konna po piaskach Atacamy. My zdecydowalismy sie na podrecznikowy standard czyli El Tatio, Salar i Doline ksiezycowa. Zaklepalismy sobie rowniez 3-dniowy trip z San Pedro az do Uyuni. Bedzie blekit lagun, otoczenie gor oraz oslepiajaca biel najwiekszego Salaru na swiecie - Salar Uyuni.

Drugi dzien w San Pedro zaczelismy od mocnego uderzenia. Pobudka o morderczej 3 godzinie, aby zdarzyc na wschod slonca przy najwyzej polozonych gejzerach swiata - El Tatio. Na polozonym 4300 m.n.p.m plaskowyzu bucha w niebo kolo 70 gejzerow. Czesc z nich to gotujace sie zrodelka. Niektore z oblokow siegaja kilkudziesieciu metrow. Caly obszar polozony jest 7 kilometrow nad wciaz czynnym wulkanem (dobrze ze podloze jest stabilne) Caly teren po ktorym stapamy podziurawiony jest tryskajacymi w gore goracymi fontannami. Gorace zrodelka pomagaja nam przy naszym skromnym sniadanku. Przewodnik w jednym z oczek umiescil kilka jajek, ktore w trimiga sa gotowe do zjedzenia.
Zaraz obok wielkiego pola gejzerow znajduje sie mniejsze, z goracymi zrodlami. Te jednak nie sa tak grozne - maja temperature 35 st - wiec korzystamy z urokow tego wyjatkowego miejsca i grzejemy sie w malym baseniku podziwiajac otaczajace gory.

Po gejzerach jedziemy naszym busikiem do malej wioski Machuca. Miala byc pelna miejscowych ludzi, a na deptanej ulicy (jest tylko jedna w calej wsi) widzielismy jedynie grupki turystow. Machuca w otoczeniu gor wyglada rewelacyjnie. Zwlaszcza rzedy chat przykrytych strecha i kosciolek gorujacy nad wioska. Mieszkancy nie zapominaja jednak ze zyja w 21 wieku i na kazdym z domkow mozna zobaczyc ekrany sloneczne. Polaczenie strzech i ekranow jest po prostu genialne - polaczenie dwoch tak odleglych epok.
W drodze powrotnej do San pedro kilkakrotnie zatrzymujemy sie aby zobaczyc pasace sie lamy, czy skaczace wsrod skal zielone zajace.
Popoludnie spedzamy na kolejnym kilkugodzinnym tripie. Wybieramy sie na Salar Atacama - 3 co do wielkosci salar ziemii. Pablo, nasz przewodnik spisal sie na medal jesli chodzi o wiedze na temat odwiedzanych miejsc. Trip zaczelismy od Quebrada de Jere - canionu z poszarpanych skal i z lasem na dnie. Okolice tego miejsca przed wiekami zamieszkiwali ludzie poslugujacy sie wymarlym jezykiem Cunsa (teraz od nowa przypominanym w miejscowej szkole w Toconaco). Ludzie ci mieli okolo 150 cm wzrostu i zamieszkiwali jaskinie wykute w scianach kanionu. Na scianach kanionu wciaz mozna ogladac petroglify wyryte przez ludy pierwotne. Nie sa jednak specjalnie okazale, i jest ich zaledwie kilka. Kolejnym punktem wycieczki jest wioska Toconao, w jezyku Cunsa "skalne miasto". Poznajemy troche mineralow, ktore mozemy spotkac w okolicach salaru oraz na obszarze pustynii. W miasteczku znajduje sie maly placyk z XVIII wieczna wieza oraz z kosciolem w tle. Kazdy kosciol posiada tutaj 6 swietych patronow. Pablo objasnia nam symbolike wiezy; Ludzie zamieszkujacy te ziemie przed przybyciem konkwistadorow wierzyli w bogow Slonca, Ksiezyca i Ziemii oraz w mocna wiez miedzy kobieta i mezczyzna. W czasie konkwisty ludzie ci przyjeli wiare chrzescijanska, ale procz tego chcieli pozostac wierni swoim dotychczasowym bogom. Mezczyzni zawsze bronili swoich kobiet, walczyli, zdobywali pozywienie dla rodziny. Wieza i kosciol staly sie wiec symbolem kobiety i mezczyzny. Dlatego tez wszystkie wieze i koscioly po konkwiscie zostaly wybudowane wedlug jednej reguly. Wieza "mezczyzna" stoi przed kosciolem "kobieta" aby w razie zagrozenia mogl jej bronic.

Ostatni punkt tripu to Salar, gdzie mamy w planie zobaczyc stada flamingow oraz wyczekiwac na zachod slonca nad Laguna Chaxa. Niestety mamy malego pecha. W lagunie drepta sobie jedynie kilkanascie flamingow. Jak sie okazuje wieksza ilosc mozna obserwowac nad ranem. Sam Salar to wielka polac skamienialej soli, ciagnaca sie 100 km wzdluz i 60 wszerz. To wielkie solnisko polozone jest w niecce pomiedzy otaczajacymi je wulkanami. W Chile znajduje sie 150 czynnych wulkanow co daje jednoczesnie 10% wszystkich aktywnych wulkanow swiata. Na duza liczbe widocznych z salaru wulkanow mozna sie wspinac (Pablo jest przewodnikiem w takich wspinach). Jeden z najbardziej czynnych wulkanow Chile rowniez znajduje sie nad Salarem. Lascar to wulkan, ktory wybucha praktycznie rok do roku. Jeden z wiekszych wybuchow mial miejsce w 2000 roku.
Zachod slonca konczy popoludniowy objazd i pierwszy aktywny dzien w San Pedro.

Na drugi dzien pozostala nam do zobaczenia Valle de la Luna czyli Dolina Ksiezycowa. Przedpoludnie spedzamy blakajac sie po miescie. Odwiedzamy wizytowke San Pedro - widoczny, na praktycznie kazdej widokowce i zdjeciu kosciol. Przedzieramy sie przez ciasne uliczki pelne straganow z rekodzielem. Popoludniem ruszamy z naszym wczorajszym przewodnikiem. Wszystko wskazywalo na udany wypad w piaski i skaly Atacamy. Wyjezdzamy na punkt widokowy ponad Dolina Ksiezycowa. W dole widac "slone gory", czyli szczyty przykryte cienka warstwa soli. Na chwile zjezdzamy do kanionu w ktorym widac kilka slonych szczytow. Wszystko wyglada jakby przysypane cukrem pudrem. Otaczajace nas nawisy skalne trzaskaly nam nad glowami. Podczas opadow woda wdziera sie w szczeliny powodujac obrywy ogromnych glazow. Na szczescie nam na lby nic nie spadlo ;)
Przedzierajac sie przez kolejne pustkowie dotarlismy do Doliny Smierci. Idac wzdluz wawozu dociera sie do punktu widokowego. Dolinka otoczona jest wysokimi szczytami z ktorych mieliby byc zrzucani ludzie chorzy i opetani. To jedna z historii majacych nadac nazwe ogladanej Dolinie.
Kolejny punkt to skaly stojace zaraz przy drodze - zwane Trzy Maryje. Na pierwszy rzut oka ciezko wyobrazic sobie trzy kobiety. Pablo zaczyna jednak nakreslac nam, czego mamy szukac. I dziala... Jedna z kobiet modli sie z uniesionymi rekoma, druga wznosi ku niebu swoje dziecko. Trzecia natomiast lezy z twarza w skale, poniewaz jeden z turystow chcial uchwycic zdjecie perfekcyjne. Ta lezaca juz Maryja ma przedstawiac matke ukladajaca swoje dziecko do kolyski (ktorej znalezc nie moglem).
Na zachod slonca pedzimy w okolice idealnej Diuny Mayor. Rewelacyjnie usypala sie pomiedzy dwoma wzgorzami. My na nasz punkt widokowy wybieramy jeden ze szczytow. Okolice diuny nie zaplonely spodziewana przez nas czerwienia. Obserwujemy szczyty gor otaczajacych doline oraz rewelacyjnie zmieniajace barwe chmury.
Tak wiec 3 kluczowe punkty okolic San Pedro zobaczylismy i teraz szykujemy sie na kolejny trip. Tym razem beda to Salary i laguny boliwijskie.

Rapa Nui - wyspa przyjaznych ludzi

Oponki zaskwiczaly. Witaj Rapa Nui. 285 lat po pierwszych Europejczykach, teraz my bedziemy zachwycac sie pieknem wyspy w czasie Wielkanocy. Traktor ciagnie schodki dla pasazerow by ci pospiesznie skierowali sie w strone tubylcow czekajacych juz ze swymi ofertkami. Przed wylotem wszyscy ostrzegali nas jak droga jest to wyspa. Fakt, moze i bilet lotniczy nie nalezal do najtanszych, ale ten rajski skrawek Ziemi nie nadwyrezyl naszego budzetu. A byla ku temu nie jedna okazja.
Na lotnisku miejscowi z kwiatami dla "wybrancow". Jedna kobita nie daje nam spokoju ze swym campingiem zarzekajac sie, iz na plazy Anakena jak i w pozostalych miejscach wyspy nie mozna rozbijac namiotu. Jedynie w Hanga Roa a najlepiej u niej. My kilkakrotnie dziekujemy by przekonac sie na wlasnej skorze jak dziala tutejszy camping. Poki co rezygnujemy tez z wynajmu auta, gdyz na cala wyspe mamy tydzien wiec spokojnie powinnismy sie z nia uporac...z buta.

Nie zdarzylismy dobrze wyjsc z lotniska a tu miejscowy ni z tego ni z owego wskazuje na swego rozklekotanego pick-upa. Zaniemoglo mu biedactwo, wiec my z checia pomozemy. Plecaki na pake, pchniecie grata i jedziemy w strone "centrum". Taki stop nam sie podoba, dajac nadzieje ze dalej moze byc tylko lepiej.

W pierwszy dzien zaliczamy Moai zachodniego wybrzeza. Pierwsze kamienne ludki ukazuja nam sie juz przy porcie w Hanga Roa, by zaraz za cmentarzem zobaczyc ich gromadke stojaca na Ahu. Kamienne stwory z powazna mina spogladaja w strone wyspy. Jeden stojacy z boku okazuje sie byc wyjatkowym ze wzgledu na biale oczy swiecace sie na sloncu. Slonko milo przygrzewa, plecaczek troche ciazy a wkolo biegaja dzikie koniki. Po 2 godzinach dochodzimy do Moai A- Kivi. Jest to siodemka blizniakow spogladajacych w strone morza - jedyne moai na wyspe skierowane w przeciwna strone. Po chwili zadumy kierujemy sie w strone highwaýu Rapa Nui, biegnacego z Hanga Roa w strone Anakeny. Droga bita sciezka, gdzie mijaja nas kolejne koniki. W koncu jestesmy na "glownej" i dlugo nie czekajac siedzimy na pace pick-upa. Okazuje sie ze tu ze stopem jest jeszcze lepiej niz na stalym ladzie. Ludzie ustepuja miejsca w kabinie, badz po prostu daja pake by podrzucic do celu turyste.

Anakena - rajska plaza. Wbija sie w lad bialym piaskiem, wkolo palmy i pasace sie koniki. Zielen wzgorza, turkus oceanu a na dodatek siodemka Moai Ahu Nau Nau. Niektore w czerwonych czapach inne bez glowy czy jedynie mogace pochwalic sie kadlubem ciala. Slonce powoli opada, my bierzemy pierwsza kapiel w slonym Pacyfiku by za chwilke wbic sie na camping, ktorego podobno mialo tu nie byc. Nie jestesmy sami. Miejscowa Angel i Tote towarzysza nam przy ognisku. Po kolacji leje sie winko a Tote przygrywa skoczne rytmy na gitarce, przyspiewujac w jezyku Rapa Nui. Piekniej byc nie moglo.

Drugi dzien na wyspie wita nas sloncem. Zaliczamy kolejne posagi. Na pierwszy rzut idzie Te pito kura, najwiekszy z Moai wykuty ze skal wulkanu Rano Raraku. Ponad 80 ton kamienia i 10 metrow wzrostu. Dzis wacha juz jednak kwiatki, gdyz przewrocilo mu sie i zaryl nosem w ziemie. Obok niego kamien Te Pito o Te Henua. Idealnie owalny kamien, ktory wedlug wierzen miejscowych jest pepkiem swiata. Tak nazywala sie rowniez wyspa przed przybyciem pierwszych Europejczykow w 1722r - jestesmy w centrum swiata.

Dalsza trasa z plecakami w pelnym sloncu troche zniecheca, choc wulkan Rano Raraku coraz blizej. Dochodzimy do najwiekszego zgromadzenia Moaich - Tangariki. Pietnastka kamiennych posagow, za nimi mila zatoczka i chatka. Kierujemy sie do domku aby napelnic zapasy wody a mila rodzinka zaskakuje nas swa goscinnoscia. Smaczna rybka, mleczko z zielonym bananem, kolba kukurydzy i kilka bananow. Wszystko za mily usmiech i chwile pogawedki - jestesmy pozytywnie zastrzeleni otwartoscia nieznajomych. Zostawiamy bagaze i wedrujemy na krater Rano Raraku. Scizka wije sie przy kolejnych glowach Moai. Jest ich tu ogromna liczba . Z zeznan Tote wynika iz na calej wyspie jest ponad 400 kamiennych posagow. Niektore z nich jeszcze nie skonczone zlewaja sie ze skala. Z gory krateru roztacza sie piekny widok na jeziorko w jego wnetrzu i okolice wyspy.

Kolejna nocka na Anakenie przy spiewach Cogoyo i podziwianiu gwiazd. Rankiem 3 dnia dowiadujemy sie od Tote iz ksiezyc przyniesie niepogode na kolejne kilka dni. Z poczatku nie chce nam sie wierzyc, jednak po pieknym poczatku dnia na rajskiej Ovahe Beach, ciemne chmury zaczynaja gromadzic sie nad naszymi glowami. Opuszczamy mily camping by wrocic tu w niedzielny wieczor.
Ze stopem nie ma problemow i po kilku minutach ladujemy w ogrodku proboszcza tutejszej parafii. Ksiezulko przjmuje nas bez problemow, jako wyslannikow kosciola Krakowskiego na swieta Wielkiej Nocy. Wielki Czwartek jednak niczym nas nie zaskakuje.

Wielki Piatek rowniez wita deszczem. Po przebimbaniu polowy dnia wbijamy sie na droge krzyzowa wokol kosciola a wieczorem na obrzed Meki Panskiej. Dzis juz wiecej ludzi w kosciele i mimo powagi dnia nie czuc tu jednak smutku. Spiewy rozgrzewaja czlowieka w srodku by na zakonczenie mszy przejsc procesja na pobliski cmentarz z krzyzem.

Tote mial racje- trzy dni deszczu. Pogoda zlitowala sie jednak przed poludniem, dzieki czemu moglismy w sloncu nacieszyc oko kraterem Orongo. Blekit oceanu zlewal sie z blekitem nieba a krawedz krateru przecinala zielenia kolejna widokowkowa fotke. Ruiny wioski Orongo okazaly sie byc slaba kopia Hobbitonu. W dodatku wejsciowka z bilecikiem za 10$ wiec postanowilismy rozegrac to sluzbowo. Mily straznik sam zaproponowal - Jesli sie spodoba placicie. No wlasnie, czemu mialoby sie podobac. Krotko spuentowalismy ...so, so i z 20$ w kieszeni opuscilismy ruiny wioski.
Dzis rezurekcje w Hanga Roa. Ksiadz przybrany w piekny lancuch z zoltych kwiatow, gitary, harmonie i piekny spiew miejscowych. kosciol peka w szwach a wspolnote mozna odczuc juz przy pierwszych nutach tutejszych melodii. Coz tu duzo mowic - miejscowi potrafia sie wspolnie cieszyc.

W niedziele po uroczystej mszy wszyscy kieruja sie w strone chatki rodziny IKA. W poludnie ma byc "wyzerka". My kroczac z wolna zastanawiamy sie tylko jak bedzie ona wygladac. Za zakretem bitej drogi ksztaltuje sie kolejka. Za kolejka buda z lada, na ktorej w kisciach spoczywaja zielone bananki a za buda istny zywiol. Mlodzi taczkami wywoza liscie bananowcow, wykorzystane wczesniej do duszenia slodkich ziemniakow Kuma. Zjawia sie proboszcz by poswiecic zarelko i mozna zaczynac cudowne rozmnozenie. Jedna rodzina przygotowala jedzonko dla calej wyspy i turystow. Dla nas jest to nie do pomyslenia, gdyz ludzi zgromadzilo sie tu setkami i kazdy odchodzi od lady z pelnymi miskami badz siatkami, by za moment zasiasc w cieniu i wspolnie oddac sie uciesze jedzenie. Cierpliwie czekamy na swoja kolej. Slodkie ziemniaczki, zielone Platano, ciasto z dyni - Poe i do tego spory kawalek mieska wolowego - Kiko. Zasiadamy pod palma wraz z nasza znajoma z Anakeny - Angela. Jest smacznie i co najlepsze jedzonka zostaje jeszcze na wieczor.
A ten spedzamy znow na Anakenie. Z dojazdem jak zwykle nie bylo najmniejszego problemu. Hacer dedo dziala tutaj bez zarzutu. Kapiel w solance, ognisko i kilka litrow winka daje w piora. Tote czestuje nas slodka czekoladka rodem z Anakeny i tak mija milutki wieczor przy spiewach i smiechu.

W poniedzialek ostatnia kapiel, tym razem na Ovahe Beach. Smingus w falach Pacyfiku - czemu nie. Dzionek leci z wolna i wieczorkiem wbijamy sie do potomkow Polakow. Blizniacy Genskowscy bez cienia mowienia zapraszaja nas pod jedna z palm w ich ogrodzie, by tam przekimac ostatnia nocke na rajskiej wyspie. Juan & Patricio potwierdzaja iz wyspa pelna jest otwartych i przyjaznych ludzi. Z rana ugoscili nas przy sniadanku, pokazujac zdjecia rodzinki i papiery dziadka Polaka.

Bylo milo...ale my musimy leciec dalej. Zakupy, pozegnanie z Angela, ktora wrecza nam piekne lancuchy z tutejszych muszelek i zasiadamu na pokladzie boeinga Lan Chile.

MAURURU Rapa Nui - urzeklas nas swym pieknem.

Santiago - miasto artystow

Santiago przywitalo nas upalem.. i zatloczonymi ulicami. Przypomnialo sie Buenos i jego zakorkowane centrum. Az chcialoby sie opuscic stolice tego samego dnia.
Nie rezygnujemy jednak tak szybko i postanowilismy poznac Santiago lepiej. Na nocleg wybralismy hostel w okolicach parku Forestal (za drogo jak na warunki w nim panujace).
Wybralismy sie na miasto zobaczyc co centrum ma do zaoferowania. Okolice Plaza de Armas niczym nie przypominaly porannego widoku. Takie Santiago juz mi sie podoba. Plaza de Armas jest otoczony palmami. Pod wielka "altana" mnostwo stolow do gry w szaszki (wszystkie zajete). Na ulicach komicy, klauni, ojciec z synkiem wygrywaja mocne rytmy na bebnach przywiazanych do plecow i talerzach uderzanych w siebie za pomoca sznurka uwiazanego do nogi. Komiczny wyglad ale efekt interesujacy. Obok glownej katedy Santiago, w ktorej w 1987 roku modlil sie papiez Jan Pawel II kolejne przedstawienie. Tym razem gosc kredami maluje twarz Jezusa... na chodniku.
Katedra w stylu kolonialnym idealnie wlewa sie w sciane placu. Wewnatrz bardzo obszerna, z wieloma bocznymi kapliczkami.
Na Plaza de Armas i w bocznych uliczkach nie brakuje ulicznch sprzedawcow oraz pucybutow. W poszukiwaniu transportu do Vina del Mar dotarlismy az do stacji kolejowej. Jak sie okazuje stacja kolejowa istniala tutaj 30 lat temu. Teraz budynek stacyjny to wystawa ciuchow.
Na dobranoc degustujemy chilijskie winko.

Kolejny dzien w stolicy Chile.
Jeszcze raz odwiedzamy Plaza de Armas. Wciaz jest pelen zycia - widocznie dzien w dzien wyglada to tak samo :).
Idziemy na wzgorze sw.Lucji. Po placu jest to drugie warte odwiedzenia miejsce w Santiago. Duzo zieleni, fontanna z Neptunem, mnostwo alejek rojacych sie od zakochanych par. Ze szczytu wzgorza roztacza sie panorama na miasto. Nie wyglada to najlepiej. Santiago utopione jest w smogu, ktory przeszkadza w zobaczeniu gor, ktore otaczaja miasto ze wszystkich stron.
Ze wzgorza idziemy na plaza Italia. Miasto otoczone jest zielenia niczym krakowskie stare miasto plantami. Tutaj jest to jednak gruby pas zieleni, wypelniony alejkami, laweczkami, fontannami i dziwnymi dzielami sztuki.
Jestesmy w Chile wiec kolejny wieczor spedzamy przy dobry choc tanim winie.

Dzis niedziela palmowa. Na msze idziemy do Katedry na Plaza de Armas. Spodziewalem sie wiekszego rozmachu jesli chodzi o procesje. Ta nawet nei wyszla z kosciola. Tutejsze palmy niczym nie przypominaja naszych kolorowych. Sa to jedynie krzyze przybrane liscmi palmowymi.
Jest to kolejny dzien, w ktorym nigdzie nam sie nie spieszy (zebysmy tylko sie nie przyzwyczaili).
Wieczorem wychodzimy do parku Forestal. To co tam zobaczylismy przeroslo nasze oczekiwania. Spodziewalismy sie jedynie koncertu a zobaczylismy cale artystyczne zycie maista. Na scenie zaczely pogrywac reaggowe zespoly. To, co dzialo sie na scenie bylo jedynie tlem do calego przedstawienia. Na alejkach rozlozyli sie mieszkancy (w duzej przewadze studenci) ze swoimi "rzeczami" na sprzedaz (ubrania i mnostwo badziewia). Przed scena natomiast ogromna liczba osob, dla ktorych publicznosc nie istniala. Oni zdecydowanie przyszli tutaj wylacznie na kolejny trening. Kazdy z nich mial swoja wymarzona sztuczke. Zonglerzy: pileczkami, palkami (w pojedynke, w duecie a czasem i w trio), kapeluszem. Znalazlo sie takze miejsce dla akrobatow, ktorzy co chwila wymyslali nowe figury i ani troche nie przejmowali sie niepowodzeniami. Tak wiec cyrkowcy zajeli centrum przed scena, ktora caly czas odzywala sie rytmami reagge. Na obrzezach tego placu slychac bylo glosne bebnienie. Jak sie okazalo byla to grupa 12 osob z bebnami, 2 osoby z trabkami i jedna osoba, siedzaca posrod kola utworzonego przez bebniarzy, wybijajaca rytm na metalowej rurze. Ta grupa muzykow pobila wszystkich na glowe. Wielki uporzadkowany chaos. Kazdy z grajacych wybija swoj rytm, a calosc sklada sie w niesamowita muzyke. Na zakonczenie tego przedstawienia posrodku grajacych pojawia sie "zmartwychwstaly Bob Marley" tanczacy w rytm tam-tamow.
Na chwile pozostawiamy bebniarzy bo w tle pojawia sie nowa muzyka. Dochodzi z kolejnego okregu ludzi, ktorzy w tym kole probuja swoich umiejetnosci w tancu-walce: capoeirze. Wygrywana muzyka - mantra - na tamburynkach i lukach towarzyszy walczacej parze. Nie do konca perfekcyjne ruchy, ale i tak powalajace. Ciosy walczacych mijaja glowe przeciwnika doslownie o milimetry. Tylko kilka razy zdarza sie ze ktos uderza partnera.
Santiago po raz kolejny raz pokazalo swoja wielkosc nad innymi wielkimi miastami, ktore zdazylismy odweidzic na naszej trasie.

Ostatni dzien w Santiago przed naszym lotem na Wyspy Wielkanocne.
Odwiedzamy wzgorze Cristobal. Najwiekszy park miejski Ameryki Poludniowej. Polgodzinny marsz i czlowiek znajduje sie w prawdziwej oazie spokoju. Tutaj, na tym wzgorzu papiez odprawil swoja msze, podczas swojej pielgrzymki do Chile. Z glosnikow snuje sie "barka", a my po raz kolejny mozemy obserwaowac miasto z gory.
Wzgorze Cristobal to kolejny punkt miasta wart zobaczenia. Mnostwo zieleni, dzieki ktorej nie odczuwa sie ogromu miasta oraz smogu wiszacego nad stolica.

Jutro lot na Rapa Nui.

...czlowiek musi sobie czasem polatac

Jutro z samego ranca opuszczamy na chwile Santiago, o ktorym opowiadac moznaby godzinami. Skrot tego co zdarzylo sie w stolicy Chile zalaczymy zaraz po powrocie z Wyspy Wielkanocnej. Teraz cali podekscytowani czekamy na jutrzejszy lot. Wielkanoc na Wielkanocnej - brzmi niezle. Ciekawe czy maja tam pisanki i ostry chrzanik. O tym dowiemy sie juz niebawem.

Rodzince, znajomym i wszystkim, ktorzy zawitali na nasza stronke WESOLEGO ALLELUJA!!!

Hacer dedo - Chilijski stop jak z platka

Z rana na dobre pozostawiamy Argentyne za soba. Przygraniczne tereny poczawszy od Bariloche zachwycaja. Kraina jezior, zielen i przepiekne hacjendy. Formalnosci graniczne - Chile ostro przestrzega swych regol- zadnych produktow pochodzenia zwierzecego przy wjezdzie do tego kraju i bilbordy z usmiechnietymi owieczkami i krowami a na nich haslo - ¨Estamos listos¨, znaczy - jestesmy czyste i tego sie trzymajmy. Dojezdzajac do Osorno ukazuja nam sie w oddali dwa stozki wulkaniczne. Jeden z czapa sniegu drugi siegajacy blisko 3 tys m. z ostrym szpicem.

Jestesmy w Chile. Tydzien do wylotu na Wyspe Wielkanocna i blisko 920 km do Santiago, ktore MUSIMY pokonac stopem. Prosto z dworca w Osorno pakujemy sie do ¨podmiejskiego¨ i za kilka chwil ladujemy w San Pablo. Wiocha jak sie patrzy wiec wedrujemy na droge. Panamericana ciagnaca sie od wyspy Chiloe az po Alaske bedzie nasza towarzyszka przez kolejnych kilka dni. Autostop czas zaczac. Stoimy, czekamy i ...mialo to dzialac lepiej anizeli w Argentynie a poki co wielkie nic. Zatrzymuje sie jeden tirolot lecz tylko na przekaske za nim druga fura w tym samym celu. Parking sobie urzadzili na poboczu w miejscu gdzie deczko beda nas przyslaniac. Zagaduje kolesia z mniejszej furki i w koncu ruszamy pierwsze km stopem na polnoc. Szkoda, ze tylko kilka km, lecz po milej gadce i wymianie pamiatek - chilijska flaga za zdjecie naszego¨papito¨- koles obiecuje powiadomic zajomego, ktory jeszcze dzis ma jechac w strone Temuco. Znow kilka minut czekania i wypatrywania znajomka, co mial zabrac dwoch takich zmierzajacych w strone Santiago. Miast niego zatrzymuje sie busik, jadacy po szychcie w strone polnocna wiec korzystamy z kolejnych kilkunastu km. Lecz to kropla w morzu potrzeb. My potrzebujemy przemieszczac sie setki km do przodu.

Slonce zaczyna opadac. Zbliza sie 7 i zaraz bedzie szarowka. Idziemy z wolna juz troche zniecheceni co nuz wyciagajac palec. Dupa go nie zlapiesz -wali Jacek gdy odwrocony w przeciwna strone wymachuje palcem kroczac...na polnoc. I nagle staje koles z paka. Jakis wlochaty kolo niego tylko sie usmiecha. On zlapal okazje chwile przed nami, wiec nam przypada paka z jakimis drewnianymi belami sterczacymi w strone nieba. Jacek oparty o kabine, ja poskladany miedzy deskami. Bedzie ciekawie i wietrznie, lecz ponad 200 km az do Temuco - wiec nie odrzucamy takiej propozycji. Szarowka przechodzi w nocke z pieknym ksiezycem i paleta gwiazd nad glowami. Pedzimy dobrze ponad setke a wiaterek chlodzi troche nogi. Po niespelna 2 godzinach jestesmy w Temuco. Wlochaty okazuje sie byc miejscowym zmierzajacym do Valparaiso. On postanawia jeszcze lapac stopa po ciemku a my zadawalamy sie zrobionymi 250 km na stopa i w przydroznym lasku rozbijamy namiocik i skladamy troche przewiane ciala do snu.

Po zdrowej kimce odwiedzamy wioche by zarzucic cosik na ruszta. Sklepik jest tu zgromadzeniem kierowcow busikow, ktorzy rozwoza miejscowych po pobliskich ¨pueblach¨. Zakupy, sniadanko, scena kot atakuje gromadke psow chcacych odebrac mu wieczko z naszego jogurtu i wracamy na szose nr 5. Dlugo nie czekajac Jacek lapie rozklekotana deczko bude. Mily pan leci 70 km na polnoc do Victorii wiec zabieramy sie z nim. Koles opowiada o okolicach i zaskakuje nas swym cwaniactwem omijajac terminal na Panamericanie, gdzie przyszloby mu zaplacic kilkaset peso za przejazd. Mijanka szutrowa droga i jestesmy przy stacji benzynowej nieopodal Victorii.

Kilkanascie minut czekania i 2-0 dla Jacka. Tirolot przed momentem odstawil miejscowe dziewczyny by zabrac nas kolejne 30 km na polnoc. Ladujemy na gorce i wyczekujemy kolejnego ochotnika. Lapanka na zmiane nie przynosi rezultatu przez kolejna godzine. Podjezdza tir, znow scena z miejscowymi panienkami, dla nas jasne jest ze zwolnily one miejsca wlasnie nam. Koles spoglada jednak na nas i przeczaco kiwa glowa. No gdybysmy byli dlugonogimi blondynkami zapewne polecielibysmy dalej. Jednak kilka minut pozniej strzelam bramke kontaktowa w naszej wyliczance - komu uda sie zlapac stopa. Ostry hamulec kierowcy wiodacej chilijskiej kompani paliwowej Copec. ¨Tengo sueńo¨ powtarza nasz szofer co znaczy nic wiecej, ze spada mu oko i zabral nas na poklad na kolejne 100 km w strone Santiago by nie usnac za kolkiem. Jak dla nas kazdy powod jest dobry, byle zblizac sie do stolicy. On leci w strone Conception wiec po godzinie wyskakujemy 56 km przed Chillen. Okazuje sie ze miescinka ta oprocz wulkanu o tej samej nazwie posiada rowniez zrodla termalne. Chwile zastanawiamy sie nad odbiciem w tamtym kierunku, jednak nasze rozmyslania wracaja w strone Santiago - jak najszybciej do stolicy.

Nie myslelismy jednak, ze az tak szybko pojdzie. Nie zdarzylem sklecic kilku zdan pamietnika siedzac na poboczu Panamericany gdy obok mnie zatrzymuje sie Toyota a Jacek tylko sie dziwi - ¨pan sie zatrzymal, a ty pamietnik sobie piszesz-wskakujemy¨. Koles okazal sie byc mistrzem kierownicy. Sepleniac probuje wyciagnac z nas standardowe informacje. Skad, dokad a po co i czy ¨entiendes castellano¨. A ja zrozumialbym wiecej gdyby wyplul swa przezuta gume i przeszedl sie do logopedy w czasach mlodosci. Wskazowka licznika nie schodzi ponizej 130 km/h, kolejne autka pozostaja za nami a oko zaczyna spadac.

W lekkim deszczu wyskakujemy w pueblo Leviante z nastawieniem by znalezc jakas bude z zarelkiem. I zaczyna sie maly problem. Niby sa restauracje ale jakies takie mroczne i bez dan o ktorych marzymy. Czemu sie w koncu dziwic co wiocha to wiocha. Nasze gastrofazy koncza sie na podlej bulce z cieplym mieskiem i avocado. Wracamy na droge gdy dzionek zbliza sie ku koncowi. Do Santiago jeszcze 316 km wiec skupiamy sie na obczajaniu pobocza w poszukiwaniu miejsca na nocleg wedrujac z wyciagnietym paluchem. Hacer dedo poszlo dzis calkiem niezle - podsumowujemy juz drugi dzien stopa, gdy przed nami zatrzymuje sie tirolot. Wyglada nam na to, ze cosik biedactwo zaniemoglo, jednak spytac nigdy nie zaszkodzi. ¨Gdzie jedziecie - byle na polnoc - to wskakujcie¨. Mauricio jedzie do Santiago, tyle ze dzis nocuje jeszcze w San Fernandez. Jak dla nas bomba. Skimamy w drodze a jutro z rana zawitamy do stolicy.

Takiego stopa moglismy sobie tylko wymarzyc na zakonczenie dnia. Mauricio z cierpliwoscia slucha mojego lamanego hiszpanskiego, choc gadka idzie nam calkiem niezle. To troche o Polsce i Chile, historii, dziewczynach i lingwistycznych frazesach. Kilometry spokojnie pokonywane lekka 90-tka a do Santiago coraz blizej. Z glosnika delektujemy sie Santana by za chwil kilka miec niezly ubaw przy klimatach prosto ze slonecznej Argentyny - Amar Azul. Muzyczka ¨cubia¨ bedzie grac nam jeszcze przez kilka nastepnych dni w glowach. Harmonia, pianinko i niekonczaca sie opowiesc o milosci, tancu, zabawie, rozczarowaniu i przebaczeniu...esta chica mi amore...W kabinie wesolo. Dobijamy do San Fernandez gdzie przyszlo nam skimac sie w naczepie tirolota. Troche twardo, troche chlodno mija noc by z rana pokonac ostatnie kilometry do Santiago.

Dablju - czyli Torres del Paine sluzbowo

Zbliza sie 10 de la manana 15 marca. Docieramy do bram parku Torres del Paine. Pani "strazniczka" oznajmia: "po lewej stronie kasa, prosze przygotowac 30$". Ja spogladam na Jacka , on na mnie. Wiemy jak to rozegrac po radzie jednego z backpack´ersow z Ushuaia - sluzbowo.
Przy kasie kociol, bramki nie ma tu zadnej. Zabieramy wiec nasze plecaki i w droge, po ktorej co noz mijaja nas pelne busiki z dziwnie spogladajacymi na nas turystami. Spoko, luz. Was dogonimy na szlaku, a kaska zostala w kieszeni.
Torres ukazal juz swe wieze z okien autokaru. Chwila na pamiatkowa fotke -lustro w jednym z turkusowych jeziorek i w droge. Do szlaku dochodzimy niezbyt trudna droga, spogladajac co raz czy zza krzakow nie wyskoczy "gajowy" by sprawdzic nasze tickety, ktorych niestety nie posiadamy. Po kilku godzinach pieknej wedrowki z widokami zapierajacymi dech w piersiach, z plecaczkami lekko obrywajacymi ramiona dochodzimy do campingu. Stad juz tylko 45 min. do wiez Torres del Paine, wiec rozbijamy swoj domek i wedrujemy po wielkich schodach skalnych pod jeziorko i trzy wieze, co zachwyca kazdego. Trzy skalne zeby gryzace niebo. W swej szarej barwie swieca jednak troche zachodzacym sloncem. A u dolu turkus jeziora, zamieniajacy sie czasem w "mleko". Medytujemy kilkadziesiat dobrych minut zachwycajac sie widokiem, a na rano planujemy juz wczesny wypad tym samym podejsciem na wschod slonca.
...na planach sie jednak skonczylo. Pobudka o 5.30- jak dla nas jeszcze za ciemno i " przeciez nic nie bedzie widac". Podnosimy sie wiec kilka minut po 6, wychodze podlac pobliskie krzaczki, spogladajac w niebo. Na nim bure chmury, jednak od wschodu niebo plonie. Z drugiej strony zas widze jak Torres Centarl swieci czerwienia. No to dalismy z lekka po dupie. Szybka gonitwa naczczo na szczyt. Nie o taki widok nam jednak chodzilo. Jacek puentuje - "pod Adobe mozna zrobic wszystko". lecz to juz nie to samo. Trudno. Dzis wieze Torres przy burych chmurach cale w szarosci a przed nami 20 km wedrowki, wiec opuszczamy pierwszy camping i udajemy sie w strone "Camp Italiano"
Sciezka z poczatku urozmaicona. To gole wzgorza w kolorach zgnito - zoltych, gdzieniegdzie gromadka koni. Jakbym spogladal na krajobrazy rodem z Mongolii. W oddali zas osniezone szczyty gor. W koncu pojawia sie turkusowo- mleczna laguna, by ciagnac sie kilka kilometrow wzdluz szlaku. Z poczatku zachwyca ona swa barwa, z czasem jednak czlowiek chcialby zawiesic oko na czyms innym. Pojawia sie lekka monotonia szlaku, ktora wraz z glodem sa jedynymi minusami naszej wedrowki.
...po spokojnej nocy przychodzi trzeci dzien w parku. Z rana blotnisty szlak daje sie we znaki a celem naszej wedrowki jest dzisiaj lodowiec. Po kilku godzinach wedrowki na jeziorze mozna dostrzec bryly lodu swiecace swym blekitem. Jednak one w porownaniu z wielkim lodem, ktory dane nam jest podziwiac za kilka chwil sa jakby kropla w morzu. Wychodzimy na wzgorze by podziwiac Glaciar Grey i po raz pierwszy daje sie nam we znaki patagonski wiatr. Lodowiec robi ogromne wrazenie. Dlugi i szeroki na kilka kilometrow a z czola blekit nie do opisania. To trzeba po prostu widziec: drobne z oddali zabki lodowe, z bliska musza powalac swa wielkoscia, ale o tym przekonamy sie w El Calafate za kilka dni podziwiajac Glaciar Moreno. Kilka pamiatkowych fotek i zmykamy na platny tym razem camping by zaoszczedzic sil przed jutrzejszym powrotem z parku. Przy gwiezdzistym niebie obrocilismy troszke Gato Negro i herbatke z voltem wraz z rodakami, towarzyszacymi nam na szlaku.
Deszczowa noc przyniosla rownie kiepski dzien. Lecz w droge czas. Deszcz sieka niemilosiernie, dajac wraz z wiatrem do zrozumienia, ze wciaz jestesmy w chlodnej Patagonii. Dzis szlak jest powtorzeniem wczorajszego marszu, tyle ze przy kiepskiej pogodzie, co tym bardziej zniecheca do stawiania kolejnego kroku. Docieramy w koncu do ostatniego campingu na trasie. A tam blaszana wiata z miejscem na dwa namioty. Tyle nam trzeba. Para z Gdanska - Tomek z Beata rozbijaja sie pierwsi a my tuz za nimi. Lekkie pichcenie chinszczyzny i do spania. Jutro tylko dwie godzinki przez falujaca zlotem trawe i Torres del Paine mamy odhaczony.
Roznorodnosc parku zachwycila i nas. Wieze Torres, turkus lagun, blekit lodowca, zloto falujacej trawy, biel osniezonych szczytow. Taki pozostanie w mej pamieci. Torres del Paine, sluzbowo czy tez nie - naprawde warto!!!

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.americatour.prv.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;