Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Boliwia
Autor: Jacek Juras   
Zobacz też:
Titikaka - pierwsze starcie

Z La Paz zlapalismy busa do Copacabany, malej miesciny polozonej nad brzegami najwyzej polozonego, zeglowego jeziora swiata - Titikaka (3800 m.n.p.m.) Miescina z gora widokowa, dwoma ruchliwymi uliczkami, mnostwem sklepow z pamiatkami i katedra. Ta odwiedzamy jako pierwsza. Biale mury katedry zamykaja w sobie obszerny plac przed ktorym codziennie ustawia sie kolejka samochodow. Jak sie okazuje w Copacabanie mozna poswiecic swoj samochod kazdego dnia. Tak wiec przyzdobione auta ustawiaja sie przed bramami aby w huku petard zostac poblogoslawionym.
Przy katedrze znajduje sie rowniez kaplica Matki Boskiej Gromniczej, ktora jest obecnie patronka boliwii. Sciany kaplicy blyszcza od wosku swiec ustawianych w kazdym zakatku. Przed wejsciem kazdy moze kupic wlasna swiece i zapalic ja przed wizerunkiem Matki Bozej.

Skoro jestesmy nad zeglowym jeziorem grzechem byloby nie skorzystac z tej okazji i nie pobujac sie na delikatnych falach Titikaki.
Obieramy kierunek - idziemy do wioski Yampupata i tam sprobujemy wynajac dwoosobowa lodke zeby powioslowac na wyspe slonca. Mijamy kilka mniejszych wiosek, ludzi pracujacych w polu, innych maszerujacych do miasta - wszyscy w tradycyjnych kolorowych strojach. Na drogach spotykamy pasace sie osiolki oraz kwiczace swinie, gryzace wszystko co wpadnie w ich usmiechniete ryjki. Po 3 godzinach marszu bita droga wzdluz brzegow jeziora docieramy do pierwszych chatek Yampupaty. Juz tutaj mozemy wynajac lodke. Niestety nie mozemy poplynac sami. Lodki sa wlasnoscia tutejszych ludzi tak wiec musimy miec kompana, ktory spokojnie wroci sobie do domu swoja lodka. Trafiamy na sympatycznego 75 - letniego Nickolasa, ktory po oproznieniu lodki z wody zaprasza nas na poklad. Okazuje sie, ze Nickolas to prawdziwy skarb na pokladzie, nie dosc ze opowiada nam o swoim zyciu i widocznych z wody terenach to plywanie taka lajba ma w jednym palcu. My probujemy swoich sil, ale mocno ciosane wiosla nie siedza nam dobrze w dloni ;) Wspolnymi silami (w przewadze silami Nickolasa) przeprawiamy sie w 2 godzinki na poludnie wyspy.

Zaczynamy nasz spacer po Isla del Sol. Zaraz przy przystani znajduja sie male ruiny Piko Kaina. Tutaj ostaly sie jedynie sciany kilku budynkow. Cale ruiny wbite w zbocze nie prezentuja sie nadzwyczajnie. Obralismy wiec nasz dzisiejszy cel - wioska Challapampa. Spokojnie przemierzamy pierwsze kilometry. Przechodzimy ciasnymi uliczkami wiosek, po ktorych co raz przebiega stado owieczek lub osiolkow pedzonych przez dzieci, czy kobiety w kolorowych strojach. Dzieciaki maja takze inne ciekawe zajecia. Jak prawdziwi modele pozuja do zdjec za slodycze lub drobne boliwiany.

Na wyspie nie ma ulic, sa jedynie szlaki poprowadzone tak, aby kazdy mogl dojsc do najwazniejszych miejsc wyspy. Miejscowi rewelacyjnie znaja skroty poprowadzone przez gory, tak wiec nieraz wyprzedzona na szlaku osoba pojawia sie z nienacka przed nami. Po zachodzie slonca docieramy do portu w Challapampa. Wioska wyglada rewelacyjnie. Jedna uliczka - grupki dzieci witajacych nas przy wejsciu do wioski oraz mnostwo oslow i swin pasacych sie gdzie popadnie.

Kolejnego dnia ruszamy zobaczyc najwieksze ruiny na wyspie. Zanim jednak docieramy do celu zatrzymujemy sie przy oltarzu - Mesa de Sacrificio. Jest to plac zaraz przy glownym szlaku, otoczony z dwoch stron niskim inkaskim murkiem. Na srodku placu znajduje sie oltarz z ustawionymi dookola szesciokatnymi kamieniami.

Zaraz za tym ceremonialnym miejscem umieszczone sa wlasciwe ruiny. Sa pieknie wcisniete we wzgorze, zaraz nad jedna z wielu zatok wyspy. Ruiny te sa najwieksze, a jednoczesnie najlepiej zachowane na Isla del Sol. Rozlegle, zawieraja w sobie inkaskie terasy uprawne. W ruinach znajdujemy naturalna studnie. Rowniez jest dzielem inkow. Niesamowite jak na wysokosc blisko 50 metrow inkowie mogli dostarczac wode. System ten musial sprawdzac sie rewelacyjnie skoro studnia nadal dziala.
Po kilkunastominotowym spacerze niskimi bramami i ciasnymi pomieszczeniami podchodzimy szlakiem prowadzacym na gore wyrastajaca po prawej stronie ruin, aby zobaczyc dokladnie ich wbicie w strome zbocze.

Wracamy na poludnie wyspy - tym razem wybierajac szlak prowadzacy szczytem gor przecinajacych wyspe. Mijamy jeszcze kilka ruin aby po 3 godzinach dotrzec pod Fuente del Inca (Schody inkow) i portu z ktorego opuszczamy te czarujaca wyspe.

Z glowa w chmurach - La Paz

Jestesmy w La Paz - najwyzej polozonej stolicy globu (3650m.n.p.m.) Miasto utopione jest w niecce. Wokol widac szczyty osniezonych gor, na ktore mozna wykupic kilkudniowy trip. Samo La Paz to miasto wielkiego ruchu. Cale zycie odbywa sie na ulicach miasta. W przeciwienstwie do Potosi tutaj istnieje cos takiego jak sygnalizacja swietlna. Ale to nic - kierowcy ciagle wyznaja zasade "Kto pierwszy ten lepszy". W centrum ruchem dowodza policjanci uzbrojeni po zeby, jakby spodziewali sie najgorszego. Ruch uliczny w La Paz pomimo wielkiego chaosu jest piekny. Autobusy rodem z Gwatemali (chicken busy) pedza ulicami, zatrzymuja sie gdzie popadnie aby zabrac kolejnych klientow. To samo tyczy sie mniejszych busikow kursujacych po miescie. Gdy tylko zblizaja sie do swiatel zwalniaja, aby gosc (nawolywacz) uchylil drzwii i zaczal drzec sie wymieniajac miejsca docelowe na trasie przejazdu swojego busa.

Nasza wizyta w La Paz to odwiedzenie kilku waznych placy miasta oraz kramow i marketow. Te ostanie dodaja kolorytu stolicy. Stoiska "ze wszystkim i z niczym" mozna spotkac praktycznie na kazdej ulicy. Ubrane w tradycyjne stroje babcie siedza na ulicach miasta i sprzedaja wszystko - a przynajmniej probuja sprzedac: od kwiatkow (pewnie swiezo zerwanych jeszcze tego ranka), przez soczki robione na poczekaniu az do stoisk mocno wypelnionych art. spozywczymi. Praktycznie kazda z kobiecin swoj towar przynosi w tobolku na swoich plecach. Dane nam bylo sprobowac swoich sil jesli chodzi o dzwigniecie takiego "tobolka". Jedna z kobiet poprosila o pomoc w przetransportowaniu 3 zawiniatek do autobusu. To bylo cos. Kazdy z workow to waga w granicach 50 kilo. Pelen podziw.
Tak wiec La Paz pomimo krotkiego, jednodniowego pobytu przypadlo nam do gustu. Stolica podobnie jak mniejsze miesciny jest pelna zycia i kolorytu.
Teraz czas na kolejne naj... tym razem bedzie to wielka woda jeziora Titikaka.

Potosi - w miescie gornikow

Po meczacym 6-godzinnym przejezdzie ladujemy w srodku nocy w najwyzej polozonym miescie swiata - Potosi(4070m). Przejazd jak dotad najbardziej dajacy sie w skore, a dokladniej w nogi. Jedziesz z lekko zgietymi konczynami w kolanach, a te wpijaja sie w oparcie i plecy siedzacego przed toba "szczesciarza". Ciezko sie ruszyc by zmienic pozycje. Na to po prostu nie ma MIEJSCA. Chwilowy postoj jest zbawienny. O snie mozna tylko pomarzyc. Tak o trzeciej witamy Potosi, by za moment wyladowac w hostelu Koala i zlozyc zmeczone cialo w cieplym lozeczku.

Dzien zaczynamy gdy slonce juz w zenicie. Potrzebowalismy jednak snu jak nigdy. Miasto od razu przypada nam do gustu. Kolorowe stroje kobiet i zdziwione twarze dzieciakow opatulonych w koce, wiszace na plecach Boliwianek. Ulice pelne straganow, za ktorymi wlasciciele chca opchnac cieple jedzonko, swiezy soczek badz przerozne reczne wyroby.

Na targu ruch jak w ulu. Kobiety przysypiaja za kolorowymi owocami, badz tula sie do workow z ziemniakami. Co bardziej spragniony maluch spokojnie ssie mleczko z piersi mamusi, gdy ta nie przejmujac sie niczym sennym wzrokiem spoglada na otaczajacy ja swiat.
Takie zycie chcielismy ogladac.

Miasteczko pelne jest rowniez budynkow, katedr i kamienic pamietajacych czasy kolonialne. Jednak najwazniejsza katedra mieszczaca sie przy ruchliwym Plaza 10 de Noviembre zamknieta za blaszanym plotem. Nie udaje nam sie rowniez dostac do pieknie wygladajacego kosciolka San Lorenzo, jednak zycie uliczne w pelni rekompensuje nam roznosci sztuki sakralnej swiatyn. Wieczorkiem wbijamy sie ni z tego, ni z owego na festiwal muzyki - Potosi. Jest kolorowo, wesolo i tanecznie. A wszystko za friko - coz wiecej chciec.

Drugi dzien to wycieczka do kopalni srebra, mieszczacej sie we wnetrzu Cerro Rico. Jej nazwa - wzgorze bogactw - w pelni oddaje znaczenie jakie pelni ona w Potosi. Od polowy XVI w. stanowila ona podstawe zycia tutejszej ludnosci. Dzis funkcjonuje tu ponad 150 kopaln, w ktorych ponad 50 tys. gornikow dzien w dzien wydowbywa tony srebra i cynku.

My podobnie jak dziesiatki przybylych tu Gringos udajemy sie na 6 godzinny tour po jednej z kopalni. Nasz przewodnik Pedro zaczynal prace pod ziemia majac zaledwie 10 lat, choc jak sam twierdzi nie jest on bynajmniej rekordzista. Najmlodsi gornicy maja bowiem po 8 lat a niektorzy z nich pracuja pod ziemia przez pol wieku. Co zaskakuje nas najbardziej to fakt, iz po tyluletnim stazu gornik moze nie otrzymac zadnych swiadczen od panstwa jesli nie przepracuje kilku lat jako lider grupy. Gornicy podzieleni sa tu bowiem na grupki eksplorujace kolejne polacia zloz. Szczesciaz ten kto zalapie sie do grupy dysponujacej maszynami, gdyz wowczas nie musi dzwigac on 50 kg ciezarow w gore i w dol przez kolejne godziny...dni...lata...

Tour zaczynamy od targu, gdzie gornicy przed zejsciem pod ziemie codziennie zaopatruja sie w koke, napoje i dynamit. Rowniez i my kupujemy prezenty i po krotkim "terrorystycznym" wykladzie o wysadzaniu udajemy sie pod ziemie.

Juz pierwsze minuty daja sie nam we znaki. W gardle kurz, w nosie pyl. Korytarz z poczatku dosc szeroki zamienia sie w waski tunel. Dzieki bogu mamy kaski, gdyz nie raz zachaczylem o niski strop. Tak wiec nie pozostalo nic innego jak z pozycji stojacej upasc na kolana i wedrowac tak kilkanascie nastepnych metrow. Pomyslec, ze gornicy tu pracujacy korzystaja z tej samej "sciezki zdrowia" dzwigajac jeszcze na plecach 50kg worek z...no wlasnie - najlepiej byloby dla niego, gdyby miescilo sie tam tyle samo kg srebra badz cynku. Nie jest to jednak takie proste. Z kazdej wyciagnietej na zewnatrz tony 200 kg stanowia zloza cynk a zaledwie 50 kg to srebro w nieczystej postaci.

Nasza wedrowka przez trzy kolejne poziomy kopalni nabiera rumiencow. Spotykamy pierwszych gornikow, ktorzy w pocie i pyle, zujac kolejne liscie koki przezucaja kolejne tony gruzu. Tak przez 8-10 godzin bez przerw na jedzenie. Jedynie koka zabija glod i dodaje sil do dalszej pracy. Rowniez i my wpychamy kolejne liscie koki i przezuwamy ja by dodac sobie sil w dalszej podziemnej wedrowce. Korytarzykiem po waskim torowisku. Pedro krzyczy ze zbliza sie kolejny wagonik. Wiec uskok w bok i znow na kleczkach dochodzimy do kolejnego poziomu. Tu zorganizowana grupa, ktorej lider zainwestowal w wieksze wagoniki przetacza kolejne tony, wypelnia 250 kg kosze, ktore za chwile ujrza swiatlo dzienne. Tak w ciagu dnia grupa liczaca do 60 osob wydobywa dziennie 60 ton gruzu, liczac na to ze procent srebra i cynku w nim zawarty bedzie jak najwiekszy.

Rowniez i my mamy szanse obrocic kilka razy lopatami. Lapie za styl i szybkim ruchem napelniam wraz z jednym gornikiem skorzano-gumowy kosz. Nie trwa to nawet minuty. Kurz w gardle i krople potu na czole. Odstawiam lopate i z podziwem a zarazem politowaniem spogladam na mlode twarze gornikow. Tak jak ich dziadkowie wieki temu, tak teraz i oni musieli wybrac ten zawod. 90 na stu z nich twierdzi, ze nie mialo innego wyboru. Gornikami z zamilowania jest zaledwie 4 procent tej spolecznosci.
Nasza podziemna wedrowka dobiega konca. Wychodzac na swiatlo dzienne mrozymy oczy. Bylismy tam zaledwie 3 godziny. Nie moge wyobrazic sobie co widzi gornik pracujacy pod ziemia kilka dni bez przerw na swiatlo dzienne.

Na zewnatrz Pedro uczy nas sztuki wysadzania. Montujemy wlasnorecznie dynamit, lepiac zielona gliceryne niczym slaska klusie. Kolejny etap to wtopienie lontu z zapalnikiem w zielona mase i polaczenie calosci z rozowymi kuleczkami przesiaknietymi benzyna. Podpalenie lontu. Wszyscy kurczowo sciskaja swe kamery a nasi przewodnicy w biegu montuja dynamity na otwartej przestrzeni. Nie mija kilkadziesiat sekund i pierwsze bombki wyrzucaja w powietrze tumany kurzu. Powtarza sie to kilkakrotnie i tym samym konczymy nasza przygode z gornikami srebra z Potosi.

Popoludniowy spacerek po miescie to powtorka z wczorajszych wrazen. Ulice pelne kramow, kolorowych kobiet z dziecmi i pieknie wzniesione katedry z czasow kolonialnych. My ladujemy na wiezy jednej z nich by przez chwile nacieszyc oko widokiem z gory. Nad miastem goruje pomaranczowo-szare wzorze Cerro Rico a w centrum - uliczny gwar.
Nocnym busem przeskakujemy do stolicy La Paz. Tym razem dobrze nam juz znany autobus Semi - Cama, wiec ze snem nie bylo problemu...

Bienvenido en Bolivia - Laguny i Salar Uyuni

Jestesmy w Boliwi. Po przekroczeniu granicy na wysokosci ponad 4 tys m. wypiciu pierwszej herbatki koka suniemy Toyota z napedem na 4 kola z czworka pozostalych mlodych Europejczykow. Nasz kierowca Daniel sunie bita droga nie baczac na wystajace gdzieniegdzie kamienie. W oddali szczyty wulkanow, ktore jeszcze wczoraj podziwalismy z Chilijskiej strony. Pojawia sie pierwsza laguna. Laguna Blanca a za nia Laguna Verde. Nie powalaja nas one jednak swa kolorystyka. Moze to wina wiszacych nad nami burych chmur. Kilka fotek i lecimy dalej.

Klimat ksiezycowy. Na choryzoncie rysuja sie szczyty 6 tysiecznikow a przed nami pustka...wielkie NIC. Piach, kamyki i pedzace fury z turystami na pokladzie. Dojezdzamy do punktu widokowego Roca de Dely. Widok na kilka kamiennych form oddalonych,wydawaloby sie blisko nas. Daniel rozwiewa jednak szybko nasze watpliwosci. W przejrzystym powietrzu i na takim pustkowiu ciezko oszacowac odleglosc. Okazuje sie iz formy skalne oddalone sa bagatela 8 km. A wydawaly sie byc tak blisko.
Podczas pierwszego dnia wyprawy ladujemy w baseniku goracych zrodel. Jest bosko. Milusia woda o temperaturze bliskiej 30 stopni, w dali osniezone szczyty i strumyki wkolo. Czas jednak na kolejna atrakcje. Wulkan Sol de Manana na wysokosci ponad 4800m gotuje lawe, ktora podziwiac mozna spacerujac miedzy dziurami w podlozu. W nozdrzach czuc dziwny zapach zgnitych jajek. To wszelakie gazy unoszace sie niedaleko oraz wysokosc powoduja dziwne uczucie. Daniel czestuje nas lisciami koki, ktore rzujac maja niwelowac glod i sprawic, iz wysokosc nie bedzie tak bardzo odczuwalna. Poki co nie widze zadnej roznicy.Glowa zaczyna pulsowac a oddech coraz pytszy. Moze kolejne porcje koki sprawia ze poczujemy sie lepiej na wysokosci. To zobaczy sie w dalszej trasie.
Ostatnim punktem pierwszego dnia jest najladniejsza jak dotad Laguna Colorado. Czerwony jej kolor wywolany drobnymi stworkami, Artemia - pozywienie dla flamingow - pieknie prezentuje sie w dole. Raj dla przyrodnikow. Rozowo-czerwone flemingi setkami spaceruja delikatnie po cienkiej tafli wody, jak gdyby tanczyly wylawiajac kolejne zyjatka z czerwonej laguny. A przy brzegu dziesiatki lam pasa sie spokojnie nie baczac na turystow pstrykajacych im kolejne fotki. Pierwszy dzien w Boliwi dobiega konca. Nocka w prymitywnym hostelu i rano kierujemy sie w strone kolejnych lagun i najwiekszej atrakcji Salaru Uyuni.

Drugi dzien to zaliczanie kolejnych oczek wodnych pieknie wkomponowanych w wysokie szczyty wulkaniczne. Im dalej tym piekniej sie one prezentuja pelniac funkcje luster dla otaczajacych gorek. Kolejna kolonia flemingow, stado lam i latwo ploszacych sie wikuni. Dzis sporo trasy do pokonania przed nami. Slonce przypieka w kabinie a Daniel nie baczac na nic przyciska gaz organizujac sobie zawody z pozostalymi kierowcami. W pewnym momencie sciana kurzu pojawia sie przed i za nami. Zjezdzamy na pobocze by dostrzec, iz przednie kolo nadaje sie do wymiany. Zgubilismy po drodze czesc felgi i opona strzelila z boku. Daniel sprawuje sie calkiem niezle, jest troche ubawu. Zamienna oponka, lekko zjechana laduje na osce i lecimy dalej. Po drodze spotykamy jeszcze dwoch pechowcow. Jednemu siadla bateria wiec urzyczamy swojej mocy, drugi natomiast ma ten sam problem co my kilka godzin temu - kolo do wymiany. Po drodze zaliczamy jeszcze fikusne kamienie rozrzucone na pustkowiu - Arbol de Piedra oraz mirador na jeden z wulkanow. Lecz nie on jeden zapiera dech w piersiach. Wkolo osniezone, badz przykryte roznokolorowymi mineralami szczyty wulkanow. Podziwiamy je rozkoszujac sie obiadkiem przygotowanym przez Daniela. Kolejne godziny to ostrozny juz przejazd w strone Atulcha. Tam przyszlo nam spedzic spokojna i ciepla noc w solnym hotelu. Jest milo i pieknie. Sciany, stoly i krzesla wykonene z blokow solnych a pod nogami skrzypia drobne krysztalki tego mineralu. Sol czuc i w gardle - to znak ze kilka kilometrow od nas czai sie najwiekszy z solnisk - Saler Uyuni. Kolacja dostarcza nowych doswiadczen kulinarnych. Lamie mieso - Chuletas oraz drobne, przypominajacy ryz ziarenka Kinoa. Do tego wino Tinto i jestesmy gotowi do spanka.Pokoik przytulny. Solne scianki, biale ziarenka na ziemi i cieple lozeczko. Jutro w strone solnej pustyni.

Wczesna pobudka i kolo 6.30 podziwiamy wschod slonca nad Salarem Uyuni. Biel po horyzont. Grubosc pokrywy solnej ponad 10 m. Jest...inaczej i pieknie. Slonce przebija linie bieli wznoszac sie nad solna pustynia. Czas na sesje zdjeciowa. Glupawka wlacza sie kazdemu, dzieki czemu fotki wychodza przednie. Na solarze znajduje sie kilka wysepek. My zaliczamy jedna z nich Inkahuasi. Co znaczy nic wiecej jak dom Inki. Wyspa pelna jest kaktusow sterczacych w strone nieba. Takich ogromow jeszcze nie widzialem. Co roku sa one wieksze jedynie o 1 cm, tak wiec niejednen z nich moze pochwalic sie niezlym wiekiem.

Kolejne kilometry przynosza widok kopczykow solnych i ludzi zmudnie przezucajacych lopatami kolejne kilogramy bialego surowca na pake ciezarowki. Mijamy kolejny solny hotelik, pelniacy jednak teraz funkcje sklepiku i muzeum, gdyz niedozwolone jest nocowanie na salarze. Opuszczamy wielka biel by zatrzymac sie na chwilke w miescince, gdzie tutejsi zyja z turystow. I my sprawiamy sobie tani gifcik i podziwiamy urode tutejszych kobiet i dzieci.

Po poludniu dojezdzamy do Uyuni by zaliczyc na koniec wyprawy cmentarzysko lokomotyw i wagonow transportujacych lata temu borax, sol i saletre z terenow dzisiejszego Chile az do Uyuni.Szybko zegnamy sie z brudna miescina i nocnym busem udejemy sie do Potosi.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.americatour.prv.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;