Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Peru
Autor: Jacek Juras   
Zobacz też:
Witaj Peru

Od tego sie zaczelo. Machu Picchu, Inkowie, zielone terasy na andyjskich szczytach. Peru obudzilo w nas chec odwiedzenia kontynentu Ameryki poludniowej jakis czas temu. Dzis przekraczamy granice panstwa, gdzie przyjdzie nam spedzic kolejny miesiac wyprawy. Jednak nim bedziemy napawac sie pieknem zielonych grani, inkaskich ruin i blekitem Titikaki, Peru przywita nas...sterczacymi drutami zbrojeniowymi Puno.
Miasto z ktorego wszyscy udaja sie na "eksploracje" wysepek Titikaki powalilo nas swym wstretem. Jedynie Plaza de Armes wraz z katedra wygladaja w miare schludnie. Spacer na wzgorze ze spogladajacym na tafle jeziora Manco Capakiem odslania brud ulic i nieporzadek architektoniczny miasta. Szybko wiec konczymy zwiedzanie na kolejnych zakupach i przystrojeni w nowe ciuszki wyczekujemy zeglugi na wyspy.

Wyspy Titikaki

Na metalowo-glinianej kuchni dwa żeliwne czajniki i okopcomy garnczek. W środku trzaskaja drobne galazki pochloniete zarem ogniska. Przed nim Teresa - 53 letnia staruszka- matka rodziny sciska mala owieczke, karmiac ja mlekiem z butelki. Ta zabladzona OBEHA, odrzucona przez wlasna rodzicielke znalazla swych zywicieli wlasnie tutaj, gdzie nikomu si enie przelewa, gdzie kazdy okruch chleba czy kawalek warzywka traktowany jest jak skarb. Po kuchni- salonie biega malutki Toni z naciagnieta ciasno na glowke czapeczka z alapaki. To dziubnie troche ryzu z maminej miski, to czule przytuli sie do dziadka Estebana - naszego gospodarza.
Ogien rozswietla zaledwie trzecia czesc okopconego pomieszczenia. Tak wraz z cala rodzinka delektujemy sie posilkiem. Tradycyjna Sopa de Mais z utartej wczesniej starannie przez Stefana maczki, ryz z ziemniakami i mamy dosc. Toc to przeciez kolacja, ktora w calosci przypomina obiad zjedzony zaledwie kilka godzin temu.

Jesteśmy na wyspie Amantani. Jedna z licznych wysepek jeziora Titikaka zamieszkana przez potomkow ludu Keczua. Ten jezyk wciaz jest dla nich pierwszym, choc nie jedynym, gdyz bez trudu mozna porozumiec sie z mieszkancami w jezyku hiszpanskim. Wysepka podzielona jest na 9 komun-wiosek, w których żyje blisko 3 tys ludzi. Ich liczna reprezentacja przywitala nas juz na brzegu jeziora gdy San Juan (nasza lajba) dotarla do wyspy. Wybrane rodziny ugoscily kolejna grupe żądnych wrazen turystow. Nam przypadla rodzina Estebana. 54-letni dziadzius zaprowadzil nas na wzgorze i ugoscil w pokoiku. Ojciec 7 dzieci zyje wraz z zona Teresa, czworka potomkow i wnuczkiem Tonim w dwoch domkach z glinianej cegly. Centrum gospodarstwa wydaje sie byc kuchnia. W tym pomieszczeniu kobiety spedzaja wiekszosc czasu dogladajac ognia i przygotowywanych potraw. W miedzyczasie przeda alpake, z ktorej przyjdzie im przygotowac szale, czapki i inne czesci garderoby dla rodzinki i turystow.

Zasiedlismy i my w kuchni- salonie w oczekiwaniu na obiadek. Zupa ze znanego nam juz z Salaru Uyuni Kinoa a na drugie same proteiny i tresciwe zarelko. Ziemniaki, kolba kukrydzy oraz Oka w smaku przypominajaca wlasnie kukurydze. Po tak sytym obiadku udajemy sie na PAchatate. W deszczu, pod gorke az po ruiny gdzie dawniej ludnosc kultury preinkaskiej a teraz ich potomkowie skladaja w darze plody rolne i ciesza sie urodzajem, proszac o kolejne dobre lata. Ruiny nie powalily nas swym pieknem a w dodatku mozna podziwiac je zaledwie zza desek bramy, gdyz ta otwierana jest zaledwie raz do roku w styczniu podczas uroczystej fiesty.

Powrot do naszej rodzinki, zabawa z Tonim w ciemnej kuchni w oczekiwaniu na kolacje. Ten posilek przygotowuje jedna z corek Stefana co nuz spogladajac w strone synka. Ogien pochlania kolejne galazki i suche liscie rzucajac pomaranczowa poswiate na zadumana twarz 23-latki. Ja zastanawiam sie widzac jej mlodszych braci, czy rowniaz oni dozyja swej starosci na Amantani. Czy nie swita im mysl wyrwania sie do lepszego zycia? Tylko czy dla nich lepsze zycie to ruchliwe ulice miasta, samochod czy po prostu pelny brzuch, szczescei rodziny i tradycja. Nie potrafilismy odpowiedziec sobie na to pytanie...

Toni wyladowal przy piersi mamusi, grzejac sie tym samym wraz z nia przy ogniu. Po sytej kolacji czas na balety. W sali przypominajacej ta z remizy strazackiej tlum turystow poprzebieranych w pancza z czapeczkami na glowach. Kobiety w bialych koszulach z pieknie wyhaftowanymi kwiatami. Grupka mlodych chlopcow rozgrzewa towarzystwo tradycyjnymi rytmami. Jest mala gitarka, fujarki i beben. Do tego Cuzqena - pierwszy browar w Peru gasi pragnienie po kolejnym "dretwym" tancu z miejscowymi dziewczynami. Zabawa przednia choc trwala tylko 2 godzinki. Wracamy do domku po stromej uliczce swiecac oczami i latarka, ktora pozostawil nam Stefan. Piekny dzien na Amantani.

...zanim jednak zawitalismy na Amantani, niedaleko od Puno zatrzymalismy sie przy wyspach Uros. Slynne na calym swiecie wysepki z trzciny totora to dobry interes dla tutejszych w czasach wzmozonego ruchu turystycznego. Na Titikaka znajduje sie obecnie ponad 30 wysepek totora. Kazda z nich zamieszkuje od 4-8 rodzin trudniacych sie rybołówstwem i przygotowywaniem pamiatek dla turystow. Te bowiem wykladane sa codziennie na kolorowe koce i stoliki gdy kolejna lodka wypelnion apo brzegi turystami dobije do brzegu. Jednak nie pamiatki sa w tym miejscu najciekawsze, lecz sposob wykonania wysp. Wpierw trzeba spoic ze soba kilkanascie m2 plywajacych korzeni z jeziora i warstwami ukladac trzcine totora. Co 2 miesiace kolejna warstwa trzciny musi zostac zlozona by wysepka nie ugrzezla w jeziorze.

My odwiedzilismy dwie z wysepek nierozniace sie wiele od siebie. Te same pamiatki, to samo wykonanie wyspy. Miejscowi maja tu szkole, swoich liderow wybieranych co 4-5 lat.
Z Uros w pamieci pozostanie szczerbata babunia przygotowujaca maczke oraz ojciec Francisco oprawiajacy rybki dla zony i dzieci , ktore zaraz wroca ze szkoly. Zegluga miedzy wyspami na lodce z totora po wczesniejszym sprobowaniu miekkiej czesci tej trzciny i mozna rzec iz Uros mamy zaliczone.

Drugi dzien na wypach Titikaki to poznawanie tradycji Taquile Island. Roznokolorowe czapeczki z alpaki noszone przez mezczyzn w zaleznosci od stanu cywilnego, tradycyjne potrawy i mezczyzni szydelkujacy niezgorzej anizeli plec piekna. Przed slubem kobiety czeka mozolne przygotowywanie pasa dla swojego wybranca. Praca ta pochlania kobiety pol roku, jednak efekt jest piorunujacy. Na pasie takim znalezc mozna tradycyjne motywy; ptaki, alpaki, lamy i wzory z czasow preinkaskich.
Turystyczne pol dnia na Taquile to czas na napelnienie kies tutejszych mieszkancow. Obiad w wytypowanej przez agencje restauracji, jakis prezent czy "propina" za zdjecie. Oprocz bram wykonanych z kamienia i kolorowych strojow miejscowych nie ma na czym zawiesic oka.
Wracamy do Puno przy zachmurzonym niebie raz jeszcze mijajacplywajace wyspy Uros.

Pierwszy Inkaski przystanek - Titikaka odhaczony. Wieczorem czas do Arequipy.

Arequipa - biale miasto z tortem

Arequipa - biale miasto mogace pochwalic sie spora iloscia kosciolkow z kapitalnie wygladajaca katedra na czele. Plaza de Armes pelna golebi i karmiacych je dzieciakow. Na srodku fontanna a dookola arkady z balkonikami tutejszych restauracji. Po odhaczeniu centrum udajemy sie do ...muzeum. Jest to dopiero pierwsze muzeum na naszej trasie, ktore postanowilismy odwiedzic, gdyz wyznajemy zasade- "chcesz poznac miasto omijaj muzea." Zycie toczy sie na ulicy, placu czy gwarnym dworcu. Tu jednak nie moglismy odpuscic.
Muzeum "Juanita" - to swiadectwo na to, iz inkascy wodzowie skladali w ofierze bogom nastoletnie dzieci w chwilach klesk urodzaju badz po erupcji wulkanow. Juanita to odnaleziona na zboczach wulkanu Ampato 12-14 letnia dziewczynka. Nie jest ona jednak pierwsza odnaleziona przez archeologow ofiara inkaskich obrzedow. Juz w 1905 roku w okolicach Santiago znaleziono mumie mlodego dziecka, a po dzis dzien takich znalezisk jest juz 18. Wraz z dziecmi skladano male figorki lam badz alpak z kruszczu oraz starannie wykonana ceramike. Naukowcy po dociekaniach doszli do wniosku iz dzieci prowadzone byly w procesji na szczyt wulkanu. Po obrzedach i napojeniu sie chicha otrzymywaly RAZ w glowe kamiennym narzedziem i w pozycji siedzacej, opatulone w kolorowe koce z alpaki skladane byly w grobowcu. Nam nie dane bylo ujrzec mumi Juanity(prace laboratoryjne) lecz odnaleziona w okolicach Sarite. W chlodni - mumia dziewczynki, przyodziana w lod, aby zachowac swiadectwo dla kolejnych pokolen.

Pierwsze muzeum nie zawiodlo. Inkowie nie dali nam o sobie zapomniec i w Arequipie. Po Juanicie odwiedzilismy miasto za murami - klasztor sw. Katarzyny. Kiedys zamieszkane przez zakon, otwarty dla ludzi w 1970 po prawie 350 latach odciecia od swiata. Kilka kolorowych placykow, sakralne malowidla, domki z kapliczkami i prosta kuchnia...niezle sie urzadzily siostrzyczki.

Po klasztorze czas na drobne pamiatki i ...torta. Polecany przez parke Polakow z wedrowki w Patagonii - Tomka & Beate, zjedzony przez nas - czekoladowy torcik. Dobre to bylo.

Colca - spacerek po kanionie

Z rana udajemy si edo Cobanaconde w celu zaliczenia najglebszego(?) kanionu swiata - Colca. Tyle czy wciaz zajmuje on pierwsze miejsce w tej kategorii. W niedalekim sasiedztwie uwarzany przez niektorych za naj kanion Cotohuasi. My poki co nie wnikamy. Busem z Arequipy przez Chivay. W 6 godzin z pelnym pecherzem, bez przystanku i z wesolym towarzystwem studentow jezyka Quechua docieramy do Cobanaconde.

Po zrzuceniu niepotrzebnego balastu udajemy sie w strone oazy - Sangalle. Strome sciany kanionu, zielen granii i Colca szemrajaca w dole. Po trzech godzinach zygzakow jestesmy w Paradise. Ladujemy w bambusowej chatce i po kapieli w jednym z basenikow idziemy w kimke.

Z rana oczekiwanie na umowione muly. A czemu nie przejechac sie na tych zwierzaczkach w kanionie. Cena jednak nie ta jakiej sie spodziewalismy wiec spokojnie zarzucamy plecaczki i w strone wiosek Malata i Cosnirhua. Wioski zapomniane przez Boga. Porzucone domy w rozsypce, 40-stu starszych mieszkancow, gdyz mlode pokolenie wybylo juz stad do "lepszego swiata". Babcia przewraca z jednej na druga strone rame drewnianych drzwi z zardzewiala w srodku siatka. "Robi swoje" - puentuje Jacek. Bez pospiechu i stresu - jednak czy w szczesciu?
Mijaja kolejne godziny wedrowki i przechodzimy przez ostatnia juz wioske na szlaku - San Juan. Zagladam do szkoly, a tam w lawach 3 starsze kobiety. Po chwili wyskakuje mloda dziewczynka, gdy na pobliskim boisku bronie kolejne karniaki Jacka. Ostatni etap kanionu Colca to sciana z zygzakowata sciezka. Roznica wysokosci - ponad 1200m. Spokojnym krokiem wypatrujac szybujacych gdzies wysoko kondorow mijamy kolejne kaktusy, agawy i strome podejscia. Jeszcze jeden zakret, jeszcze jeden zygzak i zostawiamy za soba piekny Colca Kanion by zawitac ponownie do Cobanaconde.

Pyszny obiadek - kolacja z ulicy za jedyne 3 sole i po niedzielnej mszy wracamy do Arequipy. Ciezka nocka w ciasnym busie, dwie godziny na gwarnym dworcu - PUNO, JULIACA!!! i w strone Cusco.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.americatour.prv.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;