|
|
|
|
|
Relacja z wyprawy - Chiny 2004 |
1. 16 VII Lot Aeroflotem mimo obaw był bardzo przyjemny. Nie warto jeść w podróży własnego jedzenia, bo zarówno w Locie jak i u Rosjan dają go dość. Przesiadka w miarę szybka i przyjemna. Jedyne co dziwne to deklaracje z kłopotliwymi pytaniam, które trzeba wypełniać (wymóg Chińczyków). Z lotniska najlepiej dojechać do hotelu autobusem (nie dać się omamić taksiarzom!). Wychodzimy z terminalu i wsiadamy do autobusu jadącego do miasta - koszt biletu 16Y, a taxa pewnie z 200Y. Autobusy jadą w większości do centrum miasta. Na zewnątrz od strony lotniska stoją duże rozkłady jazdy. Na szczęście nazwy własne są po angielsku więc można się zorientować gdzie co jedzie. Wybieramy się do hotelu, którego namiary znaleźliśmy w Internecie "Beijing Saga" International Youth Hostel. Nie polecamy dormitorium kosztuje 50Y osoba/noc, a warunki łagodnie mówiąc średnie (na szczęście tam się tylko śpi). Dobre w tym hoteliku jest to, że mają nagrywarkę w kompie i można sobie zrzucić zdjęcia z aparatu cyfrowego na płytę. Internet w hotelu kosztuje 4Y za 30 min. Za to na ulicy prowadzącej do hotelu jest kafejka i tam 4Y za 1 godzinę netu. Jak nie musicie to nigdy nie płaćcie z góry za hotel (tracicie waszą główna kartę przetargową). Oczywiście toaleta i prysznice na piętrze oddzielne dla M i F. Dużym plusem dormitoriów jest, że możecie spotkać tam super ludzi i wymienić się z nimi informacjami. Najlepiej jeździć po mieście komunikacją miejską, choć i taksówki nie należą do drogich. Bilet komunikacji miejskiej kosztuje 1 Y (skan) i jest to bilet jednorazowy, ale można na nim jechać jak długo się chce.Przykładowa trasa z dworca kolejowego na plac Tien Nan Men to koszt 1Y. Plac tien nan men.
TIEN to duży plac w środku miasta. Nic szczególnego chyba, że ktoś chce zobaczyć Mao to musi się wybrać tam do mauzoleum. Dużo ludzi puszcza na placu latawce. Ciekawostka: Dzieci do 3 lat mają w śpiochach rozcięcie na kroczu po to, by móc się swobodnie załatwiać w każdym miejscu i o dowolnym czasie (jakieś to mało europejskie). Naciągacze bardzo mili, niezbyt nachalni w porównaniu do Arabów (mamy porównanie z Egiptem). Sposób na dotarcie do wybranego miasta to albo mapa albo przewodnik z tłumaczeniami na język chiński (np. Lonely Planet lub Pascal). Pokazujesz dowolnej spotkanej osobie nazwę po chińsku, a ona ci pokazuje nr autobusu i kierunek (naprawdę działa - sprawdzone wielokrotnie).
Zakazane Miasto ZAKAZANE MIASTO można połączyć ze zwiedzaniem Tien. Jak ktoś odrobinę lubi historię to jest to miejsce absolutnie dla niego. Cena biletu 60 Y (skan), co pozwala wchodzić prawie wszędzie (oni strasznie zdzierają za wejście do każdego obiektu). My zwiedzamy ZM bez mapy - fajowo- po niedługim czasie zgubiliśmy się, bo takie to ogromne, ale właśnie to jest ten orient. Jest to ogromny kompleks pałacowo - świątynny z centralnie położoną drogą smoka, po której można było chodzić tylko cesarzowi. Mnóstwo turystów - jak wszędzie w Państwie Środka. Spędziliśmy tam kilka ładnych godzin chodząc, oglądając i odpoczywając sobie kiedy i jak chcieliśmy. Niestety kompleks jest zamykany około godziny 17.00. Tego dnia kupiliśmy też bilet kolejowy do Datongu. Zupełnie przypadkiem dowiedzieliśmy się, że pociąg nie odjeżdża z dworca centralnego (tam gdzie kupowaliśmy bilet), ale z zupełnie innego dworca - Zachodniego. Potwierdzili to Polacy, których spotkaliśmy później. Wszędzie spotykamy i poznajemy nowych ludzi. Językiem międzynarodowym jest angielski i wszyscy obcokrajowcy tam mówią właśnie tym językiem. II. 17 VIII to Pałac Letni. Rano pobudka i wyjście o 9.00. Autobusem nr 24 (1Y) dojeżdżamy do Dworca Centralnego. Tam łapiemy zgodnie z naszym "netowym" przewodnikiem autobus nr 808 (5Y bilet). Przystanek znajduje się nie po stronie dworca, tylko po drugiej. Czeka nas około 2 godzin jazdy do obiektu. Pani konduktor pilnuje żebyśmy nie przejechali przystanku, ale w tym wypadku wysiadamy na przystanku końcowym. Bilet wstępu 50Y (skan)- pozwala wejść prawie wszędzie (oni zawsze mają jakąś niespodziankę dla turysty). Bilet na barkę, która przewozi na wysepkę (bo takie "coś" sobie cesarzowa zbudowała) kosztuje 8Y (skan),albo 6Y w zależności od miejsca wypłynięcia. Kwestia sporna czy warto popłynąć, bo można przejść się brzegiem i wejść na wyspę mostem. My popłynęliśmy barką w jedną stronę, a wróciliśmy przez most (oczywiście bez mapy hi hi) - "błądzenie po terenie, znajdywanie i odkrywanie ciekawych zabytków". Obszar jest ogromny - trzeba poświęcić cały dzień i nadal można czuć niedosyt. Zabytków tam jest mnóstwo, a z drugiej strony to ciekawe, że ci mali Chińczycy budowali wszystko z takim rozmachem. Jest tam super uliczka biegnąca brzegiem kanału z sklepikami. Warto nią pospacerować. Wracamy około 18.00 do naszego hoteliku. Mycie, jedzenie i na miasto w okolicach oraz zakupy owoców na kolację. Poznajemy lepiej współtowarzyszy pokoju (2 Angielki, jedna Australijka - Aborygenka, 2 Azjatów - ogólnie cool. Planowanie następnego dnia i Spanko. The Great Wall - jak to się mówi w Chinach.
III. 18 VIII Wielki Mur. Pobudka o 7.30 ( miała być o 6.00 ale źle nastawiliśmy budzik w komórce, ponieważ nie przestawiliśmy czasu). Pojechaliśmy dokładnie wg opisu, czyli autobusem ze schroniska do Dworca Centralnego (wspominany wcześniej nr 24 - koszt 1 Y). Następnie udajemy się do linii metra nr 3 (3Y), jedziemy do stacji Jishuitan. Tam po wyjściu kierujemy się na lewo (stojąc plecami do stacji, a twarzą do obwodnicy). Po około 500 m docieramy do pagody otoczonej murem skąd odjeżdża autobus do Badaling nr 919, cena biletu 12Y. Po drodze spotykamy sympatyczną rodzinę chińską, która pomaga nam znaleźć przystanek autobusowy ww. linii (jak się później okazało oni też wybierają się na zwiedzanie Muru). Podróż trwa około 1,5 godziny (70km). My, kilku białych i miliony Chińczyków (to najbardziej popularny odcinek Wielkiego Muru w Chinach). Bilet wstępu ma mur i do muzeum 45Y (skan). W muzeum W M jesteśmy dla wycieczki szkolnej większą atrakcją niż eksponaty (i jesteśmy też częściej fotografowani). Po WM idzie się nawet nieźle. Jest dość szeroki - jak mówi Ewa niezły aerobik, tylko przy wieżyczkach robią się ogromne kolejki, bo tam już trzeba iść gęsiego. Po którejś z kolei wieżyczek dajemy sobie spokój i zaczynamy schodzić. Lekki odpoczynek po upale i wysiłku (nawet niezłym), jemy owoce i oglądamy "tandetę", którą sprzedają tam wszędzie. Wracamy tą samą trasą. Wysiadamy z metra pod bramą Tien nan men (wcześniej musimy na jednej z stacji zmienić linie metra z 3 na 1). Stamtąd udajemy się piechotą na dobry spacer (30 min), obchodzimy bokiem Zakazane Miasto i docieramy do ogrodu, który leży naprzeciwko Bramy Północnej. Do ogrodu wstęp 2Y (skan) trochę fajnych roślinek i niezły pocztówkowy widok na Zakazane Miasto, a z drugiej strony na nowoczesny Pekin. Wracamy do hoteliku jakimś nieznanym nam autobusem, po jednej pomyłce (ale nie wzięli od nas kasy za bilety) trafiamy na dobry i jedziemy do Dworca Centralnego. Po drodze drobne zakupy na kolację i do kąpieli. Wieczorkiem na Internet w miasto, ale polskie strony słabo chodzą. Wracając zachodzimy do chińskiej restauracyjki (to jest prawdziwy orient). Jedzenie ostre i tłuste jak diabli. Zapłaciliśmy na dwie osoby za wszystko 22 Y (dobrze, że niewiele, ponieważ 3/4 nie zjedliśmy). Następnym razem postanowiliśmy zjeść najpierw jedzenie z Polski, żeby odciążyć plecaki. Po kolacji idziemy do pokoju i tam poznajemy nowego członka społeczności obcokrajowców - francuskiego Kanadyjczyka. Konwersacja po ang. i spanko. Jutro kurs Datong. IV. 19 VIII Pobudka o 6.30 (udało się z budzikiem). Wyprawa na Dworzec Zachodni autobusem nr 24 do Centralnego, dalej metrem do Military Museum (nazwa stacji metra), a stamtąd autobusem nr 5. Łatwo odnajdujemy poczekalnię i Ewa zajmuje miejsce jakiegoś Chińczyka (okazuje się ze miał on tam swoje bagaże i przezornie zajął sobie dwa miejsca). 30 min przed wpuszczeniem na peron tłum zaczyna gęstnieć przed bramą (z resztą oni tam mają wszędzie bramy). My przechodzimy bramką obok i dajemy bilety do skasowania od tyłu. Tak ominęliśmy jakieś 2 tys. Chińczyków (Polak potrafi). Do pociągu wsiadam przez okno (najpierw bagaże, a potem moja osoba), co dało nam pewność że nasze miejsca są na pewno nasze (bo podobno nie zawsze tak jest - my na razie same pozytywne wrażenia). Pociąg : To nasz pierwszy hard seat. Chińczycy zaczynają podróż od jedzenia (a kto nie ma wykupionego miejsca musi stać). Obserwowanie ich jest ciekawe, zresztą oni też obserwują. Potrafią tyle zjeść, że szok. Mają mnóstwo potraw i napoi w folii - czasem się coś rozleje, ale ogólnie jest ok. Nawiązujemy pierwsze kontakty, oni dziwią się z naszych "Knorów", a my z ich zupek. Nawet ktoś trochę mówi po ang., wiec odrobinę rozmawiamy. Pierwsze godziny są spoko (nikt nie pluje i za bardzo nie śmieci- może się nas krepują). Kończymy podróż i na dworcu łapią nas naganiacze z CITS (chińskie buro podróży). Oferują załatwienie wszystkiego - my korzystamy tylko z pomocy przy załatwieniu hotelu (u nich i w hotelu cena jest ta sama) Prosimy panią w recepcji hotelowej o napisanie nam po chińsku na kartce zdania, że chcemy kupić bilet kolejowy na hard sleep do Pingyao. Z tą kratką udajemy się do kasy i udało się! Pośrednicy biorą prowizje w wysokości 40Y, a bilet kosztował 101Y. Oferują wycieczkę do klasztoru i do grot za 100 Y, my mówimy że damy maksymalnie 50 Y od osoby, czekamy na odpowiedź do jurta rana. Zaszliśmy do przydworcowej knajpki i za posiłek dla 2 osób (coś jak nasze pyzy z mięsem i zupą) zapłaciliśmy 12Y. Przysiada się do nas Kanadyjka i znów szlifowanie języka. W knajpce oczywiście nikt nie mówi w innym języku niż chiński, ale jakoś udało się nam dogadać. Zamówiliśmy też zieloną herbatę 10Y - prawie tyle co posiłek (dziwne są tu te ceny). Po kolacji kupiliśmy po targowaniu się brzoskwinie, a przy okazji zebrał się mały tłum (głównymi aktorami przedstawienia byliśmy oczywiście my). Po zakupach (niestety wody nie znaleźliśmy) idziemy do hotelu spać. Jurto czekają nas na pewno negocjacje i jak się uda to klasztor, bo do grot można się dostać samemu.
V. 20 VIII Datong. Nie warto negocjować cen po przyjeździe (jw.), lepiej pójść do biura CITS o 8.30 rano i podać swoją cenę. Jeżeli nie będą mieli kompletu w minibusie to spuszczą cenę na pewno. My pojechaliśmy za 50Y, a ceną wyjściową było 100Y (chcieli 60Y, ale my się uparliśmy na 50Y-pewnie można było jeszcze mniej ale cóż). Cały bus po 100Y, a Polska za 50Y i 1:0 dla nas. Jaskinie są niesamowite, dużo posągów Buddy i zakaz fotografowania, ale i tak można zrobić zdjęcie, ponieważ prawie nikt nie ściga i nikt tego nie przestrzega. Przewodniczka mówi po angielsku-uczennica College'u ( straszny akcent jak prawie wszyscy Chińczycy, może poza niuelicznymi wyjątkami). Bilety nie są tanie 60Y (skan) - można stracić fortunę jak się chce wszędzie wejść (jednak można dostać 50% zniżki na kartę Euro26). Dalej do wiszącego klasztoru. Super wygląda taki "przyklejony" do ściany, tylko zaczęło padać i wiać (warto wziąć do plecaka coś cieplejszego nigdy nie zaszkodzi) W ofercie CITS, jest do wyboru wersja z lunchem lub bez, my wzięliśmy bez i stołowaliśmy się w tej samej knajpie. Kupiliśmy kurczaka w sosie pomidorowym i tofu za 28Y (i tak sporo), ale wersja z lunchem kosztowała 200Y od osoby!!! Jak się zaczęła brzydka pogoda handlarze błyskawicznie zaczęli oferować foliowe płaszczyki itp. (Ewie kupiliśmy taki za 3Y). Można tez wypożyczyć grube wojskowe płaszcze do osłony przed deszczem i wiatrem. Bilet wstępu do klasztoru 60Y - są zniżki na Euro26 i Ewa płaci 30 Y. Widoki w samym klasztorze super i ogólnie fajna konstrukcja. Po zwiedzaniu wracamy do Datongu - zabieramy bagaże z hotelu i zasuwamy na kolację do "naszej" przydworcowej knajpy (pierogi i warzywka dla Ewki-12Y za 2 osoby). Na dworcu w poczekalni spotykamy dziewczynę z Australii i chłopaka ze Słowacji (znów wymieniamy się doświadczeniami). Pociąg do Pingyao odjeżdża o 20.37. Mamy hardsleep - cos jak nasze kuszetki II klasy tylko bez drzwi w przedziałach. Bardzo kulturalnie i dość szybko wyłączają światło, wiec ludzie idą spać. Konduktor zbiera bilety i wydaje karty pokładowe. Łóżka nie są zbyt duże ale w sumie mogą być (jest nawet czysta pościel). Konduktor budzi nas 20 minut przed stacją w Pingyao (pewnie dzięki tym zebranym biletom) - więc można spać spokojnie, na pewno nie prześpi się stacji. VI. 21 Pingyao. Pobudka i wysiadka o 5.20 na dworcu. Tak jak się spodziewaliśmy natychmiast pojawiają się naganiacze. Wybieramy hotel z naszego "netowego" przewodnika (skan). . Ciemno, wieje i chłodno, naganiacz wiezie nas motorową rikszą na miejsce. Idę zobaczyć warunki, a Ewa zostaje w rikszy z bagażami. Hotel dość ładny, w starym chińskim stylu, ale drogi bo po targowaniu 110Y za pokój i 5Y za dojazd (tu niestety przegraliśmy z Chińczykami zapłaciliśmy jak się później okazało stanowczo za dużo). Idziemy spać. Po przebudzeniu się okazuje się, że nie ma ciepłej wody, a pościel pamięta jeszcze poprzednich gości. Na nagrzanie się wody trzeba było czekać ok. 3 godzin, wiec bierzemy szybki prysznic i lecimy na stare miasto. Chodzimy wąskimi uliczkami (hutongami) z mnóstwem sprzedawców i chińskich turystów. Okazuje się, że od ostatniego roku ceny biletów wstępu poszły w górę, a ponadto jest jeden bilet kompleksowy na wszystkie zabytki (strasznie drogi - 120Y) i nie można kupić biletów na poszczególne atrakcje turystyczne Pingyao. Po drodze znajdujemy supermarket gdzie kupujemy wodę i coś do chrupania. Chcąc odnaleźć muzeum bankowości mamy problem z znalezieniem kogoś kto mówi po angielsku. Ale niespodziewanie spotykamy młodego Chińczyka, który zna trochę ten język. Jego akcent to dla nas ciężka próba, ale tak zaczyna się nasza przygoda z prawdziwymi Chinami - nasz "przewodnik" to Fu Jing Lang. On jest szczęśliwy, że może poćwiczyć angielski, a my korzystamy z jego znajomości miasta. Na targu staroci można spotkać fajne rzeczy (nawet japońskie katany z II wojny światowej). Nowy kolega zaprasza nas do swego "akademika", aby pokazać nam jak mieszka w starym i biednym hutongu, gdzie pewnie nigdy biały człowiek nie zajrzał (tak wniskowaliśmy, na podstawie reakcji dzieci, które nas tam zobaczyły). Jednak cena tego "apartamentu" to 40Y za miesiąc. Potem nasz nowy kolega zabiera nas na lunch. Siedzimy w oddzielnej salce ze stołem na środku, pod którym znajduje się palnik z gazem. Kelnerki stawiają na palniku ogromną, metalową "wazę", która zawiera wodę z przyprawami. Menu jest oczywiście po chińsku. Dostajemy mięso (baraninę i kurczaka), rybne kulki, wodorosty i stos przypraw - Pycha !!!Wszystko wrzucamy do gotującej się wody, a potem wydobywamy pałeczkami ugotowane potrawy. Następnie idziemy na dworzec, gdzie czeka nas przykra niespodzianka, a mianowicie nie ma biletów ani do Xian ani do Luoyangu, możemy kupić jedynie hard seat do Taiyanu (8Y), skąd możemy złapać ewentualne połączenia dalej. Spacerujemy wieczorem po Pingyao i spotykamy znajome angielki. Potem spanko przed jutrzejszą drogą. VII. 22 VIII Taiyuan Pociąg z Pingyao do Taiyuan hard seat ale niestety na stojąco. Podróż trwała około 2 godzin (problemy z przepychaniem się przy wsiadaniu i wysiadaniu). W Taiyuanie okazało się, że nie ma biletów na pociąg do Xian, ani do Luoyangu. Decydujemy się na 11- godzinną podróż hard seat z miejscówką do Zhengzhou (39Y). Fu koniecznie chce abyśmy odwiedzili jego rodziców i zostajemy zaproszeni na oficjalny lunch. Z autobusu zwiedzamy więc Taiyuan (duże nowoczesne miasto). Rodzice Fu mieszkają w ubogiej dzielnicy. Jak się okazuje są bardzo sympatyczni. Przygotowali dla nas wspaniały lunch. Ciekawostką była dla nas Cola podawana w imbryczku na ciepło-dla większości Chińczyków luksusowy napój pity tylko na specjalne okazje. Oglądamy zdjęcia rodzinne i rozmawiamy używając Fu jako tłumacza. Fu odprowadza nas na dworzec i o 20.26 starujemy do Zhengzhou. Tu widzimy te prawdziwe pociągowe życie Chińczyków. Jak do tej pory było ok. to tu dla odmiany palą (mimo zakazu), jedzą całą noc (np. podejrzane świńskie nóżki), unosi się fetorek i ogólnie nie ma warunków do spania. VIII. 23 VIII Zhengzhou. O 7.19 jesteśmy na dworcu. Jesteśmy zmęczeni, nie mamy mapy, a w naszym przedruku z Lonely Planet (Pascal) brak opisu tego miejsca. Po poszukiwaniach znajdujemy hotel turystyczny za 50Y od osoby (można tam trafić idąc prosto z dworca, na pierwszym skrzyżowaniu skręcamy w prawo i na następnym skrzyżowaniu jest to narożny budynek, wejście jak do sklepu). Niestety hotel nie prezentuje się zbyt dobrze, przypomina scenerię z jakiegoś horroru. Przeznaczamy dzień na spanie i próbę załatwienia biletu do Xian (co nie jest takie łatwe ponieważ brak hard sleepów na dziś jutro i pojutrze - jesteśmy załamani znów bierzemy hard seat - jedyne co dobre to to, że są tanie (55Y za osobę). Później kupujemy bilety na poranny bus do Shaolin za 45Y 2 osoby (skan) i idziemy na zakupy (numerówka jest zaniżona - uwaga jak czegoś nie można przymierzyć lepiej wziąść o numer większy). Oczywiście tubylcy oszukują nas na wszystkim, ale taki jest los turysty. Naprzeciwko hotelu znajduje się market z naklejonymi cenami i tam kupujemy napoje i owoce. Obiad także na mieście za 2 osoby 49Y - sporo, bo nie sprawdziliśmy w menu ceny i z pewności nałożyli niezła marżę (niestety znów ostre). Szykujemy się na jutro i wcześnie idziemy spać. Jutro Shaolin Si i hard seat do Xianu.
IX. 24 VIII Shaolin Si. Jedziemy ich PKS-em, podróż rozpoczęliśmy o 8.30 i trwa około 2,5 godziny . Po drodze zatrzymujemy się przy jakimś innym zabytku (okazuje się, że trafiliśmy do chińskiej wycieczki, przewodnik mówi jedynie po chińsku). Chcąc zwiedzić Shaolin, należy wysiąść na przystanku obok pomniku wielkiego wojownika. Idziemy na pokaz sztuk walki (bierzemy w nim czynny udział), bilet wstępu kosztuje 40Y (skan). Sam klasztor i świątynie są tak odnowione, że wyglądają jak by były zrobione wczoraj. Nie prawdziwego klimatu (z filmów lat młodości).Bilet wstępu na teren świątyni kosztuje 40Y (skan).Dostajemy bardzo wczesne bilety powrotne na 14.30 i około 17 mamy być w Zhenghou. Mamy jeszcze okazję potrenować nasze umiejętności kupieckie i zaopatrujemy się w pamiątki dla znajomych. Robimy sporo zdjęć i idziemy do "lasu pagód"(grobowce mnichów). Fajna rzecz, która z pewnością jest warta zobaczenia. Potem udajemy się do autobusu (bilet powrotny 20Y osoba) i wracamy do Zhenghou. Przed wyjazdem do Shaolin wykwaterowaliśmy się i zanieśliśmy plecaki do przechowani "PKS" (4Y za plecak, z możliwością przechowywania do godziny 24.00). Po powrocie z klasztoru chodzimy po mieście i znajdujemy knajpkę gdzie jemy obiado-kolację za 32Y na 2 osoby (kurczak - "no spicy", rybę w sosie pomidorowym na słodko - pyszna i oczywiście ryż). Szczęśliwi, najedzeni poruszmy się wolnym krokiem w kierunku dworca kolejowego. Pociąg odjeżdża o 21.30. Okazuje się, że jest to nowy, ładny, klimatyzowany skład (jesteśmy w szoku), piętrowy, ludzie nie śmiecą i nie palą (ewentualnie wychodzą na papierosa). Koniecznie trzeba wziąć coś ciepłego, ponieważ klimatyzacja jest sterowana centralnie i normalnie "zabija". Jedziemy około 10 godzin, poznajemy Chińczyka dobrze mówiącego po angielsku (studenta anglistyki). Oferuje nam pomoc w kupnie biletów na dalszą drogę (dostaje od nas ksywkę Fu2).
X. 25 VIII Xian. Na dworcu łapie nas naganiacz oferując hotel, pomoc w załatwieniu biletu i znalezieniu Bank of China ( jest tam wiele banków ale tylko w tym jedynym można wymienić walutę). Pożegnaliśmy się z Fu2 i ruszyliśmy za "specjalistą od wszystkiego". W hotelu tragedia, zmęczeni nie sprawdziliśmy pokoju przed zapłaceniem (głupcy). Okazało się że stan pokoju dużo poniżej normy, łazienka taka, że szkoda mówić, a my zapłaciliśmy 50Y od osoby, chociaż inni (spotkani na korytarzu) mieszkańcy 30Y. Wizytówka hotelu, który trzeba koniecznie ominąć i nie dać się naciągnąć (skan)(skan2). Zmęczenie szybko odeszło, bierzemy prysznic i idziemy poszukać lepszego lokum. Ewa dodatkowo zachorowała podczas podróży klimatyzowanym pociągiem. Idąc ulicą wchodzimy do pierwszego napotkanego hotelu ( nie ma go w przewodniku). Okazało się, że jest czysty i znajdują się w nim wszelkie wygody, a obsługa mówi nawet trochę po angielsku. Pokój 2 osobowy kosztuje nas 60Y (po 30Y od osoby). Wracamy do "naszego przytulnego" hotelu i zaczyna się wojna. Chcemy odzyskać kasę i wynieść się stamtąd. Chińczycy nie chcą oddać pieniędzy. Jedyne co pozostało to szantaż, że wszystkich obcokrajowców, których oni przyprowadzą do hotelu ja odeśle do tego innego (oczywiście for free w ramach "rekompensaty" za ich "gościnę"). Trwało to trochę, dwóch Skandynawów skorzystało z mojej rady i poszli pod wskazany adres, rozwścieczyliśmy tym całą recepcję. Każdego spotkanego obcokrajowca zaczepiałem i opowiadałem o całej sytuacji, odradzając felerny hotel i pokazywałem wizytówkę tego innego (oczywiście miałem tę przewagę, że naganiacze naciągają turystów, więc wszyscy chętnie słuchają porady innego obcokrajowca w Chinach - po cóż on miałby kłamać). Chińczycy nie wytrzymują presji i wściekli oddają nam kasę, a my wreszcie po około 2 godzinach "wojny nerwów" idziemy do naszego nowego hotelu (skan). W restauracji ryż z jajkiem 5Y, a ryba 22Y. Zostawiam Ewę w hotelu, aby się trochę pokurowała i próbuję zdobyć bilety na powrót go Pekinu. Okazuje się, że nic z tego, znów nie ma takich biletów jak chcemy (hard sleep), wiec na razie odpuszczam, okazuje się że nie kursują już na takich odległościach autobusy. Próbuje mi pomóc przygodnie poznana Chinka, ale jej też się nie udaje kupić owego biletu. Wieczorem autobusem nr 608 (można też dojechać 607) pojechaliśmy w okolice Wieży Bębnów i Wieży Dzwonów. W dzielnicy islamskiej robimy zakupy i gdzieś po drodze dzięki pomocy chińskiego rodzeństwa korzystamy z Internetu (2Y). Pogoda taka sobie. Wracamy do hotelu, po drodze jemy kolację i spanko, ponieważ jutro czeka nas Terakotowa Armia. XI. 26 VIII Xian. Dziś się wyspaliśmy i o 8.00 wychodzimy z hotelu. Po drodze kupujemy banany i wodę na śniadanie. Na dworcu próbujemy odszukać autobus nr 306 (jest on dalej za parkingiem autobusów daleko-miejskich) i naprzeciwko dworca. Pomaga nam go znaleźć chłopak, później się okazało ze chciał za pomoc pieniądze - co było dla nas szokiem (pierwszy raz coś takiego w Chinach, tam ludzie są z reguły bezinteresowni). Poznajemy Belga, który również jechał do Terakotowej Armii. Bilet autobusowy 5Y i jedziemy około 1 godziny - ostatni przystanek na tej linii to właśnie kompleks. Przechodzimy przez szpaler handlarzy i dochodzimy do kas. Tu przykra niespodzianka cena biletów "podskoczyła" z ubiegłorocznych 65Y do 90Y (swoja droga niezła inflacja). Płacimy i wchodzimy (skan).Zwiedzamy cały teren spokojnie bez pośpiechu około 3 godzin. Wracamy tym samym autobusem do dworca kolejowego gdzie jemy obiad (na dwie osoby 33Y). Wracając z obiadu kupujemy "parę" owoców i idziemy na drzemkę do hotelu, ponieważ jesteśmy zmęczeni deszczowa pogodą. Leniuchujemy w hotelu, a wieczorem przypominamy sobie że trzeba potwierdzić lot na 31 VIII. Dzięki obsłudze hotelowej załatwiamy nr telefonu do Aeroflotu w Beijing'u. Jurto czeka nas próba dodzwonienia się.
12. 27 VIII Xian Pobudka o 8.00. Pogoda jest koszmarna - ciągle pada. Próbujemy załatwić nowy nr telefonu w recepcji, aby potwierdzić rezerwację (ponieważ wczorajszy nr tel. okazał się zły) - jednak angielski Pani nie jest na tyle dobry, aby wytłumaczyć czego konkretnie potrzebujemy. Idziemy na Internet niedaleko hotelu (5Y za godzinę) i zdobywamy nr telefonu oraz na wszelki wypadek wysyłamy maile do rodziny i znajomych, aby potwierdzili rezerwację. Idziemy na śniadanie do "żółtej" restauracji obok tego felernego hotelu. Ja dostaję jajecznice z szynka i....ogórkami (nieceierpię ogórków!!!!), a Ewa jajecznicę z pomidorkami (chcieliśmy zjeść takie europejskie śniadanie). Autobusem nr 5 spod dworca jedziemy do Pagody Wielkiej Gęsi. Ciągle pada (jak w piosence), wejście na teren świątyni 25Y (skan)plus 20Y na samą pagodę (z względu na mgle rezygnujemy z podziwiania widoków). Warto tam pospacerować, wracając kupujemy coś do jedzenia w supermarkecie z cenami (nie trzeba się targować) i owoce na ryneczku (tu już trzeba "powalczyć"). Wracamy do hoteli na drzemkę i pod wieczór autobusem nr 608 w okolice Wielkiego Meczetu bilet 12Y (skan).Byłoby dużo lepiej gdyby nie lało. Meczet Islamski z architekturą Chińską - warto zobaczyć. Wracamy przez stragany pełne podróbek gdzie kupujemy naszym siostrom plecaki firmy "The North Face" oczywiście po okazyjnych cenach. 13. 28 VIII Xian Pociąg. Od rana staramy się zdobyć bilet, który w końcu załatwia nam hotelowy pośrednik. Dostajemy go o 14.00, a pociąg odjeżdża o 18.02. Koszt to 254Y za najwyższe i 274Y za najniższe miejsce w hard sleep'ie plus 100Y za pośrednictwo. Idziemy na śniadanie do pobliskiej knajpki i stanowimy "główne danie" dla wszystkich gapiów i innych klientów restauracyjki. Dobra ryba i ryż za 20Y na 2 osoby. Wykwaterowujemy się i oddajemy bagaż do hotelowej przechowalni (bezpłatnie). Idziemy na pocztę wysłać pocztówki i ostatni raz spacerujemy w okolicach centrum starego miasta - o dziwo wypogodziło się i robi się bardzo ciepło. Idziemy na obiad do znanego nam i szanowanego ogólnie "restauratora" i zamawiamy kurczaka i ryż za 20Y. Potem ruszamy spokojnie do pociągu i wymieniamy się w wagonie biletami (skany) by mieć łóżka obok siebie. Podróż mija szybko i przyjemnie - trwa bagatela 14 godzin. 14. 29 VIII Beijing Wstajemy około 6.20 w pociągu, ok. 7.30 jesteśmy w Pekinie i wychodzimy na Dworcu Zachodnim. Znajdujemy autobus nr 9 (sposobem przewodnikowym) i dojeżdżamy do Dworca Centralnego. Tam przesiadamy się do znanego nam autobusu nr 24 i udajemy się prosto do schroniska. Tam musimy czekać na miejsce, tyle jest chętnych osób. Około 10.00 kwaterujemy się. Ja zachorowałem w pociągu i już w recepcji schroniska biorę leki i śpię, druga część leczenia odbywa się pokoju. Około godziny 13.00 jedziemy na plac Tien nan men i zwiedzamy Bramę Tien nan men (równie dobrze mogła by się nazywać brama Mao) - bilet 30Y (skan) (moim zdaniem cena nie jest warta tego co można zobaczyć).Po drodze spotykamy chińska studentkę medycy naturalnej. Szwędamy się po placu i idziemy na główny punkt programu dzisiejszego dnia Kaczkę po Pekińsku. Co prawda było to najdroższe danie w menu, ale stwierdziliśmy ze raz możemy zaszaleć (cena 68Y). Zamawiamy tez sok co było błędem, ponieważ kosztował aż 22Y. Więc kaczka po pekińsku wygląda tak: Półmiski z ogóreczkami, cebulką i słodkim, gęstym sosem. Następnie przynoszą tłustą spieczona skórę i cukier, która należy w nim maczać i jeść. Potem dostarczają chude mięso i naleśniki. Do naleśnika wkłada się chudą kaczkę obtoczoną w sosie i cebulkę, zawija się naleśnika i gotowe (wszystko pałeczkami). Na koniec dostajemy to co zostało z kaczki polane obficie znanym już wczesnej sosikiem. Pycha, choć można tę atrakcję znaleźć po niższej cenie - my jedliśmy w okolicy placu Tien nan men. Wracamy do naszego hoteliku i drzemka (schorowany organizm tego się domaga). Wieczorem Internet i spacer po hutongu. Około 21 idziemy na taras naszego schroniska ( II piętro), Ewa zamawia wegetariańskiego naleśnika za 2Y, a ja Colę w puszce za 4Y. Około 22.00 idziemy do łóżka podkurowac się ( zużywamy całe mnóstwo chusteczek do nosa - katar robi swoje).
15. 30 VIII Beijing Wstajemy o 8.00 i wybieramy się na targ, by skorzystać z dobrodziejstw Made in China. Wychodzimy z "Sagi" w prawo i udajemy się hutongiem w dół, dochodzimy do głównej ulicy i łapiemy trolejbus nr 106. Po około 20 min docieramy na miejsce. Ze względu na wczesną porę nie ma jeszcze wielu klientów. Zabieramy się do robienia zakupów. Do naszych osiągnięć jako negocjatorów należą: czapka Mao (wytargowanie z 30Y na 10Y), sweterek damski (z 200Y na 70Y), spodenki "Nike" (z 68Y na 25Y), polar (z 450Y na 100Y), spodenki damskie (z 280 Y na 41Y). Najlepszym sposobem na zakupy jest chyba zabawa w "dobrego i złego policjanta", a ogólna zasada to dać co najwyżej 20-25% ich ceny wyjściowej. Po zakupach idziemy do Parku Świątyni Nieba (wybraliśmy tak bazar, by można było cos jeszcze zobaczyć). Bilet wstępu kosztuje 35Y dla obcokrajowców, bo są jeszcze bilety dla Chińczyków za 15Y i chińskich studentów za 8Y (to jest to co mi się u nich nie podobało). Po namyśle wchodzimy, ale warto było się wybrać w to miejsce. Znajduje się tam najbardziej znana chińska Pagoda - która figuruje na wielu pocztówkach, znaczkach itp. Spędzamy w parku 4-5 godzin (park jest ogromny), relaxujemy się i zwiedzamy. Wracamy około 16.00 do hotelu i idziemy na lekki obiad. O tej porze cała obsługa knajpy śpi na stolikach, a my zamawiamy dumplingsy za 3Y porcja. Wracamy do hotelu i zaczynamy powoli pakować plecaki i ruszamy na prawdziwą kolacje. Zamawiamy kurczaka w ananasach za 16Y i wysmażane rybki ala "szprotki" za 8Y plus ciasteczka sezamowe za 0,6 Y. Po smacznej i sytej kolacji idziemy na taras hotelowy, gdzie spotykamy Polaków i wymieniamy się doświadczeniami i opiniami na temat Chin. Po chwili zbierają się inni mieszkańcy naszego dormitorium - tym razem już międzynarodowe towarzystwo i jest całkiem przyjemnie. Pojawia się też Francuz z naszego pokoju. Wieczorem regulujemy rachunki za dormitorium , a tu jak dotrzeć do "SAGI" (skan). 16. 31 VIII powrót. Wstajemy o 7.00 toaleta, zakupy śniadaniowe, dopakowywanie się i pożegnanie z naszymi pokojowymi znajomymi, szczególnie z Francuzem, z którym się zaprzyjaźniliśmy. Udajemy się pod Beijing Internatiolan Holet skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko 16Y osoba (skan). Około 9.00 jesteśmy na lotnisku. Tam odbywa się odprawa z mnóstwem innych pasażerów. Trzeba uiścić opłatę za nie wiadomo co (skan) i do samolotu. Lot o godzinie 11.40 i po 7,5 godziny jesteśmy na Szeremietiewie w Moskwie. Tu panuje niezły brud i bałagan (Pani na tranzycie zapomniała wydać nam kart pokładowych, zresztą podobnie jak wielu innym ludziom). Czekamy do 21.00 i wylatujemy. Warszawa wita nas również o 21.00. Później odbiór bagażu, koledzy i do domu. Szkoda, że to już koniec, było naprawdę super!!!
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
|
|
|
|
|