Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
INDIE 2006 - WYPRAWA DO KRAJU KONTRASTÓW
20.jpg1.Przelot Turkish Airlines. Sprawnie, bez opóźnień, linie godne polecenia. Wylatujemy o 13.25 z W-wy, a o 17.10 jesteśmy w Istambule (ich czasu, wiec należy dodać 1 h). Godzinę spędzamy na nowym, "bardzo europejskim" lotnisku. O 18.10 wsiadamy do samolotu niosącego nas wprost do stolicy Indii. Lądujemy o 2.30 czasu indyjskiego (22.00 polskiego czasu). Po przylocie kierujemy się do okienka Pre-paid Taxi. Biura mieszczą się po obu stronach wyjścia z terminalu. O tej porze nie widzimy rikszarzy, więc decydujemy się na usługę Taxi (zbijamy cenę z 680 INR na 250 INR - taryfa nocna, poza tym zmęczenie i brak wprawy w targowaniu). Oczywiście w biurze pre-paid podaliśmy nazwę ulicy, na którą chcieliśmy się dostać, ale taksiarz i tak próbował wrobić nas w jakiś hotel, od którego z pewnością dostawał prowizję. Dosyć to ciężkie na samym początku i do tego o tej porze, ale nie należy mu ustępować i nie oddawać paragonu, który dostaje się w biurze, do momentu, gdy kierowca nie zawiezie nas na podany adres (bez tego paragonu nie zostaje opłacony w biurze). My niestety nie byliśmy tak twardzi i trochę się powłóczyliśmy po hotelach. Powiedzieliśmy, że nie zapłacimy więcej niż 250 INR (choć pierwszy hotelarz chciał 1480 INR). W końcu trafiliśmy do podniszczonego hotelu - Royal Palace, ale czystego, z telewizorem i wiatrakiem . - SKAN Spanie w czerwcu w Indiach, jak się po chwili okazało jest ciężką sprawą - niesamowicie duszno. Poza tym o zgrozo, zaczyna padać...czyżby pierwszy dzień naszego pobytu w Indiach pokrył się z pierwszym dniem monsunu?!? Poza tym siada wiatrak (przerwa w dostawie prądu), a deszcz nie daje ulgi w ciężkim powietrzu. No więc początek naszej przygody z Indiami zapowiada się mało obiecująco...

21.jpg2. 27.06.06
Postanawiamy wyruszyć po bilety kolejowe do New Delhi Railway Station pomimo padającego deszczu. Leje strasznie, ściana wody, ulice są już kompletnie zalane (chyba mają problemy z odpływem). Decydujemy się na motorową rikszę. Umawiamy się na 20 INR. Oczywiście rikszarz przy pierwszej nadarzającej się okazji zatrzymuje się w tworzącym się na ulicy wielkim korku i próbuje nas odwieść od zakupu biletu w International Tourist Bureau (bo te na dworcu kolejowym ponoć jest nieczynne - standardowe oszustwo) i namawia na biuro gdzieś na Connaught Place. Poza tym twierdzi, że nie pojedzie dalej (my obstajemy przy zakupie biletu na Dworcu), więc zdegustowani wysiadamy w tę ścianę wody i brodzimy po kolana w deszczu - niezapomniane przeżycie, oczywiście z perspektywy czasu. Do dworca jest już niedaleko, ale naprawdę ciężko jest iść zalanymi ulicami. Bierzemy więc rowerową rikszę i umawiamy się na 4 INR, jednak po dotarciu na miejsce okazuje się, że stawka wzrosła do 40 INR. Nie dajemy się oszukać i wręczamy umówioną kwotę, ale rikszarz się obraża starając się na nas wymusić swoje żądania. PAMIĘTAJCIE - NIE USTĘPOWAĆ OD SAMEGO POCZĄTKU - dosyć szybko można się w Indiach przyzwyczaić do asertywności. W International Tourist Bureau dokonujemy rezerwacji biletów do Varanasi (II klasa, sleeper to koszt 315 INR za osobę) - SKAN Następnie udajemy się na Connaught Place, aby wymienić pieniądze i coś zjeść. Na szczęście przestało padać i słońce błyskawicznie osusza gigantyczne kałuże, a powietrze robi się coraz cięższe. Jemy obiad w chińsko-tajskiej, ekskluzywnej restauracji - płacimy 140 INR za osobę + 12,5% podatku (jest doliczany we wszystkich lepszych restauracjach). Jedziemy metrem (właśnie, nie ma o nim wzmianki w Pascalu, bo zostało oddane do użytku w 2005 r., a bardzo ułatwia życie w mieście, w którym otacza Cię rikszowa mafia, a jakimś sposobem trzeba podróżować) do Red Fort (wysiadamy na żółtej stacji metra Chandi Chowk). - SKAN. Cena biletu na metro (a dokładnie plastikowego tokena, który potem przy wyjściu z metra musisz zwrócić, aby zostać wypuszczonym) to 8 INR/os.. Cena zależy od odcinka i jeżeli jeździsz na dłuższą trasę niż wykupiony token, to przy wyjściu okazuje się, że token utracił ważność, a Ty nie możesz przejść przez bramkę. W związku z tym musisz zapłacić karę (pewnie też zależy od długości "przeterminowania" tokena, my zapłaciliśmy za kilka min. 5 INR/os.). RED FORT - prawie 100 INR/os. Z zewnątrz prezentuje się bardzo monumentalnie, wewnątrz już nie robi takiego wrażenia. Czerwony piaskowiec ładnie się komponuje z białym marmurem i można troszkę pospacerować. Wracamy metrem do hotelu. Idziemy na Internet, jemy kolację w przyjemnej wegetariańskiej restauracji z umiarkowanymi cenami (OM SARVANA BHAVAN)-SKAN.

22.jpg3. 28.06.06 Opłacamy hotel (hotelarz chciał nam wmówić, że nocowaliśmy 2 doby-oczywiście była jedna, więc stanowczo zaprotestowaliśmy i zapłaciliśmy za 1 dobę). Z biegiem czasu zauważyliśmy, że stanowczość w Indiach bardzo popłaca. Po śniadaniu w sprawdzonej poprzedniego dnia knajpce ruszamy rikszą rowerową na New Delhi Railway Station (10 INR). W International T.B. rezerwujemy bilety z Varanasi do Satny (aby zaoszczędzić czas w świętym mieście) - koszt to 334 INR za 2 osoby SKAN. Następnie jedziemy do Indian Gate (to taki odpowiednik Łuku Triumfalnego na indyjskich "Polach Elizejskich") i spacerkiem udajemy się do siedziby prezydenta Indii. Następnie idziemy do International Museum, które jest w okolicy (300 INR/os, a cena dla Hindusów to 10 INR).SKAN Muzeum - przeciętne, sporo sal jest nieczynnych. Teraz czeka nas pierwsze doświadczenie z osławioną chlubą Indii - hinduskim pociągiem. Plecak zostawiamy w przechowalni bagaży (znajduje się przy pierwszym peronie). Koszt to 10 INR za pierwsze 24 godziny. No więc pociąg...O dziwo prawie punktualny, brudnawy i nie ma w II klasie pościeli, więc warto wziąć ze sobą coś co ewentualnie nadaje się do położenia na kuszetkę. Można też zaopatrzyć się w łańcuch do przytwierdzenia bagażu - wszyscy bez wyjątku niezwykle czujnie pilnują swojego dobytku (coś w tym musi być), chociaż my osobiście nie mieliśmy złych doświadczeń, więc chyba nie należy popadać w paranoję. Rada - na trasie Delhi-Varanasi lepiej rezerwować nieparzyste miejsca (okna częstą się nie domykają, a na parzystych wieje-kierunek jazdy pociągu).

23.jpg4. 29.06.06
W Varanasi jesteśmy około 8.00. Oczywiście na Dworcu jest pełno rikszarzy i innych męczących nagabywaczy. Uczciwa cena za przejazd z Dworca do okolic starego miasta to 20 INR. Kwaterujemy się w hotelu blisko Gangi w PUJA GUEST HOUSE - 250 INR za dość czystą dwójkę z łazienką, wiatrakiem i restauracją na dachu SKAN(niestety po drodze doczepił się do nas, jakiś "pomocnik" i wszedł (a nie zaprowadził) z nami do hotelu, więc pewnie cena zawierała jego prowizję). Wzdłuż Gangesu (bliżej niż my mieszkaliśmy) znajduje się mnóstwo hoteli, więc zachęcamy do poszukiwań i negocjacji. O 9.00 idziemy poobserwować ceremonię pogrzebową, która się odbywa przy Ghacie przy naszym hotelu (Lalita Ghat). Ogląda się ją ze specjalnej wieży. O całej ceremonii dosyć ciekawie opowiada "przewodnik wolontariusz", który jednak prosi o wsparcie hospicjum, które działa przy Ghacie. Spotkani kilkunastoletni sprzedawcy pocztówek prowadzą nas do Świątyni Małp, gdzie główną atrakcją są duże ilości małp, a do samej świątyni innowiercy nie mają wstępu (świątynia jest bezpłatna). Następnie idziemy na spacer wzdłuż Gangesu, oglądamy poszczególne Ghaty. Po drodze spotykamy wielu przewoźników, którzy reklamują rejsy swoimi łódkami (o dziwo nie są zbytnio natarczywi). Wybieramy rejs u jednego z nich, ustalając cenę 25 INR/osobę/godzinę. Chodzimy uliczkami muzułmańskiej części Starego Miasta, gdzie jest wiele sklepów z tekstyliami.

24.jpg5. 30.06.06 Zaspaliśmy, ale na szczęście zdążyliśmy dostać się na Gangę przed wschodem słońca (ok. 5.15 jesteśmy na łodzi) i zaczynami rejs wzdłuż świętej rzeki. Jednocześnie do łodzi wsiada chłopiec rozdający hojnie świeczki do puszczania na wodę. Gdy nasze świeczki, już popłynęły w siną dal żąda wygórowanej kwoty, za jak się okazało płatną usługę. Z łodzi widoki są niepowtarzalne. Wielu Hindusów zmywa swe grzechy wodą świętej rzeki, piorą w niej odzież, piją ją, myją zęby, a tuż obok pływają niedopalone szczątki... Doba hotelowa kończy się o 12.00. Wymeldowujemy się i za 20 INR jedziemy na dworzec. Zostawiamy bagaże w cloakroomie (10 INR za pierwsze 24 h to cena urzędowa). Rikszą udajemy się do Benares Hindu University (ok. 9 km od dworca Junction). Zapłaciliśmy 50 INR (a przejazd powinien kosztować ok. 15 INR). Campus jest ogromny, podobno jest trzecim na świecie pod względem ilości wydziałów i studentów. Budynki poszczególnych wydziałów wyglądają ładnie, wewnątrz raczej skromnie. Na terenie campusu jest też ciekawa świątynia Wiśwanathy (jest bezpłatna, aczkolwiek mile widziane są datki dla ubogich studentów w zamian za oprowadzenie - jeżeli ktoś nie ma ochoty na dobroczynność, bez problemu obejdzie świątynie sam). Na terenie Uniwerku robimy też "wywiad" ze studentami odnośnie cen za przejazdy rikszą, podstawowe owoce itp. - okazuje się, że sporo przepłacaliśmy (np. cena 1 km za przejazd rowerową rikszą to ok. 2-3 INR, a do obliczenia długości trasy są użyteczne mapy z przewodnika). Udajemy się rikszą do Głównej Ghaty (15 INR). Wieczorem nad Gangesem jest przyjemna atmosfera, a tego wieczoru jest jakieś święto, więc przyglądamy się tłumowi śpiewających i klaszczących Hindusów. Oczywiście męczą nas trochę dzieci, które próbują coś sprzedać, ale się uodporniliśmy i nieźle sobie radzimy - po prostu trwamy uparcie w postanowieniu, że nic nie kupujemy i po jakimś czasie namolni "handlarze" po prostu rezygnują. W pewnym momencie "atakuje" nas około 20-osobowa grupa turystów z południowych Indii i proszą nas o wspólne zdjęcia (oczywiście każdym analogiem z osobna), a następnie o...autografy- zostajemy gwiazdami! Rowerową rikszą udajemy się na dworzec (15 INR+tip 5 INR) - pierwszy i jak się później okazuje ostatni raz kierowca jest wdzięczny za zapłatę i napiwek (i nie próbuje nam wcisnąć, że umawialiśmy się na więcej, a co więcej dziękuje i całuje zarobione pieniądze). Pociąg do Satny ma tylko 30 min. opóźnienia. Wewnątrz musieliśmy wyprosić z kuszetek Hindusów, którzy już zaaklimatyzowali się na naszych miejscach. W razie problemu niezwykle pomocni są mundurowi krążący po pociągu, którzy dbają o bezpieczeństwo turystów. Ciężka nocna podróż kończy się po ok. 7,5 godziny.

25.jpg6. 01.07.06
Z dworca kolejowego jedziemy rikszą za 10 INR na dworzec autobusowy, gdzie kupujemy bilety do Khajuraho (65 INR/os za autobus prywatny - przejazd trwa ok. 3,5 - 4 godz., jednak autobus, a przez to i siedzenia są małe, jest pełno ludzi i zatrzymujemy się w każdym miejscu, gdzie czekają chętni pasażerowie, mimo, że wewnątrz nie ma miejsca. Podobno (jak się po fakcie dowiedzieliśmy) autobusy państwowe są wygodniejsze i tańsze (odwrotna zależność do polskiej praktyki). W Khajuraho zatrzymujemy się w hotelu ZEN (100 INR za czystą 2-kę z łazienką i wiatrakiem) - SKAN. Hotel jest bardzo przyjemny, ma ładny ogród i miłą obsługę oraz dostęp do Internetu. Rezygnujemy z zakwaterowania w tańszym (jedynie 60 INR za 2-kę) Yogi Lodge (polecany przez Lonely Planet) ze względu na właściciela, który po wejściu potencjalnych klientów nie podnosząc się z fotela, podaję rękę do uściśnięcia. Darek uznał to za obraźliwe i wyszliśmy. Same miasteczko, to przyjemna, spokojna odmiana od Delhi i Varanasi.

7.  02.07.06 Rano udajemy się zwiedzać Zachodni Kompleks Świątyń (chcemy zdążyć przed szczytem słońca - pomimo zapowiedzi, deszczu brak). Wstęp jest płatny 250 INR - Hindusi 10 INR (opłata tylko do Kompleksu Zachodniego) - SKAN. Kompleks jest bardzo dobrze utrzymany, świątynie wyglądają pięknie na tle zieleni i kwiatów. Jest sporo ławeczek i kraników z wodą, więc można odpocząć i się orzeźwić. Świątynie są bogato zdobione na zewnątrz, rzeźby są przepełnione erotyką. Wewnątrz - bardzo skromne. Aby wejść do środka, należy zdjąć buty (można chodzić w skarpetkach). Za starą częścią Khajuraho znajduje się Wschodni Kompleks - skromny, ale bezpłatny. Można tam dojść pieszo (10 min. drogi z części turystycznej miasteczka) lub rikszą (2 INR). Jemy obiad w jednej z wielu restauracji i pijemy pyszne lassi (nie warto w Zenie korzystać z kuchni hotelowej, która jest droższą i często mniej smaczna). Po południu udajemy się do Południowego Kompleksu Świątyń. Pieszo podróż trwa ok. 20 min, a rikszarze niesamowicie zdzierają, żądając nawet 100 INR (podróż warta jest 10 INR w obie strony). Po drodze zaczepia nas trzynastolatek jadący rowerem, nieźle mówiący po angielsku. Nie odstępuje nas w trakcie zwiedzania, zagaduje, pyta o wrażenia z Indii, próbuje dementować pogląd traktowania przez Hindusów białego człowieka jak chodzącego portfela. Namawia nas, abyśmy wstąpili do jego szkoły, która znajduje się w drodze powrotnej, w starej części Khajuraho, My, trochę dla świętego spokoju, a trochę z życzliwości dla miłego dzieciaka, godzimy się. I tu kolejne rozczarowanie odnośnie mentalności hinduskiej. Cała "wycieczka po szkole" okazuje się ustawiona. Na powitanie nas wychodzi zaspany nauczyciel, oprowadza po skromnej wiejskiej szkole, następnie prowadzi do swego biura. Tam pokazuje zdjęcia dzieciaków, opinie ludzi, którzy szkołę odwiedzili, podziwiające pracę nauczycieli i wyrażające wiarę w system edukacji. My też piszemy ciepłe słowa. Wszystko pięknie, ale ostatnim punktem programu jest pokazanie napisanej poprawną angielszczyzną prośby o datek na szkołę (sam nauczyciel chyba był skrępowany, aby o to poprosić osobiście). Na darowiznę wystawia nawet f-rę, aby sobie ją odpisać od podatku! Zniesmaczeni, bez słowa dajemy symboliczne 10 INR (nauczyciel-przewodnik i dzieciak-naganiacz chyba liczyli na więcej), za f-rę dziękujemy. Rowerzysta przestaje nam towarzyszyć - wypełnił już swoją misję. Takie sytuacje naprawdę psują wrażenia o Indiach. Okazało się, że to nie koniec rozczarowań na dziś w relacjach Hindus-biały turysta. Nasz rikszarz standardowo żąda wyższej kwoty niż umówiona po wykonaniu usługi. My, także standardowo dajemy mu ustaloną gotówkę, a on standardowo się obraża. W hotelu doliczają 20% luxury tax, a obiecana zniżka na jedzenie w hotelowej restauracji nie obejmowała napoi. Ale ogólnie Zen jest ok. Przykładowe ceny (bez, albo z min. "podatkiem" dla turystów) Lassi na ulicznym straganie 8-10 INR, 1 kg mango 15-20 INR, 1 km za przejazd rikszą rowerową 2-3 INR

26.jpg8. 03.07.06 O 7.00 jedziemy państwowym autobusem z Khajuraho do Jansi (98 INR). Po drodze rozmawiamy z nauczycielem angielskiego, który odwiedzał wybraną mu przez ojca narzeczoną. Po drodze, spontanicznie decydujemy się wysiąść przy kierunkowskazie do Orchhy i nie dojeżdżamy do samego Jansi. Z tego miejsca jest 8 km do naszego celu podróży. Rikszarz żąda 100 INR. Jeżdżą tam też takie mini busiki (podwójne riksze, w których mieści się ok. 9 osób), które biorą 10 INR za osobę. W końcu łapiemy stopa (grupa Hindusów jadąca na wesele). Są mili i nie biorą od nas pieniędzy!!! Sama Orchha to mała, brudna wioseczka (z licznymi świętymi krowami, co skutkuje milionami brzęczących much). Nie przebierając w ofertach wybieramy pokój w małym, średnio czystym hoteliku Sharma Guest House (100 INR). Udajemy się obejrzeć kompleks pałacowy (30 INR) - SKAN, jest ciekawy tyle tylko, że już bardzo zniszczony. W świątyni (która jest na lewo od centralnego placu) warto wejść na górę, aby zobaczyć widok na wioskę i rozsiane po całym terenie świątynie i pałace. Drogę na szczyt pokazuje pojawiający się znikąd "przewodnik", który następnie żąda 20 INR (my daliśmy całe nasze drobne, których było 9 INR). Świątynia Ram Raja Temple otwierana jest dopiero o 20.00 i odbywają się tam ceremonie hinduskie. Innowiercy mogą wejść i przyglądać się. Cukierkowe zdobienia świątyni, podobnie jak odświętne stroje mieszkańców wioski, donośne śpiewy, a do tego przerwy w prądzie, które tylko na chwilę zakłócają modlitwy, ogólnie inne i ciekawe, więc warto zajść na chwilę i popatrzeć.

9. 04.07.06
Około 6.00 udajemy się mini busem do Jansi (odjazd z przystanku autobusowego znajdującego się przy hotelu Sharma Guest House). Koszt przejazdu to 10 INR za osobę plus 10 INR za bagaż. Dla porównania koszt rikszy to 100-150 INR. W Jansi na dworcu autobusowym jesteśmy około 7.00. O 7.30 odjeżdża autobus do Agry (koszt to 124 INR). Podróż trwa ok. 6,5 godziny, drogi są gorsze od polskich, wewnątrz nie ma klimatyzacji, więc ciężko przetrwać taką przejażdżkę, ale w końcu się udało. Niedaleko dworca autobusowego znajduje się Agra Fort Railway Station, więc rezerwujemy tam pociąg do Jaipuru (93 INR, planowany odjazd o 18.00)- SKAN. Stamtąd udajemy się rikszą rowerową do Taj Gandż (20 INR).W Agrze zatrzymujemy się w hotelu Indian Inn (200 INR, znajduje się niedaleko bramy wschodniej do Taj Mahal) - SKAN Hotel jest skromny, a w nocy jak się okazuje w nagrzanym pokoju panuje temp. 38 st., więc wymieniamy pokój na większy (za dopłatą 50 INR). Kolację jemy w Yash Cafe i okazuje się, że nie wszystko co polecane przez Lonely Planet jest godne zaufania (jedzenie dosyć drogie i daleko mu do świeżego) - co skutkuje cierpieniami Ewy dnia następnego.

27.jpg10. 05.07.06 Taj otwierany jest o 6.00 i o tej porze postanawiamy się tam udać, ponieważ jest jeszcze mało turystów, a temperatura jest do zniesienia (inną opcją na łagodniejszą pogodę jest wejście wieczorne, jednak jest wtedy więcej ludzi). Bilet oczywiście jest szokująco drogi - 750 INR, a najbardziej rozczarowująca jest różnica w cenie dla Hindusów (koszt to 20 INR) i obcokrajowców. SKAN Taj - perełka owiana romantyczną historią, jednak sprawia wrażenie dużo mniejszego niż mieliśmy o nim wyobrażenie. Kompleks jest dobrze utrzymany, w tle gra nastrojowa muzyka i ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne - w końcu to symbol Indii, więc jednak warto poświęcić te 15 $. Bilet wstępu upoważnia też do wejścia do kilku innych zabytków Agry. Po obiedzie postanawiamy się udać do Agra Fort. Na posiłek udajemy się do New Relax Roof Top Restaurant (tuż przy Yash Cafe i Bramie Wsch. Do Taj). SKAN Właściciel jest bardzo uprzejmy, a jedzenie smaczne. Po udanym obiedzie czeka nas rozczarowanie. Aby wejść do Agra Fort należy dopłacić 250 INR (jest to tzw. A.S.I. ticket, którego bilecik za 15 dolców niestety nie obejmuje). Po tym odkryciu nie mamy ochoty na zwiedzanie, a może raczej na zasilenie po raz kolejny tego dnia budżetu Indii. Idziemy do centrum rezerwacji kolejowej, aby zakupić bilety do podróży po Rajasthan'ie. Koszt 2 klasy sleeperów to: Jaipur - Jodhpur - 340/2 osoby SKAN Jodhpur - Jaisalmer - 324/2 osoby SKAN O 18.00 mamy pociąg do Jaipuru. Opóźnia się o godzinę, ale i tak zasługuje na miano super szybkiego, bo jesteśmy na miejscu o 22.30. W stolicy Rajasthan'u postanawiamy trochę odpocząć od tanich hotelików z sypiącym się z sufitu tynkiem i wybieramy hotel z przewodnika - Atithi Guest House - 600 INR za duży, ładny pokój z wiatrakiem, coolerem i balkonem - taki europejski standard z codziennym sprzątaniem pokoi, wymianą pościeli i ręczników. - SKAN Za rikszę z dworca do hotelu płacimy 20 INR - jest to jednak zawyżona kwota, bo hotel jest blisko.

11. 06.07.06
Zwiedzamy różowe miasto. Z hotelu do centrum pink city udajemy się pieszo (ok. 30 min.). Idziemy do Iswar Minar Swarga Sal (5 INR+10 INR za aparat), warto wejść po krętych schodkach na górę, aby zobaczyć piękny widok na całe pink city. Następnie udajemy się do Hawa Mahal (5 INR+10 INR)- SKAN, pałac robi wielkie wrażenie, z wieloma uroczymi małymi komnatkami i niewielkimi okienkami, z których żony maharadży obserwowały miasto. Kolejny punkt programu to City Palace (180 INR) - SKAN oraz obserwatorium astronomiczne z XVIII w. - hobby ówczesnego maharadży (10 INR+50 INR) SKAN. Po drodze spotykamy studenta, który chce popraktykować angielski i wydaje się całkiem miły, jednak po drodze zaczyna wspominać o sklepie swojego znajomego i podejrzanie gorąco namawia nas na fabrykę tekstyliów, więc gubimy go w City Palace. Należy pamiętać, że zabytki są otwarte jedynie do 16.30. Niedaleko hotelu odkrywamy Pizza Hutt i idziemy napełnić nasze przyzwyczajone do sytego jedzenia żołądki (decydujemy się jednak na pizze wegetariańską, gdyż w Indiach jedzenie mięsa - w fast foodach jest tylko kurczak - jest wszędzie pewnym ryzykiem).

12. 07.07.06 Rano udajemy się tuktukiem (motorikszą) do Amber Fort (150 INR za 2 osoby w obie strony, chociaż stawka wyjściowa rikszarza to 200 INR). Riksza zatrzymuje się pod samym wzgórzem, na którego szczycie znajduje się potężny Fort. Można tam dojść pieszo (spokojny spacer trwa ok. 15 minut) lub wjechać na słoniu (koszt za 2 osoby to 550 INR). My wybieramy pierwszą opcję, a przejażdżkę na słoniu odkładają na później. Wstęp do Fortu to 50 INR+25 INR za aparat - SKAN Sam Fort jest monumentalny, dobrze utrzymany, wewnątrz znajdują się ogrody i jest tam wiele ciekawych komnat i zaułków. Zwiedzanie trwa ok. 2 godzin. Następnie udajemy się do "stajni dla słoni", która znajduje się u stóp wzgórza i wybieramy się na zaległą, króciutką (ok. 5 minutową) przejażdżkę na słoniu - 200 INR za 2 osoby. Oczywiście w okolicach fortu osacza nas wielu natrętnych handlarzy, jednak odkrywamy na nich skuteczny sposób. Po obejrzeniu reklamowanego towaru, należy stwierdzić, że jesteśmy za niego skłonni zapłacić jakąś śmiesznie niską cenę (jak 1 rupię). Z reguły "napastnicy" obrażają się i urażeni zaprzestają nagabywania. Obiad jemy w Pizzy Hutt i zamawiamy dodatkowe pół doby w naszym hotelu, aby wykąpać się i odpocząć przed podróżą (koszt to połowa standardowej ceny).

13.08.07.06
Pociąg do Jodhpuru opóźnia się i zamiast o 23.50 wyjeżdżamy o 1.20 (dworzec w Jaipurze należy do najlepszych jakie do tej pory widzieliśmy). Na miejsce docieramy ok. 7.30. Postanawiamy wynająć hotel polecany w przewodniku Shivam Paying Guest House. Pokoje podrożały, ale decydujemy się na duży, czysty pokój z wiatrakami, coolerem, TV i schludną łazienką. (400 INR) - SKAN Na dachu jest restauracja z całkiem smacznym jedzeniem. W przypadku więcej niż 1go noclegu skutecznie można negocjować cenę. Udajemy się tuktukiem do Jaswant Thanda (20 INR) SKAN - w blue city nie ma rowerowych riksz!! Następnie zwiedzamy duży, dobrze zachowany fort (250 INR) - SKAN, w którym znajdują się odciski dłoni 18 wdów po maharadży, które popełniły sati. Jednak większe wrażenie robią na nas piękne komnaty. Za Fortem rozciąga się wspaniały widok na najstarszą część niebieskiego miasta. Postanawiamy odwołać nocny pociąg do Jaisalmeru (1 dzień w Jodhpurze w zupełności wystarczy) i postanawiamy wyruszyć rano w dalszą podróż oszczędzając 1 dzień. Przy odwołaniu rezerwacji potrącane jest ok. 25% ceny biletu (przy 324 INR potrącono nam 82 INR)- SKAN. Bookujemy też "1 klasę" (2A) na trasie Jaisalmer-Delhi (ze względu na prawie 20 godzinną podróż pozwalamy sobie na ten akt rozpusty - koszt za 2 osoby to 2562 INR)- SKAN.

14. 09.07.06 Autobus do Jaisalmeru wyjeżdża o 12.00, czekamy około godziny do południa chociaż wg PASCALA autobusy miały kursować co 30 min - jednak jest niedziela, więc może w tym tkwi przyczyna. Na miejsce docieramy około 18.00 SKAN. Za 20 INR dojeżdżamy z dworca do hotelu Swastika (wybrany w przewodniku głównie ze względu na nazwę, jest dosyć duszny i skromny, poza tym nie ma w nim restauracji (a jesteśmy już na etapie jedzenia w przyhotelowych restauracjach z nadzieją na świeże i "nieco europejskie" jedzenie - żołądki już się buntują)- pokój z wiatrakiem kosztuje 200 INR. Wieczorem idziemy na kolację i robimy rozeznanie odnośnie Safari - całodzienne kosztuje 500 INR (od 8.00 do 21.00, w cenę wliczony jest także obiad), zaś półdniowe kosztuje 275-350 INR - kwota zależy od ilości chętnych osób (w godz. 16.00-21.00, cena obejmuje przejazd jeepem, butelkę wody i przejażdżkę na wielbłądzie).

15. 10.07.06
Rano idziemy zwiedzać stare haveli (spacerkiem około 10 min. z hotelu). Złote miasto jest bardzo urokliwe, całe z żółtego piaskowca, z licznymi uliczkami, w których mieszczą się sklepy, salony masażu, restauracje. Można wykupić wstęp do muzeum lub do kompleksu świątyń. Wybraliśmy tę drugą opcję (20 INR+50 INR za aparat)- SKAN.Zdecydowaliśmy się na półdniowe safari, które powinno rozpocząć się o 16.00, ale niestety się opóźniło. Ponadto nie kwapiono się, by dać nam wliczoną w cenę wodę (należy się upomnieć). Kolejnym defektem Safari, był tłok w pikapie, gdzie znalazło nie 6 a 13 osób. Wielbłądki były fajne, podobnie jak cała przejażdżka. Ze względu na wietrzną pogodę nie dane nam było ujrzeć zachodu słońca i postanowiliśmy wrócić wcześniej. Uwzględniając te "drobne" problemy polecamy wybrać inne biuro niż CARAVAN SAFARI SKAN, na które my się zdecydowaliśmy. Można też ewentualne wykupić oddzielnie przejazd na pustynię i oddzielnie zapłacić właścicielowi wielbłądów (zaoszczędza się wówczas 40-90 INR). Po odbytej przejażdżce na camelach w zwyczaju jest także dawanie napiwku dla wielbłądzich przewodników (my daliśmy 10 INR, jednak nasz przewodnik wykazywał wyraźne rozczarowanie, trudno więc powiedzieć jaka kwota jest odpowiednia, oczywiście ta płacona przez białego). Wróciliśmy około 20.00, a zachód słońca zastał nas w zatłoczonym pikapie.

16. 11.07.06
Rano robimy drobne zakupy, jednak zdecydowanie największy wybór tekstyliów, skórzanych butów i biżuterii był w Jaipurze. O 16.00 mamy planowany pociąg do Delhi. Standardowo ma drobne opóźnienie i wyjeżdżamy o 16.30. Jedziemy najbardziej luksusową opcją indyjskiego pociągu (2 tier). Przedziały są oddzielone zasłonkami, są w nich po 4 osoby. Poza tym jest klimatyzacja, pościel i koce. W trakcie podróży chodzi niewielu sprzedawców, więc można spokojnie pospać. Podobne warunki są w 3 tier, a jedyną różnicą jest 6 osób w przedziale, a bilety są tańsze. 20-godzinna podróż mija szybko i przyjemnie.

28.jpg17. 12.07.06 Pociąg ma drobne opóźnienie i przyjeżdżamy na stację Old Delhi Railway Station po 12.00. Delhi przeżyło okres ulewnych deszczy, ale na szczęście wraz z naszym przyjazdem nastąpiła przerwa w monsunie. Na ulicach stoją kałuże wody, pełno jest martwych zwierząt i a fuuu szczurów.......Zatrzymujemy się w New City Palace z widokiem na Wielki Meczet. Bliskie położenie słynnego Jama Masjid to jedyna zaleta hotelu. Pokoje są małe, upstrzone mrówkami, a koszt to 300 INR za 2-kę z coolerem i fanem. Restauracja położona na dachu podczas monsunu jest bezużyteczna, gdyż nie mają zadaszenia. Na szczęście w pobliżu jest Mc Donald's i z chęcią korzystamy z usług fast fooda, którym w kraju normalnie byśmy wzgardzili. Udajemy się na zwiedzanie Wielkiego Meczetu - 150 INR za aparat SKAN, wstęp jest bezpłatny (w sumie zrobiliśmy 3 zdjęcia, a najlepsze wyszło spod hotelu z zew. Meczetu). Należy pamiętać, że buty, które należy zdjąć, można wziąć do ręki i spokojnie z nimi zwiedzać. U wejścia czatuje wielu naciągaczy, którzy każą sobie słono płacić za pilnowanie butów (50 INR). Sam Meczet jest monumentalny, jednak mokre posadzki i zajście z "pilnowaczami butów" psują nam zwiedzanie. Kupujemy resztę prezentów na Chandi Chowk (jest dużo badziewia, ale w większości są ceny). Znajdujemy fajny sklep z kadzidełkami, perfumami w kremie i innymi suvenirami - Gulabsingh Johrimal - duży wybór, miła obsługa i niskie ceny SKAN.

18. 13.07.06
Dzisiejszy dzień jest pożegnaniem z Indiami - krajem kontrastów, który fascynuję, ale bywa też uciążliwy. Jednak wraz z upływem czasu to te kolory Indii się pamięta, a uciążliwości zaczyna się traktować jako specyfikę kulturową - po prostu orient. Wymeldowujemy się z hotelu i zostawiamy w nim bagaż - gratis. Metrem, ze stacji Chawri Bazzar udajemy się 2 stacje do Rajiv Chowk (koszt 6 INR za osobę), aby zjeść tam syte śniadanie w Pizza Hut (w Indiach zaczynamy lubić fast foody-profanacja normalnie). Następnie pieszo udajemy się do Janpath Market-brak cen, ale duży wybór bawełnianych ciuchów, biżuterii, butów, pamiątek. Jednak świadomość 400%-owej marży szybko nas męczy. Postanawiamy więc jeszcze trochę pozwiedzać i tuktukiem za 250 INR w obie strony udajemy się do Qutb Minar. Fajny kompleks z początków muzułmańskiego panowania w Indiach, ale wysoki koszt (250 INR/os., a obywatele Indii - 10 INR). Minaret jest imponujący (nie można jednak wchodzić na górę), spacer po kompleksie zajmuje ok. 1h. Znajduje się tam też słynna Iron Pillar, niewiadomego pochodzenia żelazna kolumna licząca 2000 lat (przez tak długi okres nie koroduje!). Funkcjonuje przepowiednia, iż osoba, która zdoła objąć kolumnę będąc do niej odwróconym plecami osiągnie spełnienie swych marzeń. Niestety realizacja wiecznej szczęśliwości jest utrudniona, gdyż ogrodzono kolumnę i pilnuje jej strażnik. Na lotnisko można dotrzeć metrem (niebieska linia, ostatnia stacja Dwarka Section 9 - maksymalny koszt to 21 INR/os.. Z tego miejsca jest ok. 5-6 km do lotniska (więc ok. 30 INR za tuktuka). My, zmęczeni negocjacjami przy zakupach i w związku z czekającą nas długą podróżą, wybraliśmy opcję bezpośredniego dojazdu i zapłaciliśmy 200 INR za 2 os. za tuktuka.

19. 14.07.05 Na lotnisko w New Delhi pasażerowie są wpuszczani na 3 h przed wylotem, jeżeli przyjeżdżasz wcześniej jest opcja skorzystania z poczekalni tuż przy lotnisku (jest płatna 30 INR jeżeli przyjeżdża się wcześniej niż 5 h przed odlotem).
Więc Goodbye India........
New Delhi-Istambul (4.00 czasu indyjskiego - 8.00 czasu tureckiego)
Istambul-Warsaw (10.50 czasu tureckiego - 12.20 czasu polskiego)
Turkish Airlines - w porządku, polecamy! .

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;