|
Tytułem wstępu Udało się - kojeny projekt doszedł do skutku. Chciałem bardzo mocno podziękować wszystkim którzy mieli swój wkład w organizację wyprawy: przede wszystkim rodzinie, znajomym z pl.rec.motocykle Karolowi, Kuczu, Michałowi, Mirosławowi Biedroniowi z Urzędu Miasta Tarnowa, firmie Bodoni, pani Agnieszce Wojtowicz, sklepowi autokosmetyki.pl, Panu Zarywskiemu, portalom tarnow.pl i geozeta.pl Przygotowania do wyprawy Arktyczny szlak 2006 Warszawa, dzień zero
Jutro wyjazd... powoli wszystko zaczyna się układać po mojej myśli, jakoś to wszystko ogarniam. Dziś szalony dzień - położyłem się spać przed 3 rano, o 6.40 pobudka i jazda do Nowego Dworu Mazowieckiego, oddać motocykl na przegląd, wymianę płynów i opon. Godzinę póż niej melduję się u Michała - uzgadniamy co trzeba wykonać i odwozi mnie na dworzec PKP. Godzina jazdy do Warszawy. Pociąg ma opóźnienie, dojeżdzam dopiero koło 10. Teraz trzeba trochę popracować. Godzina 18 telefon do Michała - motocykl do odebrania, dogadujemy się z Karolem i Ewka na 19. Motocykl Karola mimo ze tez cb500 prowadzi sie trochę inaczej, inne regulacje, skoki dźwigni. Parę minut przed godziną 20 dojeżdzamy do Nowego Dworu. Sprawdzam motocykl wszystko w poprządku, długa rozmowa z Mchałem na temat wyprawy oraz tego na co zwracać uwagę w Norwegii. Odjeżdzamy chwilę po 21, tankowanie zakupy i nareszcie można się pakowac! Kończę kolo 3 w nocy - ni9e ma siły wyjeżdzam 10-11. Warszawa -> Wilno -> Miedniki Po nie przespanej nocy odpuszczam poranny wyjazd i wyruszam dopiero okolo godziny 11. Upal, goraco, termometr w Zegrzu pokazuje temperature powietrza 32 stopnie, a asfaltu 48! Czuje to bardzo mocno. Droga duzo lepsza niz w zeszlym roku, niestety duzo remontow ktore opozniaja moja jazde. Obiad w przydroznym barze, tankowanie i jedziemy dalej. Okolo godziny 17.30 docieram do granicy. Ostatnie telefony z Polski, przejazd bez zbednych kontroli, tankowanie. Pogoda psuje sie okropnie, zakladam kurtke przeciwdeszczowa. Przed wjazdem do Marijampole zaczyna sie ulewa. W deszczu klucze chwile po miescie zanim znajduje wlasciwa droge. Remonty w tym roku przesunely sie bardziej na zachod, wiecej szutrowek mijanek i tym podbnych niespodzianek. Podroz strasznie sie dluzy, do tego pada coraz mocniej. Do Trakai docieram juz po zapadnieciu zmroku, kompletnie przemoczony. Calkowita porazka okazaly sie rekawice Held, natomiast musze powiedziec ze jedyna rzecza ktora zachowala suchy stan sa buty Daytony. Ruszam w kieunku Wilna, potem na Minsk. Litwini maja dziwna manie umieszczac drogowskazy w ostatniej chwili, a poniewaz nowe opony i ostre hamowanie w deszczu to nie jest dobre polaczenie, kilka razy przjezdzam zjazd. W koncu okolo godziny 24 (na Litwie czas jest przezuniety o godzine, docieram do Miednikow. Goraca herbata z mieta, wspanialy gulasz, kanapki i do spania - jestem mocno zmeczony i mokry. Miedniki ->Tallin
Miała być wczesna pobudka a zrobiła sie 10 rano... wszystko przez nie naładowany telefon. Pakowanie, sniadanie (co nie było takie proste ze względu na ilości jedzenia przygotowane przez mamę Alexa). W końcu przed 12 jestem w trasie, jeszcze tylko zatankować i wjazd na nudna autostradę Wilno - Panavezys. 140 kilometrow ze stala prędkościa 130km/h - poprawej pola, po lewej pola... Nareszcie koniec! Kierunek północ, trochę robot drogowych ale nie jest źle. Granica to czysta formalność (chyba nawet szybciej niż rok temu). Potem Bauska i tankowanie - coś zaszybko to paliwo znika, chyba trzeba będzie zmienić sposób pakowania i nie kłaść nic na górny kufer. Kilka km przed Ryga objazd - znowu stracę czas. Jednak po paru km humor mi sie poprawia - znak ostrych niebezpiecznych zakrętów przez kilkanaście kilometrów, miła odskocznia od Via Baltiki. Jak nic bedę teraz tędy jeździł, trafić w miarę prosto - w miejscowości o nazwie Iecava skręcamy na Varpas/Baldone. Po dojeździe do P89 skręcamy na Ryga/Salaspils. Jeżeli ktoś nie planuje odwiedzin stolicy Łotwy powinien kierować się potem już na Salaspils, zaoszczędzi trochę drogi :-) Dojeżdzam nareszcie do najpiękniejszego fragmentu Via Baltiki, która miedzy Rygą a Parnu biegnie tuż nad samym morzem, wystarczy zjechać kilka metrów z szosy by być na bałtyckich plażach. Pogoda jest wspaniała ciepło praktycznie bezchmurne niebo. Krótki odpoczynek na zrobienie kilku kanapek, telefon z potwierdzeniem rezerwacji w hostelu i ruszam dalej. Nie chwalcie dnia przed zachodem słońca - ślepo wierzyłem ze remont Via Baltiki się skończył... na szczęście to tylko ostatnie 40km na Łotwie. Granica i jedziemy dalej, powoli się sciemnia. Godzina 22, ciągle jasno i w końcu cel - Witamy w Tallinie! Jeszcze tylko przebić się przez miasto, tutaj warto zwrócić uwagę że dość często, a na pewno częściej niz w Tarnowie lub Warszawie występuje zakaz skrętu w lewo... Może to napsuć sporo zdrowia ;) O 22.30 melduję się w Hostelu Alur - jeżeli ktoś szuka taniego noclegu w samym sercu stolicy Estoni, mogę z czystym sercem polecić. Szybko rozpakowuję się, marzę o prysznicu... Zajęte... Nic szkoda mi czasu i taki prosto z drogi ruszam z aparatem w miasto. Mimo godziny 23, ciagle jest w miarę jasno. Spacer wspaniałymi uliczkami starówki, mnóstwo osób, miasto żyje mimo poźnych godzin. Mieszanina osób, języków, słychać polski, estoński, fiński, angielski, niemiecki. Niezwykłego klimatu dodają palące się pochodnia przed większością restauracji, obsługa ubrana w stroje stylistyką nawiazujące do średniowiecza. Czasem ma się wrażenia jakby człowiek cofną sie kilka wieków wstecz. Związek Radziecki praktycznie nie odcisną piętna na tym mieście lub estończycy bardzo szybko je z siebie zrzucili. Całodzienna trasa zrobiła duża pustkę w brzuchu więc postanawiam coś zjeść w Revali, miłej restauracji na talińskim rynku. Drona nutka ekstrawagancji i wybieram stek z łosia w sosie pieprzowym - coś wspaniałego. Najedzony do syta ruszam dalej w miasto i zatrzymuję się w Moly Malone - muzycznym pubie w angielskim stylu, lecz zachowującym estoński klimat. Muzyka na żywo, mnóstwo pięknych kobiet i zimny Upcider. Jest poźno w nocy gdy wracam do Hostelu, jeszcze prysznic i spać. Tallin -> Helsinki -> Jyvaskla
9 rano, pora wstawać, już wiele osób znikło z hostelu, miedzy innymi Japończyk, który podróżował yamaha sr500, a z którcym nie zdarzyłem wczorja porozmawiać. Śniadanie, prysznic i idę zobaczyć Tallin za dnia. Jak sie okazało jest równie piekny jak nocą. Mnóstwo zachowanych elementów architektóry z dawnych lat, wykończeń itp. Nawet nowe lub odnowione sklepy, lokale gastronomiczne, nawiązują stylistyką do dawnych lat. Rynek Starego Miasta - mnóstwo straganów z wyrobami lokalnych rzemieślników: czapkami, elementami okuć drzwi, ceramiką szkłem, wyrobami z drewna. Idę dalej w kierunku informacji turystycznej gdzie dowiaduję się o promy do Helsinek. Następnie kieruję się na wzgórze Toompea w okolice siedziby prezydenta Estonii i katedry Aleksandra Newskiego. Szczególnego uroku i klimatu nadają dziewczęta sprzedające informatory i kartki pocztowe ubrane w stroje nawiazujące do średniowiecza. Oczwiście standardem jest to że zawsze posiadaję znaczki pocztowe, co często jest problemem w innych miejscach na świecie. Zdjęcie na tle panoramy Tallina i czas wracać do hostelu - zbliża się godzina 13, o której obiecałem zabrać swoje rzeczy. Z hostelu wjeżdzam motocyklem na starówkę (co tutaj nie jest żadnym problemem i nie trzeba naginać żdanych przepisów, choć trzeba trochę pojeździć żeby znaleźć miejsce do skrętu w lewo, o czym już wczoraj pisałem). Szybko odnajduję pub Św. Patryka, gdzie według informatora jest tanie i dobre jedzenie. Wybieram kurczka z ryżem w sosie pistacjowym - pyszności :-) Jeszcze tylko nakarmić motocykl i ruszam na prom... Tutaj czekała mnie nie miła niespodzianka. Wszystkie miejsca na prom w niedzielne popoludnie są zajęte - cała Finlandia wraca do domów. Nie pomaga ładne uśmiechanie się do pań w okienkach - nie ma rezerwacji - nie ma biletu... W końcu po prawie 2 godzinach oczekiwania "zwolniło się" jedno miejsce w pierwszej klasie (jak się poźniej kazało miejsc trochę było, ale innego sposobu na sprzedani biletów pierwszej klasy nie mieli). Zamias planowanych 50-60 euro płacę prawie 100... Humor poprawia mi spotkany Fin - motocyklista. Pyta mnie się gdzie jadę, po czym daje mapę i mowi - tutaj możesz dojechać ta drogą, ale nie zobaczysz nic ciekawego, lepiej jedz tędy, choć droga wolniejsza, ale ciekawsza. Informuje mnie też o zagrożeniach i na co uczulona jest fińska Policja. Twierdzi że mają tylko 400 wypadków w ciągu roku i wszystkie spowodowane przez pijanych kierowców - tak więc ostrożnie z alkoholem gdy jeździcie po Finlandii. Jedzie w moim kierunku, więc odprowdzi mnie prawie do samego Lahti. Kolejną rzeczą ktora poprawia mi humor są zalety pierwszej klasy - lunch, przekąski oraz napoje w dowolnej ilości, w tym mój ulubiony Upcider (oczywiście w ilości ograniczonej). Wyjście na pokład, chwila oddechu morskim powietrzem i czas schodzić pod pokład do motocykla. Zaraz za odprawą czeka na mnie "mój" fin. Krótka przejażdzka przez miasto, na każdy światłach informacje na temat okolicznych zabytków i wjeżdżamy na autostradę. Ograniczeni prędkości jest do 120 i Fin mimo poteżnego motocykla którym spokojnie może rozwinąć prędkość dwa razy większą jedzie caly czas równiutko 120km/h. Zjazd z autostrady, postój na stacji benzynowej pożegnanie ze znajomym i samotnie ruszam w stronę Jyvaskyla. Zgodnie z podpowiedzią nowego kolegi trzymam się bocznych dróg, które mimo to posiadają świetną nawierzchnię oraz dobre oznaczenia. Każdemu jadącemu na północ w stronę Jyvaskyla polecam odbić w Lahti na drogę numer 24 (kierunek Asikkala/Vaaksy), następnie drogą numer 314 kierunek na Sysma. Tutaj należy uważać na rondzie w centrum miasta, chyba ze ktoś lubi szutrowe drogi :-) Zamiast skręcić w lewo jadę prosto, mijam ostatnie zabudowania, znak ostrzegawczy i koniec asfaltu! Zaczyna się polna droga... Jakie jest moje zdziwienie jak widze znaki drogowe ostrzegające o niebezpiecznych zakrętach, każda dróżka odchodząca w bok ma swoją nazwę. Po kilku kilimetrach wracam na asfaltowe szlaki. Powoli zacyna ciemnieć. Droga wzdłuż jeziora Paijane jest przepiekna. Z Sysmy należy się kierować na drogę 612 na miejscowości Luhanka, dalej drogą 610 na Korpilahti. Po dojeździe do głównej drogi nr 9 na Muurame i Jyvaskylę. Już bez większych przygód około godziny 23 dojeżdzam do Jyvaskyla. Recepcja, odebranie kluczy i zestawu przeżycia i spać :-) Summer School Opening Ceremony
Pierwszy dzień w Jyvaskyla, trzeba sie w końcu rozpakować, wczoraj nie miałem na to siły. Po śniadaniu pedzę na uczelnię na pierwsze zajęcia i odebrać dokumenty oraz materiały dotyczące uczelni. Następnie chwilka na kontakt z rodziną przez internet i zakupy. Co mnie szalenie zdziwiło tutaj nadal jest sezon na truskawki! Mają trochę inny smak niż polskie, ale również są smaczne. Po obierdzie pewdze na do Muzeum Środkowej Finlandii na ceremonię otwarcia 16 Letniej Szkoły w Jyvaskyla. Niecierpliwość, oczekiwanie czy spotkam kogoś z zeszłorocznych znajomych? Jestem już na miejscu, okazuje się że nawet pierwszy. Spotykam Julię z Sankt Petersburga, potem pojawiają się Kasia i Piotrek mieszkający tutaj już od jakiegoś czasu i związani z uczelnia razem ze swoim niedawno narodzonym dzieckiem. Chwilę po przemówieniach oficieli docierają Michał i Tomek, który przespał jedną przesiadkę i nie zdążył zameldować się w recepcji. Anna zaprasza wszystkich do konsumpcji sałatek. Zajeliśmy miejsca na świerzym powietrzu i rozmawiamy na temat tego co wydarzyło się w ciagu ostatniego roku. Ostatnim oficjalnym punktem programu jest koncert chóru Ruamjai. Ach te fińskie dziewczyny ;-) Teraz czas by udać się do pobliskiego pubu rockowego - Sohwi. Luźna atmospera, czas by poznać nowych ludzi z różnych dzwinych zakątków świata: są hiszpanie, włosi, rosjanie, białorusini, ukraińcy, amerykanie. Mimo poźnej godziny niektorzy chcą dalej się bawić. Tamara rzuca hasło "idziemy tańczyć" i dość spora grupa udaje się do dyskoteki Ratikaleri. Wychodzimy z tamtąd parę minut przez 2 w nocy, w końcu jutro zajęcia. O dziwo jest już w miarę jasno, nocy praktycznie tutaj nie ma. Jest tez bardzo ciepło około 19 stopni. Kilka zdjęć Jyvaskyli nocą i w okolicy godziny 3 docieramy do akademików w Kortepohja 4 dni w Jyvaskyla
Postanowilem opisać je razem, ponieważ byly w zasadzie podobne - rano zajecia na uczelni potem, obiad a wieczorem coś ciekawego czyli Social Program. Uczestniczylem w 2 kursach fizyki PH1 - "Concepts and Questions in Nuclear Astrophysics" i PH2 "Nuclear Structure" prowadzonych przez naukowców ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Szwecji. Więcej informacji na temat samych zajęc można znajeźć pod adresem Summer School. We wtorek zaplanowano wycieczke autobusem po najciekawszych miejscach w Jyvaskyla, miedzy innymi na wieżę widokową górującą nad miastem. Wieczorem wybralem się z moim wspolokatorem Aleksjejem na wieczorny spacer po Jyvaskyla. Środa to czas spedzony w Sohwi i klubie Kharma, to jak tam tanczyla barmanka jest nie do opisania. Czwartek to dzien przeznaczony na tradycyjna finska saune. W tym celu udalismy sie do Kiviniemi, starego drewnianego osrodka okolo 30minut piechota od Kortepohja, w ktorym sa dwie opalane drewnem sauny: dymna (w ktorej czesc dymu zostaje w srodku) i parowa. Po saunie zostajemy w kilka osob i rozmawiamy o zwyczjach w Finlandii, Polsce, Hiszpani i Białorusi, a Tina uczy nas podstawowych zwrotów po fińsku. Potem zabawa w trudne zdania w naszych jezykach. O dziwo Dawidowi z Madrytu całkiem nieźle idzie język polski. Przy okazji dowiaduję się że jak już bede w Kuopio, to powinienem udać sie na Tori - targ, by sprobować tradycyjnej fińskiej potrawy - kalakukko. W drodze powrotnej rozmawiamy z Tina na temat fińskiego rynku muzycznego. Nie jest przypadkiem ze na ostatniej Eurowizji Finlandie reprezentowało Lordi - ostrzejsze brzmienia to najcześciej słuchane utwory w tym kraju. Gdzies daleko w tyle znajduje sie muzyka tradycyjna, nieco folkowa, pozostałe rodzaje muzyki sa gdzieś na szarym końcu. Piątek - ostatni dzień mojego pobytu na letniej szkole. Po zajeciach bieganie po miescie, zakupy, kartki itd. Zawsze intrygował mnie protestancki kosciółek w centrum miasta - tym razem nie odpuściłem sobie zobaczenia jego wnętrza. Wieczorem małe przyjecie pożegnalne na ktore przychodza wszyscy. Jestem w szoku i jest mi bardzo miło - w tym roku udało się nam naprawde zgrać. Na koniec przyjeżdża jeszcze Magda i imprezujemy do późna. Jyvaskyla -> Kuopio -> Raate
Wczesna pobudka - o 6 rano już na nogach. Tak mało czasu a tyle do zrobienia - spakować się, wrzucić wszystkie graty na motocykl, oddać cześć zednych rzeczy Magdzie i Tomkowi na przechowanie, oddać butelki do sklepu. Uff udało się, dochodzi 10. Jeszcze tylko pożegnać się z Sonią - dziewczyną od truskawek :-) Nareszcie kierunek Laukka, niby słońce ale wcale nie jest aż tak ciepło. Nic do Kuopio wytrzymam. Kilka fajnych zakrętów, potem autostrada, 180 kilometrów za mną i już widzę Puijo - wzgórze górujące nad Kuopio, na którym to znajduje się wieża widokowa i skocznia narciarska. Bilet, zapalniczka "I love Finland", pamiątkowa naklejka i jedziemy na górę. Widoki niesamowite, choć podobne jak rok temu w Lahti, kilka fotek, gorąca kawa, odpoczynek. Ciekawe gdzie jest Tori - market na którym powininem kupic kalakukko. Spojrzenie na plan miasta - w samym centrum, mam tylko nadzieję że nie będzie cieżko tam dojechać. Na oznaczenia na fińskich drogach zasługują na pochwałę i juz na głównej drodze jest drogowzkaz na targ. Jeszcze tylko znależć miejsce rzeby stanąć i idziemy szukać tej przedziwnej potrawy. Mnóstwo rzemieślniczych wyrobów, występy zespołów, nieco warzyw, mnóstwo lapin hilta - pomarańczowych lapońskich malin, trochę tradycyjnej odzieży - tak właśnie wygląda fiński targ. Nie odmawiam sobie przyjemności kupienia choć odrobiny malin, by choć je sprobować (w zeszłym roku widziałem je tylko na fotografiach w muzeum). Kalakukko okazuje się ponad kilogramowycm chlebem z zapieczonymi w środku rybami, lub jak się potem okazało może zawierać też zupełnie inne nadzienie (grzyby, mięso, słoninę, warzywa). Jest to najbardziej tradycyjne fińskie danie, popularne we wschodniej części kraju, wywodzące się z dawnych czasów gdy nie bylo prostą rzeczą wrócić z pola lub polowania na lunch. Tak samo był to jeden ze sposobów przechowywania mięsa lub ryb - po upieczeniu zachowuje świerzość przez 2 tygodnie. Tradycyjnie powinno być podawane z mlekiem i polane roztopionym masłem. Dość tych kulinariów czas w drogę - kierunek Via Karelia. Na bocznych drogach krajów północy można zapomnieć o stacjach benzynowych - są tylko w miasteczkach, czasem oddalonych o 80km. W zbiorniku robi się coraz większa pustka, w końcu na oparach docieram pod dom gdzie widzę ludzi. Nie znają angielskiego, ale na migi dogadujemy się ze nie mam paliwa i potrzebuję coś z tym zrobić. Pakujemy 10litrową bańkę i jedziemy samochodem do drugiej wioski. Teraz już wiem czemu nie ma stacji benzynowych - tutaj większość ma swoje zapasy paliwa. Cena za paliwo trochę duża, ale nie mam wyjścia. Na pierwszej napotkanej stacji benzynowej kupuję 6 litrową bańkę na paliwo - teraz mój zasięg to ponad 400km. Ciepła kawa tankowanie do pełna i kierunek na Raate. Robi się coraz póżniej i chłodniej. Do tego jeszcze dochodzi remont Via Karelii na dość długim odcinku. W okolicach godziny 20 udaje mi się dotrzeć do końca drogi i rekonstrukcji szlabanu jaki stał w tym miejscu w 1939 roku przez fińsko - radziecką wojną zimową. Chwila odpoczynku u czas szukać miejsca na nocleg. Po drodze zwiedzam jeszcze zrekonstruowane umocnienia sprzed wojny. Skręca m dowiedzieć się o domki letniskowe, lecz gospodarze mówia że są już zajęte, ale jak chce to mogę rozbić namiot koło ich domu. Mogę skorzytać z wszystkich wygód jak kuchnia, sauna prysznic. Po dość chłodnym dniu to bajka. Muzeum wojny zimowej -> Kuusamo -> Ruka -> Juuma
Wspaniały ciepły poranek w Finlandii, słońce wysoko na horyzoncie. Moi gospodarze zapraszająna sniadanie - mam okazję zobacyzć jak ono wyglada w tym kraju. Na bogato zastawionym stole konfitury, platki owsiane, kawa, herbata, warzywa, konfitura z zurawiny, ciemny chleb (rzecz bardzo charakterystyczna dla tych stron). Nigdzie jednak nie widzę mleka... Zamiast tego dzbanek z sokiem jabłkowym... Nic to trzeba eksperymentować i pierwszy raz w życiu jem płatki z konfiturą zapijając je sokiem :-) Przy posiłku rozmawiamy na temat życia tutaj na północy. W zimie temperatury oscylują w okolicy minus 25 stopni celsjusza, jest około metra śniegu, słońce pojawia sie tylko na moment. Pytanie czy życie tutaj jest cieżkie bardzo dziwi moich rozmówców - tu żyje sie normalnie, nie narzekamy. Pytam się o tradycyjne jedzenie fińskie - dostaję kawałek miesnego kalakukko, oraz placek z lapin hilta. Dziś już nie tak łatwo znaleźć te owoce - w czasech młodości tych państwa było ich znacznie więcej. Powodem tego stanu rzeczy są wysychające bagna - naturalne środowisko życia tych roślin. Tematyka rozmowy powoli zaczyna dotyczyć reniferów - zawsze spotkałem się z potrawami w któryh mięso tych zwierząt bylo w bardzo małych kawałkach - gospodarze częstują mnie kawalkiem pieczeni. Jak się okazało hodują oni te milutkie zwierzęta, co jest o tyle interesujące że większość czasu spędzają ona w lesie. Pytam sie czy nie ma obawy o nie - każda grupa hodowców ma określony rejon, a każdy renifer ma unijne oznaczenia, zbliżone do tych które u nas stosuje się dla krów. Raz w roku wszystkie zwierzęta zagania się w jedno miejsce, młode oznacza się, wybiera osobniki przeznaczone na ubój i wypuszcza z powrotem do lasu. Po śniadaniu czas na pamiątkowe zdjęcia w tym zdjęcia promujące gospodarstwo moich finów - http://www.raatteenpetobongaus.fi/. Chwilę poźniej gospodarz ruchem ręki daje znak bym poszedł za nim. Zaprowadził mnie do zagrody dla reniferów, otwartej od strony lasu, w której daje im pić i jeść. Na jego wołanie zaraz pojawia się małe stadko - najmłodszy i najbardziej ciekawski postanowił obwąchać mnie z każdej strony. Kończy się im woda, ale nim zdarze zaproponować swoją pomoc Fin odpala quada, zapina przyczepę na której jest beczka z wodą i podwozi ja do zagrody. Taka praca na roli bardzo mi odpowiada :-) Trzeba się pożegnać i jechać dalej - wręczam kilka upominków moim gospodarzom, oni zapraszają mnie do ponownego przyjazdu. Po drodze do muzeum zatrzymuję się przy jednym z pomników i ścieżce przyrodniczej - udaje mi się znależć lapin hilta w ich naturalnym środowisku, co bardoz mnei cieszy. Około godziny 11 podjeżdzam pod muzeum - od razu zaciekawia mnie wejście mające imitować umocnienia przestrzelone pociskiem większego kalibru. Bogactwo eksponatów, makiety, symulacje, prezentacje multimedialne i materiały filmowe to standard fińskiego muzealnictwa. Prezentowane są nie tylko elementy związane z Finlandią, ale również znajdziemy tutaj wyposażenie wojsk radzieckich. Film ukazuje nie tylko tragedię ludzi ewakuowanych ze swoich domów które zostały spalone (żeby wróg nie miał gdzie się schronić), trud fińskich żołnierzy, ale również cieżką dolę radzieckich wojsk. Ktoś bardzo mądrze wysłał (z obawy że żołnierze z północnych terenów mogą przechodzić na stronę wroga) do walk w tych trudnych zimowych warunkach ukraińców... Warto tutaj wspomnieć o samej bitwie - finowie mieli tylko 3600 żołnierzy lecz bez cieżkiego sprzętu i artylerii, rosjanie mieli ponad 6 krotną przewagę w ludziach, ponadto 188 dział i 45 czołgów. Rosjanie nie potrafili jednak wykorzystać swojej przewagi - 163 dywyzja strzelecka została całkowicie zniszczona, a 44 dywizja straciła 70% swojego stanu wyjściowego. Praktycznie całe wyposarzenie dostało się w fińskie ręce... Tak duże straty rosyjskie związane były z tym że Finowie w wiekszości walczyli na terenach w których mieszkali, w wiekszości pochodzili z terenów wiejskich - las był dla nich drugim domem. Ogromny wpłym na morale armi radzieckiej wywarli snajperzy - w cywilu myśliwi, którzy dzisiątkowali oddziały wroga. Ocenia się że Stalin mogł stracić w całej wojnie zimowej do miliona żołnierzy (zabitych, rannych i zaginionych) blisko 2000 czołgów, co przy stratach przeciwnika rzędu 70tyś. najlepiej ukazuje skuteczność fińskiej taktyki. Po wyjściu z muzeum udaje się na miejsce upamiętniające te tragiczne wydarzenia - Winter War Monument. Pośrodku pola o powierzchni około 30-40tyś. metrów kwadratowych, usłanego 20tyś. kamieni, upamietniających żołnierzy poległych na tej ziemi, zarówno fińskich jak i sowieckich, znajduje się konstrukcja z zawieszonymi dzwonkami - każdy z nich to jeden dzień wojny. Duże wrażenie wywierają eksponaty w drodze do pomnika - radziecki czołg w bezruchu od ponad 60-lat, szczątki samolotu... jakby spadł przed chwilą... Po wczorajszych kłopotach z paliwem postanawiam nadlożyć drogi, żeby kupić paliwo w Suomussalmi - pamiętam że rok temu na pewno była tam stacja Esso, na której przyjmują moją karte płatniczą. Szybkie tankowanie, umycie kasku, parę fotek i czas w drogę. Pytam się o inne stacje Esso na mojej drodze i dostaję mapke z zaznaczonymi w całej Finlandii - jestem uratowany ;-) Drogą 843 przez Hosse i Murtovaare dojeżdzam do Kuusamo. Na wszelki wypadek postanawiam sprawdzić czy znajde inna stację benzynową na której mogę płacić kartę. Rezygnuję po 30 minutach krążenia po miasteczku. Pogoda naprawde cudowna, dość ciepło jak na okolicę koła podbiegunowego :-) Kolejnym celem na dziś jest zdobycie Ruki - wzgórza wysokiego na 462 metry, silnego ośrodka narciarskiego miedzy innymi ze skocznia K120, górującego nad miasteczkiem o tej samej nazwie. Na szczyt prowadzi droga o dość sypkiej nawierzchni - za to widoki wspaniałe. Chwila odpoczynku, nagranie krotkiego materiału z wjazdu na Rukę i czas ruszać w drogę. Główną drogą jadę na Juumę i Park Narodowy Oulanka. Obszar ten o powierzchni 270 kilometrów kwadratowych, unikatowa mieszanka przyrody Północy i Wschodu, sławny był już pod koniec XIX wieku. Pierwsza propozycja by uczynić go Parkiem Narodowym została wysunięta już 1897 roku. Wielu artystów zaczeło odwiedzać te tereny, naukowcy Vilho Pesola i Einari Merikallio zaczeli badania i opracowywali mapy (finansowani przez producenta czekolady Karla Fazera). Ostatecznie park ustaniowiono w 1956 roku, nastepnie powiększano jego obszar w 1982 i 1989. Od Fina spotkanego na promie dostaję instrukcję jak dojechać w ciekawe miejsce. Jest drogowskaz - teraz 11,5km prosto. Potem skręt w szutrówke i zaraz po 600 metrach w lewo w jeszcze większy szuter pomieszany z piaskiem :-) Teraz jeszcze tylko 5km kilka konkretnych dołków, zjazdów i podjazdów i staje przed Base Camp. Krotki rekonesans co to jest i dostaję pozwolenia na rozbicie namiotu nad brzegiem jeziora Ala-Juumajarvi, a przyokazji drobne zakupy: woda, koszulka z logo parku oraz mapa trasy. Przygotowuje sobie miejsce na noc, szybko posiłek i czas na Pienikarhunkierros, czyli Małą Pętlę Niedźwiedzią, szlak po najciekawszym fragmencie tego obszaru. Cała trasa z Juumy ma około 12km - z Base Camp około 10,5km. Wąwozem docieram do rzeki - w tym miejscu znajduje się domek z młyńskim kołem, krag ogniskowy, troche sprzętu ratunkowego gdyby ktoś wpadł do wody. Wszystko oczywiście otwarte dla turystów i można z tego korzystać do woli. Schody do nieba i już idę górą nad dolina rzeki. Kilka punktów widokowych i kolejna baza turystyczna. Tym razem przeszło to moje najśmielsze oczekiwania - domek z piecykiem, drewniane łóżka i nawet jedzenie pozostawione przez poprzedników... w tym momencie żałuję ze nie mam przy sobie śpiwora i zapalniczki - noc w tej chatce na pewno byłaby wygodniejsza nież namiot... Nic za rok tu wróce :-). Dośc ciekawym wynalazkiem są też schrony - małe niskie domki, przypominające budy dla psa z wyjściem skierowanym na krąg ogniskowy. Doliny, wodospady, jeziora, wiszące mosty, drewniane schody i niczym nieskażona przyroda - to jest to co można znaleźć na Pienikarhunkierros. Kto nie odwiedził tego miejsca, nie odetchnał tutejszym powietrzem, nie poczuł bliskości natury - ten nie widział tego co najlepsze w Finlandii. Słońce znikło już za horyzontem gdy wracam szczęśliwy do swojego namiotu... To były jedne z najpiękniejszych 4 godzin w moim życiu :-) Teraz czas na sen... W poszukiwaniu ametystów i rzeki miłości - Juuma -> Koło podbiegunowe -> Sodankyla -> Kistala -> Pokka -> Lemmenjoki
Pobudka o 9, idę do Base Camp na poranna toaletę i przy okazji załapuję się na śniadanie. Plan na dziś - przekroczyć koło podbiegunowe, przejechać szutrowy odcinek z Kiistala do Pokka i dotrzeć do Lemmenjoki - największego Parku Narodowego w Finalndii - 2767 kilometrów kwadratowych powierzchni. Około 10 opuszczam Base Camp i po wydostaniu się z szutrów jadę główna 5-tką. Bardzo szybko w prawo skręca Via Karelia... Będzie motywacja do przyjechania za rok :-) Mniej więcej w tym samym czasie przekraczam Arktic Circle - stan licznika 2503km. Pierwszy przystanek to Kemijarvi - stacja Esso, tankowanie. Kierunek Sodankyla - postanawiam pojechać drogą 962 koło Parku Narodowego Pyhatunturi - standardowa droga jest dość nudna - 3km prostej 4 zakręty - i tak w kółko :-) Okazało się to trafną decyzją. Widoki wspaniałe (nagranie krótkiego filmu), a tuż przed Luosto natrafiam na kopalnię ametystów. Z parkingu czeka mnie 3km spacer pod gorkę, standardowo przynajmniej polowa po kładkach. Roślinność wyraźnie uboższa od tej z okolic Juumy. Po dojściu do kawiarni, pełniącą również rolę kasy biletowej okazuje się ze pod sama kopalnie można dojechać szutrówką, choć po kilku godzinach na motocyklu lepiej rozprostować trochę nogi. Do wejscia na teren kopalni mam jeszcze kilka minut (są o każdej pełnej godzinie), co wykorzystuje na odpoczynek i zimny napój. W końcu otwierają się wrota kopalni i schodami udaję się na szczyt wzgorza zwanego Lampivaara. Tam moja grupa w której są ludzie z Finlandii, Szwajcarii, Holandii spotyka się z przewodnikiem. Pierwszym punktem zwiedzania jest opowiedziana w dowcipny sposób historia tych gór i dlaczego właśnie tutaj są ametysty oraz czym w ogóle one są. Ametyst to odmiana kwarcu, zanieczyszczona przede wszystkim żelazem i aluminium, ktore to zwiazki decuduja o barwie kamieni. Jak powstały? Gorąca lawa w momencie zastygania miała w sobie pęcherzyki gazowe zawierające rożne związki. Z czasem, oczywiście w rozumieniu geologicznym, substancje zaczeły sie krystalizować tworząc też między innymi kwarce. Materiał skalny z wyniku ruchów skorupy ziemskiej wędrował po naszej planecie aż dotarł na obszar dzisiejszej Laponii. Cechą charakterystyczną dla minerałów z Lampivaara, jest występowanie trójkolorowych (fioletowy ametyst, czarny kwarc dymny i biały - mleczny) kwarców jednocześnie (tylko tutaj jak do tej pory znaleziono takie okazy). Kamienie te miały ogromne znaczenie dla ludów zamieszkujących te ziemie a sama góra była święta, udawali się na nią tylko szamani. Ten stan rzeczy utrzymał się do połowy lat 80-tych gdy kopalnia została odkryta. Ametysty znane są rownież w mitologi, związane z Dionizosem, jako chroniące przed skutkami pijaństwa. Więcej na ich temat znajdziecie w wikipedii. Po wykładzie i pokazie znalezionych tutaj egzemplaży udajemy się cała grupą na stok by znależć swoj kamień. Zasady są proste - ametyst musi zmieścić się w naszej dłoni, możemy zabrać tylko jeden kamyk. To co wydaje się na pierwszy rzut oka proste, wcale takim nie jest. Mnostwo kamieni, wszystkie podobne do siebie - jak znależć ten najcenniejszy? Jak wybrać? Czas goni. W końcu znajduję co chciałem - ponieważ dziś są urodziny mojej mamy postanawiam przeznaczyć go na prezent dla niej. Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i powrót do motocykla. Zastaję go dokładnie w takim samym stanie jak go zostawiłem - w końcu to Finlandia :-) Po godzinie docieram do Sodankyli, przypomina mi się poprzednia wyprawa gdy właśnie tutaj próbowałem zwiększyć temperaturę silnika. Tankowanie drogą numer 80 przez Vaalajarvi jadę w kierunku Kittila. Około siedmiu kilometrów przed tym miasteczkiem odbijam na północ. Droga pomiedzy Kiistala a Pokka to około 50km ubitego szutru, wśród wzgórz i lasów. Gorzej jak wpadają na pomysł remontować tą drogę i wysypują świerze kamyczki :-) Nagrywam kilka filmików z przejazdu i docieram w końcu do asfaltu. Słońce coraz niżej nad horyzontem i przydało by się znależć cos do spania. Nie widzę nic interesującego więc postanawiam dojechać do osady Lemmenjoki, skąd prowadzi większość szlaków. Po dojeżdzie na miejsce małe rozczarowanie... Najbliższy domek jest okolo 15-20km od miejsca w którym jestem. Zostawiam motocykl na parkingu i udaję się na "nocna" wycieczkę w poszukiwaniu schronu lub tipi. Rezerwowe wyjscie to rozbicie namiotu na parkingu. Odpoczynek w Inari i Ivalo czyli Murmańsk 303 ->
Po nocnej wycieczce budzę się dośc późno. Śniadanie i krótki spacer nad rzekę ścieżka przyrodniczą. Co około 200-300 metrów są tablice informacyjne mówiące o parku. Na tym terenie żyje kilka tysięcy reniferów z trzech różnych związków hodowców. Ciekawostką i niewątpliwą atrakcją tych okolic są tereny złotonośne o których wiedzianio już na początku ubiegłego stulecia. Skąd wzieła się nazwa Lemmenjoki - Rzeka Miłości - obszar parku jest znacznie cieplejszy niz pozostałe terany Laponi, lepsze możliwosci rozwojua dla roślin. W języku Sámi, Leammi znaczy gorący, lecz z biegiem czasu ludzie zaczeli skracać tą nazwę i wyszła miłosna okolica ;-) Pakuję się i jadę do Inari, tam w informacji turystycznej dowiaduję się o możliwości bezpłatnego skorzystania z komputrów w bibilotece. Jest to dla mnie o tyle ważne że powoli kończy się miejsce na karcie pamięci w aparacie - nauczka na przyszy rok zeby wziąść 2. Niestety okazuje się ze komputery nie mają nagrywarek, a łącze jest za wone żeby przesłać je w krótkim czasie na serwer. Szybka decyzja - jadę do Ivalo, sąsiedniego i znacznie większego miasteczka - tam może będzie łatwiej. Dodatkowo tam mogę zatankować płacąc kartą i jest drogowskaz koło którego bardzo chciałem mieć zdjęcie - Murmańsk 303 ->. W zeszłym roku dopiero przy tym znaku uświadomiłem sobie jak daleko zawędrowałem. Jak dla mnie droga numer 4 (E75) pomiędzy Inari i Ivalo jest najpiękniejsza w całej Finlandii. Mnóstwo zakrętów, łuków, jezior i wzgórz. Zupełnie co innego niż nudne główne drogi. Wchodzisz w prawy zakręt, zaraz za nim lekko pod górę, na szczycie eska, kawalek prostej, duuzy łuk w lewo i jeziorko po lewej, kilka następnych zakrętów i jeziorko z prawej,a droga biegnie wzdłóż brzegu, chwila i jedziesz groblą. Do celu dojeżdzam przed godziną 18stą - okazuje się że kafejki nie mają, a jedyny sklep elektroniczny jest już zamknięty, dobrze ze udało się zatankować bez problemów. Pamiątkowe fotki i wracam do Inari. Planuję zatrzymać się na kempingu w pobliżu centrum miasteczka. Okazuje się ze małe domki mają już zajęte a za duży 4 osobowy nie zamierzam płacić. W drugim o nazwie Uruniemi, standard zauważalnie niższy, dodatkowe opłaty za prysznic ale mają za to 2 osobowe kabiny, a cena znacznie niższa (20 euro za cały domek). Jak się potem okazało całkiem przyzwoite miejsce i warto się tam zatrzymać. W końcu chwila relaksu i czas na przygotowanie posiłku. Moją uwagę zwraca dwóch Finów - jeden na FJR1300 drugi na Varadero, jak się okazuje to nie będzie jedyne spotkanie z nimi. Jeszcze prysznic, spacer nad jezioro z aparatem w ręku i padam ze zmęczenia. Inari -> Kirkenes -> Berlevag czyli koniec świata
Poranek w Inari - śniadanie, porządki w kufrach a na koniec spacer nad jezioro. W samym miasteczku zatrzymuję się przy kościele protestanckim, odbudowanym po wojnie, w latach 1951-1952 z pieniędzy przekazanych przez międzynarodową wspolnotę luterańska. Poprzedni kościół z 1888 roku uległ zniszczeniu podczas bombardowania w 1940 roku (fińsko-radziecka wojna zimowa). Tylko dzwon nadawał się do ponownego użytku i do dziś bije w tej lapońskiej wiosce. Miłym zaskoczeniem są dla mnie przygotowane napoje dla strudzonych turystów - klasa którą pokazują Finowie. Wnętrze jest maksymalnie proste i funkcjonalnie, nie znajdziemy tutaj dzieł sztuki. Ostatnie spojrzenie na miasteczko i drogą numer 4 jadę na północ. Po kilku kilometrach skręcam w prawo na drogę 971. Robi ona na mnie dziwne wrazenie... Porzucone wraki samochodów, stare lodówki, mnostwo innych gratów... Tego nie widziałem ani wcześniej ani później w Finlandii. Dojeżdzam do granicy - mam tylko cichą nadzieję że przejście graniczne nie okaże się dostępne tylko dla tubylców. Jakież jest moje zdziwienie gdy okazuje się że sa tam tylko 2 kamery otwarty szlaban i ograniczenie do 40 :-) Ehhhh... kiedy między pozostałymi krajami Uni znikną granice. Pogoda wyraźnie się pograsza, słońce zostało u Finów. Norwegia wygląda zupełnie inaczej, roślinność żadka, drogi znacząco gorsze - do naszych troche im brakuje, ale tylko trochę. Dojeżdzając do głownej drogi (E6) chmury stają się coraz gęstsze i spadają pierwsze krople deszczu. Skręcam w kierunku wschodnim, mijając po drodze stręfę wojskowa, w ktorej nie można robić zdjęć, ani nawet zatrzymywać się. Wjeżdzając do Kirkenes, pod halą widowiskową spotykam duże stado reniferów. Szybki plan działania: znależć informację turystyczną, przegrać zdjęcia z aparatu na płytę, zjeść coś, kupić bilet na prom i zatankować. Rozpieszczony fińskim traktowaniem turystów, jestem zawiedzniony - plan miasta formatu A3 (baaardzo pratyczny), obsluga tłumaczy dojście to każdego punktu na zasadzie prosto tą ulicą potem w lewo i tam się pan zapyta..." Dość szybko znajduję zakład fotograficzny, oczywiście nie ma problemu ze zgraniem zdjęć... tylko cena na koniec trochę szokuje (50pln). Nic nauczka na przyszły rok brać 2 karty pamięci :-) odpuszczam szukanie lokalnych przysmaków i postanawiam zjeść cos na szybko u chińczyka na lokalnym targu (nawet tutaj skubańcy dotarli). Pomysł jest na hamburgera i frytki, ale że kucharztylko po lokalnemu mów (i zapewne po swojemu) wychodzi z tego udko z kurczaka :-) W sumie nie jest źle. Teraz tankowanie - okazuje się że podobnie jak w Finlandii nie lubią tutaj mojej kart płatniczej, oby akceptowali ją na Esso. Po nakarmieniu motocykla udaje się na poszukiwania nabrzeża z którego odpływają promy. Pierwsze pytanie - czy prom zabiera pojazdy i będzie miejsce dla mojego maleństwa - nie ma problemu. Cena - 500pln - nieciekawa, ale trudno, za bardzo nie mam wyjścia ( granica opłacalności). Dobrze to może jakieś zniżki dla studentów? A tak mamy, to będzie 400pln (jupi już jest dobrze :D) Przejmuje mnie młody pracownik i od rau przeprasza - szef się pomylił i podał panu cenę dla samochodu - pan zapłaci 160pln... Bardzo miłe rozczarowanie :D DObra teraz tylko jeszcze dojechać do Berlevag przed 22 - jest godzina 16, a przede mna około 280-300km po najdalej wysuniętych na północ terenach. Mimo szczelnej pokrywy chmur jedzie się dość przyjemnie, do czasu... Wyjeżdzam na płaskowyż, temperatura spada do około 8 stopni, do tego zimny wiatr od morza i żadnych drzew czy innych osłon od wiatru. Ubieram na siebie wszystko co tylko możliwe. Zostało tylko 30km, stan drogi coraz gorszy, czasem szutrowe odcinki. Udało się! W oddali majaczą domostwa, ja stoję przy tablicy Berlevag. Jest coraz zimniej. Teraz znaleźć informację turystyczną i miejsce gdzie można by się ogrzać, napić ciepłej herbaty. Jak się okazuje jedynym czynnym miejscem w tej miejscowości jest kemping - pensjonat, pełniący również rolę informacji. Pubów ani restauracji nei udałomi się namierzyć, jak również pogoda nie zachęcała do bliższego poznawania miasta. Mieścina ta, najbardziej wysynięta na północ na stałym lądzie sprawiała wrażenie opuszczonej. Niby wszedzie czysto, schludnie, stoja samochody pod domami - ale nigdzie nie widać ludzi ani zwierząt. Fakt byłem już w godzinach dość późnych - 20, ale i tak brak ludzi zastanawia. W schronisku robię sobię kolację i rozmawiam z właścicielem. Pyta się on mnie o mój motocykl, a gdy słyszy ze to tylko 500-tka, nie może wyjść z podziwu - tutaj same tysiące lub większe docierają. Jest on przekonany że jestem kierowcą najmniejszego motcykla jaki tutaj dotarł. Okazuje się ze pogodę zawsze mają pod psem... W lecie przewaznie jest około 15 stopni, choć zdarzają się dni ze chwilowo jest ponad 25 stopni. Za to w zimie, dzięki ciepłym prądom morskim temperatury oscylują wokół minus 10 stopni. W okolicach Bożego Narodzenia jest tutaj tylko 2-3 godziny szarówki, latem przez 2-3 miesiące słońce nigdy nie zachodzi. Pytam mojego rozmówce czy ciężko im się tutaj żyje - jest mocno zdziwiony moim pytaniem. Okazuje się że największym problemem mieszkańców tych okolic nie jest natura, a obawa o utratę pracy - miejsc do pracy tutaj mało i jak ktoś straci pracę musi przenosić się do innej wioski oddalonej o co najmnije 40 kilometrów. Kilka pamiątkowych zdjęć i udaję sie na przystań promową. Na pokładzie Nordnorge - trasa Hurtigruten
Oczekiwanie... Za moment powinien zjawić się mój prom. Ciekawość jak będzie wyglądał. Zza falchronu widać górne pokłady. Szybki on jest. Dobija do nadbrzeża i... pierwsze zaskoczenie - wszystkie trapy ładunkowe rozkładają się automatycznie. Od poczatku poszukiwań możliwości przepłynięcia się promem wokół Norwegii zastanawiało mnie jak tam wjadę motocyklem? Po otwarciu burty oczom ukazuje się winda towarowa która zwiezie mnie do ładowni. Zabezpiecznie motocykla przez przewrotką, wydanie magnetycznych kart pokładowych dla mnie i motocykla i w końcu można udać się na pokład. Pierwszym punktem zwiedzania jest jeszcze meldunek na recepcji. Zaczynam zwiedzać poszczególne poziomy. Nordnorge, zbudowany w 1997 roku, to istne pływające miasto. Zabiera on 691 pasażerów, posiada 464 łóżek, 50 miejsc dla samochodów, 7 pokładów, długość 123 metry, szerokość 19,5 metra, tonaż 11.386 ton, prędkość 18 węzłów, port macierzysty to Narvik. Przepych i jakość wykończenia przypomina sceny z filmu Titanic. Znajdziemy tutaj sale dzienne, kawiarnie, bary, centrum fitness, saunę, bibiliotekę, sale konferencyjne, szpital, sklep z pamiątkami. Początki regularnej żeglugi wzdłuż brzegów Norwegi sięgają 1891 roku, kiedy to powstała idea połączenia Trondheim i Hammerfestu. Wtedy to dwie firmy Det Nordenfjeldske Dampskibsselskab i Det Bergenske Dampskibsselskab oferowały swoim klientom tą trasę lecz tylko w sezonie letnim. W tamtym czasie na północ od Trondheim było tylko 28 latarni morskich i tylko 2 mapy tych terenów, przez co pływanie podczas ciemnych (noc polarna) i sztormowych zim było niemożliwe. W maju 1893 roku rząd norweski podpisał kontrakt na letnia trasę Trondheim Hammerfest i zimowa Trondheim - Tromso. Rankiem 2 lipca tego samego roku statek Vesteraalen, opuścił macieżysty port w kierunku północnym, rozpoczynając tym samym komunikacyjna rewolucję, dając przemsłowi i mieszkańcom wybrzeża lepszy dostęp do zewnętrznego świata. W latach 1898, 1907 i 1914 wydłużano trasę o następne miasta w kolejności Bergen na południu, Vardso i na koniec Kirkenes na północy. W 100-letniej histori używano ponad 70-ciu statków, z czasem budując jednostki coraz bardziej ukierunkowane na turystykę. Dziś trasa ta, na której są 34 porty, związana z takimi miejscami jak Lofoty, Troll fjord, wyspa Skjervoy, Przylądek Północny czy Hammerfest zostala uznana za najpiękniejszą pozdróż morska na świecie. Padam ze zmęczenia i nadmiaru wrażeń... Dodatkowo jutro pobudka o 5 rano, a o 6 wyjazd na ląd w Honningsvag. Lokuję się na jednym z ogólnodostępnych miejsc, zasypiam. Honningsvag -> Nordkapp -> Alta
Port Honningsvag na wyspie Mageroya - znowu stały ląd - od nadmiaru wrażeń na Nordnorge już mnie głowa bolała ;-) Już tylko 2110 km do bieguna - gdzie mnie tak daleko poniosło? Zimno, a o 6 rano to pewnie żadnego ciepłego kąta w tej mieścinie nie znajdę więc kierunek północ. To tylko 40 km wiec powinno mi szybko pójść. O ja naiwny :-) Norwegowie dosc dziwnie oznaczają swoje drogi. Jadę cały czas prosto, trzymam się tego co wydaje mi się główna droga. Wjeżdżam do jakiejś wioski, nic w tym dziwnego, ale jak dojeżdżam do skały pod którą kończy się asfalt i jakakolwiek dalsza droga staje się niemożliwa. Hmmmm... o co tu chodzi? Nic trzeba się wrócić. Okazuje się ze główna droga to ta mała odchodząca w bok... od tej pory zaczynam zwracać uwagę na każdy znak drogowy w Norwegii, nawet ten który wydaje mi się mało ważny, bo a nóż tak oznaczyli główna drogę ;-) Jakby tego mało wjeżdżam w gęstą mgłę, widoczność spada praktycznie do zera, temperatura do 4-5 stopni Celsjusza. Po ponad godzinie od zjazdu z promu nagle droga zaczyna się robić szersza... zwalniam... przez mgłę majaczą jakieś budynki... hamowanie... Dojechałem na miejsce, bramki wjazdowe zobaczyłem z odległości 5 metrów super nie? I tutaj małe rozczarowanie - otwierają od 9 czyli prawie 2 godziny czekania w chłodzie :( na szczęście bramka podniesiona więc wjeżdżam - sprawy finansowe załatwię przy wyjeździe. Dobra wbijam się na parking i dla bezpieczeństwa pieszo sprawdzam co tutaj jest. Obszary na parkingu odgrodzone są dość niskimi głazami oddalonymi od siebie o około pół metra - powinno dać rade przejechać miedzy nimi. Znajduję główny budynek - krótka decyzja dojechać jak najbliżej niego. W słoneczny dzień bułka z masłem, przy takiej pogodzie nie jest to aż takie proste. Pamiątkowe zdjęcie przy drzwiach wejściowych, które są o dziwo otwarte (a powinny być też od 9 rano). Zjeżdżam z powrotem na parking zahaczam dość mocno o krawężnik, na szczęście rura wydechowa wytrzymała. Odstawiam motocykl i biegiem ogrzać się w środku. Okazuje się że muzeum otwarte jest specjalnie dla wycieczek z rejsów wokół Norwegii (Hurtigruten o czym pisałem wcześniej). Otwarty jest też sklep z pamiątkami, gdzie zaopatruje się w widokówki, drobne upominki dla rodziny i koszulkę z wyhaftowanym wizerunkiem globusa - symbolu końca Europy. Jeszcze tylko zdjęcie z trollem i biegnę na film ukazujący Nordkapp i całą wyspę z lotu ptaka o różnych porach roku i co najważniejsze przy ładnej pogodzie. Jest to niesamowite przeżycie, świetne ujęcia, bajkowa kolorystyka. Po seansie idę na obchód całego ośrodka - w górnej części znajduje się wspomniany wyżej sklep, punkt informacyjny oraz kawiarnie i restauracje. W podziemiach zejście do sali kinowej i tunel łączący z punktem widokowo-rozrywkowym. W tunelu tym jest kilka wnęk przedstawiających ważne wydarzenia z ostatnich 500 lat w dziejach przylądka. W sierpniu 1553 roku angielski statek "Edward Bonaventure" mija klif poszukując północnej drogi do Chin. Legenda głosi, że Kapitan Richard Chancellor pierwszy użył nazwy "Przylądek Północny", wyznaczając jego pozycję na mapie. Statek posiadał 48 osób załogi, uzbrojony w działa, dobrze przygotowany na każde spotkanie z wrogą flotą. W pobliżu wyspy Senja "Edward Bonaventure" traci z oczu dwa bliźniacze statki - "Bona Esperanza" i "Bona Confidentia". Kompletnie zagubieni szukali schronienia na wybrzerzu w okolicach dzisiejszego Murmańska - niestety nikt nie przeżył zimy w tych trudnych warunkach. Kapitan Chancellor wylądował w okolicy dzisiejszego Archangielska i saniami dotarł do Moskwy, gdzie został przyjęty przez cara Iwana Groźnego. Dzięki temu spotkaniu powstała British Moscovie Company, która 50 lat później była zaangażowana w połowy wielorybów na wodach północy. Pierwszym turystą przybyłym na Nordkapp był włoski ksiądz i naukowiec Francesco Negri, przybyły w zimie przy światłach zorzy polarnej. Gdy jego ciąg do wiedzy był zaspokojony jego największym pragnieniem był powrót do Dani, a potem z wolą bożą do rodzinnej Ravenny. 24 sierpnia 1795 roku dotarł tutaj książę Orleanu Ludwik Filip, późniejszy król Francji w latach 1830-1848. Razem ze swoim przyjacielem i służącym podróżowali oni pod zmienionymi nazwiskami, udając Szwajcarów. Dwa lata wcześniej został on zmuszony do ucieczki z rodzinnego kraju, po egzekucji swojego ojca. Był on pierwszym królewskim turystą na Nordkappie. Oskar II - król Norwegii i Szwecji, który przybył na przylądek rankiem 2 lipca 1873 roku. Ponad 300 osób przybyło by zobaczyć króla. Pomnik upamiętniający to wydarzenie znajduje się teraz w pobliżu wejścia do muzeum. Król zanim stanął na klifie, musiał wspinać się kilka kilometrów z wsi Hornvika - aż do 1956 roku była to jedyna droga by dostać się na przylądek. 12 lipca 1907 roku słońce o północy mógł podziwiać król Syjamu Chulalongkorn, któremu poświęcona jest też specjalna sala, o czym napiszę później. Szukasz najdalej wysuniętej na północ kaplicy? Znajdziesz ją tutaj na Nordkappie. Półmrok, delikatnie rozświetlony niebieskim światłem, surowe kamienne wnętrze - to sprzyja modlitwie i refleksjom. Ciekawostkami jest sala poświęcona wizycie na przylądku króla Tajlandii Chulalongkorn w 1907 roku. Znajdują się w niej pamiątki związane z tą postacią i jego podróżą do dalekiej Norwegii. Salę otwarła w 1989 roku księżniczka Sirindhorn, prawnuczka władcy. Na końcu tego długiego korytarza znajduje się bar z salą widokową skąd przy dobrej pogodzie można podziwiać bezkresne morze, odpocząć od zwiedzania i zrelaksować się trochę. Jak praktycznie wszędzie w północnej Norwegi nie mogło i tutaj zabraknąć miejsca związanego z II wojną światową. 26 grudnia 1943 roku 90 mil morskich na północny zachód od przylądka rozegrała się bitwa w wyniku której zatopiony został niemiecki pancernik Scharnhorst. Ze strony brytyjskiej brały w niej udział miedzy innymi: pancernik Duke of York, krążowniki HMS Belfast, Norfolk, Sheffield i Jamaica. o godzinie 19.45 jedno z poważniejszych zagrożeń dla konwojów płynących z dostawami do Murmańska przestało istnieć. Na koniec mojego pobytu na Nordkappie wypisuje kartki pocztowe do znajomych i przyjaciół, pije gorącą kawe. Wychodzę na dwór zrobić pamiątkowe zdjęć i przy globusie. Przechodząc obok motocykla przeżywam mały szok widząc oszroniony tankbag - trzeba mieć dużo samozaparcia by jechać w takie strony... Na szczęście mgła trochę odpuściła, dzięki czemu dane mi było zobaczyć Knivskjellodden - przylądek wysunięty dalej na północ niż Nordkapp, lecz dostępny tylko po 8km spacerze. Spotykam 2 Rosjan, którzy rowerami przyjechali na daleką północ... Oni dopiero musza mieć ciężko :-) Pozostało załatwić sprawę bilety i kierunek południe. Wracając na stały ląd mam możliwość podziwiać widoki - mgła zeszła. Jeszcze tylko bramki i jestem w tunelu - jednym z najgłębszych na świecie. Zimno, ciemno, mokry asfalt i bardzo ślisko. Najpierw długi zjazd w dół, potem pod górę. Światełko na końcu - jestem uratowany! Dojazd brzegiem fiordu drogą E69 do głównej E6. Pogoda nadal nie zachwyca, czasem tylko na chwilę wyjrzy słońce. W miejscowości Olderfjord zaczynają się nudne długie proste, z czasem zaczynają pojawiać się góry. Dojeżdżam w końcu do celu - Alty. Miejscowość ta, która uzyskała prawa miejskie dopiero w 1999 roku, położona jest w zachodniej części Finnmarku, na końcu Altafjoru. Dzięki swojemu położeniu letnie temperatury w ciągu dnia zbliżone są do tych w południa Norwegii, zaś w zimie chronione jest od większości sztormów. W trakcie II wojny światowej Altafjord był miejscem stacjonowanie niemieckiego pancernika Tirpitz, który został zniszczony w tym miejscu przez alianckie lotnictwo. Plan jest prosty znaleźć staję benzynową, zatankować (oby dało radę kartą), potem informację turystyczną, kemping i zwiedzanie malowideł naskalnych. Tankowanie się powiodło teraz za znakami dojechać do informacji... znowu Norwegowie genialnie to rozwiązali, trochę krążenia i to też się udaje. Miłą niespodzianką jest specjalny parking dla motocykli. W wielu miejscach są też umieszczone specjalne stojaki na rowery. Ludzi dużo nie widać, trochę osób kotłuje się w sklepach i kilku centrach handlowych. Obsługa w informacji już trochę bardziej rozgarnięta. Mam plan miejscowości, kilka namiarów na noclegi i sklepy, muzeum otwarte do późna. Podjeżdżam na kemping, chwila targowania i dostaje cieplutki domek - w końcu po całym dniu w chłodzie będzie się gdzie zagrzać. Motocykl rozpakowany, głód zabity - czas zobaczyć skalne malowidła. Otwarty 17 czerwca 1991 roku budynek Alta Museum wygląda z zewnątrz niepozornie - w środku standardowo jak na Norwegię znaczną część zajmuje sklep z upominkami, kawiarnia i kasa biletowa. Obsługa bardzo miła, nie ma najmniejszego problemu z pozostawieniem kasku i rękawiczek. Znajduje się tutaj zarówno część poświęcona prehistorii Finnmarku, jak również ta związana z samą Altą. Pierwsza z sześciu sekcji obejmuje czasy od wczesnej epoki kamienia aż do narodzin Chrystusa. Poprzez różnorodne tematy , wystawa wprowadza nas w bogactwa Finnmarku i jego prehistorie, które były studiowane przez naukowców począwszy od geologa i archeologa Andersa Nummedeal, który odkrył najstarsze osady w tej części Norwegii latem 1925 roku. Druga sekcja zajmuje się religią. Treść skalnych malowideł świadczy o tym że Alta była miejscem kultu w późnym okresie kamienia. Bogowie przedchrześcijańskiej religii Samów przedstawieni są na magicznym bębnie Runebommen. Chrześcijaństwo pojawiło się tutaj w średniowieczu, ale aż do roku 1500 nie odgrywało większego znaczenia. Pierwszy kościół zbudowano Alcie w 1694 roku. Prawdopodobnie już od XV wieku miasto posiadało targ, o czym mówi trzecia sekcja. Oficjalnie został on ustanowiony w 1836 roku, trwał 3 dni a odbywał się dwa razy na rok w grudniu i marcu. Czwarta, ostatnia z sekcji muzeum umiejscowionych w górnej części - poświęcona jest zasobom i przemysłowi. W XVII wieku bogactwa naturalne i przyjemny klimat przyciągały imigrantów z południowej Norwegii i Finlandii. Połów łososi w rzece, rybołówstwo we fjordzie, leśnictwo, wydobycie kamienia i miedzi, rolnictwo to główne źródła dochodów dla mieszkańców regionu. Ciekawostką jest niewątpliwie pływająca rekonstrukcja łodzi ze skóry. Na dolnym poziomie, znajdują się sekcje poświęcone militarnej historii Alty i Finnmarku oraz kopalniom miedzi i zorzy polarnej. Pierwsza z nich obejmuje okres od XIV wieku do wstąpienia Norwegii do NATO. Szczególny akcent położono na wydarzenia związane z II wojną światową oraz ewakuację i zniszczenie tych terenów w latach 1944-45. Sekcja Światła północy i kopalnie miedzi jest czasami zmieniana na tymczasowe wystawy. Czas zaczerpnąć świeżego powietrza i zobaczyć najważniejsze w tym miejscu czyli skalne malowidła. Pierwsze z nich zostały odnalezione w 1972 roku, a 3 grudnia 1985 roku zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W pobliżu muzeum znajduje się około 3000 rysunków z spośród ponad 5000 które zostały do tej pory udokumentowane. Najstarsze powstały prawdopodobnie 4200 lat p.n.e., zaś najwięcej powstało około 500 lat p.n.e. Ich treść jest dość różnorodna znajdziemy tutaj rysunki niedźwiedzi, reniferów, łosi, ptactwa, sceny połowów, polowań, rytuałów. Ciężarne zwierzęta zwykle rysowane są z młodymi widocznymi w środku ich matek. Wszystkie one stanowią ogromne źródło informacji na temat życia i zwyczajów pierwotnych mieszkańców tych terenów. Pełna trasa obejmująca wszystkie 14 przystanków to około 2,9km - potrzeba na nią około 90 minut. Tuż przed zamknięciem, około godziny 21 opuszczam muzeum i wracam do mojego ciepłego domku - zasypiam od razu. Słoneczne fiordy, Alta -> Tromso
Plan na dziś to dojechać do Tromso i dowiedzieć się o prom na Lofoty. Rano prysznic, porządki, przepakowanie motocykla i śniadanie. Około 10 wyjeżdzam na południe znana E6. Podoga nie grzeszy pięknościa, co niestety jest dla mnie codziennością w Norwegii. Z czasem zaczeło się jednak przejaśniać i fiordy powoli odkrywały swoje piękno. Góry, kręte drogi morze i lasy - czego chcieć więcej. Mimo ostrożnej turystycznej jazdy udaje mi się pozamykać opony, a własciwie same się zamkneły nawet nie wiedziałęm kiedy. Zakrętów jest tutaj naprawdę mnóstwo a drogi dużo lepsze - doskonały trening dla każdego motocyklisty. Często zatrzymuję, robię zdjęcia. Po 220 kilometrach docieram do Kafjordu, gdzie postanawiam sobie skrócić nieco drogę przepływając promem do Lyngen. Fiordy wprawdzie są piękne, ale mają tę złośliwą naturę, że chcąc dostać się z punktu A do B oddalonego o 5 kilometrów robisz ich 40. Wjazd na statek i mam 45 minut odpoczynku i relaksu przy podziwianiu widoków. Aparat fotograficzny ma jednak sporo pracy. Na promie spotykam małżeństwo z Polski, które podobnie jak ja było na Przylądku Północnym, a teraz zmierza do Tromso. Okazuje się że nastepny prom który trzeba złapać odpływa ze Svensby 15 minut po przypłynięciu do Lyngen. Trzeba będzie ostro jechać. Odpalam motocykl, obsługa promu puszcza przede mnie 4 samochody - nic spróbujemy ich wyprzedzić. Droga dziurawa i dość kręta, 2 samochody udaje się wyprzedzić ale do pierwszego miejsca daleko. Na szczęście oni chyba też spojrzeli na rozpiskę promów i nie żałują swoich silników. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku bo Policja nie jest pobłażliwa. Dojeżdzam co do minuty i okazuje się to zupełnie nie potrzebne, bo prom i tak czeka na pasażerów z Lyngen. Zdążyli na niego też i moi znajomi. Zaskakującym widokiem są dzieci myjące szyby w samochodach czekających na prom... Widać nie tylko stan dróg łączy Polskę i Norwegię. Tym razem rejs jest krótszy - po zaledwie 20 minutach zjeżdzam na ląd w Breivikeidet. Zadziajace jest to, że różnica w cenie promu jest niewielka - kilka koron, przy cenie około 70NOK (około 35pln). Późnym popołudniem dojeżdzam do Tromso - szybka decyzja, nie będę ryzykował wjazdu na prom bez kupienia wcześniej biletu, zostaje tutaj na noc. Znajduję kemping, rozbijam namiot i jadę na zakupy. Wieczorem solidna obiadokolacja i wstępne rozpoznanie miasta. Już zaczynają mi się podobać zakazy ruchu w okolicach starówki, znowu trzeba będzie kombinować - co śmieszniejsze pod każdym są inne godziny obowiązywania. Zobaczymy co będzie jutro. Pierwszy w dość słoneczny dzień w Norwegii. Tromso - miasto zorzy polarnej
Noc spędzona w namiocie nie należała do najcieplejszych, ale w końcu jestem ponad 400 kilometrów za kołem polarnym. Śniadanie i czas zobaczyć to największe miasto północnej Norwegii. Pierwszy w tym kraju słoneczny poranek - od razu poprawia mi się humor. Większa część miasta położona jest na wyspie na która można dostać się jednym z kilku mostów lub tunelem. Na początku udaję się do centrum w celu zakupu bilety na wieczorny prom. Dojazd nie jest jednak prostą sprawą ze względu na zakaz ruchu pojazdów mechanicznych w określonych godzinach. Muszę jechać zupełnie inna drogą niż dzień wcześniej. Zostawiam motocykl w pobliżu targu i pieszo udaję się do informacji turystycznej. Obsługa jak to w Norwegii - okazuje się że nie można nigdzie w Tromso kupić biletu, a jedyne rozwiązanie to zadzwonić na statek i dowiedzieć się czy mają wolne miejsca... Na szczęście kobieta na Trollfjordzie nie robiła większych problemów. Prom załatwiony, teraz czas na rozrywkę. Okazuje się że mam wielkie szczęście, ponieważ dzień targowy w Tromso to rzadkość Można znaleźć tam przede wszystkim wyroby lokalnego rzemiosł, ubrania, różne przysmaki jak krewetki, suszone ryby czy mięso. Szczególnego kolorytu nadawał kuter rybacki zacumowany tuż przy samym targu - dla zachęty można było spróbować morskich specjałów. Śniadanie w jednej z pobliskich kawiarni, krótki spacer po starówce, następnie udaję się w poszukiwaniu najdalej na północ wysuniętego Uniwersytetu. Założony w 1972 roku jest jednym z sześciu w Norwegii. Badania uczelni skupiają się na zorzy polarnej, kosmosie, rybołówstwie, biotechnologii, językoznawstwie, kulturze Samów, medycynie oraz szerokim spektrum projektów związanych z Arktyką. Logo to dwa kruki Hugin i Munin wywodzące się z mitologii nordyckiej - przynosiły Odynowi, najwyższemu z bogów, codziennie informacje co się dzieje w dziewięciu światach. W plątaninie dróg, tuneli, rond, zakazów wjazdu nie jest łatwo się połapać. Największym szokiem były dla mnie ronda w tunelach.. Trochę krążenia i udało się. Pamiątkowe zdjęcie i jadę dalej. Tromso posiada też najbardziej wysunięty na północ browar, ogród botaniczny i planetarium. Wracając na kemping odwiedzam bardzo zachwalaną, umieszczoną zresztą w logo miasta, katedrę Arktyczną. Zbudowana w 1965 roku, autorem projektu jest Jan Inge Hoving. Dla mnie okazała się ona jednym z najbardziej nieciekawych miejsc wyprawy.. Mnóstwo turystów, autobusów, a w środku właściwie nic. Do tego horrendalna cena biletu. Właściwie wszystko co wartościowe widać z kasy. Zastanawiałem, się czy może nie potrafią poczuć klimatu tego miejsca, docenić piękna protestanckich kościołów. Wtedy spojrzałem na zdjęcia kaplicy na Przylądku Północnym - czyli jednak da się stworzyć proste, surowe, a mimo to klimatyczne miejsce modlitwy. Na kempingu postanawiam trochę odpocząć. Pogoda jest przepiękna, wyciągam karimatę z namiotu i... opalam się. Choć może trudno w to uwierzyć, wszak do koło podbiegunowego jeszcze 400km, temperatura jest na tyle wysoka, że opalać się można bezstresowo. A może tak podziałało na mnie zimno... Porządki w kufrach przewietrzenie ubrań i ekwipunku, umycie choć trochę motocykla, spacer po kempingu i obiad. Tak mija mi reszta dnia. Z ciekawostek znajduje drobny polski akcent - opony "Dębica", z tym że użyte jako huśtawki dla dzieci. Jeszcze tylko spakować się i czas ruszać dalej. Do portu przyjeżdżam na długo przed przybyciem promu. Wieczorny spacer po starówce, znajduję dużo ciekawszą starą katedrę (niestety już zamknięta), jedyną drewnianą w Norwegii. Kilka ostatnich zdjęć i wypatrywanie promu. W końcu przypłynął. Załadunek i wychodzę na pokład by ostatni raz spojrzeć na Tromso. Miłym zaskoczeniem jest znajdujące się na górnym pokładzie jacuzzi, niestety też zamknięte. Nic to jutro skorzystam. Znajduję sobie ciepły kąt na samym dziobie statku, nade mną gwiazdy... Czego chcieć więcej?
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.morowiec.pl
|