Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wyprawa rowerowa: z Polski do Portugalii '2004
Dzień 1
29 lipca 2004
czwartek

km przejechanych od początku: 189
Trasa: Radom – Przysucha – Końskie – Radomsko – Częstochowa
Czas jazdy: 11:01, średnia 17,2 km/h max: 41 dystans: 189.95 start około 7:30

Prawdę pisząc po tym dniu byłem zmęczony, w drodze około 30 km przed Radomskiem łańcuch tak niefortunnie wplątał się, że musiałem pół roweru rozkręcić. Po drodze było trochę deszczu ale nie tak żeby przeszkadzał. W Częstochowie zatrzymałem się w Domu Pielgrzyma po 22zł/ dobę w pokoju wieloosobowym razem z dziwnym gościem, który mówił że jest pielgrzymem więc nie bierze prysznica co dało się odczuć od drzwi, siedzi tu już 6 dni. Jak wchodziłem do pokoju to klęczał po ciemku. Częstochowa....

Dzień 2
30 lipca 2004
piątek

Trasa: Częstochowa – Lubliniec - Strzelce opolskie - Kędzierzyn Koźle – Pietrowice.
km przejechanych od początku: 345,
Czas jazdy: 9:10, średnia: 16,9 km/h, max: 43, dystans: 155,59.

Ten dzień był tak samo męczący jak poprzedni. Co pozytywne – zaczynam się przyzwyczajać. Poprzedniego dnia był problem z jedzeniem – miałem potworną zgagę – i w ogóle  dosyć dziwne dolegliwości przewodu pokarmowego. Wnioskuję że mam większe zapotrzebowanie na węglowodany – jakieś 2 – 3 krotnie. Ale już wszystko wróciło do normy. Droga zrobiła się trochę pagórkowata, szczególnie za Kędzierzynem a już najbardziej za Pawłowicami przed Głubczycami. W Kędzierzynie jeden facet zaprowadził mnie rowerem 10 kilometrów bo miasto było trochę zagmatwane. Do Pietrowic trafiłem gdzieś po 21 jak już się ściemniało – czyli późno.

Dzień 3
31 lipca 2004
sobota

Trasa: Pietrowice – Krnov – Rýmařov – Šumperk – Štity.
km przejechanych od początku: 455
Czas jazdy: 8:18, średnia: 13,3 , max: 59 km/h, dystans 110,66 start 7:30
Pobudka była o 5, wstałem o 5:45, a na trasie o 7:30. Trzeba cholera się szybciej uwijać. Do Krnova do połowy trasy Rýmařov – Šumperk cały czas pod górę – z 3 godziny. Za to później zjazd trwał pół godziny z prędkością do 50 km/h. Pewnie dlatego tylu tu było rowerzystów, zresztą motocyklistów też. Polaków też w tych regionach jest trochę. Dziwne do tej pory nie widziałem żeby ktoś tak jak ja jeździł na rowerze. W Šumperku spotkałem gościa, który pochwalił się, że przejechał na tandemie z Šumperku do Maroka – nieźle.

Dzień 4
1 sierpnia 2004
niedziela

Trasa: Štity – Lanškroun – Svitavy – Polička – Hlinsko – Zdirec – Krucemburk.
km przejechanych od początku: 561,
Czas jazdy: 8:32, średnia: 12,4 km/h , max: 55, dystans: 105,99

Trasa zaczęła się ostrym podjazdem trwającym 1,5 godziny z prędkością 4-5 km/h ( raczej 4 ), później zjazd, dalej cały czas do końca podjazdy i zjazdy. Na szczęście nie tak tragiczne jak na początku. Trasa Svitavy – Polička była zamknięta dla samochodów więc teren wyglądał trochę jak popromienny. Dzisiaj minęły mnie pierwsze bandy wyprawowiczów rowerowych. Żeby dojechać do kampingu musiałem nadrobić około 5 kilometrów. Kemping jest bardzo dobry, najpierw minąłem ( 2 km) faceta który szedł z chłopakiem ( syn ? ), facet miał rozwaloną głowę do krwi, niósł śpiwór a do tego jeszcze padała ulewa. No właśnie – około 5-6 km przed kampingiem zaczęła się robić burza. Po dotarciu na kamping jak zacząłem mówić po angielsku to tak jakby co najmniej ufo zobaczyli. Tutaj wszyscy tylko po niemiecku ewentualnie mówią. Fatalnie. Dobra, mam nadzieję że jutro machnę trochę więcej kilometrów bo dzisiaj to trochę za mało.

Dzień 5
2 sierpnia 2004
Poniedziałek

Trasa: Krucemburk – Zditec – Havlíčkův Brod – Humpolec – Pelhřimov – Tábor
km przejechanych od początku: 667,
Czas: 8:23, średnia:12,5 , max: 50 km/h, dystans: 105,35

Zaczęło się najfatalniej jak do tej pory, rano o 4 pobudka, około 6 wyjazd. Zimno, temperatura na stacji benzynowej wskazywała na 15 stopni ale ja w dwóch bluzach jadąc pod górkę w ogóle nie pociłem się ! W nocy namiot przemókł i co chwile skapywały krople, nie wiem czy nie kropił deszcz ale nawet od rosy by się przemoczył, bo była duża mgła. Wschód słońca był koło godziny 6 czyli późno. Na początku szło z jazdą fatalnie – co chwila odpoczynki. Podjazdy i zjazdy takie jak wczoraj. Ale dzisiaj szło znacznie gorzej. Zero siły ! Ten dzień można by zaliczyć do dni kryzysowych. Cały czas obmyślałem czy nie zrobić jutro przerwy bo to się zrobiło trochę katorga i nagle po odpoczynku 15 km przed kempingiem odzyskałem siły i zachciało mi się jechać tak że jak jutro się będzie tak jak teraz to pewnie pojadę dalej. Może to też być spowodowane tym że podjazdy malały od 20-25 km przed Taborem lub / i że dojeżdżając do celu lżej się jedzie. W każdym bądź razie dziwna rzecz.

Dzień 6
3 sierpnia 2004
wtorek

Trasa: Tabor – Písek – Starokonice – Vimperk
km przejechanych od początku: 771
Czas: 8:10, średnia: 12,9 km/h max: 47, dystans: 103,9

Rano pobudka była o której chciałem czyli bez spinania się – o 7:30, wyjazd około 9. Trasa do Píska była dosyć płaska jak na warunki czeskie, dalej robiło się coraz gorzej aż 20 km przed Vimperkiem zaczęło się naprawdę ciężko. Po drodze minąłem 3-4 bandy podróżujących rowerzystów z czego jedna liczyła z 10-12 chłopa. Ogólnie dzień niezbyt ciężki poza ostatnimi 5-10 km, które co dziwne nie były obiektywnie ciężkie. Pole namiotowe dobre choć nie tak wysoki standard jak wczoraj. Dużo Holendrów – jak wszędzie. Jutro Niemcy, mam nadzieję że zrobię w końcu więcej kilometrów.

Dzień 7
4 sierpnia 2004
środa

Trasa: Vimperk – Strážný – Freyung – Passau – Schärding – Obernberg am Inn.
km przejechanych od początku: 904
Czas: 9:18, śr: 14,2, max: 63, dystans: 132,86.

Wstałem bez zbędnego pośpiechu o 7:30 zanim jak ruszyłem było sporo po 9. Trasa Vimperk – Strážný nietragiczna, w górę i w dół ale bez zabójczych podjazdów. Ostatnie zakupy w Czechach. Śniadanie na schodach przy sklepie i w drogę. Przed granicą ostatni obiad – ser żółty panierowany, małe piwo – zapchałem się. Po drodze minąłem ze sto tirówek, To jest czerwona ulica ! Przejście przez granicę przeszło moje oczekiwania. Pani celnik wzięła mnie na bok i zadała wiele sensownych pytań m. In.: czy palę ? ( ja – nie ), czy mam papierosy ( ja – nie ), czy mam nóż ? ( ja – mam ), czy mam nóż sprężynowy ? ( ja – scyzoryk ), czy tą forsę co wiozę ( 50 euro ) wziąłem z banku ? ( ja – z kantoru ), skąd mam tą podręczną torbę ? ( ja – ze sklepu rowerowego ), ile kosztuje ten telefon ? ( ja – 30 euro ). Nie wiem czy była ciekawska czy mnie wzięła za przemytnika, czy za złodzieja. Ale jedno jest pewne: jaki jest sens przekraczanie granicy na dowód osobisty ( tym bardziej że pani poprosiła mnie o drugi dokument oprócz paszportu ! ) jeśli i tak traktują cię jak murzyna ? Dalej trasa w Niemczech przebiegała dosyć nudno, w górę i w dół. Droga wyglądała jak autostrada, mało skrzyżowań, stacje benzynowe 50 – 200 metrów od drogi., drogi nie przechodzące przez miasta. Ceny do przewidzenia – drogo. Szczególnie na stacjach benzynowych. Domy ładne i zadbane. Passau – bardzo ładna miejscowość. Gościu z Austrii z którym gadałem mówi, że trasę naddunajską ( z Passau do Wiednia i  Budapesztu ) przejeżdża kilkadziesiąt tysięcy ludzi rocznie rowerami . Co było widać w mieście. Angole mieli nawet jakiś specjalny przewodnik w tym temacie. Ja na dwie godziny zgubiłem się w  mieście – nie mogłem znaleźć drogi. W końcu pojechałem drogą rowerową wzdłuż rzeki Inn. I to był błąd. Po wycieczce rowerowej po Gdańsku powiedziałem sobie, że żadną ścieżką rowerową nie pojadę. Złamałem obietnicę i mam za swoje, ścieżka w pewnym momencie przechodzi w las i leśną ścieżkę z wystającymi korzeniami ( ścieżka biegnie po stronie austriackiej ) na co straciłem kolejne pół godziny. W końcu wjechałem na normalną drogę, po ciemku dotarłem do pola namiotowego. Co ciekawe nikogo z obsługi nie było – a było to o 22:30.

Dzień 8
5 sierpnia
czwartek

Trasa: Obernberg – Braunau – Burghausen – Trostberg – Seebruck – Pnien.
km przejechanych od początku: 1024
Czas: 7:28, śr: 15,7, max: 52, dystans: 117,41

Tym razem wyruszyłem o 9:00 a wstałem o 7. Złożyłem rzeczy i poszedłem z rowerem do recepcji, a nie musiałem. Gdybym się sam nie zgłosił to nikt by nawet mnie nie zauważył. Były dwa wjazdy obok siebie ( 40 m od siebie ) i bym był 8,50 euro do przodu. Trasa nad Innem właściwie cała płaska do Braunau. Dalej już więcej pagórków. Trochę rowerzystów wyprawowych  po drodze ( nad Innem ). Droga do Trostberg pagórkowata. W Trostbergu pani w sklepie bardzo mi chciała pomóc z dojazdem do Altmarktu, mówiła że jest jakaś fajna ścieżka rowerowa. Niestety nie umiem bluźnić po niemiecku ( ona nie mówiła po angielsku ) bo bym jej powiedział co o tym pomyśle sądzę. Drogi są dobrze oznaczone ale czasami trzeba też pytać się, żeby upewnić się, bo czasami raz umieszczą miejscowość na drogowskazie raz nie. Po drodze miałem dziwny rozstrój przewodu pokarmowego. Dalej na trasie była miejscowość Seebruck – coś w rodzaju Władysławowa, z jeziorem Chiemsee i widokiem na góry, po tym widoku zmieniłem plany, bo miałem tam dziś jechać. Następnie miałem dojechać do miejscowości Prien i znowu mnie coś podkusiło, żeby zjechać na ścieżkę rowerową. Znowu straciłem czas, na szczęście tym razem mało. Kemping tutaj jest tak zatłoczony że facet się zastanawiał czy mnie umieścić – jak się upewnił że na ‘łan najt’ to mnie gdzieś upchnął. Kemping jest do tego dosyć duży, leży nad samym jeziorem. Tak że woda jest ode mnie 20 metrów.

Dzień 9
6 sierpnia 2004
piątek

Trasa: Prien – Aschau – Kufstein – Wörgl – Schwaz – Innsbruck
km przejechanych od początku: 1109
Czas: 7:57, śr: 15,7, max: 54, dystans: 125,40

Wstałem o 6:00 start trochę po 7:00 to rekord w szybkości zwijania obozu. Rano nawet nie było aż tak wilgotno jak zazwyczaj bywało gdzie indziej. Wschód słońca nawet nieźle wyglądał nad jeziorem zwłaszcza w otoczeniu gór. Nad jeziorem spało dwóch gości bez namiotów. Droga do Aschau to była ścieżka rowerowa równoległa do drogi o czym raczyli mnie poinformować kierowcy klaksonami. Kilka dużych podjazdów, a tak można powiedzieć że niezbyt ciężko. Dalej na trasie było przejście graniczne z Niemiec do Austrii przez niewidoczną granicę widoczne pod postacią końca drogi rowerowej i węższej drogi oraz większej gęstości zaludnienia w Austrii. Widoki ciekawe, góry ponad 2000 m npm. W Kufstein przystanek na żarcie: śledzie w śmietanie, ser żółty, nektarynka ( za 0,67 euro ) a wcześniej lód i śmietana. Z Kufstein do Wörgl jechało się coraz łatwiej, właściwie to pojazdy były sporadyczne, dużo motocyklistów, gęste zaludnienie, widoki jak w tatrzańskich dolinach i co ciekawe całkiem płasko – trasa wzdłuż rzeki i autostrady. Dużo kolarzy rekreacyjnych. Za miejscowością Szwaz zrobiłem zakupy 2 razy 1,5l wody, 4 śmietany, lód. Kilka kilometrów dalej zerwała się linka od tylnej przerzutki. Prawdę pisząc trochę mnie to podłamało, bo kilka lat temu próba wymiany linki skończyła się złamaną manetką. Wyliczyłem sobie, że zajmie mi ta naprawa najmniej 1-2 godziny, zajęła trochę ponad 1. Byłem sam tym zaskoczony. Dojazd do Innsbrucka powitał mnie chmurami i lekkim pokropywaniem. Miasto rewelacyjnie położone, z kamienicami podobnymi do tych które widziałem wcześniej w Passau. Góry naokoło i tysiące turystów z Japonii, Francji, Holandii , USA. Po drodze w dolinie Innu było dużo starych zamków, miast oraz tunel długości 1 km. Dojazd do kampingu zajął trochę czasu, tj. 15 minut, bo się znowu pogubiłem. Na kampingu większość przyczep, dużo rozmaitych turystów z: Francji, Włoch, Austrii, Niemiec, Hiszpanii. Umyłem siebie, ubrania i idę spać.

Dzień 10
7 sierpnia 2004
sobota

Trasa: Innsbruck – Telfs – Imst – Landeck – Sankt Christoph – Arlberg.
km przejechanych od początku: 1259
Czas: 9:11, śr: 11,8, max: 50, dystans: 109,5

Trasa zaczęła się jak dnia poprzedniego, czyli w miarę płasko tyle, że zaczął wiatr wiać w twarz więc rozwijane prędkości wynosiły w granicach 15 km/h. , Przed Telfs zrobiłem zakupy: konserwa, nektarynka, śmietana, dalej w drogę. Widoki po obu stronach rewelacyjne, widać było że dolina zaczyna się zawężać i wznosić w górę. Po drodze mijam kilku turystów rowerowych. Ciekawi mnie czy wracają z wycieczki po całych Alpach ? Nawet Inn staje się coraz bardziej wartki – to znak, że jadę coraz wyżej i stromiej. Dalej zrobiłem zakupy w miejscowości Landeck zrobione z myślą o niedzieli, nie wiadomo jak tu sklepy są czynne w niedziele i jak to będzie z tym w Szwajcarii. Po obu stronach drogi wznoszą się 3 tysięczniki, za to na horyzoncie zaczynają się chmury – jak to w górach. Z Landecku do S.Christoph powinno być 38 km jednak jadąc po górach to się zupełnie inaczej liczy. Podjazd był taki, że jechałem 5-8 km/h. Okazało się później że jechałem po czymś w rodzaju autostrady 1 pasowej przez tunele górskie. W tunelach straszny hałas. Przy stacji benzynowej podjechał jakiś pan ze służb drogowych i mówi, że nie mogę jeździć po tej drodze, pokazał że bym musiał bulić mandat, na szczęście pokazał drogę która okazała się nawet nie tak ciężka. Przejazd z St.Anton do St.Christoph to była katorga – podjazd o nachyleniu 13%, długości 4 km zrobiłem w godzinę i jak to w górach padało. W pewnym momencie w St. Christoph zapytałem się pana stojącego przy hotelu czy nie wie gdzie jest kamping, a on że za 20 km. Więc zaproponował nocleg za 30 euro ‘ special price’ i tak wylądowałem w hotelu 5 gwiazdkowym w normalnych warunkach ( tj. – łazienka + śniadanie ).

Dzień 11
8 sierpnia 2004
niedziela

Trasa: St. Christoph – Bludenz – Feldkirch – Vaduz – Sevelen – Sargans – Chur
km przejechanych od początku: 1375
Czas: 6:33, śr: 17,8, max: 52, dystans: 116,87

Zbudziłem się o 6 z groszami 30, wreszcie w ludzkich warunkach, mogę powiedzieć że odpocząłem na ile można odpocząć jeżdżąc po kilka godzin dziennie na rowerze. Na śniadanie zjadłem dwa talerze obiadowe wędlin, sera żółtego, boczku, smażonej wędliny, jajecznicy. Kelner nadskakiwał i wypiłem w końcu herbatę. Ledwo co wstałem od stołu z przejedzenia. Trasa była z górki przez 2 godziny. Pole namiotowe – owszem było około 10 kilometrów tak jak mówił pan w hotelu, ale z górki ! więc dotarłbym tam wczoraj w 15-20 minut. Chociaż co tu mówić jest dużo plusów tego spania w hotelu – przede wszystkim odpocząłem psychicznie. Widoki z przełęczy Arlberg rewelacyjne. Można by cała kliszę wypstrykać. No i zjazd. Na górze było wyraźnie zimno więc musiałem założyć bluzę. Na stacji benzynowej kupiłem loda i mapę Szwajcarii za jedyne 8,50 euro. Po wjeździe do Lichtensteinu ( FL ) od razu widać różnicę w stosunku do Austrii, widać że kraj bogatszy. Ładniejsze domy, lepsze samochody itp. Vaduz – małe miasto za to Lichtenstein dosyć mocno zaludniony. Po wjeździe do Szwajcarii praktycznie nie widać różnicy w stosunku do Lichtensteinu – wiem że mają unię celną ale czy podatkową ? Pojechałem na miejscowość Sevelen mimo że droga z Vaduz do Chur bezpośrednio jest krótsza, to widać było na mapie podjazd, a ja mam dość na razie podjazdów. Droga z Vaduz do Churu była płaska poza ostatnimi odcinkami, oraz z wiatrem w plecy poza ostatnim odcinkami. Trasa nie była trudna tyle że prawdopodobnie źle dobrałem pory posiłków, a właściwie w ogóle nie dobrałem, bo w pewnym momencie przeszła mi ochota na cokolwiek mimo, że przejechałem tylko 5 godzin, więc następne 1,5 h męczyłem się sam ze sobą. Szwajcarzy są trochę podobni do Amerykanów, częściej pozdrawiają, częściej się uśmiechają, są większymi indywidualistami. Kemping jest niezły, prysznic płatny ½ franka Ch - z nagłą przerwą w dostawach ciepłej wody bo opłata zawierała ciepła wodę na 3 minuty. Koło bungalowów posadzone są kwiatki. Fajnie to wygląda, dużo też flag szwajcarskich - podobnie jak w USA. Oraz imigrantów, którzy nie mówią po angielsku i po niemiecku też nie bardzo.

Dzień 12
9 sierpnia 2004
poniedziałek

Trasa: Chur – Flims – Ilanz – Disentis / Muster – Oberalppass – Andermatt
km przejechanych od początku: 1471
Czas: 9:22, śr: 10,1, max:45 dystans: 96,37

Pobudka o 5:30 wyjazd przed 7, dobry czas. Od początku pod górę, w miarę przejechanych kilometrów coraz bardziej pod górę, po drodze przerwa na jedzenie za jedyne 11 ChF, zjadam śniadanie –/ a właściwie 2 śniadanie. Dzisiaj tylko kilkanaście minut było po prostej  drodze, tak albo pod górkę albo z górki. We Flims dużo typowych Żydów, z myckami i długimi szatami. Disentis wygląda jak typowe miasto turystyczne z duża ilością ruchu turystycznego. Tutaj przerwa na loda, zakupy: mydło, śmietana i ruszam pod górę. W sumie podjazd na Oberalp pass 2044 m npm nie był taki zły. Znacznie gorzej było z podjazdem w Austrii na Alrberg pass. Tutaj przejazd był wydłużony do 20 kilometrów więc zamiast na planowaną 7-8 godzinę byłem trochę przed 6. Widoki po prostu rewelacyjne. Poziom 1444 m. npm – Andermatt, bardzo ładne ale już zdążyłem przyzwyczaić się do tych ichnich miast. Na kempingu za jedyne 11ChF za dobę, podładowałem akumulatory do telefonu. Zjadłem – niedużo, uprałem kilka rzeczy. Dużo rowerzystów wyprawowych – w tym trzy niemieckojęzyczne 30 - 35 letnie kobiety. Pierwszy raz widzę taką konfigurację. Dzisiaj mijałem też dużo rowerzystów wyprawowych jadących z góry na dół jak ja jechałem pod górę na Oberalp pass.

Dzień 13
10 sierpnia
wtorek

Trasa: Andermatt – Furkapass – Brig – Sierre – Sion.
km przejechanych od początku: 1607
Czas: 9:11, śr: 14,6, max:55, dystans: 154,5

Pobudka odbyła się o 5:30. Wyjazd był trochę późno bo sporo po 7. Wschód słońca w górach jest jeszcze lepszy niż nad morzem. Ranek bardzo zimny było 5 – 7 stopni. Przed wyjazdem wiał ciepły wiatr, 5 stopni cieplejszy niż temperatura powietrza. Podjazd do podnóża góry z przełęczą Furkapass dosyć łatwy. Za to dalej było znacznie gorzej. Nawet trochę gorzej niż wczoraj. Myślę że to dlatego ,że stromiej ( podjazd 890 m w pionie na 13 km w poziomie ) oraz, że było rozrzedzone powietrze. Po drodze w górę mijali mnie wszyscy odkolarzy po wyprawowiczów. Ostatni kilometr robiłem pół godziny. Widok z Furkapass bardzo fajny– z jednej strony widać podjazd – z drugiej zjazd widać – jak na mapie. Do tego rzeka –Le Rhône. W jednym zakamarku był nawet śnieg. Wysokość 2433 m npm robi swoje. Stąd było trochę pieszych szlaków górskich . Ciekawe na jaką wysokość się wchodzi ? Zrobiłem kilka, zdjęć założyłem dwie bluzy i pojechałem w drogę w dół. Aż mnie nadgarstki zaczęły boleć od hamowania. Od rana poza kawałkiem kabanosa nic nie jadłem więc czaiłem sklep – niestety przerwa w godzinach 12-14. Ale nie byłem aż tak bardzo głodny, 1,5 godziny później za nędzne 17 ChF kupiłem trzy konserwy, dwie nektarynki, cztery śmietany 0,25  25% i paczkę marsów. Oraz wypłaciłem 20 ChF z bankomatu. Droga dalej była w 90% z górki chociaż podjazdy też się zdarzały. W Brig ktoś postawił zakaz wjazdu dla rowerów na mojej drodze, nie pomyślał jednak o alternatywie. Ale po 30 sekundach patrzenia na mapę podjechał pan około 60 letni ( Anglik ) który powiedział że jedzie w tym samym kierunku  co ja i podprowadzi mnie do ścieżki rowerowej wzdłuż rzeki Le Rhône. Na początku jechałem 20 – 30 km tą ścieżką z prędkością 22-25 km/h , wiatr w plecy był prawie porywisty. Niestety moje obawy dotyczące ścieżek rowerowych sprawdziły się - ścieżka wiła się i wjechałem na zwykła drogę. W Sierre zeszło mi 30 minut zanim wyjechałem z miasta  – tak namotali, do tego zaczął wiać wiatr w twarz – jak to w Alpach zmiany kierunku wiatru są dosyć częste. Od  godziny  8 szukam pola namiotowego i po 30 sekundach znajduję szyld. Jest dość gorąco – to już klimat zbliża się śródziemnomorski – do tego burza. Francuski Szwajcar – właściciel pola namiotowego chodzi cały czas roześmiany. Standard pola trochę niższy niż w części niemieckiej Szwajcarii. Jak zwykle na polu namiotowym – dużo Holendrów.

Dzień 14
11 sierpnia 2004
środa

Trasa: Sion – Martigny – Col de la Forclaz – Chamonix
km przejechanych od początku: 1686
Czas: 7:28, śr: 10,8 km/h, dystans: 81 km

Po fatalnej i nie wyspanej nocy wstałem ledwo co o 5:30 może i później, jeszcze kropiło więc poskładałemmokre rzeczy i pojechałem na miejscowość Martigny. Trasa całkiem płaska w dolinie rzeki Le Rhône. Po drodze były zakupy – wydałem większość ChF. Podjazd na przełęcz okazał się największy do tej pory, trwał 3 h, tyle że nie było rozrzedzonego powietrza. Dobrze że po pół godziny przestało świecić słońce bo odpoczynki z powodu gorąca zamiast co 10 minut byłyby co 4 minuty. Dosłownie lało się ze mnie, słone krople potu zalewały mi oczy. Tak jak planowałem po trzech godzinach zajechałem na przełęcz. Skonsumowałem loda i zjechałem z powrotem na dół w stronę Francji. Kilka kilometrów przed granicą w miejscowości Le Châtelard zaczął się podjazd. Przejście graniczne raczej umowne, ktoś tam siedzi w budce ale nikt nic nie sprawdza. Podjazd trwał b.długo, zdawało mi się, że większość tego co zjechałem z przełęczy Col de la Forclaz teraz podjechałem. Po dojechaniu do Chamonix ogarnął mnie dół, nie wiedziałem co robić, zawiesiłem się. Prawdopodobnie za mało zjadłem jak na tak ciężki dzień i to przez to. Pani Francuzka kazała mi usunąć rower sprzed sklepu bo ludzie nie mogą przechodzić. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to iż to było centrum miasta i to ruchliwe a ja straciłem rower z przed oczu na kilka minut ale byłem tak zdesperowany, że kupiłem żarcie. Pojechałem nie bez kłopotu na kamping, tym razem pani z piekarni okazała się bardziej uczynna oraz gościu który mi nawet narysował na mapie gdzie jest kamping. Kemping jest średniej klasy choć ponoć ma trzy gwiazdki, kible są stojące. Dużo ludzi różnej narodowości: coraz więcej Hiszpanów. Ta miejscowość to takie Zakopane w wydaniu francuskim. W sumie Francuzi są trochę dziwni: raz chamscy, raz uczynni. Trochę jak Polacy. Trzeba będzie tłuc więcej kilometrów bo 80 ( a właściwie 70 ) to katastrofalnie mało.

Dzień 15
Czwartek
12 sierpnia 2004

Trasa: Chamonix – Sallanches – Albertville - Montmélian.
km przejechanych od początku: 1823
dystans: ~134 km śr:~14-15 km/h , max: ? , licznik się sam wyzerował.

Pobudka o 4:30. Wyjazd po 7:00. Trasa zaczęła się dobrze, aż było żal wyjeżdżać. Okazało się że nie ma drogi równoległej do autostrady do Albertville, trzeba było nadrobić 20 km po górzystych wiejskich drogach, po drodze pogubiłem się więc straciłem na tym 20 km, dodatkowo jedną godzinę na szukanie drogi. Najlepsze we wszystkim jest to, że praktycznie nie było drogowskazów. Po drodze pomógł mi pan majster z robót drogowych. Po drodze spotkałem Anglika ( albo Szkota ? ) który jeździł sobie po Francji – też się zresztą pogubił. Dalej było już trochę lepiej, droga z Sallenches do Megéve cały czas pod górę. Tego się nie spodziewałem. Za to zjazd za Megéve do samego Albertville. W Albertville pogubiłem się też, że jedną godzinę straciłem, aż znalazłem stary wypróbowany sposób – pojechałem drogą wzdłuż autostrady, oczywiście po wielu trudach trafiłem. Po drodze usiłowałem kupić mapę z kempingami, nadaremnie, a w księgarniach też nie ma. Co za dziwny, bałaganiarski kraj. Słabe oznaczenia dróg, brak map z kempingami.

Dzień 16
Piątek
13 sierpnia 2004

Trasa: Montmélian – Grenoble – Sassenage – Beauvoir-en-Royans.
km przejechanych od początku: 1947,
Czas: 7:49, śr:15,9 km/h, max: 49

Trasa zaczęła się od zgubienia drogi w Chambery. Pomyliło tym razem mi się – nie Francuzom. Ale w mózgu – zbluchałem ich niesamowicie. Pomogła mi pani która pokazała mi drogę – później okazało się że to ta która jechałem dwie godziny wcześniej. Po drodze zaczepił mnie jakiś ciemnoskóry i pytał skąd jestem, ja mu że z Polski, a on krzyczy: Boniek ! , Boniek ! Jak się okazało musiałem wcześniej zamiast na Grenoble jechać na Chambery. Dalej już jechałem lekko do Grenoble, dopóki mnie osa nie ukąsiła. Wpadła podczas zjazdu z górki pod koszulkę. Droga do Grenoble zrobiła się w pewnym momencie z górki i pod górkę, a później ogromna ilość świateł sygnalizacyjnych w miastach też opóźniała jazdę. Prawdę pisząc to po 2-3 h straconych w Chambery, w Grenoble dosyć szybko mi zeszło wyjechanie z miasta jak na warunki francuskie, w sumie około 0,5h – 45 minut opóźnienia. Na Valence droga szybka, po drodze pękła dętka i znów 1 h do tyłu. Tak że dzisiaj czystej jazdy było może 5-6 godzin. Kemping bardzo stylowy. Koło zamku. Ogólnie to okolica zamkowa.

Dzień 17
Sobota
14 sierpnia 2004

km przejechanych od początku: 2109,
czas: 9:14, śr: 17,4, max 50, dystans: 161 km
Trasa: Beauvoir-en-Royans – Bourg de Péage – Valence – Teil – Bagnols – Connaux.

Pobudka o 5, wyjazd o 7. Po raz pierwszy rano namiot nie był wilgotny. Droga do Valence wiodła cały czas prosto, po drodze zakupy w Lidlu na sobotę i niedzielę za 13 euro i śniadanie w Macu za 3 euro ( 2 euro – buła z jajkiem i bekonem + sok + herbata za 1 euro ). Przejazd przez Valence zadziwiająco sprawny. Ładne miasto z szeroką rzeką – Rodanem. Niebo cały czas bezchmurne. Chociaż nie jest aż tak tragicznie gorąco. Może nie  odczuwałam gorąca bo było dość płasko więc się nie męczyłem , dopiero pod koniec około 30 km zrobiło się trochę górzyście. Trasa dziś dosyć łatwa, co widać po średniej prędkości. Na twarzy czuję się trochę spalony od słońca, ręce śmiesznie opalone od rowerowych rękawic. Nadal czuję swędzenie po ukąszeniu osy. Oraz przetarty krok – po tych spodniach granatowych. Camping drogi - 13 euro za dobę rodzinno – campingowy.

Dzień 18
Niedziela
15 sierpnia 2004

Trasa: Connaux – Remoulins – Nîmes – Montpellier – Séte – Marseillan Plage
km przejechanych od początku: 2361 km
Czas: 10:01, śr: 15,1 km/h, max: 50, dystans: 151,7 km

Tym razem udało mi się wstać wyjątkowo wcześnie, o 4:30 była noc, widać wszystkie gwiazdy, nawet nie zanosiło się na świtanie. Niestety wadą tego rozwiązania czyli wstawania w nocy jest taka, że niewiele widać i wszystko dłużej schodzi. Tak było i w tym przypadku, zeszło rekordowo długo – ponad 2h – razem z szukaniem licznika w złożonym namiocie. Wyruszyłem więc przed 7 jak wschodziło słońce. Na śniadanie nektarynka, bounty – mini, ser Gouda 300 gram i kiełbasa niby – salami 200g. Droga była najpierw ostro pod górę przez ponad pół godziny, następnie zjazd aż do Remoullins trwał również około 0,5 h. Nîmes ominąłem wyjątkowo szybko, okazuje się, że niektóre sklepy są tu czynne w niedziele, w jednym z nich kupiłem 1 coca – colę za 1 euro oraz dwie butelki wody 1,5 l bo ta którą wlałem z kranu na kempingu była tak mocno chlorowana że ledwo dała się pić. Montpellier przejechałem w 45 minut – 1 h, po drodze minąłem 15 rond i 25 sygnalizacji świetlnych. W końcu trafiłem do Séte nad morzem Śródziemnym. Miejscowość typowo turystyczna z palmami itp. Siedzę teraz w Marseillan Plage na kempingu za 16 euro – najdroższy w mojej historii. Za to mam normalny prąd przy namiocie. Plaża ciągnie się jak do tego pola namitowego od Séte 10-15 kilometrów – cały czas na drodze były samochody stojące w korku. Warto wspomnieć że godzina była około 6-7. Dużo samochodów kampingowych zostaje tutaj na drogach, prawdopodobnie przez ceny na polach namiotowych.

Dzień 19
Poniedziałek
16 sierpnia 2004

km przejechanych od początku: 2412,
czas: 10:03, śr: 15,0, max: 45, dystans: 151,50
Trasa: Marseillan Plage – Béziers – Capestang – Carcassonne – Castelnaudary

Dzień zaczął się w nocy, tj. jak było jeszcze ciemno. W nocy ktoś rzygał - prawdopodobnie od nadmiaru alkoholu. Ruszyłem jak jeszcze słońca nie było na horyzoncie, jeno jego czerwona poświata, tak że przez ponad pół godziny jechałem na światłach. Ten region przypomina mi raczej Włochy. W sklepie po drodze kupiłem żarcie: ser żółty po 600g, dwa razy mięso po 150 g, 3 nektarynki oraz wodę mineralną. Na kasie wyskoczyło ponad 300 euro ! po chwili było już 11, szybka przecena, hehe. W Béziers trochę się pogubiłem – to dlatego że znaki były zamalowane, pytanie o drogę i już jestem na trasie. Carcassonne – bardzo fajne i turystyczne miasto z zamkiem z przed ponad 500 lat, kilka zdjęć i w drogę. Po drodze mijam kanał zbudowany ponoć 300 lat temu, którym teraz pływają turyści. Docieram do Castelnaudary po drodze odzyskałem trochę sił o które było dzisiaj słabo. W Castelnaudary jeżdżę około pół godziny, pani z jakiegoś sklepu czy czego daje mi mapę – xero z wyrysowaną trasą. Trafiam na / kemping / po ponad 5 km  / jazdy /  - mały, niezaludniony, smutny.

Dzień 20
Wtorek
17 sierpnia 2004

Trasa: Castelundary – Ville Franche de Lauragais – Toulouse – St. Lys – Samatan – Auch
km przejechanych od początku: 2564
Czas: 10:15, śr: 14,8, max: 51 dystans: 151,94

Dzień zaczął się dla mnie stanowczo za późno, wyjazd dopiero sporo po 7. W nocy padał deszcz. Dojazd do Tuluzy dosyć rozrywkowy, po drodze zakupy w mieście tranzytowym oraz fatalny wjazd na autostradę – prawdopodobnie przeoczyłem nieautostradowy wjazd do miasta. Samochody trąbiły – fakt nie za bardzo, łomot przejeżdżających samochodów – więc po około 5 km jazdy zjechałem, na przystanku autobusowym na mapie zobaczyłem gdzie jestem i pojechałem do centrum miasta. Miasto ma na oko pół miliona mieszkańców. Centrum przypominające biedniejsze San Francisco, dużo murzynów itp. W centrum zapytałem się o drogę. Później w informacji turystycznej pani dała mi 2 mapy. Następnie kuleszka usłyszał moją rozmowę i narysował mi szczegółową mapę, fakt średnio się przydała. Przy autostradzie nie było normalnej drogi dla roweru i to był mój kłopot. Zanim znalazłem dobrą drogę minęło ponad 1,5 h – w tym czasie jeździłem wzdłuż autostrady po przedmieściach. W końcu znalazłem drogę, dosyć mocno odbiegającą od głónej – na Lombez. Droga była mocno pofałdowana - jak w Czechach. Do tego padał deszcz, a na koniec walnęła burza z kroplami deszczu od których twarz bolała ! Deszczowo zrobiło się od miejsca gdzie zrobiłem zakupy. Buty mam przemoczone do teraz – czyli do wieczora. Widoki dosyć ładne. Straciłem sporo czasu, po drodze zamki, stare budynki itp. W Auch byłem około godziny 8 – raczej przed. Kamping municipal - czyli miejski jak to niczyj zapełniony w 1/3.

Dzień 21
Środa
18 sierpnia 2004

Trasa: Auch – St. Sever – Mugron.
km przejechanych od początku: 2708
Czas: 10:37, śr: 13,6, max:171 ( licznik się pomylił ), dystans: 144,41

Zanim rano wjechałem na trasę to się oczywiście pogubiłem. Potem wjazd na coś w rodzaju jednopasmowej autostrady i jazda pod górkę i z górki. Trasa jak w Czechach. Chociaż dzisiaj niezbyt dobrze mi się jechało. Nie wiem dlaczego ? Może znowu za mało żarcia ? Nie wiem. Widok po lewej stronie fajny, widać na horyzoncie wysokie Pireneje, region ten w którym jadę nazywa się Mid – Pyrenees. Po południu zrobiło się skwarno. Co chwila widać trochę wpływów hiszpańskich. A to corrida, a to dziwne nazwy miejscowości. Albo autosugestia ? Po drodze były zakupy, coś w rodzaju śmietany do sałatek, nektarynka i woda. Woda szła dzisiaj dosyć szybko. Monte - du - may wziąłem obwodnicą. W markecie kupiłem wodę której zaczęło mi już brakować. Dalej miał być kemping dopiero w miejscowości Dax 50 km dalej albo w St.Sever i Mlaginan. Jakby nie było wiatru to bym pojechał na Dax prosto, jednak pojechałem na kemping do Mugron. Na którym stałem się czymś w rodzaju atrakcji turystycznej. Na tymże kempingu nikt nie mówił po angielsku, starzy ani młodzi, dopiero facet o którym pomyślał bym że nie umie w żadnym języku mówić został na chwilę tłumaczem – chciałem się zapytać ile na dobę za namiot  ? Powiedział że jak nie będzie nikogo w administracji to nie trzeba płacić. Ale ja będę musiał jutro albo jechać później albo kogoś złapać żeby zapłacił za mnie.

Dzień 22
czwartek
19 sierpnia 2004

Trasa: Mugron – Montfort – Dax – Bayonne – Oiartzun
km przejechanych od początku: 2850
Czas: 10:18, śr:13,8, max: 43, dystans:142,42

Dzień zaczął się wyjątkowo późno, wstałem po 5, spakowałem się po czym poszedłem spać. Obudziłem się by zapłacić za pole 9,50 euro miłej pani . Drogo . Do Montfort górzysto, dalej do Dax też trochę. Po drodze były zakupy. Bayonne to jest duże miasto, omijałem je około godziny - jak to we Francji. Hiszpania przywitała mnie ciężkim deszczem oraz mapą badziewnego miszelina za 7 euro. Jestem dość zmęczony. Telefon mi zamókł, jest częściowo nieczynny. W takim razie trzeba będzie pakować rzeczy do reklamówki bo sakwa przednia przemaka. Czuję się jak w pierwszych dniach – trochę Polaków na polu szukających pracy – jeden nawet pracujący. Dziwne wrażenie po trzech tygodniach braku kontaktu z Polakami.

Dzień 23
piątek
20 sierpnia 2004

Trasa: Oiartzun – San Sebastian / Donostia – Bilbao - Ontón
km przejechanych od początku: 3027
Czas: 14:40, śr: 11,9, max 44 dystans: 175,55

Dzień zaczął się deszczowo. Sąsiadki – podróżniczki rowerowe jeszcze spały, budzik w zepsutym telefonie nie dał się wyłączyć. Czekałem do 9 aż ktoś przyjdzie do recepcji, w międzyczasie Polak zwrócił mi pompkę rowerową a i z Francuzką pogadałem o jeździe na rowerze. Zanim dotarłem do San Sebastian zeszło do godziny 12 czyli prawie trzy godziny ale jakoś dziwnie mnie to nie spinało. W międzyczasie kupiłem bardziej szczegółową mapę regionu. W sumie mapy Michelina nie są tak tragiczne ale tylko te szczegółowe. W sklepie facet tłumaczył mi 5 minut drogę a w tym samym momencie w kolejce stały trzy osoby i nic nie powiedziały. Na dworze pewien Hiszpan objaśniał mi jaką trasą powinienem jechać – wybrzeżem, robił to po hiszpańsku więc niewiele go zrozumiałem. Hiszpanie mówią fatalnie po angielsku, może jeden na 5-7 potrafi porozumiewać się w tym języku. W końcu dostałem się do San Sebastian. Fajne miasto z promenadą. Typowo turystyczne.  Żeby jechać dalej musiałem jechać początkowo przez teren dość górzysty, W międzyczasie okazało się że na drodze do Bilbao nie ma pól namiotowych. Więc postanowiłem jechać w nocy – albo spać na dziko. Do Bilbao teren był bardzo pagórkowaty a potem właściwie tylko pod górę. W pewnym momencie po przekroczeniu przełęczy 335 m npm stało się płaskawo aż do samego Bilbao. Miasto to o godzinie 2 w nocy żyło pełną parą. Pogubiłem się rzecz jasna ale mi to bardzo nie przeszkadzało. Potem przez ostatnią godzinę często przestawałem i wydaje mi się że jak na jeden dzień trochę za dużo było tej jazdy. W końcu około 4-5 w nocy znalazłem miejsce  - z mozołem wprowadziłem rower – był to kawałek terenu między zwykłą drogą a autostradą i walnąłem się na karimacie.

Dzień 24
sobota
21 sierpnia 2004

Trasa: Ontón – Laredo – Torrelavega – Santillana
km przejechanych od początku: 3131
Czas: 8:43, śr: 11,9, max 51, dystans: 104,2

Dzień zaczął się po dwóch godzinach snu. Było potwornie zimno a ja cały zmoczony, moim przykryciem byłafolia. Przez pół godziny siedziałem skulony w dwóch bluzach. Ruszyłem o 9. Po drodze / zakupy:/  lód, woda która mi się kończyła. Droga mocno pagórkowata, wijąca się wzdłuż autostrady z podjazdami po 3 km/h. Po drodze zakupy w sklepie i kupno mapy regionu Cantabrii i Galicji. Odczuwam zmęczenie z poprzedniego dnia. Podjeżdżam na kemping. Wcześniej telefon z budki do rodziców, bo komórka całkowicie już nie działa. Kemping dość fajny, przyjemny.

Dzień 25
niedziela
22 sierpnia 2004

Trasa: Santillana – Comillas – San Vincente de la Barquerra – Llanes - Ribadesella – Selorio / Playa.
km przejechanych od początku: 3263
Czas: 10:30, śr:12,5, max 50, dystans: 132,47

Pobudka o 7, tak jak chciałem przebudziłem się o 5 ale po wczorajszej nieprzespanej nocy byłoby to katorgą jakbym dziś wstał o 5. Więc ruszyłem o 9, zapłaciłem za kemping 9,75 euro , kemping całkiem niezły, z basenem itp. Trasa była cały czas pagórkowata. Comillas ładna miejscowość ze starymi budynkami. San Vincent też typowo turystyczne tyle że turyści to w 98% Hiszpanie. Do Llanes droga była główna można powiedzieć za to do San Vincent miejscami fatalna i jak wszystko w Hiszpanii mają ją przebudować. W Llanes wstąpiłem do czegoś w rodzaju delikatesów. Mały sklepik , kupiłem parówki i coś w rodzaju kiełbasy salami. Po drodze do Comillas minął mnie koleś który też jechał do Santiago. Dalej trasa praktycznie cały czas prowadzi po pagórkach. Po lewej fajne widoki na góry. Po prawej od czasu do czasu morze. Cóż fajnie, że mi w końcu telefon zadziałał więc są widoki na wcześniejsze wstawanie.

Dzień 26
poniedziałek
23 sierpnia 2004

Trasa: Selorio / Playa – Villaviciosa – Gijon – Rebollada – Avilés – Luarca.
km przejechanych od początku: 3395
Czas: 10:24, śr: 12,5, max:54, dystans: 130

Rano wstałem jak zwykle za późno. Tym razem obudziłem się o 7 wstałem pół godziny później jakwschodziło słońce. Zjadłem parówki i złożyłem obóz – nieco pobrudzony piaskiem czy ziemią. Dojechałem do drogi głównej i ruszyłem na Villavicose. Trasa była dzisiaj cała pagórkowata. Po kilku kilometrach zorientowałem się, że mam trochę za mało wody, ale w sklepie po około 2 h jazdy dokupiłem wodę, konserwy, brzoskwinie, hiszpańską wersję śmietany. Po drodze dzisiaj nawet minąłem kilku wyprawowiczów rowerowych jadących w przeciwną stronę oraz dużo kolarzy – co to Vuelta ? W Gijon jak zwykle zgubiłem się. Ładne miasto, z plażą w mieście i starymi budowlami. Gość koło baru pokazał mi na mapie drogę. Dalej droga przebiegała już monotonnie – raz w górę, raz w dół. W pewnym momencie przeszła w coś w rodzaju drogi szybkiego ruchu – bezkolizyjna ale nie dwupasmowa. Po budowlach i informacjach widać że mają zrobić z tego autostradę. Co chwila ktoś na mnie trąbi, albo pozdrawiając - to samochody naprzeciwko albo ciężarówki z tyłu. Kamping w Luarce niezły, dobrze zorganizowany – i kowbojskie prysznice. W barze – pierwszy raz to widziałem – można naładować komórkę i zamknąć ją na kłódkę ! Widoki z pola najlepsze jak do tej pory i do tego z widokiem na zachód słońca. Widoku dopełniała latarnia morska i skalisty brzeg. Po drodze mijałem dużo rozwalonych fur na poboczach – dlaczego ich nie sprzątają – nie wiem. Pogoda tutaj raczej angielska – codziennie deszcz – to wpływ oceanu.

Dzień 27
wtorek
24 sierpnia 2004

Trasa: Luarca – Ribadeo – Mondoñedo – Villalba – Guitiriz.
Stan licznika: 3553
Czas: 13:16 śr: 11,3, max: 56, dystans: 158,76

Z Luarki do Ribadeo jak zwykle to bywa podczas jazdy wybrzeżem było pagórkowato. Później po zjeździe w stronę Mondoñedo zrobiło się naprawdę górzyście. Podjazd do wysokości ponad 500 m z poziomu morza. Czas przejazdu był dobry – norma wyrobiona. Z Mondoñedo podjazdy były sporadyczne. Dalej na szczęście zaczęły się podjazdy i zjazdy. W Villabie byłem około 22. Na mapie kamping był zaznaczony w Guitiriz. Niestety był 4 km wcześniej o czym poinformował mnie pan na stacji benzynowej. Więc wróciłem się i zapytałem koło baru gdzie jest kemping, okazało się że on tam siedzi jako cieć, więc się zarejestrowałem – gościu był podpity. Na kempingu były 3 namioty – łącznie z moim.

Dzień 28
środa
25 sierpnia 2004

Trasa: Guitiriz – Labacolla – Santiago de Compostela – Padrón – Bamio km przejechanych od początku: 3678
Czas: 9:35, śr:13,0, max: 54, dystans: 124,71

Pobudka była o 7:20, budzik za to dzwonił ponad godzinę. Zwlokłem się, umyłem, zjadłem. Sakwy były na rowerze mimo to od wstania do wyjazdu zajęło mi ponad godzinę. Wyjechałem o 8:30. Po drodze do Santiago nie było sklepu spożywczego więc po drodze jadłem lody. Trafiłem na sklep tabacco gdzie kupiłem 2 razy 160 g parówki po 0,40 euro , to najtańsze zakupy od wjazdu do Niemiec. Ten region jest wyraźnie biedniejszy i bardziej wiejski oraz ma trochę inny język. Dojazd do Labacolli był dość kłopotliwy, bo moja droga przechodziła w autostradę. Więc pojechałem trasą pielgrzymów, dojechałem do Labacolli, po czym wjechałem do Santiago. Zrobiłem zakupy w DIA%. Zwiedziłem miasto – niestety nigdzie nie wchodziłem do wnętrza. Mnóstwo turystów, stare budowle. Przy katedrze pani się mnie zapytała skąd jadę itp. To było najdłuższa moja rozmowa od kilku dni. Zrobiłem kilka zdjęć i wyjechałem na Pontevedre i wylądowałem na kampingu w Banio przed / godziną / 8. Kamping nawet niezły. Kilka metrów ode mnie dwóch Hiszpanów też z rowerami. Dość ciepło – ok. 20 stopni. Po 9 muszę coś uprać i spać.

Dzień 29
czwartek
26 sierpnia 2004

Trasa: Bamio – Villagarcía – Pontevedra – Porriño – Caminha – Viana do Costelo
km przejechanych od początku: 3822
Czas: 10:16, śr: 13,9, max: 54, dystans: 143,68

Wstałem jak zwykle za późno ale i tak było ciemno. Zwinąłem się, obok koleżki na rowerach zwinęli się trochę później, zrobiłem zdjęcie i w drogę. Krajobraz lekko pofałdowany. Średnio nie tak tragicznie. Przejazd przez Pontevedrę przeszedł bez zakłóceń. Zaczęło robić się naprawdę gorąco. Słońce zrobiło się dolegliwe, potwornie piekło w twarz. Po drodze zjadłem dwa lody. Kupiłem Cole light. W Porriño wystąpił problem bo droga N550 kończyła się na mapie autostradą i tak było też w rzeczywistości. Więc wjechałem zwykłą drogę z planem dojechania do Valença do Minho. Wjechałem do miasta, pokręciłem się pół godziny i ruszyłem znów na autostradę. Przekroczyłem granicę niewidzialną na rzece, po 5 km zjechałem na normalną drogę do Caminhi. Było potworne słońce, do tego czyste niebo. Zatrzymałem się przed Caminhą na żarcie. Zjadłem i wylądowałem w Vianie do Costelo. Drogi portugalskie lepsze od polskich ale jak do tej pory najgorsze. W Vianie do Costelo zapytałem gdzie jest kamping i koleś nawet mówił po angielsku. Przejechałem przez długi most. Wylądowałem na kempingu z 2 milionami komarów. Więc wskoczyłem szybko do namiotu. Nawet nie chce mi się myć.

Dzień 30
27 sierpnia 2004
piątek

km przejechanych od początku: 3985
czas: 12:16, śr: 13,3, max: 60, dystans: 160,28
Trasa: Viana do Costelo – Porto – Carvalhos – Agueda – Parking za Aguedą

Wstałem jak zwykle trochę późno po 7:30, wyjechałem trochę po 9. Na dworze była mgła tak że słońca nie było widać i było zimno. Wyruszyłem na Porto. Dojechałem po 2 w południe z założeniem wyjazdu o 4. Niestety miasto nie dość, że słabo oznakowane to jeszcze całe w remoncie drogowym więc wyjechałem z niego po 5:30. Następnie na rondzie nie było zjazdu na Espinho, który powinien być więc włóczyłem się w te i z powrotem przez następne pół godziny. Skierowałem się na Carvalhos z zamiarem skrętu później na właściwą nadmorską trasę prowadzącą na Aveiro. Niestety skrętu takiego nie było , dobrze bo po uważnym przyjrzeniu się mapie okazuje się, że krótsza droga do Fátimy jest ta którą teraz jadę. W Aguedzie byłem koło 23, kampingu nie znalazłem więc jechałem dalej na Coimbrę przekraczając znak zakazu dla rowerów ( 1 km dalej już go nie było ) z zamiarem znalezienia miejsca na spanie. Znalazłem parking i czuję się nawet wyspany, tyle że brudny. Nawet mnie żadne robale nie pogryzły.

Dzień 31
28 sierpnia 2004
sobota

Trasa: parking pod Aguedą – Coimbra – Leiria – Fátima
km przejechanych od początku: 4110
Czas:  9:33, śr: 13,0, max: 51, dystans: 124,99

Wstałem po 7 co jest dziwne zważywszy na to że spałem na ziemi pod chmurką, spałem ponad 6 godzin. Zjadłem coś – batoniki Kiteketa + śmietanę + coś tam i ruszyłem w drogę. Na parkingu spali też rowerzyści, którzy mnie wczoraj mijali. Było ich 6-8, spali zdaje się w vanie. Droga była pagórkowata. W Coimbrze zrobiłem sobie kilka zdjęć, tutaj odbył się jeden z meczy w Euro 2004. Na stacji benzynowej nie mogłem dogadać się bo nikt poza jednym gościem, który dukał nie mówił po angielsku. Ruszyłem w drogę na Leirie również pagórkowatą. W Leirii obrałem kurs na Fátimę. Krajobraz dzisiaj był bardziej suchy, pewnie przez to że głębiej lądu. W Fátimie trochę sobie pochodziłem w nadziei znalezienia miejsca do naładowania telefonu. Trochę stresowałem się o rzeczy bo pole namiotowe jest darmowe a właściwie pole namiotowe znajduje się w parku ale ludzie tu raczej nie kradną.

Dzień 32
29 sierpnia 2004
niedziela

Trasa: Fátima – Torres novas – Golegã – Chamusca – Almirim – Santarem – Cartaxo – Villa Franca de Xira – Savacém – Lisboa.
km przejechanych od początku: 4291
Czas: 11:47, śr: 15,9, max: 60, dystans: 180,43.

Rano tj. na czas polski po 9 zjadłem i ruszyłem zwiedzać Fátimę. Byłem w miejscu gdzie Maryja się objawiła, dużo ludzi przebywało tutaj trasę około 150m na kolanach, ogólnie dużo ludzi wzruszonych. Kościół na placu trochę przymały, pewnikiem obok budowa to nowy w budowie. Świeczki zapalone w intencji – też nie ma za dużo miejsca więc świeczki są rzucane w ogień. W sklepie z pamiątkami kupiłem kilka rzeczy z tej miejscowości z Maryją oraz krzyżyki. Ruszyłem w drogę po godzinie 13, miałem świadomość, że w Lizbonie będę w nocy. Trasa do Torres była cała z górki. Widoki trochę jałowo – śródziemnomorskie, gaje oliwkowe itp. W Goledze pojechałem na lewą stronę rzeki Tejo na Chamuscę. Droga zrobiła się płaska i dosyć szybko jechałem – po 20 km/h. Po przybyciu do Santarem musiałem pokonać dość duży podjazd bo miasto położone jest na wzniesieniu. Po drodze zaatakowały mnie dwa psy. Przejazd przez skrzyżowanie wyglądał tak że jedną nogą się opędzałem przed psami a drugą pedałowałem. Dalej trasa była trochę pagórkowata. Następnie zaczęły się już zabudowania przed – Lizbońskie. W Lizbonie zrobiłem sobie trochę zdjęć, na dworcu okazało się, że pociąg do Madrytu jest o 22. Oznaczało to że mam iść spać, tylko jak – w tak dużym mieście ? Po drodze zjadłem 2 razy szoarmę z bułką pita. Szukając miejsca do spania okazało się że są dwie równoległe drogi przedzielone torami tylko ciężko było się przedostać z jednej strony na drugą, po przedostaniu się walnąłem się spać. Nawet dobrze spałem – 3 –4 godziny. Ciekawe czy mi rower do pociągu zabiorą ?

Dzień 33
30 sierpnia 2004
poniedziałek

km przejechanych od początku:: ok. 4326
dystans: ok.. 35 km

Rano wstałem o 7, w pobliżu sprzątacze zbierali już jakieś śmieci w parku. Park okazał się całkiem przyjemnym miejscem do spania. 100 metrów dalej obozowali się jacyś żebracy w kartonach. Pojechałem na stację benzynową, zjadłem loda, batona oraz naładowałem telefon. Po drodze zadzwonił do mnie ojciec powiedział że dojazd do Radomia pociągiem będzie mnie kosztował około 5 przesiadek – do tego nie wiadomo czy mi rower do każdego z tych pociągów wezmą. Dlatego postanowiłem polecieć samolotem, zrobiłem kilka zdjęć w Lizbonie – gdy było jasno, albowiem zdjęcia nocą wyszły średnio. Dojechałem do lotniska , kupiłem bilet – za ponad 200 euro, okazało się że na lotnisku przebiła mi się dętka. W biurze sprzedaży biletów powiedzieli mi że wylot jest za 12 godzin – a była godzina 13. Pojechałem do stacji benzynowej opodal lotniska i zjadłem tam coś oraz naprawiłem dętki – tą co mi pękła na lotnisku i tą co mi się przebiła kilka dni temu. Zjadłem co nie co a następnie czekałem na lotnisku 10 godzin na samolot, w trakcie zdawania bagażu okazało się że za rower trzeba dopłacić 40 euro – po tym wydatku okazało się że zostało mi 5 euro w kieszeni – oraz zero na karcie. Miałem farta. Poleciałem z Lizbony z przesiadką w Amsterdamie – do Warszawy. Z Warszawy samochodem do Radomia i koniec.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.rower.bimek.net/
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;