Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
Rowerem przez 3 kontynenty: na starcie
07.10.2000


Z małym tygodniowym poślizgiem, jutro czyli 8 października 2000 o godz. 13-tej wyruszę autokarem z Krakowa do Rzymu skąd rozpocznę swoją wielką rowerową wyprawę.

Ostatni miesiąc był ciągiem niekończących się przygotowań. W zasadzie nie było dnia abym nie musiał czegoś załatwić lub czegoś kupić.

Mimo to na kilkanaście godzin przed odjazdem dalej na mojej liście jest jeszcze kilka nie skreślonych punktów. Szczerze mówiąc jestem trochę tym wszystkim zmęczony i nie mogę się doczekać chwili kiedy po prostu wsiądę na rower, pokręcę pedałami i dowiem się po co to wszystko było...

Już wkrótce pierwsze relacje z Włoch. Do przeczytania się !

Rowerem przez 3 kontynenty: Rzym
09.10.2000


1.jpg Do Rzymu przybywam autokarem o godz. 13-tej w poniedziałek 9 października 2000, wraz z kilkudziesięcioosobową grupa Polaków przyjeżdżających tutaj do pracy, głównie kobiet w średnim wieku.

Złożenie roweru i spakowanie bagażu zajmuje mi prawie 2 godziny. To, że wszystkie potrzebne na półroczną wyprawę rzeczy udaje mi się zmieścić (o dziwo bez problemu) do dwóch sakw (+namiot i śpiwór na wierzch tylniej sakwy), wiedziałem już przed wyjazdem. Zaskakuje mnie jednak ciężar tego wszystkiego. Rower chyba przytył 3 razy, a kierownica jest tak ciężka, że zdaje mi się, jakbym kierował wielkim TIRem.

Słońce przypieka zza chmur, ale nie jest bardzo gorąco. Robiąc wcześniej pamiątkowe zdjęcie na starcie, ruszam ostrożnie i powoli na zwiedzanie założonego 2753 lata temu miasta. Aby nie spędzić tutaj całego czasu przeznaczonego na wyprawę wyznaczam sobie tylko 3 główne cele: plac św. Piotra, plac Campo di Fiori, Koloseum i... zrobienie małych zakupów żywieniowo-gospodarczych.

Dysponując tylko poglądowym planem miasta dopiero po 2 godzinach kluczenia docieram na Piazzo San Pietro - w telewizji robi wrażenie ogromnego... Słońce zaczyna już zachodzić, więc chciałbym jak najszybciej zobaczyć resztę i wyjechać za miasto w poszukiwaniu noclegu, nim zrobi się całkiem ciemno. Jak zwykle w takich sytuacjach rozwiązanie znajduje się samo, w postaci starszego Włocha na rowerze, który jedzie w tamta stronę i może pokazać mi drogę (ja go o nic nie pytałem, sam podjechał na skrzyżowaniu). Częstuje mnie sokiem ananasowym i w 5 minut docieramy do Koloseum - ma wprawę w szybkim poruszaniu się wśród strumienia motorowerów, samochodów i sygnalizacji ulicznej.

Po drodze odwiedzamy Campo di Fiori, gdzie zginął Giordano Bruno i wykopaliska Foro Romano. Sympatyczny Włoch udziela mi porad co do noclegu w Wiecznym Mieście, ja jednak pokazuję na namiot i wyjeżdżam z miasta drogą w stronę Morza Śródziemnego.

Rowerem przez 3 kontynenty: droga zachodnim wybrzeżem
09-14.10.2000


Po pół godzinie jazdy robi się całkiem ciemno. Według mojej niezbyt szczegółowej mapy już powinienem być na wybrzeżu, tymczasem nie jestem nawet pewien, czy jadę w dobrym kierunku.

Po następnej pół godzinie zaczynam wątpić w sens tego wszystkiego: jest kompletnie ciemno (droga nie oświetlona), obok mnie ryczący sznur aut, jestem zmęczony dobą spędzoną w autokarze, zwiedzaniem miasta, głodny... Wreszcie pojawia się znak "kemping za 11 km" (po ciemku i tak nie mam co liczyć na nocleg u ludzi). Postanawiam zrobić sobie przerwę i po chwili orientuje się, ze tuż obok jest otwarty duży kemping. Spędzam tu pierwszą noc.

2.jpg Następne dwa dni jazdy są generalną próbą mojej woli dotyczącej tej wyprawy. Jadę wzdłuż wybrzeża, przez robiące wrażenie wymarłych, turystycznie miejscowości. Pomarańczowe i różowe prostopadłościany domów, mnóstwo śmieci, prawie żadnych ludzi i dodatkowo sjesta czyli od 13.30 do 17.00 wszystkie sklepy zamknięte. Mimo, że nie mam zbyt wielu kontaktów z ludźmi, intuicyjnie wyczuwam, że nie są zbyt mili. Rzadko kto wykazuje jakieś zainteresowanie moją osobą. Noce spędzam więc na kempingach, które okazują się nie być aż tak drogie jak straszył przewodnik. Zazwyczaj jestem jedynym gościem, za to serdecznie jestem witany przez głodne psy, koty, a także jaszczurki i ślimaki.

Dalej na południe pojawiają się pierwsze wzniesienia, robi się oraz cieplej i... coraz biedniej. Zmienia się architektura - domy białe z kamienia, często budowane obok siebie na wzgórzach. Te tereny zamieszkują także Murzyni - pewnie już kolejne pokolenie imigrantów.

Pewnego dnia pod wieczór, kiedy odmówiono mi rozbicia namiotu na podobno zamkniętym kempingu (okazał się zamknięty, gdy powiedziałem, że chcę spędzić tylko jedną noc) zostaję zmuszony do proszenia o miejsce u ludzi. Trafiam między innymi na pole gokartowe, gdzie stróżami są dwaj mężczyźni z Ghany - nielegalni imigranci, którzy po pobycie w Egipcie i Libanie próbują swojego szczęścia we Włoszech. Niestety nie ma ich szefa, a oni nie chcą ryzykować utraty pracy. Szukając dalej, docieram do rzędu parterowych domków za ogrodzeniem. Zaczynam rozmowę z grupą ludzi. Jak się okazuje, oprócz trójki Włochów jest para młodych ludzi z Ukrainy, z którymi mogę rozmawiać po polsku. Pytam o pozwolenie. Włosi, z tego co rozumiem, zaczynają się licytować, gdzie jest najbliższy kemping, tak jakby rozbicie namiotu na jedną noc cośkolwiek ich kosztowało. Mówię, że mogę zapłacić. Ukrainiec, 20-latek Denis, pozwala mi rozbić namiot. Dodatkowo uzgadnia to z kobietą z domku obok. Ponieważ w okolicy nie ma od dwóch dni wody, Denis jedzie sprawdzić, czy w zbiornikach na plaży coś jeszcze nie zostało dla mnie.

Ja tymczasem rozbijam namiot i wypakowuje potrzebne rzeczy. W międzyczasie do kolejnego domku przyjeżdża samochodem małżeństwo Włochów. Ich pierwsza reakcja: teren prywatny - nie wolno rozbijać namiotu. Tłumaczę jak umiem, że mam pozwolenie od chłopaka i zgodę kobiety. Niby wszystko jest w porządku, "no problemo", ale widzę, że nie do końca. Po chwili czuję się jak we włoskim filmie: Włosi przekrzykują się nawzajem na podwórku. Wraca Denis. Okazuje się, że jednak muszę się zwijać. Nie chodzi o to, że im przeszkadzam, tylko chcą utrzeć nosa imigrantowi: pokazać mu, że jest tu nikim i nie może wydawać zezwoleń. Na dowód tego, że są moimi przyjaciółmi, dają mi bułki, których i tak nie mogę jeść, mozzarellę i pastę z łososia. Noc spędzam w domku u Denisa, który pracuje tu już od półtora roku, pomagając na plaży i w kuchni. Dostaje za to astronomiczną, jak na warunki ukraińskie, sumę $350 miesięcznie.

Następne raporty z Włoch (Neapol i Pompeje, droga przez środkowy pas gór i wybrzeże adriatyckie) oraz Grecji już wkrótce. Mam nadzieję, że tam jest taniej...

Rowerem przez 3 kontynenty: Neapol
15.10.2000


Tak się złożyło, że na trasie do Neapolu jestem już o 6 rano. Mimo, że jest całkiem ciemno, od samego początku drogi wyczuwa się w powietrzu gorąco i zaduch.

Po kilku godzinach jazdy ostro pod góre, wczesnym przedpołudniem witają mnie kilkupiętrowe, bardzo wysokie, piękne kamienice Neapolu.

3.jpg Postanawiam się nie spieszyć i spokojnie jadąc trotuarem wzdłuż Zatoki Neapolitańskiej chłonę specyficzną atmosferę tego miasta. Na przybrzeżnych skałach sporo zakochanych par, słońce przyćmione chmurami, lekka mgiełka, a nad wszystkim króluje Wezuwiusz. Na skrzyżowaniach policjanci z charakterystycznymi granatowymi mundurami z czerwonymi lampasami. Do brzegu co pewien czas przybijają kutry rybackie, wyładowując do mis na chodniku przeróżne stwory morskie. Niektóre przezabawne, niektóre widzę pierwszy raz w życiu, a i one przyglądają się ze zdziwieniem chcącym je kupić i zjeść ludziom.

W południe robi się strasznie gorąco, temperatura dochodzi do 35 stopni Celsjusza i mam wrażenie, jakbym przez cały czas stał twarzą do ogniska. Przez następne kilka godzin jadę kocimi łbami przez niekończące się miasto i przyległe miasteczka aż do Pompei. Mimo że przejechałem dopiero 50 km, jestem bardzo zmęczony upałem i postanawiam zrobić sobie nieplanowaną przerwę, a przy okazji zwiedzić legendarne wykopaliska.


Rowerem przez 3 kontynenty: Pompeje
15.10.2000

Starożytne Pompeje robią wrażenie przede wszystkim swoją wielkością. Nie przesadzę, jeśli powiem, że do zwiedzania jest udostępniony teren wielkości krakowskich Błoń.

Co prawda większość domów i pomieszczeń jest bardzo zniszczona, ale jest też co najmniej kilka zachowanych z większymi szczegółami obiektów, m.in.: świątynia Izydy, amfiteatr, łaźnia (fajnie jest sobie wyobrazić, że w tej oto kamiennej wannie przed setkami lat kąpali się ludzie). Jest też osobna wystawa kilkuset naczyń i innych przedmiotów codziennego użytku znalezionych w ruinach. Oprócz tego można zobaczyć ludzkie hmmm... zwłoki ? Nie wiem dokładnie, co to jest, ale raczej nie są to rzeźby kamienne (od redakcji - są to gipsowe odlewy ciał ofiar wybuchu przechowanych w popiele wulkanicznym).

Mimo, że większość domów wygląda bardzo podobnie (cztery ściany z wejściem lub dwoma) to przewodnicy oprowadzający wycieczki mają swoje teorie i raz resztki są mieszkaniem, raz sklepem spożywczym, a raz miejscem, gdzie można było wejść tylko za specjalnymi biletami wstępu. To podobnie jak w muzeum w Biskupinie, gdzie drobne podobne do siebie kawałki metalu są resztką dzidy, kawałkiem klamry od pasa, a czasem częścią naszyjnika panny młodej...

Rowerem przez 3 kontynenty: do portu w Bari
16-20.10.2000


Z Pompejów ruszam poprzez środkową, górzystą, część Włoch w kierunku Benevento i dalej w kierunku wybrzeża Adriatyku do portu w Bari.

W mniejszych górskich miasteczkach ludzie są bardziej ciekawi i często wychodzą na spotkanie przybysza. Na moją odpowiedź, że cała trasa ma liczyć 10 tys. km wszędzie we Włoszech, zarówno przez dzieci jak i dorosłych, wykonywany jest charakterystyczny gest strzepywania ścierpniętej ręki z uniesionym w bok łokciem - uffffff...

4.jpg Trudy górskich podjazdów wynagradzają czarujące krajobrazy. W ciągu kilku dni pokonuję góry i wjeżdżam z kolei na bardzo słabo zaludnione równiny rolnicze, które ciągną się aż do wschodniego wybrzeża. Tutaj z kolei zabudowy jest aż nadto i niestety, podobnie jak na wybrzeżu zachodnim, nie ma swobodnego dostępu do morza. Noce spędzam w drogich hotelach, bo kempingi są już nieczynne. Restauracje są otwierane dopiero około godz. 20, tak więc przez cały dzień nie mam szansy zjeść ciepłego posiłku (serwowane w barach przeróżne dania, takie jak pizza czy lasagne, zawierają mąkę (gluten), na którą jestem uczulony). Dopiero wieczorem sam próbuję przyrządzić sobie coś na kuchence turystycznej. Jak najszybciej więc podążam w kierunku Bari, aby promem do Grecji opuścić ten bardzo drogi dla turysty kraj.

Rowerem przez 3 kontynenty: Grecja
20-24.10.2000


W porcie Patras czeka na mnie niemiła niespodzianka. Nie dość, że jest chłodno, to jeszcze leje deszcz.

Tłumaczę sobie, że to tylko chwilowe załamanie pogody i ruszam w kierunku miejscowości Kato Achaja, aby objechać dookoła Peloponez, na co czekałem od co najmniej roku.

Niestety od recepcjonisty w hotelu dowiaduję się najgorszego: pogoda już się nie poprawi, a pojutrze ma przyjść kolejna fala ochłodzenia. Szczerze mówiąc, trochę się podłamuję - zwiedzać Grecję szczękając zębami z zimna to jak oglądać film z zamkniętymi oczami... Uruchamiam awaryjny plan B: jak najszybciej dojechać do Aten i przedostać się do Turcji.

5.jpg Kolejne trzy dni to walka z bardzo silnym, zimnym i przeciwnym wiatrem. Jedynym pocieszeniem są niestety tylko widoki gór i zatoczek oraz bardzo dobra kuchnia. W drodze odwiedzam ruiny starożytnego Koryntu, a Ateny witają mnie już z daleka charakterystycznymi ruinami Akropolu.

Ateny, GrecjaW porcie Pireus spotykam samotnego człowieka z obładowanym rowerem. Okazuje się nim być Nikolas, 21-letni Niemiec, który przed rozpoczęciem studiów wybrał się w roczną podróż po świecie. Rozpoczął ją w Hamburgu i dojechał do Aten z myślą o lądowej rowerowej drodze do Indii. Niestety, drobna usterka sprzętu, której podobno nie da się nigdzie naprawić, zmusza go do zakończenia rowerowej części wyprawy w Stambule. Razem więc poprzez wyspę Samos odbywamy morską podróż. Obaj jesteśmy pewni jednego: prawdziwa przygoda rozpocznie się w Turcji.

Rowerem przez 3 kontynenty: Turcja
24.10-07.11.2000


Bardzo przyjazne nastawienie do turystów i gościnność Turków jest pierwszą i najbardziej uderzającą różnicą pomiędzy Europą a Azją.

W zasadzie nie ma końca pozdrowieniom, uśmiechom, próbom nawiązania rozmowy (choć znajomość angielskiego jest bardzo słaba) zarówno w miastach, jak i na trasie (choć czasem mam już dość tych powitalnych klaksonów), przez dzieci i dorosłych. Często też jesteśmy z Nicolasem częstowani herbatą, owocami, ciastem, a nawet zapraszani na obiad.

Nasza wspólna droga początkowo miała się zakończyć w Efezie (gdzie zwiedziliśmy bardzo dobrze zachowane ruiny starożytnego miasta), ale zdjęcie wapieni i ciepłych źródeł z Pamukkale zachęciło go do wydłużenia swojej trasy w Turcji.

6.jpg Dzięki Nico noce w Turcji spędzam w najpiękniejszym hotelu, ponad tysiącgwiazdkowym, czyli pod gołym niebem. Sam jakoś nie mogłem się odważyć, tymczasem on od początku swojej trasy tylko raz, w Atenach, skorzystał z hotelu. Niestety, z powodu pogody taki typ noclegu z dnia na dzień staje się coraz bardziej uciążliwy: w dzień co prawda słońce przypieka przy temperaturze powietrza 20 C, ale w nocy temperatura spada do ok. 5 C, a w wyższych górach nawet do -5 C. To właśnie dlatego Nico nie zdecydował się jechać ze mną jeszcze dalej do Kapadocji, która jest jednym z moich dwóch głównych celów w Turcji. Nie lubi hoteli, a te stały się koniecznością, kiedy nad ranem po pierwszym od rozstania samotnym noclegu obudziłem się nie w namiocie, a w igloo, i na głowę spadły mi płytki lodu. Cóż, namiot i nocowanie na dziko będą musiały poczekać na inną szerokość geograficzną lub wysokość nad poziomem morza...

Turcja to także moje pierwsze spotkanie z islamem. Pięciokrotne w ciągu dnia wzywanie na modlitwę robi na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza o świcie i o zmierzchu. Wieże minaretów wznoszą się nawet w najmniejszych wioskach, na ulicach można często spotkać ludzi z różańcami, czasem też można zobaczyć ludzi modlących się na dywanikach. Choć oficjalnie Turcy w 99% to muzułmanie, to podobno naprawdę religijna jest tylko połowa.

W dawnej stolicy Turków Seldżuckich, Konyi, pierwszy raz w życiu jestem w meczecie (obowiązkowo bez butów i w długich spodniach), a ponieważ jest to piątek, mam szczęście dosłownie i w przenośni siedzieć na tureckim kazaniu. Zwiedzam tam także grób i muzeum Mevlana Rumiego, poety i inspiratora mistycznego ruchu tańczących derwiszów. Jest to miejsce licznych pielgrzymek. Turcy zdają się napełniać tutaj energią, a i mi to miejsce przynosi niesamowite szczęście, bo tego samego dnia nie wydaję na utrzymanie ani jednego lira: wszystkie posiłki po drodze i nocleg (w suszarni kukurydzy) dostaję za darmo. Jedno ze słynnych zdań Mevlany wisi u wejścia do tego świętego dla Turków miejsca, przetłumaczone na kilka języków (cytuje nieściśle z pamięci): "Przyjdź, przyjdź raz jeszcze, przyjdź nawet jeśli w Boga nie wierzysz lub jesteś czcicielem ognia. Przyjdź, bo nie jesteśmy z tych, którzy tracą nadzieję. Przyjdź, nawet jeśli sto razy złamałeś swoje przysięgi. Proszę Cię, przyjdź raz jeszcze."

Jeśli chodzi o krajobrazy, to Turcja prawie cała poprzecinana jest pasmami górskimi. Szerokimi na kilkadziesiąt kilometrów dolinami ciągną się pola uprawne, wszędzie jest pełno żółci i brązu, bo to już późna jesień, czas zbioru jabłek, kukurydzy, buraków cukrowych i ziemniaków. Na pozostałych, prawie pustynnych terenach, pasą się stada owiec o czarnych pyszczkach, gdzieniegdzie pojawiają się osiołki i niestety psy, które złośliwie gonią rowerzystę nawet przez pół kilometra i to pod górę, ufff.... Drogi, jak przystało na Bliski Wschód są bardzo zakurzone, a w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach owczego mięsa i lekka mgła.

Po przejechaniu prawie 2 tys. km po raz pierwszy na trasie odczuwam poważne zmęczenie fizyczne: to te kiepskie drogi, zimno, no i te podjazdy. Czas na mały odpoczynek w Kapadocji (Goreme) do której docieram po ciemku (słońce zachodzi o godz. 17.00) i jeszcze nie miałem okazji nacieszyć oczu wspaniałością krajobrazu.

Rowerem przez 3 kontynenty: na granicy syryjskiej
08-11.11.2000

Pod koniec dnia, gdy przedzieram się przez ostatnie pasmo gór, dzielące mnie od wybrzeża, niespodziewanie drogę zajeżdża mi ciężarówka.

Kierowca, widocznie ze współczucia, sam od siebie pyta, czy mnie gdzieś nie podwieźć. Ponieważ tego dnia limit 80 km wykonałem już o godz. 13, nie mam nic przeciwko temu, zwłaszcza ze nieczęsto zdarzają się takie niespodziewane propozycje. Dobrą chwilę zajmuje nam wciąganie roweru na pakę na wysokość 5 m przy pomocy liny. W kabinie okazuje się, że kierowca jedzie dalej na wschód. Postanowiłem to wykorzystać i zupełnie nieplanowo zobaczyć źródła rzeki Eufrat, o czym zawsze marzyłem, ale ograniczenia czasowo-wizowo-dewizowe nie pozwalały na aż takie rozszerzenie trasy w Turcji.

W tej chwili, po dwóch dniach jazdy rowerem na zachód, jestem 7 km od granicy syryjskiej w tureckim mieście Kilis. Jeśli wszystko pójdzie dobrze (tzn. nie zorientują się, ze jestem agentem Mosadu ;-)) to przez jakiś tydzień-dwa będę odcięty od Internetu, gdyż dostęp do sieci jest w Syrii nielegalny (reżim).

Klimat jest tutaj cieplejszy, tak, że od dwóch dni noce spędzam w namiocie na polach lub w sadach. Do snu przygotowuję się o 17, a wstaję ze wschodem słońca o 6.

Rowerem przez 3 kontynenty: Syria
11-22.11.2000


Aby nikt nie miał wątpliwości, do kogo należy władza w Syrii, napis na granicy wyraźnie wskazuje: "Welcome to Assad Syria".

Nie pozwolą też o tym zapomnieć dosłownie setki tysięcy plakatów z podobizną nieżyjącego prezydenta Assada (ojca) i aktualnie sprawującego władzę syna. Najczęściej są to malowane odręcznie, powiedziałbym śmieszne, karykatury.

Panowie policjanci czują się tutaj bardzo ważni i dają to odczuć na przejściu granicznym rzucając paszportami, wyrywając nie wypełnione do końca karty wjazdu itp. Na szczęście to tylko pojedynczy, ale wiele mówiący o relacjach władza-obywatele, epizod.

7.jpg Połączenia internetowe są objęte monopolem państwowym w Syrii, przez to drogie i całkowicie w powijakach w porównaniu z sąsiednimi krajami, takimi jak Turcja czy Jordania. W większych miastach można znaleźć instytucje rządowe, udostępniające sieć ludziom, ale żeby było ciekawiej, korzystanie z e-maila jest zabronione. Można tylko przeglądać strony. Adresy IP stron z pocztą przez WWW są wycięte. Udaje mi się znaleźć jedno miejsce w Damaszku, gdzie adres OnetPoczty był dostępny. Najpierw jednak trzeba się odstać pół godziny w kolejce (10 komputerów na kilkumilionowe miasto...).

Arabowie są bardzo mili, może nie aż tak entuzjastycznie nastawieni do turystów jak Turcy, ale mają jedną niespotykaną wcześniej cechę: jeśli tylko uda się nawiązać rozmowę, można być pewnym, że zostanie się zaproszonym do domu na poczęstunek i nocleg. Niestety, pierwszą rzucającą się w oczy rzeczą w Syrii jest straszna ilość śmieci, zarówno przy drogach, jak i na polach czy w miasteczkach, oraz panujący brud. Kontrastowo większość domów ma bardzo ładne, białe ozdobne kamienne fasady. W zasadzie nie ma tutaj wielkiej ilości atrakcji turystycznych czy oszałamiających krajobrazów. Poza pasmem niewielkich gór wzdłuż kamienistego wybrzeża, wszędzie ciągną się monotonne, płaskie rude pola lub kamienista pustynia. Pustynia Syryjska, Syria

Tak wiec największą zaletą Syrii jest po prostu jej niski koszt utrzymania, szczególnie żywność jest tania. Z nietypowych dla Europy dań można wymienić: humus - gotowany groszek, zmielony na pastę razem z sezamem, czosnkiem i cytryną. Podawany na talerzyku, rozsmarowany w formie płaskiej miseczki wraz z oliwą i przyprawami jest tutaj podstawowym dodatkiem do mięs (pełni taką rolę jak w Polsce ziemniaki); muttabel - pasta ze zmielonych bakłażanów z sezamem, jogurtem i oliwa; zatar - mieszanka ziół i przypraw, którą je się z oliwa i chlebem oraz nie przesadzam, wspaniale przepyszne koktaile i soki przyrządzane na poczekaniu ze świeżych owoców i/lub mleka.

Większe miasta Syrii to jedne wielkie niekończące się targowiska i stragany poprzecinane ulicami, po których poruszają się tysiące taksówek i furgonetek. Wszyscy na wszystkich non-stop trąbią. W porównaniu z tym w Turcji była cisza i spokój. W miastach na północy, takich jak Aleppo czy Latakia, co drugi napis jest w języku rosyjskim. To oczywiście nasi wschodni sąsiedzi znajdują tutaj rynki zbytu. Aby robić zakupy na arabskich targowiskach (souq) trzeba nauczyć się pisowni cyfr arabskich, które, jak się okazuje, są całkiem inne od tych stosowanych w Europie, a też nazywanych arabskimi. Drugą ważną rzeczą jest znajomość realnych cen rynkowych. Niestety na widok zagranicznego turysty cena potrafi podskoczyć nawet i cztery razy. Bez targowania ani rusz.

Pobyt w Syrii na rozszerzonej o wybrzeże trasie (Aleppo - Latakia - Tartus - Crac des Chevaliers - Homs - Damaszek - Daraa) to także dyskusja ze studentami Uniwersytetu w Aleppo, którzy zaprosili mnie na nocleg i próbowali przekonać, że ich wrogowie Żydzi i ich grupy w Europie rozpuszczają wiele nieprawdziwych informacji o Syrii, oraz że Koran zawiera wszystkie przeszłe i przyszłe cuda, jakie mają zdarzyć się na Ziemi; trzygodzinna rozmowa po polsku z 66-letnim Abdulem w Homs, który mieszkał w Polsce przez 11 lat i ma żonę Polkę; wizyta w perskim meczecie Sayyida Raqayya w Damaszku z niesamowitymi wewnętrznymi zdobieniami (mozaiki, lustra, freski); kąpiel w kemping, Syriatradycyjnej arabskiej (tureckiej) łaźni (mimo zachęt ze strony personelu trudno było mi się zrelaksować temperaturze prawie 90 stopni Celsjusza) czy nocleg pod gołym gwiaździstym niebem na wzgórzach przy granicy libańskiej i słuchanie na zmianę przez radio rozgłośni syryjskich (tradycyjna muzyka arabska), izraelskich (muzyka żydowska) i libańskich (najnowsze hity z Europy i USA).

W związku z tym, że "coś dzieje się wciąż na Bliskim Wschodzie", zmuszony jestem z żalem odstąpić od zamiaru wizyty w Izraelu. Moja trasa będzie wiodła przez całą Jordanię aż do Aqaby, następnie na południowo-zachodni kraniec półwyspu Synaj, stamtąd prawdopodobnie przepłynę promem przez Morze Czerwone i dalej na południe Egiptu rowerem do Luksoru i Asuanu, następnie na północ pociągiem do Al-Fajum (bo z kolei w środkowej części Egiptu terroryści islamscy strzelają do turystów) i potem rowerem do Kairu. Jeśli będzie to możliwe (choć na to się nie zanosi) odwiedzę Jerozolimę na zasadzie jedno-dwudniowej wycieczki autobusem z Ammanu, a jeszcze dziś podjadę w pobliże granicy izraelskiej, aby przynajmniej z daleka popatrzeć na Jezioro Tyberiadzkie i Wzgórza Golan.

Rowerem przez 3 kontynenty: Jordania - część północna
22-27.11.2000


Już po syryjskiej kontroli granicznej, a jeszcze przed kontrolą jordańską, na pięciokilometrowym odcinku ziemi niczyjej (tak naprawdę syryjskiej) zmuszony jestem po raz pierwszy na trasie załatać wraz z dętką także oponę.

Trzeba mieć dużego pecha, żeby złapać gumę w takim miejscu, ale na szczęście patrolujący teren żołnierze syryjscy są bardzo mili, trochę przeszkadzają mi swoją pomocą przy naklejaniu łatek, ale potem zapraszają mnie na herbatę, a także pozwalają mi potrzymać karabin :-) Robimy wspólne zdjęcie.

8.jpg Na granicy jordańskiej dość szczegółowe wypytywanie o cel podróży, ale wszystko w bardzo kulturalnej atmosferze i na końcu serdeczne "Welcome in Jordan". Słowo "Welcome" można w tym kraju usłyszeć każdego dnia kilkadziesiąt razy i przynajmniej pierwszego dnia znajduje ono całkowite potwierdzenie w rzeczywistości. Mężczyzna, którego pytam o tani hotel w przygranicznym mieście Ramtha, po kilku chwilach proponuje mi nocleg w jego pięknym domu, do którego podjeżdżamy taksówką (pół roweru wystaje z tyłu z bagażnika). Później zostaję zaproszony na kolację wraz z dużą grupą innych osób do "garażu" - prywatnego miejsca, gdzie spotykają się prawie codziennie, aby napić się wspólnie herbaty, porozmawiać, wypalić nargillę, pooglądać telewizję satelitarną, w tym także polskie programy - Jordańczykom bardzo podobają się polskie kobiety, tą opinię usłyszę jeszcze kilka razy. Dla mnie ciekawym doświadczeniem było zobaczenie tak daleko od kraju reklamy firmy, w której pracuję - pozdrowienia dla wszystkich pracusiów.

Jordania w porównaniu z Syrią stoi dwa razy wyżej w rozwoju cywilizacyjnym. Przede wszystkim jest dużo czyściej. W pobliskim mieście Irbid (drugim co do wielkości w Jordanii) są normalne, czyli w europejskim stylu sklepy z obfitością towarów, o których już zdążyłem zapomnieć, ze istnieją: sterylizowane mleko w kartonie, kilkanaście rodzajów soków owocowych, płatki kukurydziane, jogurty, masło orzechowe. Oczywiście nie ma nic za darmo - ceny dwukrotnie wyższe. Tylko dostęp do sieci tani. Na jednej tylko ulicy naliczyłem 18 kawiarenek internetowych.

Z Irbid jadę na zachód do położonej przy granicy izraelskiej miejscowości Umm-Qais, aby ze wzgórza z odkopanym starożytnym rzymskim miastem przyjrzeć się okolicom Jeziora Tyberiadzkiego - miejscom, gdzie około 2 tysiące lat temu uzdrawiał i nauczał Jezus. Zdaje się, ze od tamtego czasu krajobrazy, jak i ludzie niewiele się zmienili. Kilka dni temu niedaleko stąd żołnierze z Armii Boga (Hezbollah) zastrzelili dwóch Izraelczyków...

W Umm-Qais dostaję pierwsze ostrzeżenie przed jordańskimi i palestyńskimi dziećmi. Mam absolutnie nie zostawiać roweru lub bagaży bez opieki. Trochę mnie to dziwi. Tak przywykłem do bezpieczeństwa krajów Bliskiego Wschodu, że często nawet nie zapinam roweru. Nie chce mi się też wierzyć w to, że na King's Highway dzieci rzucają w rowerzystów kamieniami, ale okazuje się, że nie tylko tam. W ogóle odnoszę wrażenie, że przynajmniej między dziećmi i młodzieżą kamień jest tutaj podstawowym środkiem komunikacji. Nieraz widzę, jak dzieci rzucają się między sobą po szkole, kamieniami też zarządza się stadem owiec czy kóz. Może dlatego, że na tej wypalonej od słońca ziemi kamienie leżą wszędzie?

Kilkanaście kilometrów zjeżdżam w dół w dolinę Jordanu. Ta niewielka w sumie rzeka zaznacza swoją obecność nagłym wybuchem zieloności na tych półpustynnych obszarach: trawa, palmy, sady bananowe, tysiące upraw i szklarni. Jadę wzdłuż granicy z Izraelem, ciesząc się z dawno zapomnianych ciepłych nocy.

Okres jest niespokojny. Ludzie są strasznie podminowani tym, ze na Zachodnim Brzegu giną palestyńskie dzieci. "If you go to Israel, we will kill you now !" - słyszę. Może to nie jest do końca prawda, ale oddaje atmosferę. Czasem słyszę zaczepne "Szalom" - tak się sprawdza, czy nie jestem stamtąd. Równie źle byłoby, gdybym posiadał paszport amerykański. Do tego wspomniane dzieci, które nie maja zahamowań: zagradzają drogę, klepią w plecy, łapią za sakwy, czasem dobrze, że tylko po ziemi potoczy się jakiś kamień, czasem można usłyszeć przekleństwo. Na szczęście droga idzie szybko na dół do najniżej położonego miejsca na ziemi - Morza Martwego.

Rowerem przez 3 kontynenty: Izrael
27.11.2000


W ostatniej miejscowości przed granica jordańsko-izraelską, nie mogąc znaleźć żadnego hotelu, gdzie mógłbym zostawić rower, decyduję się na wjazd do Izraela rowerem.

A w zasadzie autobusem, gdyż przejścia Allenby Bridge nie można przekroczyć pojedynczo, czy to pieszo, czy rowerem, czy prywatnym samochodem. Po stronie izraelskiej każda część mojego bagażu, a na końcu i sam cały rower, zostają umieszczone w maszynie i dokładnie prześwietlone w poszukiwaniu broni. Z granicy także nie można wyjechać rowerem. Mając do wyboru taksówkę do Jerozolimy za 50$ wybieram autobus do Jerycha - sytuacja konfliktowa nieco się uspokoiła, granicę opuszcza w ten sposób bardzo dużo ludzi. Jerycho znajduje się na terenie Autonomii Palestyńskiej, konieczna jest wiec ponowna kontrola paszportowa.

Na dworcu okazuje się, że cena dzielonej taksówki do Jerozolimy podskoczyła sześciokrotnie w stosunku do przewodnikowych 5 NIS. Kierowcy tłumaczą to koniecznością objeżdżania miasta dookoła, aż do izraelskiego punktu kontrolnego. To i tak nie jest może drogo, ale w sumie liczy się każdy grosz. Nie chce mi się też ponownie zdejmować sakw, czekać na innych pasażerów do kompletu. Poza tym to tylko 40 km, a taksówki palestyńskie i tak nie mogą wjeżdżać do centrum miasta. Decyduję się zatem wjechać do Jerozolimy rowerem, ale najpierw upewniam się co do spokoju i bezpieczeństwa drogi. Taksówkarze zapewniają mnie, że od Palestyńczyków nic mi nie grozi, ale żołnierze izraelscy mogą mnie zastrzelić, jak będę podjeżdżał do punktu kontrolnego na granicy miasta. "Oni są szaleni, strzelają nawet do dzieci !" - słyszę, ale bardziej wygląda mi to na próbę przestraszenia i zatrzymania w taksówce.

Słynny punkt kontrolny to piętrowy budynek, ogrodzenie i dwie zdalnie zamykane kraty, umożliwiające przejazd. Z daleka podnoszę rękę w pokojowym geście i zatrzymuje się przy bramie. Widzę, jak jeden z żołnierzy wychodzi, ale zawraca, by ubrać kamizelkę kuloodporną. Drugi ubezpiecza go dwumetrowym karabinem, albo raczej czymś wielkim wprost z filmów science-fiction. Mam zostawić rower w pewnej odległości i podejść z paszportem. Wszystko w porządku. Jako turysta nie muszę objeżdżać miasta dookoła. Droga do Jerozolimy jest całkowicie bezpieczna i pod kontrolą Izraelczyków, natomiast w Jerychu, cóż... Palestyńczycy mogą mnie wziąć za izraelskiego żołnierza i "umieścić mi kulkę w głowie", ale raczej z tym rowerem trudno będzie mnie pomylić.

Przez miasto przejeżdżam całkowicie spokojnie, i gdy już prawie jestem na głównej drodze do Jerozolimy, nagle zauważam na drodze kamienie, druty, spalony asfalt, wywróconą ciężarówkę, a na końcu tego swoistego toru przeszkód żołnierzy palestyńskich. Jest to, jak się okazuje analogiczny palestyński punkt kontrolny. Znów muszę zostawić rower, tym razem w odległości aż 100 metrów. Komendant musi wydać zgodę na opuszczenie miasta: mogę jechać, ale nie wolno mi już tu wrócić - miasto jest zamknięte. Jeden z żołnierzy, z którym nawiązuję krótką rozmowę, zadaje mi pytanie, czy nie mam już nic lepszego w życiu do roboty niż jeździć rowerem po Izraelu w czasie wojny ? Za punktem kontrolnym widzę dwa olbrzymie manewrujące czołgi palestyńskie... Już pierwsze kilometry uświadamiają mi smutną prawdę, że droga do Jerozolimy wiedzie cały czas ostro pod górę i to przez pustynne wzgórza. Po godzinie jazdy jestem dopiero na poziomie morza (co jest oznakowane małym pomniczkiem i mozaiką na skale). No tak, drogę zacząłem z najniższej depresji świata i będę musiał pokonać różnicę wzniesień wielkości jednego kilometra. Nie mam szansy dojechać do miasta przed zmrokiem. W czasie następnych trzech godzin zmuszony jestem kilkukrotnie i całkowicie zasłużenie zakląć na samego siebie.

Wreszcie całkowicie wyczerpany i zlany potem dojeżdżam do obwodnicy miasta i mam przed sobą dwie drogi: Jerozolima i Jerozolima Wschodnia. Ta druga droga mimo, że bardziej stroma wydaje się być krótsza. Poza tym z Jerozolimy Wschodniej jest bliżej do Starego Miasta, gdzie mam zamiar znaleźć tani hotel. Kilkakrotnie spoglądam, czy ktoś może nie wczuł się intuicyjnie w moją sytuację i nie zatrzymał się samochodem, aby mnie podwieźć. Niestety.

Za to po prawej stronie w ostatnich promieniach zachodzącego słońca i w pierwszych światłach ukazuje mi się wielkie, piękne miasto, rozłożone na kilku wzgórzach. Ostatni wysiłek i ostatni 45-minutowy ostry podjazd. Na samej górze (skąd jeszcze 6 km do centrum) okazuje się, że droga jest zamknięta dla turystów. Muszę wrócić z powrotem na obwodnicę i wybrać inną drogę... Klnę, ale szybko zjeżdżam na dół, aby zdążyć złapać stopa na górę - moje możliwości fizyczne i psychiczne na dziś się skończyły. Po dwóch minutach jadę furgonetką z młodym sympatycznym Izraelczykiem, który pól roku temu wrócił z narzeczona z sześciomiesięcznej wyprawy po krajach Dalekiego Wschodu. Zmęczony niestety zostawiam mój śpiwór w jego samochodzie. Chcąc oszczędzić ostatecznie tracę kilka razy więcej. Ale to nic. Nauki, aby nie być głupio oszczędnym, nie będę musiał już nigdzie odbierać po raz drugi.

Rowerem przez 3 kontynenty: Jerozolima
28.11-01.12.2000


W Jerozolimie mieszkam w najtańszym możliwym miejscu, czyli muzułmańskiej dzielnicy Starego Miasta. Wraz z moim przybyciem rozpoczyna się ramadan - islamski miesiąc postu.

Na ten czas, wyjątkowo ze względu na napiętą sytuację turyści nie sa wpuszczani nawet na dziedziniec słynnego meczetu Kopuły Skały - to ta charakterystyczna jerozolimska złota kopuła na miejscu, skąd, jak wierzą muzułmanie, prorok Mahomet wstąpił do nieba.

9.jpg Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby zobaczyć go przynajmniej z daleka, wraz z całą przepiękną panoramą z wznoszącej się za murami miasta Góry Oliwnej. U dołu wzgórza odwiedzam Kościół Męki Pańskiej, nazywany też Kościołem Wszystkich Narodów (różne elementy budowli fundowały różne nacje). Wraz z przyległym ogrodem upamiętnia on miejsce trwogi i modlitwy Jezusa przed czekającą go śmiercią. Kościół jest niewielki i ma fioletowe szyby nadające miejscu półmrok i specyficzną atmosferę. Można się tutaj wyspowiadać w sześciu językach.

Na ulicach miasta pełno jest policji, wojska, w wieczorami dodatkowo chodzą nieumundurowane, ale za to w kamizelkach kuloodpornych, patrole. Najbardziej chyba strzeżonym miejscem jest słynna Ściana Płaczu, jedyna fizyczna pozostałość po żydowskiej świątyni zburzonej w I wieku n.e. przez Rzymian. Na dziedzińcu znajduje się kilkadziesiąt wozów policyjnych, na dachach wokół rozmieszczeni są snajperzy, przed wejściem wszyscy poddawani są kontroli na wypadek posiadania broni. Sam mur podzielony jest na dwie części: męska i żeńską, skąd nieustannie wznoszą się modły, śpiewy i charakterystyczne żydowskie pokłony. Prawie wszyscy mężczyźni ubrani są w czarne chałaty, kapelusze i maja kręcone pejsy. Zresztą chodzą tak na co dzień, często można ich spotkać na Nowym Mieście, gdzie mieszkają Izraelczycy. Wschodnia, muzułmańska część miasta, jak wspomniałem, jest zamknięta dla turystów.

Na Starym Mieście można być często obrażonym lub w inny nieprzyjemny sposób zaczepionym przez palestyńskie dzieci i młodzież. Okazuje się, że nie tylko ja się na to uskarżam, ale tez para rowerzystów z Holandii, o których słyszałem już w Syrii od ludzi, bo byli na trasie jeden dzień przede nam. W ciągu czterech miesięcy częściowo rowerem, a częściowo pociągiem i autobusem pokonali trasę Amsterdam-Jerozolima.

Osobnym rozdziałem są jerozolimscy sprzedawcy pamiątek, którzy nie zostawią nikogo w spokoju. Potrafią chyba powiedzieć kilka słów w każdym języku świata. Ceny za nawet najdrobniejsze pierdółki zaczynają się od 170 dolarów, aby systematycznie spadać. Później sprzedawca już siłą próbuje Cię zatrzymać w sklepie - $10. Na końcu krzyczy za tobą na ulicy "Five dollars, OK ?".

W Jerozolimie też dowiaduje się, ze słynny bliskowschodni falafel jest potrawa przyrządzaną bez mąki, choć na taką nie wygląda. Jak się okazuje, jest to kolejny sposób przyrządzania groszku: posiekany wraz z zieloną pietruszką, cebulą i solą, w postaci kulek jest smażony na głębokim oleju. Bardzo smaczny, stanowi cenne urozmaicenie mojego menu, obok dawno zapomnianych, a kupionych w izraelskim supermarkecie serów pleśniowych, salami, łososia czy różnorakich sałatek.

Rowerem przez 3 kontynenty: Jordania - góry
01-12.12.2000


Na wodach Morza Martwego można się położyć i czytać gazetę. Nie wierzyłem, ale się przekonałem. Dalej moja droga odbija na wschód, na górę Nebo, skąd Mojżesz przed śmiercią oglądał Ziemię Obiecana.

10-kilometrowy odcinek z różnicą wzniesień wielkości 2000 m można pokonać pchając rower lub korzystając z bezinteresownej pomocy kierowcy ciężarówki, która tą trasę przebywa w godzinę (!). Widok z góry na Morze Martwe i dolinę Jordanu jest oszałamiający. Podobno przy dobrej pogodzie można nawet zobaczyć stąd dachy Jerozolimy.

Droga po jordańskich górach wyznacza najgorszy dotychczas okres mojej podróży. Składa się na to przede wszystkim zła pogoda (zimno i bardzo silny wiatr), olbrzymie wzniesienia oraz nieprzyjaźni ludzie. Wadi al Mujib, JordaniaNieprzyjaźni do tego stopnia, że spotkane przeze mnie dwie Francuzki, które na rowerach w ciągu dwóch lat chcą dotrzeć do Australii, miejscowość Tafila musiały przebyć pod eskortą policji - na drogę z kamieniami wychodziły nie tylko dzieci, ale i starsi ludzie! Ja osobiście nieraz widzę charakterystycznie wystawiony środkowy palec z przejeżdżających samochodów. Mimo, że salwuję się ucieczką autostopem i taksówkami z tych terenów, nie omija mnie jedna koszmarna noc, 30 km od Shawbak, gdzie przy temperaturze poniżej zera, nie mogąc zasnąć z zimna (hoteli nie ma), drżę o swoje życie - w moim mikro-namiocie głowę mam 1 cm od tropiku, a kamieni w okolicy pod dostatkiem :-)

Po co więc tamtędy jechać ? Po pierwsze wspomniany widok z góry Nebo, po drugie mapa-mozaika z VI wieku w Madabie (to akurat można było sobie darować, z całej mapy Bliskiego Wschodu pozostały zaledwie szczątki), po trzecie Wadi Al-Mujib (olbrzymi kanion, kilometrowej głębokości, ciągnący się w poprzek pasma górskiego aż do Morza Martwego), po czwarte Petra (ogromne, kamienne miasto Nabatejczyków z I wieku przed Chrystusem, z obłędnymi, gigantycznymi fasadami rzeźbionymi w różowej skale). Na końcu drogi w Jordanii odwiedzam pustynię Wadi Rum z wyrastającymi z niej czerwonymi skalami. Pustynia, a noc i dzień pada deszcz i jest przeraźliwie zimno. Ale to już połowa grudnia i tak objawia się tutaj zima. Przemarznięty do szpiku kości zjeżdżam na dół do wybrzeża zatoki Aqaby, aby jeszcze raz przez Izrael dostać się do Egiptu i jego ciepła.

Rowerem przez 3 kontynenty: Synaj
12-21.12.2000


Droga na południe Synaju wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego od przejścia granicznego w Taba to jeden wielki plac budowy. Obok kilku istniejących hoteli (niektóre bardzo ładne, w kształcie piramid) powstaje kilkadziesiąt nowych.

Za kilka lat może się tu zrobić tak tłoczno jak na francuskiej Riwierze. Tymczasem na razie jest cisza i spokój. Po prawej stronie strome góry pustyni, po lewej dość ciepła, krystalicznie czysta woda, a w dali Arabia Saudyjska. Na wybrzeżu noce są nareszcie ciepłe i można bez problemu spędzać je w namiocie.

Odbijam w głąb półwyspu, aby zdobyć słynną górę Synaj. Droga od Nuweiby do klasztoru świętej Katarzyny obfituje w niesamowite pustynne krajobrazy - naprawdę nie opłaca się jechać do Teksasu czy Colorado. W górach znów jest bardzo zimno, a na szczycie Synaju leży śnieg. Na miejscu poznaję m.in. dwójkę podróżników z Polski (wreszcie okazja do porozmawiania w ojczystym języku i skomentowania ostatnich wydarzeń politycznych) oraz 64-letniego Francuza, który - bagatelka - idzie z Rzymu do Jerozolimy poprzez kraje północnej Afryki, początkowo z przyjacielem, i czasem korzystając też z innych środków transportu. Do tej pory na nogach przeszedł 1300 km. Teraz pociągnie swój wózek na kołach na wschód do Eilat w Izraelu, śpiąc po drodze u Beduinów.

Ja kontynuuję swoje trawersowanie Synaju na zachód, po drodze doświadczając oazy Feran. To naprawdę niesamowite, gdy po 70 km prawie pustki (tylko góry, piasek, czasem jakąś osada beduińska) nagle wjeżdża się w gaj palm. Trzeba tutaj kupić jedzenie i zaopatrzyć się w wodę na cały następny dzień, bo do następnej miejscowości (El Tur) jest 100 km.

Po trzech dniach docieram w końcu na południowy kraniec Synaju, do miejscowości Sharm El-Sheik, gdzie wciskam swój namiot na jedną noc pomiędzy gwiazdkowe hotele. 12 km stąd znajduje się jedyny park narodowy w Egipcie - Ras Mohammed - obejmujący niewielki odcinek wybrzeża z rafą koralową. Za $5 można tam spędzić noc w namiocie w wyznaczonych miejscach tylko trzeba zabrać ze sobą odpowiedni zapas wody i jedzenia, bo na miejscu jest tylko pustynia i morze.

No właśnie. Morze Czerwone. Z zewnątrz wygląda jak każde inne, ale pierwsze zanurzenie głowy pod wodę przenosi po prostu w inny świat. Po pierwszych kilku chwilach muszę się wynurzyć i to nie tylko dlatego, że poza okularkami nie mam żadnego innego sprzętu do nurkowania. Bajeczność kolorów i wymyślność form w podwodnych ogrodach dosłownie zapiera dech w piersiach! Poznani tam przeze mnie doświadczeni nurkowie z Francji zapewniali mnie, że jeśli chodzi o podwodne krajobrazy, jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Oprócz ryb i korali można tu spotkać także lisa pustynnego - chyba jedynego większego ssaka, żyjącego na tych terenach. Na cieniutkich, ale wysokich łapkach i z wydłużonym pyszczkiem oraz pięknym lisim ogonem próbują w nocy podkraść spod namiotu jakieś resztki żywności. Władze parku pozwalają jedynie dawać im wodę, którą w przeciwnym wypadku, nie mam pojęcia, skąd biorą. Ja musiałem przytaszczyć tutaj dziewięć 1,5-litrowych butelek, za które dodatkowo przyszło mi zapłacić. Ale to nie dlatego, że woda na pustyni synajskiej jest na wagę złota, tylko w miejscowościach turystycznych Egipcjanie są strasznie pazerni na pieniądze turystów, a czasem wręcz po prostu nieuczciwi.

Z Sharm El-Sheik odpływam promem do Hurghady, jeszcze w Egipcie, ale już na nowym, afrykańskim kontynencie, po raz pierwszy płacąc dodatkowo za przewóz roweru (rzecz niespotykana na promach we Włoszech, Grecji czy Turcji).

Rowerem przez 3 kontynenty: Egipt - część afrykańska
22.12.2000-02.01.2001


10.jpg Z Hurghady jadę prosto do miejscowości Port Safaga, gdzie oprócz części turystycznej z hotelami jest też zwyczajne egipskie osiedle. Coś a'la socrealistyczne blokowisko, tylko że prawie na pustyni i z meczetem.

Kilka kilometrów dalej na policyjnym punkcie kontrolnym (takie punkty są wszędzie co kilkadziesiąt kilometrów, także na Synaju) po godzinie oczekiwania na komendanta okazuje się, że rowerem w Egipcie już dalej nie pojadę. Zagraniczni turyści, czy to w autobusach, czy w prywatnych samochodach, mogą poruszać się tylko w konwojach policyjnych. Taki konwój formowany jest dwa razy dziennie na trasie Hurghada-Luksor i wyróżnia się tym, że z tyłu i z przodu jadą dwa pickupy policyjne, a przy przejeżdżaniu przez miasta włączane są syreny. Z prawdziwą ochroną ma to mało wspólnego. Więcej w tym cyrku, zabawy, a najwięcej ;-) chęci wywarcia na turystach wrażenia, że wszystko jest pod kontrolą po tragicznych wydarzeniach z 1997 roku.

Ja mam to szczęście, że ten rodzaj transportu nic mnie nie kosztuje. Rower biorą mi do pierwszego wozu, a ja mogę albo jechać z policją, albo z policyjnego przydziału wsiąść do któregoś z autokarów wycieczkowych, albo być zaproszonym przez parę przesympatycznych Niemców do ich wypożyczonego volkswagena. Dzięki temu święta Bożego Narodzenia spędzam w Luksorze, choć poza telefonem do rodziny trudno mówić tutaj o świętowaniu.

Za to po przeprawieniu się na drugi brzeg Nilu zwiedzam groby faraonów sprzed kilku tysięcy lat. Wrażenie robią hieroglify. Jak to wygląda, to wszyscy wiedzą ze szkoły. Tylko tutaj ma się to, że tak powiem, na żywo i w kolorze. Z Luksoru do Kairu udaję się pociągiem, bo doliną Nilu za miejscowością Qena już nawet konwoje nie jeżdżą. Pewien Niemiec opowiadał mi, że gdy wybrał się taksówką na tej trasie, aby coś tam zobaczyć, przez cały czas za taksówką jechał czołg... :-)

Stolica Egiptu jest ogromna, ale dzięki bardzo szerokim ulicom nie przytłacza. Jednak wydostać się stąd drogą powietrzną przez najbliższe sześć dni jest prawie niemożliwością, a to z powodu nagromadzenia się kolejno wolnych dni: trzy dni święta zakończenia ramadanu (zamknięte wszystkie agencje turystyczne), sobota, niedziela, Nowy Rok (zamknięta ambasada Ugandy i księgarnia Uniwersytetu Amerykańskiego, jedyne miejsce gdzie można kupić przewodnik po Ugandzie). Muzułmanie w 95% nie świętują Nowego Roku, za to zakończenie ramadanu obchodzone jest hucznie: ucztowanie, prezenty, nowe ubrania i nowe krajowe produkcje filmowe - do późna w nocy pod kinami toczy się walka o bilety. Dla mnie ten rok skończy się dopiero po zakończeniu wyprawy - na razie żyję trochę poza czasem.

Kair to też oczywiście piramidy. Jadąc przez miasto rowerem człowiek wypatruje czegoś na horyzoncie wielkości dalekich gór. Tymczasem nagle zza linii kamienic wyłania się ogromna kamienna góra. W porównaniu z piramidami Sfinks wydaje się bardzo malutki. Giza to jedno z najpopularniejszych miejsc turystycznych. Można tu spotkać ludzi z całego świata. Oprócz standardowych turystów z Korei czy Japonii także ludzie z Brazylii, Irlandii czy Nowej Zelandii. I całe szczęście, bo z Egipcjanami raczej nie można nawiązać normalnych kontaktów, chyba że jest się gotowym płacić za każde podanie ręki.

Szczęśliwie w drugi dzień 2001 roku udaje mi się załatwić wszystkie formalności i odlecieć do źródeł Nilu w Ugandzie. Kilka dni dłużej w Egipcie, a na odgłos wołania Allah Akbar chyba zacząłbym bić. Tylko nie myślcie, że Egipt to same złe rzeczy. Po prostu brak miejsca, by wszystko dokładnie opisać.

Rowerem przez 3 kontynenty: Uganda
03-14.01.2001


Rano budzą mnie dziwne odgłosy. Otwieram oczy i z dolnego poziomu piętrowego łóżka widzę u góry jakiś kijek. Pierwsza myśl: ktoś przez otwarty sufit sypialnianego boksu próbuje podkraść moje rzeczy.

11.jpg "Kijek" zaczyna się jednak dziwnie wić, więc może po ścianie pełznie wąż ? Wychylam się bardziej i... płoszę niedużą małpkę, którą do budynku zwabiły resztki jedzenia. Okropnie wyczerpany nocą spędzoną w samolocie i 40 km odcinkiem z lotniska Entebbe do stolicy Ugandy, Kampali, wreszcie uświadamiam sobie, gdzie jestem. Uganda, karibu! Stan wyczerpania utrzymuje się przez 3 dni, zanim organizm jako tako zaaklimatyzuje się do tropiku z ogromną wilgotnością powietrza, tak że czy się stoi, czy się leży, człowiek pływa we własnym pocie. Jak określić pocenie się w tych warunkach przy jeździe na rowerze ?

Pierwsza rzeczą w Ugandzie, która nie tyle że rzuca się w oczy, co wciska się zewsząd, blisko czy daleko, jest totalna zieloność. To jedna wielka szklarnia ogrodu botanicznego, tylko tak na oko dwa razy gęściej. Jedyną nie zarośniętą powierzchnią jest niebo i asfaltowa droga, po której poruszają się ludzie, rowery i samochody (ruch lewostronny). Murzynki w jaskrawych sukienkach z podniesionymi ramiączkami i obowiązkowymi dużymi parasolkami, które służą do ochrony przed deszczem albo przed słońcem, Murzyni w długich spodniach i koszulach, dzieci w ubraniach, w których więcej jest dziur niż materiału. Wszyscy wołają do mnie "Mzungu" co znaczy "biały człowiek". Najśmieszniej dzieci, jeśli tylko ze strachu się nie chowają, to podskakując z radości seplenią na całe gardło "Mziungu, fotografie, Ugandamziungu!!!". Wszyscy transportują wodę, trzcinę cukrową, banany, mąkę - na głowie albo rowerami, które są w powszechnym użyciu. Jakby ktoś miał problem z transportem łóżka, 50 pustych kanistrów na wodę lub 15-metrowych desek rowerem, Ugandyjczycy wyjaśnią, jak to się robi.

Ja tymczasem przy podróży samolotem zmuszony byłem po spartańsku zminimalizować swój bagaż. Udało mi się wyrzucić lub wysłać do Polski (podziękowania dla Geralda z Krakowa) około 6 kg rzeczy, m.in. tak nieistotne dla przetrwania jak fiordmata, statyw fotograficzny, przedni bagażnik razem z sakwą.

Przy drodze można też przeczytać różne hasła, które pokazują, z jakimi problemami walczą tutaj ludzie: "Kobiety Ugandy cieszą się pokojem w kraju", "Aby uniknąć biegunek, myj zawsze ręce mydłem przed jedzeniem", "AIDS zabija". Do tej listy ostatnio niestety dołączyła także gorączka krwotoczna i, wbrew informacjom z ambasady, przypadki zachorowań zdarzyły się także na południu kraju, a nawet w stolicy, choć w tym przypadku było to raczej podrzucenie zwłok. Jedyną na razie "nadzieją" jest to, że być może wirus Ebola, przywleczony z Konga przez stacjonujących tam żołnierzy ugandyjskich, przenosi się tylko podobnie jak HIV.

Niemniej swój pobyt w tym kraju ograniczam do niezbędnego minimum. Główny mój cel w Ugandzie - park obejmujący góry Ruwenzori, w których na pewnych wysokościach panuje roślinna gigantomania jest od trzech lat zamknięty z powodu przebywających tam grup rebelianckich, które zresztą dają się we znaki od czasu do czasu także w innych częściach kraju, np. zabijając we wioskach wszystkich właścicieli rowerów (znak, że utrzymują kontakt z "rządowym" miastem). Ostatecznie rowerem pokonuję tylko dwa odcinki: Fort Portal - Kasese - Mweya - Ndeke oraz Entebbe - Kampala - Jinja - Busia (w sumie 470 km), m.in. przekraczając równik i Narodowy Park Królowej Elżbiety. Podobno lwy przy wewnętrznej drodze wzdłuż kanału zjawiają się tylko raz na pięć lat. Uważać należy tylko na słonie i bawoły - trzeba czekać z daleka, aż zwolnią drogę. W parku spotykam różnego rodzaju antylopy, bawoły oraz guźce. Tych ostatnich jest pełno na wewnętrznym kempingu. Jak na roślinożerców mają bardzo groźny wygląd, ale boją się ludzi. Ich zachowanie jest często komiczne, np. gdy uciekają z pionowo podniesionymi ogonami co chwila oglądając się za siebie i prychając lub gdy pasą się na kolanach przednich łap. Na kempingu można też spotkać hipopotamy, a po przeciwnej stronie kanału można zobaczyć grupę trzydziestu słoni.

Nie trzeba wjeżdżać do parków, aby zobaczyć pawiany czy inne mniejsze małpki, bo jest ich dużo przy drogach i na zwykłych kempingach. Ciekawostką jest także bydło ugandyjskie z ogromnym porożem, które jest mniej więcej tak długie, jak wysoka jest krowa. Jest też dość dużo ptaków, a półtorametrowe chyba marabuty można spotkać nawet w centrum stolicy.

To niewielkie miasto ma oświetlenie tylko na kilku głównych ulicach. Ale życie nie zamiera wieczorem - stragany oświetlane są odkrytymi płomieniami lampek. Inne miasteczka Ugandy przypominają trochę Dziki Zachód. Jedna (najczęściej) lub kilka prostopadłych ulic z parterowymi murowanymi budynkami stojącymi w jednym ciągu. Wszystkie z frontowymi zadaszeniami na kolumnach. Na ścianach pełno wymalowanych reklam - najwięcej coca-coli, ta do dostania jest wszędzie. W cieniu drzew grupują się liczne taksówki motocyklowe lub rowerowe (bodaboda). Czasem też można natknąć się na typowe murzyńskie wioski z okrągłymi glinianymi domkami krytymi trzciną.

Podróżowanie po Ugandzie nie stanowi większej trudności, gdyż w prawie każdej większej osadzie znajduje się zazwyczaj kilka tanich hoteli (lodge) i skromne restauracje (hotel), w których można dostać przede wszystkim gotowane mięso, matoke (gotowaną, zieloną i niesłodką odmianę bananów) i czaj (liście herbaty zalewa się gorącym mlekiem, czasem dodając trochę mielonej kawy lub kakao). W soboty i w niedziele z kościołów (które najczęściej z zewnątrz wyglądają jak zwykle baraki) rożnych wyznań dochodzą głośne śpiewy, bicia w bębny, tupot nóg, oklaski i zawodzenia przerywane uderzeniami rąk w usta.

Rowerem przez 3 kontynenty: Kenia
14-31.01.2001

Na granicy jeszcze po stronie ugandyjskiej daję się naciąć na 10$ przy wymianie pieniędzy na ulicy (taki numer udaje się tylko raz w życiu, potem jest się już zbyt czujnym).

Nie pisałbym o tym, gdyby nie to co, zdarzyło się później. W ostatnim momencie przed przekroczeniem granicy orientuję się, że w moim portfelu jest za mało kasy i ponieważ goście zdążyli się już zmyć, ku uciesze gawiedzi idę na policję, głównie z myślą o zapobieżeniu wypadkom złodziejstwa na turystach na przyszłość. Nie mogę się nadziwić, gdy po pięciu minutach, bez żadnych szczegółowych pytań czy spisywania raportów, policja przynosi brakujące pieniądze. No może nie do końca wszystkie, ale jestem w zbyt dużej euforii, aby zorientować się, że ta usługa kosztowała mnie 3$. Wygląda to podejrzanie, ale w ostateczności wszyscy są szczęśliwi: turysta, bo odzyskał większa część pieniędzy, a to przecież jego wina, że dał się oszukać; nieuczciwi sprzedawcy, bo nie ponoszą konsekwencji, a przecież nie każdy idzie na policję; no i policja też ma swoją działkę. To była Uganda, ale krótki przegląd prasy w Kenii (listy od czytelników) pokazuje, że policja (głównie w Nairobi) często działa poza prawem. To chyba afrykańska specyfika.

Droga do Kisumu jest dość płaska. Krajobrazy przestrzenne, ale monotonne, głównie pola uprawne. Dużo za to jest niewielkich, ale bardzo kolorowych ptaków. Ludzie bardziej otwarci niż w Ugandzie - jestem pozdrawiany nawet przez kobiety. Towarzyszący mi w drodze na rowerach często wypytują mnie o szczegóły wyprawy i widać, że po pierwsze są pod wrażeniem, a po drugie są żądni wiedzy o świecie. Niektórzy nawet kojarzą Polskę z Wałęsą i walką "Solidarności".

Za Kisumu wybieram jedną z dróg do Nakuru, która na mapie oznaczona jest jako droga pierwszej kategorii. W praktyce: ziemia, kamienie i zero samochodów. Do tego pod górę - właśnie wjeżdżam na zachodnią ścianę Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Niektóre osady są z rodzaju tych, gdzie sprzedawca mówi: "Pamiętam, jak dwa lata temu była tu para z Holandii...". Dzieci widząc mnie, często wpadają w panikę.

Pierwszy raz w Afryce jestem też zmuszony prosić o nocleg. Półgodzinna próba z pastorem o przerażonych oczach zaczyna się od "Czy jesteś chrześcijaninem?" a kończy na "Nasze pomieszczenia maja zbyt niski standard...". Ostatecznie noc spędzam w przychodni w prywatnym pokoju doktora za normalną cenę hotelowa, ale z pobudką o trzeciej na ranem. Potrzebne są leki i narzędzia, za ścianą odbywa się... poród. W całej wiosce nie ma prądu, więc wszystko odbywa się przy lampach naftowych lub latarkach. Życie nie zamiera po zmierzchu. Szczególnie śmiesznie ludzie wyglądają w restauracji - w jednej ręce latarka, którą świeci się w talerz, w drugiej łyżka.

Część ludzi przy drodze to słynne plemię Masajów. Wyróżniają się przede wszystkim bardzo kolorowymi strojami oraz rozciągniętymi dziurkami w uszach. Tak dużymi, ze można w nie wepchnąć plastikowe pudełko po lekarstwach lub owinąć dookoła ucha. Mężczyźni noszą broń - krótką drewnianą pałkę zakończoną kulką wielkości pięści. Podobno wystarczy raz uderzyć...

W Nakuru odwiedzam słynne z tysięcy różowych flamingów jezioro. Razem z pelikanami, marabutami, egipskimi gęśmi i orłami tworzą niezapomniany widok, ale i niesamowity hałas. Jest to moje pierwsze mini (półdniowe) safari samochodem. Niestety, nie udaje się zobaczyć żadnych wielkich kotów. Ale za to są takie cuda jak zebry, żyrafy, nosorożce, szakale, antylopy, bawoły - niemal w zasięgu ręki. Jest to wszystko tak wspaniałe, że decyduję się od razu zobaczyć następny park nie czekając, aż dotrę do Nairobi, zwłaszcza, że w tym mieście załatwianie wszystkich spraw lepiej ograniczyć do niezbędnego minimum czyli kupna biletu lotniczego i odlotu.

Niestety właściciel biura z Nakuru okazał się być człowiekiem nieuczciwym. Jeden dzień czekam na obiecane safari, następne trzy dni trwa zabawa w kotka i myszkę, polegającą na bezskutecznych próbach odzyskania pieniędzy. Policja za dużo do sprawy nie wnosi, choć obiecuje, że wymusi wysłanie pieniędzy do Polski, jak tylko gość się znajdzie. Chcę wierzyć. Zresztą nie były to duże pieniądze. Szkoda tylko czasu i tego odczucia bezsilności obcokrajowca.

W związku z tym skracam sobie ostatni odcinek drogi do Nairobi autobusem. Z dworca ruszam jak taran według wcześniej wyuczonego planu prosto do hotelu. Tutaj, za podwójnymi drzwiami ochranianymi przez uzbrojonego strażnika, można czuć się w miarę bezpiecznie. Podobne zabezpieczenia są w droższych sklepach czy agencjach turystycznych. Nairobi pod względem przestępczości jest jednym z Nairobi, Kenianajgorszych miast na świecie i nie są to tylko opowieści. Jak pamiętam, każda osoba, która przyjeżdżała z Nairobi do Kampali albo sama była ofiara napadu rabunkowego w biały dzień, albo o takim zdarzeniu słyszała z pierwszej ręki. Podstawową ochroną, oprócz modlitwy :-), jest noszenie przy sobie minimalnej potrzebnej ilości gotówki, zakładanie ciemnych okularów (aby zza nich bacznie obserwować sytuacje na ulicy) i zmierzanie prosto do celu z jednoczesnym ignorowaniem po drodze żebraków, sprzedawców safari i ludzi, którzy w przyszłym miesiącu jadą studiować medycynę właśnie do stolicy twojego kraju i chcą się dowiedzieć, jaka jest pogoda.

Najsmutniejszym widokiem w stolicy Kenii są bezdomne dzieci, które na ulicach żebrzą, wąchają klej lub próbują sprzedać ulepione przez siebie figurki afrykańskich zwierząt. Początkowo myślałem, że jest to plastelina, dopóki nie zobaczyłem, jak wygrzebują błoto z przydrożnych rynsztoków.

W Nairobi udaje mi się wreszcie kupić odpowiednie dętki i nową oponę na moje koła - coś, czego bezskutecznie poszukiwałem przez ostatnie dwa miesiące. Udaje mi się także wykupić trzydniowe safari do Amboseli. Nie jest to takie łatwe, bo tydzień temu niespodziewanie dla wszystkich zaczęła się pora deszczowa i park staje się powoli zbiornikiem wodnym - kierowcy nie lubią tam jeździć. Zresztą przy takiej pogodzie główna atrakcja, czyli widok północnej strony Kilimandżaro (sam wulkan znajduje się już na terytorium Tanzanii) stoi pod dużym znakiem zapytania. Mimo to trzeba spróbować, a wewnętrznie wierzyć, ze się uda. Na miejscu z powodu deszczów udaje się zrobić tylko jedną przejażdżkę w poszukiwaniu zwierząt (game drive), ale za to nadspodziewanie udaną. Natrafiamy na trójkę lwów (co jest rzadkością w tym parku), które wylegują się w pobliżu właśnie zabitego hipopotama. Lwy kompletnie nie przejmują się obecnością samochodów i turystów. Oprócz tych ostatnich, dookoła zbierają się dziesiątki hien w oczekiwaniu na resztki.

Amboseli jest jednak przede wszystkim królestwem słoni. Są to zwierzęta wspaniałe do obserwacji, głównie dlatego, że nie boją się samochodów. A można nawet powiedzieć, że przyglądają się im z pewnym zainteresowaniem. Słonie mają wiele unikalnych cech dla innych zwierząt, ale wspólnych z ludźmi, m.in. bardzo długo trwa dochodzenie małych słoni do pełnej samodzielności i dorosłości. Podobnie jak ludzie, słonie mogą być prawo- lub lewo-"kielne" (kłów używają do wykopywania studni z woda). Mitologia buszmeńska mówi, że słoń wstydzi się, jeśli zabije człowieka (ale niesprowokowany sam nigdy nie atakuje!) i próbuje zamaskować zwłoki liśćmi i ziemią. Oprócz słoni udaje się nam zobaczyć także strusie i żurawie koroniaste, by wymienić tylko gatunki, których jeszcze nie widziałem.

Jednym z innych miłych zaskoczeń na safari jest jedzenie, przyrządzane przez kucharza w warunkach polowych. Tak smacznego, obfitego i różnorodnego jedzenia nie jadłem nigdzie od początku mojej wyprawy. W przewodniku jest napisane coś odwrotnego, więc obawiałem się niekończącego się standardu kenijskiego, czyli ugali (ugotowana na twardo kaszka kukurydziana) i smażone mięso. W ostatni wieczór trochę się wypogadza. Obok księżyca i gwiazd na niebie widać wyraźnie jakąś planetę (Jowisz?), do lampy na Kilimandżaro, Keniadrewnianym stole zlatują się setki większych i mniejszych owadów, a gdzieś w pobliżu śmieją się hieny. Atmosfera jak wycięta z filmu, bo dodatkowo, jak zauważyłem turyści w Afryce to ludzie trochę starsi (szukający jakby mocniejszych wrażeń) i to głownie z krajów, które miały kolonie w Afryce. Wcześnie rano przed wschodem słońca ostatniego dnia pobytu popłoch na kempingu. Wszyscy wylegają zobaczyć, to na co czekali i na co wydali pieniądze. Jest, widać Kilimandżaro.

Rowerem przez 3 kontynenty: Nepal
01-16.02.2001


Z Nairobi do Kathmandu lecę liniami Gulf Air z przesiadkami w Abu Dhabi i Bahrajnie. Cała podróż, łącznie z 7-godzinnym nocnym oczekiwaniem ma trwać ponad dobę.

Zastanawiam się, jak to wszystko przetrwam, tymczasem nieoczekiwanie w Bahrajnie dostaję na koszt linii lotniczych miejsce w hotelu. I to nie w jakiejś głośnej przybudówce na lotnisku, ale w normalnym trzygwiazdkowym hotelu w centrum Manamy, z bezpłatnym transportem w dwie strony i śniadaniem. Rano udaje mi się zrobić kilka zdjęć. Nowoczesna architektura, supermarkety, wszystko świeże i sprawne - oto bogate oblicze świata arabskiego.

W ostatnim samolocie dostaję bardzo dobre miejsce przy oknie po lewej stronie. Najpierw mogę podziwiać Zatokę Perską, potem Pakistan i Indie. Wszystkie góry po drodze odróżniam bardziej po kolorze niż po wysokości. Tymczasem Himalaje wyrastają prawie na wysokość lotu samolotu - wspaniale widać cały łańcuch najwyższych gór świata. Dolina Kathmandu robi wrażenie malutkiej, zagubionej Himalaje, Nepalgórskiej osady z charakterystycznymi żółto-zielonymi uprawami schodkowymi. Część Nepalczyków już w samolocie siedzi ubrana w czapki i kurtki. Twarze podobne trochę do Eskimosów, więc zastanawiam się, czy przypadkiem nie wylądowaliśmy gdzieś na Grenlandii i na zewnątrz jest minus 45 stopni. Ale nie. W dzień pogoda jest bardzo przyjemna, tylko wieczorem, w nocy i nad ranem jest dość zimno. Temperatura spada w okolice zera, w nieogrzewanym pokoju trzeba siedzieć w kurtce, a i tak ręce marzną.

W stolicy Nepalu, po Afryce, wreszcie oddycham z ulga. Nikt nie czyha na życie i mienie, nie ma malarii. Można spokojnie wyjść nawet w Kathmandu, Nepalśrodku nocy na wąskie, przyozdobione kolorowymi, papierowymi lampionami ulice, i spotkać mnóstwo turystów. Dookoła restauracje z kuchniami niemal całego świata, księgarnie z obfitością tytułów (najwięcej książek górskich, używanych przewodników i książek o filozofiach i religiach Wschodu), tanie kawiarenki internetowe, sklepy ze sprzętem turystycznym, sprzedawcy pamiątek, ubrań, owoców i marihuany, żebracy, mnóstwo sklepów z biżuterią i kamieniami szlachetnymi (średnio spędzam w nich dziennie pół godziny na oglądaniu). Wszystko w rytm spokojnej, kontemplacyjnej tybetańskiej muzyki i przy zapachu kadzidełek. Gdzieniegdzie grupy karateków w białych kimonach lub ubranych na pomarańczowo-wiśniowo mnichów buddyjskich.

Na starym mieście pełno świątynek hinduistycznych i buddyjskich stup z charakterystycznymi wymalowanymi oczami Buddy. Wydawałoby się, że hinduizm to taka mitologia przeszłości. Tymczasem kult trwa, ludzie składają ofiary, kwiaty, pala się świeczki i kadzidełka, po ulicach chodzą święte krowy. A w domu w samym centrum mieszka żywa bogini Kumari Devi i najbardziej "przydaje się" Mugling, NepalNepalczykom podczas świąt i innych uroczystości. Ktoś mógłby szyderczo zapytać, skąd się tam wzięła ? Otóż bogini wybierana jest spośród nepalskich dziewczynek. Fałszywe kandydatki odsiewane są przez sito różnych testów i prób (m.in. próba strachu). Niestety wraz z pierwszymi objawami dojrzałości seksualnej lub większym upływem krwi bogini przestaje być boginią i musi powrócić na łono społeczeństwa jako zwykła śmiertelniczka. Może założyć rodzinę, ale podobno pechowo jest się z nią ożenić. A może po prostu ex-boginie są zepsute luksusem i zbyt rozpieszczone, aby być dobrymi żonami :-) ?

W Kathmandu wbrew swojej woli spędzam aż 12 dni. Wszystko przez jakieś poważne zatrucie pokarmowe, prawdopodobnie wywołane sprowadzanym z północnych Indii mięsem wołu. Zmusza mnie to do zrezygnowania z odwiedzenia Pokhary i zrobienia krótkiej wycieczki górskiej, bo moja wiza do Indii traci ważność za dwa tygodnie. Po upewnieniu się w indyjskiej ambasadzie, że można ją wydłużyć o następne dwa, powoli ruszam w stronę granicy. Nie tak łatwo się zebrać po dłuższej przerwie, poza tym z tej bezczynności dopada mnie samotność (właśnie minął czwarty miesiąc na trasie !). Po drodze nie mam już takich kłopotów z żołądkiem, ale jedzenie w Nepalu nie jest zbyt dobre. Powiedziałbym, że jest tanie w obu znaczeniach tego przymiotnika. Myślę nawet, że ostre przyprawy są tu dodawane głównie po to, aby ryż z wywarem z trawy, patyków i kamieni ;-) miał w ogóle jakiś smak...

Nawierzchnia na trasie jest bardzo dobra (chyba najlepsza, po jakiej jeździłem od początku wyprawy) i droga, z dwoma wyjątkami, cały czas po sinusoidzie idzie w dół. Szkoda tylko, ze powietrze jest tak bardzo zanieczyszczone. Nad doliną Kathmandu nieustannie wisi smog, a i do samej równiny Terai na południu kraju czuję pył na zębach. Za to krajobrazy są niesamowite i przywodzą na myśl Chiny. Jadę głębokimi dolinami rzek, po obu stronach bardzo wysokie zalesione szczyty spinane słynnymi wiszącymi mostami. Przy drodze skromne nepalskie chatki i bananowce (tak!) oraz studzienki, przy których cały czas ludzie zażywają publicznej chińskie krajobrazy, Nepalkąpieli (odziani w kawałki materiału) lub robią pranie. Co chwila mijam grupy ludzi obładowanych od stóp do głów liśćmi i drewnem na opał. A na południu, gdzie w parkach narodowych żyją tygrysy, jestem entuzjastycznie witany przez nepalskie nastolatki. Mogę im się odwzajemnić pisząc, że wraz z Turczynkami są jedynymi dziewczynami na całej trasie, o których mogę powiedzieć, że są ładne i pociągające. Choć oczywiście i tak wszyscy wiedzą, że najwięcej witaminy ... ;-)

Dwie spośród czterech nocy na nepalskiej trasie spędzam znowu na dziko w swoim nadgryzionym, chyba jeszcze przez jakiegoś afrykańskiego termita, namiocie. Nad ranem przy rzece zmarznięci i nieśmiali tubylcy ze szczoteczkami do zębów w ustach wylegają, by wielkie pranie, Nepalzobaczyć rowerowego przybysza z dalekiego kraju. Wszyscy grzecznie się kłaniają ze złożonymi przed sobą rękami, ale wcale nie zamierzają sobie pójść. Znajomość angielskiego jest znikoma, więc przez godzinę trwa bezpłatny, niemy, amatorski teatr jednego aktora. Mimo to fajnie jest się obudzić ze wschodem słońca na brzegu rzeki pod wiszącym mostem i pomyśleć "Jestem w Nepalu".

Rowerem przez 3 kontynenty: Indie
16.02-22.02.2001


Do Indii wjeżdżam wczesnym popołudniem przez przejście graniczne w Sunauli i po 60 km zatrzymuję się w pierwszym większym miasteczku, Pharenda, z zamiarem świętowania nowego kraju - zwyczajowo dobrą restauracją i/lub hotelem.

Jedyne jednak, co jest dostępne, to guest house dla handlarzy warzyw i żywność na stoiskach ulicznych. Pokój kosztuje 35 rupii (około 3,5 zl), ale stan czystości pościeli i materaca budzi odruchy wymiotne. Wyjmuje wiec mój śpiwór - hm, tez nie wygląda za dobrze, no ale przynajmniej nie jest, za przeproszeniem, obsrany przez szczury i myszy. Dodatkową atrakcją są tysiące komarów i brak prądu po 19-tej (rzecz powszechna w Indiach). Zakupy pomaga mi zrobić kilku uczniów pobliskiej szkoły średniej. Oczywiście wcześniej upewniam się, czy za pomoc nie przyjdzie mi później zapłacić. Już nie pamiętam, kiedy byłem tak milo przyjmowany, zwłaszcza, że następnego dnia rano zostaje zaproszony (a raczej zgarnięty) przez starszego człowieka na dłuższą rozmowę faktograficzną i indyjska herbatę (podawaną z mlekiem, cukrem i przyprawianą imbirem).

Pożywiam się na ulicznych straganach smażonymi warzywami, jajkami i mięsem, obtaczanymi w mące z ciecierzycy (sztuka 5-10 groszy) i daniem przypominającym placki ziemniaczane z sosem grochowym, cebulą i papryczkami, podawanym na talerzu wykonanym z suszonych liści (50 groszy - ceny przytaczam, bo są śmiesznie niskie). Później chłopcy oprowadzają mnie po miasteczku i zwiedzamy hinduistyczne miejsce pielgrzymkowe. Jest to niewielki park z ogrodem i stawem, gdzie przy ścieżce znajduje się kilkanaście otwartych kapliczek lub małych świątynek z figurkami bogów i bogiń o kilku parach rąk i twarzach ludzkich lub zwierzęcych (małp, słoni itp.). Wszystko bardzo kolorowe, niektóre posążki maja świecące zdobieniami ubranka. Mimo, że jest późny wieczór, przewija się sporo ludzi - Varanasi, Indiekłaniają się, bija w dzwony, palą w świeczki i kadzidełka, namaszczają czoła, dotknąwszy wcześniej stóp bogów. Dla mnie to wszystko wygląda bardziej na wystawę egzotycznych lalek i mitologię, dlatego pytam chłopców, czy naprawdę wierzą we wszystkich tych bogów i boginie. "Pewnie, czemu by nie ???" - odpowiadają niemal chórem.

Przesadą byłoby mówienie o szoku kulturowym, ale jeśli bym już musiał wskazać na mojej trasie na coś, to byłoby to miejsce i Indie w ogólności, bo jest to kraj odmienny od wszystkich innych, w którym zachowało się do dziś bardzo dużo różnic kulturowych i ekonomicznych. Niektóre z nich nie są widoczne dla zewnętrznego obserwatora, np. cały system kastowy. Jedynym śladem jego obecności, na jaki się natknąłem był podział ogłoszeń matrymonialnych w gazecie. Same ogłoszenia też są śmieszne. Większość jest w Hinduska, Indiestylu: "Ojciec (zawód, stanowisko, pensja w rupiach) poszukuje dla syna/córki (zawód, stanowisko, pensja w rupiach) odpowiedniej kandydatki/kandydata ...".

O oryginalności Indii może tez świadczyć to, że zrobiłem tutaj bardzo dużą ilość zdjęć (jak na jeden kraj), a nie robię ich dużo, zazwyczaj tylko wtedy, gdy zobaczę coś specyficznego (nie robię reportażu). W Indiach są to przede wszystkim zdjęcia ludzi i architektury, bo krajobraz jest przez cały czas wyjątkowo monotonny: płaskie jak stół zielone pola, czasem przecięte rzeką. Jedynymi wzniesieniami, na które trzeba tutaj wjeżdżać, są łukowate wygięte mosty :-).

Zwierząt jest dużo, ale są to ciągle te same gatunki: woły, Mycie wołów, Indiekrowy i małpy, z którymi ludzie tutaj walczą (dziwiłem się, dopóki nie zostałem zaatakowany przez małpę o czerwonej twarzy na dworcu w Varanasi - szczerząc zęby próbowała mi wyrwać siatkę z jedzeniem :-) !). Czasem na drogach czy ulicach można też spotkać słonie jako... środki transportu.

Przydrożne miasta i miasteczka wszędzie mają jedną cechę wspólną: zawierają niezliczoną ilość ludzi. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem. Dziesiątki tysięcy głów plus rowery i próbujące się przebić przez to ludzkie morze autobusy. Do tego głośna, ostra indyjska muzyka z megafonów. Ostatnie badania wykazały, ze w Indiach populacja przekroczyła miliard ! Jadąc z północy (z Nepalu) zauważam, że twarze obu płci straciły swoja mongoidalność, kobiece stały się bardziej dzikie (dalej obowiązuje kolczyk w nosie). Stroje mężczyzn stały się bardziej sukmanowate (białe, a raczej szare), kobiety noszą jaskrawe pomarańczowe sari z odkrytym brzuchem, które bardzo mocno kontrastują z otaczającą zielenią (często można zobaczyć pojedyncze kobiety śpieszące gdzieś przez pola)Sprzedawca szczoteczek do zębów, Gorakhpur, Indie.

Pierwszym moim głównym celem w Indiach jest święte miasto Hindusów, Varanasi (Benares), od którego z granicy dzieli mnie ponad 300 km. Po drodze nie ma możliwości spania w namiocie na dziko, bo wszędzie jest się na widoku (drzewa rosną tylko w rzędzie wzdłuż drogi i wokół domów). Nawet gdy zatrzymuje się tylko na chwilowy odpoczynek, zaraz zbliżają się ludzie, a potem następni ludzie i... następni ludzie. Z reguły nic nie mówią, tylko patrzą, oczywiście głównie na "niesamowity" rower z licznikiem i przerzutkami, którymi po chwili ktoś odważniejszy zaczyna się bawić. Gorzej, gdy ze szkoły wyjdą uczniowie. Wtedy zdarza się, że jestem oblegany przez więcej niż 100 osób naraz. W tych warunkach problemem jest załatwienie czynności fizjologicznych, a te przy indyjskim super ostrym jedzeniu są często bardzo naglące (kłopoty żołądkowe z mniejszym i większym nasileniem mam od drugiego dnia do końca pobytu). Raz tylko wykorzystałem namiot, bo z braku hoteli w okolicy zostałem zaproszony na nocleg do obozowiska policji (przy okazji: policjanci w Indiach są bardzo mili i pomocni, jeśli chodzi o informacje, najważniejsze: mówią po angielsku). Przy porannej toalecie mogę się naocznie przekonać, ze człowiek, który przy drodze sprzedawał równo przycięte patyki (gałązki) o różnych szerokościach rzeczywiście sprzedawał... szczoteczki do zębów. Nie wierzyłem.

Z innych ciekawostek: powoli toczący się lokalny pociąg wyładowany ludźmi, niektórzy trzymają za oknami rowery, a część siedzi po prostu na dachach wagonów; przydrożne zakłady fryzjerskie, tj. krzesło lub kamień i lusterko zawieszone na drzewie (włosy można obciąć za 1 zł); rozpowszechnione znaki swastyki (odwrotne niż hitlerowska) jako symbole energii; paan - bardzo popularna, orzeźwiająca używka do żucia, po której mężczyźni mają tutaj czerwone wargi i zęby; czy wreszcie oczywiście zaklinacze kobr. Zaklinacz kobr, IndieW sklepach leży pełno przeterminowanych zachodnich produktów lub po prostu bardzo starych np. baterie sprzed 4 lat, skorodowane ze starości puszki pepsi i kakao (robiąc zakupy czuję się czasem jak bohater "Ubika" Philipa K. Dicka).

W mieście Mau (gdzie 75% stanowią indyjscy muzułmanie) właściciel hotelu po krótkiej rozmowie zadał mi "trzy pytania na temat Europy": czy to prawda, ze Europejczycy traktują swoje matki i siostry jak żony (chodziło mu o stosunki kazirodcze); czy to prawda, ze w Europie mężczyźni żenią się z mężczyznami; i czy to prawda, ze w Europie jest "free sex" (tzn. przedmałżeński).

Tuz przed Varanasi odwiedzam małe miasteczko Sarnath, gdzie ponoć Budda wygłosił swoją pierwszą mowę po oświeceniu. Znajdują się tu m.in. tysiącletnie stupy, do których pielgrzymują buddyści z Tybetu i modlą się przed nimi na leżąco (a mnie uczono, ze buddyzm to filozofia a nie religia ?). Zaś do Varanasi przyjeżdżają pielgrzymi z całego subkontynentu indyjskiego, aby obmyć się z grzechów w świętej rzece Ganges. Codziennie przybywają ich tysiące, w związku z tym kilometrowy pas wzdłuż rzeki jest wyłączony z ruchu i przeznaczony tylko dla pieszych. Kamienne zejścia do wody w formie schodów (ghaty) ciągną się przez kilka kilometrów (przeciwległy, pustynny brzeg nie jest zabudowany). Spalanie zwłok nad Gangesem, IndieNiedaleko obu końców dwa ghaty mają specjalne znaczenie - są przeznaczone do spalania zwłok. Spalanie odbywa się na w sumie niewielkich ilościach drewna. Ogień tutaj płonie 24 godziny na dobę. Obok piętrzą się stosy gałęzi i leżą czekające na swoją kolej, owinięte w materiał ciała. Właściciel łódki, z której to oglądam, mówi, że ciała dzieci i osób świętych nie są spalane, tylko wrzucane z kamieniem do wody.

Na brzegu natrafiam też na występ (?) trzech naga sadhu, dwóch (w tym jeden to prawie dziecko) ubranych jest tylko... w popiół (dla ochrony przed chłodem), trzeci w takt muzyki odkrywa się na chwilę i dzwoni dzwoneczkami przywiązanymi do... swojego instrumentu. Najdziwniejsze jest jednak to, że obok ustawia się kolejka wiernych, chcących złożyć ofiarę pieniężną, dotknąć i ucałować świętych mężów, dostać błogosławieństwo i pomazanie popiołem. Wieczorem nad rzeką odbywają się ceremonie religijne mocno oddziaływujące na zmysły: dźwięczne (dzwony, kowadła, bębny), kolorowe (ogień, kwiaty) i zapachowe (kadzidełka).Naga sadhu, Indie

W tym wszystkim przewija się tez spora ilość młodszych i starszych ludzi z Zachodu ubranych w indyjskie stroje, z indyjskimi znakami na czołach i generalnie bawiących się w "jestem prawdziwym Hindusem". Dla mnie jest to śmieszne i zaskakujące, bo myślałem, że czasy hippisów już dawno minęły. Ponoć szukają tutaj odpowiedzi na ważne życiowe pytania, ale więcej bardzo tanich konopi indyjskich temu, kto poda choć jedną odpowiedź, jaką tutaj znalazł. Zazwyczaj kończy się na mętnej krytyce kapitalizmu, dzięki któremu biali sadhu mają środki finansowe i techniczne, aby tu dotrzeć...

W Varanasi zaczyna się też moja przygoda z indyjską biurokracją. Okazuje się bowiem, że wydłużenie o dwa tygodnie wizy turystycznej zajmuje 5 dni roboczych. Ponoć w Agrze można załatwić to w jeden dzień (tak mówi urzędnik). Moja wiza za kilka dni traci ważność, więc postanawiam dotrzeć tam szybko pociągiem, a po drodze przy okazji odwiedzić słynne ze swoich kamiennych świątyń Khajuraho. Aby przewieźć pociągiem pospiesznym rower, trzeba najpierw go zaopatrzyć w koniecznie metalową tabliczkę z opisem kto-co-skąd-dokąd. Takie tabliczki (tzn. kawałek zardzewiałej blachy z odręcznie wykonanym lakierem napisem) można na poczekaniu zamówić pod dworcem.

Rowerem przez 3 kontynenty: Indie c.d.
22.02-04.03.2001


W pociągu do Varanasi poznaję 28-latka z Bangalore, który wyróżnia się swoją południowoindyjską urodą (długie, kruczo-czarne włosy, pociągła twarz, orli nos) tak, że początkowo biorę go w ogóle za zagranicznego turystę.

Asi wraca do domu ze święta Kumbh Mela, które odbywa się raz na 12 lat. Podczas tego święta doszło do śmiesznej sytuacji, kiedy przed jednym z nagich sadhu rozebrała się do naga turystka z Meksyku, zaraz została zgarnięta przez policję. I gdzie tu sprawiedliwość i równouprawnienie płci?;-)

Asi opowiada mi też, że na południu Indii jest dużo więcej białych zafascynowanych naukami guru na eksport i że jest to śmieszne też dla Hindusów, ale nikt otwarcie tego nie okazuje, bo po co psuć świetny biznes. W rozmowie wychodzi też, że nasze doświadczenia życiowe w kilku punktach są zadziwiająco zbieżne. Próbujemy też sobie opowiadać na zmianę dowcipy, ale w zasadzie śmiejemy się tylko ze swoich. To jest straszne, jak bardzo poczucie humoru zależy od kultury, w której się człowiek wychował. Za trzy miesiące Asi zamierza wyjechać do Holandii i zrobić tam karierę grafika komputerowego. Na pożegnanie zostawiam mu mój e-mail i zachęcam do wizyty w Krakowie. Ja wysiadam, ale mój rower nie, i do końca nikt nie wie, czy w ogóle znajdował się w tym pociągu. Odzyskanie roweru zajmuje, bagatelka, 14 godzin oczekiwania na dworcu. Na szczęście jestem zbyt zmęczony podróżą i zbyt chory (żołądek), aby się denerwować.

W Khajuraho odwiedzam kilkanaście starych hinduskich świątyń, słynnych ze swoich zewnętrznych zdobień, głównie rzeźb. Całość jest piękna i robi niesamowite wrażenie swoją odmiennością od architektury europejskiej czy bliskowschodniej.

Do Agry docieram późno w nocy autobusem (mimo, że jest to podróż niebezpieczna, niewygodna, wolniejsza i droższa od pociągu, no ale przynajmniej rower mam na dachu i nie muszę obawiać się jego utraty). Przydworcowe hotele w tym, było nie było, dużym miecie, to po prostu chlew, ale jestem zbyt zmęczony 14 godzinami spędzonymi w autobusie, aby szukać czegoś innego w centrum miasta (7 km od dworca). Pokój z tłukącym się wentylatorem (chyba sprzed II wojny światowej) jest cały wysmarowany brudem, chyba najgorszy, w jakim spałem podczas całej mojej wyprawy. Żeby było śmieszniej, o 7 rano budzi mnie człowiek z pytaniem, czy chcę zamówić śniadanie do łóżka.

W ogóle jeśli chodzi o higienę, to Indie są co najmniej dwa razy niżej niż Afryka, co dla mnie jest zaskoczeniem (Indie - tysiące lat cywilizacji ?). W różnych miejscach po drodze widziałem brudne, cuchnące stawy, w których ludzie myją siebie, zwierzęta (woły) i robią pranie (nic dziwnego, że nawet świeżo wyprana pościel w hotelach jest brudna). Chyba nic nie przebije jednak sceny z dworcowej toalety w Agrze, gdzie pewien człowiek umył sobie ręce, po prostu zgarniając z podłogi brud, rozcierając go w rękach i spłukując wodą.

Po dwóch godzinach oczekiwania w biurze rejestracji turystów (całym zawalonym stosami zakurzonych papierów) dowiaduje się, że jedynym miejscem w Indiach, gdzie mogę przedłużyć swoją wizę, jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w Delhi (nie pomaga zasugerowanie opłaty za dodatkową pracę). Całe szczęście, że zostawiłem sobie jeden dzień rezerwy. Jadę zatem szybko zobaczyć tylko słynny Taj Mahal, przed kolejną autobusową męką. Cena za zobaczenie tego symbolu Indii po ostatniej podwyżce wynosi $10 plus $10 podatku. Gdyby było to po prostu $20, być może zapłaciłbym ten haracz i wszedł do środka, a tak w ramach protestu przeciwko biurokracji rządowej przejeżdżam wzdłuż ogrodzenia i od strony rzeki zza muru oglądam tylną część pałacu. Też pięknie wygląda, a Pałac Taj Mahal, Agra, Indieprzynajmniej będę miał niestandardowe zdjęcia ;-)

W autobusie do Delhi po kilkunastu minutach kierowca wjeżdża pod jakąś niską rampę i przyciera całym dachowym bagażem, łamiąc przy okazji widelec w moim rowerze. Początkowo wydaje mi się, że złamana jest tylko śruba mocująca kierownicę, więc nie żądam wysokiego odszkodowania. Po negocjacjach z udziałem tłumacza (szczęście, że ktoś w autobusie mówił po angielsku) dostaję cale 7,5 zł, co nawet nie jest ceną za dodatkowy pełny bilet za przewóz roweru. Tłumaczem, a w zasadzie tłumaczką, okazuje się dość ładna i wyglądająca na dużo młodszą 21-letnia Jopi, która przyjechała przedpołudniem do Agry na ślub kolegi, ale nie znalazła adresu, więc wraca. Dodatkowo zgubiła bagaż. Jak, gdzie, nie wiem, bo z jej angielszczyzny rozumiem piąte przez dziesiąte i rozmowa jest prawie niemożliwa, dodatkowo hałas silnika i tłukące się szyby też robią swoje.

Tak oto jedziemy nocą do stolicy Indii, z przerwami na dłuższy postój w przydrożnej restauracji (gdzie po stoiskach z żywnością od czasu do czasu przebiegają szczury, i po którym trzeba pchać autobus, aby zapalił) i kontrolę policyjną bagażu pasażerów. W pewnym momencie niespodziewanie siedząca obok Jopi pyta mnie... co sądzę o życiu ??? Bo ona nie widzi w nim żadnego sensu i nie lubi go. Od kilku lat choruje na coś i cierpi straszne bóle w rękach i twarzy, dodatkowo nie ma pieniędzy i jest uzależniona od rodziców, którzy "nie pytają jej nigdy, na co ma ochotę". Brak większych perspektyw na zmianę, jednym słowem "life sucks". Teraz np. musi wysiąść w jakiejś wiosce przed Delhi i noc spędzić u ciotki, bo nie wolno jej tak późno wracać do domu. Próbuję bezskutecznie się dowiedzieć, co to za choroba, bo być może w Europie jest na to lekarstwo. Mówię jej też, aby starała się myśleć o ulepszeniu przyszłości, no i poza tym takie momenty jak ten, są ważne - przyjemność kontaktu z drugim człowiekiem. No, ale co to za kontakt, skoro prawie się nie rozumiemy, i kto wie, czy moje towarzystwo jest dla niej przyjemne.

W pierwszy dzień w Delhi (i w ostatni dzień ważności mojej wizy) po 4 godzinach udaje mi się załatwić wydłużenie nieprzedłużalnej wizy turystycznej i mogę mówić o szczęściu, bo większość osób jest po prostu odsyłana do Nepalu po nową wizę. Problem z wizą u wielu osób wynika z braku miejsc w samolocie, na który mieli wcześniej kupiony i potwierdzony bilet. Niektórzy musza czekać i miesiąc, tak wielkie jest obłożenie miejsc. No, ale w końcu żyje tu ponad miliard osób. Nie udaje mi się natomiast zdobyć odpowiedniego nowego widelca do mojego roweru, tak więc postanawiam zakończyć moje podróżowanie po Indiach i takowy kupić już w Bangkoku. Nie żeby nie było już w Indiach niczego ciekawego do zobaczenia, wręcz przeciwnie, ale samotne podróżowanie na zasadzie "6 godzin w pociągu - zobaczyć jakiś budynek - spotkać lokalnych friends, którym w miejscowościach turystycznych w ostateczności chodzi zawsze o pieniądze - jechać dalej do następnej miejscowości turystycznej" to jest to czego chciałem uniknąć wybierając podróżowanie rowerem.

Załatwiając potrzebne do odlotu rzeczy (bilet lotniczy, pudło na rower, wiza tajlandzka itp.) przekonuje się też, jak ekonomiczne jest posiadanie roweru w dużym mieście - autoriksze w Delhi wcale nie są tanie. Aby zaoszczędzić pieniądze, idę na układ z kierowcą taksówki, który proponowany jest tutaj chyba każdemu turyście: płacisz mniej za taksówkę, ale musisz wstąpić po drodze do sklepu na 5 minut. Upewniam się wcześniej, że w sklepie nie grozi mi żadne fizyczne niebezpieczeństwo, a jedynie słowna presja do kupienia tradycyjnych indyjskich wyrobów po zawyżonej cenie. Kierowca dostaje 50 rupii (5 zł) w gotówce za każdego doprowadzonego klienta i procent od ewentualnie kupionego towaru.

Wynajmując taksówkę na prawie cały dzień zaliczam aż... 7 sklepów, gdzie jestem bardzo zainteresowany ;-) kupnem dywanów, kamieni szlachetnych, biżuterii, instrumentów muzycznych, szali jedwabnych itp. W ostatnim sklepie, już późno wieczorem po całym dniu załatwiania spraw i dodatkowo zwiedzania miasta, podobnie jak ja zmęczony pracownik, któremu pewnie nie chciało się po raz kolejny odgrywać swojego przedstawienia, pyta mnie wprost, czy w ogóle naprawdę chcę kupić jakiś dywan. Bardzo ciśnie mi się na usta: "Nie chcę żadnych dywanów, chcę po prostu zaoszczędzić na taksówce" :-) Na drugi dzień dowiaduję się, że kierowca za wizytę dostaje 4 razy więcej niż mówił :-)

Swoją drogą ceny w tych imperiach pamiątkarskich musza być nieźle wysokie, skoro opłaca im się w ten sposób utrzymywać ruch. I z drugiej strony, znając realną kwotę, jaką dostaje kierowca, można by na tym nieźle zarobić (przy podziale pól na pól). Rzadko się zdarza, aby ktoś płacił tylko za oglądanie towaru.

W ramach dalszych oszczędności kupuję bilet do Bangkoku nie z Delhi, ale z Kalkuty. Zaoszczędzenie $130 plus możliwość nadprogramowego zwiedzenia słynnego miasta wydaje mi się dobrym pomysłem, dopóki nie staję przed faktem braku wolnych miejsc w jakimkolwiek pociągu do Kalkuty na najbliższy tydzień (oprócz zwykłego osobowego, który musi chyba jechać dwie doby, skoro ekspres jedzie 24 godziny - w tym wypadku i tak nie zdążyłbym na samolot). Na kilka godzin przed odjazdem ostatniego pasującego mi pociągu jeszcze raz idę na dworzec sprawdzić. Jest jeden bilet w najwyższej klasie, tak drogi, że trochę dopłacę i polecę do Kalkuty samolotem (o ile wcześniej zarezerwowałbym miejsce, bo lokalne przeloty tez są mocno obłożone). Gdy już mam odchodzić, nagle znajduje się jakiś tańszy bilet. Pytam kasjera, jak to zrobił ? "Working here I learnt not to disappoint anybody."

Uff... Udaje mi się wpakować pudło z rowerem do przedziału, leżę na łóżku i próbuję się wreszcie zrelaksować po trzech dniach bieganiny, obiecując sobie przeznaczać na załatwianie spraw związanych z odlotem co najmniej 5 dni (jeszcze przed startem w swoich planach przeznaczałem na coś takiego naiwnie jeden dzień). Zamykam oczy i po 5 minutach, to nie żart, podchodzi do mnie człowiek z biletem wypisanym na moje miejsce i prosi, abym poszedł z nim potwierdzić mój bilet. Idę, oczywiście z zamiarem walczenia o swoje miejsce. Podróż pociągiem na zachodzie jest standardowo banalna i nudna, w Indiach jest przygodą. Okazuje się, że to jego bilet zawiera błąd (był wypisany ręcznie, a mój był wydrukowany z komputera), wiec mogę spać spokojnie. Wracam do przedziału, a tu... na moim łóżku siedzi naga sadhu i uśmiecha się dwuznacznie. Dobra, tym razem żartuję ;-)

W Kalkucie odwiedzam oczywiście dom Matki Teresy, gdzie teraz m.in. znajduje się jej grób. Obok, na ścianach rozpisany jest życiorys wraz ze zdjęciami oraz jej różne wypowiedzi i zalecenia dla sióstr, które kontynuują dzieło pomocy najbardziej potrzebującym, nie tylko w Indiach, ale w różnych krajach na całym świecie. Jednym z zaleceń jest, aby idąc nawet do najbardziej cierpiących, zawsze mieć uśmiech na twarzy i coś śmiesznego do powiedzenia, bo dobry humor jest zaraźliwy. Zostawiam skromny datek i metrem (tak, Kalkuta to ogromna metropolia) jadę zobaczyć Victoria Memorial - pomniki dawnych rządców Indii. Po raz kolejny dochodzi do mnie, jak młody jest obecny świat - Anglicy wycofali się z Indii zaledwie 50 lat temu. A 150 lat temu niedaleko stąd odbywały się jeszcze krwawe obrzędy ku czci bogini Kali...

Na lotnisku jeszcze jedna ostatnia ciekawostka. Za przebywanie w budynku na trzy godziny wcześniej niż odlot samolotu trzeba płacić - to dlatego przed wejściem stoją krzesła. Pisałem już, ile w Indiach żyje ludzi?

Rowerem przez 3 kontynenty: Tajlandia
04-23.03.2001


Odprawa paszportowa na lotnisku w Bangkoku przebiega bezproblemowo i oznacza to szczęśliwy koniec kłopotów wizowych, bo do następnych, ostatnich dwóch krajów na mojej trasie, Malezji i Singapuru Polacy nie potrzebują wizy.

Wraz Bangkok, Tajlandiaz tłumem turystów udaje się taksówką na słynną ulicę Khao San, która wraz z całą dzielnicą przyciąga swoimi tanimi hotelikami, restauracjami i stoiskami ulicznymi miliony podróżnych z całego świata. Jest to swego rodzaju ludzkie zoo, gdzie ruch trwa niemal 24 godziny na dobę. Najwięcej jest Japończyków i na drugim miejscu Amerykanów. Dla dużej liczby osób Bangkok jest tylko etapem bardzo popularnej większej podróży po krajach Azji Południowo-Wschodniej lub nawet dookoła świata. Dużo osób podróżuje samotnie, w tym także kobiety. Poznane przeze mnie rekordzistki z Anglii i Japonii były w podróży od prawie dwóch lat. Dla części osób Tajlandia jest po prostu wspaniałym miejscem na spędzenie zwykłego dwutygodniowego urlopu. W dobie komunikacji lotniczej można spotkać tutaj osoby takich zawodów jak robotnik z fabryki BMW w Niemczech czy operator dźwigu z Kanady.

W Bangkoku panuje niemiłosierny upał i temperatura ani wilgotność nie spada nawet w nocy. Śmiejemy się w sypialni, że mamy saunę gratis wliczoną w koszty. Tradycyjnie pierwszego dnia udaję się do restauracji na droższy posiłek celem świętowania nowego kraju. Długo nie mogę dogadać się z kelnerem i w końcu trochę rozdrażniony pytam go wprost czy w ogóle mówi po angielsku. A kelner na to z pełnym rozbawieniem i śmiechem, że nie ! No cóż, spodziewałem się milszej obsługi, ale wieczorem powtarza się podobna sytuacja na ulicznym stoisku ze świeżymi sokami. Upewniam się najpierw czy mają wszystkie reklamowane na planszach owoce i następnie wybieram owoc liczi. A sprzedawca na to zanosząc się od śmiechu: "Liczi akurat nie mamy!". Odbijanie piłki, Bangkok, TajlandiaW Europie mogłoby być mu w takiej sytuacji przykro lub przynajmniej udawałby, że tak jest. W Tajlandii jest to świetny powód do odrobiny humoru w codziennej pracy. Początkowo trudno jest się do takich reakcji przyzwyczaić, gdy np. wchodzi się do sklepu i za chwilę wszyscy wybuchają śmiechem, ale później będzie mi brakować tej bezpośredniości Tajów.

Bardzo wiele dni zabiera mi przygotowanie się do wyjazdu znów na trasę. Najpierw zajmuję się naprawą zepsutego w Indiach roweru i zakupem potrzebnych rzeczy, potem zwiedzaniem niesamowitych, bogato zdobionych pałaców królewskich Pałac Królewski, Bangkok, Tajlandia i buddyjskich świątyń.

Buddyzm jest w Tajlandii religią państwową, a młodzi mężczyźni muszą w swoim życiu odbyć w klasztorze buddyjskim półroczną służbę. Zwiedzam także samo miasto. Bangkok jest miastem poprzecinanym kanałami, z wielkimi domami handlowymi, do których można dostać się bezpośrednio z superszybkiej kolejki miejskiej, Świątynia Leżącego Buddy, Bangkok, Tajlandiaktóra kursuje jakby na drugim piętrze miasta, po zbudowanym na kolumnach torze powyżej ulic. Na ulicach wieczorem trudno jest nie spotkać pań najstarszego zawodu świata. Jedna z ulic Bangkoku, Patpong, jest w całości poświęcona tym rozrywkom. Znajduje się tam kilkadziesiąt "lokali". Na zewnątrz stoją dziewczyny zaopatrzone w numerki i ubrane w jednolite stroje (każdy lokal wyróżnia się swoim specyficznym strojem).

Gdy już mam wyjeżdżać skręcam sobie nogę i znów jestem uziemiony na kilka dni. W między czasie zaczyna padać obfity deszcz co jest troszkę anomalią pogodową o tej porze roku. W końcu decyduję się na podjechanie do Phang Nga na południu Tajlandii autobusem. Po drodze mijamy miejscowości, w których woda stoi na ulicach na wysokość kilkudziesięciu centymetrów.

Zdjęcia z zatoki Phang Nga były dla mnie inspiracją przy planowaniu trasy jeszcze w Polsce. Całodzienna przejażdżka łodzią motorową po zielonej wodzie, wśród wystających z wody obrośniętych na zielono skał Wyspa Gwóźdź, zatoka Phang Nga, Tajlandia przekonuje mnie, że odwiedzenie Tajlandii to był świetny pomysł. Bajeczność tych krajobrazów przyciąga też reżyserów filmowych. To tutaj były częściowo kręcone dwa filmy z Jamesem Bondem, a kawałek dalej film "Plaża" z Leonardo di Caprio.

Prawdziwe rowerowanie zaczynam właśnie stąd i już na początku jestem podekscytowany otaczającą mnie zielonością i kolorowymi kwiatami. Jadę wzdłuż zachodniego wybrzeża w stronę granicy z Malezją. Czasem skręcam na wybrzeże do popularnych kurortów takich jak Krabi, gdzie na białym piasku wypoczywają biali ludzie. Wspaniałe okolice na spędzenie urlopu, ale dla mnie woda jest zbyt mętna - po pławieniu się w krystalicznie czystym Morzu Czerwonym stałem się trochę wybredny :-) Później w głębi półwyspu nadkładam trochę drogi,Pod wodospadem, TajlandiaNa bocznych drogach, Tajlandia aby dotrzeć do Szmaragdowego Jeziorka gdzieś w środku dżungli. Udaje mi się tam spędzić ostatnią na mojej trasie noc na dziko. Samo miejsce jest po prostu rajskie. Przy okazji dowiaduję się, że w pobliżu ukryty jest też wodospad. Nie jestem w stanie do końca przedzierać się przez dżunglę rowerem przypinam go więc do drzewa i ruszam na nogach zaopatrzony tylko w pół litra wody. Jest bardzo gorąco i wilgotno, dodatkowo "cykanie" owadów przywołuje na myśli świst gotującego się czajnika z wodą. Tak nie pociłem się nawet w Afryce. Wreszcie udaje mi się dotrzeć na miejsce i lekko się ochłodzić w strugach wody. Mimo, że starałem się mocno uważać pod wieczór dopiero odkrywam, że do mojej nogi przyczepione jest obce ciało - pijawka.

Tajlandia to piękny, relaksujący kraj, gdzie możemy podziwiać tropikalną dżunglę nie narażając się na afrykańskie choroby i przestępczość oraz dodatkowo mając zawsze w pobliżu do dyspozycji 24 godzinne sklepy, bungalowy, wspaniale utrzymane drogi i przydrożne zadaszone ławeczki (coś czego brakowało mi we wszystkich odwiedzanych wcześniej krajach) oraz mnóstwo bardzo tanich Dżungla, Tajlandiarestauracyjek (szkoda tylko, że kuchnia tajska jest tak przeraźliwie ostra). Jedynym problemem w Tajlandii jest dla mnie pogoda. Czasem muszę cały dzień jechać przy siąpiącym deszczu, a kilka razy tuż pod wieczór, dosłownie na kilka kilometrów przed hotelem, jestem przemaczany do suchej nitki przez prawdziwe tropikalne burze.

Rowerem przez 3 kontynenty: Malezja
23.03-04.04.2001


Do Malezji wjeżdżam przez malutkie ukryte w niewysokich górach przejście graniczne. Zaraz później z wierzchołka mogę podziwiać panoramę Malezji:

Deser ABC, Malezjapłaskie prawie całkiem zielone pola, gdzieniegdzie pojedyncze pagórki, wszystko spowite gęstymi chmurami, z których nieustannie pada deszcz. Zmiana w porównaniu z Tajlandią w zasadzie nie duża, może trochę monotonniej. Natomiast bardzo wyraźna jest różnica w sposobie bycia ludzi. Dosłownie na kilku metrach zniknął gdzieś entuzjazm powitań a zastąpił go bardzo życzliwy dystans. To na pewno za sprawą religii muzułmańskiej, którą wyznają Malajowie stanowiący połowę mieszkańców półwyspu. Po drodze spotykam nowo wybudowane meczety i minarety, podobnie jak na Bliskim Wschodzie, tyle, że tutaj na piątkowe modły ludzie przyjeżdżają wysokiej klasy samochodami. Na przestrzeganie reguł islamu władze kładą bardzo duży nacisk. Rygoryzm posuwa się nawet do zmuszania 7-letnich dziewczynek do noszenia strojów ściśle zakrywających całe ciało i włosy. W kraju tropikalnym gdzie temperatura nie spada poniżej 30 stopni C jest to bardzo praktyczne... Pomijam fakt jakie to generuje w nich odczucia na temat własnego ciała, zwłaszcza, że ich szkolne rówieśniczki Chinki czy Hinduski chodzą na co dzień w normalnych spódniczkach. Wiele starszych Malajek ma dużą nadwagę i jest trochę zaniedbanych, ale w zasadzie w takich warunkach nie ma się chyba po co starać.

Droga na południe nie jest najlepszej jakości (pewnie dlatego, że oprócz niej biegnie też w tym kierunku autostrada), często bez pobocza i zatłoczona samochodami. Okolice są bardzo zurbanizowane. Co chwilę przejeżdżam przez jakieś miasteczka i większe miasta, w których zawsze jest dużo hoteli i potężne domy towarowe (bardzo dużo sprzętu audio i video). Pomijając padające codziennie deszcze jazda nie przedstawia żadnych większych trudności z tym, że jest po prostu bardzo nudna.

Moje pedałowanie w Malezji doprowadza mnie po kilku dniach na wyspę Penang, która połączona jest z lądem najdłuższym w Azji Południowo-Wschodniej mostem o długości 13 km. Nie można po nim jeździć rowerem, bo stanowi część autostrady, ale ja nie daję się odesłać na prom i po chwili jadę zapakowany w vana wraz z ludźmi z obsługi mostu. W głównym mieście na wyspie, Georgetown, znajduje się dużo zabytków architektury m.in. stare kościoły i świątynie: chrześcijańskie, hinduskie (z Indii Południowych) oraz chińskie. Te ostatnie są bardzo kolorowe i oryginalnie zdobione pudełeczkami, lusterkami i smokami. W zasadzie możliwość kontaktu z chińską kulturą jest jedną z niewielu atrakcji, które znajduję w Malezji. Chińczycy, którzy stanowią 43% mieszkańców, są weseli i otwarci i to do nich należy większość tanich hoteli.

Gdyby nie deszcze można by ewentualnie jeszcze korzystać z tutejszych plaż, ale przy tej pogodzie postanawiam wykorzystać okazję jaką jest obecność w Georgetown konsulatu indonezyjskiego i zorientować się co do warunków otrzymania wizy. Od Sumatry, gdzie żyją w dżungli orangutany i gdzie znajduje się, ponoć przepiękne, wulkaniczne jezioro Toba dzieli mnie zaledwie kilka godzin szybkiego rejsu. Zakładam, że jeśli zdobycie wizy nie będzie wiązać się z większymi problemami to rozszerzę nadplanowo swoją wyprawę przynajmniej o kilka dni. W konsulacie okazuje się, że aby kupić wizę do tego jednego z najtańszych krajów świata należy dodatkowo wylegitymować się posiadaniem $2000 w czekach podróżnych (podczas gdy większość narodów europejskich w ogóle nie potrzebuje wiz). Nie licząc straty, którą poniosę przy nabywaniu i potem sprzedawaniu niepotrzebnej ilości czeków jest to jeszcze w zasięgu moich możliwości, ale denerwuje mnie idiotyzm tego przepisu, który blokuje wjazd do tego kraju pewnej liczbie osób, które takiej gotówki nie posiadają. W Indonezji można spokojnie przeżyć dzień za $5, a każdy zagraniczny turysta może tylko ten biedny kraj wzbogacić. Do tej pory przy każdym takim problemie w zasadzie nigdy nie zastanawiałem się dłużej nad pytaniami "dlaczego" i "po co" tylko brałem się szybko do jego rozwiązania nie zważając na pieniądze. Tutaj w przypadku kraju, który nie był włączony do mojej trasy od początku mam po prostu zbyt mało energii by walczyć z kolejnym stresem i być może podobnymi problemami już po przekroczeniu granicy. Poza tym mam już trochę dość przeżywania wspaniałych rzeczy w pojedynkę.

Ostatecznie decyduję przyspieszyć i zdążyć na święta wielkanocne do domu. W tym celu korzystając z uprzejmości kierowców chińskich i hinduskich w pół dnia przedostaję się autostopem w wyższe góry Cameroon Highlands. Na miejscu klimat jest przyjemnie chłodniejszy. Można tu podziwiać zielone dywany upraw herbaty oraz tropikalne motyle i inną faunę np.: żaby liściaste, owłosione pająki, skorpiony, olbrzymie żuki czy wije zgromadzone na specjalnej farmie. Poza tym jest jak w całej Malezji niedroga i bardzo dobra malajska kuchnia (jest w sam raz ostra). Z reguły restauracyjki funkcjonują na zasadzie szwedzkiego stołu i bez problemu można najeść się do syta. Szczególnie przypada mi do gustu sałatka z narybku oraz dania z owoców morza. Najdziwniejszym daniem w Malezji jest deser zwany celung (a w innej odmianie ABC). Przyrządza się go kładąc na dno miseczki najpierw trochę gotowanej kukurydzy i fasolki. Na to daje się górę zwykłego, ale struganego lodu i nasącza się go kilkoma obrzydliwie słodkimi sokami. Na wierzch kładzie się troszkę czegoś co przypomina farbowany na zielono makaron. Smacznego.

Z gór początkowo zjeżdżam w dół 60 km (to lubię) i w prawie dwa dni dojeżdżam do stolicy Malezji Kuala Lumpur, gdzie największą atrakcją jest najwyższy budynek świata - dwie połączone ze sobą srebrne olbrzymie wierze. Oprócz nich miasto naszpikowane jest całą masą innych bardzo wysokich gmachów. W KL spędzam tylko pół dnia, bo spieszę się do Singapuru, aby zdążyć kupić bilet lotniczy do Polski jeszcze przed świętami (jak się oczywiście okaże całkiem niepotrzebnie, ale pewnych rzeczy trzeba się uczyć kilka razy). W dwa dni dojeżdżam do Melaki. Po drodze mam okazję zobaczyć chiński cmentarz, gdzie nagrobki ozdobione są widoczkami przyrody a gdzieniegdzie leżą ofiary pokarmowe dla zmarłych oraz w innym miejscu chiński kościół katolicki. Gdzieś na trasie gubię także zalaminowaną mapę z oznaczoną trasą mojej podróży, którą przez cały czas miałem przymocowaną z tyłu roweru i która była jakby moją wizytówką w świecie. Z każdym obrotem kół wielka wyprawa zbliża się do końca.

Melaka jest niedużym, ale bardzo przestrzennym miastem i ma wspaniałą bazę hotelową. To ostatnie jest ważne, bo dwa razy zdarzyło mi się w Malezji być pogryzionym w nocy przez jakieś łóżkowe insekty i chyba muszę nazwać to największym rozczarowaniem i zdziwieniem tej wyprawy. Wiem, że takie wypadki zdarzały się też turystom w Tajlandii i Singapurze, a byłyby to ostatnie kraje, w których bym się tego spodziewał. W Melace przy nadbrzeżu stoi replika starego holenderskiego okrętu - znak dawnych kolonialnych czasów, podobnie jak 150-letnia tablica upamiętniająca wizytę angielskiego zarządcy Indii u jego holenderskiego odpowiednika na Półwyspie Malajskim.

Nazajutrz dojeżdżam 20 km do autostrady i łapię stopa do Johor Bahru, miasta na granicy z Singapurem. Młody Chińczyk zajmujący się handlem sprzętem nagłośnieniowym jest na tyle miły, że oprócz darmowego podwiezienia zaprasza mnie na wspólny obiad z jego przyjaciółmi. Szczerze mówiąc z początku jestem trochę podejrzliwy i nie chcę ryzykować niczego już na samym końcu wyprawy. Widzę po sobie, że wewnętrznie przygotowuję się już do powrotu. Ostatecznie przyjmuję zaproszenie. Przy stole oprócz konsumpcji bardzo dobrej zupy, kaczki, ryżu i serka tofu zabawiamy się zawiłościami naszych ojczystych języków. Dla nich polski brzmi mniej więcej tak jak dla mnie chińszczyzna. Jest to dobra okazja do nauczenia się kilku słów w obcym języku. Mogę się na przykład dowiedzieć, że "ło sjan ni" znaczy "tęsknię za tobą".

Rowerem przez 3 kontynenty: Singapur
04-12.04.2001


Państwo Singapur położone jest na niedużej wyspie, która połączona jest z krańcem Półwyspu Malajskiego mostem. Stolica państwa, miasto wieżowców, leży 30 km dalej na południe.

Nie licząc poruszania się rowerem po mieście, jest to ostatni odcinek na mojej trasie. Na kilka kilometrów przed centrum na moim liczniku małe wydarzenie: szóstka i trzy dziewiątki zamieniają się w siódemkę i trzy zera.

Jadę wypatrując po drodze białego okrągłego wieżowca. Taki wieżowiec znajdował się na jednym ze znaczków dawno temu w mojej kolekcji. Nazwa Singapur była wtedy całkowitą egzotyką, dziś wiążę z nią pewne oczekiwania zaciekawiony wcześniejszymi informacjami o stechnicyzowanym mieście przyszłości, choć generalnie za miastami raczej nie przepadam.

Nie udaje mi się jednak znaleźć tego budynku. Albo został rozebrany, albo zginął gdzieś w gąszczu nowo wybudowanych, bardziej okazałych drapaczy. Miasto wydaje się być w stanie ciągłej przebudowy i rozwoju. Na całą listę przewodnikowych hoteli, pod starymi adresami dalej istnieje tylko kilka. Większość z nich mieści się śmiesznie po prostu na którymś z pięter wysokich budynków. Problemem jest brak miejsca. Po kilku godzinach poszukiwania udaje mi się znaleźć słownie tylko jeden hotel, którego podchmielony pracownik zgodził się niemalże z łaską przyjąć rower. W klimatyzowanej czteroosobowej sypialni o wymiarach przedziału kolejowego czeka także bardzo miły napis powitalny - lista zakazów i nakazów, m.in. zakaz jedzenia i picia w pokoju.

Takie ozdobniki znajdują się w całym mieście, dodatkowo podane są wysokie kwoty kar, jakie grożą za złamanie przepisów. Najczęściej dotyczą one niewłaściwego parkowania (dotyczy też rowerów) i śmiecenia. Za większe wykroczenia np. za wybryki chuligańskie wymierzana jest w sposób higieniczny i bezpieczny (ochraniacze na nerki) kara chłosty. Podobno nawet po jednym uderzeniu nie można przez co najmniej miesiąc siedzieć. Brzmi niecodziennie, ale trzeba przyznać, że miasto jest bardzo czyste i bezpieczne. Za posiadanie narkotyków wymierzana jest bez większego dochodzenia kara śmierci. Obowiązuje także zakaz sprowadzania gumy do żucia (to od kiedy zaczęły pojawiać się przypadki zapychania i psucia gumą do żucia drzwi publicznego metra).

Wbrew zapowiedziom nie udaje mi się odczuć w Singapurze atmosfery z filmów science-fiction. Miasto poza rozmiarami nie różni się wiele od innych stolic rozwiniętych krajów Azji Południowo-Wschodniej: Bangkoku czy Kuala Lumpur. Brakuje mi jednak obfitości owoców, do której przyzwyczaiłem się przez ostatni miesiąc. Nie ma praktycznie sprzedaży ulicznej, a produkty w marketach są bardzo drogie. Życie toczy się sprawnie w biurowcach i wielkich domach handlowych. Społeczeństwo złożone w 70% z Chińczyków jest dość młode. Ludzie na co dzień są dobrze ubrani, spieszą się, ciągle używają telefonów komórkowych. Nie ma czasu na jakieś serdeczności czy bliższe kontakty z cudzoziemcami. Mam wrażenie, że wszyscy czują się tutaj trochę jak turyści. Weekendy większość spędza na plażach pobliskiej małej wyspy Sentosa, na którą można dostać się kolejką linową.

Największą chyba atrakcją Singapuru jest ZOO, na którym powinny się wzorować wszystkie ogrody zoologiczne na świecie. Przede wszystkim nie ma w nim prawie krat, a zwierzęta mają sporo miejsca dla siebie. Groźne gatunki są odseparowane zazwyczaj jakimiś naturalnymi przeszkodami. Na terytorium innych można po prostu wejść, stanąć oko w oko, a nawet dotknąć. ZOO może poszczycić się gromadą orangutanów - gatunku, któremu na wolności grozi już prawie zagłada. Tuż obok jest jakby druga część ogrodu - Nocne Safari, gdzie zebrane są gatunki aktywne w nocy i wtedy też się je ogląda, spacerując lub jeżdżąc specjalną kolejką z przewodnikiem. Wybiegi podświetlone są specjalnymi lampami imitującymi światło księżyca. W normalnym ZOO w ciągu dnia takie gatunki śpią, tutaj można oglądać w pełnej aktywności m.in.: mrówkojady, jeżozwierze, tapiry, tygrysy itd. Jest też osiatkowany kawałeczek zadrzewionego terenu, gdzie żyją owocożerne nietoperze (latające lisy) i do którego można wejść. Większość ludzi, przede wszystkim kobiety, reaguje histerycznie na widok wiszących głową w dół czarnych smoków, zwłaszcza jeśli zaczną machać swoimi skrzydłami o rozpiętości ponad metra.

Ja od razu zapowiadam towarzyszącej mi Trici z Anglii, która podróżuje od roku sama, że zamierzam nawiązać bliższy kontakt z tymi niesamowitymi stworzeniami o pyszczkach miniaturowych lisów. Staję w odległości kilkunastu centymetrów od tyłu nietoperza. Ten wisząc w dół odchyla głowę i wyraźnie zaciekawiony mi się przypatruje. Następnie zaczynam go głaskać. Po chwili Tricia przełamuje swój strach i nietoperz zaczyna ją lizać po palcach, a mnie lekko gryzie, abym dał mu już spokój z głaskaniem po brzuchu. Obok nas ciągle przechodzą lub uciekają z krzykiem ludzie. Jeden z nich ze sztucznym uśmiechem i zadowoleniem polityka lub biznesmena ostrzega nas: "One mają w sobie miliony bakterii, ha, ha, ha". Mówię Trici, że się przecież z nimi nie całuję ani nie uprawiam seksu. Na szczęście nie wszyscy są tak ograniczeni i niektórzy ludzie widząc nas także dołączają do zabawy z nietoperzem.

Miejscem o podobnym charakterze jest też Ptasi Park robiący wrażenie ilością gatunków i intensywnością kolorów. Mnie najbardziej podoba się kilkanaście odmian tukanów, które na żywo widzę pierwszy raz w życiu, oraz papugi.

Kolory i wyszukane formy można też znaleźć w Ogrodzie Orchidei. Singapurczycy specjalizują się w tworzeniu krzyżówek tych kwiatów i podczas wizyt znanych osobistości nadają ich imiona nowym odmianom. W mieście jest dużo więcej ciekawych miejsc. Można do wszystkich sprawnie i szybko dojechać metrem lub autobusem i wypełnić nimi spokojnie nawet dłuższy niż mój, dziewięciodniowy, pobyt.

Tuż pod koniec w hotelu pojawia się 50-letni Norweg, który na rowerze przyjechał do Singapuru z... Norwegii i nie jest to jeszcze koniec jego pedałowania. Dotychczas zrobił 19 tys. kilometrów.

Ponieważ linie lotnicze rozszerzyły limit bagażu do 25 kilogramów, postanawiam jeszcze przed wyjazdem po raz pierwszy od pół roku wywołać moje zdjęcia. Mimo, że Singapur jest najdroższym państwem regionu i ceny np. żywności są dwa razu większe niż w Polsce, usługi fotograficzne są tańsze i bardzo dobrej jakości.

Trond dojechał tu rowerem z Norwegii (19 tys. km), Singapur12 kwietnia 2001 po dniu ostatnich sprawunków i pakowania sprowadzam z trzeciego piętra na dół pudło z moim rowerem a następnie sakwę. Wiecznie podchmielony pracownik hotelu, którego głupie teksty ignorowałem od pierwszego dnia pobytu zaskakuje mnie, pytając czy nie pomóc mi zanieść te rzeczy na postój taksówek. Jestem w szoku, bo coś takiego w hotelu spotyka mnie po raz pierwszy. Oczywiście zgadzam się i dziękując za pomoc przy drzwiach taksówki słyszę: "Pamiętaj Ramos, może z moją głową nie wszystko jest w porządku, ale moje serce jest dobre."

Po chwili opuszczam miasto i autostradą, której sieć efektywnie oplata wyspę, mknę w kierunku międzynarodowego lotniska na samolot do Zurichu, aby stamtąd polecieć już prosto do rodzinnego Krakowa. W ciemnościach nocy delikatnie świecą pomarańczowe kontrolki taksówki. Moja wyprawa dobiegła końca.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://krzysztofrozmus.net/
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;