Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Dookoła świata 2006 - 2007
Udany poczatek podrozy!
2006-lipca-14 09:42:58


Hola!   Nasza podroz sie rozpoczela. Wczoraj rano wylecielismy z

Warszawy do Londynu, skad po kilku godzinach czekania i nieoczekiwanych zakupach polecielismy do Madrytu. W Londynie spotkalismy sie z Maja. Pogadalismy, posmialismy sie z sytuacji w Polsce (Maja zyje i studiuje w Anglii, a nas juz sytuacja w Polsce prawie nie dotyczy).

Idac korytarzem z samolotu w Madrycie zobaczylismy kolejke do odprawy na lot do Londynu. Wsrod pasazerow byla ... Miotla. Spotkanie, na które umawialismy sie od jakiegos czasu, ale tak naprawde nie wiedzielismy czy dojdzie ono do skutku. Pomachalismy sobie przez szybe, porozmawialismy, zroblilismy pamiatkowe zdjecia, a w miedzyczasie dalismy Miotle nielegalnie naklejki z logo naszej podrozy.

Kiedy wychodzilismy z hali przylotow, ktos zagadnal nas: Are you Agnieszka? Odpowiedzialam, zreszta zgodnie z prawda, ze tak. Jednak po chwili nieznajomy Hiszpan zapytal: Are you Jacek? No i tu odpowiedz byla juz gorsza, poniewaz Jacek zamyslony po prostu przeszedl bokiem i powiedzial, ze nie nazywa sie Jacek. Na szczescie po chwili oboje zorientowalismy sie, ze to chyba jednak o nas chodzi:) I w koncu okazalo sie, ze to mój kuzyn (ktorego dzisiaj pierwszy raz na oczy widzialam). Wzial nas do siebie do domu. I teraz mamy tylko do naszej dyspozycji wydzielone mieszkanie z calego domu, w ogrodzie basen, a przede wszystkim po raz kolejny spotkalismy na swojej drodze super ludzi:)

Jacek juz zasnal, ja tez powoli juz padam...

Jutro mamy w planach zwiedzanie Madrytu i potem o 22.30 mamy samolot do Buenos Aires.

Aha, chlopak z hospitality club w Buenos Aires potwierdzil, ze mozemy u niego mieszkac:)

Buenos Aires
2006-lipca-15 19:05:58


Jestesmy juz w Ameryce Poludniowej! Kiedy dzisiaj o 5.50 wyladowalismy na lotnisku w Buenos Aires, pilot oznajmil nam, ze sa 3st lekko sie przerazilismy i chcielismy zostac w samolocie. Wiedzielismy, ze jest tu zima, ale jak ostatnio sprawdzalismy bylo 18st. Na szczesnie jest juzx cieplej, strzelam, ze ok.15.

Chodzimy po miescie, poznajac nowy kraj, nowa kulture, ale generalnie bez jakiegos konkretnego planu.

Najprawdopodobniej ruszymy w strone Foz de Iguazu. To jakies 1000km stad i jeszcze nie wiemy kiedy tam dotrzemy.

Trzymajcie kciuki!


Wodospady Iguazu i Brazylia
2006-lipca-18 21:27:35


Po krotkiej wizycie w Buenos wsiedlismy w autobus, zeby uciec od okropnej pogody (deszcz i +12 st C) i nastepnego dnia rano bylismy w Puerto Iguazu. Na miejscu zupelnie cos innego - cieplo, a nawet goraco, piekne slonce i ... wodospady. Park narodowy Iguazu robi niesamowite wrazenie.

Mimo, ze obecnie stan wody jest bardzo niski i niektore wodospady ;nie dzialaja; to Garganta del Diablo (diabelska gardziel) zapiera dech w piersiach. Tysiace metrow szesciennych wody co sekunde spadaja w prawie 80 - metrowa przepasc. Jest na co patrzec. Po kilku godzinach w parku wrocilismy do naszego hostelu. Swiat jest maly i spotkalismy w nim dwoje Polakow - Julie i Macieja, ktorzy przyjechali na snowboard do Patagonii.

Dzisiaj ruszylismy dalej. Pierwszy autostop byl naprawde szybki, bo juz po 20 minutach jechalismy z milym Brazylijczykiem i bez problemu przewiozl nas przez granice do Foz do Iguazu. Stad chcielismy jechac dalej stopem, ale po 4 godzinach czekania w roznych miejscach wskazanych przez miejscowych nie posunelismy sie ani troche. W zwiazku z tym za jakas godzine wsiadamy do autobusu do Florianopolis. Znalezlismy tam super miejsce, a pozniej planujemy pojechac do Rio. Zdjecia z Iguazu wstawimy wkrotce - albo w galerii albo w tym newsie.

Barra de Lagoa - piekna brazylijska plaza
2006-lipca-20 00:37:46


I juz jestesmy na wyspie Santa Catarina. Jestesmy tu przez totalny przypadek, bo nie mielismy tego miejsca w planach, ale ulotka, ktora wzielismy z hostelu w Buenos Aires sprawila, ze musielismy tu przyjechac. I co mozemy powiedziec? Ze jeszcze nigdy nie spalam w pokoju z widokiem na ocean, w odleglosci....100m :) Florianopolis jest to miasto w czesci polozone na ladzie, ale w duzej czesci lezy na wyspie. Zamierzamy tu posiedziec kilka dni, min. 4, bo 5 noc jest za darmo, wiec jakbysmy mogli z tego nie skorzystac.

Po przyjezdzie spedzilismy pol dnia na plazy, kapiac sie w oceanie i budujac zamki z piasku:) Ja przeszlam porzadne szkolenie jak mam dobrze rzucac sie na fale, zeby mogly poniesc mnie jak najdalej, dzieki czemu Jacek naprawde mial niezly ubaw. Ale juz jest lepiej niz na poczatku. Zobaczymy co bedzie jutro.

Idziemy poznac ludzi z hostelu.


Wiadomosci z Barra da Lagoa i plany na przyszlosc
2006-lipca-24 02:16:47


Siedzimy sobie ciagle na Santa Catarina. Jest super! Slonce swieci (zgodnie z zaleceniami smarujemy sie 30-stka /no moze tylko ja, bo wiem czym zbyt duza ilosc slonca mi grozi/ i odpoczywamy przed dalsza droga. Generalnie chcielismy odpoczac, a tak naprawde zakwasy mam wieksze niz przed przyjazdem tutaj:) Plywamy, biagamy, chodzimy na spacery (jeden ;maly; wypadzik na spacer zakonczyl sie ponad 20km przejsciem po plazy, po ktorym skutki czujemy do dzisiaj). Widoki i w ogole samo miejsce jest naprawde sliczne! Przez to, ze jest tutaj zima nie ma duzo ludzi. Moze teraz zebralo sie troche wiecej, bo jest weekend, ale ogolnie puste plaze, cieplo, hostel nad oceanem...niczego wiecej nam nie potrzeba.!

Fajnie, ze sie w koncu zatrzymalismy na troche dluzej, bo po pierwsze zwolnilismy tempo zwiedzania i robinia tysiacow km w ciagu kilku dni, po drugie poznalismy tu swietnych ludzi! Wczoraj mielismy imprezke (jak zreszta prawie codziennie:)), na ktorej rozdalismy naklejki z adresem strony, porobilismy sobie zdjecia i sie zintegrowalismy. Jestesmy juz tu w koncu od tygodnia, wiec praktycznie ze wszystkimi sie znamy. Wczoraj przyjechala dziewczyna z Anglii, ktora podala nam namiary na fajny hostel w Australii i powiedziala nam jak mozemy poplywac na jachtach w Australii za darmo, jako zaloga a nie za 300$ na trzy dni itd.

We wtorek ruszamy do Kurytyby autobusem z dwojka Holendrow, ktorych poznalismy w Hostelu. Tam chcemy zostac jeden dzien i potem do Paranagui chcemy pojechac linia kolejowa, ktora jest podobno najladniejsza w calej Brazylii. Z Paranagui chcemy pojechac jeszcze na kilka dni na Ilha Grande a potem juz bedziemy sie kierowac w strone Rio.

Taki jest plan na najblizsze dni. Pewnie w najblizszym czasie dostep do internetu bedziemy miec troche ograniczony, ale jak tylko nadazy sie mozliwosc bedziemy pisac co u nas slychac.

Aha, jeszcze tylko krotko co jemy, bo takie pytania sie pojawialy: a wiec: dzienny budzet na jedzenie na dwie osoby nie przekracza 5$:) Ale naprawde nie ograniczamy sie. Sniadania dostajemy w hostelu: herbata, kawa, szynka, zolty ser, nalesniki, miod, dzemy, swiezo wyciskane soki.... Na obiad np.wczoraj kupilismy rybe, usmazylismy ja, do tego salatka z pomidorow, ogorka i cebuli i bulka, do tego deser (carolinas- ciastka z karmelem w srodku – pycha, albo paczki z duuuza iloscia budyniu w srodku:)). W ciagu dnia przede wszystkim jemy owoce, bo sa tu naprawde tanie.

Rio de Janeiro - blaski i cienie
2006-sierpnia-01 03:27:53


27 lipca przyjechalismy do Rio. I od tamtego czasu dzieje sie naprawde duzo. Poczatkowo zastaly nas upaly, ale od dwoch dni pada deszcz i jest 16st.

Ale od poczatku, bo naprawde jest co opisywac.

Pierwszego dnia caly dzien chodzilismy po miescie. Jest ogromne, wrecz przytlacza tempem zycia. Dlatego tez wieczorem zostalismy w hostelu. Bylismy na Corcovado (Statua Chrystusa) i dalej wloczylismy sie po miescie.

Jeden chlopak w hostelu powiedzial, ze na rogu ulicy bedzie grill, i ze mamy przychodzic. W miedzyczasie poznalismy Lindsey i  Bema z UK, z ktorymi poszlismy zobaczyc co sie dzieje na rogu. Okazalo sie, ze wsrod wszystkich osob,ktore tam byly, tylko my bylismy ;turystami; Ale z minuty na minute poznawalismy coraz wiecej osob i czulismy sie pewniej.W koncu pojawilo sie pytanie dokad idziemy na impreze?. Co chwile pojawiala sie nowa propozycja, ale najczesciej wystepowala opcja ;favela;, czyli impreza w slumsach, najbiedniejszej czesci Rio. Razem z poznanymi Anglikami nie wiedzielismy czy isc, czy nie, bo naczytalismy sie w lonely planet, ze pojscie tam, szczegolnie wieczorem, nie jest rozsadne. I tak od 19.30 ciagle sie zastanawialismy, a zarazem namawialismy jeszcze kilka osob, zeby poszlo z nami, bo w grupie powinno byc razniej. Pytalismy tez ludzi prowadzacych hostel, czy pojscie do favelo na impreze jest bezpieczne, i odpowiedz byla jedna: ;idzcie z Roberto, to wszystko bedzie ok;. Tylko kto to jest Roberto?! Poznalismy Norwega, Kolumbijczyka i Iranczyka, ktorzy znali Roberto i mowili, ze mamy jechac. Ok. 24 przedstawili nam juz slawnego Roberto, który dawal juz znaki do wyjscia. To on koordynowal wyjazd na impreze. Wprawdzie z drzacymi ze strachu nogami, ale pojechalismy w grupie 10 ;turystow; i kilku ;tubylcow;, taksowkami na miejsce. Zaczelismy sie powaznie zastanawiac kim jest Roberto, bo wszyscy go sluchali, taksowkarze jechali za nim, my szlismy za nim gesiego, bo wiedzielismy, ze jak bedziemy z nim, nic nie moze nam sie stac. Po 10 minutach dojechalismy kreta droga do faveli. Roberto pokazal, ze idziemy. Po chwili uslyszelismy pytanie: ;Do you want to see my house?; Z glownej drogii zeszlismy w bok. Gole sciany, w przedpokoju stala tylko kanapa. Usmiechal sie do nas, tak jakby byl dumny z tego, ze ogladamy jego mieszkanie. Po podniesieniu kciuka do gory i usmiechnieciu sie do siebie, ruszylismy w gore faveli. Wszyscy schodzili przed Roberto z drogi, sciaskali mu dlon, a gdy zobaczyli, ze jestemy razem z nim, podchodzili do nas i nas klepali po ramieniu lub podawali reke. My niczym nie zdziwieni, po prostu dalej sie usmiechalismy i kroczylismy krok w krok za Roberto. Zatrzymalismy sie przy ;barze;, tzn. Czterech golych scianach, z firanka, ktora oddzielala kibelek. W srodku stala tylko lodowka z piwem i plastikowy stolik, z kilkoma krzeslami. Poczatkowo sie czulam jakby wpuscili nas do faveli, a potem zamkneli w barze, zeby przypadkiem nic nam sie nie stalo,bo bylismy tam jedynymi bialymi i naprawde bardzo wyroznialismy sie z tlumu. Poza tym kilka osob z karabinami przechodzacych przede mna nie wzbudzili mojego zaufania. Jedna kolejka piwa i kolejny znak od Roberto, ze idziemy na gore. I znowu dawka tajemniczosci i zarazem adrenalina osiagala coraz wyzszy poziom. Przecisnelismy sie pomiedzy tlumem mieszkajacym w faveli i weszlismy do klubu! Nawet nie przeszlo mi przez mysl, ze kiedys bede miala okazje znalezc sie w klubie nocnym w centrum najbiedniejszej dzielnicy Rio de Janeiro! Weszlismy do sali, gdzie dwie sciany (dl.18m i wys. Na 3m) byly w glosnikach! Czulam jak cale moje cialo drzy. Wszedzie czulam uderzajacy bas. Roberto przeprowadzil nam na druga strone sali i tam zaczelismy tanczyc, bo naprawde nie dalo sie nie reagowac na uderzajace basy! Dwie dziewczyny pomiedzy mna a Jackiem patrzyly na mnie jak tancze i dawaly mi znaki (usmiechajac sie i pokazujac kciuka) czy dobrze tancze, czy nie. Tak naprawde to nie wiem czy te ruchy, które wykonywalam można w ogole nazwac tancem, poniewaz  nie mam pojecia jak mam sie ruszac do muzyki typu ;strzaly z karabinu!; Przez to, ze impreza dosyc pozno sie rozpoczela ;po chwili; zrobila sie juz 4 rano i grupowo stwierdzilismy, ze można by sie powoli ewakuowac do hostelu. Dalismy znac Roberto, ze powoli chcielibysmy isc. Usmiechnal sie i podniosl reke do gory, zeby ruszyc za nim do wyjscia. Po wyjsciu ciagle slyszalam huk muzyki w uszach, poza tym nie moglam uwierzyc w to, ze znalazlam sie w srodku faveli, oprowadzana przez bossa tamatejszych terenow. Roberto wyprowadzil nas na obrzeza, bysmy mogli wziac taksowki.  Naprawde cos niesamowitego i opisujac to po kilku dniach wciąż nie moge uwierzyc, ze zdecydowalismy sie tam pojsc.

Dzieki temu, ze poszlismy tam wieksza grupa, czulismy sie bezpiecznie, poza tym bylismy tam z Roberto, który jest szefem faveli, w ktorej bylismy. Gdyby go nie bylo, to na pewno bysmy sie nie zdecydowali.

Koleny ranek: Jacek stracil glos. Mienly juz trzy dni od tamtej imprezy, a On nadal ma chrype. Proby zaspiewania ;I will always love you; Whitney Houston zakonczyly sie tragicznie. Bylismy nie do zycia. Brak snu, emocje i ciagle zatkane uszy sprawily, ze rano bylismy isc w stanie tylko na specer po plazy.

O 14 mieslismy sie spotkac w hostelu, bo dzien wczesniej zamowilismy (razem z Lindsey i Benem)  wyjazd do faveli.

W sumie to zastanawialismy czy nie sprobowac jej odwolac, poniewaz po pierwsze glupio czulismy sie, ze jedziemy z aparatami ogladac jak zyja inni, po drugie bylismy juz w faveli w nocy na imprezie, ktora dala nam pewien obraz o tamtym miejscu. Ostatecznie poszlismy.

Przyjechala po nas dziewczyna, jeszcze z innymi osobami, które chcialy jechac do faveli. Nie wiedzialam jak ma wygladac ten ;objazd po faveli;.Podjechala po nas samochodem z ciemnymi szybami, wiec przestraszylam sie, ze bedziemy ogladac wszystko z samochodu. Na szczescie od razu po dojezdzie na miejsce okazalo sie, ze bylam w bardzo duzym bledzie. Wycieczka wygladala tak, ze: za 2R$ wjechalismy motorami(!) (z miejscowymi) na sama gore faveli. A bylo gdzie wjezdzac, bo w tej, w ktorej bylismy mieszkalo 300tys ludzi! Na jednym wzgorzu mieszka polowa Poznania!

Dziewczyna, ktora nas oprowadzala, powiedziala, zebysmy wyciagneli aparaty, kamery, bo nikt nam tego nie ukradnie. Przede wszystkim, zeby krasc, wszyscy chodza na Copacabane, po drugie robiac zdjecia dzieciom, mysla, ze dzieki temu beda slawni, i specjalnie usmiechaja sie do robiacych im zdjecia ludzi.

 Zdjecia moglismy robic wszedzie i wszystkim, z wyjatkiem osob, które staly z karabinami. Szlismy przez srodek faveli, waskimi uliczkami, przy ktorych można bylo dostac wszystko. Podobno, to co jest na Copacabanie, można dostac w faveli, tylko, ze kilkakrotnie razy tansze. Ludzie nie placa tam zadnych oplat za gas, prad itd., poniewaz nikt nie jest w stanie tego zweryfokowac, kto ile zuzywa pradu.

Co kilkadziesiat metrow stoi ogromny slup, do ktorego podpiete jest kilkanascie zwojow kabli, totalnie poplatanych i pociagnietych do kazdego domu. Szlismy w dol faveli, odplywy sciekow (które wpadaja do oceanu, dlatego trzeba wiedziec, gdzie można sie kapac!), zrzuty do smieci, pomiedzy tym domy (domki, jedno lub dwu-pokojowe) i usmiechniete dzieci. Wszysko na kupie. Dom na domu i przy domie. Jedne z cegly, inne po prostu z tego co znalezli na smietnikach. Weszlismy do jednego z domu, byla to galaria. Obrazy namalowane przez mieszkancow faveli robia ogromne wrazenie. Jaskrawe kolory, przeplecione z czarnymi i namalowane niesamowicie starannie. Miniaturki, kazdy, nawet najmniejszy szczegol dopracowany do konca. Weszlismy jeszcze na dach ,zeby zobaczyc ogromna ilosc domkow, które ciagna sie praktycznie od oceanu, az po same szczyty gor.

To, ze można w faveli znalezc wszystko, coraz bardziej sobie uswiadamialam widzac fryzjerow, sklepy ze wszystkimi najpotrzebniejszymi rzeczami, stoly bilardowe (mniejsze niz normalnie, bo duze by sie nie zmiescily), kafejki internetowe...Podobno otworzyli tam nawet McDonalds;a! Schodzlismy w dol faveli ponad 1,5godziny. Dzieci usmiechaly sie i chcialy ogladac zdjecia, które im zrobilismy. Na koncu krzyczac do nas Gringo staraly sie sprzedac bransoletki, naszyjniki, które same zrobily (np. Z cienkich kabli).

Niesamowite, ze tylu ludzi mieszka w jednym miesjcu. Ciesze sie, ze zobaczylam favele w dzien i w nocy. Robi ogromne wrazenie, i trzeba tam jechac, zeby zrozumiec, ze Rio to nie tylko piekne slonce, niesamowite plaze i ocean.

Wrocilismy do hostelu padnieci, bo kolejny dzien spedzilismy na poznawaniu czegos nowego. Ale mielismy juz cos w planach- Samba club night. Krotka drzemka i pojechalismy z Julio (chlopak, który m.in. Prowadzi hostel) i jeszcze kilkoma osobami do klubu samby. Mialo nie byc tam turystow i rzeczywiscie, bylismy jedynymi turystami w calym klubie. A klub byl naprawde duzy, trzy pietra, które zyly samba. Zespol gral na zywo, co dodawalo jeszcze niesamowitej atmosfery. Wszyscy tanczyli (rozstrzal wieku od 20 do 60lat), kelnerzy, ktorzy chodzili po klubie z tacami ruszali sie w rytm samby. Julio przyprowadzil jakies dwie dziewczyny, które zaczely mi pokazywac jak sie tanczy sambe i podstwowe kroki juz znam:) Po raz kolejny znalezlismy sie w miejscu nie uczeszczanym przez turystow i moglismy poczuc prawdziwa brazylijska sambe. Znowu wrocilismy nad ranem do hostelu, co odbilo sie na naszej kondycji nastepnego dnia.

Pogoda nie nastrajala do wyjscia, ale chcielismy isc na rynek - Hippie Fair, który byl troche zrobiony pod turystow, ale nadal można znalezc cos zwyklego i lokalnego. Na drugim, na ktorym bylismy - Sao Cristovao Fair oprocz tego, ze miesci sie na torze wyscigowym dla koni, nie zrobil wiekszego wrazenia. Wieczorem znowu czekala na nas kolejna atrakcja Rio- Maracana- jeden z najwiekszych stadionow na swiecie.

Mielismy bilety na mecz dwoch druzyn z Rio: Fluminense contra Botafogo. Stadion jest ogromny! W porownaniu do tego, ktory widzielismy (Stadion Lecha) to Maracana naprawde jest ogromna! Poczatkowo nie widzielismy komu kibicowac, ale po gwizdach lub okrzykach radosci innych kibicow zorientowalismy sie, ze kibicujemy Fluminense.

Wrzaski, walenie piesciami w krzeslka po nieudanej akcji to normalne. Okrzyki zapewne byly bardzo podobne do tych, które można slyszec w Polsce, tylko ze po portugalsku:) Powiewajace flagi, ogromne, przesuwane nad naszymi glowami robila wrazenie! Poczatkowo przegrywalismy, ale pod koniec pierwszej polowy ;nasi; strzelili gola i taki juz wynik zostal do konca meczu.

Atmosfera jest super i trzeba bedzie po powrocie do Poznania pojsc na mecz pokibicowac Kolejorzowi:)

(Monia- tu dla Ciebie specjalne pozdrowienia!:))

Tego samego dnia kupilismy jeszcze bilety do Belem (na wtorek). Przed nami 50godzinna podroz autobusem. Potem 5dni na statku do Manaus z pewnoscia pozbawia nas dostepu do internetu, ale mam nadzieje, ze na najblizsze dni ten opis wystarczy:)

Pozdrawiamy!


Jeszcze jedna bardzo wazna rzecz: nakrecilismy krotki filmik z Corcovado i można go obejrzec na http://video.google.com  wpisujac Pozdrowienia z Rio. Bedziemy sie starali wrzucac takie filmiki, bo na pewno urozmaica nasza strone i bedziecie mogli zobaczyc nasze ;ruszajace sie mordki; :)

Belem, Amazonka, Manaus, dzungla
2006-sierpnia-15 01:32:39


Z Rio wyjechalismy we wtorek (1.08.), prawie 2 tygodnie temu. Na autobus zdazylismy w ostatniej chwili. Przed nami bylo 50 godzin jazdy na polnoc do Belem. Pierwsze godziny minely nam calkiem szybko, ale po pierwszych 24 godzinach zrobilo sie naprawde nudno. Sytuacje ratowaly zmieniajace sie za oknem krajobrazy i postoje, na ktorych moglismy sie wyprostowac i kupic cos do jedzenia. W koncu po 53 godzinach bylismy na miejscu. Nastepnego dnia rano ruszylismy na najwiekszy w Belem targ, Vercado – o – Mer, zeby kupic hamaki i moskitiery i oczywiscie znalezc statek, który zabierze nas do Manaus. Zakupy zrobilismy calkiem szybko i w cenach, które naprawde smiesza (np. moskitiery: cena poczatkowa: 19R$ za jedna, my kupilismy dwie za 22R$). Targ robi niezwykle wrazenie, a ilosc owocow, warzyw, przypraw i owocow morza jest  oszalamiajaca.

W koncu zaczelismy szukac statku i okazalo sie, ze mozemy plynac tego samego dnia albo dopiero w poniedzialek, bo w weekendy statki stoja w porcie. Zdecydowalismy, ze lepiej bedzie plynac od razu i po 3 godzinach bylismy juz na pokladzie N/M CISNE BRANCO. Jedyne wolne miejsce na dwa hamaki bylo obok lazienek, silnika, rury wydechowej, zbiornika z woda i umywalek, czyli generalnie nieciekawie.

Oczywiscie jeszcze gorzej  mieli ludzie spiacy na najnizszym pokladzie, gdzie halas, temperatura i zapach naprawde moga utrudnic zasniecie.

 Juz po kilkugodzinach poznalismy turystow plynacych razem z nami. W sumie bylo nas dziewiecioro: Clarie i Valerie z Anglii, Christine i Garren (Szkocja, Irlandia), Tim z Australii, Carlos z Wenezueli i Isabelle z Hiszpanii. Swietni ludzie, z ktorymi bardzo dobrze sie dogadujemy. Bardzo ciekawie wygladal nasz rozklad dnia. Okolo 6 rano – generalna pobudka przy pomocy dzwonka. Juz od 4:30 ludzie krazyli przy umywalkach, ale po pobudce tlum Brazylijczykow rzucal sie na lazienki. Wszyscy chcieli zdazyc przed sniadaniem, które skladalo sie z ... uwaga ... bulki (slownie: jedna bulka mleczna) z margaryna, a do tego slodka kawa z mlekiem. To wszystko. Naprawde ciezko nam bylo w to uwierzyc i siedzielismy przy stole czekajac na cos wiecej, ale okazalo sie, ze to wszystko. Po tym obfitym sniadaniu trzeba bylo znalezc sobie jakies zajecie, ale przypadkiem niezbyt wyczerpujace, bo nastepne jedzenie (posilki wyznaczaly rytm dnia) bylo ok 10:40. Znowu dzwonek i ludzie ustawiaja sie w kolejki do stolow, przy ktorych za jednym razem moze usiasc ok 20 osob, a pasazerow bylo prawie 150. Po odstaniu ok 30 minut dostalismy cos co bylo wczesnym lunchem – ryz, makaron, sos z czerwonej fasoli i wolowina. Do tego można dosypac tzw zageszczacza, czyli suszonego manioku. Jedzenie bylo naprawde dobre.

Do kolacji można bylo smazyc sie gornym pokladzie (ok. 45 st C.), popijajac dowolne napoje, albo zalegac w hamaku. Kolacja byla podobna do lunchu z ta roznica, ze nie bylo makaronu. Wszystko bylo bardzo zabawne przez pierwsze 2 dni, ale kiedy trzeciego dnia rano na sniadanie dostalismy krakersy z margaryna i kawa (slodka i z mlekiem, oczywiscie) zrobilo sie naprawde groznie. Przyzwyczailismy sie do bulki, ale zeby krakersy na sniadanie...? Przypomnial mi sie Viktor Navorsky, grany przez Tom;a Hanks;a, w Terminalu. On tez zywil sie kanapkami robionymi z krakersow, musztardy, majonezu i ketchupu. Powoli tez nudzil nam sie repertuar lunchowo-obiadowy i kiedy po 3 dniach doplynelismy w Santarem kupilismy w miescie duzo owocow.

Postoj w Santarem trwal jakies 10 godzin. W tym czasie część ludzi schodzila ze statku, a nowi pasazerowie rozkladali hamaki.

Pozegnalismy tez Isabelle, ktora przyplynela tam zeby odwiedzic znajomych. Kolejne wieczory mijaly nam na graniu w karty i rozmowach w ekipe ;gringo;, jak nazywani sa przez Brazylijczykow cudzoziemcy (a czasem nawet Brazylijczycy z innej czesci kraju). W koncu po 6 dniach wieczorem doplynelismy do Manaus.

Nastepnego dnia wczesnie rano zeszlismy ze statku i pojechalismy cala grupa do miasta. Część ludzi zostala w hotelu, a my z Carlosem pojechalismy do jego kolezanki, Rosildy. Powiedziala, ze mozemy u niej spac na hamakach albo w namiocie. Dzieki temu poznalismy kolejna osobe, zaoszczedzilismy pieniadze i co bardzo wazne, poszlismy do sklepu kupic jedzenie, które nie mialo nic wspolnego z krakersami, ryzem, makaronem, fasola i wolowina. Tego samego dnia po kilku godzinach poszukiwan wybralismy agencje, z  ktora pojedziemy na 3 dni do dzungli. O 7 rano wyjechalismy z hotelu w strone rzeki. Tam czekala na nas pierwsza atrakcja – spotkanie dwoch rzek: Rio Solimoes i Rio Negro. Roznia sie one kolorem, predkoscia (R. Solimoes jest o 4 km/h szybsza niz R. Negro), temperatura i kwasnoscia. To wszystko powoduje, ze na odcinku 14 km ich wody sie nie mieszaja.

Po przybiciu do brzegu wsiedlismy w busy i pojechalismy Ruta Transamazonas (prowadzaca do Porto Vehlo) na poludnie. W kilku miejscach nie bylo asfaltu, a co chwile przejezdny byl tylko jeden pas. Po 30 minutach wjechalismy na jeszcze gorsza droge, ktora wygladala jak zaorane pole.

W koncu dotarlismy do miejsca, gdzie czekala na nas lodz, ktora poplynelismy w dol rzeki. Tropikalna roslinnosc robi ogromne wrazenie. Zielen w setkach odcieni, najrozniejsze drzewa i krzewy, no i zwierzeta, które glownie slychac. Kiedy doplynelismy do naszego ;obozu; zaczelismy lowic piranie.

Nic w tym dziwnego gdyby nie to, ze lowilismy je w miejscu gdzie 15 minut wczesniej wszyscy sie kapalismy! Bylo to jednak zupelnie bezpieczne, bo piranie nie atakuja nieprowokowane, a tym bardziej jezeli plywa w wodzie cos duzo wiekszego niz one. Poza tym najchetniej rzucaja sie na cos co krwawi. Po 20 minutach mielismy juz na koncie 3 sztuki, w tym najwieksza zlapana przez Agnieszke. Pozniej poplynelismy lowic w inne miejsce, ale delifiny (tak, w Amazonii sa delfiny: szare i rozowe) przepedzily prawie wszystkie piranie (bo udalo mi sie zlapac jedna) i zostalo nam ogladanie ich wybrykow.

Wracajac do piranii to maja dosc dobre uzebienie i prawde mowiac nie chcialbym sie z nim blizej zapoznac. Przezylismy tez jedna nieplanowana przygode. Inna grupa natknela sie przypadkowo na ... anakonde. Byl to dzidzius mierzacy jedynie 3-4 metry. Jeden z przewodnikow postanowil, ze wyciagniemy ja na lodz.

Po 20 minutach ostroznego wyciagania na powierzchni pojawila sie glowa. Zrezygnowalismy jednak kiedy jedna z wyciagajacych osob (zreszta z winy przewodnika) zostala ugryziona. Anakonda nie ma jadu, wiec nie bylo sie czym przejmowac, ale i tak zobaczylismy i przezylismy juz dosyc. Dziwne bylo to, ze skora byla calkowicie sucha, a wszystkim weze kojarza sie z obslizglymi plazami. Wieczorem, kiedy zrobilo sie juz zupelnie ciemno, poplynelismy ogladac kajmany i krokodyle. Udalo sie nam zobaczyc i dotknac 2 z nich (maly i duzy).

Okazuje sie, ze krokodyl nie zaatakuje jezeli podejdzie sie od przodu, poniewaz nie widzi przeciwnika. Jezeli jednak, np. Ryba przeplywa obok to dzieki specjalnemu sensorowi krokodyl wyczuwa zaklocenie w otaczajacej go wodzie, oderza ofiare ogonem i dopiero atakuje zebami. W czasie gdy podziwialismy krokodyle stalo sie cos czego sie obawialismy – zepsul sie nasz aparat. Migawka sie zacina i mozemy teraz zrobic jedno, dwa zdjecia i trzeba odkrecac obiektyw i poprawic migawke. Podjelismy decyzje, ze sprobujemy to sami naprawic. Po ponad godzinie grzebania okazlo sie, ze nic z tego. Musimy poczekac, az dojedziemy do Caracas, czego tak naprawde nie planowalismy. Tam wlasnie jest najblizszy serwis Canon;a. Mamy nadzieje, ze uda sie naprawic nasz aparat, a do tego czasu musimy korzystac z drugiego, wysluzonego Canon;a, jednak nie mamy do niego dobrego obiektywu.

Nastepnego dnia po wschodzie slonca wzielismy we czworke czolno indianskie i poplynelismy w gore rzeki. Okazalo sie, ze plywanie jest bardzo latwe i szybkie. Wplynelismy w srodek lasu. Drzewa wyrastajace z wody i duze rosliny zupelnie schowane pod powierzchnia robia niesamowite wrazenie. Po sniadaniu poszlismy na trekking po dzungli. W tym czasie jeden z przewodnikow pokazywal nam rosliny, z ktorych wytwarzane sa lekarstwa, mleko dla dzieki, jezeli matka nie ma pokarmu i wiele innych. Ciekawe byly ;drzewa telefoniczne;. Nazywaja sie tak dlatego, poniewaz jezeli ktos zgubi sie w dzungli moze uderzajac w pien wezwac pomoc. Dźwięk jest tak donosny, ze slychac go dobrze nawet z odleglosci 2 km. Po kolejnej wycieczce czolnem poplynelismy w inny rejon dzungli, zeby spedzic w niej noc. Zabralismy troche jedzenia, wode, hamaki i maczety. Na miejscu zebralismy drewno na opal, zbudowalismy palenisko, rozwiesilismy hamaki i zaczelismy robic kolacje – kurczaka pieczonego nad ogniem. Po jedzeniu, juz po zmroku poszlismy w glab lasu w poszukiwaniu zwierzat. Okazalo sie, ze nasz przewodnik byl ;lekko; nieprzygotowany (zapomnial baterii do latarek) i nasze czolowki uratowaly troche sytuacje. Skonczylo sie na tym, ze zobaczylismy duuzego pajaka i wrocilismy do obozu skad wyplynelismy, zeby zobaczyc rozne gatunki zab i ropuch zyjacych w tym rejonie. Slyszelismy je bardzo blisko, ale zadnej nie udalo sie zobaczyc. Noc w dzungli byla ... czarna. Takiej czerni naprawde ciezko szukac gdziekolwiek indziej. Nic nie widac i naprawde ciezko jest mi sobie wyobrazic jak musi sie czuc osoba, ktora spedzila tam samotna noc. Rano zwinelismy oboz i poplynelismy z powrotem. Na miejscu okazalo sie, ze do obozu zawital leniwiec. Teraz juz wiemy dlaczego te zwierzeta sie tak nazywaja – otwarcie paszczy zajmuje mu jakies 30 sekund, a ruch lapa trwa wiecznosc. Na koniec naszego pobytu w dzungli odwiedzilismy jeszcze wioske miejscowych ludzi, gdzie zobaczylismy m.in. Jak rosna ananasy (na niskich krzakach) i jak przetwarza sie maniok.

W koncu wrocilismy do  Manaus i zaczelismy swietowac 21. urodziny Agnieszki!! Bylo swietnie, ludzie ktorych poznalismy na statku z Belem, sa niesamowici, no i miejsce na obchodzenie urodzin tez niczego sobie. Jutro chcemy pojechac na polnoc do Presidente Figeredo, a pozniej do Boa Vista i w koncu do Santa Elena de Uarien po wenezuelskiej stronie granicy.

Roraima - Wenezuela
2006-sierpnia-24 16:00:16


Z Manaus pojechalismy do Presidente Figeredo zwanego miastem wodospadow. W okolicy jest ich kilkadziesiat, a do wiekszosci mozna dojechac na wlasna reke. My spedzilismy kilka godzin przy jednym z nich, kapiac sie i podziwiajac widoki.

Pozniej, po kilkunastu godzinach spedzonych w nocnym autobusie do Boa Vista i kilku kolejnych jadac do Santa Elena de Uarien nasza radosna podroz w kierunku Wenezueli skonczyla sie razem z silnikiem, ktory sie zepsul. Stanelismy w srodku sawanny, jakies 60 kilometrow od granicy przypiekani sloncem i zarem bijacym od drogi. Wyciagnelismy nasza autostopowa tablice , napisalismy SANTA ELENA i … po 20 minutach jechalismy z trzema Wenezuelczykami. Jakosc drogi i predkosci jakie osiagalismy zupelnie do siebie nie pasowaly, ale wazne ze jechalismy. Na granicy musielismy sie wytlumaczyc, gdzie pojedziemy dalej z ojczyzny Bolivara i pan laskawe wbil nam do paszportow wize na 30 dni. Jeszcze tylko pochwalilismy sie naszymi zoltymi ksiazeczkami (swiadectwa szczepien) i wjechalismy do Wenezueli.

W Santa Elena postanowilismy, ze pojedziemy na trekking na Roraime. Jest to najwyzszy (2800 m.n.p.m.) z ponad 100 tepuis (plaskowyzy) w tej okolicy, a jego nazwa w jezyku Pemonow oznacza ;Matka wszystkich rzek;. Z wielu ofert (trzeba wziac przewodnika) wybralismy Roraima Extreme – polega to na tym, ze trzeba niesc caly sprzet i jedzenie na 6 dni na wlasnych plecach. Zwykla wersja uwzglednia tragarzy, ale jest znacznie drozsza.

Pierwszego dnia dojechalismy jeepami do San Francisco:), i dalej po szutrowo-kamiennej drodze do Paratepui, skad zaczyna sie podejscie. Pierwsze 12 km to dojscie do obozu nad rzeka Kukenan. W miedzyczasie trzeba przejsc przez 2 rzeki, ktore w niektorych miejscach sa dosc glebokie. Wieczor w obozie uplynal nam na czekaniu na przewodnika, ktory dotarl z opoznieniem, bo poziom wody podniosl sie na tyle, ze nie mozna bylo bezpiecznie przejsc na druga strone rzeki. Zaatkowaly nas tez komary i meszki, wyraznie uodpornione na wszystkie znane srodki przeciw owadom. Drugi dzien to dlugie i meczace podejscie do Campamento Base (Base Camp) na wyskosci 1870 m.n.p.m. Brak cwiczen przez ostatni miesiac, wzrost wysokosci (miedzy obozami jakies 800 metrow) i temperatura robia swoje. Po drodze skalki, podmokle plaskie odcinki i bloto nie ulatwiaja zycia. Kiedy doszlismy na miejsce zobaczylismy Roraime w calej okazalosci. Wysoka na kilkaset metrow skalna sciana szerokosci kilku kilometrow – tak mozna to w skrocie opisac.

Nastepny dzien byl decydujacy. Prawie 1000 metrow w pionie, ktore dzielilo nas od szczytu, pokonuje sie najpierw blotnistym stokiem, pozniej gestym lasem po skalach i korzeniach, a na koncu znajduje sie dlugie podejscie piargiem, gdzie jeden nieuwazny krok konczy sie w najlepszym wypadku zjechaniem kilku metrow w dol. Wysilek wynagradzaja jednak widoki – jedne w swoim rodzaju. Szczegolnie ciekawe jest przejscie pod wysokim na ok 200 metrow wodospadem, ktory oblewa skaly na ostatnim podejsciu. W koncu po niecalych 4 godzinach bylismy na gorze.

Kiedy szlismy to jednego z tzw. Hoteli, czyli miejsc w ktorych rozbija sie namioty (wneki skalne, miejsca pod nawisami itp.) wrazenie zrobil na nas ksiezycowy krajobraz tego miejsca. To bylo cos niesamowitego. Noc na tej wysokosci i w takim miejscu byla duzym przezyciem.

Nastepnego dnia mielismy isc na wycieczke do kilku ciekawych miejsc, ale poczatkowo mgla byla tak gesta, ze nic nie bylo widac. Pozniej jednak rozpogodzilo sie i ruszylismy w strone jednego z jacuzzi;s, czyli naturalnego basenu z zimna, ale czysta woda i krysztalami gorskimi na scianach i dnie. Po kapieli doszlimy na krawedz tepui i do La Ventana (okna), formacji skalnej wygladajacej jak okno.

Niestety mgla byla gesta, ale i tak wrazen nie brakowalo. Po poludniu wspielismy sie tez na najwyzszy punkt i tak pagoda spisla sie naprawde dobrze. Przedostatni dzien skladal sie z jednego, bardzo dlugiego zejscia w czasie, ktorego zrobilismy 1800 metrow w pionie w dol. Szlo sie nam bardzo dobrze, bo nogi przyzwyczaily sie do wysilku, plecaki byly lzejsze, ale i tak skutki czujemy do dzisiaj. Prawie 2 kilometry w dol to duzo – teraz to wiemy. W Camp Kukenan wykapalismy sie w rzece, przespalismy i od razu bylo lepiej. Wszyscy niesamowicie cieszyli sie z wejscia, a i my uwazamy to za swoj maly sukces.

Ostatni dzien to powrot do Paratepui – zmudny i szczerze mowiac nudny, czterogodzinny marsz. Szlismy dosc szybko, zeby rozruszac zbite i zmeczone miesnie, w mysl powiedzienia: czym sie strules, tym sie lecz, ale okazalo sie, ze w tym przypadku to nie dziala:) Dowiedzielismy sie o tym nastepnego dnia. Teraz siedzimy w Santa Elena, dochodzimy do siebie i powoli godzimy sie z mysla, ze zaraz musimy ruszyc do Caracas, gdzie, mamy nadzieje, naprawia nasz aparat.

Autobusy i ejsza na rowerze niz samochodem:) Ostatnie 15 km to taka ilosc pylu, ze czasem trzeba sie zatrzymac, bo nie widac NIC, a lot w przepasc moglby byc malo zabwny. Na koniec obowiazkowy makaron i darmowe piwo.

Ilosc wydzielonej adrenaliny starczyla by na 20 domow spokojnej starosci, a wrazenia pozostana do konca zycia. Prawda jest taka, ze nigdy w zjazd sie nie bawilismy, ale i tak kazdy bedzie sie tam dobrze bawil.

Takie zjazdy organizuje kilka firm, ale najlepsza bez watpienia jest Gravity (Gravity Assisted Mountain Biking - www.gravitybolivia.com) i to wlasnie z nimi pojechalismy.

Nastepnie pojechalismy do Potosi - miasta srebra. Ci ludzie zyja tam tylko dlatego, ze niedaleko znajduje sie Cerro Rico (bogata gora), we wnetrzu ktorej juz Hiszpanie kilka wiekow temu odkryli czyste srebro. Teraz srebra jest mniej i gornicy wydobywaja complejo, czyli mieszanine skal, srebra, cynku i olowiu. Najciekawsze jest to ze nie ma tu ;spolek weglowych;, ubezpieczen spolecznych itd. Kazdy gornik wchodzi do kopalni na wlasna odpowiedzialnosc i pracuje na siebie. Nielimiotowany jest tez czas pracy, wiec niektorzy siedza pod ziemia (na wys ponad 4300 m.n.p.m.:) do 24 godzin. Pod ziemia dopuszczalne jest tylko picie slodkich napojow i zucie lisci koki. Przyczyna jest prosta - jezeli ktos chcialby jesc w warunkach panujacych pod ziemia albo by wymiotowal albo dodatkowo podtruwal. Co do warunkow - goraco, duszno, pyl i trujace gazy. Srednia wieku jest bardzo niska, rekordzisci pracuja w kopalniach nawet po 40 lat (zaczynajac w wieku 12-13).

Z Potosi, strasznie mulowatym autobusem, ktory podstawiono w ostatniej chwili pojechalismy do Uyuni. To kolejne miasto, podobnie jak Potosi, ktore gdyby nie turysci znikneloby z mapy. Uyuni jest baza wypadowa na Salar de Uyuni i pobliskie pustynie. W koncu udalo sie nam zarezerwowac 3 dniowa wycieczke, konczaca sie w Chile. Nastepnego dnia, kiedy mielismy wyjezdzac okazalo sie, ze Uyuni nie jest wyjatkiem i robia z turystow jeleni. Prosilismy o wyjazd o 9, ruszylismy o 10.30. Pozniej okazalo sie jeszcze, ze zapomnieli zarezerwowac dla nas miejsc w jakiejs wiosce, ale ogolnie bylo SUPER! Salar de Uyuni jest pewnie jedna z najwiekszych solniczek swiata - 10000 km kwadratowych i 5 metrow glebokosci - 50 miliadrow metrow szesciennych soli! Jak by nie patrzec - DUZO. Przez trzy dni ogladalismy kolorowe jeziora, tysiace flamingow i pustkowia.

W koncu wczoraj zladowalismy w Chile, a dokladniej w San Pedro de Atacama. Ceny straszliwe, podbnie jak slonce. Szok. Musimy sie jak najszybciej stad ruszyc. Najblizsze plany obejmuja Santiago, a pozniej pewnie Mendoza w Argentynie - w okolicach produkuja 70% wszystkich argentynskich win :)

Juz wkrotce na naszej stronie zdjecia i filmiki ze zjazdu wiec zapraszamy. (zdjec nie ma teraz bo mamy tzw. leniwca, po intensywnym czasie w Boliwii)

Santiago
2006-listopada-11 00:09:42

No i jestesmy w chilijskiej stolicy. Bardzo europejsko, bardzo czysto (to juz nie koniecznie europejsko) i bardzo goraco. Czas tutaj uplynal nam na wloczeniu sie po miescie i tzw. nicnierobieniu.

Odpowiadajac na komentarz pani EB :) Roznice miedzy mieszkancami poszczegolnych panstw, a nawet rejonow sa bardzo zauwazalne, ale chyba dopiero jak sie tu troche pojezdzi (4 miesiace - tak jak my - wystarczy). Przepasc jest chociazby w ubraniach. Oczywiscie nie mam tu na mysli przeskoku z prawie nieistniejacego bikini mieszkanek Rio do andyjskich ubranek. Hitem takich panstw jak Ekwador, Peru czy Boliwia sa spodnice. Kazda szanujaca sie, dorosla kobieta nosi ich ok 7!! Wszedzie i wszystkie na raz! Kubatura takiej kobiety (chude to one nie sa) wzrasta 2 - krotnie i przepchnac sie kolo takiej w autobusie nie jest latwo. Wyglada to groznie. Z roznic innych to gratuluje kazdemu, kto zrozumie rodowitego chilijczyka (lub chilijke). Jak dotad rozmawialismy we wszystkich odwiedzanych krajach bez problemow, a tutaj... nic. Facet na dworcu polknal chyba karabin maszynowy i dopiero prosba o napisanie na kartce go wyhamowala. Kobieta w hostelu mowila tak, ze wolelismy wiecej czasu spedzic nad mapa niz o cokolwiek pytac. No tak to juz bywa. Trzeba sie bylo jezykow uczyc zamiast podrozowac.

Plany jak zwykle okazaly sie dla architektow. Jest zmiana i to duza. Za godzine mamy autobus do Punta Arenas - jedyne 40 godzin z jedna przesiadka. Pozniej tylko pol dnia i powinnismy byc w Ushuaia, czyli miescie na koncu swiata. Stamtad chcemy zlapac statek na Antarktyde. Kamil (www.rtw.pl) znalazl statek za 1800 USD , wiec moze i nam uda sie zalapac na cos stosunkowo taniego (normalne ceny to ok 4500 USD).

Odezwiemy sie pewnie dopiero z Ushuaia.

Na koniec male wyjasnienie: zdjec nie ma, bo cos nam sie porobilo z programem do tworzenia galerii. Postaramy sie poprawic jak najszybciej.

ANTARKTYDA !!
2006-listopada-14 18:30:17

ANTARKTYDA! PLYNIEMY NA ANTARKTYDE!!

Stalo sie. Dojechalismy wczoraj do Ushuaia i juz dzisiaj... plyniemy:))) To jest tak niesamowite, ze nie wiemy co pisac i mowic.

Ten rejs i spelnienie marzen nie byloby mozliwe bez kilku osob i instytucji. Chcemy szczegolnie podziekowac: Rodzicom (za ich szybkie dzialanie i wsparcie - szczegolnie Tacie Jacka - dzieki Tato), cioci Agnieszce Berezowskiej (za sponsoring lodu, zainteresowanie i zachete), liniom lotniczym i pasazerom samolotu lecacego dzisiaj z Warszawy do Brukseli (za wyrozumialosc i opanowanie, kiedy moj Tata zalatwial cos dla nas przez telefon z plyty lotniska i opoznil caly lot:), naszym rodzinom i przyjaciolom (za duzo dobrych slow i wiary, ze jak ktos ma marzenia to moze je realizowac).

Juz za godzine idziemy do portu i ok 18 wyplywamy na naszym ;malym czerwonym stateczku; Explorer (wiecej o firmie, statku i rejsie na http://www.gapadventures.com/tour/XVACS )

Wracamy za 10 dni, na pewno z niesamowitymi wrazeniami, zdjeciami i usmiechami na twarzy (teraz nie mozemy sie uspokoic).

Wrocilismy
2006-listopada-24 16:05:45


Wrocilismy. To bylo chyba najbardziej niezwykle miejsce jakie kiedykolwiek widzielismy. Caly czas nie mozemy sie zebrac, zeby napisac cos na ten temat, ale moze narazie Wasza ciekawosc zostanie zaspokojona zdjeciami.

Zrobilismy ich ok 1600, ale na stronie (w galerii) jest ;tylko; 170. Nie sa w zaden sposob zmieniane, podkolorowywane, poprawiane. Tak to tam wyglada. I to jest piekne.

Caly czas nie mozemy dojsc do siebie.

Obiecujemy, ze opiszemy te niezwykle 10 dni, tylko dajcie nam troche czasu.

Chcielismy tez podziekowac wszystkim za slowa wsparcia i doping!

Wrazenia z Antarktydy
2006-grudnia-04 17:26:10


DZIEN 1

Po oddaniu cum ruszylismy w dol Kanalu Beagel'a. Niesamowite widoki i odczucia. Plyniemy. Plyniemy na Antarktyde. Miejsce, o ktorym troche slyszelismy, ale nigdy nie myslelismy, ze mozemy tam poplynac. O dotarciu tam zaczelismy myslec jakies 2 tygodnie wczesniej, ale od razu bylo to bardzo intensywne. Zaczelismy zbierac informacje, czytac i tak naprawde zastanawiac sie jak to bedzie. Kiedy w koncu  rano, w dzien wyplyniecia, okazalo sie ze mozemy plynac bylismy pijani ze szczescia. Agnieszka nie mogla powstrzymac smiechu, a ja czulem, ze w srodku cos sie dzieje. Wiedzielismy tylko, ze bedziemy plynac na najbardziej niedostepny kontynent, pelen lodu i ... pingwinow.

Kiedy dostalismy sie na Explorer'a, nasz statek, bylismy w szoku. Niesamowicie komfortowy, z sala wykladowa i co najwazniejsze bezpieczny, bo zbudowany od podstaw jako statek ekspedycyjny przystosowany do plywania w rejonach polarnych.

DZIEN 2

Drugiego dnia od rana sniadanie i podziwianie ptakow, które szybowaly za rufa. Poczatkowo byly to tylko 'ptaki', ale po wykladzie Anny wiedzielismy juz kiedy ogladamy petrele, a kiedy albatrosy. Takie wprowadzenie pomaga i pozwala lepiej zrozumiec to co sie dookola dzieje. Pozniej mielismy koleny wyklad na temat budowy Antatktydy i roznych spraw z tym zwiazanych. Przy okazji dowiedzielismy sie, ze dziura ozonowa zanika! Dokladniej zanika okolo polowy listopada, pojawia sie znowu w sierpniu, a najwieksze rozmiary osiaga pod koniec wrzesnia. Lance (geolog) wyjasnil tez jak powstaje dziura ozonowa i otworzyl wszystkim oczy.

Pozniej znowu posiedzielismy troche na pokladzie. Agnieszka poczula sie troche gorzej, ale mysle ze to kwestia przyzwyczajenia do innych, morskich warunkow. Niektorzy ludzie byli dzisiaj tak bladzi, ze jej brakuje do tego bardzo bardzo duzo.

Robilo sie coraz zimniej i można bylo juz odczuc roznice miedzy wczoraj i dzisiaj. Jeszcze nie przeszlismy 'antarctic convergence' (nie mam pojecia jak to sie tlumaczy), a podobno na poludnie od tego styku cieplych pradow polnocnych i zimnych poludniowych zrobi sie naprawde zimno. Chwilami nie moge w to uwierzyc – plyniemy na Antarktyde:)

DZIEN 3

Kolejnego dnia rano ciesnina Drake:a zmienila sie nie do poznania. Coraz wieksze fale i wzmagajacy sie wiatr potwierdzal jej zla reputacje. W ciagu dnia wysokosc fal dochodzila do 8 metrow i naprawde bylo na co popatrzec.

Codziennie w kilku miejscach na statku rozwieszany byl plan dnia. Jakie beda wyklady, gdzie bedziemy ladowac, co zobaczymy itd. Na gorze tego programu byl tez cytat, zwiazany z odwiedzanymi miejscami. Tego dnia przeczytalismy:

;Below the 40th latitude there is no law; below the 50th no god; below the 60th no common sense and below the 70th no intelligence whatsoever”; Kim Stanley Robinson.

Naprawde dobrze oddaje to tutejsza sytuacje. W miedzyczasie obejrzelismy film o wyprawie Shackleton;a. Byl to wstep to pierwszego miejsca, które mielismy odwiedzic – Elephant Island. To tutaj Shackleton wraz ze swymi ludzmi dotarl po opuszczeniu ich statku Endurance i przezimowaniu na lodzie Antarktydy. To wlasnie stad, z Point Wild, Shakleton z 5 ludzmi wyruszyli w niesamowity rejs. Przeplyneli blisko 800 mil morskich przez najniebezpieczniejszy akwen swiata w malej lodzi i dotarli do Poludniowej Georgii – malej wyspy na Oceanie Poludniowym To wszystko dzialo sie w latach 1915 – 16. Bez nowoczesnych technologii, sprzetu, systemow ratunkowych itd. Tylko upor, sila woli i chec przetrwania. Nie bez powodu ten okres nazywa sie czasem kiedy statki byly z drewna, a ludzie z zelaza.

Wieczorem pierwszy raz poplynelismy Zodiakami, czyli pontonami. Lod, pingwiny i spokoj. Niesamowite widoki i problem z ogarnieciem tego wszystkiego.

Po powrocie na poklad wszyscy byli podekscytowani i widac bylo, ze wszystkim sprawia to radosc.

DZIEN 4

Pogoda robila sie coraz lepsza, kiedy plynelismy w kierunku Brown Bluff, pierwszego miejsca gdzie mielismy postawic stope na Antarktydzie. Jeszcze przed ladowaniem Aaron przedstawil nam zasady, które obowiazuja nas w zwiazku z zejsciem na statku. Za kazdym razem, gdy opuszczalismy statek musielismy odznaczyc na specjalnej tablicy, ze juz nie ma nas, zeby przypadkiem nas nie zostawili. Poza tym kwestia czyszczenia butow. Na statku byly wystawione dwie miski ze specjalnym plynem, w ktorym mielismy myc buty, po to by nie przenosic zadnych brudow ze statku na lad. Tak samo bylo w druga strone. Na brzegu, przed powrotem na statek, stala zrobiona kontrukcja ze szczotek, by umyc kalosze.

Po wykladzie dzielily nas tylko minuty od postawienia nogi na Bialym Ladzie. Pingwiny byly w zasiegu naszych rak. Byly ich tysiace. Tego dnia widzielismy dwa rodzaje pingwinow: Gentoo i Adelie. Gentoo maja czerwone dzioby i biale plamki za oczami, a Adelie sa praktycznie cale czarne. Szczerze mowiac to przed tym rejsem pingwin to byl pingwin, i tyle. Bylismy zdziwieni jak blisko mozemy podejsc i obserwowac. W glowach switala nam caly czas mysl: jestesmy tu, jestesmy na Antarktydzie. Uczucie, ktorego nie zrozumie nikt kto tu nie byl.

Po poludniu doplynelismy do kolejnego miejsca, czyli Paulet Island. Jak przed kazdym ladowaniem, Aaron – nasz Expedition Leader, zrobil krotka odprawe na temat miejsca, w ktorym bedziemy ladowac, zwierzat, geologii itd. Znacznie lepiej jest ogladac wszystko wiedzac na co sie patrzy. Znowu tysiace pingwinow. Tysiace gniazd, w ktorych jest tylko jedno jajo, narazone na zimno i ataki ptakow. Ciekawa rzecza sa tez tzw. autostrady, czyli szlaki po ktorych pingwiny maszeruja od kolonii do morza i z powrotem. Nie wolno zachodzic im drogi i straszyc, bo o tej porze roku dostarczanie pokarmu jest bardzo wazne. Anna, nasz biolog, zauwazyla tez kilkanascie  fok Weddella. Pelni wrazen wrocilismy na statek i ruszylismy dalej. Po kolacji wszyscy siedzieli na  pokladzie podziwiajac niesamowity zachod slonca, który zmienial kolory gor lodowych. Jak na zachod slonca byla to juz dosc pozna godzina, bo dochodzila 22. Przez kolejna godzine nie moglismy sie nadziwic ile roznych kolorow moze rzucic na gory lodowe i wode jeden zachod slonca.

DZIEN 5

;An Antarctic expedition is the worst way to have the best time of your life;

Apsley Cherry Garrard

Dzien zaczal sie bardzo wczesnie. Aaron obudzil nas o 3.30 w nocy, poniewaz okazalo sie, ze na brzegu znajduje sie ok. 10 Emperor Penguins (Cesarskich pingwinow). Tego dnia mielismy doplynac na Snowhill Island (64.20’ pld), ale po odebraniu wiadomosci z innego statku, ze jest prawdopodobienstwo zobaczenia najwiekszych pingwinow Explorer zmienil kurs na polnoc w strone Kinnes Cove na zachod od Joinville Island. Zaspani wyskoczylismy na poklad. Tam czekaly na nas nie tylko pigwiny, ale także niesamowity wschod slonca. Explorer dobil do lodu, tak by można bylo jak najlepiej zobaczec Cesarskie pingwiny. . Nie moglismy uwierzyc, ze mielismy takie szczescie, ze je zobaczylismy. Zaloga mowila, ze po raz pierwszy zdarzylo im sie widziec Emperor Penguins na takiej szerokosci geograficznej, gdyz normalnie trzeba plynac daleko na poludnie by je zobaczyc, co i tak nie jest pewne. Po tym wyrwaniu ze snu stwierdzilismy, ze musimy sie polozyc ponownie spac, bo czekaja nas jeszcze ladowania, które z pewnoscia dostarcza nas znowu wiele emocji.

Po wrazeniach zwiazanych z pingwinami cesarskimi przyszedl czas na ladowanie na Jointville Island. Duza ilosc sniegu nie ulatwiala poruszania sie po wyspie, a caly czas musielismy pamietac, zeby nie zrobic zbyt duzych dziur, bo pingwiny maja problemy z przechodzeniem i szybko sie mecza. Razem z Adamem i Sara poszlismy na szczyt Madder Cliffs (270 metrow). Piekne slonce i widoki na okoliczne wyspy zrekompensowaly nam dosc dlugie podejscie. Niektorzy zeszli, a inni slizgali sie w dol stoku jak pingwiny.

Wieczorem odbyla sie tzw. kolacja kapitanska. Bylo przemowienie kapitana, kolacja, drinki z palemka itd. Niektore pasazerki ubraly nawet szpilki, co bylo juz lekko smieszne. Przez noc oplynelismy Polwysep Antarktyczny i kierowalismy sie na poludnie.

Na tym skonczymy nasz kronikarski opis i skupimy sie na tym co nas tak naprawde urzeklo.

Mysle, ze przede wszystkim nie spodziewalismy sie, ze uda nam sie dotrzec kiedykolwiek w zyciu na Antarktyde, a co dopiero w trakcie tej podrozy. Do ostatniej godziny nie bylismy pewni, czy zdazy dojsc do Ushuaia voucher z Kanady, który byl nasza przepustka do Bialego Ladu.

Dwa tygodnie przed wyplynieciem sciagnelismy z internetu kilka ksiazek na temat Antarktydy, które nie ma co ukrywac jeszcze bardziej podsycili nasza ciakawosc, jak tam wyglada w rzeczywistosci.

Wiele osob twierdzilo, ze jest tam tylko lod, a okazalo sie, ze oprocz lodu, który nigdy nie jest taki sam, jest jeszcze wiele do zobaczenia. Po tym rejsie pingwin nie jest juz tylko pingwinem. Zobaczylismy cztery rodzaje tych bialo – czarnych nielotow, foki, slonie morskie, albatrosy, petrele. Dodatkowo oprocz tego co widzielismy na zywo, dzieki codziennym wykladom i zalodze, dowiedzielismy sie wiele na temat Antarktydy, zycia zwierzat i historii tego niezwyklego miejsca.

Jestesmy szcesliwi, ze udalo nam sie tam dotrzec i wiemy, ze bylo warto.

Ushuaia, Torres Del Paine, El Calafate itd
2006-grudnia-08 15:43:25


Z Ushuaia ruszylismy autostopem. Bylo naprawde ciekawie i co najwazniejsze - szybciej niz autobusem. Co prawda w jednym miejscu czekalismy ponad 2 godziny, ale nie ma na co narzekac. Dowiedzielismy sie troche o stosunkach Argentynczycy- Chilijczycy, o tym ze w Brazylii nie ma dobrego miesa i ze Chilijczycy nie chca przyjmowac pomocy z zewnatrz. W Perto Natales spotkalismy z Kamilem (www.rtw.pl). Mily wieczor, film i rozmowy o wszystkim. Z Puerto Natales ruszylismy na trekking do parku Torres del Paine. Bylo pieknie, bo poszliszmy na malo uczszczana trase. W najblizszym czasie napiszemy wiecej, ale bylo warto sie meczyc. Piekna pogoda, malo ludzi -czego wiecej chciec. Po zrobieniu trasy planowanej na 7dni w 5, wrocilismy do Pto. Natales, bo nas troche nogi bolaly.

Doszlismy troche do siebie i przyjechalismy do El Calafate w Argentynie. To stad mozna odwiedzic jeden z najbardziej aktywnych lodowcow na swiecie - Perito Moreno. Mimo, ze pogoda nas nie rozpieszczala bo bylo na co popatrzec.Ogromne kawalki lodu spadajace do wody z wysokosci nawet 50 metrow, potworny huk i znowu refleksja, ze natura moze wszystko.
Dzisiaj bo 3 dniach lenistwa jedziemy do El Chalten i tam prawdopodobnie zrobimy 3 dniowy trekking pod Fitz Roy`a (taka duza gora co sie trudno na nia wspiac:).
Ostatnio nas troche pech technologiczny przesladuje i dlatego nie ma zdjec. Zepsulo sie cos w naszym dysku twardym do zdjec i nie mozemy sie do nich dostac.Mamy nadzieje,ze sie to jakos naprawi i bedzie ok.
 
Z El Chalten chcemy spokojnie ruszyc stopem na poludnie do Ushuaia. Plan jest taki zeby byc tam 20 grudnia i miec te 3 dni na dojscie do siebie i ew. kombinacje z potrawami swiatecznymi  (latwo nie bedzie).
 
Fitz Roy czyli lekcja cierpliwosci
2006-grudnia-11 22:49:37


My juz wrocilismy z El Chalten i znowu jestesmy w El Calafate. Przesiedzielismy 3 dni pod Fitz Roy`em i ... nic. Nie zobaczylismy go wcale! Caly czas padalo i wialo (mocno!). Glownie jsiedzielismy w namiocie, jedlismy, rozwiazywalismy sudoku (taka japonska krzyzowka) i rozmawialismy. Obudzilismy sie nawet o 3 rano zeby wyjsc na wchod slonca, bo podobno jak juz jest to jest pieknie, ale ... kap.kap.kap, obrocilismy sie na drugi bok i spalismy do rana. Dzisiaj w czasie zejscia porzadnie nas zmoczylo i postanowilismy wrocic autobusem do El Calafate, zeby wszystko wysuszyc. Tutaj oczywiscie piekne slonce, ale tego wlasnie ucza gory - pokory. Trzeba pojechac, dac sie stlamsic, zeby docenic cieple lozko, suche ubrania itd.
 
Jutro w nocy ruszamy do Rio Gallegos nad oceanem i dalej na poludnie do Ushuaia.
 
Pozdrawiamy
P.S. Dziekujemy za przepisy i jedzeniowe porady Swiatczne:)


ponownie Ushuaia
2006-grudnia-21 03:40:10


Zdjecia. W koncu, bo dlugich bojach i problemach technicznych udalo sie nam umiescic wszystkie zalegle zdjecia na stronie. Znajdziecie 7 nowych galerii (Antarktyda i Ushuaia, La Paz i zjazd rowerowy w dol The World;s Most Dangerous Road, Salar de Uyuni, Potosi, park narodowy Torres del Paine, lodowiec Perito Moreno i Machu Picchu). Galerie zbudowane sa inaczej niz poprzednio, ale przez to wszystko dziala jak powinno i nawet troche szybciej.

Teraz kilka slow o tym co sie u nas ostatnio dzialo. Po powrocie spod Fitz Roy;a postanowilismy odpoczac troche w El Calafate. Spedzilismy tam 6 dni, piszac nasze dzienniki, chodzac po miescie, jedzac steki, pijac dobre argentynskie wino (za cene, za ktora w Polsce można co najwyzej kupic zakrecane wino marki wino spod lady) i spiac. Bylo nam to bardzo potrzebne i cieszymy sie, ze nawet nie bylo duzo ludzi w hostelu – bylo po prostu spokojnie i cicho. Sielanka skonczyla sie co prawda wraz z najazdem Izraelczykow, ktorych spotykamy ostatnio wiecej niz Amerykanow, Anglikow i Holendrow razem wzietych. Rzeczy, które od razu rzucaja sie w oczy to, ze mlodzi podrozujacy Izraelczycy (w wiekszosci, ale nie chcemy generalizowac) sa: glosni, uwazaja, ze wiedza wszystko najlepiej, nie licza sie z tym, ze ktos moze chciec spac o 2 w nocy i wykazuja lekka niechec do kontaktow z obcokrajowcami. Mimo wszystko spotkalismy tez wielu Izraelczykow, z ktorymi swietnie sie rozmawialo. Pewnie jak w przypadku kazdej narodowosci sa ludzie tacy i tacy.

Z El Calafate postanowilismy ruszyc na poludnie, do Ushuaia. Ponad 22 godziny w autobusie, który  mial jechac 16, 6 razy popsuty silnik, brak narzedzi, stanie w srodku stepu patagonskiego i pchanie autobusu po drodze. Tak w skrocie to wygladalo. Bylo jednak smiesznie, bo przyzwyczailismy sie, ze niektore rzeczy dzieja sie w Ameryce Poludniowej inaczej niz w Europie. Nawet sklepik na promie plywajacym przez ciesnine Magellana byl zamkniety i nie kupilismy sobie pysznej goracej czekolady, ktora tam maja. Do Ushuaia dojechalismy w nocy, ale mielismy rezerwacje w hostelu, wiec wpadlismy akurat w srodek imprezy:) Rozmowy o podrozach, o tym kto gdzie bedzie na Swieta itd. Spotkalismy tu (w Cruz del Sur, nasz hostel w Ushuaia) duzo dobrych i otwartych ludzi i jest naprawde milo. Byly spiewy w miedzynarodowym chorze, ogladanie zdjec i smiech do 3 nad ranem. Rano pobudka, prysznic, spacer – dokladnie 10 krokow – do piekarni po swieza bagietke i sniadanie. Zyc, nie umierac. Cos pieknego. Pogoda zmienia sie jak w kalejdoskopie i często w ciagu 5 minut swieci slonce, pada snieg i mocno wieje. Ale to jest Ziemia Ognista, koniec swiata i tak tu po prostu jest.

Wczoraj sporo osob pojechalo na polnoc, by znalezc swoje miejsce na Swieta. Nie bylo juz zgielku, dlatego moglismy spokojniej porozmawiac o sytuacji na Swiecie i przypomniec sobie troche historie Polski. Poznalismy Nate'a ze Stanow, który przez rok chodzil do liceum w Wwie, z ktorym przegadalismy wczoraj pol nocy o stosunkach polsko – amerykanskich, Kuklinskim, Papiezu...Dlugo moglismy jeszcze tak rozmawiac, bo nie często zdarza sie nam rozmawiac o historii Polski i ogolnej sytuacji na swiecie z dwoch komplenie roznych punktow widzenia: Polakow i Amerykanow.

Dzisiaj rano postanowilismy pojechac razem z Joss, dziewczyna z Australii do Parque Nacional Tierra del Fuego . Jest to chyba najbardziej znane miejsce w poblizu Ushuaia, do ktorego wszyscy backpackersi jada, dlatego spodziewalismy sie sporo osob. Na szczescie milo sie zaskoczylismy bo bylo naprawde pusto. Niesamowite miejsce, pusto i cicho. Co chwile na naszej drodze pojawialy sie zajace, które nic nie robily sobie z naszego pobytu.

Zostaly juz tylko trzy dni do Swiat, wiec powoli bedziemy zabierac sie za przygotowania Swiateczne w hostelu. Jutro i pojutrze chcemy jeszcze pochodzic po okolicach lodowca, a potem zaczynamy gotowac argentynskie potrawy. Z tego co sie dowiedzielismy to najwazniejszy dzien dla nich to 24 grudnia, kolacje Wigilijna nazywaja “kolacja amerykaska” nie wiadomo dlaczego. Potrawy kompletnie roznia w od tych, do ktorych jestesmy przyzwyczajeni, poniewaz zamiast karpia, kapusty z grzybami, kulebiaka, kompotu, makielek i wielu innych pysznych potraw jedza smazone piersi kurczaka, mieso na zimno, salatki i melona. Srednio kolacja swiateczna sklada sie z 6 – 7 dan, a na atmosfere swiateczna tutaj skladaja sie choinki (wszystkie sztuczne), kilka kokard z lampkami i napisy Feliz Navidad (Wesolych Swiat) w supermarketach. Jakos tak inaczej, ale to ze Swieta sa inne, nie znaczy ze sa gorsze.

Zyczenia Swiateczne
2006-grudnia-23 18:39:18


Juz jutro Wigilia. My powoli zaczynamy przygotowania i jutro usiadziemy przy stole w miedzynarodowym towarzystwie. Bedzie grill (zwany tutaj parilla), makarony (wlasciciel hostelu jest Wlochem) i duzo innych rzeczy.

Na pewno beda to inne Swieta, ale przeciez inne nie znaczy gorsze. Troche brakuje nam atmosfery i klimatu, ale mamy oplatki i galazke z choinki (dziekujemy Mamom!), wiec nie jest az tak zle.

Z okazji Swiat chcielibysmy zyczyc wszystkim, ktorzy nas wspieraja duzo spokoju, radosci i zdrowia - bo przeciez wszystko inne wlasnie od tego zalezy.

Chcemy tez bardzo podziekowac naszym klasom i wychowawcom z liceum za wczorajsze niesamowite rozmowy na Skypie. Ponad 50 osob w Polsce i my w kafejce w Ushuaia. Cos piekniego!

Nastepny news bedzie z Buenos Aires albo dopiero z Nowej Zelandii.

Pozdrawiamy z konca swiata
Agnieszka i Jacek


pozegnanie z Ameryka Poludniowa i Nowa Zelandia (w koncu:)
2006-grudnia-30 23:53:51


Wigilia w Ushuaia. Od rana Luca i Izabel, wlasciciele hostelu, w ktorym mieszkalismy przyrzadzali niestworzone ilosci jedzenia. My zabralismy sie do krojenia warzyw, ktore potrzebowali do makaronow, salatek i innych potraw. Ze wzgeldu na to, ze Luca jest wlochem przewazaly makarony. Jedno danie, na zimno zrobil z 2kg makaronu, druga pasta al horno (dwie warstwy makaronu, przeplatene z pulpetami, dwoma sosami – wszystko razem zapieczone), na cieplo z 1,5kg. Poza tym gotowane, a pozniej smazone warzywa, salatki i grill (parilla), ktory mial swoje zaszczytne miejsce na ulicy:) Byl zrobiony z beczki na nozkach, tak by naraz mozna bylo polozyc duza ilosc miesa. Pablo, rodowy Argentynczyk, byl odpowiedzialny za odpowiednie przyrzadzenie stekow, z ktorych Argentyna slynie.

W miedzyczasie, gdy juz wiekszosc chodzila nerwowo kolo jedzenia, pobieglismy na spotkanie z Rodzicami na skypie. Pomimo poczatkowych problemow technicznych wszystko sie udalo. Jacka chrzesniak grajac na organkach spiewal koledy, a my dzielilismy sie oplatkiem. Po spotkaniu przed komputerem wrocilismy do hostelu, by zaraz rozpoczac Wigilie. Bylo ponad 25 osob, w skladzie: 3 osobowa rodzinka z Wloch, Kanadyjczycy, Holendrzy, Wlosi, Francuzi, Belg, Hiszpanie, Australijka, Argentynczyk, Anglik, Niemcy i my. W hostelu mieszkali takze Izraelczycy, ale ze wzgledu na to, ze nie obchodza Swiat, nie chcieli z nami usiasc przy stole.

O 21 rozpoczelismy Wigilie. Po calym dniu wpatrywania sie w przygotowane jedzenie wreszcie nadszedl czas na jego spozycie. Wszyscy sie na nie rzucilismy, tak ze po chwili ledwo moglismy sie ruszac. W ramach zgrania calej Wigilijnej ekipy postanowilismy zrobic grupowe zdjecie przed hostelem. Smiechu bylo co nie miara, bo bylo kilkanascie aparatow poustawianych po drugiej stronie ulicy, po czym odbywaly sie gromkie krzyki: ;run faster, faster; i caly tlum biegl z powrotem pod hostel by ustawic sie i pozowac do zdjec. Po kilku probach udalo sie wszystkim dobiec na miejsce i mamy fajne pamiatkowe zdjecia.

Luca i Izabel przygotowali 4 prezenty, ktore dostaly wylosowane osoby. Mozna bylo wygrac 2 szampany, jedna noc w hostelu za darmo i kubek do yerba mate z wygrawerowanym napisem Cruz del Sur (nazwa hostelu). Martin, Argentynczyk, ktory pierwszy wygral szampana, postanowil sie podzielic nim ze wszystkimi, ale w bardzo niekonwencjonalny sposob. Najpierw kilka razy nim potrzasnal podczas wybierania, a pozniej otworzyl, przy czym ucierpial caly hostel oraz my...W szczegolnosci ja, bo nie wierzylam, ze Martin zacznie nas oblewac. W momencie gdy Jacek juz schowal sie za sciana, mi pozostalo schowanie sie za malym taboretem ,ktory zdecydowanie nie uchronil mnie od przemoczenia!

Bawilismy sie do 3, bo nastepnego dnia mielismy lot do Buenos Aires. Ostatni zladowali do hostelu ok. 10 rano:) Byly to Swieta jedyne w swoim rodzaju i na pewno niezapomniane!

Nastepnego dnia rano musielismy sie spakowac i wyjechac z Ushuaia...Nie bylo tak latwo. Pomimo, ze wiele osob twierdzi, ze nie ma tam zbyt wiele do robienia i wystarczy pojechac  na 2 dni,  po 8 dniach niesamowicie zaprzyjaznilismy sie z wieloma osobami i polubilismy miasto na koncu swiata. Pozegnalismy sie jak z Rodzina. Luca zamowil dla nas taxowke by w poludnie po raz ostatni w najblizszych latach przejechac przez miasto i udac sie na lotnisko.

Po poludniu dolecielismy do Buenos Aires. Bylismy tam dokladnie 5 miesiecy i 10 dni wczesniej, pierwszego dnia naszej podrozy dookola swiata. Zastala nas sliczna pogoda, wraz z parzacym sloncem. Busem dojechalismy do hostelu, w ktorym zatrzymal sie Kamil. Akurat leczyl sie yerba mate po Wigilii, ktora dla niego skonczyla sie bardzo pozno...a moze mozna powiedziec, ze w ciagu dnia...:) Mimo naszego i Kamila zmeczenia poszlismy cos zjesc. Pozniej chodzac po miescie uslyszelismy glosne granie na bebnach. Poszlismy w ich strone i zobaczylismy ok. 200 – 300 osob idacych po ulicy Buenos Aires tanczycych w rytm samby. Cos niesamowitego. Rozpietosc wiekowa byla od kilku to kilkudziesieciu lat. Bylo to spontaniczne wyjscie kilkunastu osob grajacych na bebnach, do ktorych stopniowo dolaczali kolejni. Tlum przesuwal sie powoli do przodu, przechodzac przez kolejne skrzyzowania, tym samym blokujac przejezadzajace samochody. Mysle, ze wlasnie to jest Buenos Aires. Duza stolica, ale ciagle z klimatem, gdzie kilkanascie osob, moze porwac do tanca przechodniow, blokujac drogi, bez zadnej obstawy policji, zezwolen...:) Nie doszlismy do konca trasy bebniarzy i wrocilismy wczesniej do hostelu. Kolejnego dnia czekalo nas zwiedzanie Buenos i przede wszystkim zmiana kontynentu...

Od rana ruszylismy do La Boca – dzielnicy portowej, ktora slynie z kolorowych domow. Marynarze, ktorzy wracali do domu przywiozili ze soba resztki farby, ktora pozostawala im z malowania statkow. Wykorzystywali ja do malowania swoich domow, co powodowalo, ze prawie kazdy roznil sie kolorem. Teraz port w La Boca juz praktycznie nie istnieje, a sama dzielnica stala sie miejscem, do ktorej ciagna masy turystow. Pomiedzy roznokolorowymi budynkami jest pelno kafejek, przy ktorych tancza tango.

Stamtad chcielismy wrocic do hostelu, ale wpadlismy na pomysl, zeby pojsc zrobic zdjecia na plac Libartador, na ktorym spedzilismy kilka pierwszych godzin w Buenos. Chcielismy zrobic zdjecie doskladnie w tym samym miejscu, w ktorym robilismy je pierwszego dnia podrozy. Jedno z bardziej charakterystycznych pierwszych zdjec w Ameryce Poludniowej to to, na ktorym stoje w czapce pod palma. Pomyslelismy, ze fajnie byloby zrobic kilka podobnych tuz przed wyjazdem z tego kontynentu, po pierwszych 5 miesiacach naszej podrozy! Mamy troche podzielone zdania do tego, pod ktora palma robilismy moje zdjecie, ale na wszelki wypadek zrobilismy pod oboma:)

Po poludniu juz powoli nie moglismy sie doczekac wylotu do Nowej Zelandii, dlatego na lotnisko dojechalismy 4h przed odlotem, po czym okazalo sie ze lot ma opoznienie 1,5 godziny. Ale to jeszcze nic takiego. Zjedlismy cos, po czym ze stoickim spokojem poszlismy odprawic bagaze. Po dojsciu do bramki, Pani z Aerolineas Argentinas powiedziala, ze musi  sprawdzic nasze paszporty, bo cos sie jej nie zgadza i mamy czekac. Po 20 minutach wrocila i powiedziala, ze potrzebujemy wize do Nowej Zelandii. Poczatkowo sie przestraszylismy, ale kategorycznie zaprzeczylismy temu i powiedzielismy, ze od maja zeszlego roku Polacy juz jej nie potrzebuja. Po chwili na nasze szczescie okazalo sie, ze maja blad w systemie i rzeczywiscie nie potrzbujemy wizy. Wyszla jeszcze raz i wrocila z kolejnym pytaniem - gdzie mamy bilet wyjazdowy z Panstwa Kiwi? My powedzielismy, ze nie mamy takiego, poniewaz chcemy znalezc jacht do Australii, a jesli nie to zarezerwowac bilet do Australii juz w NZL. Po chwili przyszla szefowa zmiany i powiedziala, ze nie mozemy wejsc na poklad samolotu, poniewaz wladze nowozelandzkie wymagaja biletu wylotowego. Nie wiedzielismy co zrobic. Poczatkowo chcielismy leciec do NZL i prosic na miejscu o pozwolenie na wjazd bez biletu wylotowego, ale Aerolineas Argentinas powiedzialy, ze nie moga nas wpuscic na poklad samolotu, poniewaz jesli wladze NZL nie wpuszcza nas, to linie lotnicze beda musialy za nas zaplacic 3000US$ oraz zabrac z powrotem do Buenos Aires na co oczywiscie nie mogly sie zgodzic. Bylismy w totalnej kropce. Chcielismy kupic bilet do Australii, ale potrzebujemy tam wize, na ktora czeka sie przynajmniej tydzien, do Singapuru tak samo. Najblizszym panstwem, do ktorego moglismy leciec bez wizy jest Tajlandia. Dlatego wlasnie kupilismy bilet na 24 marca do Bangkoku. W miedzyczasie rozmawialismy z konsulem w Wellington, zeby sie dowiedziec, czy nie bylo innego wyjscia niz kupno biletu wyjazdowego z NZL. Jeszcze dzwonilismy takze do ambasady w Canberrze, by upewnic sie, ze mozemy przeleciec tranzytem przez Sydney nie posiadajac wizy.

Po okazaniu wydruku kupionego biletu do Bangkoku Aerolineas Argentinas wpuscily nas 15minut przed odlotem na poklad i lecielismy!! Ilosc wykonanych przez nas dzialan myslowych siegala zenitu. Jesli tak sie buduje odpornosc na stres, to naprawde dobrze nam idzie. Wolimy nawet nie myslec, co by bylo gdyby samolot nie byl opozniony...

Ale to jeszcze nie koniec przygod z dolotem do Nowej Zelandii...Rano, juz po wyladowaniu, pilot powiedzial, ze wladze nowozelandzkie prosza o pozostanie pasazerow w samolocie. W tym momencie 3 policjantow podeszlo do nas i wyprowadzilo z samolotu. Mysleli, ze jestesmy przemytnikami narkotykow, poniewaz nie mieli na liscie naszych bagazy, i ze wybralismy sie z Argentyny do NZL tylko z malymi podrecznymi plecakami co wydalo im sie dziwne. Poza tym slyszeli ze mielismy w Buenos Aires problemy z wejsciem do samolotu...Po przejsciu przez urzad imigracyjny, w obstawie policjantow wyszlismy z lotniska i wreszcie moglismy odetchnac i stanac na nowym kontynencie!!!

Auckland – stolica zeglastwa;). Jest to najwieksze miasto w Nowej Zelandii. Mieszka tu 1,5 mln ludzi, czyli biorac pod uwage, ze na obu wyspach mieszka tylko 4 mln jest to naprawde duze miasto. Po dojechaniu do hostelu bylismy padnieci po ostatnich lotsniskowych przezyciach. Mimo to poszlismy na spacer w ramach przyzwyczajenie sie do 16godzinnego przesuniecia w stosunku do Argentyny ( do Polski 12 godzin). Pogoda nas zaskoczyla, bo nie jest bardzo cieplo. Za to czesto sie zmienia, od deszczu po upalne slonce w ciagu 40minut.

Port jest niesamowity. Jachty, ktore startowaly kilka lat temu w Pucharze Ameryki stoja w najbardziej prestizowym miejscu. Setki ludzi przychodza podziwiac wlasnie je oraz muzeum morskie, przed ktorym stoi (na brzegu) jacht z America;s Cup 1988 – gigantyczny, szczegolnie widziany od dolu.

Nad miastem goruje Sky Tower – wysoka wieza, ktorej glowna atrakcja jest mozliwosc skoku z 192 metrow – twarza w dol. Nie wyglada to dokladnie tak jak bungy, ale w oczach skoczkow widac mocno podniesiony poziom adrenaliny.  

Drugiego dnia, w supermarkecie, spotkalismy Marcina - Polaka, ktory przyjechal do Nowej Zelandii z Nowego Jorku. Spotkalismy sie wieczorem i razem z Kacprem pokazali nam miasto, opowiedzieli o Nowej Zelandii i wielu innych rzeczach. Bylo nam milo, no i znowu spotkalismy na swojej drodze przyjaznych ludzi.

Sylweser u nas juz dzisiaj i za 12 godzin przywitamy Nowy Rok. Chcielismy wszystkim zyczyc zeby byl jeszcze lepszy niz poprzedni, szczesliwy i zeby wszyscy mieli marzenia i wierzyli w ich realizacje!
Pozdrawiamy z Auckland

Rowerem po Nowej Zelandii
2007-stycznia-06 01:30:50


Mamy rower!!!

Dwa dni temu kupilismy rower. Nie jest to zwykly rower. To tandem:) Zostal ochrzczony jako Zlota Strzala (Golden Arrow:). Jest duzy i piekny. Zapakowalismy sie do sakw. Jestesmy przygotowani i za 10 minut ruszamy z Rotorua do Taupo (polnocna wyspa).

Wszystko jest ok. Nowa Zelandia jest ciekawa, ale ma swoje slabe strony. Jest drogo, sklepy szybko zamkniete i jezeli chcesz cos zalatwic to trzeba to robic od rana.

Jedziemy po przygode. Bedziemy odzywac sie z trasy.

Skydiving
2007-stycznia-09 23:11:38

Z Rotorua dojechalismy na rowerze do Taupo. To co sie tu robi to Skydiving. Prostymi slowami: ubieraja cie w uprzaz, wsiadasz do samolotu, lecisz na 3, 4 lub 5 tys metrow i razem z instruktorem (jest sie do niego podpietym) wyskakujesz z samolotu:)
No i ... zrobilismy to:) (z 5 tys. metrow - jako jedyni - znaczy maximum - podawali nam nawet tlen z butli w samolocie) Bylo super. Niesamowicie, pieknie. 60 sekund swobodnego spadania. Pozniej szybowanie nad jeziorem i miastem. Bylo swietnie.
Caly dzien dochodzimy do siebie. Mamy zdjecia ktore robil nam specjalny powietrzny fotograf oraz film. Fotki sa ponizej, ale na film bedziecie musieli poczekac.
Jestesmy cali, zdrowi, szczesliwi i ... chyba troche walnieci, ale to juz przeciez wiecie.
 
Z Taupo (gdzie byl ten skok) pojechalismy na poludnie. Po 20 km kolo zaczelo robic sie lekko krzywe - nbaprawilismy ile sie dalo i dalej. Pozniej na zjezdzie od hamowania obrecz rozgrzala sie tak ze poszla detka i rozwalilo opone. Wszystko porzucilismy w krzakach i stopem wrocilismy do miasta. Tam szybka naprawa i znowu stopem po rower. Dalej poszlo juz ok. Spalismy na polu kempingowym.
 
Wczoraj wyjechalismy z Turangi i jechalismy Desert Road. Powinni zmienic nazwe na cos z gorami, bo przez jakies 35 km mielismy prawie caly czas pod gore. Na zjazdach bez szalenstw bo caly czas padalo. Pozniej jednak wjechalismy na plaskowyz (ok 800 m.n.p.m.) i jechalismy po plaskim i z gorki (max 47 km/h), przez kilka km w ogole nie pedalowalismy.
Dzien byl trudny, ale fajny. Nocleg znalezlismy u wlascicielki kafejki internetowej w ogrodzie, wiec tam rozbilismy namiot. Nie ma tu nawet sklepu wiec musielismy isc do knajpy.
 
Pogoda nieciekawa, caly czas pada, ale jakos dajemy rade:) Rower zachowuje sie tak jak powinien - jedzie i nie protestuje. Dzisiaj zrobilismy ok 66 km, wiec srednia na dzien (60 km) wyrobiona. Jutro ruszamy dalej na poludnie. Gdzie bedziemy spali i czy bedzie tam internet - nie wiemy, wiec nie denerwujcie sie.

Z Waiouru do Wellington i dalej do Blenheim
2007-stycznia-20 06:22:53

Dzisiejszy news bedzie opisem ostatnich kilku dni, przygotujcie sie wiec na duzo czytania.

10.01.2007

Z Waiouru jechalo sie nam bardzo dobrze. Szybko bo po plaskim i z gorki. Pierwsze 30 km to radosc z predkosci, z pokonania Desert Road i z tego ze wszystko jest ok. Widzielismy tez coraz wiecej Nowej Zelandii takiej jaka sobie wyobrazalismy – zielono i duzo owiec. Odcienie zieleni sa tak niesamowite, ze nie pokaza tego zadne zdjecia. Owce w zaleznosci od farmy sa juz ostrzyzone albo jeszcze biegaja z welna na grzbiecie. Coraz bardziej nam sie tu podoba. W pierwszym napotkanym miescie zrobilismy przerwe na banany i picie. 30 km bylo juz w nogach, slonce lekko swiecilo, wiec cos nam sie od zycia nalezalo:) Dalej kilka podjazdow i po kolejnych 20 km dojechalismy do Mangaweka. Typowe miasteczko przy drodze. Kilka domow, stacja benzynowa, galeria i firma oferujaca splywy na pobliskiej rzece. Tutaj zastanowilismy sie czy kupic cos do jedzenia na obiad, ale nasz cel – Vinegar Hill – wygladal na jakies w miare rozrosniete miasteczko. Pojechalismy wiec dalej i po kolejnych 20 km znalezlismy sie w Vinegar Hill. Okazalo sie, ze kropka na mapie to tylko pole namiotowe. Piekne miejsce, nad rzeka, przy lesie, za darmo, ale z pewnym minusem – bez sklepu... Do najblizszego miasta mielismy 10 km stromego podjazdu, a ze soba kilka bananow, herbate i cukier. Poratowali nas poznani tam ludzie, ktorzy dali nam batony i ciastka. Niesamowita sprawa. Dzieki temu moglismy wykapac sie w rzece i polozyc spac.

11.01.2007

Rano przywital nas upal. Slonce postanowilo pokazac na co je stac przy malej warstwie ozonu. Nawet pakowanie szlo nam jakos wolniej niz zwykle. Dzien zaczal sie od podjazdu... i tak bylo przez nastepne 12 km. Kiedy rower z nami wazy ok 200 kg, slonce pali, jest pod gorke i nadzieja na porzadne jedzenie za jakies 25 km to jest po prostu ciezko. W koncu, na przemian pchajac i jadac dostalismy sie na Stormy Point. Nie ma tego w przewodnikach, a miejsce jest w sumie ciekawe. Widac stamtad jedne z najlepiej zachowanych tarasow rzecznych na swiecie. Punkt widokowy, informacja z rysunkami itd. itd. Taki nowozelandzki standard. To miejsce bylo tez dla nas przelomem bo zaczelo sie bardziej z gorki, a przynajmniej po plaskim. Predkosci zrobily sie przyjemniejsze, a widoki ciekawsze. Znowu wzgorza, owce, zielen i slonce. Ta zielen... Piekna.

Po 30 km bylismy w Chaltenham. Pierwsze wieksze miasteczko i sklep. Okazalo sie, ze akurat maja fish and chips i jest to tansze niz cokolwiek innego. Czekajac pochlanialismy zimne napoje. Ryba z frytami podana zostala jak nalezy czyli zawinieta w gruba warstwe starych gazet. Bylo pyszne. Ledwo weszlismy na rower. Okazalo sie, ze mapa nas oszukala i do Palmerston mamy 32, a nie 22 km. Musielismy sie sprezyc, bo chcielismy jeszcze oddac kolo do naprawy. Przez 30 km srednia predkosc nie schodzila ponizej 24 km/h. Agnieszka przeklinala pod nosem, a ja jezeli przestalbym pedalowac to moglbym juz nie zaczac. W koncu jednak dojechalismy. Niezawodny punkt informacyjny I-Site, który jest w kazdym wiekszym miescie znowu stanal na wysokosci zadania. Dokladne mapy, adresy i godziny otwarcia sklepow rowerowych, lokalizacja i ceny hosteli itd. Wszystko z usmiechem i za darmo. Kiedy my sie czegos takiego doczekamy w Polsce? Zapewniamy – nie jest to polska Informacja Turystyczna.

Znalezlismy miejsce do spania, oddalismy kolo do naprawy i okazalo sie, ze obsluza nas poza kolejnoscia. Moze dlatego, ze jeden z pracownikow sklepu widzial nas kilka dni wczesniej jadacych w deszczu po Desert Road?

12.01.2007

Z Palmerston North wyjechalismy dosc pozno, bo musielismy odebrac kolo i rozmawialismy z rodzicami na skypie. Na poczatku mielismy lekkie problemy ze znalezieniem odpowiedniej drogi wyjazdowej, ale w koncu trafilismy na Pahiatua Track. Malownicza droge, ktora odwiedza niewielu turystow. Po pierwsze jest dalej do Wellington, pod drogie duzo zakretow i gorek. My tez musielismy troche podprowadzac rower, ale naprawde bylo warto. Slonce znowu dawalo o sobie znac, a kazde kolejne wzgorze wystawialo nasza psychike na test wytrzymalosci. W koncu dojechalismy Pahiatua. Miasto, którego nazwa wiekszosci ludzi nic nie mowi. To wlasnie tutaj w 1944 roku trafila grupa 734 dzieci z Polski z ponad setka opiekunow. Byly to sieroty wojenne, które z Syberii dostaly sie do Iranu i stamtad na zaproszenie rzadu nowozelandzkiego trafily wlasnie do Pahiatua. Wlasnie w tym miasteczku stworzono dla nich oboz i tutaj przebywaly przez kilka lat. Teraz stoi tu pomnik i tablica informacyjna po polsku i angielsku. Niesamowita sprawa.

Wszystko zaczelo sie od tego, ze zona ambasadora Wodzickiego wyslanego do Nowej Zelandii przez polski rzad na uchodzctwie – Mina Wodzicka z.d. Woloska – przyjaznila sie z zona owczesnego premiera Nowej Zelandii. To wlasnie po ich rozmowie narodzil sie pomysl sprowadzenia grupy polskich dzieci przebywajacych w Iranie. Te mysl podsunely premierowi, który sie zgodzil. Dzieki temu zapewnily lepsze zycie i oderwanie od dramatu wojny ponad 800 Polakom. Mina Wodzicka byla tez przedstawicielem Czerwonego Krzyza i zorganizowala m.in. zbiorke przyborow szkolnych i ubran dla polskich dzieci plynacych przez Nowa Zelandie do Meksyku. Dzieci te nie mogly zejsc na lad, ale otrzymaly przedmioty, które na pewno byly im potrzebne.

Wracajac do obozu w Pahiatua, wladze nowozelandzkie chcialy pocztkowo rozdzielic dzieci i rozproszyc je po calym kraju i jak najszybciej zasymilowac. Jednak na wniosek opiekunow wszystkie dzieci zostaly w obozie. Zrobiono tak, zeby czuly sie Polakami, zeby uczyly sie w polskiej szkole. Nawet jezeli pozniej starsze dzieci wysylane byly do katolickich szkol, to robiono to zawsze grupami, zeby i tak juz zmeczone tulaczka po Azji, czuly ze moga liczyc zawsze na kogos znajomego.

W Nowej Zelandii ukazalo sie kilka, a nawet kilkanascie ksiazek na ten temat. Pisali je m.in. wychowankowie obozu w Pahiatua, a także ich opiekunowie. Dwie z nich, które zaczelismy czytac to ;Invited; i ;Utracone dziecinstwo;. W Polsce niewiele osob wie o tym wydarzeniu, a nam bylo bardzo milo, ze moglismy to zobaczyc i poznac historie z zupelnie innej strony.

Wieczorem na kempingu rozmawialismy z miejscowymi. O Nowej Zelandii, o turystach, o jedzeniu i wielu innych sprawach. Na koniec dla Agnieszka obciela mnie pozyczona maszynka do wlosow. Wyszlo naprawde dobrze:)

13.01.2007

Przy sniadaniu poznalismy Colina z Nowej Zelandii. Ma swojego vana, którym jezdzi po obydwu wyspach. Jeszcze nie wiedzial dokad jedzie, ale smialismy sie, ze jesli bedzie zmierzac do Masterton (który byl naszym celem na ten dzien) to jestesmy w stanie zostac jeszcze jeden dzien, tak by wzial nas na stopa. Oczywiscie byl to zart i poszlismy przygotowywac sie do jazdy. Po chwili przyszedl do nas i pytal sie czy te wszystkie rzeczy chcemy wsadzic na rower, czy nie jest nam ciezko itd. Ale zanim zdazylismy odpowiedziec powiedzial, ze taxowka bedzie za pol godziny. Nie wiedzielismy o co mu chodzi, ale wytlumaczyl, ze postanowil jechac do Masterton i moze zabrac nas i rower:) Nie przypuszczalismy, ze sie zmiesci, a jednak. Zmiescil sie idealnie i 65km, które nam zajeloby pol dnia przejechalismy w 1,5 godziny:) Po drodze Colin pokazal nam swoja ksiazke. Jest znawca kawy i napisal przewodnik po Nowej Zelandii, gdzie można wypic dobra kawe. W Masterton juz chcial nas wysadzac, po czym stwierdzil, ze moze nam pokazac okolice. Jezdzilismy przez prawie godzine. Podwiozl nas na dworzec kolejowy, z ktorego nastepnego dnia mielismy wyjechac do Lower Hutt, gdzie mielismy sie spotkac z moja Rodzina.

W Masterton mielismy sie spotkac z Florence (moja kuzynka). Colin pozyczyl nam telefon, by sprawdzic czy jest w domu, bo wg planu mielismy sie dopiero spotkac wieczorem. Juz po 5 minutach bylismy u niej, poniewaz Colin także tam nas podwiozl. Spotkalismy sie z nia pierwszy raz w zyciu, a od razu mielismy dobry kontakt. Colin jako znawca kawy wszedl do domu i stwierdzil, ze przygotuje wszystkim kawe. Tak sie wczul, ze przegadalismy dwie godziny i zjedlismy lunch:) Nasz kierowca pojechal dalej szukac najlepszych kaw, a my postanowilismy pojechac na wybrzeze do Castle Point, które jest ok. 60km od Masterton. Fajnie bylo zobaczyc Pacyfik od drugiej strony, w ktorym kapalismy sie w Montanicie w Ekwadorze. Miejsce spokojne i zdominowane przez latarnie morska. To wlasnie tutaj Florence spedza od trzech lat sylwestra. Chodzilismy po okolicy i rozmawialismy. My czulismy sie troche dziwnie nie siedzac na rowerze, ale przeciez takie dni tez sa potrzebne.

W drodze powrotnej do Masterton Jacek zasnal na tylnym siedzeniu. W domu Florence zjedlismy obiad i poszlismy razem z nia i jej kolezanka na piwo. Ciekawie bylo zobaczyc ;zycie nocne; takiej miesciny. Wiekszosc przechodzacych kolo naszego stolika to znajomi. Nie siedzielismy tam dlugo, poniewaz nastepnego dnia o 8 rano mielismy pociag.

14.01.2007

Pozegnalismy sie z Florence i Rossy i pojechalismy na stacje. Tam poczatkowo mielismy problem, poniewaz nie chcieli nas wpuscic z rowerem, bo okazalo sie, ze w Upper Hutt (ok 25km przed Lower Hutt, do ktorego jechalismy)wzszyscy pasazerowie musza wysiasc i przesiasc sie do autobusu, ktorym moga dalej jechac. Ostatecznie wytlumaczylismy, ze chcemy dojechac tylko do Upper Hutt, a potem mozemy jechac na rowerze. W koncu sie zgodzili, a my jeszcze zdazylismy zmienic bilety tak by mniej zaplacic. W drodze do Upper Hutt przejezdzalismy ponad 10 minut przez tunel, który uratowal nas od olbrzymich gor, które oddzielaja Masterton i Hutt Valley. Po wyjsciu z pociagu zastal nas deszcz i mgla. Zupelnie nas nie nastawiala pozytywnie do jazdy.

Przed ruszeniem w droge poszlam jeszcze zadzwonic, ze bedziemy pozniej, jak sie okazalo dobrze, poniewaz po drodze zlapalismy jeszcze pane, ktorej wymiana troche czasu nam zabrala.

Wreszcie bylismy w Lower Hutt! Juz nie moglam sie doczekac momentu kiedy tam dojedziemy. Ciocia Kasia byla pierwsza osoba, która widzialam wczesniej od czasu wyjazdu z Polski.

Przez kolejne 4 dni zatrzymalismy sie u nich. Odpoczelismy od jazdy rowerem, choc od razu trzeba zaznaczyc, ze nie byly to najbardziej spokojne dni w naszej podrozy:) Juz godzine po przyjezdzie zaczal dzwonic telefony od Rodzicow, ktorzy wreszcie mogli do nas zadzwonic, a nie musieli czekac na znak od nas:)

Popoludnie mielismy juz zaplanowane:) Pojechalismy samochodem do Wellington, by spotkac sie z Ambasadorem, ale tam nikogo nie zastanalismy. W zwiazku z tym pojechalismy zrobic runde po miescie. Pozniej mielismy isc do kina ze Stefanem (synem Cioci Kasi i Charlesa) i Arati, jego zona do kina. Stefan i Arati dzisiaj wyjezdzaja na rok do Stanow i Europy. Mam nadzieje, ze sie z nimi tam zobaczymy. Bylismy na filmie Babel. Niesamowity film, mowiacy o problemach w porozumieniu sie miedzy ludzmi, o tym, ze wszyscy ludzie niezaleznie od pozycji spolecznej maja problemy. Kazda osoba moze wplynac w jakis sposob na zycie innych ludzi. Po kinie wrocilismy na kolacje do domu. Wieczorem pojechalismy odwiezc Stefana i Arati do Wellington. Po drodze chcielismy pojechac na Mount Victoria, z ktorej można widziec cale miasto. Niestety przy ostatnim podjezdzie samochód po prostu stracil moc. Na wszystkich biegach probowalismy wjechac, ale nie moglismy nawet ruszyc. Zadzwonilismy po AA, któren odholowalo samochód do salonu Audi. Jak sie okazalo, najprawdopodobniej ABS sie wlaczyl i dlatego nie bylo zadnej reakcji silnika. Tego dnia taxowka wrocilismy do domu.

15.01.2007

Rano poszlismy do sklepu, bo tam podobno czekala na nas niespodzianka. Ciocia Kasia i Charles postanowili kupic nam koszulki z welny Merino (made by Icebreaker). Ogladalismy je jakis czas temu w sklepach. Sa to koszulki oddychajace, które wygladaja przy tym jak zwykle koszulki. Produkowane sa tylko w Nowej Zelandii z welny owiec Merino – wlasnie mamy je na sobie i spisuja sie swietnie:)

Po tym pojechalismy do miasta szukac obudowy do dysku ze zdjeciami, zeby dostac sie do 50GB zdjec. W Ameryce Poludniowej w zadnym sklepie nie moglismy tego znalezc. Jednak widac, ze Nowa Zelandia jest znacznie bardziej rozwinieta pod wzgledem technicznym i mamy juz obudowe:)

Tego dnia musielismy wrocic wczesniej do Lower Hutt, bo mielismy sie spotkac z Zoe, Theo (który w wakacje byl w Polsce) i Maxem. Fajne spotkanie. Na pewno inne niz wszystkie. Szczegolnie jak zastanawialismy co mozemy zobaczyc w Wellington. My mowilismy, ze chcemy zobaczyc Parlament, Te Papa itd., a chlopacy zgodnie mowili...Nieeee:)

16.01.2007

Od rana znowu mielismy napiety grafik. Przede wszystkim Parlament. Juz samo to, ze moglismy zwiedzic Parlamet bylo czyms niespotykanym w Polsce. Przede wszystkim dlatego, ze w Wellington kazdego dnia jest kilka wycieczek ze specjalnie wyszkolonymi ludzmi. W Polsce jest tylko jeden dzien otwarty dla publicznosci. Bardzo charakterystycznym budynkiem jest Beehive (ul,w ktorym mieszcza sie gabiety ministrow, premiera i innych doradcow rzadowych. Ponizej sa trzy restauracje, kafejki oraz pub. Niektore sciany sa wykladany specjalnym marmurem nowozelandzkim, by tlumily dźwięk.

Najwieksze wrazenie zrobila na nas sala tzw. Maori Committe. Wystroj sali odpowiada wszystkim tradycjom maoryskim, a posiedzenia sa tlumaczone bezposrednio na angielski i maori.

Ciekawa sprawa jest taka, ze rzad publikuje w gazetach reklamy ustaw – czyli krotkie informacje o tym jaka ustawa lub poprawka jest przygotowywana. Jesli ktorys z obywateli bylby zainteresowany podzieleniem sie swoimi uwagami, to moze napisac do odpowiedniego sekretarza komitetu. Wszystkie zgloszenia sa numerowane i wszyscy chetni zostana wysluchani. W sklad komitetu wchodza zarowno przedstaiwciele rzadu jak i opozycji. Jego sklad zalezy od tego jaka sprawe chce poruszyc zainteresowany. Mowiacemu przysluguje pelna wolnosc slowa (absolute freedom of speech). Jest to najbardziej bezposrednia forma demokracji i udzial obywateli w sprawowaniu wladzy na swiecie. Dla nas cos niesamowitego i nie do pomyslenia by bylo tak samo w Polsce – niestety. Wszystkie posiedzenia komitetow i sejmu sa otwarte dla publicznosci. Jedynym wymogiem jest noszenie butow:)

W nizszej izbie parlamentu nie moze przebywac zaden z czlonkow rodzny krolewskiej i dlatego dywany sa zielone. Jezeli ma dojsc do spotkanie pomiedzy Krolowa a parlamentarzystami wszyscy sa proszeni do przejscia do izby wyzszej, w ktorej dywany juz sa czerwone. Izba wyzsza praktycznie caly czas jest pusta, poniewaz rzadko dochodzi do takiego spotkania. W izbie wyzszej obowiazuje scisly protokol, ktry mowi, ze nikt nie moze przejsc przed tronem i na wprost tronu. Krolowa ma prawo skazac nieposluszna osobe nawet na sciecie. W zwiazku z tym po wejsciu do sali rzad ustawia sie po lewej stronie, a opozycja po prawej.

Po tym pojechalismy na spotkanie w Ambasadzie Polskiej. Bylo bardzo milo. Rozmawialismy o naszej podrozy, pokazalismy zdjecia. Nie obeszlo sie bez rozmowy o Polsce...Dowiedzielismy sie również dlaczego nie jestesmy w programie Working Holiday, jak wiekszosc naszych sasiadow. Na pozegnanie dostalismy dwie male flagi Polski, które chcemy umocowac na naszej Strzale:) Po ponad 2 godzinach rozmowy pojechalismy do muzeum Te Papa. Jesli ktokolwiek wybiera sie do Nowej Zelandii i bedzie w Wellington niech pojedzie i odwiedzi Polska Ambasade! Nie tylko w momencie gdy bedzie juz bez paszportu, albo bez bagazu...:)

Prosto stamtad pojechalismy do Te Papa. Jest to szesciopietrowe muzeum o historii Maorsow, geologii Nowej Zelandii, sztuce, owcach, produktach nowozelandzich itd. Olbrzymie muzeum, ktorego w jeden dzien nie jest sie w stanie odwiedzic. Wiele ekspozycji jest przedstwionych sposob multimedialny, co sprawia ze wystawy robia sie bardziej interesujace.

O 18 poszlismy z Ciocia Kasia i Charlesem do amatorskiego teatru na monodramat. Byl on dosc specyficzny, ktorego szczerze powiedziawszy trudno bylo go zrozumiec. W kazdym razie aktor musial powiedziec ;it's the end; :) Po nim poszlismy na kolacje. W drodze powrotnej weszlismy do kina, w ktorym byla premiera Wladcy Pierscieni. Kino robi wrazenie, a szczegolnie lazienki (mamy kilka zdjec, hehe:) Przed dojazdem do domu tym razem udalo nam sie wjechac na Mount Victoria!:) Widok rzeczywiscie niesamowity!

17.01.2007

Od rana wrocilismy do Te Papa by dowiedziec sie wiecej o Maorysach. W srodku, w muzeum, sa zbudowane oryginalne domki Maorysow, do ktorych można wejsc tylko bez butow ze wzgledu na ich kulture i szanowanie ich tradycji. Dowiedzielismy sie również jak wyglada proces przetwarzania welny od momentu strzyrzenia do konca, czyli do tego jak np. powstaja nasze koszulki:) Po muzeum postanowilismy dac w prezencie Cioci Kasi i Charlesowi zdjecie. Troche nam to czasu zajelo, poniewaz nie moglismy znalezc odpowiedniej ramki do rozmiarow zjdecia. Naprawde udalo sie ja znalezc przez totalny przypadek:)

W miedzy czasie naprawilismy komputer, w ktorym znalezli 210 zawirusowanych plikow...Jeszcze przed placeniem wspomnielismy, ze jestesmy w podrozy dookola swiata, obecnie podrozujemy rowerem itd. i zaplacilismy 60% mniej niz mowili na poczatku:)

W domu ostatnia kolacja (tego pobytu, bo wrocimy do Wellington za 1,5 miesiaca), a po niej obejrzelismy wszyscy dwa filmy. Pierwszy ;Whale Rider; o Maorysach, a drugi ;The World's Fastest Indian; z Anthonym Hopkinsem w roli glownej, który chcial pobic rekord predkosci na motorze. To co najbardziej do nas pasuje to tekst: ;jesli nie bedziesz miec marzen to zostaniesz warzywem...; i wlasnie dlatego, Mamo, Tato, nie ma nas w domu:)

18.01.2007

Ostatni dzien w Wellington. Zanim jeszcze wyjechalismy pojechalismy z Ciocia Kasia do rzeznika, ktoremu Ciocia przetlumaczyla polskie przepisy na angielski jak robic Polska Kielbase i teraz je robi! Pycha:) Codziennie na sniadanie jemy suszona kielbase, ktora Ciocia suszyla dla nas przez ostatnie dwa tygodnie – jeszcze raz pycha!

Jeszcze przed wyplynieciem na poludniopwa wyspe Jacek mial mozliwosc poprowadzenia samochodu. Pierwszy raz od pol roku, kierownica po prawej stronie, biegi w kierownicy...duze wyzwanie, ale dal rade:) Kilka moich piskow, bo prawie scielismy kilka lusterek, ale dojechalismy do domu bezpiecznie!

O 13 wyplynelismy promem do Picton. Zaczyna sie szukanie pracy, a pozniej jazda pod gore na rowerze:)

W czasie przeplywania przez ciesnine Cook;a mielismy piekne widoki. Plynac przez Queen Charlote Sound juz na poludniowej wyspie coraz bardziej nam sie podobalo. W koncu wyladowalismy w Picton. Mala miescina zyjaca dlatego, ze przyplywaja tu promy z Wellington. Jest tez kilka innych atrakcji (gory, rzeki), ale promy i turysci sa najwazniejsi. Znalezlismy nocleg na polu kempingowym i poszukalismy pracy w internecie. Okazalo sie, ze w Blenheim (30 km na poludnie) jest hostel, w ktorym moga zalatwic nam prace. Powiedzieli: ;przyjedzcie to cos znajdziemy;. Nadzieja odzyla, a my mielismy juz plan na nastepny dzien – jedziemy do Blenheim.

19.01.2007

Od rana tylko jeden podjazd i dalej szybkie 30 km do Blenheim. W miasteczku niezawodny I-Site. Znalezlismy hostel, mamy miejsce na namiot. Kiedy kobieta z hostelu zobaczyla, ze podania o Work Permit mamy juz wydrukowane z internetu byla mile zaskoczona. Pomogla nam ze sprawami, ktorych nie bylismy pewni i poszlismy do miasta zeby wyslac dokumenty do Christchurch. Okazalo sie jeszcze, ze musimy zrobic sobie nowe zdjecia, bo nasze paszportowe sa zle i dlatego podanie moze zostac odrzucone. W koncu wyslalismy komplet dokumentow, paszporty itd. do Immigration Office w Christchurch i czekamy. Czekamy na zezwolenie na prace sezonowa. Papiery i odpowiedz maja przyjsc we wtorek. Jezeli je dostaniemy, to najprawdopodobniej nastepnego dnia zaczniemy juz pracowac w winnicy:) Podobno ciezka praca, ale i tak jest latwiej niz przy zbiorze kiwi. Mamy nadzieje, ze wszystko bedzie dobrze. Musimy jeszcze zlozyc wniosek o przyznanie numeru podatkowego i do pracy.

Tymczasem piszemy zalegle maile i przygotowujemy zdjecia. W dziale FOTO jest juz kilka nowych galerii z Am. Pld i Nowej Zelandii. Zapraszamy do ogladania.

Pracownicy winnicy
2007-lutego-01 08:08:57

Tak jak planowalismy pracujemy w Nowej Zelandii. Przez pewien okres nie bylismy pewni czy sie uda, ale jak sie okazalo z bliska wyglada to znacznie latwiej i przyjemniej.

Zlozylismy podanie o pozwolenie na prace i dostalismy je wraz z olbrzymia naklejka w paszporcie w ciagu 2 dni. Podobnie bylo z numerem podatkowym IRD. Jedno pismo i mozemy odprowadzac podatek. Konto bankowe mozemy zalozyc za darmo i dostaniemy od razu karte platnicza. Czy moze byc latwiej?

Jezeli chodzi o prace to najwazniejsze jest to ze ja mamy. Przez pierwsze dwa dni byly problemy z transportem, m.in. raz kierowca zapomnial po nas przyjechac (byla godz. 5.30 rano), a my czekalismy jak jelenie przez 1,5 godziny. W koncu jednak pracujemy i chcielismy sie podzielic kilkoma spostrzezeniami na ten temat.

Po pierwsze mamy miedzynarodowe towarzystwo. W hostelu glownie Niemcy, ale w pracy to juz mieszanka wybuchowa: Japonczyk, Chinczyk, facet z Malezji, Niemcy, Czesi, Nowozelandczyk i Anglicy, Tajowie, dziewczyna z Tajwanu no i my:) Ta cala gromadka dowodzi Bon – rozrywkowy gosc z polnocnej wyspy, a jeszcze nad nim stoi Ram – szef z Indii.

Pracujemy w godzinach badziej cywilizowanych niz mielismy na poczatku. Odbieraja nas sprzed hostelu ok 7.10, a praca trwa zwykle 8-9 godzin. My akurat pracujemy 7 dni w tygodniu, ale przymusu nie ma i można sobie w zasadzie wybierac kiedy chce sie isc do pracy.

Wielu z Was zastanawia sie pewnie co można w takiej winnicy robic. Po 5 dniach pracy jestesmy juz po zajeciach typu: wirelifting, leaf pluckling i zamykanie pudelek. Teraz po kolei wyjasnienie.

Wirelifting – drzewka winogronowe sa ustawione pomiedzy trzema rzedami drutow, które z kolei przymocowane sa do slupow. Cala zabawa polega na tym zeby odpiac drut od slupka, zebrac jak najwiecej galezi pod drut (tak zeby nie wystawaly) i zaczepic go wyzej. I tak przez caly dzien. Taka praca wykoynwana jest jako kontrakt – placa ;za drzewko; - cale 3,5 centa! W zwiazku z tym zrobilismy wczoraj z Agnieszka 4000 drzewek:)

Leaf Plucking – po polsku obrywanie lisci. Juz sama koncepcja, zeby ktos placil nam za obrywanie lisci byla ciekawa. Trzeba by pomyslec nad zatrudnieniem dzieci w wieku 3 – 10 lat – zostaliby milionerami. Nam mamy zawsze mowily, ze nie wolno, ale musielismy sie przemoc. Cala sztuka polega na tym, zeby obrywac liscie tylko w okreslonym przedziale (miedzy dolnym a srodkowym drutem) i w taki sposob, zeby ;...ekspozycja osiagnela 90 procent; - co oznacza, ze po przejsciu ma byc widoczne 90 procent owocow. Oczywiscie nikt nie bedzie chodzil z miarka, ale jak przyjedzie zarzadca winnicy i spojrzy okiem profesjonalisty to wszystko bedzie wiedzial. W tej pracy zdecydowanie najlepsi sa Tajowie. Robia to tak szybko, ze czasem zatrzymywalismy sie zeby podpatrzec technike. Ta praca tez jest kontraktowa i w zaleznosci od wielkosci drzewek placa od 9 do 16 centow za sztuke.

Zamykanie pudelek – zamiast drzewek widac las slupkow z drutami, a pomiedzy nimi zielone plastikowe pudelka. W kazdym pudelku jest male drzewko. Chodzi o to, zeby sprawdzic wszystkie pudelka, czy sa dobrze zamkniete, czy sa od dolu przysypane ziemia, czy sa odpowiednio przymocowane do drutow itd. Po pewnym czasie okazuje sie, ze zamknietych jest wiekszosc ale niestety trzeba przysypywac. W tym momencie wszyscy zachowuja sie jak kury na podworku przysypujac stopami troche ziemi. Po takiej akcji mamy w butach mala piaskownice, ale jednoczesnie satysfakcje, bo ta praca jest liczona NA GODZINY! Znacznie bardziej oplacalne, bo można poruszac sie w mysl zasady: ;Nie przyjechalismy tu pracowac tylko zarabiac;.

My jak narazie wiecej pracujemy niz zarabiamy, ale powoli sie to zmienia, bo przyzwyczajamy sie do palacego slonca, poszczegolnych zadan i do lekkiego ;odmozdzenia; - mozg po kilku godzinach obrywania lisci po prostu przestaje funkcjonowac, a czlowiek zamienia sie w robota. Zreszta sprobujcie przy najblizszej okazji znalezc drzewo i obrywac liscie na czas przez kilka godzin:)

Nasze nowe miasteczko – Blenheim – jest dosc kameralne, ale przyjemne. Jest czysta rzeka, w ktorej można sie kapac, niedaleko mamy ocean, a ludzie jak wszedzie w Nowej Zelandii sa bardzo mili i pomocni.

To chyba tyle na dzisiaj.

Pozdrawiamy
Podroznicy Pracownicy Winnicy (czyli My)


P.S. W ramach uczenia sie od lepszych kupilismy najnowszy numer National Geographic. Zdjecia ciekawe, artykuly tez, ale najbardziej w pamiec zapadl nam cytat:"

;If you worry you die, if you don;t worry you also die. So why worry?; - Mike Horn, w czasie zimowego dojscia do bieguna polnocnego.

Proste, ale zawiera w sobie duzo madrosci.

Ciekawostki z Nowej Zelandii
2007-lutego-10 07:29:28

W tym tygodniu mamy kilka ciekawostek prosto z Nowej Zelandii. Milego czytania.

Kiwi – owoc znany wszystkim w Polsce i najczesciej kojarzacy sie z Nowa Zelandia. Kilka osob pytalo czy jedlismy duzo kiwi i jakie one tu sa. Prawda jest taka, ze chyba wiecej kiwi jedlismy w domu niz tutaj. Powod jest prosty – cena; wyzsza niz w Polsce. W swiatowej stolicy kiwi – Te Puke , gdzie jest nawet gigantyczny posag przekrojonego owocu – kosztuja ok 6 NZD (1 NZD = 2,25 zl) za kilogram. Szok i zwiatpienie. Najtansze, które udalo sie nam znalezc kosztowaly 1.99 NZD, ale srednio cena to ok 4.75.

Co powoduje, ze cena jest tak wysoka? Po pierwsze Nowa Zelandia eksportuje wiekszosc swoich owocow. Eksportuje ich tak duzo, ze w zeszlym tygodniu znalezlismy w ;naszym; supermarkecie w Blenheim – UWAGA! - W L O S K I E Kiwi. Tak, Wlochy sa drugim po Nowej Zelandii producentem kiwi na swiecie, a Nowozelandczycy eksportuja tak duzo, ze musza importowac wloskie.

Po drugie – podobno kiwi, takie jakie znamy (zielone), przestaja rosnac w Nowej Zelandii i uprawcy przerzucaja sie na inne odmiany, m.in. zlote (golden kiwifruit).

Po trzecie – Nowa Zelandia ma dziwna polityke skazywania wlasnych obywateli na placenie za produkowane tutaj produkty tyle samo lub wiecej niz w innych krajach.

Ze spraw innych. Winnice. Dowiedzialem sie ostatnio, ze wiele z winnic, w ktorych pracujemy jeszcze 5 lat temu w ogole tu nie bylo. Kiedys Nowozelandczycy byli podobni do Anglikow – pili piwo. Jednak pozniej zaczeli wiecej zarabiac i poziom zycia sie podnosil. Zachcialo sie kultury i zaczeli pic wino. W ten radosny sposob powstaly niewyobrazalnej wielkosci winnice, zatrudniono wielu ludzi, a przy okazji okazalo sie, ze miejscowe warunki pozwalaja na produkcje najlepszego Savignion Blanc na swiecie.

Z sila robocza nie ma problemu, bo turystow, ktorzy chca dorobic jest duzo. W firmie, dla ktorej pracujemy ponad 60% pracownikow to turysci, tzw. backpackersi. Pozostala część to Azjaci, ktorzy moga tu zarobic znacznie lepiej niz w swoich krajach. Miejscowi pracuja jedynie na wyzszych stanowiskach, a jezeli juz znizaja sie do naszego poziomu to tylko w najlepszych okresach, czyli czyszczenia drzew (prunning) i w czasie zbioru.

Craig (miejscowy) w czasie sezonu potrafi zarobic 1000 NZD netto w ciagu tygodnia. I tak przez 4-5 miesiecy. W zasadzie przez reszte roku moglby nie pracowac, ale kiedy ostatnio robilismy to ... zrywanie lisci to zarabial 25-30 NZD na godzine! Powiedzial mi jednak, ze trzeba ok 2 lat pracy w winnicy, zeby dojsc do takiej wprawy. Jeszcze wieksze wrazenie robi fakt, ze tak samo zarabiaja Tajowie, dla ktorych sa to naprawde ogromne pieniadze (zreszta dla kogo nie sa?).

Kolejna sprawa to Japonczycy. Nie znam sie zupelnie na tej kulturze, nie poznalem wczesniej zadnego Japonczyka ani Japonki, ale mam w glowie pewien stereotyp. Wyksztalceni (przynajmniej ci ktorzy podrozuja), bez problemow obslugujacy urzadzenia elektroniczne i mowiacy po angielsku. Tymczasem poznalismy ostatnio kilku Japonczykow i lekko sie zdziwilismy. Wiekszosc naprawde slabo mowi po angielsku i po naszym pytaniu, np.: ;Jak minal ci dzien?; nastepuje ;taka niezreczna cisza;, osobnik sie usmiecha, cieszy sie coraz mocniej, ale nic z tego nie wynika. Po chwili mamy juz tak dziwna sytuacje, ze ciezko sie wyplatac. Zapytac jeszcze raz glupio (bo przeciez wiadomo, ze uslyszal/a), a czekac kolejne 30 sekund az rozmowca przemowi... W koncu, po kolejnym napadzie usmiechow ze strony Japonczyka/Japonki kazdy wraca do swoich zajec... Nie zawsze jest tak zle, ale zdarzylo sie.

Druga sprawa to elektronika. W moim pojeciu Japonka/Japonczyk powinni sie na tym znac, a przynajmniej potrafic obslugiwac. Jednak nasza kolezanka Mari (Kraj Kwitnacej Wisni) przyszla do nas lekko zmieszana. Lamanym angielskim wytlumaczyla, ze cos jej nie dziala w telefonie. Okazalo sie, ze przed uzywaniem komorki zatrzymala ja... blokada klawiatury. Zaznaczam, ze nie byl to najnowszy model, tylko zwykla nokia. Wytlumaczylismy co i jak, a Mari byla tak uradowana, ze cieszyla sie przez reszte dnia. Oczywiscie na odchodne obdarzyla nas szerokim usmiechem.

Ze spraw dotyczacych Nowej Zelandii. Podobno jest tutaj jeden z najwyzszych odsetkow skazanych na okreslona liczbe mieszkancow. Co ciekawe jako oskarzeni pojawiaja sie glownie nastolatkowie (3 razy wiecej dziewczyn niz chlopakow!!) i mezczyzni po 40 roku zycia. Jest na to calkiem proste wyjasnienie. Mezczyzni (ojcowie) popelniaja przestepstwa – zaczelo sie to po II Wojnie Swiatowej – i zostaja zamknieci w wiezieniu, a dzieci (nastolatkowie) pozbawieni taty popelniaja przestepstwa (rozboje, kradzieze, narkotyki). Nowa Zelandia ma tez bardzo duzy problem z samobojstwami. Powody podobne jak wyzej. Wsrod mezczyzn wiekszosc to Maorysi lub ludzie o maoryskich korzeniach – do konca nie wiem dlaczego tak jest. Podobno w maoryskich rodzinach nawet ok 90% nie ma ojcow!

Jezeli chodzi o narkotyki to Nowozelandczycy zawdzieczaja ich obecnosc m.in. Chinczykom. Kiedy ci przyjezdzali do kraju Kiwi pracowac potrzebowali jakichs rozrywek. Poniewaz do Nowej Zelandii ciezko jest wwiezc (lub produkowac na miejscu) heroine i kokaine, pracownicy z Kraju Srodka kupowali amfetamine produkcji miejscowej. Tym sposobem Nowa Zelandia jest tez w czolowce panstw, w ktorych zazywa sie amfetamine.

Tego wszystkiego dowiedzialem sie od Craig;a, z ktorym ostatnio pracowalem. Ciekawy gosc. Rozbite malzenstwo, trojka dzieci, starszy syn w wieku 13 lat mial romans z 26 latka... duzo informacji. Najwazniejsze jest to, ze teraz pomaga dzieciakom w sadach. Studiowal prawo i historie i chodzi z nastolatkami do sadow i pomaga im rozmawiac z sedziami (tutaj oskarzony moze bezposrednio rozmawiac z sedzia, bez adwokata). Adwokaci z urzedu (dostaja po 20000 NZD rocznie tylko za to) nie robia sobie niczego z sytuacji tych dzieci i przychodza do sadu zeby sie pokazac. Craig pracowal przez ostatni rok w winnicach, a teraz zaczyna 3 letni kurs na temat winnic i produkcji wina na miejscowym uniwersytecie. Trzeba podziwiac.

Za nami kolejny tydzien pracy. Przez caly czas pracowalismy ;na godziny;, wiec wiecej zarabialismy niz pracowalismy. Czasem bylo strasznie cieplo, ale jestesmy juz przyzwyczajeni. Agnieszka opalila sie na brazowo (nie często sie to zdarza), a ja jestem juz bardzo brazowy. Najciekawiej bylo dzisiaj (sobota). Wczoraj wszyscy imprezowali w hostelu, a my grzecznie o 22 do namiotu. Pobudka o 5:20 i o 7 zaczelismy prace. Bylo to tylko tzw. pol dnia, wiec przed 12 bylismy z powrotem w hostelu. Okazalo sie, ze niektorzy dopiero sie budza, a my zarobilismy juz po 45 NZD i mielismy caly dzien przed soba:) Pieknie.

Jutro mamy dzien wolny, wiec bedziemy mogli sie wyspac.

Kajakiem po Abel Tasman
2007-lutego-25 07:59:34


Przez ostatnie cztery dni zmienilismy srodek transportu na kajak. Postanowilismy tylko wypozyczyc i poplynac sami, bez przewodnika i planu na cztery dni do przodu. Dzieki temu moglismy byc niezalezni, na czym nam najbardziej zalezalo.

Plywalismy po najmniejszym parku narodowym Nowej Zelandii - Abel Tasman. Slynie on ze zlotych plaz, czystej wody oraz koloni fok.

Penetrowalismy male rzeczki, do ktorych da sie tylko wplywnac podczas przyplywu. Roznica poziomow wody podczas wysokiego stanu a odplywem jest spora, poniewaz 4 merty. Pierwszy raz w zyciu moglismy to obserwowac z bliska. Do wysp, do ktorych musielismy plywac kajakiem, wieczorem podchodzilismy na piechode. Niesamowite zjawisko.

Spalismy na wyznaczonych kempingach, ktore trzeba wczesniej rezerwowac, gdyz wprowadzono ograniczona liczba osob przebywajacych w jednym miejscu noclegowym. Na noc jedzenie musielismy chowac do kajaka, by posomy - podobne do norek, tylko ze troszke wieksze - nie zaczely buszowac nam po workach z zywnoscia...Niestety nie udalo sie tego uniknac jednej nocy i o 2 w nocy mielismy goscia w namiocie:) Niestety przez przypadek uderzyl w menazki, ktore staly na jego drodze i obudzil nas na tyle wczesnie, ze nie mielismy strat w jedzeniu.

W pogode trafilismy idealnie, ale to juz zobaczycie na filmie ponizej:) Oprocz ruchomego obrazu dodalismy sporo nowych zdjec w galerii.

Z planow na najblizsze dni to we wtorek spotykamy sie z Rodzina Agnieszki, ktorzy przyjechali na wakacje do Nowej Zelandii. Zabieraja nas na najblizsze dwa tygodnie w objazd po poludniowej wyspie. Oznacza to kolejna zmiene transportu na samochod tym razem.
22 lutego na swiat przyszla siostrzenica Jacka - Tosia. Jest pulchna brunetka. Wymiary 53 - 3200 (dlugosc, bo ciezko to wzrostem nazwac - waga w gramach:) Rodzicom i Dziadkom gratulujemy!
 
Tacie Agnieszki gratulujemy zdania egzaminu!

Dookola wyspy poludniowej
2007-marca-13 02:28:04


Ostatnie 2 tygodnie byly bardzo, bardzo intensywne. Po wioslowaniu w Abel Tasman odpoczelismy troche w Motuece, poznalismy ciekawych ludzi i nadeszla chwila kiedy spotkalismy sie z rodzina Agnieszki, akutalnie podrozujaca po Nowej Zelandii.

Po pierwsze chcielibysmy Im bardzo podziekowac: ze chcieli nas ze soba zabrac i dzielic swoj samochod, ze przemycali nas do roznych hoteli i moteli, ze moglismy zobaczyc ogromny kawal poludniowej wyspy, pogadac po polsku i razem sie posmiac.

Ale od poczatku.

Z Nelson pojechalismy przez Punakaiki, gdzie znajduja sie Pancake Rocks. Niesamowite skaly, ktorych warstwy wygladaja jak ponakladane na siebie nalesniki. Ciekawa sprawa. W miedzyczasie wykapalismy sie w oceanie i zobaczylismy z niezwyklej perspektywy jak tworza sie morskie fale.

W Hokitika zobaczylismy ptaki kiwi – symbol Nowej Zelandii. Co prawda bylo to cos na ksztalt zoo, ale i tak bylo warto. Kiwi generalnie zeruja i poruszaja sie w nocy, a na ich widok mozna sie jedynie smiac. Dwie kulki (cialo i glowa), nogi i dziob jak slomka. Agnieszka po partyzancku zrobila zdjecia, a jak to wyszlo zobaczcie w galerii (kara za robienie zdjec 500$!!)

Miejscowosc Franz Josef, u stop lodowca o tej samej nazwie przywitala nas piekna pogoda. Tutaj czekala na nas wielka atrakcja – lot nad Alpami Poludniowymi. Widzielismy Aoraki/Mt. Cook – najwyzsza gore NZL, Mt. Tasman, kilka lodowcow i wielkie doliny. Z lotu ptaka robi to ogromne wrazenie. Wieczorem poszlismy jeszcze do czola lodowca Franciszka Jozefa.

Kolejny dzien to rzut oka na lodowiec Fox;a i dalsza droga przez przelecz Haast i Wanaka do Queenstown. Po drodze, jak kazdego dnia, piekne wodospady, olbrzymie jeziora i duzo widokow, ktore w tym natloku zapamietalismy tylko dzieki zdjeciom.

Queenstown – nowozelandzkie Zakopane. Mekka sportow ekstremalnych, miejsce narodzin skokow bungy i setki mozliwosci na zwiekszenie poziomu adrenaliny. Samych miejsc gdzie skacze sie na bungy jest kilkanascie, do tego paralotnie, lot pod helikopterem, rowery gorskie, zeglarstwo, nurkowanie, narciastwo itd.

W okolicach podobno produkuja bardzo dobre wino – slowem raj na ziemi.

Co prawda w zwiazku z polozeniem miasta ceny wszystkiego sa znacznie wyzsze niz na polnocy, ale takie ich prawo.

To wlasnie w Queenstown, Ola, kuzynka Agnieszki leciala na paralotni, a my zjezdzalismy specjalnymi saneczkami w dol betonowego toru. Tam tez odwiedzilismy lodowy bar Minus 5. Wejscie jest platne, ale w cenie dostalismy specjalne kurtki , buty i rekawiczki, a to wszystko po to, zeby chronic nas przed temperature w srodku. Przy wejsciu ostrzezenie od barmana – szklanki z drinkami podnosimy zawsze dwoma rekoma. Powod? Sa zrobione z grubego lodu. W srodku tylko podloga i sufit nie byly z lodu. Poza tym sciany, krzesla, kanapy, bar, polki i rzezby to czysty lod. To naprawde cos innego, szczegolnie, ze na zewnatrz chodzimy w krotkich spodenkach.

Z Queenstown pojechalismy do Te Anau i dalej do Milford Sound – fiordu nazywanego osmym cudem swiata. Mimo, ze caly dzien padalo I bylo pochmuno to widoki zapieraly dech w piersiach. To wlasnie zasluga deszczu, bo po scianach dolin lecialy setki wodospadow. W samym fiordzie wialo bardzo mocno, ale dzieki temu zobaczylismy to miejsce w innym swietle niz na cukierkowych pocztowkach.

Kolejny dzien spedzilismy w Dunedin, ktore szczyci sie mianem najbardziej studenckiego miasta w Nowej Zelandii. Atrakcja dla nas byl polwysep Otago, gdzie mozna zobaczyc niebieskie pingwiny (jedne z najmniejszych) i albatrosy. Pingwiny my z Agnieszka sobie odpuscilismy (lekki uraz po AntarktydzieJ, a albatrosy… nie bylo ich widac, bo zlaly sie z mgla.

Z Dunedin pojechalismy do Moeraki, gdzie na brzegu leza Moeaki Boulders – wielkie okragle kamienie. Podobno to kawalki wapienia wokol ktorych przez 60 mln lat nagromadzila sie gruba warstwa innych mineralow. Ciekawe, ale podobno robia wieksze wrazenie w czasie przyplywu.

Dalej dotarlismy do Mt. Cook Village, u stop gory, na ktore Sir Edmund Hillary trenowal przed wejsciem na Everest. Maoryska nazwa Mt. Cook to Aoraki i wszystkie nazwy pisane sa Aoraki/Mt. Cook. Widocznosc byla swietna, a odbicie w jeziorze niesaleko gor bylo piekne.

Nastepnego dnia przez jezioro Tekapo dojechalismy do Christchurch. Tam po ostatnim juz ;waletowaniu; w hotelu pozegnalismy rodzine Agnieszki i ruszylismy do Kaikoury. Kiedy Agnieszka zapytala dziewczyne z hostelu czy jest szansa na zobaczenie delfinow, odpowiedziala: Jasne. Dzisiaj widzialam jakies 40 z balkonu… Zatkalo nas. Wiedzielismy, ze to miejsce slynie z delfinow, wielorybow i fok, ale zeby bylo az tak latwo. Nastepnego dnia mimo zlej pogody poszlismy na plaze i po 5 minutach pojawily sie. Na poczatku tylko kilka, ale z kazda chwila coraz wiecej. W koncu na zdjeciu doliczylismy sie ponad 30 w jednym tylko miejscu. Skakaly, bawily sie i wygladaly jakby w ogole nie sprawialo im to zadnej trudnosci.

Zadowoleni pojechalismy do Blenheim, gdzie czekal na nas rower i troche bagazy. Kiedy szlismy do hostelu przed nami stanela Jana, Czeszka, ktora poznalismy w czasie pracy. Mieszka tu tez jej chlopak Lukas i jego brat Alex. Od razu zaproponowali, ze mamy spedzic noc u nich. Bardzo sie ucieszylismy tym bardziej, ze rower przechowywalismy wlasnie u nich. Pojechalismy jeszcze zobaczyc Blenheim, zjesc tradycyjne lody w Seymour Park (2 litrowe) i odebralismy nasze rzeczy. Wieczorem rozmawialismy o Nowej Zelandii i pokazywalismy zdjecia. Wszystko po polsku-czesku, bo oni sa z Ostravy, a polski znaja bo ogladali Czterech PancernychJ

Wczoraj od rana udalo sie nam sprzedac nasza Zlota Strzale. Nie bylo nam latwo rozstawac sie z naszym tandemem, ale koszt sprowadzenia go do Polski bylby zbyt duzy. Dostalismy dobra cene, a w sprawach platnosci I przelewu pieniedzy pomogla nam ciocia Agnieszki, ktora mieszka w Wellington, gdzie wlasnie jestesmy.

Z Blenheim bez problemu pojechalismy stopem do Picton, kupilismy bilety na prom i znowu jestesmy na polnocnej wyspie. Pogoda sie popsula, bo jesien idzie, ale te 10 dni, ktore zostalo nam w Nowej Zelandii chcemy mocno wykorzystac.

 Wylot z Nowej Zelandii
2007-marca-24 09:11:19

Wlasnie siedzimy na lotnisku w Auckland i czekamy na lot do Bangkoku (przez Sydney). Za nami niesamowite 3 miesiace. Na podsumowanie Nowej Zelandii jeszcze przyjdzie czas, ale wydaje sie nam, ze zobaczylismy naprawde duzo, poznalismy milych i pomocnych ludzi poza tym dobrze sie bawilismy. Ostatnie dni spedzilismy u Tony;ego (kuzyna Agnieszki) i Kiri (jego zony) w Bay of Plenty. Plywalismy na kajakach po oceanie, jezdzilismy na rowerach, zalatwilismy wszystkie sprawy i zobaczylismy nieznane nam czesci Auckland.

Przed nami Azja. Nowa kultura, nowi ludzie, nowe miejsca. Na pewno bedzie ciekawie. Plan na poczatek to kilka dni w Bangkoku i zalatwienie wizy do Laosu. Co pozniej... zobaczymy.

Mamy tez mala niespodzianke. Zmienilismy plan podrozy i wracamy troche wczeniej. Wiecej szczegolow juz wkrotce...;)

Ostatnie dni w Nowej Zelandii i Tajlandia
2007-kwietnia-02 09:09:42

Ostatnie dni w Nowej Zelandii spedzilismy w polnocno – wschodniej czesci polnocnej wyspy, na polwyspie Coromandel. Ladne plaze i zielone pagorki – tak mozna to w skrocie opisac. W Whitianga spotkalismy Monike – Polke mieszkajaca w Anglii.

Stamtad pojechalismy do Papamoa, zeby spotkac sie z Tony;m (kuzynem Agnieszki) i Kiri (jego zona). Spedzilismy z nimi ostatnie 3 dni w kraju kiwi i bylo super. Plywalismy na kajakach po oceanie, jezdzilismy na rowerach, a wieczorek pozegnalny w Auckland zakonczylismy wyscigami na wozkach sklepowych po miejscowym parkingu. Bylo super. Nastepnego dnia zwiedzilismy jeszcze Auckland, a na koniec Tony i Kiri zawiezli nas na lotnisko. Wielkie dzieki!

Od tego miejsca zaczyna sie pamietnik Agnieszki, z ktorego dowiecie sie jak minely nam pierwsze dni w Tajlandii. Mamy nadzieje, ze spodoba sie Wam taki rodzaj newsa.

Niedziela, 25.03.2006 Bangkok

Lot z Auckland do Bangkoku minal nam bardzo dobrze. Lecielismy liniami Emirates, które wszystkim bardzo polecamy! W pewnym momencie nie moglismy sie opanowac i zrobilismy kilka zdjec, gdy zaserwowano nam kilka salatek, kurczaka, deser, wino itp.:)

W kazdym razie do Bangkoku dolecielismy o 1 w nocy i informacja o pogodzie nas zaskoczyla -  na zewnatrz 29st C! Cala noc siedzielismy na lotnisku, gdzie czekalismy na Nan, zone wujka Agnieszki, ktora rano odebrala nas z lotniska. Po wyjsciu na umowione miejsce z klimatyzowanego lotniska zastal nas po prostu skwar, lepkie powietrze i wiaterek, który powodowal, ze po 5 minutach jest sie oblanym potem.

Nan zawiozla nas do siebie do domu. Jest to troszke pod Bangkokiem, ale naprawde swietny dom. Mieszka z mama i poltoraroczna coreczka – Ada.

Po prysznicu i sniadaniu zdecydowalismy sie pojechac na najwiekszy targ w Bangkoku – Chuchatak. Ponad 15000 straganow i srednio 200000 klientow. Cos niesamowitego. Spedzilismy kilka godzin krecac sie po alejkach targu. W koncu temperatura, zmeczenie i halas wygnaly nas stamtad. Pojechalismy na plac Siam – centrum Bangkoku. To wlasnie tu znajduja sie najwieksze domy towarowe, a wiekszosc marek, które sa tu prezentowane nie ma nawet w Polsce – bylyby zbyt drogie. Nie zawitalismy tam dlugo – z wiadomych wzgledow:)

Pokrecilismy sie jeszcze troche po miescie i wrocilismy do Nan lokalnymi autobusami, w ktorych bylismy jedynymi turystami i wzbudzalismy nie male zainteresowanie.

Poniedzialek, 26.03.2007  dom Nan – Bangkok

Dzisiaj byl drugi dzien w Tajlandii. Znow strasznie goraco, jest potwornie wilgotno i duszno. Czasem jest ciezko oddychac, ale na szczescie na kazdym kroku można kupic wode, wiec pomaga nam to przezyc.

Dzisiaj wyjechalismy z domu o 7.30 razem z Nan, ktora jechala do pracy. Bardzo sie przejmuje czy nigdzie sie nie zgubimy. Napisala nam na kartce jak trafic do niej do domu autobusami, nazwy po tajsku, tak bysmy mogli pokazac miejscowym. Tak samo dzisiaj rano zawiozla nas na ulice, ktora prowadzila w strone ambasady laotanskiej, zatrzymala taksowke i powiedziala kierowcy gdzie ma nas zabrac. Wize dostalismy bez problemu. Skorzystalismy w drozszej wersji “express” i wyrobienie wizy trwalo tylko 30minut!!!

Mielismy maly problem zeby sie stamtad wydostac. Taksowkarze widzac nas od razu wylaczali liczniki i podawali swoja chora cene, w momencie gdy my podawalismy im swoja oni odmawiali. Naszczescie podczedl do nas jakis biznesman, który mowil po angielsku i powiedzial, ze najlepiej wziac taksowke do najblizszego metra i wyjdzie to najtaniej. Tak zrobilismy i rzeczywiscie bylo tanio. Metrem akurat dojechalismy na stacje kolejowa, gdzie sprawdzilismy mozliwosci polaczenia z miejscem w ktroym bedziemy prekraczac granice z Kambodza. Jest pociag o 5.50 rano, 48B za 5 godzin jazdy!!!! - smiech na sali!!!

Chcielismy zalapac sie na lodke, ktora rozwozila turystow i miejscowych po najwiekszych swiatyniach Bangkoku, ale nie moglismy do niej trafic. Po spytaniu sie kilku ludzi i otrzymaniu od kazdej osoby innego wskazania drogi, oraz po informacji, ze dzisiaj zadne lokalne lodki nie plywaja i trzeba wziac tour boat za 1200 bathow oraz moim obrazeniu sie (odwrocenie sie na piecie i marsz w przeciwna do Jacka strone- wrr, niestety:() dogadalismy sie i pojechalismy wreszcie tuk-tuk;iem do miejsca gdzie lodka przyplynela. Przed zwiedzaniem obiad, oczywiscie u miejscowych, razem z nimi przy jednym stole – pyszne jedzenie, choc moze samo miejsce przechowywania i przygotowywania nie nastraja.

Grand Palace i kilka swiatyn, które robia olbrzymie wrazenie. Sa cale pokryte zlotem i maja niesamowite ksztalty. Zeby wejsc do swiatyn trzeba miec zakryte kolana oraz ramiona. Oczywiscie buty trzeba zostawiac przed wejsciem. W jednej ze swiatyn ludzie sie modlili, w innej turysci biegali z aparatami i robili mnostwo zdjec. W pierwszej ze swiatyn widzielismy malego Budde siedzacego na szczycie swiatyni ze zlota (oczywiscie zapomnialam nazwy, bardzo popularny). Miejsce naprawde warte odwiedzenia – wstep 250B. Czas ograniczony - mozliwosc zwiedzania do 15.30 i upal zlozyly sie na to, ze skonczylismy zwiedzanie Palacu i poszlismy do jeszcze jednej swiatyni (Wat Pho) by obejrzec posag lezacego Buddy. Jeden z najwiekszych na swiecie – 46m dlugosci i 15 wysokosci. Jest olbrzymi, ledwo miesci sie w swiatyni, lezy na boku z podparta reka pod glowa. Naprawde podziwiam ludzi ktorzy tworzyli takie cuda w 18 i 19 wieku.

Jeszcze raz wzielismy lodke i poplynelismy do pierwszej stacji dla lodek i ostatniej dla Sky Train. Dwoma liniami dojechalismy do Mo Chit skad przez prawie 2 godziny jechalismy do domu. Wrocilismy ok. 20.

Juz jest 22 wiec lece spac, bo jutro nie wstane.

Wtorek, 27.03.2007  Bangkok

Jednak udalo sie wstac:) Rano zdecydowanie nie chcialo mi sie wstawac. Wczoraj przesadzilismy z chodzeniem w upale. Mimo wszystko zabralismy sie z Nan. Najpierw pojechalismy na dworzec, zeby kupic bilet do Chiang Mai – nie bylo zadnego problemu. Ludzie na dworcu sa tak mili i pomocni, ze naprawde bardzo to uderza. Nawet dziewczynki sprzedajace wode, sprzedawcy biletow mowia po angielsku. Zastanawialismy sie jak to jest w Poznianiu, czy turysta dogadalby sie z lokalnymi po angielsku...no nie jestem do konca przekonana...Potem podjelismy kolejna probe odnalezienia przystanku nr 4 dla lodek. Niestety po raz kolejny przeoczylismy go i trafilismy bezposrednio do nr 3. Jednak po drodze przechodzilismy przez niesamowite miejsca – cale ulice silnikow samochodowych, psy zywiace sie smarem itp. I po raz kolejny okazalo sie, ze osoby nie znajace jezyka najbardziej pomagaja w odnalezieniu wlasciwej drogi. Potem odnalezlismy przystan nr 4 patrzac z lodki. Jest to chyba tylko stop dla wojskowych, bo zadnego turysty tam nie bylo, ale za to sami mundurowi. Bylo strasznie goraco, wiec tempo dzisiaj mielismy wolniejsze. Przeplynelismy na druga strone rzeki do kolejnej swiatyni - Wat Arun (Swiatynia Poranka). Jest to jedna z najwyzszych swiatyn w Bangkoku – 64 metry wysokosci. Zdobiona porcelana, ktora zostala przywieziona na statkach chinskich jako balast. Dlugo niestety tam niezabawilismy, poniewaz jakos zmeczenie po dniu wczorajszym dawalo sie we znaki. Potworny upal, duchota nie do wytrzymania i niewyspanie spowodowaly ze przeplynelismy z powrotem na druga strone rzeki, gdzie zjedlismy obiad - znowu ze straganu:) Ryz i kurczak plus makaron i cos z morza:) Pyszotka:)

Potem postanowilismy wrocic do Nan, co i tak nam zajelo nam sporo czasu. Po drodze wysiedlismy ze Sky Train robiac jeszcze zdjecia polu golfowemu w centrum miasta.

Na jutro nie mamy konkretnego planu. Wieczorem jedziemy na dworzec, skad o 19.35 jedziemy do Chiang Mai. 14 godzin w pociagu – mamy kuszetki!! za 700B (ok 22$):). Przed poludniem nie mamy nic specjalnego do robienia, wiec zostajemy w domu.

Ide wziac prysznic:)

Sroda, 28.03.2007 pociag z Bangkoku do Chiang Mai

Kolejny dzien z serii nic nie robienie. Postanowilismy nie zrywac sie rano by jechac z Nan, lecz zostac w domu.

Rano nie moglismy sie zebrac. Wylegiwalismy sie do 10, po czym zaczelismy wykonywac powolne ruchy w strone lazienki.

Zupelnie nie chcialo mi sie pakowac. Dzien byl tak leniwy, ze moglabym caly przespac. Na sniadanie zeszlismy ok 12. Mama Nan nie mowi w zadnym innym jezyku niz tajski, dlatego oprocz slow ;dzien dobry i do widzenia; nasz pobyt na dole minal nam na miczeniu.

O 15.30 Mama Nan zadzwonila po melexa, który zawiozl nas do bramy glownej, gdzie kierowca zlapal dla nas taksowke. Gdy powiedzielismy mu, ze chcemy jechac do Mo Chit, on pokiwal glowa, ze rozumie i ruszylismy. Po pewnym czasie zorientowalismy sie, ze jedzie dookola. Nic nie powiedzielismy, ale gdy zatrzymal sie i zaczal nam mowic, ze to jest Mo Chit, to po prostu sie wkurzylismy. Powiedzielismy, ze ma nas natychmiast zawiezc do wlasciwego Mo Chit i nie zaplacimy mu ani batha wiecej niz cena, ktora w danej chwili byla na liczniku. Nic nie mowiac pognal we wlasciwe miejsce. Za kazdym razem gdy chcemy wziac tuk-tuk;a lub taksowke to chca nam wmowic zle miesjce wysiadki, albo cene wzieta z kosmosu. Jest to naprawde irytujace, jesli upieraja sie dlugo przy swoim, zdajac sobie sprawe, ze klamia!

Po dojechaniu na dworzec ciagle mielismy 1,5 godziny do pociagu. Jako, ze znajdujemy sie w nowym miejscu musielismy sprobowac tutejszego piwa:) Zasiedlismy przy straganie i wypilismy duza Singhe:)

Teraz jedziemy juz w pociagu. Wprawdzie wyjechalismy godzine pozniej, ale do tego jestesmy juz przyzwyczajeni. Mamy kuszetki, ale znacznie wygodniejsze niz w Polsce. można na nich siedziec bez wyginania kregoslupu. Mamy lampke (ktora dziala!), wieszak i maly woreczek na drobiazgi.

Padam na twarz. Do jutra.

Czwartek, 29.03.2007 Chiang Mai

Pociag byl niesamowicie wygodny. Moze troszke za mocno wlaczyli klimatyzacje, ale ogolnie bylo naprawde przyjemnie. Niestety rano zamiast o 9.45 bylismy po 10. Na dworcu w Bangkoku prawie nic nie zjazdlam, co spowodowalo moje oslabienie nad ranem. Czulam sie slabo, ale Jacek zalatwil mi sniadanie. Poczatkowo w ogole nie moglam spojrzec na to jedzenie, bo tak mocno mialam skurczony zoladek, ale w koncu wcisnelam w siebie kanapke, banana i sok pomaranczowy. Trzeba bylo wziac do pociagu cos do jedzenia zamiast 4 butelek wody...

Na dworcu w Chiang Mai od razu przypomniala nam sie Ameryka Poludniowa, gdy stado wylapywaczy staralo sie przekanac kazdego turyste do skorzystania z jego oferty. My wybralismy hotel za 150B (4$ za dwie osoby!), bez prysznica, tylko z wiatrakiem i na 7 pietrze (nie ma windy), ale za to jest basen:)

W Chiang Mai, pomimo tego co mowila Nan, ze jest tu 40st, nie odczuwa sie tego az tak bardzo jak w Bangkoku.

Po przyjezdzie, nie wiem dlaczego, ale nawet bez prysznica, poszlismy sie przejsc po miescie. Czasem wydaje mi sie kapiel przy takiej pogodzie jak obecnie jest calkowicie zbedna, poniewaz zanim zdaze wyjsc spod prysznica, jestem juz totalnie spocona.

Praktycznie caly dzien zlecial na zwiedzaniu miasta.. Wieczorem kapiel w basenie i spotkanie w sprawie wycieczki do dzungli nastepnego dnia. Nie bylismy do niej calkowicie przekonani, ale po dogadaniu wszystkiego z przewodnikiem zdecydowalismy sie na dwudniowy trekking.

Nasz hotel (Royal Guest House) znajduje sie bardzo blisko od Night Market, który slynie z tego, ze nie wraca sie z niego z pustymi rekami (zreszta jak wiekszosc targow w Tajlandii!). Kilka ulic zapelnionych straganami, tysiace turystow, miliony podrobek i minimum 40% zbijanie ceny:) Tak w skrocie można opisac Night Market. Ja wzbogacilam sie o 2 koszulki na naramkach, a Jacek o jeden t-shirt.

Do hotelu wrocilismy dosc pozno, a jutro poudka o 7.40 i jedziemy na trekking.

Piątek, 30.03.2007
 
O 9.30 rozpoczal sie trekking. Cala ekipe turystow (Anglik. Kolumbijka. Australijczycy, Francuzi, Szwedzi i my) wsadzili do samochodu i pojechalismy 40 minut na polnoc od Chiang Mai na targ, zeby kupic jedzenie na dzisiaj i jutro. Potem kolejne 30 minut i dojechalismy do wodospadu, w ktorym moglismy sie wykapac. Najlepsza rzecz, ktora moze spotkac czlowieka w takim upale jak dzis.

Zaplacilismy po 200B za wejscie do parku narodowgo i zaczelismy 3-godzinne podejscie. Wydaje mi sie, ze nawet chodznie po Andach bylo latwiejsze niz chodzenie w takim upale. Pot lat sie z nas ciurkiem, a kazde zatrzymywanie sie przewodnika by powiedziec nam cos o dzungli bylo na wage zlota:) Pierwsze minuty byly najgorsze, bo zupelnie nie moglam sie przyzwyczaic do chodzenia w takim upale. Jednak z kazda chwila bylo coraz lepiej. W koncu po 3 godzinach doszlismy do miejsca, gdzie moglismy miec nocleg. Jednak Soskin (przewodnik) powiedzial, ze mozemy pojsc jeszcze godzine i dojdziemy do miejsca, z ktorego bedziemy jutro jechac na sloniach jako pierwsza grupa. Wszyscy, pomimo goraca i zmeczenia, postanowilismy isc dalej, bo to oznaczalo, ze jutro juz nie bedziemy musieli w ogole chodzic. Nie minela nawet godzina, a my juz bylismy na miejscu naszego noclegu. Odnosnie drogi, ktora przeszlismy dzisiejszego dnia, to potwierdzilo sie to, co mowila Nan o pozarach w okolicach Chiang Mai. Przechodzilismy obok terenow, które byly juz wypalone, albo takich, które sie wciąż tlily. Przewodnik mowil, ze podpalenia sa kontrolowane, ale naprawde po niektorych miejscach zupelnie tego nie bylo widac. Soskin mowil tez o kontrolowaniu pozarow tak by nie naruszac drzew, a to często mijalo sie z rzeczywistoscia.

Pierwsza rzecza jaka zrobilismy po dojsciu na miejsce, bylo wskoczenie do rzeki:) Pysznie! Potem pomoglismy budowac bambusowe tratwy na nastepny dzien.

Nocleg mielismy w wiosce plemienia Karen. Mielismy chatke, w ktorej bylo kilka materacy z moskitierami.

Dzi (nie wiem jak sie to pisze po tajsku) – nasz kucharz/tragarz przygotowal gore pysznego tajskiego jedzenia. Jak zwykle przesadzilam z iloscia i Jacek zjadal po mnie resztki:) (normalne). W miedzyczasie w wiosce nie male zamieszanie zrobil szczur, który zagryzl jedna z kur. Poczatkowo nie chcielismy wierzyc, ale gdy uslyszelismy strzal z pistoletu i w nastepstwie zabitego szczura -  uwierzylismy:) Szczur wg mnie byl olbrzymi, jednak miejscowi zarzekali sie, ze byl to jeden z mniejszych.

Po tych przezyciach rozpalilismy ognisko i zaczelismy grac i Ping-peng-pong!:) Usiedlismy w kregu, tak by kazdy kazdego mogl widziec. Gra polegala na tym, ze pierwsza osoba mowi ping, kolejna po lewej mowi peng, a kolejna osoba, ktora mowi pong, musi roznoczesnie wskazac inna osobe, ktora musi zaczac od slowa ping...Wszystko trzeba robic bardzo szybko. Byla kupa smiechu, bo kazdy, który sie pomylil musial wypic lyka wodki ryzowej – moon chai:) Potem do lyka wodki doszla kreska sadzy na twarzy za jeden blad. Ten kto mial 10 kresek, ten przegrywal, oraz pozostali gracze mieli prawo do zrobienia jednej kreski na twarzy przegranego. Przegral...Jacek:) Potem szybko po zrobieniu sobie zdjec, pobieglismy do rzeki by sie umyc. Niestety poczatkowo jak usmoleni gornicy, ale po uzyciu odpowiednio duzej ilosci mydla domylismy sie i poszlismy spac.

W nocy oprocz tego, ze wydawalo mi sie, ze caly czas pod nasza chatka biega szczur, to o 3 w nocy kury, koguty, piskleta postanowily dac alarm do wstawania, który trwal do samego rana...:/

Sobota, 31.03.2007

Od rana porobilismy troche zdjec z bannerami. Probowalismy tez przeniesc rzeczywiste kolory na zdjecia, ale bylo to niemozliwe. Niektore zdjecia wychodzily przeswietlone, inne z kolei niedoswietlone. Coraz czesciej dochodze do wniosku, ze widoki na zdjeciach oddaja tylko maly procent tego co my widzimy.

W miedzy czasie przyprowadzono slonie z dzungli. Olbrzymie zwierzeta. A tajskie slonie i tak nie sa najwieksze. Sa niesamowite, monstrualne, jednak nie wyczawalo sie (przynajmniej przy tych sloniach) zagrozenia z ich strony, które tak naprawde moglyby kazdego zmiazdzyc jedna noga.

Siedzielismy na drewnianych podwojnych siedziskach umocwanych na grzbiecie slonia. Nasz ;przewodnik-kierowca; siedzial na glowie naszego transportu. Pozniej my zajelismy jego miejsce. Skora slonia jest strasznie szorstka, a wloski tak sztywne, ze wrzynaly sie w moje uda. Siedzenie na glowie slonia wymaga utrzymania rownowagi. Nie ma sie czego chwycic, a czasem slon portafi wykonac niespodziewany zwrot, który powoduje strumien potu na plecach pasazera:)

Na sloniu jechalismy przez 1,5 godziny po czym przesiedlismy na bambusowe tratwy, ktore budowalismy wczoraj.

Poczatkowo rzeka nie byla wymagajaca, jednak z kazdym zakretem zaczynaly sie coraz trudniejsze odcinki, podczas ktorych osoby, które nie posiadaly kija sterujacego (nie wiem jak to opisac:/) musialy zejsc z tratwy i przejsc do miejsca, gdzie nie bylo zagrozenia wypadniecia.

Po 2 godzinach doplynelismy do miejsca, z ktorego odbieral nas samochód.

Po powrocie do Chiang Mai i kapieli spotkalismy sie z ludzmi z trekkingu na piwie i powloczylismy sie troche po miescie.

Niedziela, 1.04.2007 Chiang Mai

Caly dzien lenistwo. Przygotowywalismy zdjecia, pisalismy pamietniki i newsa. Jedyne przerwy to poszukiwanie straganu z miejscowym jedzeniem i kapiel w hotelowym basenie. Wieczorem znowu spotykamy sie z ludzmi z trekkingu i idziemy razem na coniedzielny targ. Jutro chyba zlapiemy pociag z powrotem na poludnie.

Poniedzialek, 2.04.2007 Chiang Mai

Wlasnie siedzimy w kafejce i dopisujemy te slowa. Wreszcie udalo sie nam wrzucic wszystkie zdjecia, poczawszy od ostatnich dni w Nowej Zelandii do trekkingu na polnoc od Chiang Mai.  (koniec pamietnika)

Mamy tez rozwiazanie zagadki z ostatniego newsa. Mimo wielu spekulacji wszystko jest ok. Wracamy do Polski z Bangkoku (samolotem) 17 maja. Zobaczylismy juz naprawde duzo, rodzice tesknia, my jestesmy chyba lekko przeladowani wrazeniami, a poza tym, jak to mowi moja (Jacka) siostra: czego sie nie najesz, tego sie nie nalizesz. Mamy dopiero 21 lat, duzo czasu przed nami.

Chetnych do stworzenia ekipy powitalnej zapraszamy na lotnisko miedzynarodowe w Dusseldorfie 17. maja ok. godz. 19.
Pozdrowienia z Chiang Mai

zyczenia Wielkanocne
2007-kwietnia-07 15:35:10


Z okazji Swiat Wielkanocnych chcielibysmy zyczyc wszystkim zdrowia i spokoju. Spedzenia ich w rodzinnej atmosferze.

Dzisiaj dojechalismy do Kambodzy. Podroz byla bardzo ciekawa. Szczegolnie ze wzgledu na droge z granicy do Siem Reap. Juz wkrotce postaramy sie napisac wiecej, oraz wrzucic z plywajacego targu, mostu nas rzece na Kwai oraz pierwsze zdjecia z Kambodzy.

Plywajacy targ, rzeka Kwai i pierwsze dni w Kambodzy (Angkor)
2007-kwietnia-13 16:32:56

Z Chiang Mai wyjechalismy nocnym pociagiem. Nie liczylismy, ze ta noc bedzie nalezec do najwygodniejszych, poniewaz mielismy miesca siedzace. Godzina odjazdu byla dosc plynna, ale kiedy ruszylismy spotkala nas mila niespodzianka. Niczym w samolocie dostalismy wode i ... uwaga... obiad! Goracy ryz, warzywa, dwa rodzaje miesa i cos na ksztal deseru. Naprawde bylismy zaskoczeni. Noc minela calkiem dobrze i rano wyladowalismy na Hua Lomphong – glownym dworcu kolejowym stolicy.

Prysznic w dworcowej toalecie dobrze nam zrobil i ruszylismy na spacer po miescie. Wloczylismy sie bez specjalnego celu. Po poludniu musielismy odebrac plecaki z przechowalni bagazu i dojechac na poludniowy dworzec autobusowy. Trwalo to godzine co okazalo sie i tak calkiem dobrym czasem. Autobus do Damnoen Saudak zlapalismy w ostatniej chwili i zupelnie przypadkowo.

Nasz cel to miejsce gdzie codziennie od rana można ogladac plywajacy targ. To bodajze jedna z rzeczy, ktora ludzie najbadziej kojarza z Tajlandia. Kobiety w tradycyjnych strojach, na lodziach wypelnionych owocami i innymi produktami. To wszystko na malych kanalach otoczonych palmami i malymi chatkami. Podobno tak to wygladalo wiele lat temu. Teraz plywajacy targ to glownie atrakcja turystyczna, a zamiast jedzenia i najpotrzebniejszych produktow na straganach kroluja produkowane w Chinach (!) kiczowate pamiatki i ubrania. Szczytem komercji okazal sie stragan z wielka wywieszka ;All credit cards welcome – Money exchange;. Po raz kolejny okazalo sie, ze twarda reka rynku wygrywa z tradycja. Podobno ludzie przyjezdzaja tam, zeby zobaczyc prawdziwy plywajacy targ, ludzi, ktorzy tam handluja, sprobowac jedzenia. W odpowiedzi dostaja czysta komercje, bankomaty (zeby na pamiatki starczylo), biura wynajmujace lodki, ;tradycyjne ozdoby z kokosa;, i okoliczne stoiska tworzace atmosfere jak na warszawskim Stadionie Dziesieciolecia czy poznanskim Bema. Przykre to. Nam udalo poczuc sie troche atmosfere miejsca, poniewaz zanim dotarlismy do targu przez ok 30 minut plywalismy po odleglych kanalach, gdzie ludzie nadal zyja swoim rytmem. Wbrew zapowiedzi przewodnika targ zrobil sie naprawde ciekawy ok 9 – 10 rano, kiedy pojawily sie kobiety sprzedajace owoce i inne potrawy z lodzi. Wczesniej, wychodzac z zalozenia, ze wszyscy turysci czytali przewodnik i pojawia sie skoro swit, czekaja na nich tylko sprzedawcy koszulek, drewnianych sloni, wazonikow i pocztowek.

Mimo wszystko wyjazd na targ byl ciekawy, a my w koncu zobaczylismy to co chcielismy. W drodze powrotnej do domu Arii;ego (wlasciciela ;naszej; lodzi) odwiedzilismy swiatynie i po prostu patrzylismy jak zyja ludzie.

W miedzyczasie zdecydowalismy, ze pojedziemy do Kanchanaburi. Ta nazwa moze niewiele mowic, ale most na rzece Kwai juz troche wiecej. To wlasnie w Kanchanaburi slynna kolej smierci, z Tajlandii do Birmy, przecina rzeke Kwai. Kolej smierci zostala zbudowana jako szybka droga dostarczania zapasow i broni dla wojsk japonskich w Birmie. Jej trasa przebiegala przez dzungle i gory, a sile robocza stanowili Birmanczycy, Amerykanie, Brytyjczycy, Holendzy, Koreanczycy i pomniejsze grupy jencow wojennych. Swoja zla slawe zawdziecza ponad 100 000 ofiar, które zginely pracujac dzien i noc. Japonscy inzynierowie, ktorzy projektowali kolej przewidywali ze zostanie ona zbudowana w ciagu 5 lat – faktycznie ukonczona ja po 16 miesiacach.

Historie budowy, warunki pracy i zycia wiezniow, a także problemy z jakimi sie zmierzali przedstawione sa w bardzo ciekawym muzeum. My oprocz tych miejsc postanowilismy zobaczyc tez okoliczne wioski. W zwiazku z tym wypozyczylismy dwa skutery i ruszylismy w trase. W ciagu 1,5 dnia zrobilismy blisko 100 km i mielismy naprawde dobra zabawe. Szczegolnie ciekawe byly domki wiejskie sklecone z blachy, sklejki i kartonow posrod pol z papryczkami chilli.

Nastepnego dnia wrocilismy do Bangkoku i z dworca autobusowego musielismy dostac sie do Nan. Z pomoca autobusow miejskich zajelo nam to ponad 3,5 godziny. Bardzo mili ludzie, ktorzy pomimo bariery jezykowej starali sie jak najbardziej pomoc, niespodziewany spacer po nocnym Bangkoku i bebny kolo Victory Monument. Niezapomnieane przezycie.

W koncu nasza tajska wiza powoli sie konczyla i trzeba bylo ruszyc sie w strone Kambodzy. Najtaniej (niekonieczne najlatwiej) jest to zrobic pociagiem. Za 6 godzin na trasie BKK – Aranyaprathet (granica) placi sie ok 1,5 USD. Okazalo sie, ze na pociagi 3 klasy bilety można kupowac tylko w dniu wyjazdu, wiec pojawilismy sie na dworcu ok 04.40. Bilety kupione, miejsca zajete – czekamy. Twade lawki informuja, ze nie bedzie latwo, wspolpasazerowie, glownie miejscowi, patrza na nas z zaciekawieniem, a my probujemy zasnac.

W koncu pociag rusza. Kilka sekund pozniej slyszymy przerazliwmy krzyk, widzimy zamieszanie na peronie i w koncu pociag staje z piskiem. Okazalo sie, ze jakas dziewczyna wpadla miedzy pociag i peron! Nie wiemy dokladnie jak to sie stalo, ale najwazniejsze, ze z nia bylo wszystko dobrze. W tym momencie sluzby porzadkowe poczuly wladze i panowie w mundurach zaczeli nerwowo chodzic po pociagu. W koncu ruszylismy.

Po prawie 6 godzinach znalezlismy sie w Aranyaprathet. To male miasteczko graniczne, ale ruch jest tu niesamowity. Tysiace tzw. mrowek transportuja najrozniejsze towary na plecach, na wozkach, motorach, ciezarowkach i w kazdy inny mozliwy sposob. Dojazd do granicy trwal kilka minut. Tam jeszcze wieksze zageszczenie ludzi i pojazdow. W koncu przebilismy sie przez część Tajska mijajac po drodze kilkoro nagich dzieci siedziacych na chodniku i sikajacych pod siebie.

Po stronie kambodzanskiej zaczal sie festiwal naciagan i lapowek. Jeden gosc proponuje szybsze zalatwienie wizy, kto inny zrobienie zdjecia, a poza tym kilku facetow caly czas proponuje nam transport. W koncu wypelnilismy wniosku wizowe i podchodzimy do okienka, a tam niespodzianka – oprocz przepisowych 20 dolarow za wize panowie chca od nas po 100 bathow. Nie wiadomo za co. W koncu wydukali ze za obsluge. Pewien Anglik spytal czy to na ich wieczorne piwo, wszyscy sie usmiechneli, ale powstala dosc niezreczna sytuacja. Wszyscy rozumieli, ze jezeli nie zaplacimy to nawet nie otworza okienek, nie mowiac juz o tym zebysmy dostali wize. Jeden z urzednikow powiedzial, ze to 100B to w zasadzie za szybsza obsluge. Kiedy spytalismy ile potrwa wydnaie wiz jezeli nie zaplacimy – odpowiedzi brak. Znaczy albo jest szybko albo w ogole. W koncu, widziac, ze nikt nie zaplaci, celnicy sie ruszyli i wystawili wizy. Dalej juz tylko kolejka po pieczatke i : Welcome to Cambodia.

W miedzyczasie powstala mala grupka turystow, ktorzy czekali razem z nami na wizy. Najblizszy autobus do Siem Reap odjezdzal za 2 godziny i mial jechac 6. Bylo nas 7 osob i postanowilismy zrzucic sie na 2 taksowki, które nie sa wcale duzo drozdze od autobusy, a ruszaja zaraz i jada 3 godziny.

Droga z Poi Pet (granica) do Siem Reap podobno jest w budowie, ale prawde mowiac – nie widac tego. Kurz, pyl, gigantyczne dziury i duzy ruch skladaja sie na niepowtarzalne przezycie. Niektore odcinki wygladaly jak dla samochodow terenowych, ale ;nasza; Toyota Camry dawala rade. Po drodze jeszcze tankowanie gazu (na wage) i po ok. 3 godzinach jestesmy w Siem Reap.

To miasto jest baza wypadowa do swiatyn Angkor, m.in. do znanej na calym swiecie Angkor Wat – najwiekszej budowli skaralnej na swiecie. Bilet wstepu do swiatyn kosztuje 40 USD (3 dni) lub 60 USD (tydzien) a do tego trzeba dodac koszty transportu. Mimo wszystko co roku sciagaja tam setki tysiecy ludzi z calego swiata, ktorzy chca podziwiac te niesamowite Khmerskie swiatynie.

Na temat swiatyn napisano juz wiele ksiazek, wiec zainteresowanych odsylamy wlasnie do nich. Na nas swiatynie zrobily duze wrazenie. Wiele z nich zostalo zniszczonych w czasie panowania Czerwonych Khmerow Pol Pot'a, ale caly czas prowadzone sa prace badawcze i restauracyjne majace na celu odbudowac niektore z nich. Co ciekawe wiele projektow badawczych sponsorowanych jest przez rzady innych panstw, np. Indii, Japonii czy Korei.

Tysiace turystow widac tak naprawde tylko w najwiekszych swiatyniach, ale odpowiednie planowanie, wczesne pobudki i troche szczescia pozwalaja cieszyc sie widokami. My ostatniego dnia zwiedzania pojechalismy o 4:30 rano (rowerami!) do Bakhong, zeby zobaczyc wschod slonca. Sama jazda na rowerach o tej godzine, posrod budzacych sie ulic i zasypiajacych barow, ludzi jadacych z wiosek do miasta i z miasta do swiatyn byla niesamowita. Kiedy w koncu dojechalismy na miejsce i weszlismy na wzgorze, na ktorym polozona jest Bakhong wszystko wygladalo bardzo tajemniczo. Bylismy tam sami – zupelnie sami. Pozniej pojawilo sie kilka osob, ale i tak bylo pieknie. Wschod slonca zamienil sie tego dnia w ulewe zwiastujaca powolne pogorszenie pogody. Mimo deszczu poszlismy do Angkor Wat. Przewodnik, który czytalismy zaleca kilkukrotna wizyte w tym miejscu. Teraz wiemy juz dlaczego – po prostu ciezko ogarnac to za jednym razem. My spedzilismy tam 2,5 godziny, a to i tak niewiele.

Wieczorem tego dnia zrobilo sie troche chlodniej i temperatura spadla do 30 st C. Dla nas byl to naprawde przyjemny chlod.

Przez caly czas naszego pobytu w Siem Reap objadalismy sie jedzeniem ze straganow na targu i ulicach. Smazony ryz, ryz na parze, kilka rodzajow makarowow, smazony kurczak, smazone warzywa i pyszne sosy, a to wszystko za 1 – 1,5 USD za duza porcje. Do tego shake'i z miejscowych slodkich bananow i naprawde bylo nam dobrze.

W koncu jednak opuscilismy Siem Reap i wczoraj przyjechalismy do Phnom Pehn – stolicy Kambodzy. Jestesmy tu z kilku powodow. To wlasnie tu rezim Pol Pot'a dokonywal najwiekszych zbrodni m.in. w tajnym wiezieniu S-21 i na polach smierci. Tutaj tez znajduje sie Palac Krolewski i Srebrna Pagoda, a także wlasnie tutaj obejdziemy Khmerski Nowy Rok przypadajacy na 3 dni miedzy 14 i 16 kwietnia. Jest to ogromne wydarzenie religijno – imprezowe. Zobaczymy jak to bedzie. Mamy tez szanse dobrze poznac okolice – do poniedzialku nie kursuja zadne autobusy poza miasto, wiec dopiero wtedy pojedziemy na polnoc.

Phnom Penh i Don Det w Laosie
2007-kwietnia-22 09:50:39


W koncu sie odzywamy. Jestesmy juz w Laosie. Siedzimy na malej wyspie Don Det w rozlewisku Mekongu. Atmosfera jest tu niesamowicie wyluzowana, ludzie przyjazni, a ceny niskie.

Chwilowo mieszkamy we wlasnym bungalowie z trzciny, z tarasem, dwoma hamakami, no i oczywiscie wielkim lozkiem. To wszystko nad brzegiem Mekongu i codziennie mamy niesamowity zachod slonca.

Historia naszego dojazdu tutaj jest dosc dluga, ale napiszemy tylko o najwazniejszych rzeczach. Chodzi o to, ze na granicy po stronie kambodzanskiej (mala wioska, najlepszy domek sluzyl za biuro) przyszedl facet w t-shircie z walizka pelna pieczatek. Bez zadnych wstepow zarzadal 1$ od osoby. Kiedy spytalismy: ;za co?; - odpowiedz: ;za pieczatke; lekko wybila nas z rytmu. Podjelismy jednak gre i kolejne pytanie : ;czy za zaplaconego dolara mozemy prosic o jakis rachunek?; dostalismy szybka odpowiedz: ;rachunki bedziemy wydawac od jutra;. Pozostalo nam zaplacic, bo jeszcze przed zadaniem nastepnego pytania facet nas uprzedzil, mowiac ze jesli nie zaplacimy nie odda nam paszportow.

Po stronie laotanskiej bylo dokaldnie to samo, ale przynajmniej dostalismy rachunek:) byly to oczywiste lapowy, ale co zrobic. Co kraj to obyczaj.
 
Pozniej nasza ciezarowka, na ktorej jechalismy zatrzymala sie kolo jakiejs imprezy. Dwoch facetow wskoczylo na pake, z piwem w reku i okrzykami Happy New Year. Tym razem swietowalismy laotanski nowy rok. W koncu wyciagneli nas na impreze – kierowca juz tam byl. Znowu darmowe piwo, tance itd. Okazalo sie ze byl to posterunek celny na granicy laotanskiej!!!

W koncu dotarlismy na nasza wysepke i jest nam tu dobrze. Zostaniemy tu pewnie jeszcze dzien, dwa. Nie chcemy sie spieszyc – nic nas nie goni. Codzienne kapiele w Mekongu pozwalaja nam uciec od kwietniowego zaru, a jedyny halas to kilka lodek przeplywajacych po rzece.

Musimy jeszcze napisac kilka slow o Phnom Penh – stolicy Kambodzy. Spedzilismy tam, calkiem nieoczekiwanie, 6 dni. Znowu zupelnie przypadkowo znalezlismy przyjemne miejsce do spania. Poznalismy tam przyjaznych ludzi i naprawde udalo sie nam odpoczac.

Tak naprawde jedynym miejscem, które zobaczylismy w Phnom Penh bylo S-21 – tajne wiezienie zalozone przez Czerwonych Khmerow. Zanim osadzono tam tysiace ;przeciwnikow rewolucji; znajdowalo sie tam liceum. Klasy zmieniono w cele i sale tortur. We wszystkich oknach wstawiono zelazne kraty, a cale budynki pokryto drutem kolczastym – zeby zdesperowani wiezniowie nie mogli odebrac sobie zycia skaczac z wyzszych pieter. Dookola tego wszystkiego palmy kokosowe i bloki mieszkalne – centrum stolicy. Pomyslec, ze tworcy i najwyzsi ranga pracwnicy tego wiezienia zaprzeczali, ze takie miejsce, w ogole istnialo.

W ciagu kilku lat funkcjonowania S-21 wieziono i torturowano ponad 15000 osob. Z wyjatkiem 7 z nich reszta zostala wywieziona na pobliskie ;pola smierci;, gdzie zostali zamordowani i zlozeni w masowych grobach. Tak naprawde jest to tylko jedno z udokumentowanych miejsc broni Czerwonych Khmerow. W calej Kambodzy znaleziono ponad 19000 masowych grobow. Wedlug roznych zrodel  w czasie dyktatury Pol Pot;a zginelo od 1 do 3 milionow osob.

Bedac w Kambodzy czytalismy ksiazki na ten temat, pamietniki ludzi ktorzy przezyli, ogladalismy filmy. W polaczeniu z tym co zobaczylismy w S-21 daje to dopiero pewien obraz tego co tu sie dzialo jeszcze 25 lat temu...

Polowa kwietnia to czas kiedy Kambodza obchodzi najwieksze swieto w roku – Khmerski Nowy Rok. Cala rzecz trwa 3 dni i dla nas, tak jak zreszta dla wiekszosci miejscowych i turystow, sprowadza sie do wielkich bitew wodnych, obsypywania sie talkiem i imprez do bialego rana. Walki na wode zaczynaly sie ok 18. Najpierw delikatnie. Punktem zapalnym byl często bar w naszym guest housie. Dziewczyna z obslugi wykorzystala zraszacz do kwiatow i oblala jednego z klientow. On/ona nic sobie z tego nie robiac podnosi z ziemi przygotowana wczesniej butelke i splukuje przeciwnika. Od kropli do kropli cala podloga, sciany, bar, stol bilardowy i nawet niebiaracy udzialu goscie sa zupelnie mokrzy. Do tego dochodzi sypanie talkiem i po pewnym czasie wszyscy byli pokryci bialymi plamami. W tym czasie kilka osob (w tym Agnieszka) zakradlo sie do kuchni(!) i wyniesli stamtad (za zgoda wlascicieli) wiadra i garnki. No i zaczynamy od nowa:) Takie polewanie i sypanie trwalo od 14 do 16. kwietnia. Duzo smiechu, duzo zabawy i pelna integracja.

Dzien pozniej zostalismy zaproszeni przez rodzine prowadzaca nasz hotelik do parku wodnego. Tak – w Phnom Penh jest park wodny. Fakt, ze pewnie nie spelnial kilku zachodnich norm bezpieczenstwa i czystosci, ale wszyscy szalelismy na zjezdzalniach jak male dzieci i dobrze sie bawilismy. Bylo super!

Jeszcze wieczorem okazalo sie, ze ktos bardzo blisko zaprzyjaznil sie z sandalami Agnieszki i gdzies zniknely. W Kambodzy (tak jak w Tajlandii i Laosie) nalezy zdjac buty przed wejsciem do czyjegos domu. Podobnie jest przy wchodzeniu do hotelikow. Dlatego tez, wszyscy turysci zostawiali buty przed wejsciem, ale wygladalo, ze nie bedzie z tym problemow. Okazalo sie jednak, ze sandaly Agnieszki naprawde sie komus spodobaly. Szkoda...

Nie zmieni to jednak naszej opinii, ze Kambodza to kraj ludzi wyluzowanych, spokojnych i chetnych do pomocy. Jezeli do tego dodamy bezpieczenstwo, niskie ceny i dobre jedzenie (chociaz troche ubozsze w smaku niz tajskie) to wychodzi naprawde ciekawe miejsce i moze warto zamiast lezec dwa tygodnie na plazy w Tajlandii przyjechac tu i zobaczyc jak tu jest naprawde.

Koh Tao - powoli koniec
2007-maja-09 08:31:51


Ostatnie dwa tygodnie nie byly specjalnie intensywne pod wzgledem podrozowania. Jeszcze w Vang Vieng kupilismy smoczy owoc (dragon fruit). Z wygladu rozowozielony, miekki. W srodku podobny jest do kiwi, tyle ze jest bialy i wazy ok 0.5 kg. Byl calkiem dobry, smakiem przypominal kiwi i nic nie wskazywalo na to, ze popsuje nam troche pobyt w Laosie. Mimo, ze przez cala podroz z naszym zdrowiem bylo bardzo dobrze przyszedl kryzys. Jeszcze tego samego wieczoru zle sie poczulem i jak sie okazalo mialem dosc wysoka goraczke. W srodku nocy okazalo sie, ze Agnieszka tez ma goraczke, tyle ze jeszcze wyzsza. Wzielismy leki, probowalismy spac i jakos dotrwalismy do rana. Wtedy sie zaczelo. Oprocz goraczki zaczela sie biegunka (sraczka). W formie i intensywnosci wczesniej przez nas nie notowanej. Probowalismy wielu rzeczy, zeby temu zapobiec, ale caly czas biegalismy do lazienki. Po dwoch dniach takiej walki bylismy juz niezle oslabieni, ale czulismy sie na tyle dobrze, ze pojechalismy do Luang Prabang. Centrum swiatowego dziedzictwa kultury – niesamowite swiatynie, ladne gory, wodospady. Czulismy sie lepiej, zaczelismy normalnie jesc. Na nocnym targu spotkalismy grupe Polakow, ktorych jak sie okazalo jest w Laosie calkiem duzo. Kasia, Agnieszka, Kajtek i Grzesiek ugoscili nas w swoim pensjonacie i do pokoju dotarlismy ok 2.30 nad ranem.

Nastepne dni w Luang Prabang to znowu hustawka zdrowotna: raz lepiej, raz gorzej. W tym czasie zobaczylismy niesamowite wodospady, które na kilku poziomach tworza naturalne baseny. Wykapalismy sie, ale temperatura wody nie zachecala do dluzszego siedzenia.

W koncu podjelismy decyzje, ze z naszym zdrowiem nie jest tak zle i kupilismy bilety autobusowe do Vientiane, ostatniego miasta w Laosie w drodze do Bangkoku. Jednak to co dzialo sie w nocy przed wyjazdem skutecznie zniechecilo nas do podrozy. Cala noc wymioty, biegunka, problemy ze snem itd. Rano zwrocilismy bilety i zaczelismy sie zastanawiac co dalej. Do tego wszystkiego pora deszczowa zaczela sie na dobre i caly dzien lalo. Udalo sie nam znalezc bilety lotnicze bezposrednio z Luang Prabang do Bangkoku. Oczywiscie byly drozsze niz autobus i pociag, ale dzieki temu nie musielismy spedzic dwoch dni w drodze.

Mimo obaw rodzicow laotanskie linie lotnicze sa bezpieczne i bez problemow przylecielismy do stolicy Tajlandii. Tutaj po raz kolejny okazalo sie, ze komunikacja autobusowa  jest naprawde dobrze rozwinieta i dzieki Nan, ktora powiedziala nam, w który autobus wsiasc zamiast 20 dolarow na taksowke wydalismy tylko 2 na autobus i wcale nie trwalo to dluzej.

W Bangkoku doszlismy do siebie i przyjechalismy na Koh Tao – mala wysepke w Zatoce Tajlandzkiej. Mimo, ze do Tajlandii tez zawitala pora deszczowa i prognozy pogody nie byly optymistyczne nie mozemy narzekac. Dni spedzamy na plazy, plywajac , nurkujac (Ko Tao znana jest na calym swiecie z raf koralowych) i jezdzac skuterem, zeby dostac sie do mniej dostepnych plaz.

Zostaniemy tu pewnie jak dlugo sie da, czyli do 15 maja. Pozniej pociagiem wrocimy do Bangkoku. Tam pakowanie i ... 17 maja lecimy z powrotem: do domu, do rodzin, do znajomych, do Was.

Pozdrawiamy i do zobaczenia niedlugo

Powrot do Polski, czyli koniec...
2007-maja-16 19:30:52

Ostatnie dni spedzilismy na Koh Tao. Pelen luz, spokoj, nicnierobienie i myslenie o powrocie do domu.
Dzisiaj dojechalismy do Bangkoku i wlasnie skonczylismy sie pakowac.
Juz jutro lecimy do Dusseldorfu, skad odbieraja nas rodzice i Magda (siostra Agnieszki) i w piatek (18 maja) bedziemy w Poznaniu. Juz jutro przelatujac nad Warszawa zamkniemy okrazenie dookola swiata. Spelnimy kolejne marzenie:)

Nasza strona nadal bedzie ;zyla; , bedziemy pisac relacje, wrzucac zdjecia, opisywac jak nam idzie powracanie do rzeczywistosci.

Chcielibysmy tutaj wszystkim, ktorzy odwiedzali nasza strone bardzo, bardzo mocno podziekowac. Za wsparcie, za maile, za komentarze, za rozmowy z rodzicami, ktorzy tego potrzebowali.

Pozdrawiamy jeszcze z Bangkoku.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

http://www.dookolaswiata.org/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;