Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Dziennik z podróży do Indii
Dziennik z podróży
do
INDII
odbytej przez
MARCINA CZAPIEWSKIEGO
&
BARTOSZA BOBERSKIEGO
pomiędzy 19.08 a 29.09.1997 r.

wersja Marcina Czapiewskiego

    Dziennik ten jest zapisem przebiegu naszej podróży do Indii. Pisałem go, by ocalić od zapomnienia wszystkie ciekawe i zabawne wydarzenia, jakich podczas wyprawy nie brakowało. Zawarłem w nim kilka praktycznych wskazówek i informacji użytecznych dla kogoś, kto chciałby udać się w nasze ślady, ale na pewno nie jest to żaden rodzaj przewodnika. Starałem się po prostu zachować w ten sposób swe wspomnienia.
 
19.08.1997r.

    Nareszcie wyjeżdżamy. Po spotkaniu na dworcu we Wrocławiu okazuje się jednak, że pociąg, którym mieliśmy jechać nie kursuje. Bartek zapomniał legitymacji ... Mimo wszystko dobry nastrój nas nie opuszcza. Aż do Warszawy. W ambasadzie irańskiej okazuje się bowiem, że wizy, na które czekamy od ponad 5 tygodni podrożały o prawie 100 % i już na samym początku tracimy dodatkowe 110 zł każdy. To nam rozbija wszystkie plany, ale najgorsze dopiero przed nami. Nie wiemy, czy wizy wbiją nam tego samego dnia, czy też może będziemy musieli czekać do jutra. Dla odprężenia idziemy do kina na Jasia Fasolę. Potem na dworzec, żeby w informacji jeszcze raz sprawdzić, że cały misternie skonstruowany plan przejazdu jest nadal aktualny. Telefon do ambasady - możemy odebrać wizy !
    Szczęśliwi jedziemy do Krakowa. Stąd po północy ma odjechać nasz pociąg do Rumunii. Cztery godziny, jakie nam zostają, wykorzystujemy na kupienie potrzebnych biletów i spotkanie z moją, od dawna nie widzianą, znajomą.
    Po północy odbieramy plecaki z przechowalni i stajemy na peronie. Jesteśmy gotowi do rozpoczęcia podróży. Ale pociąg nie przyjeżdża. Opryskliwa dyżurna ruchu "łaskawie" informuje, że pociąg nie kursuje. W informacji i w kasach dowiadujemy się sprzecznych rzeczy. Po godzinnej bieganinie udaje się nam w końcu ustalić, że jedyne wyjście to pociąg o 22:55 dnia następnego. Pytania o to, jak to możliwe, że sprzedano nam bilety na nieistniejący pociąg, pozostają bez odpowiedzi. Polska kolej - nic dodać, nic ująć.
    Gabi (moja znajoma) przygarnia nas do siebie. Bez niej byłoby z nami krucho, jeśli zważyć, że zostało nam razem 5 zł. Bartek i tak już musiał sprzedać marki, a przecież nie zdążyliśmy nawet przekroczyć granicy ...
   
20.08.1997 r.

    Śpimy do 12:00. W mięciutkim łóżeczku. Potem obfite śniadanie. W sumie nie jest tak źle. Dzień zapowiada się ciekawie. Może to jednodniowe opóźnienie wyjdzie nam na dobre? Teraz idziemy do centrum.
Dzień minął nam bardzo przyjemnie, ale w zasadzie nie ma o czym pisać. Wieczorem przez chwilę przeżywaliśmy katusze niepewności, jednak tym razem PKP postanowiły podstawić pociąg.

21.08.1997 r.
    Poranek na Słowacji. Dzięki uprzejmości naszych kolei mamy możliwość spędzenia w Kosicach kilku porannych godzin. Pełen podziw budzi w nas paru mężczyzn, którzy już o 5:30 popijają na ławeczce przed dworcem. Bartek zauważa, że kultura picia jest tu zdecydowanie inna niż u nas - faktycznie, mają kieliszek i popijają wodą z kubeczka.
    Po 7-ej łapiemy pociąg do Satu Mare w Rumunii. Teraz stoimy na granicy słowacko-ukraińskiej i zastanawiamy się, dlaczego B.K. kazał nam uważać na ukraińskich celników. No nic, zaraz się przekonamy... Nic się nie stało. Zainteresowanie celnika wzbudził tylko egzemplarz "Polityki", który przejrzał bardzo uważnie. Na pierwszej stacji wszyscy podróżni wysiedli, a my w komfortowych warunkach dotarliśmy do kolejnej granicy. Tu dowiedzieliśmy się, o co chodziło z tymi celnikami. Szczególnie interesowały ich lekarstwa. Po godzinnym postoju pociąg powoli przejechał obok wspaniałego, żegnającego nas, socrealistycznego łuku triumfalnego z napisem "Ukraina".
    Rumunia. Służby graniczne załatwiają wszystkie formalności szybko i sprawnie, czym nas bardzo mile zaskakują. Prędko się okazuje, że jest to tylko pierwsza z całego szeregu niespodzianek, jakie ten kraj ma dla nas w zanadrzu. Następną gotują nam bowiem kolejarze w zaledwie 20 minut po celnikach. Przez kilkanaście minut coś nam długo i zawile tłumaczą, często używając przy tym słowa "loc". Po kwadransie staje się zrozumiałe, że chcą pieniędzy, ale dalej nie wiadomo za co. Nie pomagają nawet fantastyczne rysunki stworzone przez jednego z konduktorów na moim bilecie. W końcu zirytowani rzucają nam paszporty i bilety i wychodzą.
    Nasze rozważania nad ich dziwnym zachowaniem brutalnie przerywa Bartek, który od niechcenia wyjrzał przez okno i zauważył, że pociąg stoi w Satu Mare. To nasza stacja! Przyjechaliśmy o dobre 1,5 godziny za wcześnie.
W ostatniej chwili udaje nam się wyskoczyć z pociągu. Zadowoleni z siebie ruszamy do centrum, by wypełnić kilkugodzinną przerwę. W hotelu wymieniamy pieniądze, potem drobne zakupy i odpoczynek w parku. Na godzinę przed odjazdem pociągu jesteśmy z powrotem na dworcu, by kupić bilety. I tu czeka już kolejna niespodzianka. Nie wiadomo jakim sposobem w Rumunii obowiązuje czas o godzinę późniejszy niż w całej Europie, w związku z czym do odjazdu naszego pociągu pozostały minuty ... W kasie oczywiście kolejka, a my po rumuńsku nie potrafimy powiedzieć nawet "dzień dobry".
    Cudem udaje się nam jednak zdążyć. Sporo czasu zajmuje nam ustalenie, gdzie siedzimy (wszystkie miejsca są numerowane mimo tragicznego stanu pociągów). Na korytarzu nawiązuję pierwszą znajomość. Młody  człowiek ujęty celem naszej podróży i tym, skąd pochodzimy, zaprasza nas do swego przedziału na wódeczkę. Zmęczenie i upał nie sprzyjają jednak imprezom, więc delikatnie (by nie urazić naszego nowego "znajomego") odmawiam. Przez całe 14 godzin podróży usiłujemy przespać się choć chwilę, ale nie jest to łatwe przy wszechobecnym smrodzie i kompletnym braku miejsca.
    Nad ranem docieramy do Bukaresztu. Na dworcu widzimy przepiękny obrazek. Wózek akumulatorowy prowadzony przez kobietę w "moro". Dookoła idzie czterech uzbrojonych żołnierzy. Wszyscy pilnują małej, brązowej teczki, która spokojnie leży sobie na platformie wózka. eskorta gwałtownie reaguje, gdy chcemy ich wyprzedzić z prawej strony ...
Miasto sprawia przygnębiające wrażenie. Dopiero tu widać, jak wiele brakuje jeszcze Rumunii do normalności. Długo pomyślę, nim następnym razem powiem złe słowo na polskie warunki.
Szybko znajdujemy  autobus do Istambułu - na szczęście turecki. Czas do odjazdu wypełnia nam przygotowanie śniadania na połamanej ławce w zapuszczonym parku (i pomyśleć, że to stolica ...).
    Autobus spóźnia się o 40 minut, a organizator próbuje udobruchać czekających zimnymi napojami. Nie mamy nic przeciwko. Klimatyzowane wnętrze pozwala nam dotrwać bez większych problemów do bułgarskiej granicy. Teraz czekamy na paszporty, a wszyscy naookoło palą papierosy - zaraz przestanę cokolwiek widzieć (wentylacja nie działa, bo celnik kazał zgasić silnik). Temperatura wzrasta ...
Czekamy niecałą godzinę. Rumuni każą mnie i Bartkowi wysiąść z autobusu. Chcą dodatkowych dokumentów. Dobrze, że zabrałem dowód osobisty. Bartek próbuje pokazać legitymację ISIC, ale to wzbudza tylko śmiech celnika. Pomaga dopiero legitymacja studencka z kilkoma pieczątkami - to budzi respekt ...
    Przez całą Bułgarię przejeżdżamy bez żadnych problemów. Warto wspomnieć tylko o tym, że na jednym z postojów zostawiam na ławce portfel ze wszystkimi dokumentami. Na szczęście pewien Turek wykazuje nadzwyczajną uczciwość i przybiega szukać mnie w autobusie. Od razu nabieram o Turkach dobrego mniemania. Trochę gorzej jest na granicy, gdzie musimy biegać od okienka do okienka, by pozałatwiać kilka formalności. Tracimy 1,5 godziny. Po ostatnim postoju rozkładamy się wygodnie i zasypiamy. Kierowca puszcza na max jakąś turecką muzykę. Bez discman'a byłoby to nie do wytrzymania.

23.08.1997

    Istambuł. O 6:00 rano każą nam wysiadać z autobusu. Nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy. Bartek był tu przed dwoma laty, więc wie, gdzie możemy tanio przenocować Trzeba tylko znaleźć "Błękitny Meczet". Bartek prowadzi - problem polega na tym, że każdy meczet, który zobaczy, jest dla niego "Błękitny"...
W końcu jednak docieramy na miejsce. Po krótkim czasie znajdujemy wolne łóżka. Nareszcie możemy wziąć prysznic. Co za ulga. Świeże ubranie. Czuję się jak nowo narodzony.
    Śpimy dwie godziny i jedziemy na terminal autobusowy szukać transportu do Teheranu. Docieramy na miejsce koło południa. Jakiś człowiek mówi, że tu nic nie znajdziemy. Radzi nam, gdzie jechać. Postanawiamy jednak jeszcze trochę poszukać. Trafiamy do irańskiego biura podróży. Jedyny autobus odjechał przed 10 minutami, ale ma jeszcze jeden przystanek w centrum. Kupujemy bilety, a biuro pokrywa w zamian połowę kosztów taksówki.
    W centrum taksówkarz pokazuje coś ręką i oznajmia, że jesteśmy na miejscu. Okazuje się jednak, że to jakaś pomyłka. Dopiero po pół godzinie trafiamy na miejsce. Do odjazdu zostało 10 minut, a my nie jedliśmy nawet śniadania. W pośpiechu coś kupujemy, ale bez targowania wydajemy fortunę.
    W wyznaczonym miejscu dalej nie ma naszego autobusu. Jest za to Turek, który wskazując ręką na zaparkowaną nieopodal kupę złomu z dumą mówi : "your bus". W odpowiedzi na pytanie o klimatyzację tylko znacząco się uśmiecha. Nikt nie rozumie słowa po angielsku, więc nie próbujemy nawet tłumaczyć, co nam pokazywano i obiecywano w biurze. Postanawiamy zaryzykować i wsiadamy. Pewne jest jedno - głośniki są tu o wiele mocniejsze.
    Nie jest źle. Po paru godzinach jeden z Persów (Irańczyków) zaczyna ze mną rozmowę. Po chwili przyłącza się dwóch następnych. Miło sobie gawędzimy. Częstują nas jedzeniem. Ktoś podaje herbatę. Kamal zaprasza, byśmy odwiedzili go w drodze powrotnej (mieszka w Tabris). Ali daje mi swój adres w Teheranie i mówi, by w razie kłopotów walić do niego jak w dym. Obiecuje też pomoc w zakupie biletów do granicy. W miłej atmosferze jedziemy dalej.
    Około 22:00 wysiada skrzynia biegów. Kierowcy zaczynają przy niej grzebać, a pasażerowie idą spokojnie kupić sobie coś do jedzenia. Po posiłku nawiązujemy rozmowę z parą Europejczyków. Okazują się Belgami na półrocznym urlopie, który zamierzają spędzić w Indiach. Mówią, że samolot byłby dla nich o wiele tańszy, ale oni woleli przeżyć tę podróż. My i oni żyjemy w dwóch różnych światach ... Belgowie żalą się także, że zostali straszliwie oszukani - im również obiecywano Mercedesa. Na dodatek zapłacili za bilety o 20$ więcej niż my.
Te wiadomości dodają nam otuchy. Jednak nie jesteśmy jedynymi naiwnymi w tym kraju. Pokrzepieni wracamy do autobusu. Po północy biegi psują się ponownie i podróż staje się od tej chwili pasmem bezustannych zgrzytów i szarpnięć. Obfituje też w przymusowe postoje.

24.08.1997

    Od szóstej rano oglądam fantastyczne krajobrazy. Góry w Turcji są wspaniałe. Bardzo żałuję, że nie mam prawdziwego aparatu, którym można by fotografować takie rzeczy.
Droga staje się coraz węższa. Na jednym z wyjątkowo wąskich zakrętów, na którym dodatkowo prowadzony jest jakiś remont, nasz autobus nie mieści się obok ciężarówki. Wisimy nad przepaścią. Prawie wszyscy wyskakują i pchając starają się wyciągnąć autobus z tej opłakanej sytuacji. Nie wygląda to zbyt wesoło, ale w końcu wysiłek zostaje uwieńczony sukcesem. Kierowca nie chce jednak zatrzymywać się na stromym podjeździe, więc wszyscy muszą biec aż do szczytu wzgórza (spory kawałek).
    To, co mówiono mi o piciu tutejszej wody, okazuje się prawdą. Obaj z Bartkiem ciężko chorujemy (dla mnie autobus musi trzy razy stawać - szkoda tylko, że w górach nie ma ubikacji).
Na kolejnym postoju znów spotykamy grupkę Irańczyków. Są bardzo wylewni i rozmowni. Bartek wdaje się z kilkoma w dłuższą pogawędkę. Mnie ostrzegają przed noszeniem krótkich spodni - nawet te, które mam (za kolana), są zbyt krótkie. Irańskie prawo jest pod tym względem bezlitosne. Czas do granicy dłuży się niemiłosiernie. Znowu trzeba przestawiać zegarki.
    W ostatnim miasteczku przed granicą kierowcy zdejmują z dachu jakieś ciężkie paczki i zostawiają je miejscowym. Zastanawiamy się, czy będzie z tego jakiś przemyt. Wszystko wygląda dość zabawnie. W końcu - po kilku wojskowych kontrolach - docieramy do granicy.
Po sprawdzeniu nas przez Turków czekamy na kontrolę irańską. Przez kilkanaście minut jestem sam z Belgami zamknięty w jakimś dużym pomieszczeniu. Wszystkie wyjścia są zamknięte, więc pozostaje nam tylko czekać. W końcu dołącza do nas reszta pasażerów. Po dwóch godzinach jesteśmy wreszcie w Iranie (kontrola bagażu była bardzo drobiazgowa). Musimy jednak czekać kolejne dwie godziny, aż nasz autobus zostanie gruntownie sprawdzony. O 4 rano jest po wszystkim.

25.08.1997

    Od razu rozkładamy się z Bartkiem na podłodze autobusu i śpimy aż do 8:00. Okazuje się, że przejechaliśmy w nocy niewiele ponad kilometr. Zatrzymał nas bowiem jakiś posterunek i nie chciał puścić do samego rana. W końcu jednak jedziemy. Przestaję liczyć kontrole. Udaje się nam bliżej poznać znaczenie słowa upał. Nie możemy się już doczekać, kiedy będziemy mogli zjeść arbuza kupionego jeszcze przed granicą - postoje są bardzo krótkie. Dla zabicia czasu uczę się języka używanego w Iranie, czli tzw. "farsi" (głównie przekleństw).
    Jeden z Irańczyków przekonuje kierowcę, by puścił kasetę Bartka. Do najbliższego posterunku słuchamy "R.E.M.", a Irańczyk tańczy (obie te rzeczy są tu surowo zakazane).
W Tebris opuszcza nas Kamal. Przed wyjściem jeszcze raz się upewnia, że zatrzymamy się u niego w drodze powrotnej. Chwilę potem mamy ze wzgórza wspaniały widok na całe miasto. Według naszych znajomych liczy sobie ono 9-10 mln mieszkańców - cały Wrocław można by tu zmieścić w jednej dzielnicy. Z góry wszystko wygląda pięknie, jednak z bliska przedstawia żałosny widok. Podobnie zresztą jak cały Iran. Nie mogę zrozumieć, jak można było zmarnotrawić tak ogromny potencjał tkwiący w ziemi pod nami. Belg, który bywał tu wcześniej, opowiada nam, jak  ten kraj wyglądał przed rewolucją. Nie był to co prawda raj na Ziemi, ale na pewno dobry punkt wyjścia. Niestety islamiści poszli w złą stronę ...
    Znowu wysiadają jacyś ludzie. Okazuje się, że zginęła im gdzieś część bagażu. Ja mój plecak mam cały czas na oku, ale Bartek przeżywa chwilę niepokoju. Na szczęście jego rzeczy są nadal na miejscu. Poszukiwania się przeciągają. W autobusie robi się sauna. Muszę wysiąść. Na dworze jest jeszcze gorzej. Na dodatek woda, którą mamy do picia prawie się zagotowała.
Droga znów ciągnie się niemiłosiernie. W końcu - z ponad 24 godzinnym opóźnieniem - docieramy do Teheranu. Jest pierwsza w nocy. Ali pomaga nam znaleźć hotel, ale ceny okazują się zbyt wygórowane. Ali zabiera nas więc do swojego domu.  Cała rodzina przyjmuje nas bardzo życzliwie, pomimo iż dom jest pełen ludzi i nie za bardzo jest gdzie spać. Dostajemy zimne owoce i lodowaty sok. Czuję, jak życie wraca do mojego ciała. Jeszcze tylko prysznic i wreszcie możemy się wyspać w normalnych warunkach. Normalne warunki oznaczają tu podłogę, na której śpi cała rodzina. Mebli jest tu bardzo mało i wszystkie stoją pod ścianami. Środek pokoju pozostaje wolny. Tu skupia się całe życie. Z rana jemy na tej samej podłodze śniadanie. Nie mam pojęcia, co dostajemy - w każdym razie jest to bardzo smaczne. Z wolna rozpoczyna się rozmowa. Tylko Ali mówi po angielsku (dość słabo). Reszta rodziny posługuje się rozmówkami i słownikiem. Wygląda to przekomicznie, ale zdaje egzamin. Rozmowa się rozkręca. Bartek zaczyna się niepokoić, czy zdążymy na autobus do Zahedanu. Wszyscy spokojnie opowiadają nam o obiedzie. Bartek próbuje się więc dowiedzieć, jakim cudem mamy zdążyć na autobus o 14:00. Ali nie rozumie, o co chodzi. Bartek wyjaśnia wszystko bardzo obrazowo używając jabłka jako autobusu i figi jako nas. Wtedy się okazuje, że autobusy odchodzą co godzinę. Już spokojniejsi czekamy na obiad. Na dworze jest 37 stopni C. W Zahedanie ma jutro być 48!!!

Dostajemy frytki. Jestem lekko zdziwiony, bo nie sądziłem, że po południu jada się tu tylko lekką przekąskę. Bardzo szybko zostaje jednak podana góra owoców (świeże figi są wspaniałe) - to optymalne rozwiązanie na ten klimat. Zaspokoiwszy głód gram z bratem Alego w karty. Bartek umila sobie czas partyjką szachów. I wtedy właśnie przeżywamy szok. Kobiety dopiero zaczynają nakrywać podłogę. Po chwili jest cała zastawiona jedzeniem. Siadamy do "stołu". Nie bardzo wiem, za co się zabrać, a matka Alego przeprasza, że obiad taki skromny! Wszystko jest bardzo smaczne, no może z wyjątkiem małej zielonej papryczki, którą udaje mi się ugryźć tylko raz. Ten kęs wystarczy, by rozpętać w ustach piekło.
    Po obiedzie zbieramy się do odjazdu. Wszyscy żegnają nas serdecznie i zapraszają, by ich koniecznie odwiedzić w drodze powrotnej. Zostajemy jeszcze zaopatrzeni w prowiant na dalszą drogę i z żalem opuszczamy mieszkanie.
Na terminalu łapiemy autobus do Zahedanu. Znów jest to rozklekotany Mercedes, ale tym razem było to od początku jasne (państwowe linie dysponują tylko takim sprzętem). Mogliśmy co prawda polecieć samolotem za niecałe 20$ (!) od osoby, ale zależy nam na przejechaniu przez pustynię. Poza tym chcemy sprawdzić, co Ali miał na myśli mówiąc, że te tereny są niebezpieczne.

27.08.1997

    Podróż jest raczej monotonna. Jedyne urozmaicenie to bójka dwóch Irańczyków z przodu autobusu. Upał robi się coraz większy, a krajobraz coraz bardziej niesamowity. Na każdym z nielicznych postojów wpadają do środka różni sprzedawcy i hałaśliwie usiłują sprzedać swe towary.
    Z przerażeniem stwierdzamy, że to już dziewiąty dzień podróży.
    W całym Iranie nie widziałem jak dotąd ani jednego nowego samochodu. Większość wygląda tak, że w zasadzie nie powinny w ogóle jeździć (z fizycznego punktu widzenia). Ale jeżdżą! I to jak! W Teheranie dwa razy jechaliśmy taksówką. To była doskonała okazja do poznania możliwości irańskich kierowców. Przy ich wyczynach styl jazdy w Turcji wydaje się szokująco poprawny. Europejczyk w Teheranie ustrzegłby się przed wypadkiem przez jakieś 20-30 minut. Irańczyk w Europie rozbiłby samochód w 30 sekund. Tu obowiązują tylko dwie zasady :
1. Używaj klaksonu.
2. Używaj klaksonu.
Rozpędzony autobus jest niemal pojazdem uprzywilejowanym. Pierwszeństwa ustępuje tylko rozpędzonym ciężarówkom. To, że nie widziałem ani jednego wypadku, przypisać można chyba tylko temu, iż każdy kierowca (wiedząc jak sam jeździ) niesamowicie uważa na innych. Ja bałbym się tu kierować nawet czołgiem ...
    Po południu zaczyna się powoli pustynia. Temperatura ciągle rośnie. Wszystkie okna są otwarte, ale efekt przypomina raczej próbę chłodzenia się suszarką do włosów (powietrze jest tak rozgrzane). Krajobraz zmienia się bardzo szybko. Ostatnie drzewa i krzewy znikają za nami. Dookoła jest tylko piasek i trochę kamieni - wszystko otoczone górami. Innymi słowy - PATELNIA Ale wygląda wspaniale.
Pod wieczór docieramy do Zahedanu. Oblega nas tłum Irańczyków - każdy chce nas zawieźć do granicy. Po dłuższym targowaniu wybieramy sobie "taksówkę". Zawozi nas ona do przygranicznej wioski. Tu okazuje się, że granica jest w nocy zamknięta. Jedyny hotel ma kosmiczne ceny, więc decydujemy się przespać za wioską, na pustyni. Po drodze zaczepia nas jednak jakiś miły chłopak i pyta, skąd jesteśmy. Bartek wdaje się z nim w krótką pogawędkę, której efektem jest zaproszenie do mieszkania nieznajomego. Znów dostajemy kolację. Jego angielski jest szczątkowy, ale udaje się nam jakoś dogadać. Prosimy, by pozwolił nam przespać tę noc na podwórzu. Nie ma problemu. Dom wygląda raczej biednie, ale ludzie są bardzo mili. Powiedzenie "czym chata bogata" pasuje tu idealnie - dostajemy wszystko, co tylko gospodarz może nam zaoferować. Jest to dla nas naturalnie krępujące, ale odmawiając na pewno mocno byśmy go urazili. Jedyne wyposażenie skromnego mieszkania stanowią dywany i spora kolekcja zdjęć Chomeiniego, którą Bartek studiuje z uwagą.
Noc jest bardzo przyjemna. Wieje lekki wiaterek, temperatura jest w sam raz. Pod gwiazdami śpi się doskonale.

28.08.1997

    Rano śniadanie. Skromne, ale zawsze. Wymieniamy z Saidem adresy i łapiemy "taxi" do granicy. Irańska kontrola jest błyskawiczna. W Pakistanie poznajemy w kolejce Andrew z RPA. Jest od dwóch lat w drodze (był nawet w Polsce). Urzędnik pakistański jest bardzo miły. Dostajemy ciastka i herbatę z mlekiem. Studiował w USA, więc rozmowa idzie bardzo składnie. Szybko znajdują z Andrew wspólny temat - krykiet.
Za granicą oblega nas chmara "cinkciarzy" i kierowców oferujących transport do Quetty. Wybieramy sobie minibusa i czekamy, by zebrał się komplet pasażerów. W tym czasie zwiedzamy wioskę. Wszystko wygląda jak jeden wielki slums. Bartek domaga się, bym wspomniał o wiejskim tragarzu. Jest ich tu pełno. Każdy ciągnie wózek z jakimś towarem. Bartek mówi, że nasze życie musi być dla niego rajem. Nie wiem, czy tak jest naprawdę, ale po obejrzeniu Taftanu mam już pewne wyobrażenie o piekle. Kanalizacja tutaj sprowadza się do prostego systemu odkrytych rowków biegnących wzdłuż "ulic". Sporo ludzi urozmaica sobie czas wyciąganiem z nich co większych śmieci.
    Tuż przed odjazdem spotykamy jeszcze dwóch białych, oczywiście z Polski. Jadą do Nepalu. Umawiamy się na dworcu w Quetcie. Pojawia się też Kanadyjczyk urodzony w Afganistanie, który zna tutejszy język i zwyczaje. Kręcimy się jeszcze trochę po tej biednej wiosce i  w końcu ruszamy. Kierowcą jest dziadek z zezem tak potwornym, że ledwie widać tęczówki jego oczu. Przez całą drogę oddaje się ulubionemu zajęciu Pakistańczyków tzn. najpierw przez chwilę hałaśliwie zbiera ślinę, by wypluć ją w końcu przez okno. Jedziemy minivanem, którym w Europie mogłoby jechać 8 osób. Tu jedzie 15. Bagaże tworzą na dachu stos wysoki na 1,5 metra. Po 30 minutach jazdy zatrzymuje nas policja. Nasz kierowca nie chce dać łapówki, więc dowódca w ramach rewanżu zarządza drobiazgową kontrolę. Cała misternie ułożona na dachu konstrukcja zostaje zrzucona na ziemię i dokładnie przeszukana (jedynie nasze plecaki nie wzbudzają niczyich podejrzeń). W ten sposób tracimy ponad półtorej godziny. Ludzie pokornie znoszą to, że traktuje się ich jak popychadła. Kierowca obrywa nawet po głowie.
Dalsza droga przebiega już bez większych niespodzianek, jeśli nie liczyć nagłych końców asfaltu, nieoznakowanych progów (w całym Pakistanie naliczyłem 20 znaków drogowych), objazdów przez pustynię, szosy niknącej pod piaskiem, czy wielbłądów spacerujących sobie spokojnie środkiem drogi.
    Nasz kierowca dla dodania sobie animuszu cały czas żuje haszysz - i to w takich ilościach, że prawdopodobnie widzi cztery zamiast dwóch (pamiętajmy o zezie ...) dróg przed sobą. Mimo wszystko trzyma się jednak nadzwyczaj sprawnie prawej strony. Byłoby to godne pochwały, gdyby nie fakt, iż w Pakistanie ruch jest lewostronny.
Co jakiś czas z przeciwka nadjeżdżają ciężarówki (wszystkie wyglądają jak choinki). Niestety droga nie jest na tyle szeroka, by dwa samochody mogły się minąć. Często więc lądujemy na poboczu, ponieważ ciężarówki nie przejmują się nikim i niczym. I tak przez 16 zamiast obiecanych 12 godzin. Przez pół drogi siedzę na silniku. No i ta pakistańska muzyka !

29.08.1997

    O szóstej docieramy do Quetty. Miasto wygląda jeszcze gorzej niż tamta wioska, choć wydawać by się mogło, że to niemożliwe. Bliżej centrum lepianki i namioty zastąpione zostają stojącymi po obu stronach ulicy rzędami garaży. W tym kraju mieszkają w nich jednak ludzie, a nie samochody. Miasto nie ma kanalizacji. Są za to rynsztoki. W tej metropolii są one już wybetonowane i częściowo przykryte.
Kanadyjczyk prowadzi nas do przyzwoitego hotelu, gdzie po prysznicu padamy na łóżka. Po południu idziemy na dworzec szukać pociągu do Lahore. Zniżki oczywiście nie mamy, ale tracimy godzinę, by się tego dowiedzieć. Muszę po kolei odwiedzić trzy okienka, by kupić bilety. Potem jeszcze krótka wycieczka do człowieka, który zajmuje się rezerwacją i możemy jechać! Zmieniamy jednak plany. Przebookowanie biletów wymaga znowu bieganiny między okienkami, ale ostatecznie wszystko udaje mi się załatwić. Mamy przed sobą dzień w Quetcie. Po bliższym poznaniu miasto sprawia lepsze wrażenie (przynajmniej jego ścisłe centrum). Życie zaczyna się dopiero wieczorem. Ludzie wylegają wtedy na ulice – i to dosłownie! Wszystko tętni życiem. Wszyscy nas pozdrawiają, chcą byśmy coś od nich kupili itp.
    Idziemy do afgańskiej restauracji. Jemy ...(?).... - jest doskonałe. Wszystko w takich ilościach, że nie sposób tego pomieścić w żołądku. Staramy się co prawda ze wszystkich sił, ale nic nam z tego nie wychodzi. W drodze powrotnej przyglądamy się jeszcze miastu, które w nocy robi o wiele lepsze wrażenie. Ludzie są tu tak niesamowicie żywi, ruchliwi i hałaśliwi, że od razu widać, gdzie jesteśmy. Azja.

30.08.1997

    Wreszcie możemy się porządnie wyspać. Budzę się jako drugi i wykorzystuję poranek na uzupełnienie dziennika. Cały czas w dziwny sposób obserwuje mnie kuzyn Mira (naszego Kanadyjczyka). W Polsce pomyślałbym o nim, że jest pedałem, ale tu panuje zupełnie inna kultura. Wszędzie na ulicach widać obejmujących się mężczyzn. W państwach islamskich nie wolno się afiszować z uczuciami do kobiet. W ogóle stosunki męsko-damskie to tutaj dość drażliwy temat. Mężczyźni spędzają większość czasu w swoim własnym gronie i starają się okazywać sobie nawzajem sympatię, jaką się darzą. Dlatego też widok dwóch osobników tej samej płci idących po ulicy za rękę jest tu na porządku dziennym i stanowi oznaki odmienny preferencji seksualnych (o takich przyjacielskich gestach przeczytać można zresztą w każdym przewodniku). Kuzyn Mira przesiada się bliżej mnie i zaczyna mi zaglądać przez ramię do mojego dziennika. Jego przyjacielskie gesty zaczynają mnie niepokoić... Chciałem pisać dalej, ale sytuacja zaczęła się komplikować. Przyjacielskie gesty przyjacielskimi gestami, przewodniki przewodnikami, kultura kulturą, a dla mnie ten człowiek jest PEDAŁEM. Musiałem obudzić Bartka i resztę towarzystwa, bo kuzyn Mira najbezczelniej w świecie dobierał się do mnie! Przed wyprawą zastanawialiśmy się nad czyhającymi na nas niebezpieczeństwami - coś takiego nie przyszło jednak żadnemu z nas do głowy.

    Pociąg (6$ + 1$ za łóżko) odjeżdża o 11:00. Mamy być na miejscu o 15:00 dnia następnego. /Jest jeszcze jeden o 5:30 - na miejscu po 21. / Wagony wyglądają koszmarnie. Są tak brudne, że kolej rumuńska to przy nich największy luksus. Pociąg bardzo często staje. Czasem na pół godziny, a czasem na godzinę, albo i dłużej. Nie byłoby to takie złe, gdyby nie pogoda. Nie dosyć że temperatura jest potwornie wysoka, to na dodatek wilgotność powietrza bije wszelkie rekordy (pustynia skończyła się już jakiś czas temu). Efekt tej mieszanki jest taki, że pot na człowieku nie wysycha. Tak można czuć się tylko w saunie (ale po saunie można się wykąpać i wchodzi się tam nago...).
    Spotykamy dwóch fotografów z Polski. Całkiem mili i doświadczeni ludzie. Udzielają nam paru wskazówek. Sami chcą uciec w góry przed tą pogodą.
Ten etap podróży jest chyba najgorszy. Co prawda nie jest długi (w porównaniu z tym, co przeszliśmy), ale pogoda i panujące w pociągu warunki po prostu zabijają. Na dodatek przez cały czas krążą po wagonach sprzedawcy wszelkich możliwych drobiazgów. Okropnie się wydzierają, ale przyznać trzeba, że jeden ich rodzaj jest ogromnie pożyteczny. To ci, którzy roznoszą zimne napoje - w wiadrach, zalane wodą i obłożone lodem. Bez nich na pewno nie dotarlibyśmy do Lahore. Wypijamy dziennie ponad 6 litrów płynów na głowę.

31.08.1997

    Po kolejnym dniu męki, brudni jak nigdy dotąd, docieramy do Lahore. Opóźnienie wynosi tylko 2 godziny, czyli praktycznie tyle, co nic. Jest 17:00. Granica jest już zamknięta, ale my i tak marzymy tylko o prysznicu. Fotografowie nie wytrzymują dłużej i wysiadają z nami. Postanowili odpuścić sobie północny Pakistan i pojechać prosto do Kaszmiru (nic dziwnego - nikt normalny nie wytrzymałby ani minuty dłużej w tym pociągu). Znajdujemy sobie pokój dla 4 osób w hotelu "Metropol" za 2,5 $ od osoby. Po odpoczynku idziemy z Bartkiem oglądać miasto. Po ciemku nie sprawia ono tak złego wrażenia, jak w ciągu dnia. Jemy obiad w wyglądającej w miarę przyzwoicie knajpce i kręcimy się trochę po centrum.
    Ignorując wszelki przestrogi pijemy kilka szklanek najlepszego napoju na świecie - świeżo wyciśniętego soku z mango zmiksowanego z kawałeczkami lodu. W tym zaduchu smakuje to wręcz niewyobrażalnie wspaniale. Nie odmawiamy też sobie soku z granatów. Na chwilę musimy wrócić do hotelu, bo Bartek wbił sobie gwóźdź w nogę. Po odkażeniu rany decydujemy się jeszcze na krótki skok do telefonu (który przeradza się w wielką wyprawę w poszukiwaniu kogoś, kto wymieni nam pieniądze) i kolejny sok z mango. Potem nadchodzi czas na uczciwie zapracowany odpoczynek. Śpię pod wentylatorem.

1.09.1997

    To wielki dzień. Fotografowie wyjeżdżają bardzo wcześnie - my wolimy trochę pospać. O 10:00 miał być autobus do granicy, ale nic takiego nie ma. Staramy się wsiąść do jednego z mikrobusów "komunikacji miejskiej" (linia 12), jednak z uwagi na ścisk okazuje się to niemożliwe. Dopiero po godzinie pakujemy się do jakiegoś większego autobusu bez szyb. Zawozi on nas tylko na obrzeża Lahore (4x6 rupii). Tu przesiadamy się do niesamowicie zdezelowanej Toyoty. Jest tak zapchana, że jedziemy na zewnątrz trzymając się dachu. Wreszcie granica. Formalności trwają 1,5 godziny. W jednym z biur musimy nawet czekać, by urzędnik skończył swoją drzemkę. Zostaje nam zarekwirowana "Polityka" - wzbudzała zainteresowanie na każdej niemal granicy.
    Wreszcie o 13:30 (10:00 w Polsce) wkraczamy do Indii .Wynajmujemy tragarzy, którzy próbują nas potem oszukać. Do Amritsaru dowozi nas autobus, przy którym pojazdy pakistańskie są nowoczesne (0,5 $) Od razu też rzuca mi się w oczy przeskok cywilizacyjny między tymi krajami. W Pakistanie autobus stawał, gdy walnęło się ręką w dach. Tutaj specjalny człowiek gwiżdże, gdy ktoś chce wysiąść.
    W Amritsarze bierzemy bez targowania się pierwszy z brzegu hotel. Okazuje się bowiem, że złapałem jakieś choróbsko i ledwo trzymam się na nogach. Na dodatek zaszkodził mi jednak lód w soku z mango (ale warto było). Cały dzień spędzam w łóżku łykając aspirynę za aspiryną i pijąc napój za napojem. Bartek wszystko mi przynosi. Nadawałby się na ojca. Ciekawe, jak będę czuł się rano ?

2.09.1997

Czuję się nadal fatalnie, ale o 12:00 każą się nam wymeldować z hotelu. Pozwalają nam jednak zostawić plecaki, więc możemy sobie spokojnie obejrzeć miasto. Nie ma tu zbyt wiele. Praktycznie tylko Złota Świątynia (taka Jasna Góra dla Sikhów). Przy tym upale to i tak aż za dużo. Przy wejściu zakładają nam na dodatek śmierdzące chustki na głowy. Przyznać trzeba, że świątynia robi naprawdę imponujące wrażenie, choć jako taka jest w zasadzie bardzo malutka. Otacza ją za to ogromny kompleks różnych budowli, w których turyści mogą nawet za darmo nocować (jeśli tylko zechcą). Wszystko jest zbudowane na planie wielkiego kwadratu, w środku którego znajduje się spore "jezioro". Dopiero na sztucznej wyspie, do której idzie się po śmiesznym mostku, stoi właściwa Złota Świątynia. Nie wiem, czy rzeczywiście jest złota, ale na pewno widać na niej ślady kul, które trafiły ją w czasie zamieszek przed kilkoma laty. Sikhowie nie mieli łatwego życia. W ogóle są nieco zabawni. Właściwie nie powinni nigdy obcinać włosów, ale tak daleko posuwają się tylko skrajni ortodoksi. Nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ wszystko i tak przykrywa turban, po którym można rozpoznać każdego prawdziwego Sikha. Podejrzewam, że jego zawiązanie nie jest sprawą łatwą - ale takie coś na głowie wygląda bardzo okazale. Śmiech budzą dopiero młodzi. Z różnych względów nie mogą oni nosić jeszcze turbanu i dlatego wiążą na głowach coś, czego nie jestem w stanie w żaden sposób opisać. Kilka razy chciałem zrobić zdjęcie, ale zawsze wydawało mi się, że byłoby to nie na miejscu. Szkoda.
Szybko znajdujemy sobie park, w którym możny się w ciszy i spokoju wyspać. Wieczorem na dworcu spotykamy Mirka. Też jedzie do Delhi. Postanawiamy poszukać tam razem jakiegoś pokoju. Noc w pociągu mija bardzo przyjemnie, bo mamy wykupione łóżka. Żadna rewelacja (pod żadnym pozorem nie należy nadawać temu słowu znaczenia europejskiego), ale przynajmniej człowiek się nie męczy.
    Na marginesie odnotuję, że jest sprawiedliwość na świecie - Bartek choruje.

03.09.1997 r.

    Poranek upływa nam na poszukiwaniu taniego hotelu. Po długich targach bierzemy pokój w "Welcome Guest House" (zaraz naprzeciwko "Bright Hotel" - jakieś 150m). Pokój jest potwornie zapuszczony, ale łóżka są czyste i  nie ma robaków. Bartek idzie spać, bo teraz on ma z kolei gorączkę, a ja próbuję zdobyć indyjskie pieniądze. Oczywiście nie jest to łatwe, bo tylko cztery banki wypłacają gotówkę z karty - i są czynne tylko do 14:00 (Punjab Bank na Caunnought Place).
Po południu wybieramy się razem na pierwszy rekonesans. Trafiamy do jakiejś informacji turystycznej, która w praktyce okazuje się biurem turystycznym i prosta odpowiedź na pytanie o prom z Bombayu do Pakistanu zmienia się w ponad godzinną próbę przekonania nas do wycieczki do Kaszmiru. Upór tych ludzi jest godny podziwu. W końcu udaje im się sprzedać nam wycieczkę po zabytkach Delhi (2$ - uliczka obok Metro Hotel - po prawej stronie).
Potem kręcimy się jeszcze trochę po centrum stale zaczepiani przez sprzedawców haszyszu (jeden szedł za nami ponad 15 minut), rykszarzy i tłumy drobnych sprzedawców. Wieczór spędzamy w hotelu. Odwiedzają nas chłopaki z Koszalina, których Mirek spotkał gdzieś po drodze. Kładziemy się wcześniej. Moje dolegliwości żołądkowe zmieniają charakter - fura tabletek przeciwko biegunce poskutkowała zbyt dobrze.

04.09.1997

    Wstajemy wcześnie, by zdążyć na autobus wycieczkowy. Odwiedzamy też  biuro turystyczne, by ostatecznie zrezygnować z Kaszmiru. Proponują nam w zamian bilety na pociąg do Agry. Nieopatrznie zgadzamy się. Ceną wyjściową jest 15$ od osoby. Po strasznych kłótniach zbijamy ją do nie całych 6$. Nie mogliśmy wyjść, bo odwołanie rezerwacji też oczywiście sporo kosztuje.
W Indiach wszyscy oszukują. Dla Hindusa jesteś przyjacielem, dopóki mu płacisz. Nie ma tu czegoś takiego jak bezinteresowna pomoc (podobna do tej, jakiej zaznawaliśmy w Iranie). Nasz bilet normalnie nie kosztuje nawet 3$. Do tego trzeba się przyzwyczaić. Tu nie można nikomu zaufać. Dwa najważniejsze w Indiach słowa to: "How much?". Pomocne jest też "For each?".
    Aż do późnego wieczora jeździmy po Delhi. Zwiedzamy praktycznie wszystkie ważniejsze miejsca. W świątyni Kriszny (centrum religijnym dla jego wyznawców), w czasie gdy wszyscy oglądają zgromadzone tu najprzeróżniejsze dobra kultury, Bartek trąca mnie w ramię i wskazując na grupę turystów konfidencjonalnie szepcze: "ta blondynka jest całkiem niezła ...". Ręce mi opadają  - i to ja jestem ponoć profanem!
    Najfajniejsza rzecz w Delhi to chyba Uniwersalna Świątynia. Nie jest nikomu i niczemu poświęcona. Może tu sobie przyjść każdy, niezależnie od religii jaką wyznaje, i modlić się albo medytować do woli.
Zwiedzanie nie sprawia mi zbyt wielkiej satysfakcji, bo oczywiście pojawił się nowy problem. Dostałem kataru. Życie jest strasznie ciężkie. Nie byłem w Indiach zdrowy ani przez chwilę /gdy pisałem te słowa nawet nie przypuszczałem jak bardzo prawdziwe i prorocze się one okażą .../.
    Wieczorem znowu spotykamy się z chłopakami z Koszalina.  Kiedy idziemy ich odprowadzić, nachodzi nas wszystkich nagła ochota na kontakt z krajem. Wchodzimy do najbliższego biura PCO (W Indiach nie ma zwykłych budek telefonicznych - żeby sobie podzwonić trzeba znaleźć odpowiednie biuro. W dzień nie stwarza  to większych trudności, ale w nocy bywa z tym różnie) i rozsiadamy się wygodnie, bo Hindus, który akurat telefonuje, nie kwapi się z zakończeniem rozmowy. Nam to zbytnio nie przeszkadza, bo i tak nie mamy żadnych planów na wieczór. Całą piątką zaczynamy więc sobie żartować z człowieka, który wszedł do biura kilka minut po nas i stanął tuż koło drzwi do kabiny. Wyraźnie widać, iż nie zamierza on czekać na swoją kolej i najprawdopodobniej będzie próbował się "wepchnąć". W zasadzie jest nam to zupełnie obojętne, ale stwarza doskonały pretekst do żartów i różnych pomysłów na udaremnienie niecnych zamiarów obcego. Po dziesięciu minutach Hindus skończył rozmawiać, a człowiek, na którym nie zostawiliśmy przysłowiowej suchej nitki, zapytał nas po polsku, czy mielibyśmy coś przeciwko, gdyby on skorzystał z telefonu przed nami! To był szok. Okazuje się, że nawet tak daleko od ojczyzny trzeba uważać na to, co się mówi, bo nigdy nie wiadomo, kto słucha ...

Po rozstaniu z Koszalinianami  idziemy do "knajpy". Wygląda paskudnie, ale ma jeden plus - można tu kupić piwo. Jest to oczywiście całkowicie nielegalne (choć nie wszędzie), więc obsługa przemyca je z zewnątrz. Tworzy się przy tym taka atmosfera, iż czujemy się jak kryminaliści. Poznajemy jednak miłego Murzyna z Suazi w Afryce i dziewczynę z Jamajki. Śmiechom nie ma końca. Rozmowa skacze z tematu na temat. Przez chwilę nawet występujemy z Bartkiem w roli ekspertów do spraw handlu środkami farmakologicznymi w Europie. Czas mija nam bardzo przyjemnie i szybko. Nie wiadomo kiedy robi się 3:30 i mamy spore problemy z wejściem do hotelu, bo drzwi są oczywiście zamknięte.

05.09.1997 

Rano leniuchujemy. Obaj czujemy się niesamowicie źle. Mierzymy sobie temperaturę. Ja mam 38,5°C, a Bartek 37,5°C. Bartek, żeby mnie maksymalnie przygnębić, czyta mi o wszystkich możliwych chorobach, które objawiają się w ten sam sposób. Jest tego sporo. Chyba napiszę testament ....
    O pierwszej musimy opuścić pokój. Jest jeszcze kilka spraw do załatwienia w centrum. Rozdzielamy się.
Rykszarze tutaj to kompletni idioci. Biorą każdy kurs - nawet jeśli nie wiedzą, gdzie leży miejsce, do którego klient chce dojechać. Na dodatek nie potrafią nawet jednego słowa po angielsku. W ten sposób tracę pół godziny na dotarcie do biura, do którego doszedłbym na piechotę w 10 minut. Czuję się coraz gorzej. W drodze powrotnej rykszarz jest jeszcze większym głąbem. Nie mam jednak siły na kłótnie.
    Pakujemy się do pociągu. Koszalin ma miejsca na przeciwko nas - problemem jest tylko wyrzucenie siedzących na nich Hindusów. Pomaga dopiero interwencja konduktora.
W pociągu powoli zapominam, jak się nazywam. Gorączka pewnie wzrosła. Bartkowi za to przeszło - czuje się całkiem dobrze. Hindus siedzący koło mnie koniecznie chce nawiązać rozmowę. Z trudem ciągnę konwersację. Okazuje się, że jest to pierwszy autentycznie sympatyczny i całkowicie bezinteresowny człowiek, jakiego spotkałem w Indiach. Pomaga mi zaplanować całą dalszą podróż. Dokładnie rozpisuje mi na kartkach godziny odjazdów i przyjazdów pociągów, ich ceny, miejsca, które warto odwiedzić itp. Rysuje pomocnicze szkice i plan kolejki w Bombayu. Po prostu wszystko. Mamy więc dokładny plan. Od A do Z. Jedyny problem polega na tym, że nie uwzględniamy w nim mojej temperatury. Kiedy mierzę ją w hotelu w Agrze (TajGanj) wychodzi mi 40°C. Bartek nie chce słuchać moich próśb o aspirynę, tylko zawozi mnie prosto do szpitala. W nocy nie ma tu lekarza, więc trzeba trochę na niego poczekać. Ciśnienie mierzą mi z pięć razy i za każdym wychodzi im 160/120 (to chyba źle, bo miny otaczających mnie ludzi są nieszczególne). Muszę wziąć worek lekarstw - dla wypełnienia żołądka dostaję też owoce (niestety Hindusi lubią je sobie dosolić i dopieprzyć /!!!/ - walory smakowe takiej mieszanki są wątpliwe). Spać mogę w hotelu.

06.09.1997

    Rano zgłaszam się na dalsze badania. Pobierają ode mnie różne próbki i kładą mnie do łóżka. W sumie nie mogę narzekać. Pokój jest klimatyzowany. Naokoło mnie biegają trzy Hinduski, kilku lekarzy i paru ludzi, których zajęcia nie sposób określić. Dostaję wszystko, o co poproszę. Przeszkadza mi tylko kroplówka. Cały czas mam też gorączkę. Praktycznie przesypiam cały dzień.

07.09.1997

    Teraz dopiero mogę rozkoszować się życiem. Katar mi przeszedł, gorączki prawie nie ma, czuję się dobrze. Wyniki badań są takie sobie. Mam zatrucie salmonellą - muszę odpoczywać i jeść tylko owoce. 
Dzień mija naprawdę przyjemnie. Wypisuję kartki do znajomych, czytam sobie książkę, rozmawiam z Anglikiem chorym na malarię (dzielę z nim pokój) i oczywiście objadam się owocami (na szczęście pozwolili mi jeść je bez przypraw). Co chwila ktoś sprawdza, jak się czuję. To jest życie.
Wieczorem wpada Bartek. Cały dzień wylegiwał się w hotelu (wszystkie zabytki zdążył zobaczyć wczoraj) - mam nadzieję, że nie będzie na mnie wściekły. Mamy dwa dni opóźnienia.

08.09.1997

    Kolejny dzień w szpitalu. Śpię, jem, czytam i rozmawiam z Jimem - Anglikiem z malarią. Zastanawiam się też, co myśli sobie teraz właściciel hotelu. Zaraz po naszym przyjeździe – przy okazji rejestracji – dopytywał się, czy jesteśmy ubezpieczeni. Kiedy tylko usłyszał, że tak (pakiet ubezpieczenia dostaliśmy gratis z międzynarodową legitymacją studencką), zaproponował nam wspólne przeprowadzenie przewału z ubezpieczeniem. Ma jakieś kontakty w szpitalu, więc sugerował zgłoszenie fikcyjnej choroby, za którą zapłaciłby ubezpieczyciel, a odszkodowanie podzielilibyśmy na trzy. Jestem prawie pewien, że biedak pluje sobie teraz w brodę i zastanawia się, jakim cudem udało nam się dogadać z lekarzem bez jego udziału. Trochę mi go żal, bo koniec końców okaże się porządnym gościem i odda nam pieniądze za moje (praktycznie niewykorzystane) łóżko w hotelu.

09.09.1997

    Wychodzę na własną prośbę koło południa. Koniecznie chcę zobaczyć TAJ MAHAL. Ta budowla naprawdę robi ogromne wrażenie. Cała z białego marmuru, w środku wysadzana kamieniami sprowadzonymi ze wszystkich stron świata. Nie jest może zbyt wielka, ale i tak niesamowita. Przepiękny jest też ogród naokoło. To chyba pierwsze miejsce w Indiach, w którym panuje taki porządek. Kapitalne są kosiarki do trawy. Spędzam tu sporo czasu.

    Chcę zobaczyć coś jeszcze, ale przedtem trzeba się czegoś napić. Znów mam okazję, by się przekonać, jak niewiarygodni są Hindusi. Wszedłem tylko po sok, a już po chwili miałem siatkę pełną prezentów dla znajomych i rodziny. Na dodatek zostałem jeszcze zawieziony do "jubilera" (przejażdżka skuterem to przeżycie samo w sobie). Przy tym narodzie Żydzi to amatorzy (jeśli chodzi o robienie interesów).
    W hotelu spotykam się z Bartkiem i razem jedziemy do szpitala, gdzie robią mi ostatnie badania i zaopatrują w zapas lekarstw na najbliższe dwa tygodnie.
Wyruszamy na dworzec autobusowy. Do rykszarza oczywiście nie dociera, że mamy już kupione bilety i dlatego zostajemy obwiezieni po wszystkich okolicznych "biurach podróży". Początkowo czułem nawet pewne wyrzuty sumienia, że tak bardzo wykorzystujemy innego człowieka (my dwaj + plecaki, a ryksza nie ma przerzutek...). Kiedy jednak tak nas wozi bez sensu, a do ludzi w "biurach" też nic nie dociera, zaczyna mi być powoli wszystko jedno.
    W końcu docieramy na miejsce. Jeszcze tylko ostatnie kłótnie o cenę i możemy już spokojnie czekać na autobus. Oczywiście "Delux" ma tu kompletnie inne znaczenie niż w Europie, ale jak na tutejsze warunki standard jest przyzwoity. Szybko zasypiam, żeby nie patrzeć na to, co wyprawia kierowca ...

10.09.1997

    Około 5 docieramy do Jaipuru. Zamiast poszukać hotelu pod dworcem na własną rękę, pozwalamy się prowadzić rykszarzowi. Hotel nazywa się "Hilton", ale z prawdziwym "Hiltonem" niewiele ma wspólnego. Recepcja wygląda jeszcze przyzwoicie, ale pokój jest już jakimś nieporozumieniem. Nie chce nam się jednak szukać niczego innego, więc bierzemy, co dają.
Wstajemy w południe i wybieramy się na zwiedzanie miasta. Bagaże zostawiamy na dworcu autobusowym (znowu musimy odwiedzić po drodze wszystkie "biura", gdzie każdy usiłuje nas przekonać, że do Udajpuru nie kursują państwowe autobusy Delux - oni się chyba już nigdy nie nauczą mówić prawdy).
Udaje się nam zobaczyć tylko City Palace, bo w jednym ze sklepów z pamiątkami pozwalamy się wciągnąć w rozmowę z właścicielem - przeciąga się ona na kilka ładnych godzin. W międzyczasie dostajemy propozycję zostania pomocnikami sprzedawcy (mamy mu naganiać europejskich klientów), a miejscowy przepowiadacz przyszłości wróży nam z rąk i nóg (niestworzone historie). Czas mija niepostrzeżenie i ledwo zauważamy, jak robi się wieczór. Do dworca wracamy spacerkiem, co ze względu na odległość zajmuje nam sporo czasu.
Indyjska ulica po deszczu jest bardzo trudna do przejścia. Trzeba cały czas uważać pod nogi. Bartkowi udaje się po drodze poklepać świętą krowę, ale fakt ten nie ma żadnych specjalnych następstw (nic się nie dzieje).
    Na dworcu podchodzi do nas Francuz, który rozpaczliwie szuka pomocy w znalezieniu autobusu do Udajpuru. Ogromną frajdę sprawia mi patrzenie, jak ten człowiek się miota, gdy o 22:30 (oznaczonej jako godzina odjazdu) autobusu nawet nie widać. Robi się jeszcze zabawniej, gdy autobus w końcu przyjeżdża, ale nie może znaleźć miejsca do zaparkowania. Oburzenie Francuza nie ma granic, ale on jest w Azji dopiero od trzech dni...
    Podróż mija identycznie jak poprzednia, tyle że trwa nieco dłużej.

11.09.1997

    Udajpur jest wspaniały ! Znajdujemy doskonały, tani hotel (3$ za pokój) - Pahadi Hotel z ładnym widokiem na jezioro. Po krótkim odpoczynku załatwiam sprawy w banku i w końcu wysyłam kartki pocztowe (dla pewności każę je na moich oczach ostemplować, bo w Indiach zdarza się czasem, że ktoś poodkleja na poczcie znaczki). Potem śpimy jeszcze trochę i pozwalamy się zawieźć do Monsoon Palace. To cudowne miejsce. Chyba najpiękniejsze w Indiach. Ze zrujnowanego pałacu, położonego na szczycie najwyższej w okolicy góry, roztacza się zapierający oddech w piersiach widok. Nie sposób tego opisać słowami, ale na pewno warto tu być. Spędzamy na szczycie kilka godzin aż do zmroku - najchętniej zostałbym tu na zawsze. Po prostu siedzimy sobie na tarasie i praktycznie się nie odzywamy (wszelkie słowa wobec otaczającego nas piękna byłyby chyba bez sensu). Nie wiem, dlaczego tego miejsca nie ma w przewodniku. To jest naprawdę coś! Jak zostanę poetą, będę musiał spróbować to opisać.
Wracamy do hotelu i wieczór spędzamy w towarzystwie pewnego Japończyka i jego hinduskiego przyjaciela. Jednak Japończycy to strasznie zabawny naród - szkoda, że tak bardzo wykrzywiony psychicznie (trzeba zaznaczyć, że wynik obserwacji może być nieco zakłamany, bo nasza próbka statystyczna jest dość mała).
 
12.09.1997

    Wysypiamy się do 11:00 (w końcu), a potem jemy półtoragodzinne śniadanie na tarasie. Dla takich chwil naprawdę warto żyć. Wspaniały widok, nie najgorsze jedzenie i idealna pogoda.
Czego chcieć więcej? (no, może znalazłoby się jeszcze kilka rzeczy, ale i tak jest cudownie) Szkoda tylko, że Bartek nie podziela moich poglądów - nie czuje się najlepiej i przez to życie nie jest dla niego aż tak piękne. Rozważa za to przez pewien czas ofertę Hindusa, który chce od niego kupić walkmana. Targują się dość ostro i o mały włos doszłoby do transakcji, ale w Bartku odezwał się głos sumienia - walkman należy bowiem do jego brata...
Około 14:00 dojrzewamy do zwiedzania. Po mieście obwozi nas znajomy rykszarz. Obiecał pokazać nam najciekawsze miejsca. Zaczynamy od City Palace (największy pałac Radżastanu). Wszystko jest bardzo ładne, ale po wyjściu z pałacu nie mamy już siły na nic innego. Mimo to odwiedzamy kolejne miejsca. Udajpur to miasto jak z bajki. Aż pęka w szwach od wspaniałych ogrodów i parków. Bardzo malownicze są też trzy jeziorka, które kolejni władcy kazali wykopać swoim poddanym (50 tys. chłopów pracowało przy tym przez dwa lata). Udaje nam się zobaczyć naprawdę sporo (pływamy nawet łódką po jeziorze), ale nie ma sensu się o tym rozpisywać - wszystko jest w przewodnikach.
    Tak nam upływa czas aż do wieczora, kiedy to wracamy do hotelu na kolację. W trakcie jedzenia Bartek roztacza przede mną różne czarne wizje. Zastanawia się, jakie skutki może wywołać fakt, iż zdecydowałem się spróbować normalnego jedzenia. Twierdzi, że powrót mojej choroby to tylko kwestia czasu. Od samego słuchania czuję się  nieco gorzej.
Po kolacji zaczynamy omawiać różne warianty drogi powrotnej. Z czasem jest nie najlepiej i jeśli nie znajdziemy taniego samolotu z Bombayu do Teheranu albo do Pakistanu, to zaczną się "schody" (szkoda nam bowiem tracić dwóch tygodni na powrót). Strasznie nas też kusi wylegiwanie się na plażach Goa, które może ominąć nas dosłownie o włos. Postanawiamy jednak nie martwić się na zapas i ruszamy w dalszą drogę.
    W strugach deszczu pakujemy się do autobusu do Ahmadabadu. Biuro podróży jest prywatne, więc nie ominie nas "przyjemność" obejrzenia indyjskiego filmu (jest zestaw wideo). Piekło zaczyna się już o 22:30. Skaczący obraz i trzeszczący dźwięk obsługa stara się zrekompensować podkręceniem poziomu głośności do maksimum. Ze wszystkich sił staramy się zrozumieć akcję, ale nie jest to łatwe, jeśli zważyć, iż film jest w języku hindi ...
Na dodatek co 5-7 minut przerywają go zapowiedzi innych filmów i reklamy. Poszczególne sceny są ze sobą BARDZO luźno powiązane. Smaczku dodają obowiązkowe muzyczne wstawki co 10 minut (niezależne od przerw na reklamy), w czasie których dwójka głównych bohaterów śpiewa piosenki (za każdym razem jedną) nie mające najmniejszego związku z akcją! Bartek po niecałej godzinie daje za wygraną i zasypia (co nie jest łatwe przy tym poziomie natężenia hałasu). Ja się nie poddaję. W końcu zaczynam rozpoznawać bohaterów. Udaje mi się też zrozumieć akcję, której zwroty są czasami tak zaskakujące i absurdalne, że aż trudno mi uwierzyć własnym oczom. Wszystko przebija jednak finałowa scena walki wręcz, no i oczywiście zakończenie, przy którym happy endy rodem z Hollywood wyglądają jak wysoce prawdopodobne sytuacje zaczerpnięte z prawdziwego życia. Dzięki wszystkim przerywnikom film trwa do 3:30. Udaje mi się jeszcze złapać 2,5 godziny snu.

13.09.1997

    Na dworcu w Ahmadabadzie rozkładamy się na podłodze w poczekalni (jak wszyscy porządni podróżni) i dosypiamy do rana. Po otwarciu Booking Office kupujemy bilety na wieczór i jedziemy do centrum.
    W Ahmadabadzie jest tylko 5 zabytków i wszystkie udaje się nam zwiedzić w ciągu dwóch godzin. Fantastyczna jest świątynia Dada Harivao (?) - praktycznie cała wkopana w ziemię (na kilka pięter). Sceneria jak z Indiany Jonesa i szkoda tylko, że przygłupi rykszarz nie potrafi nam powiedzieć, komu to wszystko jest poświęcone. Również opisy w sanskrycie rzucają niewiele światła na nurtujące nas pytania.
    Duże wrażenie robi też świątynia Mahaviry. Kiedy nikt nie patrzy, udaje mi się uderzyć w wiszący na korytarzu dzwon - strasznie hałasuje. Przed świątynią trafiamy na jakiś festiwal, czy procesję. Cała masa kolorowo ubranych ludzi, muzyka, słonie, powozy itp. Otacza nas tłum ludzi. Wszyscy chcą nas dotknąć, zamienić choć jedno słowo. Turyści prawie nigdy tu nie przyjeżdżają, więc stanowimy dla tych ludzi większą atrakcję, niż ich miasto dla nas. Takie odwrócenie ról jest bardzo śmieszne, a Bartek mówi, że czuje się jak "Biały Zdobywca". Dostaję od kogoś w prezencie monetę z Mahatmą Ghandim i ruszamy dalej.
    Po obejrzeniu wszystkiego, co tylko możliwe wybieramy się na popołudniowy seans do kina. Znajdujemy sobie film amerykański i wchodzimy. Cała sale przesiąknięta jest zapachem stęchlizny, zamiast ekranu jest biała ściana, a gruba warstwa brudu przykrywa dokładnie wszystko. W czasie trwania seansu sala wypełnia się po brzegi, a najdziwniejsze, że nikomu nie przeszkadza hałas, z jakim Hindusi zajmują swoje miejsca. Dla nich nie jest ważna akcja. Wszyscy przyszli tu tylko po to, by obejrzeć kilka scen erotycznych. Nikt nie czeka do końca - gdy staje się jasne, że "momentów" więcej nie będzie, kino pustoszeje momentalnie.
Po filmie, którym uraczono nas w autobusie, prosta amerykańska produkcja staje się nielada przeżyciem kulturalnym (nie myślałem, że dożyję takiej chwili). Bardzo zabawne były też obrazki wyświetlane przed filmem. Zakazują one palenia i ... plucia (!) w kinie.
    Po seansie szwendamy się bez celu po mieście, by w końcu w małej restauracyjce znów wrócić do planowania dalszej podróży.
    Wieczorem rozsiadamy się w poczekalni i kolejno korzystamy z dworcowych pryszniców - dziwne, że nikt nie pomyślał, by zainstalować coś takiego w Polsce. Odświeżeni czekamy na nasz nocny pociąg do Bombayu.

14.09.1997

    Bombay. To tu ma zakończyć się nasza wyprawa do Indii. Na lotnisku oczywiście nie udaje nam się dowiedzieć nic konkretnego. Pewne jest tylko, że nie ma samolotu do Istambułu. Próbujemy więc coś ustalić w biurach w centrum miasta. Tu z kolei lot do Teheranu kosztuje mniej więcej tyle, co do Warszawy. Zrezygnowani postanawiamy poszukać hotelu. I tu spotyka nas kolejna niespodzianka. Dookoła są tylko banki i biura. Jest też trochę sklepów, ale ani śladu taniego hotelu. Jedyny, jaki znajdujemy, jest pełny. Zmęczeni chcemy coś zjeść  i znów Hindusom udaje się nas zaskoczyć - w niedzielę wszystkie restauracje są zamknięte. Ta, do której w końcu trafiamy, ma oczywiście ceny dopasowane do nie wiadomo czego. Kierownictwo wprowadziło na dodatek doskonały przepis zrównujący wszystkich klientów: nikt nie dostaje noża. O ile pomysł ten nie przeszkadza Bartkowi w jedzeniu zupy, o tyle ja mam spore problemy ze swoją baraniną...
    Najedzeni, po raz setny obliczamy czas, jaki nam pozostał. Wychodzi, że gdybyśmy nie robili w drodze powrotnej żadnej przerwy, to możemy jeszcze skoczyć do Goa. Decyzja zapada błyskawicznie. Idziemy jeszcze tylko zobaczyć Gate of India, a potem prosto na dworzec autobusowy.
    Autobus właśnie odjeżdża, a my przecież zostawiliśmy bagaże w przechowalni. Po raz kolejny przepłacamy więc w prywatnym biurze i chwilę później jedziemy do Goa.
Bartek jest nieco przybity - nie zdążył zobaczyć słynnej ulicy bombajskich prostytutek. W ogóle nie mieliśmy okazji zbyt dobrze przyjrzeć się miastu. Bez wątpienia jest to jednak najbardziej cywilizowane miejsce w Indiach (w jednej z toalet widziałem nawet papier!). Nie jeżdżą tu ryksze, ludzie chodzą normalnie ubrani i wszystko wygląda nieco inaczej. Anglicy pozostawili tu po sobie trwały ślad. Jest to najbardziej europejska ze wszystkich indyjskich metropolii i czuje się to na każdym kroku.

15.09.1997

    Nad ranem docieramy do Panaji. Stąd autobus za grosze dowozi nas do Calangute Beach. Jakiś chłopiec prowadzi nas do małego hoteliku (Clisher). Małe śniadanie i zaczynamy urlop - idziemy się wykąpać w oceanie. Fale są niesamowite. Kiedy Bartek rozmawia ze mną stojąc tyłem do oceanu, jedna z nich załamuje mu się nad głową i miesza go z piaskiem na dnie. Widok jest zabawny. Ze śmiechu aż się popłakałem.
    Po kąpieli wybieramy się do Vasco da Gama, by kupić bilety powrotne. Kolej indyjska okazuje się jednak pilną uczennicą kolei europejskich (a konkretnie polskich) - pociąg, który figuruje we wszystkich rozkładach jazdy, faktycznie nie istnieje. Cała wyprawa (w pewnym momencie musieliśmy nawet przeprawiać się promem przez rzekę) idzie na marne. Mamy za to kolejną okazję do zobaczenia, jak ludzie w tym kraju traktują się nawzajem. Przy przeprawie czeka kilkanaście autobusów. Jednak po wyjściu z promu wszyscy biegną do pierwszych dwóch, trzech. Aby pogonić pasażerów kierowca co chwila podjeżdża do przodu o metr lub dwa. Kiedy do autobusu nie mieści się już nawet szpilka, następuje odjazd. Nie ma oficjalnych rozkładów, a bilet na przejazd dostaje się co piąty raz. Normalnie konduktor zbiera pieniądze po prostu do kieszeni. Przystanek jest tam, gdzie ludzie chcą wysiąść. Oczywiście nikt też nie pomyślał o umyciu autobusu od chwili, gdy opuścił on fabrykę.
Wieczorem wypoczywamy sobie w hotelowym patio, wypróbowując po kolei różne potrawy. Dla sportu idziemy też na piechotę na sąsiednią plażę, ale wbrew zapewnieniom kelnera nic się tam nie dzieje. Od razu widać, że sezon jeszcze się nie zaczął.

16.09.1997

    Śpię 12 godzin. Trzeba odpocząć przed czekającą nas drogą. Cały dzień spędzamy na plaży. Kąpiel w oceanie to coś, co trzeba przeżyć samemu. Niewiele rzeczy można porównać z uczuciem, jakiego się doświadcza, gdy fala zamyka się nad człowiekiem i porywa go ze sobą. Fale są dziś o wiele wyższe niż wczoraj i wyjście na 40 metrów od brzegu zajmuje jakieś 15 minut. Ocean rusza się tak bardzo, że czasami woda w jednym miejscu nie sięga mi nawet do pasa, by za chwilę zakryć mnie po szyję, choć nie przesunąłem się nawet o centymetr.
    Na plaży buduję sobie zamek z piasku. Hindusi są tym tak poruszeni, że co chwila ktoś się przy nim fotografuje. Zastanawiam się, czy nie zacząć pobierać opłat...
Pełno jest też krążących dookoła sprzedawców. Jeden koniecznie chce mi sprzedać różne wyroby z kamienia. Niesamowite, że z wyjściowej ceny 900 Rs płacę tylko 200 Rs. Pewnie i tak przepłaciłem. Na korzyść drugiego sprzedawcy pozbywam się też swojego zegarka z alarmem, który przypominał mi dotąd o porach przyjmowania antybiotyków - moje lekkomyślne podejście do własnego zdrowia zaczyna mnie powoli martwić (niestety nie miałem już pieniędzy, a oferta handlarza była naprawdę ciekawa).
    Resztę dnia wykorzystujemy na testowanie kolejnych pozycji menu (smażony rekin zostaje moim faworytem).

17.09.1997 

    Dziś rozpoczynamy podróż powrotną. Z samego rana mam możliwość zapoznania się z indyjską biurokracją, kiedy próbuję wyciągnąć z banku trochę pieniędzy. Do tego trzeba mieć zdrowie.
Autobusem docieramy do Belgaum (5 godzin zamiast 3,5), a stąd mamy pociąg do Delhi. Po raz kolejny jesteśmy oblegani przez żebraków. Tu chyba 5% populacji utrzymuje się w ten sposób. W Delhi na głównej ulicy żebrał co dziesiąty człowiek. Tu żebraków jest o połowę mniej, ale są za to bardziej namolni. Nikomu nie przychodzi do głowy, że nam pieniądze już się skończyły.
W pociągu jest nieco spokojniej. Przyjdzie nam tu spędzić najbliższe 36 godzin.
    Podróż mija całkiem spokojnie. Oczywiście znów z bliska przyglądamy się hałaśliwym dworcom. Znów na każdym postoju przez peron i przez pociąg przewala się tabun sprzedawców i żebraków. Ponieważ strasznie skurczyły się nam fundusze musieliśmy drastycznie ograniczyć wydatki. Jedzenie kupujemy w najtańszych budach na dworcu. To ciekawe doświadczenie - serwowane jest ono bowiem na jakichś liściach. Smakuje jednak całkiem znośnie.

19.09.1997

    Nad ranem dojeżdżamy do Delhi. Zostawiamy bagaże w przechowalni (to była najdłuższa kolejka, w jakiej stałem w Indiach). Oczywiście sam muszę zanieść plecaki na półkę - personel jest tu od krzyczenia na klientów. Przy okazji poznajemy Izę. Zgubiła ona gdzieś po drodze znajomych, z którymi jechała i teraz zastanawia się jak wrócić do Polski. Ponieważ my mamy genialny plan podróży , postanawiamy ją do siebie przygarnąć /jak się później okaże, ta decyzja uratuje nam skórę w pewnej bardzo nieprzyjemnej sytuacji/. Potem idziemy do centrum, by wymienić pieniądze indyjskie na dolary. Przy tej okazji dostajemy największą próbkę nieskończonej indyjskiej biurokracji. Musimy latać od banku do banku, załatwiać jakieś pokwitowania, potwierdzenia itp. (oczywiście wszystko kosztuje), by w końcu móc dostać w jednym jedynym banku w mieście gotówkę na dojazd do Istambułu. Tracimy na to dobre dwie godziny.
    Wykończeni kładziemy się na skwerku w samym środku Cannought Place. Tu naturalnie oblega nas tłum Hindusów. Świetnie się składa, bo dostajemy owoce i chłodne napoje. Poznaję też przedstawiciela najbardziej egzotycznego zawodu świata - czyściciela uszu. Decyduję się na zabieg. Fantastyczna sprawa. Bartek pozwala pucybutowi zająć się jego sandałami. Tak tracimy resztę pieniędzy. Ponieważ strasznie chce nam się pić, Bartek dokonuje niesamowitej transakcji. Wymienia swe okulary słoneczne za dwie butelki pepsi. To się nazywa poświęcenie. Możemy się dalej spokojnie wylegiwać na trawce.
    Wieczorem mogę się przekonać, jak bardzo względnym pojęciem jest "prysznic" - w Delhi umieszczony jest on bowiem na wysokości bioder. Wygoda tego rozwiązania jest dość wątpliwa. Darowanemu koniowi nie zagląda się jednak w zęby. Znowu czyści czekamy na pociąg.
    W drodze na peron jestem świadkiem takiej oto scenki rodzajowej: jakiś Hindus stoi sobie na kładce nad torami i spogląda w dół. Podbiega do niego żołnierz i zaczyna go okładać kijem bambusowym po rękach. Kiedy Hindus zrywa się do ucieczki dostaje jeszcze po plecach. Nie pada ani jedno słowo. Ludzie przechodzą obojętnie...

20.09.1997

    Nad ranem jesteśmy w Amritsarze. Wynajmujemy taksówkę do granicy i już o 7:00 jesteśmy gotowi do jej przekroczenia. Niestety jest to gotowość jednostronna. Pierwsi urzędnicy zaczynają ściągać na miejsce dopiero w okolicach godziny 10:00. Formalnościom wyjazdowym oczywiście nie ma końca. Co chwila musimy też czekać na przyjazd obsady kolejnych stanowisk kontrolnych. Po stronie pakistańskiej wszystko idzie nieco sprawniej, tak że tuż przed 12:00 możemy ruszać dalej. Dzwonię na lotnisko, by sprawdzić czy mamy samolot do Quetty. Szczęście nam sprzyja - samolot jest i kosztuje 45$. Z wielkim trudem docieramy na lotnisko. Tu zostajemy uprzejmie poinformowani, że cena wynosi jednak 65$, a w ogóle to samolot odlatuje dopiero jutro. Wściekli jedziemy na dworzec. Wszystkie pociągi (5:30, 11:00 i 12:45) zdążyły już odjechać. Próbuję więc kupić bilety na dzień następny. Zniżkę załatwia się w Divisional Superintendent Office w dziale Comercial Branch /do końca pierwszego peronu, potem 30m po torach, skręcić w prawo tuż przy kładce nad torami i po kolejnych 30m przejść przez bramę/. Czynne było tylko do 14:30, więc kierownika musiałem wyciągać już z samochodu. Po niezbędnej dawce biurokracji miałem w ręku "Concession Letter".
Biletów na dzień następny na dworcu kupić się jednak niestety nie da. Wysłano mnie do Railway Headquoter. Tam dopiero zaczęło się prawdziwe bieganie od okienka do okienka. Na dodatek wolne były tylko miejsca w pociągu o 5:00 rano. Po prawdziwej walce z urzędnikami dostałem w końcu nasze bilety.
    Ponieważ zrobiło się całkiem późno, wynajęliśmy szybko pokój w hotelu. Z wcześniejszego pójścia spać niewiele jednak wyszło. W całym mieście wysiadł bowiem prąd, a hotel nie miał swojego generatora. W dwie minuty po tym, jak przestała działać wentylacja, pożałowałem, że się w ogóle urodziłem. Zaduch stał się niemożliwy do wytrzymania. I tak już było przez całą noc. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało nam się dotrwać do rana.

21.09.1997

    Pociąg znów nas zaskoczył. Okazało się, że pierwsza klasa to nie są te klimatyzowane wagony, jakie zdarzało nam się tu czasem widywać. One są przeznaczone dla oficerów i dygnitarzy. Zwykli ludzie nie mają tam wstępu. Teraz, gdy zdecydowaliśmy się na luksus pierwszej klasy, przypadły nam w udziale po prostu dwa brudne łóżka na górnej półce. Co prawda mamy osobny, czteroosobowy przedział, a siedzenia nie są drewniane,  ale spodziewaliśmy się czegoś więcej. Nasza kolekcja rozczarowań znów się powiększa.
Podróż pociągiem jest jednak i tak o niebo lepsza od tej ostatniej nocy w hotelu. Po południu upał wzrasta. Na dodatek w powietrzu pełno jest pyłu wpadającego przez okna z pustyni. Udaje się nam to mimo wszystko przetrzymać i podróż upływa nam raczej przyjemnie.
Pod wieczór do przedziału zagląda dziadek, który uprzejmie pyta, czy może u nas posiedzieć dwie godziny. Nikt nie ma nic przeciwko, więc dziadek zostaje. Moje zdziwienie jest ogromne, gdy po przebudzeniu widzę jednego z naszych współpasażerów śpiącego na podłodze i dziadka chrapiącego w najlepsze na jego łóżku.

22.09.1997

    W południe, z pięciogodzinnym opóźnieniem, wysiadamy w Quetcie. Kupujemy bilety na dalszą drogę i czas do odjazdu spędzamy siedząc sobie przed jednym ze sklepów, popijając zimne napoje i gapiąc się na ulicę. Wieczorem czekamy spokojnie na opóźniający się odjazd autobusu, gdy w agencji zapanowuje nagłe poruszenie. Telefony się urywają, ktoś ciągle wchodzi albo wychodzi.
Okazuje się, co uprzejmie przetłumaczył nam jeden z oczekujących z nami ludzi, iż ze względu na awarię autobus najprawdopodobniej nie pojedzie. Pracownicy biura z kamienną twarzą twierdzą jednak, że wszystko jest w porządku. W końcu zostajemy wsadzeni do autobusu jakiejś innej agencji, ale jest nam to obojętne – grunt że jedziemy. Nie jest co prawda najwygodniej, jednak dosypiamy jakoś do rana (po drodze możemy obejrzeć wschód słońca na pustyni - kolejny widok, którego raczej nie zapomnę).
    Na granicy wszyscy są oczywiście traktowani jak zwierzęta (po stronie irańskiej), co nie odstrasza nas jednak od wjazdu. Po drugiej stronie kierowca terenowej Toyoty zgadza się zawieźć nas na lotnisko. Po drodze ostrzega nas, że bilety kupuje się tylko w biurach turystycznych. Pyta też, czy ma nas zawieźć do jednego z nich. My jesteśmy już przyzwyczajeni do naciągaczy, dostających swój procent za przywiezienie klientów, więc grzecznie odmawiamy. Jedziemy prosto na lotnisko. I to jest błąd. Zapomnieliśmy, że Iran to nie Indie. Tu ludzie pomagają innym. Na lotnisku biletów się faktycznie nie kupuje. Istnieje jednak pewna szansa na dostanie miejsca tuż przed odlotem. Postanawiamy zaczekać. Co prawda coraz bardziej niepokoi nas stale rosnący tłum ludzi, ale na zmianę decyzji jest już za późno. Mimo wszystko mamy sporo szczęścia, bo wolne miejsca się znajdują i startujemy o 13:00 (planowo o 12:00). W Teheranie jesteśmy półtorej godziny później, mocno zdziwieni, że w 20$ ceny biletu wliczony był nawet posiłek (niesamowite wrażenie zrobiła też na nas stewardessa ubrana w tradycyjny irański chałat).
    Wszystkie autobusy do Istambułu odjeżdżają z West Terminal o 13:00, więc nie pozostaje nam nic innego, jak znów zawitać do domu Alego. Wcześniej kupujemy tylko bilety na dzień następny (oczywiście zgodnie z tradycją zostajemy zapewnieni, iż podróżować będziemy nowym, klimatyzowanym modelem Volvo).
    Wieczór u Alego mija we wspaniałej atmosferze. Tu najlepiej widać, że Irańczycy prowadzą podwójne życie - jedno w domu, drugie na ulicy. U siebie każdy chodzi ubrany, jak chce, pije alkohol, krytykuje rząd i w ogóle jest całkiem innym człowiekiem - po wyjściu na dwór każdy przechodzi metamorfozę.
Szkoda tylko, że jesteśmy zmęczeni, bo party trwa jeszcze długo po naszym pójściu do łóżka (z okazji naszej wizyty wpadło kilku znajomych Alego)...

24.09.1997

    Z trudem docieramy na terminal na czas - nie chciało nam się wychodzić, a na dodatek taksówkarz wysadził nas z całkiem innej strony. Niepotrzebnie się jednak spieszyliśmy, bo autobusu jak zwykle nie ma. Po trzech godzinach zaczyna nas to niepokoić, ale żadne interwencje nie mają sensu, bo oczywiście nikt nie potrafi po angielsku powiedzieć ani słowa (dowiaduję się tylko, że "autobus jest chory"). Po pięciu godzinach oczekiwania w końcu przyjeżdża. Odbiera mi mowę, gdy się okazuje, że faktycznie jest to nowe (jak na warunki irańskie) Volvo.
Podróż jest potwornie monotonna. Na dodatek kierowca z niewiadomych przyczyn nie chce włączyć klimatyzacji. Rekompensatą ma być działające ogrzewanie ...
Jedynym urozmaiceniem są cztery i pół godziny spędzone na granicy i nieustanne kontrole po tureckiej stronie. Oczywiście widoki są bardzo ładne, ale wszystko to widzieliśmy już poprzednim razem. Na szczęście nie ma zbyt wielu pasażerów, więc nie mamy wielkich problemów z w miarę wygodnym ułożeniem się do snu.

26.09.1997

    W południe jesteśmy w Istambule. Po drodze widzimy przez okno biuro podróży, z którym mamy jechać dalej i stojący przed nim autobus. Najszybciej, jak możemy, idziemy do tego biura. Okazuje się, że odjazd jest przewidziany dopiero na godzinę 16:00, więc mamy sporo czasu, by coś zjeść.
Dzielnica Istambułu, w której jesteśmy, jest pełna napisów w języku rosyjskim. Rosjan na ulicach jest więcej niż Turków. W oczy rzucają się jednak przede wszystkim tłumy Rumunów zgromadzone przed autobusami do Bukaresztu. Góry toreb i tobołów zalegają większość wolnych miejsc na parkingach. Nasz autobus ma specjalną przyczepę, żeby móc pomieścić wszystkie bagaże handlarzy wracających do kraju. My jesteśmy jedynymi turystami wśród pasażerów.
    W Bukareszcie znaleźlibyśmy się całkiem szybko, gdyby nie fakt, że zamiast przejechać przez rzekę graniczną mostem tłukliśmy się przez godzinę jakimś promem, a później obserwowaliśmy żałosny spektakl w wykonaniu rumuńskich celników. Przeszli oni wszystkich innych i trzymali nas na granicy ponad 6 godzin.
    Pomimo przeciwności losu 27 września udaje nam się w końcu wysiąść w Bukareszcie. Trochę czasu zajmuje nam zorganizowanie pieniędzy, a potem znów tracimy czas na kupno biletów i dokładne ustalenie w informacji kolejnego połączenia. Jemy pizzę, a potem bezskutecznie usiłujemy kupić kawę w kafeterii. Wychodząc zauważyłem, jak jedna z pań mówi z niedowierzaniem do drugiej: "kawa w kafeterii?!?". Rumunia nie jest krajem normalnym.
    Wieczorem opuszczamy Bukareszt, by nad ranem znaleźć się w Satu Mare. Po drodze znów rozmyślamy nad tym, co każdy z nas zrobi po powrocie do kraju. Los trzyma jednak dla nas (tradycyjnie) coś w zanadrzu. Okazuje się, że ostatni pociąg do Krakowa odjechał wczoraj. Następny będzie za ponad pół roku. Nie ma też jak dojechać na Ukrainę ani na Słowację. To nam lekko krzyżuje szyki. Musimy szybko wymyślić plan awaryjny - zakłada on dotarcie do Budapesztu. Za 10$ znajdujemy "taksówkę" do Calei (czy jakoś tak), skąd podobno można złapać potrzebny nam pociąg. Na miejscu dowiadujemy się, że pociąg jest (o 13:05), ale cena biletu wynosi 25$ od osoby. Kasjerka rzuca nam jednak dwie propozycje: możemy kupić jeden bilet i próbować wytłumaczyć naszą sytuację, albo możemy biletów nie kupować w ogóle i po prostu dać konduktorowi łapówkę. My postanawiamy kupić bilet tylko do granicy. Kosztuje on grosze. Spokojni idziemy do restauracji. Do jedzenia są tu tylko chipsy, ale przynajmniej nikt się nie dziwi: "jedzenie, w restauracji?".
    Pociąg odjeżdża niemal o czasie. Konduktorowi znowu nie podobają się nasze bilety - tym razem ciągle coś mówi o "suplimencie" (domyślamy się, że chodzi mu o miejscówkę, ale nie dajemy tego po sobie poznać, bo jej cena dwudziestokrotnie przewyższa cenę biletu!). Kiedy staje się jasne, że porozumienia za nami nie będzie, konduktor postanawia zabrać nas na policję. Nie chcemy sprawdzać, czy byłby gotów wyciągnąć nas siłą - 5$ łapówki załatwia sprawę. W Rumunii człowiek nie może być uczciwy. Nawet jeśli kupi bilet w kasie na dworcu, na konkretny pociąg i tak będzie musiał użerać się z konduktorami.
Granicę przekraczamy całkiem sprawnie. Celniczka węgierska z obrzydzeniem mówi "yyyyiiii", gdy pokazuję jej rumuńskie leje - pytała, czy wieziemy jakieś waluty.
Konduktor tylko się uśmiecha, gdy chcemy zapłacić mu lejami za bilet do Budapesztu. Przyjmuje tylko dolary i marki. Dzięki Bogu Iza ma jeszcze 50 marek. To starcza nam akurat na trzy bilety. Ciekawe, co zrobimy dalej?
    Budapeszt. Tu zaczyna się dla nas prawdziwa Europa. Nie spędzamy w nim jednak zbyt dużo czasu. Naturalnie nie obywa się bez przygód. Podczas przejazdu metrem  z jednego dworca na drugi trafiamy na kontrolę biletów. Wszystko poszłoby jak po maśle, gdyby nie fakt, że bilet Bartka jakimś cudem nie był skasowany. Od razu awantura, straszenie policją, karami itp. Nie pomaga żadne tłumaczenie, że to pomyłka, że oszukiwanie nie miałoby dla nas sensu, że winny jest automat itd. Mija 15 minut zanim "kanary" dają w końcu za wygraną.
Na dworcu północnym znajdujemy wygodne połączenie z Katowicami - pociąg nazywa się "Sobieski". Przed odjazdem mamy jeszcze czas na mały posiłek i na wybranie drobnej sumy z automatu. Bilety kupujemy standardowo tylko do granicy słowackiej (do Polski zapłacilibyśmy fortunę). W świetnych nastrojach, czując zbliżającą się ojczyznę, wsiadamy do pociągu. Humor nas nie opuszcza aż do wizyty konduktora. Ten starym już zwyczajem kwestionuje nasze bilety. Żąda dopłaty - jego zdaniem możemy jechać tylko do wioski przed granicą. Grozi, że nie pozwoli nam jechać dalej. My mamy już tylko wyliczone korony czeski i słowackie. Iza ma jeszcze ostatnie 6$, ale chce je zostawić na czarną godzinę. Zbywamy więc konduktora mówiąc, że my i tak jedziemy tylko do tej przygranicznej wioski. Odchodzi mrucząc coś po węgiersku. My zaś spokojnie czekamy na celników (obsługa pociągu musi przecież wysiąść przed granicą). W swoim planie nie uwzględniliśmy tylko, że celnicy mają tu umowę z konduktorami. Węgierska kontrola graniczna odmawia nam więc wbicia pieczątek wyjazdowych do paszportów. To nam trochę komplikuje sytuację. Czarna godzina wybija. Zbieram wszystkie pieniądze i biegnę szukać konduktora. Zgadza się on ostatecznie "wystawić nam bilet" w zamian za te 6$. Celnicy nie robią już problemów. Na Słowacji  nowy konduktor sam wychodzi z propozycją "specjalnej zniżki". Do przejechania zostają jeszcze tylko Czechy. Tu jednak zaczynają się największe schody. Podczas postoju na granicznej stacji idę do kasy. Kobieta w ogóle nie chce sprzedać mi biletów. Po drobnej sprzeczce podaje mi w końcu cenę dwa razy wyższą od rzeczywistej. Nie bardzo wiem, co zrobić w tej dość paranoidalnej sytuacji. Jedynym wyjściem jest kupno biletów od konduktora (łapówka w ogóle nie wchodzi w grę - boi się jej jak ognia) - oczywiście z dodatkową opłatą za wystawienie. Wystarczą one na trochę ponad połowę drogi do granicy. Z funduszami jest już gorzej niż źle. Mimo wszystko zbliżamy się jednak do domu. W wiosce, do której możemy legalnie dojechać mamy trzydziestominutowy postój. Bez cienia nadziei wchodzimy do budynku dworca. Tu spotyka nas na szczęście ogromnie miła niespodzianka. Dziwnym zbiegiem okoliczności te nędzne grosze, które nam zostały wystarczą na dojazd do granicy. To cud. Czeska tabela opłat za pociągi jest chyba najbardziej popaprana na świecie. Za trzy bilety nie płacimy nawet połowy sumy, którą musieliśmy wydać przed chwilą na jeden - a odległości są porównywalne. Ostatnia przeszkoda stojąca nam na drodze do domu zostaje pokonana. Krótko po trzeciej nad ranem przekraczamy granicę Polski. Jeszcze tylko przesiadka w Katowicach, gdzie żegna nas Iza i wreszcie o 9:00 dnia 29 września 1997 r. jesteśmy z powrotem we Wrocławiu!!!
    Tak oto skończyła się nasza pełna niespodzianek i niebezpieczeństw podróż do Indii.


"Wykorzystanie calosci lub fragmentow tekstu bez pisemnej zgody autora jest zabronione. Wszelkie naruszenia praw autorskich wiazac sie beda z odpowiedzialnoscia odszkodowawcza."
MARCIN CZAPIEWSKI
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;