|
|
|
|
|
Skandynawia - wyprawa rowerowa |
|
PIERWSZA WYPRAWA od 11.07.2000 do 22.07.2000 Pierwszy dzień: Nie ulega wątpliwości, że poruszanie się po polskich drogach jest nie tylko niebezpieczne, ale też wyjątkowo nieprzyjemne, dlatego drogę z Poznania do Kostrzyna przejechałem samochodem. Stwierdziłem, że nie ma sensu się męczyć jadąc przez 180km wąskim poboczem lub w koleinach wyżłobionych przez ciężarówki. O godzinie 15.00 byłem już na granicy. Ściągnąłem rower z dachu samochodu, pożegnałem się z ojcem i pojechałem w kierunku przejścia granicznego Przecisnąłem się między samochodami do odprawy paszportowej i po minucie znalazłem się na terytorium Niemiec. Na niebie pojawiły się gęste, szare chmury, z których po chwili zaczął padać deszcz. Na szczęście nie była to silna ulewa, ale mały deszczyk, którego krople delikatnie obmywały moją twarz. Po pokonaniu 70km stwierdziłem, że warto poszukać sobie jakiegoś miejsca do spania. Zaczęło robić się ciemno, więc zatrzymałem się w małej niemieckiej miejscowości Bad Freienwalde. Drugi dzień: Noc spędziłem w prywatnym pensjonacie położonym na skarpie. Pogoda nic się nie zmieniła od wczoraj. Nadal było pochmurno i wilgotno. Po zjedzeniu typowego, niemieckiego śniadania, którym zapchałem mój wygłodniały żołądek, pojechałem na północny zachód w kierunku miejscowości Templin trzymając się przez cały czas drogi nr 198. Przejeżdżałem między innymi przez takie miejscowości jak Finow Eberswalde, Templin oraz Neustrelitz. Nie czułem w ogóle zmęczenia, więc miałem bardzo dobry humor. Po przejechaniu 168km rozpogodziło się, ale z powodu upału zaczęło dokuczać mi pragnienie. Zatrzymałem się na 10 minut, żeby zrobić zakupy w supermarkecie, po czym uzupełniłem wszystkie niezbędne płyny w moim organizmie. Tego dnia przejechałem prawie 200km, przez co poczułem ogromną satysfakcję. Nigdy wcześniej nie pokonałem tylu km na rowerze w ciągu jednego dnia. Zatrzymałem się w małym miasteczku Wulkenzin na drodze nr 192, gdzie za kwotę 70DM, czyli około 35 euro wziąłem sobie motel. Trzeci dzień: Nie zdążyłem się nacieszyć smakiem prawdziwego lata. Po południu znów zaczęło padać i to znacznie mocniej niż w poprzednich dniach, ale bardziej od deszczu przeszkadzał mi ruch na drodze. Przez 100km musiałem uważać na pędzące z boku ciężarówki, które podobnie jak ja jechały w stronę Rostocku. Przejeżdżałem także przez takie miasta jak Malchin i Teterow. Do Rostocku dotarłem o godzinie 17.00. Miasto to stanowi główny zespół portowy wschodniej części Niemiec. Mimo szczerych chęci nie udało mi się zdążyć na prom do Danii. Przez trzy godziny jeździłem rowerem po porcie. W błąd wprowadziła mnie moja mapa, z której wynikało, że prom do Danii znajduje się w lewej części portu. W końcu zabrakło mi cierpliwości i postanowiłem zapytać kogoś o drogę. Pomógł mi pracujący w porcie rybak, który wyprowadził mnie z błędu. Gdybym zignorował mapę i wcześniej zapytał kogoś o drogę to najprawdopodobniej zdążyłbym na prom. Niestety spóźniłem się 15 minut. Następny prom odpływał dopiero 0 22.30, dlatego postanowiłem przenocować się jeszcze w Niemczech. Udało mi się znaleźć "Zimmer Frei" za 25DM, czyli jakieś 12 euro. Czwarty dzień: Wstałem o godzinie 7.30. Byłem głodny jak wilk, więc pierwsze co mi przyszło to głowy to zakupy. Problem polegał na tym, że w pobliżu nie było ani jednego otwartego sklepu poza ogromną hurtownią, gdzie trzeba było mieć specjalną kartę. Zrobiłem zakupy dzięki uprzejmości jednej z kasjerek, która uczyniła dla mnie wyjątek i pozwoliła zapłacić korzystając z jej własnej karty. Tego dnia również lało, a od morza wiał silny, zimny wiatr. Mój prom z Rostocku do duńskiego miasteczka Gedser odpływał dopiero o 11.30, więc przez dwie godziny czekałem w porcie. Do Danii przypłynąłem o godzinie 13.30. Od razu można było poczuć duński klimat. Wszędzie znajdowały się bardzo dobrze oznakowane drogi dla rowerzystów, a na polach stały charakterystyczne dla tego państwa wiatraki. Kierując się na północ nie mogłem się nadziwić, jak doskonale jest rozwiązana infrastruktura dla rowerzystów. Najprzyjemniejszy był przejazd przez most łączący małą wyspę Lolland z wyspą Sjlaeland. Był to najdłuższy most, jakim miałem okazję jechać rowerem. Humor poprawił mi się jeszcze bardziej, kiedy wyszło słońce i przestało padać. Zatrzymałem się w miejscowości Dalby, gdzie przespałem się w motelu. Piąty dzień: Dania jest niewielkim państwem i zwiedzenie wszystkich duńskich wysp samochodem nie zajęłoby więcej niż dwa dni. Do Kopenhagi zostało mi jeszcze 75 km. W tym czasie odbywały się zawody kolarskie, co zmobilizowało mnie do szybszej jazdy. Poza tym wiatr wiał mi w plecy, przez co moja średnia prędkość wzrosła do 27 km/h. Kiedy dotarłem do stolicy Danii, nie mogłem odmówić sobie wypicia zimnego piwa. Kopenhaga jest największym duńskim miastem, ale liczba ludności wynosi tutaj zaledwie 630 tysięcy mieszkańców. Jak zwykle pobłądziłem po mieście, ale w końcu udało mi się dotrzeć do największego, europejskiego mostu łączącego Danię ze Szwecją. Przedostanie się mostem Oresund z Kopenhagi do Malmö na rowerze nie jest możliwe, więc musiałem pojechać pociągiem. Bilet kosztował mnie w sumie 90 koron duńskich. Przyjechałem do Malmö o godzinie 19.15. Miałem kłopoty, żeby wydostać się z miasta, ale jeden z mieszkańców poruszający się na rowerze pokazał mi drogę do miasteczka Lomma. Szwedzkie drogi rowerowe są znacznie gorzej oznakowane niż w Danii, dlatego warto zaopatrzyć się w bardzo dokładną mapę. Mojej mapie brakowało tej dokładności i efekt był taki, że pobłądziłem. Zrobiło się późno i nie miałem możliwości spytać kogokolwiek o drogę. O godzinie 1.30 i przejechaniu prawie 230km postanowiłem przenocować się na ławce. Szósty dzień: Noce w Szwecji są z reguły bardzo zimne nawet w środku lata. Ubrany w krótkie spodenki odczułem to na własnej skórze. Przykryłem się ciepło śpiworem, ale i tak nie mogłem zasnąć z powodu niskiej temperatury. Jak tylko zrobiło się widno założyłem na siebie długie spodnie i kurtkę, a o godzinie 5.30 wyruszyłem dalej. Byłem wyczerpany, głodny i spragniony. Jechałem przez cały czas wybrzeżem kierując się na północ. Kiedy otworzyli pierwsze sklepy, kupiłem sobie coś do jedzenia i picia. Był to najprzyjemniejszy moment, ponieważ przez kilka godzin o niczym innym nie marzyłem. O godzinie 12.00 dojechałem do Helsingborgu. Wymieniłem szwedzkie korony na duńską walutę i popłynąłem do Danii. Miałem ochotę poleżeć sobie na plaży i odpocząć od fatalnie oznakowanej sieci szwedzkich dróg rowerowych. Po dwóch godzinach przespanych na gorącym piasku pojechałem do Roskilde, gdzie wziąłem motel. Siódmy dzień: Obudziłem się z nieprzyjemnym bólem. Ręce oraz plecy miałem poparzone od słońca i nie mogłem się nawet schylić, żeby spakować swoje rzeczy. Tego dnia chciałem dojechać do zachodniego wybrzeża. W między czasie pomyliłem drogę. Nie wiem, co mi się stało, ale w pewnym momencie całkowicie się zniechęciłem do całej wyprawy. Być może świadomość, że jestem tutaj sam daleko od domu nie pozwalała mi jechać dalej. Musiałem się uspokoić. Odpocząłem i w końcu mi przeszło. Dotarłem do Korsoru po czym zawróciłem i pojechałem w kierunku znanej mi już miejscowości Dalby. Przespałem się w tym samym motelu. Ósmy dzień: To był ostatni dzień w Danii. Na początku chciałem pojechać do Gedseru i wracać do Polski przez Rostock, ale nie zdążyłbym na prom i musiałbym znowu czekać kilka godzin na następny. Istniało jeszcze jedno rozwiązanie, żeby pojechać rowerem do Rodby i stamtąd popłynąć do Puttgarden w Niemczech. Pomysł wydawał się bardzo dobry, ponieważ cieśnina między Danią i Niemcami w tym miejscu jest bardzo wąska, a prom kursuje co godzinę. Z drugiej strony miałbym więcej kilometrów do przejechania i cała podróż wydłużyłaby się o jeden dzień. Mimo to zdecydowałem się na to rozwiązanie. Dotarłem do portu w Rodby i wjechałem na pokład promu, który minutę później odpływał z Danii. Po 45 minutach znalazłem się na terytorium Niemiec. Wiatr był tak silny, że ledwo mogłem utrzymać równowagę na rowerze. Poza tym ochłodziło się, więc zamiast zmagać się z niekorzystną pogodą wolałem poszukać jakiegoś taniego noclegu. Udało mi się taki znaleźć koło miejscowości Groemitz. w prywatnym domku bardzo sympatycznej, starszej pani, która za 40DM wynajęła mi pokój wraz z wyżywieniem.
Dziewiąty dzień: Wstałem o 8.00, a na mnie czekało już pyszne śniadanie. Byłem bardzo zadowolony i aż żal było mi wyjeżdżać patrząc jak wszyscy domownicy mile mnie żegnają. Spakowałem sakwy i wyruszyłem w kierunku miasta Luebeck. Dzięki uprzejmej pomocy przypadkowych przechodniów udało mi się sprawnie opuścić miasto. Jadąc przez cały czas drogą nr 104 dotarłem do miasta Schwerin. Tam znalazłem tani hotel, w którym się zatrzymałem. Dziesiąty dzień: Już bardzo chciałem wrócić do domu. Nie miałem ochoty robić ani zdjęć ani dłuższych przerw na odpoczynek. Świadomość, że już niedługo będę w Polsce dodawała mi sił i dużego samozaparcia. Przejeżdżałem przez takie miejscowości jak Parchim, Pritzwalk Kyritz oraz Neuruppin. Kilometry uciekały mi w błyskawicznym tempie, a kiedy dotarłem już do Liebenwalde na moim liczniku pojawiła się liczba 240km. Do Berlina zostały mi już tylko trzy godziny pedałowania. Jedenasty dzień: Ostatni dzień mojej podróży i ostatnia noc spędzona w hotelu. Oczywiście jak zwykle musiał padać deszcz. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tej pogody, która przez większość wyprawy mnie nie rozpieszczała. Postanowiłem pojechać do Berlina i stamtąd wrócić pociągiem do Poznania. Na dworcu w Berlinie okazało się, że powrót pociągiem wcale nie jest taki prosty. Problem stanowił mój nietypowy bagaż, czyli rower. Musiałem kupić bilet do Kostrzyna z przesiadką na pociąg do Poznania. Na odjazd z Berlina czekałem 4 godziny. W tym czasie mógłbym z powodzeniem dojechać rowerem do granicy. Do Kostrzyna dotarłem o godzinie 17.30. Jak się dowiedziałem, ze następny pociąg mam dopiero za trzy godziny to się zdenerwowałem, wsiadłem na rower i pojechałem w kierunku Poznania. Pod Skwierzyną zaczęło lać jak z cebra i taka pogoda utrzymywała się przez całą drogę. O 1.30 w nocy szczęśliwie dotarłem do domu. Czułem zmęczenie, ale moje zadowolenie z ukończonej wyprawy było tak silne, że i tak nie mogłem zasnąć.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.expeditions.prv.pl/
|
|
|
|
|