|
|
|
|
|
Wyprawa rowerowa do Saint Michel |
|
DRUGA WYPRAWA od 21.06.2001 do 13.07.2001 To była wspaniała wyprawa, z której jest dumny. Pokonałem samotnie 4200 km w ciągu trzech tygodni, a najwięcej w ciągu jednego dnia udało mi się przejechać 320 km. Pierwszy dzień: Mój bagaż znacznie się powiększył niż w zeszłym roku. Między innymi doszedł mi namiot, materac, statyw oraz kamera, przez co wszystko razem ważyło prawie 30kg. Sam ciężar bagażu mnie nie przerażał. Zastanawiałem się tylko, jak to pomieścić w sakwach, a następnie założyć na niewielki bagażnik mojego wysłużonego górala. Po godzinie uporałem się ze wszystkim i mój rower był już gotowy do podróży. Rano przez cały czas padał deszcz. Jak tylko przestało padać, pożegnałem się z rodzicami i wyruszyłem w drogę. Pojechałem tak jak zwykle w stronę Kostrzyna. Początkowo ciężko było mi utrzymać równowagę w czasie jazdy ze względu na tylne obciążenie, ale już po 50km udało mi się w pełni opanować mój rower. Popołudniu pojawiły się na niebie szare, gęste chmury. Zdenerwowałem się, jak poczułem pierwsze krople deszczu na mojej twarzy. Jazda była bardzo trudna i męcząca. Nic dziwnego, skoro przez cały rok mój rower stał praktycznie w garażu i nie był w ogóle przeze mnie eksploatowany. Do Kostrzyna dotarłem dopiero o godz. 21.00. Stwierdziłem, że lepiej będzie przespać się jeszcze w Polsce niż przekraczać granicę i włóczyć się w nocy po niemieckich wsiach. Znalazłem tani hotel, gdzie za 60zł wynająłem sobie pokój. Niestety ciężko było mi zasnąć, ponieważ przez całą noc goście z Niemiec przyjeżdżali odwiedzać hotelowe panienki. Drugi dzień: Wstałem wcześnie rano. Widok deszczowej pogody nie nastrajał mnie pozytywnie. Przy pakowaniu miałem kłopot, żeby założyć sakwy, ponieważ rozleciał mi się bagażnik. Całe szczęście, że w hotelu mieli odpowiednią śrubę, bo w przeciwnym razie zakończyłbym swoją podróż jeszcze w Polsce. Po naprawieniu bagażnika i zrobieniu zakupów w miejscowym sklepiku, przekroczyłem granicę polsko-niemiecką. Pojechałem w kierunku miejscowości Finow Eberswalde, przez którą przejeżdżałem już podczas mojej pierwszej wyprawy. Przez cały czas trzymałem się drogi nr 167, aż w końcu dojechałem do miasta Neuruppin. Chciałem znaleźć camping, żeby wytestować mój nowy, dmuchany materac, ale niestety nigdzie w pobliżu nie było pola namiotowego. Udało mi się natomiast wynająć pokój w prywatnym pensjonacie "Zum Alten Fritz". Muszę przyznać, że spało się w nim bardzo przyjemnie. Tego dnia przejechałem zaledwie 180 km. Nie było to dużo, ale w sumie nigdzie mi się nie spieszyło. Trzeci dzień: W końcu zrobiło się ciepło i słonecznie, czyli tak jak powinno być od początku. O 9.30 opuściłem Neuruppin i pojechałem dalej kierując się bez przerwy na zachód. Północno-środkowa część Niemiec to teren nizinny, dlatego jazda na rowerze jest tutaj bardzo prosta i przyjemna. Myślę, że nikt nie miałby problemu z pokonaniem tej trasy. Wystarczy trzymać się drogi nr 190 i można mieć pewność, że się nie zabłądzi. Przejeżdżałem przez przez takie miejscowości jak Havelberg, Werben, Seehausen oraz Salzwedel. Bardzo miło wspominam przejazd przez Havelberg. Położne nad rzeką Hawelą miasteczko jest małym, ale charakterystycznym punktem Saksonii. Przez całą drogę towarzyszyło mi słońce oraz błękitne niebo. Zatrzymałem się ostatecznie we wsi Wittingen. Tam znalazłem pensjonat za 50 marek. Mimo że przejechałem ponad 200 km to nie czułem dużego zmęczenia. Być może dlatego, że jak już wcześniej wspomniałem odcinek ten był bardzo prosty i pozbawiony jakichkolwiek podjazdów. Czwarty dzień: Powoli zacząłem czuć klimat zachodnich Niemiec.. Przejeżdżając przez Celle, Nienburg oraz Sulingen doszedłem do wniosku, że różnica między wschodnią a zachodnią częścią tego kraju jest nadal widoczna. Warunki na drodze były tak samo dobre jak wczoraj. Podjazdy zdarzały się rzadko, a nawet jeśli występowały to były one krótkie i łagodne. O godzinie 22.00 udało mi się dojechać do miejscowości Diepholz, ale musiałem pojechać jeszcze 15 km na południe, aby przespać się na campingu w Lembruch. Na polu namiotowym spotkałem grupę Niemców, którzy oblewali swoją maturę. Nawiązałem z nimi kontakt. Dziwili się, że chciało mi się jechać rowerem tak daleko, ale jak im zdradziłem prawdziwy cel mojej podróży to nie mieli więcej pytań. Dali mi klucz do łazienki oraz żeton, abym mógł wziąć sobie ciepły prysznic. Byłem im za to bardzo wdzięczny, ponieważ inaczej nie mógłbym się wykąpać, a bardzo mi na tym zależało. O północy miałem gotowy namiot do spania. Piąty dzień: Tej nocy spałem fatalnie. Ręce miałem poparzone od słońca i z powodu piekącego bólu nie mogłem zasnąć. Na skórze wyszło mi mnóstwo małych bąbelków z wodą. Popełniłem błąd, że nie wysmarowałem się wcześniej kremem. Twarz miałem spuchniętą ze zmęczenia, a oczy podkrążone jakbym nie spał co najmniej tydzień. Poza tym byłem głodny. Postanowiłem szybko się spakować i poszukać jakiegoś sklepu albo baru. Przejechałem 20km i dotarłem do Neuenkirchen, gdzie za 25 marek (około 13 Euro) zjadłem sobie rybę z ryżem i sałatką. W sumie i tak się nie najadłem, ale żeby nie tracić dalej czasu, pojechałem w kierunku Holandii. Ostatnim niemieckim miastem graniczącym z Holandią jest Nordhorn. Przekroczyłem granicę i znalazłem się w kraju tulipanów. Ucieszyłem się na widok szerokich i doskonale oznakowanych dróg rowerowych. Poza tym w Holandii w przeciwieństwie do Niemiec bardzo łatwo jest znaleźć camping. Zanim się ściemniło, zatrzymałem się na polu namiotowym w Markelo. Trudno w to uwierzyć, ale byłem jedyną osobą na campingu. Szósty dzień: Jak tylko się obudziłem, spakowałem wszystkie swoje rzeczy i pojechałem w kierunku Amsterdamu. W pewnym momencie poczułem, że nie mogę się porządnie rozpędzić. Pękła mi tylna felga. Przez kilkanaście kilometrów musiałem się męczyć, żeby dojechać do miasta Deventer. Tam znalazłem sklep rowerowy. Zapłaciłem 119 guldenów (około 30 Euro) za nowe koło, ale nie policzono mi nic za samą naprawę. Straciłem bardzo dużo czasu. Gdyby nie to zdarzenie to tego dnia bez problemu dojechałbym do stolicy Holandii. Bardzo miło wspominam przejazd przez Amersfoort. Miasto ze swoją siecią kanałów wodnych przypomina trochę Wenecję, ale jest o wiele czystsze. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak zadbanych trawników. Po pokonaniu zaledwie 125 km, zatrzymałem się na campingu koło Soest, gdzie spotkałem starsze małżeństwo podróżujące na rowerach. Opowiadali mi o swoich wyprawach rowerowych. Bardzo dużo Holendrów w różnym wieku zwiedza swój kraj w ten właśnie sposób. Po pierwsze jest to możliwe dzięki bogato rozwiniętej sieci dróg rowerowych, a po drugie rower odgrywa w Holandii zdecydowanie większą rolę niż w innych krajach. Siódmy dzień: Zostało mi tylko 45km do Amsterdamu, czyli jakieś dwie godziny pedałowania. Nie było potrzeby się spieszyć. Zapłaciłem za camping i pojechałem w stronę holenderskiej stolicy. Radość z przejechania drogi z Poznania do Amsterdamu była ogromna. Zanim wjechałem do miasta zrobiłem kilka zdjęć. Czułem się jak w raju dla rowerzystów, ale patrząc na ludzi siedzących w coffeshopie stwierdziłem, że jest to raj dla wszystkich osób chcących poczuć prawdziwą wolność w najbardziej liberalnym kraju Europy. Sam fakt legalizacji narkotyków miękkich w Holandii to tylko kropla w morzu praw, jakie mają obywatele tego państwa. Po trzech godzinach spędzonych w Amsterdamie pojechałem dalej na zachód. Nie miałem żadnych kłopotów, żeby wydostać się z miasta. W końcu dotarłem do zachodniego wybrzeża do miasteczka Zandvoort. Kusiło mnie, żeby się wykąpać w morzu, ale nie miałem możliwości pozostawienia roweru. Wzdłuż holenderskiego wybrzeża wybudowana jest specjalna droga rowerowa, która biegnie aż do Hoek van Holland. Tam znalazłem camping, na którym się zatrzymałem. Tego dnia wiał bardzo silny wiatr. Jazda na rowerze była przez to bardzo trudna, wolna i nieprzyjemna. Bywały momenty, że nie mogłem jechać szybciej niż 10km/h. W sumie przejechałem tylko 160km i byłem tak wyczerpany, że nie miałem na nic ochoty. Ósmy dzień: Hoek van Holland, w którym się zatrzymałem to typowe, holenderskie miasteczko portowe. Żeby się z niego wydostać musiałem przepłynąć promem na drugi brzeg. Z oczywistych przyczyn nie wybudowano w tym miejscu mostu, ponieważ taka inwestycja była całkowicie nieopłacalna. Most musiałby być odpowiednio wysoki, żeby mogły pod nim przepływać statki. Przeprawa promem trwała bardzo krótko i już po 10 minutach znalazłem się w miejscowości Brielle. Cały czas jechałem na południe w kierunku Belgii. To był jeden z najprzyjemniejszych odcinków podczas całej wyprawy. Słońce świeciło bez przerwy. Silny wiatr wiał mi prosto w plecy. Moja średnia prędkość wrosła dzięki temu do 30km/h. Z daleka podziwiać mogłem piękne, piaszczyste i bardzo szerokie plaże. Kiedy dotarłem do Vlissingen, musiałem popłynąć promem do Breskens. Na granicy belgijsko-holenderskiej stała policja i przeszukiwała samochody przemycające narkotyki. Przekraczając granicę nie wzbudziłem podejrzeń i dzięki temu uniknąłem kontroli. Zatrzymałem się w miejscowości De Hann, gdzie znalazłem camping "Esmeralda". Był to najgorszy camping, na którym spałem. Miałem problem z rozbiciem namiotu i umyciem się. Dziewiąty dzień: Belgia jest wyjątkowo małym państwem. Przejazd rowerem przez ten kraj zajęło mi pół dnia. Jadąc wzdłuż wybrzeża przekroczyłem w końcu granicę belgijsko-francuską. Zdziwił mnie fatalny stan francuskich dróg. Powierzchnia była chropowata, a pobocze zbyt wąskie. Zwiedziłem Dunkierkę, która ze względu na swoje położenie nad Morzem Północnym odgrywała bardzo ważną rolę strategiczną dla wojsk alianckich w czasach I i II wojny światowej. Obecnie miasto to znane jest ze swojego bardzo dobrze rozwiniętego przemysłu ciężkiego, a także rozbudowanego portu handlowego. Chcąc wydostać się z miasta zacząłem pytać ludzi o drogę. Z przykrością informuję, że Francuz znający języki obce to rzadkość. Jeden z mieszkańców próbował mi wskazać właściwą drogę, ale niestety nie pomógł mi wcale. W końcu sam wydostałem się z miasta. Później znów pomyliłem drogę jadąc w kierunku Calais. Przez godzinę błądziłem po ogromnym porcie. Nigdzie nie było odpowiedniego drogowskazu. Do dziś nie wiem, jak udało mi się stamtąd wyjechać. Wieczorem dotarłem do Calais, niewielkiego miasta położonego nad Cieśniną Kaletańską, gdzie wybudowano tunel łączący Francję z Wielką Brytanią. Ze względu na bardzo wysokie i wyczerpujące podjazdy postanowiłem zatrzymać się na przepięknie położonym campingu w Escalles. Dziesiąty dzień: Spałem tak długo, dopóki słońce nie nagrzało mojego namiotu do tego stopnia, że nie dawało się w nim dłużej wytrzymać. Przede mną czekał trudny odcinek, czyli kilka wysokich podjazdów. Ciężko byłoby wjeżdżać pod górę na rowerze z obwieszonymi sakwami bez odpowiedniego posiłku, dlatego zjadłem wysokokaloryczne śniadanie. Jechałem wzdłuż linii brzegowej trzymając się drogi nr 940. Przejeżdżałem między innymi przez takie miasta jak Bologne, Etaples i Berck. Co jakiś czas zatrzymywałem się, żeby z zazdrością popatrzeć na paralotniarzy unoszących się nad wybrzeżem francuskim. Zawsze marzyłem o lataniu, ale niestety mam lęk wysokości. W pobliżu miejscowości le Treport uciekło mi powietrze z tylnego koła. Stan mojej opony był opłakany. Przetarta i pozbawiona bieżnika nie nadawała się praktycznie do niczego. Na dodatek zrobiła się w niej dziura. Niestety w pobliżu nie było sklepu rowerowego, w którym mógłbym kupić nową oponę, więc wymieniłem dętkę i zakleiłem dziurę łatkami. Zajęło mi to 45 minut. Wieczorem dojechałem do miasta Dieppe i tam wziąłem sobie hotel. Jedenasty dzień: Wstałem wcześnie rano z zamiarem kupna nowej opony do tylnego koła. W całym mieście nie mogłem znaleźć ani jednego sklepu rowerowego. Mogłem się tylko modlić i mieć nadzieję, że uda mi się przejechać jeszcze kilkadziesiąt kilometrów bez awarii na drodze. Rozstałem się na jakiś czas z wielką wodą i wjechałem w głąb Normandii. Jadąc wcześniej wzdłuż linii brzegowej, chłodziła mnie morska bryza. Teraz ciężko było mi przyzwyczaić się do wysokiej temperatury. Po chwili skończyło mi się picie i zaczęło dokuczać mi pragnienie. Przejeżdżałem przez kilka francuskich wsi, ale nigdzie nie było otwartego sklepu. Dopiero po 30km dojechałem do najbliższej stacji benzynowej, gdzie pozwolono napić mi się wody z kranu. Czułem się jakbym trafił do oazy w samym środku pustyni. Miałem dość tego upału i ubogiej infrastruktury. Kierując się na południowy zachód dotarłem w końcu nad Sekwanę. Przekroczyłem rzekę jadąc długim, wysokim mostem rzucającym się w oczy już z kilku kilometrów. Widok z niego na dolinę Sekwany był niesamowity. Zatrzymałem się kilkadziesiąt kilometrów dalej na campingu w małej miejscowości Lisieux, położonej w samym centrum Normandii. Dwunasty dzień: Opuściłem camping wcześnie rano. Burczenie w brzuchu dawało mi do zrozumienia, że najwyższy czas napełnić mój wygłodniały żołądek. Usiadłem na ławce koło kościoła i rozpocząłem swój poranny rytuał opychania się. W tym momencie podszedł do mnie niski facet z dużym brzuchem i w siwych, długich włosach. Pochodził z Kanady, więc mówił bardzo dobrze zarówno po angielsku jak i po francusku. Zaczął mnie wypytywać skąd przyjechałem. Przyznał mi rację, że nie jest łatwo dogadać się we Francji bez znajomości obowiązującego w tym państwie języka. Po godzinnej rozmowie z przypadkowo poznanym mieszkańcem Lisieux pojechałem dalej w kierunku Saint Michel. Tego dnia było potwornie gorąco. Temperatura dochodziła do 40 stopni w cieniu. Bałem się, że moja opona w każdej chwili może pęknąć i jak się później okazało miałem rację. Usłyszałem przeraźliwy huk. Znowu musiałem w prymitywny sposób zakleić dziurę. W przeciwnym razie byłbym zmuszony pchać rower przez kilkanaście kilometrów do najbliższego miasteczka nie mając żadnej pewności, że znajdę w nim sklep rowerowy. Skleiłem i zamieniłem tylną oponę z przednią, żeby nie była narażona na zbyt duże obciążenie. Jechałem tak przez kilkadziesiąt kilometrów. Dotarłem do miasta Falaise, gdzie spotkałem młodego Syryjczyka. Poprosiłem go o wskazanie mi drogi do upragnionego sklepu rowerowego. Był tak miły, że mnie tam zaprowadził i wytłumaczył wszystkim o co mi chodzi. Później on i jego kolega dali mi butelkę wody i pozwolili umyć ręce, które miałem czarne od smaru. Pożegnałem się z Syryjczykami i opuściłem Falaise. Wieczorem dotarłem do Flers i zatrzymałem się w hotelu. Trzynasty dzień: Do Saint Michel pozostało mi tylko 100 km. Świadomość, że jestem już tak blisko upragnionego celu wydawała mi się abstrakcyjna. Wolałem się upewnić, czy jadę we właściwym kierunku. Zaczepiłem pierwszego, napotkanego przechodnia pytając go dla pewności o drogę do klasztoru mnichów. Nie mówił po francusku, więc zaczął mi coś tłumaczyć po angielsku. Kiedy usłyszałem z jego ust: "There is a znak" to już wiedziałem, że dalsza konwersacja w tym języku jest zbędna i rozpoczęliśmy rozmowę od początku. Okazało się, że chłopak też studiuje w Poznaniu i podobnie jak ja przyjechał do Francji na wakacje. Miło było spotkać kogoś z Polski po tylu dniach samotnego pedałowania. Do Saint Michel dotarłem dopiero o godzinie 15.00. Myślałem, że będę wcześniej, ale warunki pogodowe znacznie spowolniły moją jazdę. Wzgórze, na szczycie którego znajduje się słynne opactwo Benedyktynów, widać już z kilku kilometrów. Miejsce to słynie z największych przypływów i odpływów na świecie. Miałem ogromne szczęście, ponieważ udało mi się przyjechać i zobaczyć to niesamowite zjawisko od początku do końca. Opactwo zostało założone w 966 roku i aż ciężko sobie wyobrazić, że udało się je wybudować mnichom na tak małej granitowej wysepce. Miejsce to przypomina trochę średniowieczne miasteczko, które odwiedzają setki turystów z całego świata. O 18.00 zaczęło padać. Opuściłem wzgórze Saint Michel i zatrzymałem się w pobliskim hotelu. Czternasty dzień: Wstałem o godzinie 8.00 rano, żeby opracować trasę do Paryża Pierwsze 100 km jechałem tą samą drogą co poprzedniego dnia, a później skierowałem się lekko na południe. Trasa była bardzo przyjemna ze względu na brak jakichkolwiek podjazdów. Szare, gęste chmury chroniły mnie przed dokuczliwym słońcem, dzięki czemu mogłem szybciej jechać i robić mniej postojów. Po pokonaniu 220 km dotarłem do małej miejscowości Verneuil. Tam znalazłem camping, na którym postanowiłem rozbić namiot. Było jeszcze widno. Nie miałem przy sobie pieniędzy, więc liczyłem na to, że uda mi się zapłacić kartą. Niestety, starsza pani pracująca w recepcji nie zgadzała się na tę formę płatności. Próbowałem jej wytłumaczyć, że nazajutrz wybiorę pieniądze z karty i jej zapłacę. Minęły dwie godziny, a ja dalej siedziałem w recepcji. Już się bałem, że będę musiał szukać innego campingu, ale stała się rzecz niespodziewana. Jakaś młoda dziewczyna i jej chłopak widząc jak bezskutecznie próbuję się dogadać ze starszą panią, dali mi pieniądze na camping. Był to bardzo miły gest z ich strony. Podziękowałem im za to obiecując, że po powrocie oddam im te pieniądze, ale oni nawet nie chcieli o tym słyszeć. Wymieniliśmy się za to adresami e-mail'owymi, po czym uradowany rozbiłem namiot i poszedłem spać. Piętnasty dzień: Nie spodziewałem się, że tak szybko uda mi się dotrzeć do stolicy Francji. Od Vernuil do Paryża przejechałem sto kilkadziesiąt km. Często musiałem pokonywać bardzo strome, kilkustopniowe podjazdy. Jeden z nich zmusił mnie nawet do zejścia z roweru i pchania go pod górę. Pogoda przez cały czas była idealna. Nie świeciło słońce, nie padało, a co najważniejsze, wiał bardzo przyjemny i chłodzący wiaterek. Dopiero później zaczęło kropić i zanosiło się na porządną burzę, dlatego chciałem prędko znaleźć jakiś hotel. Nie wiem jakim cudem udało mi się nie pogubić w tej ogromnej, miejskiej dżungli jaką jest Paryż nie mając ze sobą żadnej, dokładnej mapy tego miasta. Liczyłem na pomoc mieszkańców, ale bywało, że ci także nie byli zorientowani. Zatrzymałem się w małym, arabskim hotelu niedaleko centrum. Co prawda nie miałem widoku z okna na wieżę Eiffla, ale przynajmniej schroniłem się przed burzą. Szesnasty dzień: Pierwszy raz w Paryżu byłem w 1992 roku. Pamiętam, że jako mały chłopiec chodziłem z rodzicami po kilkanaście km dziennie i zwiedzałem po kolei wszystkie najważniejsze punkty tego miasta. Postanowiłem odświeżyć sobie pamięć i przejechać się jeszcze raz po centrum Paryża. Zacząłem oczywiście od najbardziej charakterystycznej budowli, czyli wieży Eiffla. Setki turystów czekało z niecierpliwością w długiej kolejce, żeby tylko dostać się na szczyt tej stalowej konstrukcji. Ja zadowoliłem się widokiem z dołu. Po dokładnym sfotografowaniu wieży Eiffla pojechałem pod Łuk Tryumfalny, od którego rozciągają się promieniście najbardziej znane ulice Paryża. Przejechałem całą aleję Champs-Elysees i dostałem się do placu de la Concorde. Stamtąd dojechałem do Luwru. Uwieczniłem na zdjęciu mój rower na tle szklanych piramid, żeby nie było wątpliwości. Jadąc dalej przed siebie trafiłem do katedry Notre Dame. Na tym etapie chciałem zakończyć zwiedzanie Paryża. W sumie minęły 3 godziny. Zatrzymałem się na chwilę na placu koło centrum Pumpidou. Spotkałem tam ulicznych artystów mówiących po polsku. W ich oczach widać było lekkie zdziwienie, ale też wzruszenie, kiedy im powiedziałem, że przyjechałem na rowerze z Polski. Przy okazji spytałem ich, jak wydostać się miasta. Sytuacja nie była taka prosta. Bez przerwy zaczepiałem różnych ludzi z prośbą o wskazanie mi właściwego kierunku. Musiałem jechać na północ w stronę lotniska, a dopiero później skręcić na wschód. Z Paryża wydostałem się późnym popołudniem. Odczułem ogromną ulgę oraz satysfakcję. Po przejechaniu kilkudziesięciu km dotarłem do miasteczka Soissons, gdzie przespałem się na campingu. Siedemnasty dzień: To był mój ostatni dzień we Francji. Wstałem wcześnie rano, żeby nie tracić czasu. Poprzedniego dnia sądziłem, że dojadę dalej niż Soissons, ale jak wiadomo większość dnia spędziłem w Paryżu. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Z jednej strony się cieszyłem, a z drugiej obawiałem się upału. Na szczęście nie był aż tak dokuczliwy. Narzekać mogłem jedynie na brak otwartych w niedzielę sklepów, a potwornie chciało mi się pić. Pragnienie ugasiłem dopiero na stacji benzynowej. Zanim pożegnałem się z Francją, zatrzymałem się na obiedzie w małym miasteczku Fumay, położonym tuż przy granicy francusko-belgijskiej. Ze wszystkich stron otaczały mnie niewysokie, w całości pokryte lasami góry. Przeprawa przez nie kosztowała mnie sporo wysiłku. Humor poprawiał mi się za każdym razem, kiedy po długim wyczerpującym wjeździe pod górę, czekał na mnie wspaniały, kilkukilometrowy zjazd. Wieczorem przekroczyłem granicę i znalazłem się w Belgii. Przejechałem jeszcze kilkanaście km. Przespałem się w małym, przydrożnym hoteliku koło miejscowości Rochefort. Osiemnasty dzień: Droga przez Belgię była bardzo trudna ze względu na górzysty teren, przez który musiałem się przedrzeć. Jedna rzecz mnie zaskoczyła. Wydawało mi się, że w Europie nie ma gorszych dróg niż w Polsce, ale zmieniłem zdanie. Powierzchnia drogi, po której jechałem była zdarta do tego stopnia, że bałem się rozpędzić podczas zjazdów. Trzeba było także uważać, żeby nie wpaść w jakąś dziurę, ponieważ w przeciwnym razie przedarłbym oponę, a nawet wygiąłbym felgę. Taki stan dróg utrzymywał się przez kilkadziesiąt km. Sytuacja się poprawiła, kiedy zbliżałem się do granicy belgijsko-niemieckiej. Ucieszyłem się, kiedy znalazłem się na terytorium Niemiec. W sumie zostało mi 89 km do Kolonii. Sądziłem, że nie dam rady tam dojechać, ale miałem szczęście. Na szosie spotkałem młodego kolarza, który przygotowywał się do zawodów. Jechał w tym samym kierunku co ja. Zmotywował mnie, żeby troszeczkę przyspieszyć. W ten sposób ostatnie 60 km pokonałem w ciągu dwóch godzin. Podczas jazdy rozmawialiśmy ze sobą, dzięki czemu czas minął mi bardzo szybko. Na końcu wskazał mi najkrótszą drogę do miasta. Znalazłem tani hotel niedaleko centrum. Dziewiętnasty dzień: Kolonia jest jednym z najbardziej znanych i najładniejszych miast niemieckich, położonym nad rzeką Ren. Odgrywa ważną rolę nie tylko jako wielki ośrodek przemysłowy, ale także jako centrum kulturowe Niemiec. Mimo ogromnych zniszczeń, jakich miasto doznało w czasie drugiej wojny światowej, udało się odbudować większość budowli powstałych jeszcze w okresie średniowiecza między innymi słynną katedrę, która od wieków uważana jest za symbol Kolonii. Gotycki styl stwarza pozorne wrażenie lekkości całej konstrukcji, a jej wysokość wynosi 157 metrów. Po sfotografowaniu katedry ze wszystkich stron, przekroczyłem rzekę Ren i pojechałem w kierunku Berlina. Obawiałem się, że przejechanie zagłębia Ruhry sprawi mi mnóstwo kłopotów. Na mapie wyglądało to przerażająco. Nie mogłem się połapać patrząc na skomplikowaną sieć wzajemnie przeplatających się dróg i autostrad. W rzeczywistości sytuacja okazała się znacznie prostsza. Wystarczyło trzymać się drogi nr 51, żeby bez problemu wydostać się z miasta. O 23.00 dojechałem do miejscowości Brilon. Byłem całkowicie wyczerpany, ponieważ znowu musiałem przedzierać się przez góry tym razem Góry Rudowłose. Nie mogłem znaleźć hotelu, więc pojechałem na komisariat policji sądząc, że ktoś mi tam pomoże. Jeden z policjantów zadzwonił do oddalonego o kilka km hotelu i poinformował właściciela, że niedługo się tam zjawię. Dwudziesty dzień: Był to jeden z najciekawszych odcinków z całej podróży. Fakt, że dalsza przeprawa przez góry męczyła mnie strasznie, ale jazda przez przepiękne i nieskażone cywilizacją parki narodowe była tego warta. Położony na wschód od Kolonii, lesisty Sauerland jest chętnie odwiedzanym zarówno latem jak i zimą terenem rekreacyjnym. Krajobraz tego regionu określają Góry Rudowłose (Rothaargebirge) o płaskich, pokrytych zieloną szatą szczytach. Turystów przyciągają także licznie rozmieszczone jeziora położone w samym centrum leśnej wyżyny. Dojechałem do Hohenwepel, a później przez cały czas trzymałem się drogi nr 241. Jadąc tą trasą dotarłem do Gór Harzu. Ostatnie 40 km pochłonęło mi mnóstwo czasu i wysiłku. Zatrzymałem się na campingu w mieście Braunlage, które otaczają dwa wielkie parki narodowe: Harz oraz Hochharz. Najwyższy szczyt Brocken wznosi się 1142 m n.p.m. Dwudziesty pierwszy dzień: Opuściłem camping bardzo wcześnie i pojechałem w kierunku Halberstadt. Za Górami Harzu droga była płaska jak stół. Odetchnąłem z ulgą, ponieważ najtrudniejszy odcinek miałem już za sobą. Ostatnie 10 km do Magdeburga postanowiłem jechać autostradą. Pomysł wydawał się szalony i niebezpieczny zarazem, ale chciałem w ten sposób skrócić sobie drogę. Wszystkie samochody trąbiły na mnie, jakbym co najmniej blokował ruch na autostradzie. Zestresowany trzymałem się bardzo blisko pobocza i jechałem prawie dwa razy szybciej niż normalnie starając się ignorować dźwięki klaksonów. Gdyby zatrzymała mnie policja to z pewnością zapłaciłbym surowy mandat. Po 20 minutach zjechałem z autostrady i znalazłem się w Magdeburgu. Poczułem się, jakbym był już w domu, a zostało mi jeszcze ponad 350 km. Mimo to z uśmiechem na twarzy patrzyłem jak szybko rośnie liczba kilometrów na moim liczniku. Po przejechaniu 280 km dotarłem do Poczdamu. Wszystkie campingi były już pozamykane, dlatego postanowiłem przespać się na ławce. Dwudziesty drugi dzień: Zaczęło lekko kropić. Zamiast moknąć pod śpiworem, spakowałem się i o godzinie 5:30 nieprzytomny pojechałem w kierunku Berlina. Byłem całkowicie wyczerpany. Na stacji benzynowej przemyłem twarz oraz kupiłem coś do jedzenia. O godzinie 7.00 byłem już w centrum Berlina. Nie miałem zamiaru tutaj dłużej zostawać. Porobiłem jedynie kilka zdjęć i opuściłem stolicę Niemiec. Granicę polsko-niemiecką przekroczyłem o godzinie 14.30. Byłem szczęśliwy, że zostało mi tylko 180 km. Jechałem ze średnią prędkością 26 km/h nie czując nawet zmęczenia. W Skwierzynie rozleciał mi się bagażnik, ale jeden z mieszkańców miał odpowiednią śrubę i pomógł mi go naprawić. Straciłem przez to godzinę czasu. O godzinie 20.00 byłem w Pniewach, gdzie umówiłem się z kolegami na stacji benzynowej Aral. Jeden z nich mnie w ogóle nie poznał. Byłem brudny i wychudzony. Po godzinie rozmowy, pożegnałem się z nimi i pojechałem do Poznania nie zatrzymując się już po drodze ani razu. Do domu wróciłem o godzinie 23.00. Tego dnia pobiłem swój rekord pokonując w sumie 320 km. Podczas wyprawy schudłem 10 kg.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.expeditions.prv.pl/
|
|
|
|
|