Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wyprawa rowerowa na Gibraltar
TRZECIA WYPRAWA
od 21.06.2002 do 31.07.2002


Wstęp

33.jpg Po udanej wyprawie do Francji i pokonaniu ponad 4000 km stwierdziłem, że równie dobrze można pojechać jeszcze dalej. Chęć wyprawienia się rowerem do Afryki męczyła mnie przez cały rok aż do następnych wakacji. Zastanawiałem się, ile czasu potrzeba, aby pokonać trasę wiodącą przez całą Europę Zachodnią. Stwierdziłem, że będę potrzebował co najmniej dwóch miesięcy biorąc pod uwagę gorący, południowy klimat oraz przeprawy przez wysokie góry. Niewątpliwie podróżowanie samemu przez tyle czasu wymaga odpowiedniego nastawienia psychicznego. Równie ważny jest dobry sprzęt oraz wystarczający budżet, bez którego planowanie jakiejkolwiek wyprawy byłoby niemożliwe. Obawiając się, że mój kochany, zasłużony góral może już nie wytrzymać kolejnej porcji tylu tysięcy kilometrów, postanowiłem zainwestować część pieniędzy w nowy rower. Wydatek rzędu 3500 zł potraktowałem jako konieczność zważywszy, że głównie od tego zakupu zależał cały sukces mojej  przyszłej wyprawy. Kupiłem także większe sakwy rowerowe i torbę z mapnikiem mocowaną na kierownicy. Było to bardzo wygodne, ponieważ poza mapą miałem zawsze aparat i kamerę pod ręką. Pod względem technicznym wszystko zapiąłem na ostatni guzik. Pożegnałem się ze wszystkimi i rozpocząłem swoją kolejną, wielką, rowerową przygodę

DZIEŃ 1 „Męka przez polskie drogi”      
odcinek:     Poznań – Słubice
dystans:     187,96 km

34.jpg Odcinek z Poznania do granicy polsko-niemieckiej można podzielić na trzy etapy. Pierwsze 50 km do Pniew jedzie się świetnie pod warunkiem, że trzymamy się blisko pobocza i nie zwracamy uwagi na pędzące obok nas ciężarówki. Dopiero później zaczyna się prawdziwa męka przez polskie drogi, czyli drugi etap o długości 60 km. Chyba nikomu nie trzeba uświadamiać, jaki jest ich stan techniczny. Głębokie koleiny, dziury, brak pobocza i zdarty asfalt nie są najlepszą wizytówką naszego kraju. Co roku jest niby lepiej. Remontuje się te odcinki, które od dawna drogi już nie przypominają, buduje się nowe stacje benzynowe itd. Dzięki temu można spotkać więcej ”autostopowiczek”, które z rozkoszą się z nami zabiorą, jeśli mamy wolne miejsce i wypchany portfel. Niestety mój pojazd jest tylko jednoosobowy, więc panienki nie zwracały na mnie uwagi. Jeśli mamy dużo szczęścia i uda nam się w końcu dojechać do Skwierzyny to możemy odetchnąć z ulgą. Za tym miastem zaczyna się trzeci, najłatwiejszy etap. Warto jednak kupić sobie wcześniej coś do picia, ponieważ przez najbliższe 50 km nie ma ani jednego sklepu. Zazwyczaj granicę przekraczam w Kostrzynie, ale tym razem musiałem kierować się bardziej na południe, więc skręciłem na Słubice. Wieczorem zaczęło padać i zrobiło się chłodno, dlatego noc spędziłem  w niedrogim, przygranicznym hotelu.

DZIEŃ 2 „Pierwszy dzień w Niemczech”
odcinek:     Słubice - Torgau
dystans:     172,48 km

35.jpg Przed samym wjazdem do Niemiec zerwała mi się linka od tylnego hamulca. Ledwo zacząłem podróż, a tu już pojawia mi się pierwsza awaria. Niby nic wielkiego, ale w sumie nie wziąłem ze sobą zapasowej linki. Po prostu o niej zapomniałem. Na szczęście udało mi znaleźć w Słubicach sklep rowerowy, gdzie koszt naprawy wyniósł mnie zaledwie 6 zł. W Niemczech zapłaciłbym znacznie więcej. Przy okazji sprawdziłem pozostałe części w rowerze, żeby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości. Tymczasem pogoda  zmieniła się diametralnie. Wyszło słonce, zrobiło się ciepło, a mi powrócił dobry humor. Przekroczyłem granicę i wjechałem do Frankfurtu nad Odrą. W ten prosty sposób znalazłem się na terytorium Niemiec. Zatrzymałem  się na campingu w Torgau, małej niemieckiej miejscowości położonej nad jeziorem.

DZIEŃ 3 „Lepiej nie spać na poboczu”      
odcinek:     Torgau - Saalfeld
dystans:     około 220 km

36.jpg Pierwsza noc spędzona na campingu była bardzo przyjemna. Gorzej wspominam swój pierwszy posiłek na stacji benzynowej, ale jedno muszę przyznać. Stacja benzynowa to doskonałe miejsce, żeby się umyć, załatwić i najeść, a na dodatek czynna jest całą dobę. Tego dnia jechało mi się wspaniale. Wokół podziwiać mogłem wspaniały krajobraz Turyngii, pokrytej niezliczoną ilością lasów. Droga przecinała dolinę wzdłuż której płynęły potoki, a jadące w oddali pociągi przypominały zabawki. Bardzo spodobało mi się miasto Jena,  położone w samym środku tej doliny. O 22:00 dojechałem do miejscowości Saalfeld. Na liczniku miałem przejechane 200 km, ale postanowiłem jechać dalej. Nie zniechęcił mnie znak drogowy informujący o ośmiostopniowym nachyleniu zbocza. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, co tak naprawdę mnie czeka. Po godzinie przejechałem 6 km. Byłem całkowicie wyczerpany i pragnąłem odpocząć. Do najbliższego miasta miałem jeszcze kilkanaście km. Istniało jeszcze jedno rozwiązanie, aby zjechać z powrotem do Saalfeld, ale byłaby to syzyfowa praca. Wolałem zatrzymać się na poboczu. Oparłem swój rower o drzewo, nadmuchałem materac i położyłem się spać. Niestety wzbudziło to ciekawość nadjeżdżających kierowców, których zaniepokoił widok leżącego na poboczu rowerzysty. Później podjechał wóz policyjny. Wyszło z niego dwóch policjantów. Myślałem, że mnie zabiorą, ale spisali tylko moje dane i pojechali dalej. Mimo zmęczenia nie byłem w stanie zasnąć przez całą noc.  Przez pomyłkę skasowałem dane w liczniku, przez co nie mogłem uzupełnić tabelki.

DZIEŃ 4 „Każdy podjazd oznacza zjazd”
odcinek:     Saalfeld – Wurzburg
dystans:     178,17 km

37.jpg Zrobiło się widno. Było mi strasznie zimno, dlatego szybko się spakowałem i założyłem na  siebie bluzę. Całe ciało miałem pogryzione przez mrówki. Na dodatek dostałem jakiegoś dziwnego zakażenia skóry na twarzy. Byłem odwodniony, a w butelce zostały mi tylko dwa łyki wody. Marzyłem, żeby się gdzieś ogrzać i wykąpać.  Nie zastanawiając się dłużej wsiadłem na rower i pojechałem w stronę najbliższej wsi. Po godzinie dotarłem do jakieś małej miejscowości położonej wysoko w górach i zatrzymałem się na stacji. Tam spotkałem znajomych mi już policjantów, ale ci zachowywali się tak, jakby mnie widzieli pierwszy raz w życiu. W końcu wyszło słońce i zrobiło się ciepło. Po ciężkiej i wyczerpującej nocy czekała na mnie wspaniała nagroda w postaci długiego i stromego zjazdu.  Przyjemnie było jechać z prędkością 50 km na godzinę i wcale się przy tym nie męczac. Mógłbym jechać o wiele szybciej, ale wolałem nie ryzykować mając z tyłu 30 kg bagażu i brak kasku na głowie. Popołudniu postanowiłem przespać się na ławce, ale nie był to specjalnie długi sen. Niezbyt dobrze wspominam jeden odcinek z Coburga do Schweinfurtu ze względu na liczne moreny oraz duży ruch na drodze. Wieczorem dotarłem do Wurzburga zmęczony jak nigdy dotąd. Tym razem spałem w hotelu.

DZIEŃ 5 „Niepowtarzalny klimat Schwarzwaldu”
odcinek:     Wurzburg – Karlsruhe
dystans:     180,02 km

38.jpg Pierwsze dni wyprawy miałem już za sobą. Szybko przyzwyczaiłem się do niewygodnego siodełka i ciągłego pedałowania. Pakowanie szło mi na tyle sprawnie, że nie trwało ono dłużej niż 15 minut. Więcej czasu zajęło mi wydostanie się z Wurzburga. Po pokonaniu kilku nieprzyjemnych podjazdów, udało mi się w końcu opuścić to piękne miasto.  W oddali podziwiać mogłem wspaniały krajobraz Schwarzwaldu.  Widok pokrytych lasami gór w blasku zachodzącego słońca motywował mnie do dalszej jazdy. Przejeżdżając przez sieć porozrzucanych wokół miasteczek, powoli zbliżałem się do Karlsruhe. Po kilku godzinach dotarłem do wyznaczonego przez siebie celu, gdzie bez trudu znalazłem camping.

DZIEŃ 6 „Pierwszy dzień we Francji”
odcinek:     Karlsruhe – Bantzenheim
dystans:     189,27 km

39.jpg Im dalej na zachód Niemiec tym trudniej wydostać się z dużego miasta ze względu na bardzo rozbudowaną infrastrukturę. Nie wszystkie drogi rowerowe są czytelnie oznakowane, przez co łatwo się pogubić. Przez pomyłkę zjechałem nawet na autostradę, z której musiałem jak najszybciej uciec, aby uniknąć zapłacenia surowej kary. Powoli zaczęło mnie to irytować, dlatego zdecydowałem się poprosić kogoś o pomoc. Zatrzymałem jakiegoś starszego pana na rowerze jadącego po przeciwnej  stronie ulicy. Miałem ogromne szczęście, ponieważ owy pan okazał się bardzo miły. Przez 20 km miałem własnego przewodnika, który poprowadził mnie najkrótszą drogą do Rastatt. Podczas wspólnej rozmowy dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy między innymi o jednym z najpiękniejszych punktów Schwarzwaldu, jakim jest Baden-Baden. Być może wybiorę się tam kiedyś w przyszłości. W końcu dojechałem do Kell, ostatniego, niemieckiego miasta położonego nad rzeką Ren. Po przekroczeniu tej rzeki znalazłem się w Strasbourgu na terytorium Francji. Mimo, że w Europie Zachodniej nie ma granic, to na przejściu granicznym panował prawdziwy tłok. Ciężarówki przesuwały się w żółwim tempie blokując całkowicie drogę, a gęste spaliny unoszące się w gorącym i dusznym powietrzu uniemożliwiały oddychanie. Na szczęście droga rowerowa był pusta, dzięki czemu szybko wydostałem się z tej trującej pułapki.  Później jechałem wzdłuż rzeki po całkowicie płaskiej drodze mając po lewej stronie góry Schwarzwaldu, a po prawej Masyw Centralny. Nigdy nie zapomnę tego widoku  w czasie zachodu słońca, kiedy nad górami  przesuwały się różowe chmury, a droga pokryta była gęstą i bardzo niską mgłą. Był to jeden z najpiękniejszych odcinków w czasie mojej wyprawy. Zatrzymałem się w małym, tanim hoteliku w miejscowości Bantzenheim leżącej dokładnie w połowie drogi między Strasbourgiem a Mulhouse.

DZIEŃ 7 „Z Mulhouse do Besancon”
odcinek:     Bantzenheim - Besancon
dystans:     159,13 km

40.jpg Po tej nocy stwierdziłem, że lepiej wysypiam się we własnym namiocie  niż w hotelu. Po śniadaniu pojechałem w kierunku Mulhouse. Znowu trochę pobłądziłem, ale dzięki pomocy przypadkowych przechodniów udało mi się odnaleźć drogę do Belfort. Zaczęło padać. Deszcz delikatnie obmywał pot z mojego czoła w czasie jazdy. Droga wykuta była w skałach, a mocna, metalowa siatka oplatała skalne ściany tworząc zabezpieczenie przed odłamkami skalnymi. Słońce przez cały czas schowane było za gęstymi chmurami. Prąd w rzece był na tyle słaby, że nie zniekształcał odbijającego się w wodzie krajobrazu. Nadawało to niezwykłego charakteru położonym w dolinie miasteczkom.  Mimo zmęczenia i sporej liczby podjazdów dojechałem w końcu do Besancon, gdzie znalazłem camping.

DZIEŃ 8 „Unikaj barów na francuskich campingach”
odcinek:     Besancon – Villarsles Dombels
dystans:     200,16 km

41.jpg Wstałem głodny jak wilk, więc chciałem zjeść coś dobrego. Poszedłem do jakiegoś wstrętnego baru na campingu. Zamówiłem sobie hamburgera,  a dostałem starą bagietkę z frytkami w środku i przepalonym kawałkiem śmierdzącego mięsa. Było to tak obrzydliwe,  że do końca życia tego nie zapomnę. Ten „wykwintny posiłek”  zmusił mnie do jak najszybszego opuszczenia campingu i pojechania  w stronę miasta. Besanson, położony nad rzeką Doubs, liczy sobie zaledwie 125 tysięcy  mieszkańców. To właśnie tutaj narodziła się twórczość Victora Hugo, ale miasto to słynie także z produkcji zegarków i szkoły zegarmistrzowskiej. Mi najbardziej podobały się wysokie mury obronne nadające miastu średniowiecznego klimatu. Wyłożone granitem uliczki pozostały niezmienione od kilkuset lat. Po godzinie wyjechałem z miasta i przez cały czas zmierzałem drogą N83 w kierunku Lyonu. Koło miejscowości Arbois spotkałem parę rowerzystów jadących z północy Holandii do Marsylii. Dziennie pokonywali około 80 km i już od kilku tygodni byli w podróży. Bardzo spodobała mi się ich mapa rowerowa w postaci książeczki. Były na niej zaznaczone wszystkie szlaki rowerowe, campingi, sklepy spożywcze oraz serwisy, a każdy odcinek trasy znajdował się na osobnej stronie. Można byłoby zrobić dobry interes, gdyby zaczęto sprzedawać podobne mapy w Polsce. Im dalej jechałem na południe tym bardziej się rozpogadzało. Zatrzymałem się na campingu w Villarsles Dombels, małej miejscowości położonej 30 km na północ  od Lyonu.

DZIEŃ 9 „Lyon – jedno z najstarszych miast we Francji”
odcinek:     Villarsles Dombels - Charmes sur Rhone
dystans:     173,13 km

42.jpgUczulenie, które pojawiło się u mnie kilka dni temu na twarzy zaczęło mi bardzo przeszkadzać. Nie mogłem go wyleczyć żadnymi sposobami, a promienie słoneczne z każdym dniem pogarszały stan mojej skóry. Już wcześniej miałem podobny problem i byłem zmuszony brać antybiotyki, więc i tym razem podejrzewałem, że może mieć to podłoże bakteryjne. Postanowiłem pójść do lekarza. Zapytałem w recepcji, gdzie mogę znaleźć dermatologa. Miałem szczęście, że młoda pani pracująca na campingu znała język angielski, co prawda bardzo słabo, ale wystarczająco, żeby mnie zrozumieć i rozrysować drogę do najbliższej przychodni. Umówiła mnie nawet na wizytę z lekarzem, co wydało mi się szczytem francuskiej życzliwości. Lekarz przyjął mnie bez problemu i po obejrzeniu mojej skóry zapisał mi antybiotyk, który musiałem łykać przez dwa tygodnie.  Wizyta kosztowała mnie 20 Euro. Kupiłem w aptece niezbędne leki i pojechałem w kierunku Lyonu. Nigdy wcześniej nie byłem w tym mieście, dlatego postanowiłem przeznaczyć kilka godzin, żeby poznać je bliżej. Lyon może poszczycić się niezwykle bogatą historią i architekturą. Miasto zostało założone przez Rzymian w 43 roku p.n.e., ale wraz z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego jego rola diametralnie spadła. Dopiero w XV Lyon odzyskał swoją silną pozycję i stał się ważnym centrum handlu w całej Europie. 300 lat później miasto stało się największym w Europie ośrodkiem jedwabnictwa. Pod miastem wybudowano nawet specjalny labirynt korytarzy (trabules) umożliwiający bezpieczny transport cennych bel jedwabiu w czasie niepogody. Z pewnością nie każdy miłośnik kina wie, że to właśnie z Lyonu pochodzili wynalazcy kinematografu: bracia LumiŔre i tu także odbył się pierwszy na świecie pokaz filmu “Wyjście robotników z fabryki”. Najstarsza część miasta to Vieux Lyon. Wśród okazałej gotyckiej i renesansowej zabudowy najbardziej wyróżnia się katedra św. Jana przy stacji metra Vieux Lyon. W widłach między Saoną a Rodanem rozciąga się Presquile. Do najokazalszych placów tej dzielnicy należy plac Bellecour (przy stacji metra Bellecour). Należy do największych w Europie. Zdobi go statua króla Ludwika XIV. Bardziej na północ leży Place des Terreaux z pięknymi fontannami przy stacji metra Hotel de Ville. Największa z nich została zaprojektowana przez Bartholdiego, twórcę statuy Wolności w Nowym Jorku. Zwiedzenie całego Lyonu w ciągu jednego dnia było niemożliwe, dlatego postanowiłem pojechać dalej na południe. Poprosiłem przypadkowego przychodnia o pomoc. Miałem szczęście, ponieważ trafiłem na Brytyjczyka mieszkającego od lat we Francji, który uczył  angielskiego w jednej z lyonskich szkół. Dzięki jego pomocy wydostałem się z miasta i jadąc na południe wzdłuż rzeki Rodan dojechałem do malutkiej miejscowości Charmes sur Rhone, gdzie zatrzymałem się na campingu.

Dzień 10 „Ciepły klimat śródziemnomorski”
odcinek:     Charmes sur Rhone – Lunel koło Montpellier
dystans:     171,41 km

43.jpg Obudziłem się wcześnie rano, ponieważ nie mogłem dłużej wytrzymać w nagrzanym od słońca namiocie. Spakowałem się bardzo szybko i zjadłem resztki jedzenia, które pozostały mi z wczorajszego dnia. Jadąc przez kilka godzin w nieznośnym upale szybko wypiłem wszystkie zapasy wody. Marzyłem tylko o tym, żeby znaleźć jakiś sklep, gdzie mógłbym kupić coś do picia i uzupełnić braki płynów w organizmie. Udało mi się znaleźć stację benzynową. Na ulicach nie było nikogo, ponieważ wszyscy siedzieli przed telewizorami i oglądali finał mistrzostw świata w piłce nożnej, w którym grali Niemcy i Brazylia. Przebiłem dętkę w tylnym kole. Była to moja pierwsza awaria. Naprawiając tylne koło zauważyłem, że bieżnik opony  jest w dość kiepskim stanie. Powoli zacząłem odczuwać klimat śródziemnomorski. Bujne lasy przekształciły się w niskie, wysuszone krzewy porastające suche wzniesienia po obu stronach drogi. Zmieniła się także architektura francuskich miast. Przejeżdżałem przez Nimes, które podobnie jak Lyon założone było przez Cesarstwo Rzymskie. Ciekawostką jest wybudowany prawie 2000 lat temu 50-kilometrowy akwedukt biegnący wzdłuż wschodniej krawędzi Masywu Centralnego. Zaopatrywał on całe miasto w wodę, która gromadzona była w ogromnych zbiornikach (castellum) i rozprowadzana dalej  systemem wodociągów.  Ostatecznie zatrzymałem się na campingu w  miejscowości Lunel koło Montpellier. Ziemia była tak sucha i twarda, że nie można było wbić śledzi od namiotu.

Dzień 11 „Pierwszy kontakt z Morzem Śródziemnym”
odcinek:     Lunel koło Montpellier – Rivesaltes koło Perpignan
dystans:     199,49 km

44.jpg Gdybym miał ocenić w skali od 1 do 5 camping, na którym spałem to postawiłbym nie więcej niż 3. Spakowałem swoje rzeczy i pojechałem w kierunku Montepellier. Przedzierając się przez centrum miasta, musiałem uważnie przeciskać się między samochodami i ciężarówkami stojącymi w korku. W przydrożnej piekarni  najadłem się do syta francuskim pieczywem. Koło południa dotarłem do portowej miejscowości Sete. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję zobaczyć stado flamingów wygrzewające się na ogromnych rozlewiskach po obu stronach drogi. W końcu ujrzałem Morze Śródziemne. Od Sete do Adge ciągnie się kilkunastokilometrowa, piaszczysta mierzeja. Jest ona dużą atrakcją dla turystów z całej Europy. Całe pobocze drogi od strony plaży zajęte było przez samochody i wozy campingowe. Zsiadłem z roweru i pobiegłem do brzegu morza. Woda była ciepła, jednak nie zdecydowałem się na kąpiel. Przejazd przez mierzeję do Sete do Adge zapamiętałem jako jeden  z najprzyjemniejszych odcinków całej podróży. Tego dnia było chłodno. Od czasu do czasu padało, ale dzięki temu jechało się znacznie przyjemniej niż w kilkudziesięciostopniowym upale. Jadąc później w stronę Perpignan musiałem oddalić się od morza. Zatrzymałem się na campingu w Rivesaltes 10km od Perpignan. Przyznam szczerze, ze ludzie się zdziwili , jak zobaczyli turystę z Polski na rowerze.

Dzień 12 „Rowerzystka z Nowej Zelandii”
odcinek:     Rivesaltes koło Perpignan – Malgrat de Mar
dystans:     163,65 km

45.jpg Opuściłem camping i pojechałem w stronę Perpignan.  Moją uwagę skupiły wysokie palmy w centrum miasta, tłumy turystów i mnóstwo kolorowych sklepików. Przeciskając się rowerem przez wąskie, brukowane uliczki musiałem uważać, żeby nie zahaczyć nikogo wystającymi po bokach sakwami. Jadąc przez miasto wjechałem przez przypadek w dziurę i rozdarłem tylną oponę. Miałem szczęście, że stało się to w Perpignan. Bez problemu znalazłem sklep rowerowy, ale musiałem czekać godzinę z powodu fiesty. O 14 przerwa się skończyła i w końcu mogłem kupić nową oponę. Zainwestowałem także w zestaw bezprzewodowy do mojego licznika.  Naprawiając tylne koło, zauważyłem w oddali wysoką dziewczynę, która prowadziła swój rower w stronę sklepu. Pochodziła z Nowej Zelandii i przyleciała do Europy na wakacje. Przez trzy miesiące przejechała na rowerze prawie 8000km. Jej trasa była imponująca. Dojechała wszędzie tam, gdzie ja miałem zamiar pojechać. Dziennie przejeżdżała 80km. Wystukała w sumie 11 filmów.  Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie i pożegnaliśmy się życząc sobie wszystkiego dobrego. Po naprawieniu roweru pojechałem w kierunku granicy francusko-hiszpańskiej. Przedarłem się przez wysokie góry i dotarłem do granicy. Granica wyglądała jak jeden wielki bazar. Wszystkie miejsca parkingowe były zajęte. Przekroczyłem granicę i znalazłem się po raz pierwszy w życiu na terytorium Hiszpanii. O 23 dojechałem do Malgrat de Mar położonej nad samym morzem. Wszystko tętniło życiem. Cudem udało mi się znaleźć wolne miejsce na campingu.

Dzień 13 „Miasto Gaudiego”
odcinek:     Malgrat de Mar - Stiges
dystans:     114,78 km

46.jpgPierwsza część południowego wybrzeża hiszpańskiego nazywa się Costa Brava. Był to jeden z pierwszych odcinków wybrzeża Hiszpanii, który zagospodarowano dla potrzeb masowej turystyki. Costa Brava oznacza poszarpane wybrzeże. Patrząc na ilość wybudowanych i będących jeszcze w budowie hoteli można łatwo stwierdzić, że rejon ten bez wątpienia zajmuje pierwsze miejsce pod względem najczęściej odwiedzanych wybrzeży hiszpańskich. Do Barcelony dojechałem około południa, ale zanim udało mi się trafić do centrum miasta to minęły kolejne dwie godziny. O samej Barcelonie, jej historii, a także roli jaką odgrywa można by pisać godzinami. Barcelonę założyli koloniści greccy, a około roku 230 zajął ją kartagiński wódz Hamilkar Barkas i nazwał Barcino. 200 lat później miasto zdobyli Wizygoci, a w 713 roku opanowane zostało wraz z całą Katalonią przez Maurów. Postanowiłem poświęcić kilka godzin na powierzchowne zwiedzenie miasta i obejrzenie najbardziej charakterystycznych budowli widniejących na barcelońskich pocztówkach. Należy do nich bez wątpienia słynna katedra Sagrada Familia zaprojektowana przez Antonio Gaudiego. Budowę tego słynnego kościoła rozpoczęto w 1882 roku, ale prace trwają do dziś. Okres budowy określa się na 200 lat. Tak się złożyło, że moja wyprawa rowerowa przypadła na 150 rocznicę urodzin Antonio Gaudiego. Jego architektura słynie z  płynnych, falistych linii, nieregularnych kształtów, rzeźbiarsko ukształtowanych elementów i bogatych efektów kolorystycznych. Wszystkie te cechy posiada Casa Mila, której fasada wygląda jak powierzchnia wzburzonego przez sztorm morza. W całym budynku nie ma ani jednego konta prostego i ani jednej ściany nośnej. Na zwiedzenie całej Barcelony potrzeba znacznie więcej czasu niż kilka godzin. Musiałem wyjechać z miasta, żeby nie mieć problemu z noclegiem. Sprawa nie była taka prosta, ponieważ nie miałem pojęcia którędy jechać. Zaczepiłem przypadkowego kolarza, który jadąc ze mną przez kilkanaście km wyprowadził mnie z miasta. Byłem wyczerpany, ponieważ narzucił dość mocne tempo. Zatrzymałem się na małym campingu w Stiges. Rozstawiłem namiot, zrobiłem pranie i poszedłem spać.

Dzień 14 „Wspomnienia z ojcowskich wakacji”
odcinek:     Stiges - Vinaros
dystans:     188,59 km

47.jpgPodróż rowerem sprawia dużo przyjemności,  gdy  przez cały czas ma się widok na morze. Przejeżdżając przez niezliczoną ilość małych, nadmorskich miasteczek, gdzie praktycznie każde wygląda tak samo człowiek myśli sobie o różnych rzeczach. Pedałowanie staje się czynnością automatyczną i porównywalną do spacerowania. Mając w nogach kilka tysięcy kilometrów, zmęczenie przestaje być odczuwalne. Kolana są na tyle wyćwiczone, że pracują niczym tłoki w silniku samochodowym. Można jechać przez cały czas pamiętając jedynie o tym, żeby co jakiś czas się zatrzymać i uzupełnić zapasy wody. Nie warto robić zbyt długich postojów. Kilka minut całkowicie starcza, żeby zregenerować siły. Tego dnia było dosć pochmurno, ale wyjątkowo ciepło. Moja uwaga skupiała się głównie na liczniku i uciekających kilometrach. O 22 znalazłem camping. Mimo to miałem ochotę jechać dalej. Pedałując równym tempem przez  okrągłą godzinkę dotarłem do Vinaros. Mój ojciec spędzał tutaj 30 lat temu wakacje, kiedy w Hiszpanii  panował  jeszcze generał Franco. Na pewno dużo zmieniło się od tamtego czasu. Niestety wszystkie campingi były pozamykane, dlatego przypiąłem mój rower do sztucznej palmy pełniącej rolę plażowego parasola i przespałem się na piasku.
 
Dzień 15 „Polak w Walencji”
odcinek:     Vinaros – El Saler koło Walencji
dystans:     168,62 km

48.jpgSpanie na plaży nie było najlepszym pomysłem. Przez całą noc nie mogłem zasnąć, ponieważ nie czułem się bezpiecznie i bałem się o swój dobytek. Zresztą stare, poznańskie przysłowie brzmi: „Nie śpij w lumpach, bo cię okradną”.  Postanowiłem wykąpać się w morzu, żeby troszeczkę oprzytomnieć po nieprzespanej nocy. Po kąpieli zaczęła mnie swędzić skóra. Na szczęście na plaży były zainstalowane prysznice, dzięki czemu mogłem spłukać sól z mojego ciała. Przemierzając ulice miasteczka Vinaros szukałem otwartego sklepu w celu zaopatrzenia się w prowiant. Nic nie znalazłem, dlatego zjadłem śniadanie w pierwszym lepszym barze. Pogoda się pogorszyła. Gęste chmury zasłaniały słońce, a przez pierwsze 50 km padał deszcz. Po kilku godzinach niebo się przerzedziło i zrobiło się gorąco. Wieczorem dojechałem do Walencji.  Pod względem wielkości jest to trzecie po Madrycie i Barcelonie miasto Hiszpanii. Niewątpliwie położenie Walencji ma ogromny wpływ na jej rozwój. Jest to nowoczesne miasto, o ciekawej architekturze. Postanowiłem odpocząć kilka minut w pięknym parku w samym centrum miasta. Po chwili zauważyłem jakiegoś mężczyznę, który chodził od ławki do ławki prosząc ludzi o drobne. Wydawało mi się, że usłyszałem z jego ust kilka słów po polsku, dlatego podszedłem i spytałem go, czy pochodzi z Polski. Tak zawiązała się nasza rozmowa. Jacek, bo takie było jego imię, przyjechał do Hiszpanii w celu znalezienia lepszej pracy. Niestety nie wytrzymał napięcia i przestał pracować. Na oko nie miał więcej niż 30 lat. Był w szoku, że przyjechałem na rowerze. Spytał  mnie, czy nie dałbym mu 2 Euro na cztery kartony wina. Powiedziałem, że mogę mu dać nawet 5 Euro, ale nie chciał tyle. Chciał tylko dwa. Pożegnałem się z Jackiem życząc mu szczęścia. Późno w nocy udało mi się znaleźć camping niedaleko Walencji w miejscowości El Saler.
 
Dzień 16 „Droga jak kąt prosty”
odcinek:     El Saler – Santa Pola koło Alicante
dystans:     198,65 km

49.jpg Tym razem spałem jak dziecko. Jak zwykle rano rozłożyłem całą mapę na ziemi, żeby przygotować sobie trasę na nowy dzień.  Czekał mnie ciężki odcinek, ponieważ chciałem dojechać aż do Alicante. Miałem do pokonania całe wybrzeże Costa Valencia i kawałek Costa Blanca. Trasa z Walencji do Alicante wdłuż wybrzeża wygląda jak kąt prosty. Można też jechać na skróty, ale wtedy trzeba przedrzeć się przez góry, gdzie drogi są kręte, a ich kąt wzniesienia wynosi nawet 10%. Wybrałem dłuższą, ale łatwiejszą trasę. Pierwsze 100 km jechałem bardzo szybko. W pamięci pozostało mi miasteczko Cullera, którego nazwa widoczna jest na zboczu wielkiej góry z kilku kilometrów tak samo jak wielkie litery Hollywood w Kalifornii. Kolejnym bardzo ciekawym miasteczkiem na mojej drodze do Alicante było Calpe.  Charakterystycznym punktem tej nadmorskiej miejscowości jest ogromna skała Penon de Ifach, samotnie zanurzona w morzu. Nie sposób jej nie zauważyć. Wszystkie budowle znajdujące się u podnóża tej góry wydają się być niewidoczne w porównaniu do jej wielkości. Po przejechaniu prawie 200 km dojechałem w końcu do Alicante. Mimo późnej pory handel uliczny tętnił życiem. Prawdopodobnie trafiłem na jakiś festyn. Zatrzymałem się na campingu w Santa Pola 15 km za Alicante.

Dzień 17 „Piaszczyste plaże Costa Blanca”
odcinek:     Santa Pola - Aguilas
dystans:     182,09 km

50.jpg Camping, na którym spałem miał specjalne zadaszenie chroniące przed słońcem. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem będąc w Hiszpanii. Po spakowaniu wszystkich swoich rzeczy opuściłem Santa Pola i pojechałem w kierunku Kartageny. Był to bardzo przyjemny odcinek, ponieważ przez cały czas miałem widok na morze. Polecam wszystkim spędzanie wakacji na Costa Blanca. Nie bez przyczyny odcinek ten nazywa się białym wybrzeżem. To tutaj znajdują się lśniące w słońcu białe plaże oraz rozległe gaje pomarańczowe, cytrynowe i migdałowe. Miałem okazję spróbować pomarańczy zerwanych prosto z drzewa. Do dzisiaj wspominam ich wyjątkowo słodki smak, przy których pomarańcze kupione w sklepie wydają się gorzkie. Podobno największym przysmakiem na Costa Blanca jest tutejszy miód, ale osobiście nie jadłem, więc nie będę się wypowiadał  na ten temat. Popołudniu dotarłem do Kartageny, niewielkiego miasta, którego historia sięga III wieku przed naszą erą. Chciałem zjeść obiad, ale jak zwykle o tej porze w Hiszpanii wszystko było pozamykane, a ulice świeciły pustkami. Jedyną otwartą restauracją w mieście był Mc Donald’s. Znalazłem wolny  stolik koło okna. Do szyby przyklejony był jakiś biedny mężczyzna. Przyglądał się jak ludzie jedzą z nadzieją, że uda mu się zebrać jakieś resztki jedzenia. Nie mogłem na to patrzeć, dlatego kupiłem mu jedzenie i picie. Był mi za to bardzo wdzięczny. Po obiedzie opuściłem Kartegene. Dostałem się na wybrzeże Costa Callida. Odcinek ten kosztował mnie sporo wysiłku, szczególnie trasa z Mazarron do Aguilas. Przez kilkanaście kilometrów walczyłem z wyczerpującymi podjazdami w ponad 30 stopniowym upale. Wieczorem rozbiłem namiot na campingu w Aguilas.

Dzień 18 „Księżycowy krajobraz południowej Hiszpanii”
odcinek:     Aguilas - Almeria
dystans:     139,33 km

51.jpg Costa Callida nie jest już tak chętnie odwiedzanym wybrzeżem jak Costa Blanca, ale niewątpliwie charakteryzuje się bardzo ciekawym ukształtowaniem terenu. Z Aguilas dotarłem do Garruchy. Musiałem rozstać się na jakiś czas z morzem i wjechać w głąb lądu. Nie chciałem błądzić, a na mojej mapie ta trasa wyglądała w miarę sensownie. Oznaczona czerwoną kreską droga dawała mi gwarancję, że dostanę się bez problemu do Almerii. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z jej trudu, ale pomimo wyjątkowo niekorzystnych warunków takich jak niezliczona ilość podjazdów oraz piekące słońce, był to bardzo ciekawy etap mojej podróży. Wokół podziwiać mogłem prawdziwie księżycowy krajobraz tworzony przez wspaniale, skaliste koniony pokryte gdzieniegdzie suchymi wypalonymi od słońca krzewami. Jazda rowerem przez takie odludzie była dla mnie nowym doświadczeniem. Miasteczka, przez które przejeżdżałem przypominały małe, zabite dechami wioski niczym z amerykańskich filmów o dzikim zachodzie. Nie widziałem ani jednego sklepu, gdzie mógłbym kupić coś do picia. Kilka kilometrów za miejscowością Tabernas odkryłem Mini Hollywood, czyli atrakcję turystyczną dla ludzi, którzą chcą poznać klimat dzikiego zachodu. Przeprawa przez hiszpańskie kaniony do Almerii trwała bardzo długo. Sama Almeria nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. W mieście tym spotkać można dużo Arabów, więc nie czułem się bezpiecznie. Na szczęście udało mi się znaleźć camping.

Dzień 19 „Costa del sol”
odcinek:     Almeria - Nerja
dystans:     142,50 km

52.jpg Od Almerii do Gibraltaru rozciąga się Costa del Sol, czyli wybrzeże słońca. Jest to najcieplejszy region Hiszpanii, gdzie znajduje się wiele ciekawych miast o bardzo bogatej historii sięgającej kilku wieków przed naszą erą. Polacy rzadko odwiedzają tę część Hiszpanii ze względu na zbyt dużą odległość. Poza tym informacje turystyczne na temat Costa del Sol, które można znaleźć na polskich stronach internetowych są z reguły bardzo skąpe. Z własnego doświadczenia mogę szczerze polecić ten rejon wszystkim turystom, którzy szukają ciekawych miejsc na spędzenie letnich wakacji. Jazda rowerem przez wybrzeże słońca nie należy do najłatwiejszych, ale z pewnością nie będzie problemu, gdy wybierzemy się klimatyzowanym samochodem, a najlepiej samolotem. Tego dnia ledwo udało mi się przejechać 142 kilometry. Musiałem pokonać dużo podjazdów i tuneli. Późnym wieczorem dojechałem do miejscowości Nerja,  gdzie znalazłem przepięknie położony camping na szczycie góry.

Dzień 20 „Kolejna naprawa roweru w drodze na Gibraltar”
odcinek:     Nerja - Torreguardiano
dystans:     188,89 km

53.jpg Nerja leży w samym centrum Andaluzji. Ze względu na swoje piękne, piaszczyste plaże oraz jaskinie nazywana jest perłą Costa del sol.  Na śniadanie zjadłem soczystego arbuza. Ledwo wszedłem na mój rower i pojechałem w kierunku miasta Pabla Picassa, czyli Malagi. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów zaczęło mi bić tylne koło, przez co bardzo ciężko mi się pedałowało. Postanowiłem dojechać jednak do Malagi i tam poszukać jakiegoś sklepu rowerowego. Tak też zrobiłem. Mimo to przez dwie godziny bezskutecznie jeździłem po Maladze pytając ludzi o serwis rowerowy. Zresztą nawet gdybym go znalazł to i tak musiałbym czekać dwie godziny z powodu fiesty. Wolałem wykorzystać ten czas na przejechanie jeszcze kilku kilometrów niż siedzieć bezczynnie w 33 stopniowym upale. O godzinie 17 dotarłem do położonej pod Malagą miejscowości Torremolinos. Bez trudu znalazłem w niej serwis rowerowy, gdzie za kilkanaście Euro wymieniłem uszkodzone szprychy i zdarte klocki hamulcowe. Zadowolony z udanej naprawy mogłem kontynuować swoją podróż. Miałem zamiar dotrzeć jak najbliżej Gibraltaru. Czułem,  że jestem już bardzo bliski celu, dlatego pedałowałem tak długo i daleko jak tylko się dało. Dotarłem do Torreguardiano położonego 30 kilometrów od Gibraltaru. Było zbyt późno, żeby znaleźć camping, dlatego po raz pierwszy zdecydowałem się wziąć w Hiszpanii hotel. Na szczęście nie był drogi, a ja mogłem się spokojnie wyspać.

Dzień 21 „Cel podróży osiągnięty”
odcinek:     Torreguardiano – Gibraltar - Algeciras
dystans:     53,09 km

54.jpg Wstałem wcześnie rano, żeby zrobić sobie pranie. Po wypraniu i wysuszeniu wszystkich moich, przepoconych i śmierdzących rzeczy opuściłem hotel i pojechałem w kierunku Gibraltaru. Kiedy po raz pierwszy ujrzałem wielką skałę, poczułem ogromną satysfakcję z osiągnięcia po trzech tygodniach pedałowania upragnionego celu.  Nazwa Gibraltar pochodzi z języka arbaskiego 'Gebr-al-Tarik' i oznacza skałę. Jest to niewielka kolonia brytyjska na krańcu Półwyspu Iberyjskiego o powierzchni zaledwie 5,8 km2, a większość z tego to wapień. Zanim dostaniemy się do tej "brytyjskiej miniaturki", musimy odstać swoje w kolejce do granicy. Musiałem poddać się dokładnej kontroli granicznej, a potem przed zamkniętym szlabanem czekać na przejazd. Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem, jak ląduje przede mną samolot. Pas startowy usytuowany jest w poprzek półwyspu. Żeby lądem dostać się z Hiszpanii na Gibraltar, nie da się przejść ani przejechać inaczej, niż przecinając pas startowy. Ale przy okazji można obejrzeć z bardzo bliska startujące i lądujące samoloty. Kawałek autentycznej Anglii pod hiszpańskim niebem - tak właśnie wygląda Gibraltar. I koniecznie trzeba dodać do tego małpy, które są ulubieńcami turystów i pupilkami mieszkańców. Podobno,  kiedy makaki znikną z półwyspu, Skała przestanie być brytyjską kolonią. Ile w tym prawdy tego nie wiem, ale myślę, że makaki tak szybko nie znikną.  Moja wizyta na Gibraltarze trwała 5 godzin. Kupiłem sobie na pamiątkę dwie koszulki, porobiłem kilka zdjęć i wysłałem do wszystkich znajomych kartki. Na Gibraltarze walutą obowiązującą jest funt brytyjski, ale można też kupować w Euro. Popołudniu opuściłem mini Anglię i pojechałem do Algeciras, gdzie za dosłownie kilka Euro znalazłem tani hotel w centrum miasta.

Dzień 22 „Rowerem do Afryki”
odcinek:     Algeciras -  Ceuta  - Taryfa
dystans:     58,44 km

55.jpg To było moje największe marzenie, żeby dojechać kiedyś rowerem do Afryki. Chciałem popłynąć do Maroko, ale okazało się, że muszę mieć wizę. Z tego obowiązku zwolnieni są jedynie mieszkańcy Unii Europejskiej, ale w 2002 Polska nie była jeszcze jej członkiem. Wybrałem się do konsulatu marokańskiego w Algeciras, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Okazało się, że musiałbym czekać co najmniej jeden dzień albo więcej, żeby taką wizę otrzymać. Nie chciałem czekać, a jednocześnie bardzo zależało mi na odwiedzeniu Afryki. Istniało inne rozwiązanie. Wystarczyło wykupić bilet do Ceuty, która jest hiszpańskim miastem położonym na kontynencie afrykańskim i graniczącym bezpośrednio z Maroko. Siłą rzeczy nie potrzebowałem wyrabiać żadnej wizy, żeby się tam dostać. Przeprawa promem przez Cieśninę Gibraltarską trwała zaledwie 45 minut. Spełniłem swoje marzenie. Cieszyłem się jak dziecko, kiedy wjechałem rowerem na afrykańską ziemię. Ceuta jest tak mała, że wystarczyły mi zaledwie dwie godzinki na zjechanie jej całej dookoła. Podjechałem także rowerem pod sama granicę hiszpańsko-marokańską. Gdy wyciągnąłem swój aparat, ludzie zaczęli na mnie krzywo patrzeć. Wtedy dopiero poczułem ulgę, że nie wyrobiłem sobie wizy i nie muszę wjeżdżać na terytorium Maroka. Odpocząłem chwilę na plaży i wykąpałem się w morzu. Piasek był tak gorący, że nie można było po nim chodzić. Popołudniu przypłynąłem spowrotem na stary kontynent i wybrałem  się do Taryfy położonej nad Oceanem Atlantyckim. Zatrzymałem się na campingu przy plaży, która miała ponad jeden kilometr szerokości.

To jeszcze nie koniec. To dopiero połowa.           
Dzień 23     odcinek:     Taryfa - Velez Malaga   -  197,69km
Dzień 24     odcinek:     Velez Malaga - Almeria  - 174,42km
Dzień 25     odcinek:     Almeria - Mazarron   -  189,37km
Dzień 26     odcinek:     Mazarron - Calpe   -  204,37km
Dzień 27     odcinek:     Calpe - Benicasim   -  222,70km
Dzień 28     odcinek:     Benicasim - Tarragona  -   190,57km
Dzień 29     odcinek:     Tarragona - Girona   -   199,43km
Dzień 30     odcinek:     Girona - Adge  -  212,16km
Dzień 31     odcinek:     Adge - Viviers  -   207,35km
Dzień 32     odcinek:     Viviers - Lyon   -  172,02km
Dzień 33     dzień przerwy w Lyonie     
Dzień 34     odcinek:     Lyon - Besancon  -   233,00km
Dzień 35     odcinek:     Besancon - Strasbourg   -  240,51km
Dzień 36     odcinek:     Strasbourg - Mosbach   -  155,71km
Dzień 37     odcinek:     Mosbach -  25km od Coburga   -  176,18km
Dzień 38     odcinek:      25km od Coburga - Jena  -   165,67km
Dzień 39     odcinek:     Jena - Beeskow  -   259,20km
Dzień 40     odcinek:     Beeskow - Poznań  -   233,53km

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.expeditions.prv.pl/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;