Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wyprawa rowerowa - Sycylia 2004
CZWARTA WYPRAWA
od 02.07.2004 do 03.08.2004

Wstęp

60.jpg W zeszłym roku pojechałem z moim bardzo dobrym przyjacielem, Kubą rowerem do Holandii. Po 8 dniach dotarliśmy do stolicy kraju tulipanów, czyli Amsterdamu. Wyprawa miała bardzo wakacyjny charakter. Pokonywaliśmy dziennie około 130km. W Amsterdamie spotkaliśmy się z naszym kolegą ze studiów, Mydlikiem, który przyjechał do Holandii w celu zarobkowym. Nocowaliśmy na przepełnionym i zaśmieconym campingu. W ciągu dnia jeździliśmy rowerami po ulicach Amsterdamu zwiedzając po kolei wszystkie najważniejsze dzielnice. Poznaliśmy miasto jak własną kieszeń i nawet nie potrzebowaliśmy mapy. Nie ukrywam, że dzielnica czerwonych latarni zrobiła na nas największe wrażenie, szczególnie w nocy. Nie wspomnę już o wielkich konopiach indyjskich wystawionych przed drzwiami coffeshopów lub tzw. grasshopów, których zapach unosił się w promieniu 10m. Są to niewątpliwie niespotykane i przyciągające miliony młodych turystów z całego świata uroki Amsterdamu. Najbardziej monotonni w spędzaniu wolnego czasu byli Amerykanie. Nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek z nich opuścił camping. Cały dzień siedzieli w swoich namiotach i palili fajkę wodną. Podsumowując nasz wyjazd, muszę przyznać, że to były bardzo udane i beztroskie wakacje. Te trzy dni w Amsterdamie strasznie nas wymęczyły, dlatego postanowiliśmy wrócić do Poznania pociągiem. Bilet powrotny nie był tani. Gdy dojechaliśmy do Polski, pojawił się mały problem. Nie wszystkie, polskie wagony są wyposażone w przedział dla rowerów. Musieliśmy dać łapówkę kolejarzowi w wysokości 40E, żeby nas przetransportował z Rzepina do Poznania, a my załadowaliśmy nasze bicykle do wagonu sypialnego. Studenci logistyki zawsze sobie poradzą. Minął rok. Szczerze powiedziawszy nie planowałem żadnej wyprawy rowerowej w 2004 roku. Pomysł kolejnego wyjazdu był bardzo spontaniczny i zrodził się nagle. Stwierdziłem, że muszę gdzieś pojechać i koniec. Moi rodzice jak zwykle pogodzili się z tą decyzją. Spytali mnie tylko, gdzie chcę jechać. Odpowiedziałem: „Jadę na Sycylię”.

DZIEŃ 1 „Najgorszy jest pierwszy dzień”      
odcinek:     Poznań – Słubice
dystans:     184,88

61.jpg Rano przyrządziłem sobie jedzenie na drogę. Nie byłem jeszcze spakowany. Wszystkie rzeczy leżały na stole, a ja zastanawiałem się, jak najlepiej je upchnąć w sakwach. Zanim przygotowałem wszystko to minęły 3 godziny. Wyruszyłem dopiero o 11. Za każdym razem, jak pokonuję trasę z Poznania do granicy staram się zwracać uwagę na rzeczy, które się zmieniły na drodze. Najpierw musiałem dojechać do Pniew. Tam zrobiłem sobie pierwszy odpoczynek i zjadłem obiad w najbardziej znanym fastfoodzie na świecie, którego symbolem jest brzydki clown w czerwonych włosach. Proszę nie mylić z tym kiepskim wokalistą o inicjałach M.W. Później musiałem dostać się do Skwierzyny, gdzie zatrzymałem się na znanej mi już z poprzednich wypraw stacji benzynowej. Wcześniej należała ona do koncernu BP, a obecnie została przejęta przez KEW. Pogoda była w kratkę. Co jakiś czas padał deszcz, a później wychodziło słońce. W Radachowie, małym miasteczku oddalonym 30km od granicy, zdarzył się poważny wypadek. Zamknięto drogę na kilka godzin, ale na szczęście można było pojechać leśną dróżką. Tak też zrobiłem, a o godzinie 22 dotarłem do Słubic. Nocleg w hotelu kosztował mnie 60zł. Czułem zmęczenie, bolał mnie tyłek, ale cieszyłem się, że udało mi się dojechać do nieszczęsnej granicy.

DZIEŃ 2 „Podążanie drogą sprzed dwóch lat”
odcinek:     Słubice - Torgau
dystans:     160,23 km

62.jpg Rano przekroczyłem granicę i znalazłem się na terytorium Niemiec. Pierwsze 100km jechało mi się fatalnie. Silny wiatr z zachodu utrudniał jazdę i uniemożliwiał rozpędzenie się powyżej 16km/h. Poza tym mój tyłek ciągle był w fazie przyzwyczajania się do niewygodnego siodełka. Może trochę przesadzam z tym niewygodnym, ponieważ przed wyjazdem kupiłem nowe, żelowe siodełko. Mimo to i tak było bardzo ciężko. Całe szczęście, że wziąłem ze sobą magiczny proszek, czyli zasypkę dla dzieci, która pomogła mi znieść trud podróży szczególnie w pierwszych dniach. Pogoda też mnie nie rozpieszczała. Ciągle padał deszcz. Popołudniu na chwilę wyszło słońce i wtedy na niebie pojawiła się piękna tęcza. Podczas odpoczynku zjadłem kilka batoników proteinowych i wstąpiła we mnie nowa siła. Nie trwała ona długo. Udało mi się przyspieszyć, ale po przejechaniu 20km zwolniłem. Miałem zamiar dotrzeć do Torgau. Miasto to leży nad Łabą w Saksonii, a jego charakterystycznym punktem jest Zamek Hartenfels. Jadąc przez historyczny most, na którym w 1945 roku doszło do spotkania wojsk amerykańskich i radzieckich, przekroczyłem Łabę i zatrzymałem się na tym samym campingu co dwa lata wcześniej, kiedy jechałem na Gibraltar.

DZIEŃ 3 „Niezwykła kultura niemieckiej policji”
odcinek:     Torgau - Gera
dystans:     137,21

63.jpg Mimo zmęczenia nie spałem dobrze. Spanie w namiocie to nie to samo, co spanie w łóżku, ale do nowej sytuacji można się szybko przyzwyczaić. Później nawet wolałem spać w namiocie niż w pensjonacie. Opuściłem Torgau i pojechałem w kierunku Lipska. Pedałowało się jeszcze gorzej niż wczoraj. Wiatr wydawał się silniejszy i dało się to szczególnie odczuć jadąc przez otwarte pola. Po kilku godzinach dotarłem do Lipska. Chciałem w miarę sprawnie przejechać przez miasto, ale nie było to takie proste. Nie widząc zakazu, postanowiłem wjechać na drogę szybkiego ruchu. Po kilku minutach zatrzymał mnie policjant, który wytłumaczył mi w niezwykle grzeczny sposób, że nie mogę jechać tą drogą rowerem. Wydostałem się z Lipska kierując się na Makkleeberg. Tam spotkałem dwóch Niemców jadących na rowerach z Berlina do Rzymu. Oczywiście pochwaliłem się, że jadę troszeczkę dalej niż oni. Z Markkleeberg prowadzi bardzo przyjemna droga rowerowa do Boehlen. Z Saksonii dostałem się do Turyngii. Tu zaczęły się pierwsze, nieprzyjemne podjazdy. Spowolniło to moją jazdę. Wieczorem dotarłem do Gery. Zastanawiałem się, czy jest sens dalej się męczyć. Na dodatek zaczęło mocno padać, dlatego zatrzymałem się w hotelu.

DZIEŃ 4 „Wo geht ihr?”
odcinek:     Gera - Hiltpoltstein
dystans:     181,20

64.jpgWstałem wypoczęty i opuściłem hotel o 9 rano udając się do Schleiz. Miałem duże kłopoty z pokonaniem tego odcinka z powodu kilku podjazdów. W Schleiz znalazłem sklep rowerowy, w którym zakupiłem żelowy pokrowiec na siodełko. Różnicę poczułem od razu, kiedy usiadłem ponownie na mój rower. Z Schleiz pojechałem do Hof. Pogoda była bardzo ładna, co znacznie poprawiło mój humor. Przestałem się przejmować podjazdami. Zaczęły mi się one nawet podobać tym bardziej, że szło mi co raz lepiej. Ostatni zjazd do miasteczka Bad Berneck był wyjątkowo przyjemny. Przez kilka kilometrów nie musiałem w ogóle pedałować jadąc z prędkością 50km/h. Stamtąd udałem się do Bayreuth, w którym pobłądziłem szukając drogi do Pegnitz. Jak zwykle w takiej sytuacji skorzystałem z pomocy przypadkowych przechodniów. O 22 dotarłem do Pegnitz, ale miałem ochotę jechać dalej. Podczas nocnej jazdy spotkałem dwóch, samotnie wędrujących turystów z wielkimi plecakami. Zatrzymałem się przy nich i spytałem po niemiecku, dokąd idą. Z ich akcentu szybko wywnioskowałem, że pewno pochodzą z Polski, dlatego kolejne pytanie zadałem już w ojczystym języku. Chłopaki pochodzili z Jeleniej Góry i przyjechali autostopem do Niemiec na skałki. Szli w kierunku miejscowości Pottenstein, gdzie podobno istnieją doskonałe warunki do uprawiania wspinaczki górskiej. Namówiłem ich, żeby się zatrzymać i odpocząć. Miałem na myśli rozbicie namiotu, ale chłopaki upatrzyli sobie zabudowany przystanek autobusowy, na którym postanowili się przenocować. Po godzinie wspólnej rozmowy pojechałem w kierunku Norymbergi. W nocy było potwornie zimno. Rozbiłem namiot 20km dalej na parkingu w małej miejscowości Hiltpoltstein.

DZIEŃ 5 „Poproszę potrójne expresso”
odcinek:     Hiltpoltstein - Eggelstetten
dystans:     153,45 km

65.jpg Jak się obudziłem to padał deszcz. Na samą myśl, że muszę złożyć swój namiot i spakować w mokrych warunkach, nie chciało mi się w ogóle wychodzić ze śpiwora. Na śniadanie zjadłem kanapki z pasztetem i sałatkę meksykańską z puszki. Wszystkie produkty przywiozłem z Polski i starczyły mi one na tydzień czasu. W końcu przestało padać. Spakowałem się w ciągu zaledwie 15 minut. Wyruszyłem o bardzo przyzwoitej porze, czyli o 9 rano. Na pierwszej, lepszej stacji benzynowej wypiłem potrójne expresso, które postawiło mnie na nogi. Pojechałem w kierunku Norymbergi. Przed południem wyszło słońce i zrobiło się strasznie gorąco. Kilkanaście kilometrów przed Norymbergą, zdarzył się poważny wypadek i musiałem skorzystać z objazdu przez okoliczne wsie. Wjazd do Norymbergi nie był łatwy, ale za to wyjazd nie sprawił mi najmniejszego kłopotu. Wszędzie znajdowały się drogowskazy dla rowerzystów na Schwabach. Później odnalazłem drogę nr 2 prowadzącą do Augsburga.  Miałem znakomite tempo. Dopiero po przejechaniu 100km zrobiłem przerwę w Weissenburgu. Dojechałem do Donauwoerth i niestety dalej nie mogłem jechać drogą nr 2. Spojrzałem na mapę w celu opracowania nowej trasy do Augsburga. Chciałem dostać się do malutkiej mieściny Mertingen, ale nigdzie nie widziałem drogowskazu. Poprosiłem o pomoc młodą Niemkę i Niemca jadących na rowerach. Zaproponowali mi, żebym jechał za nimi. Przez kilka kilometrów miałem towarzystwo. Droga, która jechali była tragiczna, rozkopana, a miejscami całkowicie nieprzejezdna. Pod koniec musieliśmy wnosić nasze rowery pod górę. Z Mertingen udałem się w kierunku Obendorf. Po drodze znalazłem rewelacyjny camping, gdzie spędziłem noc.

DZIEŃ 6 „Raj dla miłośników truskawek”
odcinek:     Eggelstetten - Oberammergau
dystans:     156,00 km

66.jpg Do Augsburga miałem dokładnie 40km. Jechałem wzdłuż rzeki Lech, dlatego droga była całkowicie płaska i wyjątkowo przyjemna. Wokół znajdowały się wielkie plantacje dojrzałych truskawek. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zerwania kilku sztuk i spróbowania tych soczystych, sezonowych owoców. Niektóre okazy były tak duże i słodkie, że mógłbym się nimi objadać przez cały dzień. Osobiście nie widziałem takich na rynku. Pewnie dlatego, że te najlepsze okazy zjadają zbieracze truskawek, a do koszyka trafiają te mniejsze i gorsze owoce. Z Augsburga musiałem pojechać starą drogą B17 do Landsberga, a następnie do Schongau. W końcu moim oczom ukazały się pierwsze góry, ale nie było jeszcze poważnych podjazdów. Zatrzymałem się na campingu położonym w Alpach, który kosztował mnie 10E.

DZIEŃ 7 „Przejazd przez trzy kraje”
odcinek:     Oberammergau - Sterzing
dystans:     129,55 km

67.jpg Rano wiał bardzo silny wiatr, który uniemożliwiał mi złożenie namiotu. Wszystkie rzeczy porozrzucane były w promieniu 10m. Na szczęście udało mi się spakować i opuścić camping. Najpierw pokonałem trudny podjazd do Ettal, a póżniej czekał na mnie fantastyczny, długi zjazd do znanej z konkursu czterech skoczni miejscowości Garmisch – Partenkirchen. Dojechałem do granicy i znalazłem się na terytorium Austrii. W upale wspiąłem się na kolejną wysoką górę do Seefeld. Pot lał się ze mnie strumieniami. Mój trud jak zwykle został wynagrodzony. Zjazd do doliny rzeki Inn był bardzo stromy, ale nie mogłem się rozpędzić, ponieważ miałem przed sobą autokar. Jadąc bez przerwy na zaciśniętych hamulcach, czekałem na okazję, żeby go wyprzedzić. Udało mi się. Puściłem hamulce i rozkoszowałem się szybką, nieograniczoną jazdą w dół. Ta przyjemność, siłą rzeczy, nie trwała zbyt długo. Później przez 20km jechałem prostą, kamienistą drogą rowerową do Innsbrucku wzdłuż rzeki Inn. Po prawej stronie biegła autostrada. Po zrobieniu kilku zdjęć w centrum Innsbrucku, pojechałem starą drogą nr 182 w kierunku przełęczy Brenner. Czekał na mnie 14-kilometrowy wjazd pod górę. Co jakiś czas zatrzymywałem się by odpocząć i podziwiać widoki, przede wszystkim długi, wysoki wiadukt, na którym wybudowana jest autostrada. Ostatnim, austriackim miasteczkiem było Gries. Do pokonania miałem jeszcze tylko jeden, kilkukilometrowy podjazd. Na szczycie spotkałem turystę rowerowego z Berlina o imieniu Michael. Przez 10km rozmawiałem z nim głównie o sytuacji w Polsce. Uświadomiłem go, że czasy komuny już dawno minęły, ludziom żyje się lepiej, a standard życia zmienił się diametralnie. Byłem tak przejęty całą rozmową, że nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się na terytorium Włoch. Zaproponowałem Michaelowi, żeby kiedyś odwiedził Polskę i przekonał się, jak jest naprawdę. Zresztą, gdy zobaczył mój sprzęt, aparat, kamerę to się zdziwił. Wieczorem zaczęło mocno padać i zanosiło się na burzę. Temperatura spadła poniżej 10 stopni, dlatego zatrzymałem się w hotelu.
   
DZIEŃ 8 „Najpiękniejszy odcinek  wyprawy”     
odcinek:     Sterzing - Marco
dystans:     178,65

68.jpg Po ciężkiej, deszczowej i nieprzyjemnej burzy z powodu, której budziłem się kilka razy w ciągu nocy, nastał piękny, słoneczny poranek. Nadal było chłodno, ale będąc w wysokich górach spodziewałem się niższych temperatur. Pojechałem w kierunku Bolzano. Droga biegła wzdłuż Adygi. Rzeka ta ma długość 410km i uchodzi do Zatoki Weneckiej. Kilometry uciekały mi w błyskawicznym tempie i już po 3 godzinach dotarłem do Bolzano. Zdążyłem jeszcze zrobić zakupy przed zamknięciem sklepów. Popołudniowa przerwa, która w wakacje we Włoszech trwa zazwyczaj od 12.30 do 17.00, to prawdziwa zmora. Niejednokrotnie chcąc kupić coś do picia, całowałem klamki włoskich sklepów. Nie wspomnę już o zjedzeniu jakiegoś porządnego obiadu o normalnej, ludzkiej porze. Włosi i inni południowcy pracują tylko rano i wieczorem, a popołudniu ulice świecą pustkami. Wyjątkiem są bary, gdzie zawsze można kupić coś do jedzenia i picia, ale wszystko kosztuje tam dwa lub trzy razy drożej. Stacje benzynowe w niczym nie przypominają tych, które można spotkać w środkowej i zachodniej Europie. Ceny paliwa są astronomicznie wysokie, a w sklepie na stacji można kupić jedynie akcesoria samochodowe takie jak olej, płyn do spryskiwaczy itp. Ciężko mi było się z tym pogodzić. Do tego tematu powrócę później. Z Bolzano musiałem pojechać w kierunku Trydentu (Trento). I tu spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Od Bolzano przez cały czas jechałem specjalną drogą rowerową o długości kilkudziesięciu kilometrów. Był to najprzyjemniejszy odcinek podczas całej, mojej wyprawy. Po lewej i prawej stronie miałem wysokie góry, a droga, którą podążałem była płaska jak stół. Co kilkaset metrów znajdowały się ławeczki. Z drogi korzystali nie tylko rowerzyści, ale także rolkarze, biegacze i spacerowicze. Szkoda, że nie pomyślano o punktach z wodą pitną. Po pokonaniu 170km zaczęło dokuczać mi pragnienie. Uratował mnie automat do puszek. Nigdzie nie znalazłem campingu, dlatego zatrzymałem się w małym pensjonacie w miejscowości Marco kilka kilometrów za Rovereto.
 
DZIEŃ 9 „Wspaniali Włosi”     
odcinek:     Marco - Bolonia
dystans:     197,46

69.jpg Najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia powinno być śniadanie. Włosi odbiegają od tej reguły. Dowodem na to był mój poranny posiłek w pensjonacie, który składał się z 50-gramowego rogalika z dżemem i kawy capucino. Jazda na rowerze w upale przez 10 godzin to ogromny wysiłek fizyczny wymagający ogromnej porcji kalorii, najlepiej w postaci wysokoenergetycznego posiłku bogatego w węglowodany. Gdybym odpoczywał do późnego popołudnia to być może mały rogalik z kawką zaspokoiłby moje zapotrzebowanie. Po „śniadaniu” pobiegłem do pokoju i wyjadłem resztki kremu czekoladowego, który pozostał mi jeszcze z Polski. Opuściłem pensjonat w Marco i pojechałem w kierunku Werony. Po drodze zatrzymałem się w supermarkecie i uzupełniłem zapasy. Wyjechałem z doliny rzeki Adyga. Popołudniu dotarłem do Werony. Miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia. Mimo że Werona leży w północnej części wielkiego buta to budownictwo bardziej przypominało mi miasto południowowłoskie. Fatalne oznakowanie wprowadziło mnie w błąd i po raz kolejny prosiłem przypadkowych przechodniów o pomoc. Nie było to takie proste. Na ulicach spotkać można było jedynie turystów. W końcu sam sobie poradziłem i znalazłem drogowskaz na Modenę. Na barostacji (stacji benzynowej połączonej z barem) koło Isoli kilkanaście kilometrów za Weroną, wzbudziłem nie lada sensację, gdy oznajmiłem ciekawskim pracownikom, że przyjechałem na rowerze z Polski. Po drodze spotkałem Polaków z Wrocławia, którzy jechali samochodem do Sorrento pod Neapolem. Zaciekawiła ich moja wyprawa. W sumie nic dziwnego skoro jechałem rowerem dalej niż oni samochodem. Droga z Werony była płaska, prosta i przyjemna. Po raz pierwszy w ogóle nie wiało. Za Mirandą zamiast jechać prosto na Modenę, skręciłem na Bolonię. Po pokonaniu 180km dotarłem do Bolonii. Bardzo mi zależało, aby tym razem spać na campingu. Jeden z Włochów strasznie mnie zirytował, gdy przez 10 minut fatalną angielszczyzną próbował mi wytłumaczyć drogę na camping, poczym stwierdził: „It is difficult and is no camping”. Zrobiło się późno, a ja ciągle nie wiedziałem, gdzie spędzę noc. Zainteresowała się mną młoda para Włochów. Zadzwonili na informację i dowiedzieli się o camping. Zaproponowali mi, żebym jechał za ich skuterem. Byłem im za to bardzo wdzięczny. Starałem się pedałować jak najszybciej, żeby ich za bardzo nie spowalniać. Musieliśmy przejechać przez całe centrum Bolonii pokonując w sumie 10km. O 22 dotarłem na upragniony camping.

DZIEŃ 10 „Przeprawa przez Apeniny”     
odcinek:     Bolonia - Florencja
dystans:     126,54

70.jpgPoprzedniego dnia pękła mi szprycha w tylnym kole. Znaleźć we Włoszech czynny w niedzielę serwis rowerowy jest mniej więcej tak prawdopodobne jak spotkanie murzyna na Antarktydzie.  Na tym samym campingu nocowało starsze małżeństwo, które przyjechało na rowerach z Holandii. Postanowiłem skorzystać z ich wieloletniego doświadczenia i poprosić o pomoc. Pan  Cock Hollaar, jak mi się później przedstawił, okazał się bardzo przyjaznym i życzliwym człowiekiem. Przerwał pakowanie i ze spokojem obejrzał mój rower. Po chwili wyciągnął zapas swoich szprych i zaczął je dopasowywać do mojego koła. Niestety wszystkie były albo za krótkie albo za długie, dlatego za pomocą kombinerek dostosowaliśmy odpowiednią długość skracając te dłuższe. Cała naprawa trwała zaledwie kilka minut. Koło nadal nie obracało się jak trzeba, ale było zdecydowanie lepiej niż przedtem. Podziękowałem jak tylko mogłem i obiecałem, że po powrocie prześlę mailem nasze wspólne zdjęcie. Zadowolony opuściłem camping i udałem się do centrum Bolonii. Miasto zostało założone ponad 2500 lat temu. Można tu spotkać budowle z kilku okresów począwszy od starożytnych ruin Cesarstwa Rzymskiego, a kończąc na barokowych pałacach. Bolonia słynie przede wszystkim jako jeden z najcenniejszych zespołów budowli średniowiecznych, a także jako jedno z najstarszych miast uniwersyteckich w Europie. Tego dnia czekała mnie ciężka przeprawa przez Apeniny. Chciałem pokonać trasę z Bolonii do Florencji. Pierwszy podjazd kosztował mnie mnóstwo wysiłku. Później było jeszcze gorzej. Stan drogi w skali od jeden do pięć oceniłbym najwyżej na trójkę z minusem. Nie dosyć, że musiałem pokonać kilkudziesięciokilometrową serpentynę stromych podjazdów to na dodatek dokuczał mi potworny upał. Jedyną rekompensatą za mój trud były przepiękne widoki. Ostatni zjazd był długi, stromy i szybki, jednym słowem niesamowity. Zjeżdżałem z prędkością dochodzącą do 65km/h. Do Florencji dotarłem o godzinie 20. Mimo potwornego zmęczenia, postanowiłem przeznaczyć dwie godziny na zwiedzanie miasta. Florencja zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Byłem tutaj z rodzicami w 1990 roku. Szybko odświeżyłem sobie pamięć. Florencja jest jednym z najpiękniejszych miast, jakie widziałem. Wszędzie chciałem zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zatrzymałem się na przeludnionym, brudnym i znanym mi sprzed 14 lat campingu, położonym na wzgórzu Michała Anioła
 
DZIEŃ 11 „Pomysł na zdjęcie z krzywą wieżą”     
odcinek:     Florencja - Cecina
dystans:     150,22

71.jpg Opuściłem camping dopiero o godzinie 10, ponieważ odmeldowanie trwało prawie godzinę. I tak miałem szczęście. Mogłem czekać znacznie dłużej, dlatego współczułem ludziom, którzy stali na samym końcu kolejki. Jedyną zaletą tego campingu było jego przepiękne położenie. Ze wzgórza Michała Anioła widać całą Florencję. Tysiące turystów o każdej porze dnia i nocy zbiera się w tym miejscu, żeby zrobić sobie zdjęcie na tle panoramy tego prześlicznego miasta, położnego nad rzeką Arno. Przeprawa rowerem przez centrum Florencji nie była przyjemna z dwóch powodów. Po pierwsze, jazda z tylnym obciążeniem po nierównym, wyboistym, granitowym bruku sprawiła mi wiele trudności. Po drugie, musiałem uważać na Włochów pędzących do pracy na swoich skuterach oraz umiejętnie wymijać stojące w korku samochody. Kierowałem się na Pisę. Drogowskazy wyprowadziły mnie początkowo na autostradę. Na stacji benzynowej dowiedziałem się, że muszę jechać przez Lasta da Signa i trzymać się drogi SS 67. Tak też zrobiłem. Trasa z Florencji do Pisy nie miała żadnych wzniesień, dlatego pedałowo mi się znacznie łatwiej niż poprzedniego dnia. Popołudniu zaczęło mocno brzmieć i zanosiło się na ulewę. Jakimś cudem burza mnie ominęła. Po przejechaniu prawie 90km dotarłem do Pisy. Zwiedzanie miasta ograniczyłem tylko do zobaczenia słynnej, krzywej wieży. Na Placu Cudów ujrzałem setki, o ile nie tysiące turystów. Nie sposób było się przecisnąć przez tłumy zwiedzających, a co dopiero zrobić sobie zdjęcie bez innych ludzi w tle. Większość turystów pozowała w taki sposób, żeby stworzyć na zdjęciu iluzję podtrzymywania rękoma przechylającej się wieży. Inni mieli bardziej oryginalne pomysły. Pewien, młody Amerykanin wpadł na pomysł sfotografowania krzywej wieży miedzy swoimi nogami. O 17 wyjechałem z Pisy i udałem się w kierunku Livorno. Ucieszyłem się, kiedy po raz pierwszy ujrzałem Morze Tyrreńskie. Podążając wzdłuż wybrzeża znalazłem serwis rowerowy, w którym wymieniłem szprychę i wycentrowałem koło. Za całość zapłaciłem 3E. Zatrzymałem się 10km dalej na campingu w nadmorskiej miejscowości Cecina.

DZIEŃ 12 „Nieprzyjemna aurelia”     
odcinek:     Cecina - Montalto Marina
dystans:     185,78

72.jpg Mimo szczerych chęci nie udało mi się zebrać wcześniej niż przed godziną 10. Pierwsze 20km jechało mi się fatalnie. Nie miałem na nic ochoty. Nie wiem, gdzie leżał problem. Droga nie była trudna. Na szczęście później się rozkręciłem i do samego Grosseto, do którego miałem dokładnie 100km, dotarłem w ciągu 5 godzin. Nie jechałem wzdłuż wybrzeża. Wybrałem do Grosseto inną drogę, która na mapie wydawała mi się krótsza. Fakt, że musiałem oddalić się od morza mnie nie przerażał. Bardziej obawiałem się wysokiej temperatury i jak się później okazało, całkiem słusznie. Upał był niemiłosierny i już w połowie drogi wypiłem wszystkie zapasy wody. Poza tym spiekłem sobie głowę i nogi. Słońce oszczędziło jedynie moje ręce. Miałem na nich założone specjalne rękawki, które kupiłem przed wyjazdem z myślą, że lepiej mieć blade ręce niż opalone tylko do połowy. Będąc w Grosseto zastanawiałem się, którędy pojechać do Rzymu. Na mapie zaznaczona była jedynie aurelia, czyli dwupasmowa jezdnia podobna do autostrady. Z reguły jazda na rowerze po takiej drodze była zabroniona. Gdy zobaczyłem znak dopuszczający rowerzystów pod warunkiem trzymania się blisko pobocza, uspokoiłem się. Dla pewności dwukrotnie pytałem przypadkowo spotkanych motocyklistów, czy mogę jechać aurelią. Odpowiedzieli, że tak, ponieważ nie ma innej drogi do Rzymu.  Mimo to bez przekonania włączyłem się do ruchu. Trzymałem się tak blisko pobocza, jak tylko możliwe. Widząc w lusterku pędzące ciężarówki modliłem się, żeby kierowcy nie trąbili na mnie i wymijali zachowując należytą ostrożność. W pobliżu Ansedonii wybuchł pożar. Do gaszenia pożaru wykorzystano helikopter z zawieszonym pod spodem zbiornikiem do napełniania wody. Cała akcja była profesjonalnie przeprowadzona i trwała zaledwie kilkanaście minut. Po przejechaniu 80km, zdecydowałem się zjechać z aurelii i udać do miejscowości Montalto Marina, położonej nad samym morzem, gdzie znalazłem camping.

DZIEŃ 13 „Przejazd przez Rzym”     

odcinek:     Montalto Marina - Lido di Ostia
dystans:     147,98

73.jpg Wróciłem na aurelię i pojechałem w kierunku Rzymu, do którego miałem dokładnie 110km. Jak zwykle pierwsze kilometry sprawiały mi największą trudność. Z niecierpliwością czekałem aż na moim liczniku pojawi się pierwsze 50km. Przejeżdżałem przez portowe miasto Civitavecchia. Jeśli ktoś tam nie był to nie ma czego żałować. Miasto zrobiło na mnie fatalne wrażenie. Uliczny smog unoszący się w dusznym, gorącym powietrzu uniemożliwiał swobodne oddychanie. Na miejskich, skalistych, zanieczyszczonych, przepełnionych i śmierdzących rybami plażach wylegiwali się spragnieni odpoczynku mieszkańcy Civitavecchii. Dla mnie nie byłaby to żadna przyjemność. Zrobiłem sobie przerwę zatrzymując się w przydrożnym barze. Spotkałem tam młodego kierowcę ciężarówki, który patrząc na mój załadowany rower spytał z ciekawości, skąd pochodzę. Tak nawiązała się nasza wspólna rozmowa. Opowiadałem głównie o moich wyprawach, a on o swojej pracy. Do Rzymu miałem jeszcze 60km. Po 3 godzinach dotarłem szczęśliwie do granic włoskiej stolicy. Żeby uniknąć błądzenia, zapytałem na światłach przypadkowego Włocha na skuterze o drogę do Watykanu. Odparł, żebym jechał za nim. O 16.41 znalazłem się pod murami stolicy apostolskiej. Chciałem zrobić sobie zdjęcie, ale w tym momencie podszedł do mnie policjant i zakazał rozstawiania statywu na placu Świętego Piotra. Poprosiłem go o odrobinę wyrozumiałości dla polskiego rowerzysty. Wynegocjowałem jedną minutę. Z Watykanu dostałem się do Zamku Świętego Anioła (Castel Sant  Angelo), a później przez 3km jechałem wzdłuż rzeki Tybr weryfikując na mapie, czy zgadza się liczba mijanych prze ze mnie mostów. Przekroczyłem rzekę i po kilku minutach moim oczom ukazała się najbardziej charakterystyczna, rzymska budowla, czyli Koloseum.  Wokół kwitnął uliczny bazar, gdzie obcokrajowcy sprzedawali wyroby ze skóry lub czegoś podobnego. Były to głównie torebki.  Chciałem zwiedzić z bliska Forum Romano, ale nie pozwolono mi wjechać rowerem. Zresztą chwilę później zamknięto bramę i już nikt nie mógł tam wejść. Z Koloseum pojechałem w kierunku placu Wenecji i na tym postanowiłem zakończyć zwiedzanie Rzymu. Spytałem o drogę do Neapolu. Wskazano mi niewłaściwą drogę, ale na szczęście spytałem jeszcze raz. Tym razem wytłumaczono mi dobrze. Musiałem wrócić do Koloseum i znaleźć ulicę Krzysztofa Kolumba (Via di C. Columbo). Jadąc tą drogą przez 30km opuściłem Rzym i dotarłem nad morze do miejscowości Lido di Ostia, gdzie znalazłem camping.

DZIEŃ 14 „Europa czy Afryka?”     
odcinek:     Lido di Ostia - Giugliano
dystans:     212,52

74.jpg Wzdłuż wybrzeża pojechałem do Anzio. Droga była o niebo lepsza i przyjemniejsza niż aurelia do Rzymu. Przez cały czas miałem widok na morze. W Anzio po raz drugi pękła mi szprycha. Na szczęście udało mi się ja naprawić za 5E przed zamknięciem serwisu. Zdecydowałem się opuścić linię brzegową i udać w kierunku Latiny. Dojechałem do drogi nr 148, gdzie znów przez kilkadziesiąt kilometrów musiałem męczyć się z ciężarówkami. Wybrałem tę drogę, ponieważ zależało mi na czasie. Będąc w Terracinie,  postanowiłem  skrócić sobie trasę. Zignorowałem zakaz dla rowerzystów i wjechałem na drogę szybkiego ruchu. Dojechałem do tunelu o długości 2700m. Chciałem zawrócić, ale nie było takiej możliwości. Nie pozostało mi nic innego, jak przejechać przez tunel. Zapaliłem tylne światełko i pomknąłem ciemnym, skalnym korytarzem. Poczułem przypływ adrenaliny. Moja prędkość nie schodziła poniżej 40km/h. Gdy przedostałem się na drugą stronę, odczułem niezwykłą satysfakcję. Był to najdłuższy tunel, jakim udało mi się do tej pory jechać rowerem. W ten sposób ominąłem miasto i uniknąłem kilku podjazdów. Później jechałem przez miejscowości Geata i Formia. W tym rejonie występują przepiękne plaże i mnóstwo campingów. Wieczorem dotarłem do Castel Volturno. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Europa zamieniła się w Afrykę. Prawie wszyscy mieszkańcy byli czarni, a na drodze stały bardzo ładne, czarne prostytutki. Za każdym razem, jak pytałem o camping to otrzymywałem tę samą odpowiedź: „za cztery albo pięć kilometrów”. W rezultacie przejechałem jeszcze 25km i znalazłem camping  dopiero w Giugliano pod Neapolem.
   
DZIEŃ 15 „Prawdziwe oblicze Neapolu”     
odcinek:     Giugliano - Paestum
dystans:     118,93

75.jpg Moja twarz była opuchnięta z powodu zmęczenia i niewyspania. Przez całą noc grała głośna muzyka, a od rana ktoś zaczął walić młotem pneumatycznym. Zaskoczyłem się, kiedy sympatyczna, włoska rodzina poczęstowała mnie podwójną kawą expresso na przebudzenie. Za nocleg zapłaciłem w sumie 20E. Był to najdroższy camping, na jakim spałem. Na dodatek w łazience leciała tylko zimna woda. Żal mi było wyrzucać te pieniądze. Opuściłem camping i pojechałem do Neapolu. Klimat tego miasta nie przypadł mi do gustu. Denerwował mnie między innymi  pozbawiony jakichkolwiek reguł ruch na drodze, fatalny, krzywo położony bruk, smród, smog oraz hałas. W końcu jest to jeden z największych ośrodków przemysłowych we Włoszech. Przejazd przez całą Zatokę Neapolitańską zajął mi 4 godziny. Jadąc przez kilkanaście kilometrów po nierównej drodze byłem pewien, że tylne koło nie wytrzyma i zaraz pęknie mi kolejna szprycha. Stało się tak jak przewidziałem. O godzinie 17 dostałem się do upragnionego Salerno. Jazda szła mi fatalnie. Nigdy wcześniej nie sprawiała mi tylu problemów. Byłem zmęczony, zniechęcony, bolał mnie tyłek i marzyłem o długim, regenerującym odpoczynku. Zastanawiałem się, ile jestem jeszcze w stanie przejechać. Po pokonaniu zaledwie 110km stwierdziłem, że nie ma sensu się męczyć. Naprawiłem koło w pierwszym, lepszym serwisie rowerowym. Pracujący tam pan „Złota Rączka” wykonywał kilka czynności jednocześnie. Zmieniał opony samochodowe, kleił dętki, a mi dopasowywał nową szprychę. Czekałem na swój rower 1,5 godziny i zapłaciłem tyle, co poprzednim razem, czyli 5E. Zatrzymałem się na campingu w Paestum.

DZIEŃ 16 „Widoki jak z bajki”     
odcinek:     Paestum - Scalea
dystans:     167,83

76.jpg Nie wiedziałem, że Paestum jest starożytnym miastem, gdzie można zobaczyć ruiny podobne do tych z Akropolu. Do dzisiaj żałuję, że będąc tam nie sfotografowałem antycznej świątyni greckiej bogini Hery wybudowanej w 540 roku p.n.e. Sanktuarium w Paestum przetrwało dziesiątki wieków i zachowało się w bardzo dobrym stanie. Tego dnia miałem przed sobą naprawdę bardzo trudny odcinek z Agropoli do Sapri. Droga biegła wzdłuż wybrzeża i pełna była wyczerpujących i długich podjazdów. Pocieszałem się wiedząc, że każdy podjazd oznacza zjazd. Termometr wskazywał 40 stopni. Lekka bryza od morza była praktycznie nieodczuwalna. Czułem, jak pot zalewa moje ciało od głowy aż po nogi. Jechałem w kasku, w którym pociłem się jeszcze bardziej. Najgorszy był ostatni, kilkukilometrowy podjazd. Po wcześniejszym wypiciu litra napoju izotonicznego i pół litra jogurtu, pokonałem go w miarę szybko i sprawnie. Kiedy dojechałem do Sapri to odetchnąłem z ulgą. Na liczniku miałem przejechane 120km i czułem potworne zmęczenie Niestety to był dopiero pierwszy etap walki ze stromymi podjazdami. Widoki były imponujące, niczym z egzotycznych pocztówek. Z zachwytem patrzyłem na skalne wybrzeże i niezwykle przezroczyste morze odbijające w sobie światło zachodzącego słońca. Najbardziej podobały mi się małe, wyżłobione w skałach zatoczki. Mogłoby to być wymarzone miejsce na spędzenie letnich wakacji dla osób chcących uciec od zgiełku cywilizacji. O 21 dotarłem do miejscowości Scalea, wyczerpany jak nigdy dotąd.
    
DZIEŃ 17 „Siedem wysp wulkanicznych”     
odcinek:     Scalea - Ricadi
dystans:     173,19

77.jpg Wyruszyłem wcześnie rano. Do pokonania miałem jeszcze kilka podjazdów. Często przejeżdżałem przez tunele, z których najdłuższy miał 1000m. Za Paolą było już płasko, więc mogłem jechać spokojnie i w miarę szybko. Kiedy dotarłem do zatoki Santa Eufemia to musiałem oddalić się od morza. Droga przecinała sady owocowe i pola warzywne. Nadal nie było żadnych wzniesień. W końcu dojechałem do malutkiej miejscowości Pizzo. Zastanawiałem się, czy ściąć półwysep Vibo Valentia, czy jechać wzdłuż linii brzegowej. Tak czy inaczej musiałbym przejeżdżać przez góry, dlatego wybrałem drugie rozwiązanie. Poza tym miałem gwarancję, że nad morzem znajdę camping. Trasa była bardzo przyjemna. Wieczorem, w czasie zachodu słońca mogłem podziwiać  z półwyspu Vibo Valentia wyspę wulkaniczną Stromboli. Podobno, gdy jest dobra widoczność to można dostrzec aż siedem wysp. Robi to niesamowite wrażenie. Pod koniec zaczęły się kolejne, wyczerpujące podjazdy. Postanowiłem zatrzymać się na campingu w Ricadi.
   
DZIEŃ 18 „Iron Man na Sycylii”     
odcinek:     Ricadi - Torantonio na Sycylii
dystans:     130,23

78.jpg Wściekłem się, kiedy rano nie mogłem nic kupić do picia, mimo że sklep na campingu powinien być otwarty od ponad godziny. Pracujący na campingu Polacy usłyszeli moje przekleństwa i spytali, czy mogą mi w czymś pomóc. Było to małżeństwo w średnim wieku, które przyjechało do Włoch w celu zarobkowym. Zajmowali się praktycznie wszystkimi czynnościami porządkowymi. Podlewali rośliny, pilnowali i utrzymywali camping w czystości. Tacy pracownicy to skarb dla właścicieli, którym nawet nie chce się  rano wstawać. W prezencie dostałem butelkę wody i zimne piwo. Nie spodziewałem się, że spotkam Polaków poniżej Rzymu. Myliłem się. Zostałem także uświadomiony, że na południu Włoch jest bardzo dużo ludzi z Polski, a najwięcej na Sycylii. Otrzymałem wskazówki, jak najlepiej jechać, żeby ominąć Rosarno. Pożegnałem się i wyruszyłem w kierunku Sycylii. Zanim opuściłem półwysep Vibo Valentia, musiałem wjechać na szczyt wysokiej góry. Była ona tak stroma, że w pewnym momencie zszedłem z roweru i w upale pchałem go przez parę kilometrów. Widocznie osłabiło mnie wypite wcześniej piwo. Wjechałem na górę i dostałem się do wysoko położonego miasteczka Nicotera. Dalej przejeżdżałem przez biedne, brudne i nieciekawie wyglądające miejscowości San Ferdinando i Gioia Tauro.  Później czekał na mnie jeszcze jeden, wyczerpujący podjazd o długości 10km. Spodziewałem się go, ponieważ na mapie droga była poskręcana niczym świński ogon. Dostałem się do Palmi. Już mi się wydawało wysoko, a byłem dopiero w połowie drogi. Po ciężkim i mozolnym pedałowaniu pod górę znalazłem się na wysokości ponad 1000m. Po tych trudach czekała na mnie nagroda w postaci wspaniałego, długiego zjazdu do miasteczka Bagnara Calabria. W oddali widać już było Sycylię. Miło wspominam przejazd przez malutką miejscowość Scilla. Jeśli ktoś szuka cudownego miasteczka położnego nad krystalicznie czystym morzem to Scilla będzie dla niego idealnym miejscem.  Kiedy dojechałem do Villa S. Giovani, udałem się bezpośrednio do portu. Stamtąd popłynąłem promem do Mesyny na Sycylii. Nie musiałem nawet kupować biletu. Opłata obejmowała tylko samochody i inne pojazdy silnikowe. Przeprawa przez cieśninę na Sycylię trwała zaledwie 20 minut. Ucieszyłem się, gdy po 18 dniach znalazłem się  na wielkiej, włoskiej wyspie. Pojechałem w kierunku półwyspu Torre Faro na północ od Mesyny. Mój cel podróży został osiągnięty. Miło było popatrzeć na błyszczący w słońcu Półwysep Apeniński. W drodze na camping spotkałem Czecha.  Zaimponował mi. Nazywał się Vaclav i miał 55 lat. Podobnie jak ja przejechał całe Włochy rowerem. Zamierzał jeszcze okrążyć całą Sycylię. Jechałem z nim przez 20km. Zaskoczyła mnie niesamowita kondycja Vaclava mimo jego wieku. Powiedział mi, że jest wegetarianinem i bierze udział w zawodach Iron Man’a. Dziwił się, że śpię na campingach. Odpowiedziałem, że lubię się wykąpać po całym dniu ciężkiej jazdy. „Morze też myje.”: odparł z uśmiechem na twarzy.

DZIEŃ 19 „Komu jeszcze wysłać kartkę?”     
odcinek:     Torantonio - Marina di Portigliola
dystans:     143,72

79.jpg Na campingu zaczepił mnie chłopak z Holandii, który był ciekaw, skąd pochodzę. Chciał się pochwalić, że też jeździ na rowerze i zwiedził w ten sposób południowe Włochy. Nasza rozmowa trwała prawie godzinę, dlatego wyruszyłem dopiero o godzinie 11. Udałem się z powrotem  do Mesyny. Tempo miałem dosyć dobre. W Mesynie kupiłem kartki i wysłałem je do rodziny i znajomych. Zastanawiałem się, czy przypadkiem kogoś nie pominąłem. W rezultacie zatrzymywałem się jeszcze dwa razy na poczcie, żeby wysłać kartki pozostałym osobom. Na prom do Villa S. Giovani wjechałem dopiero o godzinie 14 i popłynąłem  na Półwysep Apeniński.  Na pokładzie usłyszałem język polski, dlatego wtrąciłem się do rozmowy. Ku zdumieniu wszystkich oznajmiłem, że przyjechałem na rowerze z Polski. Pod koniec podałem adres mojej strony i pomknąłem w kierunku miasta Reggio Calabria. Jadąc przez kilkanaście kilometrów ciągle miałem widok na Sycylię. Musiałem objechać cały czubek włoskiego buta. Droga była bardzo przyjemna. Przez cały czas miałem widok na Morze Jońskie. Wieczorem dotarłem na camping o nazwie Helios.

DZIEŃ 20 „Nie przesadzać z actimelkami”     
odcinek:     Marina di Portigliola - Ciro Marina
dystans:     189,21

80.jpg Przez 30 minut próbowałem wytłumaczyć na campingu, że poprzedniego dnia dałem baterię do naładowania i chciałbym ją odebrać z powrotem. Mężczyzna w barze, który ją przyjmował w ogóle nie kojarzył, o co chodzi mi chodzi. Jeszcze bardziej zirytował mnie chłopak w recepcji. Zaznaczył, że zna język angielski „a little”, ale kiedy mówiłem wolno i wyraźnie: „I gave a battery yesterday”, to on zrobił głupią minę i po chwili spytał „what is gave?”. W końcu odzyskałem swoją baterię. Tego dnia wszystko mnie denerwowało. Nawet, gdy zjeżdżałem z góry to czułem się tak, jakby ktoś dmuchał mi suszarką w twarz. Na dodatek zaczęło mi coś stukać w rowerze. Próbowałem to naprawić w pierwszym, napotkanym serwisie. Naoliwiono mi kierownicę, ale stukot pozostał. Stukanie nie spowalniało jazdy, ale sam dźwięk po jakimś czasie zaczynał być strasznie irytujący. Co 20km robiłem przerwę. Po 75km pojawiła się awaria innego typu, której powodem było wcześniejsze zjedzenie litra jogurtu i popicie go sześcioma actimelkami. Efekt takiego posiłku był do przewidzenia. Na szczęście znalazłem ubikację i poczułem się lepiej. Dopiero o 17, gdy zrobiło się chłodniej, zacząłem jechać szybciej. Jazda wieczorem miała swoje plusy i minusy. Największym minusem było robactwo, które uaktywniało się o po zachodzie słońca i oklejało całe ciało podczas jazdy. Najbardziej nie lubiłem, gdy muchy wpadały mi do oczu. Nocowałem na przepełnionym campingu w Ciro Marina, gdzie cisza nocna zaczynała się dopiero nad ranem.
   
DZIEŃ 21 „Spanie na plaży zabronione”     
odcinek:     Ciro Marina - Lido di Metaponto
d81.jpgystans:     176,44 km

Najmilszą chwilą dnia była poranna kąpiel w morzu w krystalicznie czystej i ciepłej wodzie. Odpocząłem chwilę na plaży, po czym spakowałem się i pojechałem w kierunku Taranto. Zatrzymywałem się co kilkanaście kilometrów, żeby uzupełnić płyny w organizmie. Średnio co godzinę wypijałem litr wody. Przyzwyczaiłem się do upałów, czego najlepszym dowodem był fakt, że przestałem się tak mocno pocić. Wieczorem dotarłem do Metaponto. Zdecydowałem się zatrzymać na pierwszym, lepszym campingu. Poszedłem do recepcji dowiedzieć się, jaka jest cena za nocleg. Powiedziano mi, że muszę zapłacić 13E. Później wskazano mi miejsce, gdzie mogę rozbić namiot. Miałem całą polanę dla siebie. Po 15 minutach przybiegł jeden z pracowników i poinformował mnie, że wynikła pomyła i cena wynosi 26E. Zdenerwowałem się. Od razu wsiadłem na rower, odebrałem paszport z recepcji i pojechałem szukać innego campingu. Postanowiłem spędzić noc na plaży. Rozłożyłem się na leżaku. Po chwili zwrócono mi jednak uwagę, że spanie na plaży nie jest możliwe. Nie miałem innego wyjścia jak poszukać innego campingu. Znalazłem taki kilka kilometrów dalej.
   
DZIEŃ 22 „Z Morza Jońskiego nad Morze Adriatyckie”     
odcinek:     Lido di Metaponto - 10 km od Manfredonii
dystans:     189,02 km

82.jpg Tego dnia miałem zamiar przedostać się na wschodnie wybrzeże. Wykąpałem się ostatni raz w Morzu Jońskim i pojechałem na północny wschód. Chciałem maksymalnie skrócić sobie drogę, dlatego zamiast jechać na Taranto, skręciłem wcześniej na Matera. Przeprawa przez „obcas włoskiego buta” była potwornie męcząca. Niby trasa wydawała się prosta, ale w rzeczywistości okazała się długa, mozolna i trudna. Dwie dwulitrowe butelki wody starczyły mi tylko na 30km. Wiatr, upał i gdzieniegdzie strome podjazdy skutecznie spowolniały moją jazdę. Moja średnia prędkość wynosiła zaledwie 13km/h. Po przejechaniu 66km zrobiłem sobie przerwę w miejscowości Altamura, gdzie na stacji benzynowej zjadłem dwa kawałki pizzy i popiłem je redbullem. W ten sposób zregenerowałem siły i pojechałem drogą nr 378 w kierunku Corato. Później pojechałem superstradą w kierunku Foggii. Następnie skręciłem na Barlettę, położoną nad Morzem Adriatyckim. Ucieszyłem się, kiedy po całym dniu ciężkiego pedałowania ujrzałem ponownie wielką wodę. Przez kilka kilometrów jechałem asfaltową dróżką wzdłuż wybrzeża. Od razu dało się zauważyć różnicę między wschodnią a południową częścią Włoch. Przede wszystkim było czysto. Nawet ludzie wydawali się inni. Bardzo miło wspominam przejazd przez miasteczko Margherita di Savoia, gdzie roiło się od różnorodnych restauracji, kolorowych sklepów i oczywiście setek turystów przechadzających się główną, brukowaną, przepięknie oświetloną ulicą. Było to z jedno z ładniejszych, nadmorskich miasteczek, jakie miałem okazje zobaczyć we Włoszech. Nie wiem, czy biura podróży mają je w swojej ofercie. Jeśli nie, to osobiście polecam to miejsce. 10 km przed Manfredonią znalazłem wyjątkowo tani, ale przytulny camping.
   
DZIEŃ 23 „We Włoszech dzień zaczyna się w nocy”     
odcinek:     10 km od Manfredonii - Silvi Marina
dystans:     227,02 km

83.jpg Dzień zacząłem od kąpieli w Zatoce Manfredonii. W oddali widać było górzysty półwysep, który na mapie wygląda jak ostroga włoskiego buta. Wyruszyłem o godzinie 10 i udałem się w kierunku Apriceny. Droga biegła przez plantacje pomidorów. Zerwałem sobie kilka do obiadu. Pomidory były przepyszne. Ominąłem górzysty półwysep. Po paru godzinach dotarłem do Apriceny znajdującej się dokładnie 10km na południe od jeziora Lesina. Postanowiłem kupić coś jedzenia i picia. Nie było to takie łatwe zważywszy na porę dnia. W całym mieście otwarta była tylko jedna, mała, rodzinna piekarnia. Odchyliłem koraliki i wszedłem do środka. Czułem się, jakbym wtargnął bez pozwolenia do czyjegoś mieszkania. Dzieci siedziały przy stole i oglądały telewizję. Nie pytając nikogo, wyciągnąłem z lodówki schłodzone puszki napoju. Po lewej stronie znajdowała się lada. Kobieta, która łaskawie mnie obsługiwała, paliła w tym czasie papierosa Nie zgasiła go nawet w momencie podawania mi pieczywa. Dawno nie spotkałem się z takim chamstwem. Gdyby to było w Polsce to zareagowałbym inaczej. Z Apriceny dostałem się na superstradę nr 16 zwaną potocznie Adriaticą. Dojechałem nią do Termoli. Plaże w okolicach tego miasta pękały w szwach. Sznur zaparkowanych na poboczu samochodów ciągnął się przez kilka kilometrów. Zastanawiałem się, czy uda mi się dotrzeć wieczorem do Pescary. Na liczniku miałem dopiero 116km. Po kilkunastominutowym odpoczynku, podczas którego wypiłem dwa napoje izotoniczne i puszkę czerwonego byka, poczułem niezwykły przypływ energii. Jechałem bardzo szybko do późnego wieczora nie schodząc poniżej 30km/h. Podobało mi się, gdy jeden z rowerzystów próbował mnie dogonić. Niestety odpadł. Przed Ortoną bez trudu pokonałem kilka podjazdów i dotarłem do Francavilla al Mare. Tam znalazłem camping, gdzie przydzielono mi miejsce koło śmietników. Stwierdziłem, że nie będę wydawał  15E za spanie w takich warunkach. Wsiadłem na rower i udałem się do centrum Pescary. Jeszcze nigdy nie widziałem na ulicach takiego tłoku. Tłum ludzi ciągnął się przez 30km. Wszystkie restauracje, bary i dyskoteki wypełnione były po brzegi. Po pokonaniu prawie 230km udało mi się znaleźć za Pescarą upragniony camping w Silvi Marina.
   
DZIEŃ 24 „Lepiej odpocząć niż się męczyć”     
odcinek:     Silvi Marina - 20km od Ancony
dystans:     113,15 km

84.jpg Ten dzień był przeciwieństwem wczorajszego. Nie udało mi się nawet przejechać połowy tego, co poprzedniego dnia. Wstałem dopiero o godzinie 11. Ucieszyłem się widząc na niebie gęste chmury. To oznaczało, że nie będzie upału. Mimo to i tak było 30 stopni. Jak zwykle wykąpałem się w morzu i poleżałem chwilę na  plaży. Z tego wszystkiego zrobiła się godzina 13, kiedy opuszczałem camping. Zatrzymałem się po 10km. Wyciągnąłem wszystkie mapy, żeby dokładnie opracować drogę powrotu do domu. Moja mapa Włoch była w strzępach. Niepotrzebne kawałki wyrzuciłem do śmieci. Resztę poskładałem do kupy i przygotowałem sobie trasę do Poznania. Zeszła mi kolejna godzina. Jadąc przez cały dzień nie mogłem rozpędzić się powyżej 20km/h z powodu północnego wiatru. Na dodatek ciągle denerwowało mnie stukanie w rowerze, którego w żaden sposób nie mogłem zlokalizować. Gdy się ściemniło, na liczniku miałem przejechane dopiero 110km. Stwierdziłem, że jak tak  dalej pójdzie, to nie dojadę na camping. W tym momencie zauważyłem tablicę z napisem „hotel 3km”. Postanowiłem zatrzymać się w nim i odzyskać siły, które były mi tak niezbędne przed Alpami. Hotel spadł mi z nieba i miał dwie podstawowe zalety. Był tani i mogłem schować mój rower do pokoju.
  
DZIEŃ 25 „Mechanicos bezradnikos”     
odcinek:     20km od Ancony - Lido di Dante
dystans:     178,14 km

Pisałem już, jak wyglądają włoskie śniadania podawane w hotelu. W standardzie otrzymałem kawę capucino. Powiedziano mi, że jeśli chcę rogalika to mam się częstować. Zrozumiałem to jednoznacznie, dlatego zjadłem prawie wszystkie rogaliki znajdujące się na tacy. Nie wiem, ile ich było. Po dziesiątym przestałem liczyć. Zapłaciłem za pokój i pojechałem w kierunku Ancony. Obiecałem sobie przy najbliższej okazji naprawić mój rower. Tak się złożyło, że kilka kilometrów za Anconą znalazłem duży sklep rowerowy z profesjonalnym serwisem na zapleczu. Wytłumaczyłem, ze coś mi stuka i najprawdopodobniej przyczyna leży w przednim kole. Chłopacy popatrzyli, zbadali i stwierdzili obiektywnie: „rotto ok”. Rozkręcili mój rower na części. Nasmarowali kierownicę, pedały, zębatki, siodełko, a na koniec dokręcili koszyczek. W sumie męczyli się z moim rowerem przez 1,5 godziny. Szef serwisu zdenerwował się widząc bezradność swoich pracowników. Sam zaczął szukać przyczyny stukania i niestety też sobie nie poradził. Za naprawę, a właściwie nasmarowanie roweru zapłaciłem 10E. Stukanie pozostało. Pomyślałem, że jakoś się przemęczę do końca podróży. Pojechałem do Rimini, typowego, nadmorskiego miasta utrzymującego się głównie z turystyki. Kiedyś spędzałem tam z moim kuzynem wakacje. Kilka kilometrów za tym miastem znajduje się Mini Italia, czyli atrakcja turystyczna dla ludzi, którzy lubią wydać bez sensu 15E. Zwiedziłem ją 7 lat temu. Nie ma tam nic ciekawego, a makieta włoskiego buta w ogóle nie odzwierciedla prawdziwej Italii. Z Rimini do Cosenatica jechałem bardzo przyjemną drogą wzdłuż wybrzeża. Przed Rawenną skierowałem się na wschód do małej miejscowości Lido di Dante, gdzie znalazłem camping.

DZIEŃ 26 „Z wysepki na wysepkę”     
odcinek:     Lido di Dante - Wenecja
dystans:     135,21 km

85.jpg W nocy zerwał się bardzo silny wiatr. Nie mogłem zasnąć. Zastanawiałem się, czy mój namiot przetrwa wichurę. Powyrywało mi wszystkie śledzie. Połowa z nich przepadła, a pozostałe pozbierałem rano. W recepcji pracowała Polka. Podarowała mi w prezencie dwie koszulki. Nie wiem, czy aż tak bardzo schudłem, ale gdy wyciągnęła rozmiar M to od razu powiedziałem, że te będą za małe. Po uregulowaniu rachunku za nocleg, pojechałem do centrum Rawenny. Zepsuł mi się aparat fotograficzny. Kupiłem nawet nowe baterie, ale nie pomogło to zlikwidować problemu. Całe szczęście, że wziąłem ze sobą dodatkowo aparat cyfrowy. To głównie nim robiłem zdjęcia, dlatego nie zmartwiłem się uszkodzeniem lustrzanki. W przeciwnym razie byłbym wyjątkowo wściekły. W Rawennie słyszałem bardzo dużo turystów mówiących po polsku. Po krótkim udokumentowaniu mojego pobytu w Rawennie, udałem się na północ w kierunku Wenecji. W połowie drogi zrobiłem duże zakupy. Nie mogłem odmówić sobie kupienia kilku dodatkowych smakołyków. Tym razem jednak przesadziłem. Miałem poważny problem, żeby zapakować wszystko na rower. Zamiast jechać do Mestre, postanowiłem wybrać inną, dużo przyjemniejszą drogę. Udałem się więc do portowego miasteczka Chioggia i małą, kołyszącą łódką popłynąłem na podłużną wysepkę do Pellestriny. Przeprawa była bezpłatna i trwała niecałe 10 minut. Przejechałem przez cały, 10-kilometrowy pasek lądu i wjechałem na pokład promu, którym przedostałem się na kolejną podłużną wysepkę do Malamocco. Za kurs zapłaciłem 4,10E. Przeprawa trwała mniej więcej tyle samo, co poprzednio. Z Malamocco pojechałem do Lido. Cudownie było zobaczyć Wenecję w świetle zachodzącego słońca. Chciałem popłynąć tramwajem wodnym na plac Świętego Marka, ale nie wpuszczono mnie z rowerem. Musiałem poczekać na większy statek, który odpływał ze środkowej przystani kilka metrów dalej. Wprowadziłem mój rower na pokład i popłynąłem w kierunku placu Świętego Marka. Przynajmniej tak mi się wydawało, ale zamiast przybliżać, zacząłem oddalać się od Wenecji. Czyżbym wsiadł na zły statek? Statek był dobry, ale kurs niewłaściwy. Dopłynąłem do P. ta Stabbioni i wróciłem do Lido. Straciłem 1,5 godziny czasu. Dopiero teraz statek miał płynąć z Lido na plac Świętego Marka, ale ze względu na późną porę, a przede wszystkim moje zmęczenie, zdecydowałem wziąć sobie hotel i zwiedzić miasto następnego dnia.

DZIEŃ 27 „Wenecja jest tylko jedna”     
odcinek:     Wenecja - Gemona
dystans:     151,15 km

86.jpg Rano popłynąłem na plac Świętego Marka. Zaskoczyła mnie ilość turystów zwiedzających Wenecję. Ledwo się mogłem przecisnąć. Jazda na rowerze w Wenecji była zabroniona i niemożliwa zarazem. Musiałem przez cały czas prowadzić mój rower i wnosić go co kilkadziesiąt metrów po schodach. Szkoda, że tak cudowne miasto jak Wenecja nie zostało w żaden sposób przystosowane np. dla niepełnosprawnych turystów. Na próżno szukać tutaj jakichkolwiek podjazdów. W mieście tym pojazdy na kołach nie mają prawa bytu, a podstawowym środkiem transportu są łodzie, tramwaje wodne oraz gondole. W Wenecji byłem wcześniej 2 razy, ale dopiero teraz poczułem i doceniłem jej prawdziwy, niepowtarzalny klimat. Nie dziwię się, że Woddy Allen zakochał się w tym mieście i często tutaj powraca. Jak to Włosi mówią: "Wenecja jest tylko jedna" i nie sposób się z tym nie zgodzić. Zauważyłem, że turyści robią zdjęcia w każdym, dosłownie każdym miejscu. Nawet najmniejszy most, najwęższy kanał oraz najzwyklejsza kamienica były warte uwiecznienia na kliszy. Kiedy dotarłem na plac Świętego Marka, nie mogłem odmówić sobie nakarmienia tutejszych gołębi. Początkowo próbowałem przekupić je kawałkiem chleba, ale te rozpuszczone przez turystów ptaki były wyjątkowo wybredne. Chleb nie zwabił ich do mnie, wobec tego wydałem 1E na  paczkę suszonej kukurydzy. Gdy rozrzuciłem parę ziaren na bruk, zleciało się wokół mnie kilkadziesiąt gołębi. Nie trudno było je do siebie przekonać. Ptaki jadły mi prosto z ręki. Mogłem je nawet pogłaskać. Mój rower wzbudzał w Wenecji nie lada sensację. Gdy rozstawiałem statyw, wszyscy się za mną oglądali. Niektórzy doceniali moje poświęcenie komentując głośno: „It is a great idea!” Z placu Świętego Marka przedostałem się do Ponta de Academia, dużego mostu nad głównym kanałem. W ciągu dwóch godzin przeszedłem tylko 3,2km. W końcu dostałem się do portu i mogłem wsiąść na rower. Z Wenecji  pojechałem do Mestre. Po raz czwarty pękła mi szprycha. Znalazłem serwis rowerowy w Portogruaro. Pracujący tam pan szybko naprawił mi koło i nawet nie chciał ode mnie pieniędzy. Jadąc w kierunku Udine, ujrzałem Alpy, do których miałem jeszcze ponad 40km. Na razie było płasko. Wieczorem znalazłem camping  w małej, alpejskiej wiosce Gemona.
   
DZIEŃ 28 „Ciau Italia”     
odcinek:     Gemona - kilka km za Winklern
dystans:     116,36 km

87.jpg Z Gemony pojechałem w kierunku Tolmezzo, a następnie do przełęczy Passo di Maria Croce oddzielającą Włochy od Austrii. Musiałem się sporo natrudzić, żeby ją pokonać i wjechać na wysokość 1364m n.p.m. Odliczałem po kolei 12 zakrętów stromej drogi prowadzącej do granicy. Pożegnałem się z Włochami i znalazłem się na terytorium Austrii. Podczas zjazdu do austriackiego miasteczka Koetschach Mauthen osiągnąłem maksymalną prędkość 76,1km/h. Przy takiej szybkości każdy, najmniejszy błąd, roztargnienie lub chwila nieuwagi mogłaby zakończyć się tragicznie. Ucieszyłem się, kiedy po dwóch tygodniach zobaczyłem normalną stację benzynową, na której bez trudu mogłem kupić coś do picia. Jak już pisałem wcześniej, we Włoszech nic bym nie kupił o tej porze. W wakacje od 12.30 do godziny 17.00 większość włoskich sklepów jest zamknięta, nawet w dni powszednie. Nie wspomnę już o włoskich stacjach benzynowych, które w większości przypadków są samoobsługowe i niekiedy stoi przy nich wyeksploatowany automat z puszkami. Z Koetschach Mauthen znowu musiałem się trochę pomęczyć jadąc przez kilka kilometrów pod górę, ale gdy już pokonałem ten odcinek to mogłem rozkoszować się szybkim, przyjemnym zjazdem do Oberdrauburga. Po raz pierwszy pojawił się drogowskaz na Grossglockner. Tu na razie było płasko. Pojechałem drogą nr 100 wzdłuż rzeki Drau. 5km przed Lienz skręciłem na Grossglockner. Znów wjeżdżałem na wysokość ponad 1200m. Po godzinie dotarłem do alpejskiego miasteczka Winklern. Na lodowiec miałem jeszcze 38km. Zobaczyłem elektroniczną tablicę informacyjną, z której dowiedziałem się, że ostatni wjazd na Grossglockner Hochalpenstrasse jest o godzinie 21.15. Oceniłem realnie zwoje fizyczne możliwości i stwierdziłem, że nie mam szans zdążyć. Zatrzymałem się na bardzo ładnie położonym campingu kilka kilometrów za Winklern.

DZIEŃ 29 „Wyżej niż Rysy”     
odcinek:     kilka km za Winklern - Golling
dystans:     149,46 km

88.jpg To był najtrudniejszy odcinek ze wszystkich moich wypraw, ale także bardzo przyjemny. Dojechałem do Heiligenblut. Przed tą miejscowością płynie wspaniały, górski wodospad. Później skręciłem na Grossglockner Hochalpenstrasse. Byłem przygotowany na najgorsze wiedząc, że czeka mnie kilkanaście kilometrów stromych podjazdów. Osiągnąłem wysokość 1500 m n.p.m. Pocieszałem się, że większość mam już za sobą. W rzeczywistości to był dopiero początek. Za wjazd na Grossglockner Hochalpenstrasse nie musiałem nic płacić. Opłata obejmowała tylko samochody i motocykle i wynosiła odpowiednio 25 oraz 17E. Pani w okienku była wyraźnie zaskoczona, że ją filmuje, dlatego szybko się zakryła w momencie, gdy się tylko zorientowała. Dojechałem do ronda na wysokości ponad 1900m n.p.m. W prawo był drogowskaz na Salzburg, a w lewo na Grossglockner. Początkowo skręciłem od razu na Salzburg, ale po przejechaniu 1km stwierdziłem, że muszę zaliczyć lodowiec. Wróciłem się do ronda. Specjalnie wjeżdżałem jeszcze przez 8km stromą drogą na Franz Josefshoehe. Chciałem zaliczyć lodowiec, by odeprzeć późniejsze, rzekome zarzuty, że nie wjechałem na sam Grossglockner. Widok był wspaniały. Trafiłem na ładną pogodę. Lodowiec błyszczący w świetle słońca uwieczniłem na zdjęciach i filmie. Z Franz Josefshoehe zjechałem z powrotem do ronda, a następnie pojechałem już prosto na Salzburg. Nie było łatwo. Przed sobą miałem jeszcze mnóstwo wyczerpujących podjazdów. Ani razu nie pchałem roweru pod górę. Starałem się przez cały czas pedałować. Szło mi to bardzo mozolnie i kosztowało mnie mnóstwo wysiłku. Miałem ogromną satysfakcję, gdy ostatecznie znalazłem się na wysokości 2504 n.p.m., czyli wyżej niż najwyższy szczyt w Polsce. Przez krótki tunel przedostałem się na drugą stronę góry. W niektórych miejscach leżał jeszcze śnieg. Ludzie rzucali się śnieżkami, a inni zjeżdżali z górki na plastykowych podkładkach lub torbach. Zdziwiłem się, że na Grossglockner Hochalpenstrasse można spotkać tak dużo Holendrów. Co drugi samochód miał żółtą rejestrację z naklejką NL. Pewnie Holendrzy przyjeżdżają tutaj, żeby zrekompensować sobie monotonię własnego kraju, płaskiego jak boisko piłkarskie. Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła, to ilość rowerzystów katujących się na tym odcinku. Tak czy inaczej nie widziałem, żeby ktoś oprócz mnie wjeżdżał pod górę z sakwami. Na koniec czekał mnie niesamowity zjazd z wysokości 2500m, podczas którego pękła mi kolejna szprycha. Dostałem się do doliny rzeki Salzach, gdzie było już płasko. W nocy dotarłem do miejscowości Golling, gdzie wynająłem sobie pokój w pensjonacie.
  
DZIEŃ 30 „Miasto Mozarta”     
odcinek:     Golling - Freistadt
dystans:     203,36 km

89.jpg Jako gość z Polski dostałem zniżkę za nocleg w pensjonacie, a to za sprawą naszego wielkiego skoczka Adama Małysza. W sezonie, gdy jest konkurs 4 skoczni, bardzo dużo Polaków wynajmuje pokoje w Bischofshofen i okolicach. Z Golling udałem się do miasta Mozarta, czyli Salzburga. Miasto to leży nad rzeką Salzach i może poszczycić się niezwykle ciekawą architekturą, którą przyjeżdżają podziwiać turyści z całego świata. Zatykające dech w piersi barokowe iglice starego miasta, otoczonego przez Festung Hohensalzburg (wielki zamek na szczycie góry) są niezapomniane. Nic dziwnego, że miasto jest na Liście Światowego dziedzictwa UNESCO. Spodobał mi się klimat Salzburga, a przede wszystkim uliczni artyści, ubrani w austriackie stroje narodowe, ciekawe i niespotykane w innych miastach fontanny, kolorowe kamieniczki, wąskie uliczki oraz serowy bazar, gdzie kupić można było setki różnych rodzajów sera. Po krótkim, ale treściwym zapoznaniu się z miastem, pojechałem w kierunku Linz. Droga była prosta. Alpejskie szczyty ostatecznie znikły mi z pola widzenia. Miejscami występowały jeszcze małe, niewinne podjazdy, które nie sprawiły mi najmniejszych kłopotów. Do Linz dotarłem o godzinie 20. Trochę pobłądziłem próbując samodzielnie wydostać się z miasta. Musiałem trzy razy pytać o drogę zanim opuściłem Linz. Jadąc długim mostem przekroczyłem Dunaj i znalazłem drogę nr 125 prowadzącą do Gallneukirchen. Kilka kilometrów za tą miejscowością skręciłem w lewo na Freistadt, Praga. Czekał na mnie długi, wyczerpujący podjazd. Mimo to jechałem bardzo spokojnie pocieszając się, że nic gorszego od Grossglockner Hochalpenstrasse nie może mnie już spotkać. Droga rozjaśniona była księżycowym blaskiem. Wciąż nie miałem pojęcia, gdzie będę nocował. Po prostu jechałem przed siebie zachwycając się urokami nocnej jazdy. Gdy dotarłem do Freistadt, zobaczyłem tablicę „camping 3km”. Gdy przyjechałem na miejsce nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Camping okazał się rewelacyjny: mnóstwo miejsca na rozstawienie namiotu, gęsta, zadbana trawa, czyste, pachnące łazienki z gorącą wodą, sauna, pralnia, restauracja i co najważniejsze, niebywała cisza.
 
DZIEŃ 31 „Dobry sposób na czeskie moreny”     
odcinek:     Freistadt - Praga
dystans:     204, 10 km

90.jpg Pojechałem w kierunku granicy austriacko-czeskiej. Camping opuściłem dopiero o godzinie 11. Przekroczyłem granicę i zrobiłem pierwsze, tanie zakupy na czeskiej stacji benzynowej. Moją uwagę skupiły dziewczyny stojące przy granicy. Zdziwiłem się, że w niedzielę przed południem też pracują. Holki nie były zbyt urodziwe. Nie ulega wątpliwości, że sextursytka w Europie Środkowej bardzo się rozwinęła na przełomie ostatnich lat. Już dawno to zauważyłem. Przygraniczne night cluby działają jak magnes na zachodnich sąsiadów płci męskiej, którzy przyjeżdżają się dobrze zabawić na weekend. Ciekawe, czy traktują to jako wyjazd służbowy i czy wliczają sobie to w koszty? Po kilkunastu kilometrach skończyła się strefa prostytucji i dziewczyny znikły z pobocza. Kierowałem się na Czeskie Budejowice. Droga nie była łatwa, ponieważ wszędzie występowały moreny. Jedynym dobrym sposobem było rozpędzenie się z góry i jak najszybsze pedałowanie w celu osiągnięcia wystarczającej prędkości do pokonania podjazdu. Metoda ta nie zawsze się sprawdzała, szczególnie gdy zjazd był krótszy od podjazdu. Mimo to w większości przypadków uniknąłem niepotrzebnych spowolnień. Często korzystałem z objazdów, gdyż droga nr 3 do stolicy Czech ze względu na remonty niektórych odcinków, była zamknięta. 25 km przed Pragą skręciłem na Mnichowice, ponieważ dalej zaczynała się autostrada, którą nie mógłbym jechać. Przez okoliczne wsie Svetice, Ricany i Kolovraty dostałem się do Pragi. Tym razem zdecydowałem się wziąć niedrogi hotel na przedmieściu czeskiej stolicy.
   
DZIEŃ 32 „Odwiedziny u Kuby w Ząbkowicach”     
odcinek:     Praga - Ząbkowice Śląskie
dystans:     221,30 km

91.jpg Dostałem smsa od Kuby  (ten, z którym byłem w Holandii - zobacz wstęp) z pytaniem, gdzie jestem. Odpowiedziałem, że jestem w Czechach. „No to świetnie. W takim razie odwiedź mnie w Ząbkowicach”: napisał Kuba. Początkowo miałem jechać na Zgorzelec, ale w zaistniałej sytuacji postanowiłem zmienić plany. W hotelu kupiłem szczegółową mapę Czech. Dzień zacząłem od zwiedzania Pragi. Udałem się więc do centrum, by poznać bliżej to piękne miasto. Ostatni raz byłem tutaj z rodzicami kilkanaście lat temu i jedyną rzecz, jaką zapamiętałem z tamtego pobytu to wstrętną jajecznicę podaną na dworcu. Praga bardzo mi się spodobała. Czesi zadbali o wygląd swojej stolicy. Widać to na każdym kroku. Nie wiem tylko, skąd wziął się pomysł na postawienie w centrum miasta ekstrawaganckiej rzeźby w postaci wielkich, damskich nóg z opuszczonymi majtkami, a także kolorowych krów w różnej pozie zdobiących prawie każdą praską ulicę. Czesi zawsze mieli różne, dziwne upodobania. W mieście roiło się od turystów. Na ulicach słychać było głównie język niemiecki. Pewna turystka patrząc na niezwykle bogato przyozdobiony budynek skomentowała go jednym zdaniem: „Das ist auch schoen, kitschig, aber schoen”. Moje odczucie było identyczne. Praska starówka również zrobiła na mnie duże wrażenie. Ogólnie Praga wypadła niezwykle atrakcyjnie w moich oczach. Z żalem w sercu pomyślałem o Warszawie, która przy czeskiej stolicy wygląda jak stary polonez przy nowej skodzie. Z centrum Pragi pojechałem na Podebrady. Po drodze zatrzymałem się w serwisie rowerowym, żeby wymienić uszkodzone szprychy. Trzeba było wstawić trzy, nowe druty i scentrować koło. Kosztowało mnie to w sumie 120 koron czeskich (5E). Następnie kierowałem się na Kradec Kralove, a stamtąd do granicy Nachód – Kudowa Zdrój. Ucieszyłem się niezmiernie, gdy w końcu znalazłem się na terytorium Polski. Wymieniłem resztę euro na złotówki i pomknąłem przez Góry Stołowe w kierunku Kłodzka, gdzie czekał już na mnie Kuba. Miło było zobaczyć po miesiącu pierwszą, znajomą twarz. Wrzuciliśmy cały mój bagaż do bagażnika. Kuba zaproponował, żeby zapakować też mój rower, ale wolałem samodzielnie przejechać te ostatnie 20km. Kuba jechał za mną i oświetlał mi drogę. Pedałowałem jak najszybciej osiągając miejscami prędkość 60km/h. Dotarliśmy na miejsce w niecałą godzinę. Byłem zmęczony, spocony i głodny. Wykąpałem się, po czym zjadłem wielką, pyszną kolację, przyrządzoną przez mamę Kuby. O 12 poszedłem spać.

DZIEŃ 33 „Szczęśliwy powrót do domu”     
odcinek:     Ząbkowice Śląskie - Poznań
dystans:     242,75 km

93.jpg Wstałem o 7 rano, ponieważ Kuba jechał do pracy. Tego dnia miałem do pokonania  dystans ponad 240km, więc wypadało wyruszyć wcześniej niż zwykle. Pożegnałem się ze wszystkimi dziękując za wspaniałą i miłą gościnę. Z Ząbkowic Śląskich udałem się do Wrocławia. Po 3 godzinach dotarłem do stolicy dolnego śląska. Przedarłem się przez całe miasto kierując się na Poznań. Droga była gorsza niż sądziłem. We Wrocławiu byłem kilka razy samochodem, ale nigdy rowerem. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na potworne koleiny, dziury zalepione gdzieniegdzie asfaltem, a przede wszystkim na brak pobocza. Nie wszyscy kierowcy byli dla mnie wyrozumiali. Czasami nie mogłem się powstrzymać od przekleństw, gdy ktoś z powodu braku cierpliwości i nieprzeciętnej głupoty, wyprzedzał lewym pasem pędząc prosto na mnie. Po kilkudziesięciu kilometrach skończył się ten koszmar i zaczęło być coraz lepiej. Droga zaczęła przypominać drogę, a nie rozryte pole. Ciągle patrzyłem na licznik i odliczałem ostatnie kilometry, które dzieliły mnie od domu. W końcu dojechałem do Leszna. Stamtąd pozostało mi już tylko 70km. Minąłem Kościan, Stęszew i wreszcie mym oczom ukazało się centrum handlowe w Komornikach. Oczywiście największą radość sprawiła mi tablica „Poznań”. Satysfakcja z ukończenia kolejnej wyprawy była ogromna i nieporównywalna z niczym.  O 21.45 wróciłem do domu. Przez cały czas marzyłem o gorącej kąpieli, dlatego zamiast się rozpakować, wbiegłem prosto do wanny. To była ostatnia moja wyprawa rowerowa. Wątpię, żebym w przyszłym roku gdzieś wyjechał, ale nigdy nic nie wiadomo.

KONIEC

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.expeditions.prv.pl/
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;