Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wyprawa na najwyższy szczyt Iranu (18.IX-02.X.2002)
DEMAVEND PROJECT
Wyprawa na najwyższy szczyt Iranu (18.IX-02.X.2002)

by Grzegorz Japoł

Trochę przed wakacjami zapadła decyzja - jadę na Elbrus w Kaukazie. Zacząłem kompletować sprzęt, ćwiczyć, kilka wyjść w Tatry dla nabrania kondycji, gdy kumpel powiedział mi, że jest inna ciekawa wyprawa. - Gdzie ??? - Wulkan Demavend, 5684 metry wysokości... druga połowa września... - A gdzie to jest ? - W Iranie ? Szczęka opadła mi z wrażenia - decyzja była natychmiastowa...

Żeby nie było zbyt łatwo, na dwa dni przed wyjazdem dostałem zapalenia oskrzeli - porażka. Lekarz usłyszał tylko: - We środę muszę być zdrowy! - moja determinacja musiała być widoczna, bo zapewnił mnie krótko - Będzie Pan Dostałem tyle lekarstw, że spokojnie mogłem być zatrzymany za przemyt, jednak w dniu wyjazdu czułem się dobrze.

Na lotnisku Katowicach poznaje ekipę - Bogdan (prezes Polskiego Klubu Alpejskiego) przewodzi wyprawie, jest jeszcze Paweł i Andrzej no i oczywiście ja. We czwórkę wyruszamy zdobywać najwyższy szczyt Iranu. Szybkie zakupy w sklepie wolnocłowym, trzygodzinny lot do Antalyi w Turcji i zaczęło się.

Wyjeżdżając z domu słyszałem w radiu, że w Tatrach pada pierwszy śnieg, tu ponad 30 stopni w cieniu. Plaża jak w amerykańskich filmach, błękitna woda, turystki topless... Z plecakami ze sprzętem wysokogórskim wyglądamy kretyńsko. Może jednak zostaniemy? - padły propozycje. W górach sami, zimno będzie... a tu... nie trwało to jednak długo. Nasz autobus odjeżdża za niecałe 5 minut, a następny dopiero jutro! Raj jak nagle się zaczął, tak nagle się skończył.

Gdy mówiłem w domu, że czeka nas ponad 2500 km tureckimi i irańskimi autobusami przez Kapadocję, Kurdystan i Iran - wszyscy łapali się za głowę. - Boże... 100-tu letnie autobusy, bez szyb i siedzeń, bagaże na dachu i kozy w środku?! Byłem przygotowany na najgorsze, a tu nowiutki mercedes, klima i steward, który roznosi wodę, ciasto, napoje i co najbardziej nam się podoba, w odstępach czasu myje wszystkim ręce "wodą kolońską" - tylko jakoś tych kóz nie widać pomyślałem. W Polsce za 100 lat takie standardu w PKS-ie nie będzie.

Do Erzurum 21 godzin drogi, więc czas umilamy sobie starą dobrą "Żołądkową" - pamiątką z wolnocłowego - czym strasznie narażamy się stewardowi. Niestety jedyną wspólną cechą tureckiego autobusu z PKS-em okazało się spóźnienie - miał jechać 21, a jechał 27 godzin i w na miejscu wylądowaliśmy około 16-tej drugiego dnia podróży. Niby spoko, ale szybko zorientowaliśmy się, że nie możemy jechać dalej. Na wschód od miasta grasują grupy partyzantów z PPK (Partii Pracujących Kurdystanu), z którymi Turcja jest w stanie wojny. Po godzinie 16-tej nic w tamtym kierunku już nie jeździ - więc utknęliśmy. Jak się okazało, najmniej ciekawym miejscu jakie mogło się nam przytrafić. Zero klimatu, orientalizmu, niczego, co od zawsze kojarzyło mi się z Turcją - betonowa dżungla, śmierdzące powietrze, ogólnie rzecz biorąc w Katowicach jest więcej egzotyki niż tu. Rano jedziemy dalej. Po drodze wojskowe transportery nie są już rzadkością, gigantyczne jednostki wojskowe w każdym mieście, wioski jak z filmów, które widziałem na National Geographic Channel - jednym słowem Kurdystan.

1.jpgW żarze lejącym się z nieba śnieg na szczycie Araratu - który właśnie pojawił się na horyzoncie - wygląda nierealnie. Na nim spoczywa Arka Noego. Jeśli starczy czasu, to może i na niego zdążymy wejść. Na wszelki wypadek w Dagobayazit załatwiamy "permity" (specjalne zezwolenie na wyjście w góry z obstawą wojska). Ostatni SMS do domu: "wjeżdżamy do Iranu, nie będzie ze mną żadnego kontaktu przez co najmniej tydzień, nie martwcie się".

Przed granicą kilkunastokilometrowa kolejka tirów, upał po 40 stopni w cieniu, a jednak nikt nie narzeka - kierowcy z Chyżnego powinni zobaczyć. Sama granica to temat na książkę. Pierwsza jawna próba oszukania nas przy wymianie tureckich pieniędzy na irańskie - "konik" zawiódł się jednak bardzo - umieliśmy liczyć, czego najwyraźniej nie przewidział. Pieniądze trzeba mieć i tak czy inaczej ubijamy z nim interes. Pasy zaoranej ziemi, wieżyczki strażnicze, stanowiska CKM-ów, wszędzie wojsko - Nie wjeżdżamy aby do Iraku?

Przebudowywany terminal za kilka lat będzie zapewne imponujący, na razie odprawa odbywa się w zburzonym do połowy budynku. Trzeba dobrze uważać na odpadające z sufitu płaty tynku, ludzie wpuszczani są do czegoś przypominającego "klatkę" na kontrolę i odprawę celną - przy wejściu do niej kilkaset osób. Tu już wszystkie kobiety mają "czadary" (czarne tuniki szczelnie zakrywające ciało), dźwigają toboły, pilnują dzieci, a mężczyźni stoją spokojnie osobno, trzymając w ręce najwyżej paszport.

"Fajny kraj" komentujemy i ustawiamy się w kolejce razem z kobietami wywołując tym wielkie wśród nich zdziwienie i wręcz współczucie. Szkoda że nie mamy z sobą naszych dziewczyn, nie musielibyśmy dźwigać tych plecaków.

Turecka odprawa "sprawna" choć wpisanie na tureckiej klawiaturze "ł" z mojego nazwiska zajęło celnikowi dobre kilka minut - gdyby był z nami "Brzęczyszczykiewicz" pewnie by nas internowano. Stajemy przy wejściu do klatki. Jakiś żołnierz bierze nam paszporty i zostajemy sami sobie. U nas przez granice przewozi się piwo, tu każdy wiezie po kilka kuchenek mikrofalowych, lodówek i Bóg wie czego jeszcze... i o dziwo oni są przepuszczani, a my - czekamy. Powinni tu nakręcić gościnny odcinek serialu "Granice" - żartujemy. Może gdybyśmy kupili po drodze kuchenkę byłoby mniej problemów. W kolejce dokonaliśmy ciekawego odkrycia - irańskie kobiety po "rozpakowaniu" z czadara (tzn. po odsłonięciu twarzy) okazały się bardzo urodziwe... no, ale tu za ubranie spodenek jest kara chłosty, co więc będzie za odezwanie się do czyjejś żony? - postanawiamy nie sprawdzać.

Po pięciu godzinach w tłumie, kurzu i upale wołają i nas. Tu pięć godzin czekania poszło w zapomnienie. Pytanie skąd jesteśmy, przejście bocznymi drzwiami jako "zagraniczni" i w ciągu 5 minut jesteśmy w Islamskiej Republice Iranu.

2.jpgArarat z tej strony granicy wygląda ciekawie, więc strzelam fotkę - chwilę później mój aparat leży na stoliku irańskiego oficera. On dzwoni gdzieś pytając zapewne co zrobić ze szpiegiem z "Lechistanu" (Polski).

- No to masz po aparacie - pociesza mnie Boguś - a po kliszy to na pewno. Jednak jak aparat mi zabrano, tak mi go oddano, z klisza, bez problemów - widocznie polscy szpiedzy nie są niebezpieczni. Pierwsze pięć minut od wjazdu i już problemy. - Przepraszam - wyszeptałem z bladą twarzą, do Bogdana - musiałem fajnie wyglądać, bo chłopaki mieli ubaw do końca wyjazdu. W każdym razie aparat schowałem głęboko w plecaku - wyciągnąłem go dopiero w górach.

Jesteśmy w Maku, jest wieczór - ze sporymi kłopotami organizujemy transport. Kolejna noc w drodze, rano jesteśmy Teheranie. Tu już egzotyki nie brakuje. Ajatollah Chomeini spogląda na nas z setek portretów, plakatów wspominających wielką rewolucję islamską na której pełno także czołgów, wojska i samolotów - chyba zbliża się jakaś rocznica - nie wierze, żeby miasto na co dzień, aż tak było oklejone. Najgorsze dla nas jest wszechobecne arabskie pismo - totalnie niczego nie da się odczytać i nawet do WC trzeba iść na czuja. Szybko otaczają nas "naciągacze" proponując wymianę pieniędzy, bilety na autobusy, taksówki i co tylko sobie zażyczymy - dogadanie się jednak z nimi graniczy z cudem, w tym wypadku nawet język gestów nie pomaga. "Panowie jeśli gdzieś idziemy sami to znaczy, że ma być nas co najmniej dwóch, tak będzie bezpieczniej". Ponieważ nasz irański kontakt zawiódł, decydujemy się na uderzenie w góry sami, żeby nie marnować więcej czasu.

3.jpgPytamy taksówkarza czy mówi po angielsku, odpowiada: "Yes", więc wsiadamy. Szybko okazuje się, że na "yes" jego znajomość angielskiego się kończy, ale "Demavend" to irańska nazwa, więc bez problemu zrozumiał gdzie nas zawieźć. Po 1,5 godziny drogi lądujemy w wiosce o tej właśnie nazwie kilkanaście kilometrów od gór. Wyciągamy mapę, pokazujemy mu gdzie chcieliśmy żeby nas zawiózł, a taksówkarz w śmiech. "To góra, tam nas nie może przecież wywieźć..." - wyjątkowo topornie szło, ale za dodatkową opłatą wzywając Allacha na pomstę "naszej głupocie" decyduje się nas zawieźć pod górę - ręce opadają. Jedyny plus tej zbędnej wycieczki to niesamowite widoki gór w okolicy Teheranu.

Po drodze za oknem ukazał się cel naszej wyprawy. Z naszej perspektywy, nie wyglądał jednak imponująco. "To ta góra? I po to jechaliśmy tyle? Taka mała i bez śniegu? Wkosimy ją w dwa dni" - rzucił Paweł. Mnie tam nie wydawała się ona taka mała i w ogóle, no ale skoro doświadczeni alpiniści tak mówili, to pewnie tak było - pomyślałem z pewna ulgą, że może jednak wtoczę się na jego wierzchołek.

Następna godzina i jesteśmy w Gazanak u stóp Demavendu, jest sobota 21.IX po południu. Tu także niekomunikatywność miejscowych jest wręcz irytująca. "Demavend? 10 dni drogi!!" pokazuje ten co załapał o co nam chodzi, zresztą nikt nie potrafi wskazać gdzie znajduje się początek szlaku. Dobrze, że w wiosce znalazł się żołnierz znający kilka słów po angielsku, bo nasza sytuacja przedstawiałaby się niewesoło. Zaprowadził nas na szlaku i nawet jabłka dał - spoko koleś, mamy z nim fotkę.

4.jpg1,5 godziny drogi i znajdujemy się przy pierwszym z trzech źródeł, które mieliśmy napotkać po drodze. Rozbijamy pierwszy obóz. Jednak już w tym pierwszym kawałku drogi upał w granicach 38 z plecakiem z pełnym wyposażeniem na plecach szybko pokazały ze wejście na szczyt może nie być aż tak proste jak się to początkowo wydawało. Za łyk wody oddałbym wtedy wszystko, niestety Bogdan kazał przegotować wodę na wypadek "ameby" - najgorsze uczucie na świecie - siedzieć w upale przy źródle zimnej wody - i nie móc się napić. Jest ciężko, ale nikt nie mówił, że będzie lekko.

Następnego dnia ruszamy o wschodzie słońca - to chyba niedziela, tracę rachubę czasu. Początek drogi prosty, dróżka wydeptana przez pasterzy. Szybko nabieramy wysokości, mijamy szałasy i stada owiec. Przy ostatnim źródle spotykamy grupę irańskich alpinistów. Rysują nam mapę wejścia (wyglądającą mniej więcej jak plan złapania Ossamy), tłumaczą dokładnie dalszą drogę i radzą zabrać dodatkowe butelki na wodę - ostatnia rada była wyjątkowo trafna - o tym jednak dowiedzieliśmy się jednak później. Kilka fotek pamiątkowych i ruszamy dalej. Kierujemy się do miejsca nazwanego przez nas "Three Towers" - nie da się nie trafić. Dało się jednak iść złą drogą. Droga przechodzi w strome osuwisko (prawie 800 m. różnicy wzniesień). Szło się jak po wydmie piaskowej - dwa kroki w przód, jeden w tył. Słońce nie dawało za wygraną, a dodatkowe 4 litry wody u każdego ubywały w zadziwiającym tempie. Staram się nie narzekać, bo po głowie biega mi stary kawał "co to jest wisi na ścianie i ryczy...". Po paru godzinach było już pewne, że zeszliśmy ze szlaku - do góry pozostało już jednak niewiele. Na szczyt grani doszliśmy o zachodzie słońca, pozostawiając "Three Towers" za sobą. Nie było sensu iść kolejnych 300 m w górę do schroniska. Walka z osuwającymi się kamieniami kosztowała nas sporo wysiłku i nikt nie miał siły, a głównie ochoty po ciemku iść dalej. Dumny jestem z siebie jak "cholera" że wyszedłem, z drugiej strony stwierdzam, że jak tak ma wyglądać reszta drogi to ja na szczyt na pewno nie wyjdę. Obóz nr dwa rozbijamy na grani, jedynym miejscu dogodnym do rozbicia namiotu. Szybka kolacja i kładziemy się spać. Demavend postanowił jednak, że tej nocy nie prześpimy spokojnie. Burza śnieżna przechodząca z jednej doliny do drugiej wybrała drogę dokładnie nad nami. Trzeba było się mocno namęczyć, żeby utrzymać namiot na miejscu - po kilkudziesięciu minutowej walce z wiatrem, złożyliśmy go, obłożyliśmy kamieniami i tak zostało już do rana. "Pewnie Grześ teraz zastanawia się po co tu przyjechał" dogryza Boguś. Mnie się tam podobało, będzie co opowiadać - myślę sobie - swoją drogą grzmoty na wysokości ponad 4000 m brzmią jakoś bardziej przejmująco.

Rano pogoda nic, a nic nie wskazywała na to, co działo się w nocy, tylko namiot tak jakoś śmiesznie rozłożony. Wyruszamy dalej. Tu już nie jest tak ciepło, ale słońce dalej przypomina o sobie, zasycha w gardle, a ostatnio butelka wody skończyła się podczas śniadania co dodaje nam motywacji by jak najszybciej dojść do schroniska.

5.jpgSchronisko (4485 m.n.p.m.) - kamienna budowla, gdzie można się schować przed wiatrem i chyba na tym można skończyć wymienianie jego zalet. Wody, o której mówili irańscy alpiniści oczywiście nie było, coraz mniej mi się to podoba. Uratowały nas pierwsze płaty lodowca, który można było stopić. "Lodowcowa woda" była paskudna - smaku lepiej nie komentować, wygląd mniej więcej jak kałuża u mnie przed domem, miała jednak jedną zaletę - była mokra. Wycieram nos, na chusteczce krew. - To przez wysokość? - pytam Bogdana - Nie, to zmęczenie, normalka.

6.jpgKolejny dzień to atak szczytowy. Wstajemy wcześnie, wskakujemy we wszystko co mamy do ubrania, bo pogoda choć to Iran nie motywuje do ubrania spodenek. "Na lekko" ruszamy - jakieś 600 m i staniemy na szczycie. Płaty lodu i śniegu utrudniają wchodzenie, ubieramy raki... Droga jest jednak dość prosta, więc każdy idzie swoim tempem. Rozdzielamy się - Boguś idzie przodem, za nim ja i Paweł, Andrzej trzyma się z tyłu. Sam Einstein nie wiedział chyba jak ciężki może być praktycznie pusty plecak. Jeszcze parę kroków i widzę Bogdana. "Hej naprzód marsz..." piosenka Proletaryatu, motywuje mnie tak, że już nie staję by odpoczywać. Wdrapuje się na szczyt jako drugi. Demavend zdobyty. Myślałem, że po wyjściu będę skakał z radości, całował ziemie czy coś... "To tu?" spytałem Bogdana, po czym ściągnąłem plecak i raki - nie mam siły się cieszyć.

Kilka fotek, spacer dookoła krateru, po chwili dochodzi Paweł. Pogoda niezła, ale Morza Kaspijskiego ani Wielkiej Pustyni Irańskiej niestety nie widać. Sam krater jest inny niż sobie wyobrażałem, nie ma gigantycznej dziury - w większości jest zasypany, w nim pozostałości lodowca. O wulkanicznym rodowodzie "górki" przypomina wszechobecny zapach siarki - zapach to mocno powiedziane - smród, aż gryzie w nos. Miejscami ziemia, aż dymi. Miejscowa legenda głosi, iż "..w górze uwięziony jest smok -7.jpg Azhl Dahaki, który uwolni się z niej, gdy nastąpi koniec świata i pożre on wtedy trzecią część wszystkiego, co żyje - zanim zostanie zabity..." - najwyraźniej od długiego leżenia smok nabawił się niestrawności. Godzina na szczycie - nie dociera jednak Andrzej. Schodzimy - trzeba jeszcze spakować pozostawiony rano obóz i zejść na noc do schroniska, nie ma co więcej czekać. Zgubę spotykamy 70 metrów pod szczytem - nie wygląda dobrze. Z Bogdanem wchodzi na szczyt i schodzimy już na dobre. Osłabienie kolegi okazuje się jednak znacznie bardziej poważne, do zachodu słońca schodzi zalewie do ostatniego obozu. Plan szybkiego zejścia powoli zaczyna się walić. Po kolacji i sporej porcji leków Andrzej wraca do siebie. Idziemy spać, przy odrobinie szczęścia jutrzejszy wieczór moglibyśmy spędzić już w Teheranie...

Blady jak śmierć Andrzej obudził nas o wschodzie słońca - nie był wstanie ustać na nogach. Ostra niewydolność krążenia, spowodowana brakiem tlenu - orzekli Bogdan z Pawłem. Nic więcej nie trzeba było mówić. Kilkanaście minut i obóz zwinięty, jego rzeczy podzielone między nas. Schodząc na dół po pomoc w najlepszym razie sprowadziłoby się ją do nas w ciągu dwóch dni - zostaliśmy sami. Na noszach godnych McGyvera (kijki teleskopowe, czekany, karimata i śpiwór) kładziemy chorego. Zaczął się jeden z najdłuższych i najcięższych dni jakie miałem okazje przeżyć.

Pierwsze 100 m wysokości nieśliśmy go na noszach (najcięższy kawałek zejścia), potem w miarę możliwości sprowadzaliśmy pod ręce, asekurując po dwie osoby na raz, a gdzie był śnieg Andrzej po prostu zsuwał się po nim.

Do schronu dotarliśmy popołudniu. Śniadanio-obiad w schronisku stawia wszystkich na nogi. Kolejny nocleg na tej wysokości nie zrobi dobrze naszemu koledze, a że po posiłku czuje się troszkę lepiej schodzimy dalej. Idzie się nam jednak znacznie wolniej niż planowaliśmy. Godzinę po zmroku znajdujemy się na grani gdzie parę dni wcześniej walczyliśmy o namiot z burzą śnieżną. Wysokość wprawdzie duża, decydujemy się jednak na odpoczynek do rana - po całym dniu wszyscy potrzebują go nie mniej niż chory.

8.jpgKolejny wschód słońca przyszedł wyjątkowo szybko - zaczynamy zejście. Andrzej idzie o własnych siłach, a wysokości ubywa. Resztkę wody jaką dysponowaliśmy została oddana choremu, a najbliższe źródło prawie 1500 m niżej. Temperatura znów ponad 30 stopni i nawet paskudnego lodowca nie ma. Jedną z ciekawostek, którą dowiedziałem się na górze było to, że żółty mocz to oznaka odwodnienia - mój z barwy żółtej przechodził już w brąz. Zacząłem wątpić w dojście do źródła - doszliśmy do niego wczesnym popołudniem. Nie wiem co Bogdan nagadał irańskim pasterzom spotkanym przy źródle, gdy jednak dowlokłem się do niego usłyszałem, że jesteśmy zaproszeni na obiad do ich szałasu. Po tygodniu życia o zupkach chińskich, pasterska jajecznica oraz herbata ceremonialnie podana wróciła mi chęć do życia i wiarę w spontaniczna ludzką gościnność. Po ciepłym posiłku, mając tyle wody ile nam potrzeba dalsza droga wydawała się spacerkiem, kilka godzin i będziemy w wiosce. W miejscu gdzie nocowaliśmy pierwszy raz, ostatnie spojrzenie na górę - zachodzące słońce chowające się za Demavendem przecięło niebo smugą światła na dwie części. Demavend, choć pokazał, że nie jest wcale taką "małą górką i bez śniegu" - żegnał się z nami w przepiękny sposób.

Góra zdobyta, do domu jednak daleko i szybko okazało się, że najgorsze wcale nie jest za nami. Iran jest krajem gdzie statystycznie jest najwięcej wypadków na świecie, a kierowca wiozący nas do Teheranu za punkt honoru wziął sobie udowodnienie, że to prawda. Cieszyło go chyba, gdy po każdym "wyjechaniu na czołówkę", czy wyprzedzeniu kogoś poboczem, w samochodzie rozlegało się wspólne: "widzieliście ? o Boże ? dopłaćmy mu, niech zwolni!". Kierowca jak "robocop" bez zmrużenia oka wymija na milimetry inne samochody, raz po raz spoglądając w niebo z charakterystycznym dla arabów gestem: "Jak Allah pozwoli" (to dojedziemy). Obiecuje sobie większą wyrozumiałość dla kierowców w Polsce. To było najgorsze 50 minut naszej wyprawy. Toporność naszego kierowcy nie kończyła się jednak na jego umiejętnościach prowadzenia samochodu. Nie dało się mu po prostu wytłumaczyć ze 5-cio gwiazdkowy hotel (55$ za osobę) do którego nas zawiózł to nie jest dokładnie to, o co nam chodziło. Irańczycy umiejący kilka słów po angielsku zazwyczaj byli bardzo przyjaźni i pomocni, ci jednak, którzy nic nie umieli patrzyli na nas jak na chodzące worki z pieniędzmi i jak tylko mogli starali nas skroić.

9.jpgKolejny dzień w większości spędzamy "na mieście". Koleś w informacji na dworcu stwierdza, iż jedyną ciekawą rzeczą w Teheranie jaką według niego warto zobaczyć jest ZOO. Ludzie w Iranie nie rozumieją pojęcia "turystyka". To jedna z rzeczy, których Europejczyk nigdy nie będzie w stanie pojąć. Wybieramy się więc na poszukiwania na własną rękę i trafiamy do "mediny". Na kilkupoziomowym targu w środku miasta można kupić wszystko, od gwoździ, przez piękne perskie dywany do munduru z napisem U.S. Army. Szczerze polecam lody - tak dobrych jak te w teherańskiej medinie nie jadłem jeszcze nigdy. Niestety byliśmy tam w piątek, a piątek u muzułmanów to jak u nas niedziela i większość stoisk była zamknięta. Małe przekupstwo i pozwolono nam oglądnąć meczet, cały wykładany lusterkami. Innowiercom nie wolno wprawdzie wchodzić do meczetu, Koran nie wspomina jednak chyba o wejściu na meczet i tą koranistyczną lukę szybko wykorzystujemy włażąc na dach.

Gdziekolwiek się pokazujemy stajemy się atrakcją, a moje długie włosy (choć dla nie prowokowania spięte) wywołują wielkie poruszenie - był nawet gość, który zrobił sobie koło mnie zdjęcie. Teraz już wiem jak czują się małpki w zoo - czekałem tylko, aż zaczną nas częstować bananami - cóż przynajmniej raz w życiu możemy powiedzieć, że jesteśmy w centrum uwagi. Przez cały dzień w Teheranie nie spotkaliśmy żadnego Europejczyka lub nikogo kto wyglądałby na nie-Irańczyka, trudno więc było nie być niezauważonym. Jednak i ta sztuka nam się udała. Gdy przez wizjer aparatu w kadrze zobaczyłem policję wyciągającą na nasz widok pałki i krzyczącą w naszym kierunku w momencie udało się nam wtopić w tłum. Kolejna próba szpiegostwa uszła nam płazem -może po prostu nie lubili jak się im zdjęcia robi.

Kolejna noc w autobusie tym razem jedyna w życiu szansa oglądnięcia irańskiego filmu w stylu "Klanu". Ten kto mówi, że polskie kino to dno powinien to zobaczyć. Film był nawet fajny, niestety nie wiem jak się skończył, przespałem zakończenie - w każdym razie czas zleciał, na rano znów byliśmy na granicy w Bazargan. Terminal od tej strony to pełna kultura, pięknie oszklony budynek widać, że niedawno skończony. Wszyscy "zagraniczni" zostali wzięci na specjalną kontrolę poza kolejką, kilka minut i jesteśmy w Turcji. Tu znów przejście przez "klatkę". Mała bójka przemytników z żołnierzami mało nie doprowadziła do strzelaniny. Nas jednak nikt się nie czepia. Przechodzimy spokojnie i łapiemy autobus do znanego nam już dobrze Erzurum. Niestety na Ararat czasu nie starczyło - może kiedyś...

Z Erzurum spontaniczna przesiadka i jedziemy do Adany nad Morzem Śródziemnym, a co tam, tam jeszcze nie byliśmy. Kolejny dzień i noc w autobusie - tyle już ich było, że zastanawiam się czy zasnę w zwykłym łóżku. W autobusie niewiele się dzieje, choć znów drogę umila nam pokładowy stwerad myjąc wszystkim ręce. W Adanie jesteśmy na rano. Powietrze tu jest dziwnie ciężkie, przytłaczające, źle się oddycha - Adana to najgorętsze miasto Turcji.

10.jpgObóz rozbijamy w małym hoteliku blisko targu. Hotelik jak z przedwojennych filmów z Bogartem, w pokojach poza łóżkami jest tylko jedno - jest niesamowicie gorąco, ale za to cena jest przystępna wiec zostajemy. Recepcjonista widząc że my nietutejsi przyniósł nam wiatrak "przemysłowych" rozmiarów i w pokoju zrobiło się znośnie. Wertujemy przewodnik co ciekawego jest w Adanie i po raz kolejny okazuje się ze niewiele - więc po prostu udajemy się nad morze. Mijamy wielkie pola z bawełną - pewnie nasze t-shirty też tu zaczynały. Plan następnego dnia jest piękny - udajemy się do "Yijan Kale" ruin Zamku Węża zbudowanego przez krzyżowców, żeby się wspinać. Jedziemy "dolmuszem" (miejscowa komunikacja busami) - zabieramy uprzęże, linę i wszystko co potrzeba do wspinaczki. Zamek na horyzoncie wygląda super. Parę kilometrów do twierdzy w upale 41 stopni w cieniu i wspinanie szybko nam przeszło - w taka pogodę nie da się wspinać! - w taką pogodę nic się nie da! Decydujemy się wiec zdobyć go klasycznie frontalnym atakiem. Fajna zabawa. Zwiedziliśmy cale ruiny i choć wspinaczka nie wyszła wracamy w świetnych humorach.

Kolejny punkt programu jest nam znany, aż za dobrze - zbieramy wszystko i znów do autobusu - tym razem do Antalyi - miejsca gdzie zaczęliśmy nasze "tour de Turkye". Przez całą wyprawę w pamięci żywy był obraz gorącej plaży, przezroczystej wody, turystek topless na plaży i w ogóle wszystkiego, nie było wiec problemu w poprzestawianiu planów tak, by jeden cały dzień spędzić jak zwykli turyści - na plaży. 6-ta rano leżymy już nad morzem. Mogę się założyć, że w tym słonecznym mieście jest najwyżej jeden dzień w roku w którym pada deszcz - no i oczywiście na niego trafiliśmy. Tak czy inaczej w sztormowej pogodzie wykąpaliśmy się, zwiedziliśmy miasto i następnego dnia po raz ostatni w Turcji wpakowaliśmy się do autobusu - tym razem na lotnisko...

Przed wyjazdem koleżanka spytała mnie czy warto się tak męczyć, tyle poświęcić dla 5 minut na szczycie jakiejś góry niewiadomogdzie ? Teraz wiem że zdobycie szczytu, to tylko uzupełnienie niesamowitej przygody jaką była ta wyprawa, czasu spędzonego z nieprzeciętnymi ludźmi we wspaniałych miejscach. Mam nadzieje ze będę mógł to kiedyś powtórzyć. Może za rok Kamczatka ?

Wyprawę zorganizowaną przez Polski Klub Alpejski prowadził Bogdan Magrel (Tychy), wzięli w niej udział także: Andrzej Klimczewski (Łódź), Paweł Kajzerek (Żory), Grzegorz Japoł (Nowy Targ)
Autorem relacji jest Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Prywatna strona autora: http://www.igor13.z-ne.pl/
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;