Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Rumunia 2006
W tym miejscu miał się znaleźć krótki opis
wycieczki w Góry Muntii Apuseni, pasmo Muntii Trascaului,
ale opis się trochę rozrósł i bynajmniej nie jest krótki.


28 kwietnia 2006 - piatek
WYJEŻDŻAMY

Wyruszamy o 22.35 bezposrednim pociagiem do Bukaresztu. Z uwagi na to, że bilet bezposredni kosztuje nieomalze drugie tyle co bilet kombinowany, tzn. kupowany osobno na kazde przejscie graniczne i na przejazd po poszczególnych krajach, postanowilismy skorzystac z tanszej opcji.
Na poczatek kupiliśmy bilety do Muszyny i miedzynarodowy z Muszyny do Plavca. Na tym samym przejezdzie zarabiamy kilkadziesiat PLN. Usadowilismy sie w wagonie do Budapesztu (w zasadzie nie wiadomo dlaczego) i posnelismy. No bo niby czemu nie?

29 kwietnia 2006 - sobota
PRZEJEŻDŻAMY PRZEZ SŁOWACJĘ, WĘGRY, RUMUNIĘ, ABY SPĘDZIĆ PIERWSZY NOCLEG W GÓRACH MUNTI TRASCAULUI

W okolicach Tarnowa, przyjemny turkot kól ucichl na ponad godzine. Lokomotywa sie zepsula!! W sumie nikogo to za bardzo nie zdziwilo, tyle ze pomieszalo nam to szyki, bo mielismy wyskoczyc w Plavcu kupic bilety na przejazd przez Slowacje.
Ale generalnie w Plavcu i tak byl srodek nocy i kasy byly nieczynne.
Posnelismy wiec nadal. No bo niby czemu nie? Stresowanie sie zapewne by w tej sytuacji i tak nic nie pomoglo.
Nagle w przedziale jakby znikad pojawil sie slowacki konduktor z pytaniem o bilety. Piotrek przedstawil w prostych slowach ta jakze skomplikowana sytuacje: gdzie i jak jedziemy i jak to chcielismy z tymi biletami. Konduktor pomyslal, podumal i stwierdzil, ze bedzie ciezko. Ale sobie poszedl.
No to my tez posnelismy. No bo niby czemu nie? Stresowanie sie tutaj juz nic nie pomoze.
Po dluzszej chwili do przedzialu wpadl ten konduktor. Rozanielony, wesolutki, podekscytowany, ajajaj! Z okrzykiem na ustach (i slowackim akcentem): "Mam!! Znalazlem rozwiazanie!!". No mi w tej chwili serce stanelo - zwariowal, czy co?
A on przedstawil nam rozwiazanie: mielismy mu dac w lape 700 SEK za bilety, których nie kupilismy, na trase Plavec - Koszyce (w sumie mniej wiecej tyle samo co bilet w kasie) i do tego on by nam zatrzymal na dluzej pociag w Koszycach, zeby Piotrek ze Slawkiem mieli czas pobiec do kas i kupic bilety na trase Koszyce - Miszkolc. No z takiej oferty trudno byloby nie skorzystac!
Do Miszkolca spedzilismy czas na liczeniu ile pieniedzy i w jakiej walucie posiadamy. W Miszkolcu (dodam, ze to juz na Wegrzech) pociag mial stac dosc dlugo, ale nadal byl opózniony i to dosc sporo. Tym niemniej jednak Piotrek przekonal cala nasza wesola gromadke, ze on TUTAJ MUSI stac 20 minut. No jak tak mówi - to dlaczego nie? Piotrek, Slawek i Dorotka pobiegli kupowac bilety, a ja z Agnieszka zostalysmy na strazy dobytku naszego.
1.jpgGdy nagle... dworzec zaczal sie od nas oddalac. Pociag normalnie ruszyl. I co gorsza zaczal nabierac predkosci!! Jaja jakies, czy co?
NO! ALE PRZYNAJMNIEJ ZACZELO SIE COS DZIAC!! Ja osobiscie sie bardStacja kolejowa N yekladhazazo ozywilam.
Przetachalysmy biegiem i w pocie czola te piec plecaków blizej wyjscia i umykajac przed konduktorka, wyskoczylysmy na najblizszej stacji o nazwie Nyekladhaza. Nyekladhaza - klimacik niezly :-), polecam poszukiwaczom czasów glebokiej komuny.
Na szczescie jakies pare lat temu odkryto lacznosc bezprzewodowa, wiec z porozumieniem sie z reszta ekipy nie mialysmy problemu. Plan byl taki, ze mialysmy wrócic najblizszym pociagiem do Miszkolca. I tu pojawil sie problem, bo stacja o nazwie Nyekladhaza wielka nie byla, ale 10 torów miala, z czego zaden nie byl opisany. W glosie pani oglaszajacej zblizanie sie pociagu do Miszkolca przewazala skladanka liter: tx, dh, rszt, ghg i nijak nie szlo dojsc o co chodzi. Tak czy siak nie udalo sie nam z tego potoku slów wyekstraktowac jakiegos liczebnika. Obstawilysmy, wiec tor srodkowy. W sumie zle nie trafilysmy, bo pociag przyjechal na sasiedni. Przy pomocy, albo raczej unikajac pomocy, pewnego niezbyt jakby do konca trzezwego Wegra, wladowalysmy nasze i nie tylko nasze pakunki do pociagu, i na gape dojechalysmy do tego Miszkolca, gdzie juz czekano na nas z odsiecza. Widzac Piotrka i Slawka, lewitujacy Wegier odszedl z lekka zniesmaczony.
Gdy my zwiedzalysmy stacje kolejowa Nyekladhaza, reszta ekipy wykombinowala jakies alternatywne polaczenie do Rumunii.
O 9.05 wyjechalismy do Polskladany (albo jakos tak J), gdzie o 12.42 mielismy pociag do Biherkeresztet - kto im te nazwy wymyslal?! - miejscowosci na granicy z Rumunia.
Tutaj, znaczy w tym Biherkeresztet, zlapalismy taxi, która za 1� dowiozla nas do granicy, która mimo, ze zdaje sie nie ma tam przejscia pieszego, udalo sie nam pokonac tak szybko, ze ja w ogóle tego nie pamietam. Po przejsciu granicy kolejna taksówka dojechalismy do stacji PKP w Oradea. Wyrzucilo nas z tej taksówki jak z katapulty. Biegiem na dworzec, bo akurat mial podobno odjezdzac pociag (choc dokad - to ja nie wiem i skad bylo wiadomo, ze ma odjezdzac - to tez nie wiadomo). W kazdym razie biegiem. Wpadamy na ten peron i... no jeszcze go zobaczylismy...
Wrócilismy do tych taksówek i podjechalismy do dworca autobusowego w Oradea. Tutaj akurat byl autobus, który gdzie jechal to tez nie pamietam, ale jechal przez Kluz-Napoke i Turde, co nam byla bardzo na reke.
Ok. 20 wreszcie wyladowalismy w Turdzie. Zdaje sie, ze nawet nie taki byl plan, ale najwazniejsze, ze znalezlismy sie na terenie objetym mapa, która posiadalismy.
Ruszylismy wzdluz wysypiska smieci, w strone wawozu Cheile Turzii szlakiem: czerwonym krzyzykiem.
Tak to znalezlismy sie w Górach Zachodniorumunskich, czyli Górach Apuseni, a konkretnie w Munti Trascaului.

Góry Zachodniorumunskie (Apuseni) - najwyzszym szczytem jest Curcubata o wysokości 1847 m.n.p.m. (Masyw Biharu). Wyróznia sie cztery grupy górskie w obrebie Gór Zachodniorumunskich:
1. Masyw Biharu
2. Góry Maruszy
- Góry Zarand
- Rudawy Siedmiogrodzkie
- Góry Trascau
- Bruzda Maruszy
3. Góry Kereszu
- Góry Codru
- Kotlina Beius
- Padruea Craiului
- Kotlina Vad
4. Góry Ses-Meses
- Góry Ses
- Góry Meses

Muntii Trascau (Muntii Trascaului) - sa najbardziej na wschód wysunieta czesc Apuseni. Najwyzszym szczytem tych gór jest Poienita (1437 m.). Budowe geologiczna stanowia flisz, wapienie, zlepience wapienne oraz w niewielkim stopniu skaly wulkaniczne. Charakterystycznymi dla gór Trascau sa przede wszystkim krasowe wawozy. Najbardziej znanym jest Cheile Turzii. Inne znane wawozy to Ocolis, Pociovalistea, czy Râmetului.
Tereny te, szczególnie w zachodniej czesci, sa slabo rozwiniete gospodarczo. Charakterystyczne dla regionu sa m.in. chaty z wysokimi dachami krytymi sloma; zachowalo sie tu wiele z tradycyjnej kultury ludowej. U podnózy gór odnajdziemy nieco zabytków sakralnych, m.in. monastyr Râmet.
W terenie tym znajduje sie kilka schronisk (m.in. popularna Cabana Cheile Turzii); ostatnio rozwija sie baza agroturystyczna (dawne górnicze wioski Rimetea i Coltesti).
Wiecej o górach jak równiez o samej Rumunii poczytac mozna na stronach Towarzystwa Polsko-Rumunskie w Krakowie.

W okolicach zmroku, w pewnym uroczym sadzie rozbilismy sie i bez spozywania jakichkolwiek posilków i co gorsza bez przyjecia jakichkolwiek plynów posnelismy.
Ale jakos tak pech chcial, ze rozbilismy namiot na, zdaje sie, drodze. Co gorsza na drodze, po której jezdzily samochody nie uzywajace swiatel. No i nagle slyszymy takie brrrrbrrrrbrrrrrrr, normalnie coraz blizej. I nagle taki snop swiatla daje nam po oczach. Wreszcie ktos sobie pomyslal, ze warto by je wlaczyc. Zatrzymal sie normalnie metr od naszego namiotu. Mielibysmy po nogach. Jeszcze raz sie udalo! Posnelismy. I nikomu nie przyszlo do glowy, zeby ten namiot przesunac, bo bylo nie bylo, on dalej na tej drodze stal rozbity...

30 kwietnia 2006 - niedziela
CHEILE TURZII I PIATRA SECUIULUI

Juz o 7.30 powstalismy. W sumie nie jest to takie dziwne, skoro polozylismy sie o 21. Piotrek przekonal nas, ze nie warto jesc sniadania bez widoku, w otoczeniu li tylko kwitnacych jablonek. Tak wiec na czczo, a wrecz nawet bez kolacji, ruszylismy do odleglego o 40 minut kanionu Cheile Turzii. Tym razem 40 minut trwalo 1 1/2 godziny, a sniadanie z widokiem na wawóz okazalo sie byc posilkiem wsród NIEPRAWDOPODOBNEJ ilosci piknikowiczów u wejscia do wawozu. Jak dla mnie to przypominalo to Kryspinów dnia 15 sierpnia. Music, kielbaski, samochody, pelno smieci no i te klimaty.
Podrzucilismy manatki jakims stacjonarnym turystom i poszlismy w góre wawozu, droga fajniutka, choc z lekka przeludniona. Dorotka, Slawek i Piotrek wrócili do plecaków szlakiem prowadzacym nad wawWawoz Cheile Turziiozem, ja z Agnieszka wrócilysmy zas dolem (czyli ta sama droga). W sumie taki spacerek to 2 - 2 1/2 h.

2.jpgCheile Turzii - najslynniejszy wawóz Transylwanii o 200 - 300 m. wapiennych scianach.

O 14.30 wyruszylismy. Gdzies w oddali, tak na oko za 30 km. Piotrek pokazal nam górke, na której mielismy dzisiaj nocowac :-). Górke o nazwie Piatra Secuiului (1128 m npm). Wydawalo sie kompletnie niemozliwe, zeby nawet pod ta góre dotrzec. Dodam, ze droga wiodla asfaltem i w upale.
Ale od czegóz mamy Piotrka? Jak powiedzial, ze bedziemy tam spac, to bedziemy! Wzial i normalnie zlapal stopa, ot tak sobie.
I tak to dojechalismy o 16 do Moldovenesti, miesciny u podnózy Piatra Secuiului (na szczyt 9 km, 3-4 h). Nocleg na szczycie zaczal nabierac konkretnych ksztaltów. Droga choc pod górke, byla bardzo mila i przyjemna, w ostatniej fazie takie bieszczadzkie poloninki.
Ok. 20 przybylismy na Piatra Secuiului, wialo jak na Kurdwanowie, najlepiej osloniete miejsca od wiatru zaanektowala rumunska brac studencka (choc z drugiej strony spali na takim spadzie, ze nie zazdroszcze). Ale cóz nam tam wiatr. I tak zaraz poszlismy spac. Dobranoc.

Piatra Secuiului (Szekelykö, Szeklerski Kamien) - szczyt o wysokosci 1128 m. npm. polozony kolo wioski Rimetea. Ze wzgledu na konfiguracje terenu z wioski mozna obserwowac nad ta góra zjawisko "dwukrotnego wschodu slonca".

1 maja 2006 - poniedzialek
RIMETEA - WĘGIERSKA ENKLAWA W SERCU RUMUNII

3.jpgO 8 juz bylismy na nogach, tym niemniej dopiero o 11.30, po zjedzenWidok z Piatra Sucuiului na Rimeteaiu pysznego makaronu a la Dorotka B. wyszlismy celem zdobycia szczytu wlasciwego Piatra Secuiului. Widok ze szczytu rozciagal sie piekny. Ale wszystko co dobre szybko sie konczy, czekalo nas karkolomne zejscie do Rimetea, miasteczka u podnóza Piatra.
Szlak ten faktycznie byl bardzo stromy, wiódl kamienistym zlebem na leb ba szyje. No generalnie rowerem to, by tamtedy nie zjechal. O 14 przybylismy do Rimetea.

Rimetea - to dawna wioska górnicza. Jest to wegierska enklawa w Rumunii, duza czesc mieszkanców mówi po wegiersku, zreszta w rozwój wioski duzo inwestuja organizacje wegierskie.

4.jpgSpedPrzygotowywanie przysmaku na litere K w Rimeteazilismy tutaj dwie bardzo pracowite godziny. Wymienilismy pieniadze, zrobilismy zakupy, Dorotka umyla glowe na wyremontowanym Rynku i zjedlismy przepyszne tutejsze przysmaki na litere K..... Jest to taka jakby duza rura, slodka, bardzo nawet slodka, o róznych smakach: waniliowym, kokosowym itd. Generalnie godne jest to polecenia.
Nastepnie wyruszylismy, nadal czerwonym paskiem, do jakiejs z góry upatrzonej przeleczy (max 40 minut. No godzina i 40 minut) w strone grzbietu Bedeleu. Szlak szedl poczatkowo nad cmentarzem, potem sciezkami nad Rimetea, z super widoczkami.
Pózniej sytuacja sie lekko skomplikowala, bo szlak zniknal. Co sie zdarza i nikt sie tym za bardzo nie przejmuje. Tak tez stalo sie i tym razem. Wypuszczeni jako patrol Slawek i Piotrek odnalezli jakis dziwny, stary szlak. No to nim ruszylismy, przebilismy sie przez klujacy mlodnik i dotarlismy na skraj jakiejs górki. W dole pod nami majaczyla przelecz - cel naszej dzisiejszej wycieczki. Trochesmy wyszli jednak za wysoko. Do tego okazalo sie, ze przelecz wprawdzie majaczy, ale zejscia do niej tak jakby nie bylo. Jakies przepascie, czy cos takiego. W koncu przetrawersowalismy ta górke i dotarlismy do miejsca, gdzie od biedy dalo sie zejsc w dól.
O 19.30 dotarlismy to tej nieszczesnej przeleczy.
A na kolacje byly kielbaski.

2 maja 2006 - wtorek
GRZBIET BEDELEU I PIERWSZE CHATKIluk Porta Zmeilor

5.jpgO 11 po zazyciu uciech wodnych w pobliskim strumyczku otoczonym kaczencami wyruszylismy na grzbiet Bedeleu. Oj, drózka piekna i urokliwa, poczatkowo troszeczke pod górke, a potem juz tylko po grzbiecie.
Przy rozejsciu szlaków do Porta Zmeilor porzucilismy dobytek i na lekko ruszylismy do tego wlasnie luku skalnego o nazwie Porta Zmeilor. Slawek z Piotrkiem spenetrowali przy okazji znajdujaca sie niedaleko luku jaskinie, podobno wielka.
Spozylismy kaszke, która tylko podraznila nasze zoladki i ruszylismy dalej grzbietem. Oj super traska, super. Oj bardzo pieknie!
Ok. 17 (wciaz na czczo, znaczy o kus-kusie) dotarlismy do pierwszej chatki. Glód zaczal spogladac nam w oczy coraz bardziej smialo, tak wiec postanowilismy zrobic sobie obiadowy popas. A jak to bywa z popaOch ten folklor, ten folklorsami w pieknych miejscach z dostepem do wody, przerodzil sie on w miejsce noclegowe.
Zrobilismy sobie takze korzystajac zokazji kilka folklorystycznych zdjec. Chatke spenetrowalismy doszczetnie. Ja nijak nie moglam i nadal nie moge pojac jak oni wkladaja to siano na szczyt tych chatek. Tak sie tym zaaferowalam, ze postanowilam spedzic noc pod ta strzecha, co tez mialo miejsce.

3 maja 2006 - sroda
CHEILE RAMETULUI

O 9.10 wyruszylismy, wedlug szefa wycieczki o 10 minut za pózno, tak wiec mielismy isc kolejna godzine ciagiem i nieomalze biegiem, nie zwazajac na znajdujace sie dookola ekstremalnie fotogeniczne chatki.
O 9.15 doszlismy do pierwszych krzaczków, kierownik wycieczki rzekl: "Nie czekajcie na mnie" i skierowal swe kroki w strone rzeczonych krzaczków. Poczekac i tak musielismy, bo akurat nie szlismy szlakiem, a drogi przecinaly sie gesto.
O 9.22 zona kierownika wycieczki przystanela, rozejrzala sie dookola, zrzucila plecak i równiez udala sie w krzaczki.
A potem to sie juz nikt nie spieszyl.
7.jpgSzlismy wzdluz dosc dlugiej wioseczki zlozonej tylko z chatek krytByki, woly, krowy, czy co tam to bylo, w kazdym razie ruszyly na nasych strzecha. Straszny mialam ped fotograficzny do tych chatek, rzucilam sie do przodu z aparatem przygotowanym na kazda ewentualnosc, za mna podazyla Dorotka. Gdy nagle ruszyly na nas byki lub ewentualnie to mogly byc woly, których Piotrek namietnie poszukiwal. Ajjj, wzielysmy nogi za pas.
Hmmmm, a to jednak byly krowy, tylko z rogami.
Potem juz z bardziej umiarkowanym entuzjazmem zrobilysmy zdjecie kilku swiniom.
W kazdym razie klimacik nieprawdopodobny. W chatkach mieszkaja przewaznie starsi ludzie, czemu zasadniczo trudno sie dziwic.
Zblizalam sie do okolo tysiaca zdjec gdy doszlismy do Bradasti. Jest to jakby centrum rejonu. Jakby, bo asfaltu tu nie ma. I orza wolami, faktycznie i widzielismy to naocznie.
Ok. 12 ruszylismy w strone wawozu Cheile Rametului. Szlak zgubilismy juz 100 metrów po zejsciu z drogi. Slawek i Piotrek ruszyli na poszukiwanie szlaku, my tradycyjnie pilnowalysmy dobytku. Slawek wrócil po jakims czasie stwierdzajac, ze szlaku nie ma. No to wyjelismy frykaski i czekamy na Piotrka, ten to juz na pewno szlak znajdzie. A jak nie znajdzie szlaku, to pewnie zlapie jakiegos stopa.
Czekamy, czekamy i nic. Woly juz druga partie obornika wioza na pole, a Piotrka nie ma. Wsród tubylców wzbudzilismy niejakie zainteresowanie siedzac pól godziny w najbardziej ohydnym miejscu na trasie. W koncu ruszyl ku nam jeden z autochtonów. Zenska czesc wycieczki chciala uciekac, wiedzac juz jak wygladaja kontakty z tubylcami (w sensie, ze mówia tylko po rumunsku). Ale Slawek wyjal rozmówki polsko-rumunskie i dzielnie ruszyl na tubylca.
O czym oni rozmawiali to ja nie wiem. Ja to nawet podejrzewam, ze oni sami nie bardzo wiedzieli o czym mówia, choc Slawek twierdzi, ze juz zaczyna ten jezyk rozumiec. W kazdym razie bylo tam duzo: "keile" i "apa" i ostatecznie Slawek stwierdzil, ze juz wie gdzie trzeba isc. No to lux! Teraz trzeba tylko namierzyc Piotrka.
Agnieszka - jako, ze zona i Slawek - jako, ze mezczyzna, udali sie na poszukiwania.
Po lasach rozchodzil sie rozpaczliwy krzyk Agnieszki: "Piotrek!! Gdzie jestes!?"
Oraz mroczne wolanie Slawka: "Gurba!!! Czekamy!!!"
To dopiero musiala byc dla tubylców atrakcja!!
"Piotrek!! Gdzie jestes!?"
"Gurba!!! Czekamy!!!"
"Piotrek!! Gdzie jestes!?"
"Gurba!!! Czekamy!!!"
No i w koncu ten Piotrek sie odnalazl! Okazalo sie, ze czekal na nas dosc daleko, na dole wawoziku i myslal, ze do niego dojdziemy.
W kazdym razie, juz wszyscy, wesola gromadka ruszylismy wzdluz potoku do slawnego i polecanego przez przedowniki Cheile Rametului.
8.jpg Oj to tez byla bajeczka droga, kaczence i na dól lekko cala droge, no lux!
Przy wejsciu do wawozu znajduje sie stara cerkiewka oraz pozostalosci po jakiejs wymarlej osadzie. Jest tutaj tez czynne w lecie pole namiotowe.
Dotarlismy do rozejscia szlaków w wawozie, jeden wiódl góra i obchodzil Cheile Rametului trawersuja skaly nad nim. Drugi to droga, która planowalismy przejsc, wiedzie ona wzdluz wawozu, i co ciekawe szlak czesto w wodzie. Niejednokrotnie zanurzyc trzeba sie do pasa. Ubezpieczenia (liny i klamry) poprowadzone sa w skalach, w wodzie. No ciekawie sie zaczynalo robic. Wszyscy entuzjastycznie lub prawie entuzjastycznie (generalnie entuzjazm Piotrka, przycmiewal jakiekolwiek nieentuzjastyczne wypowiedzi) postanowili pokonac wawóz wplaw!!
No i ruszylismy. Poczatkowo szlo sie super. Az dotarlismy to pierwszego punktu, gdzie trzeba bylo wejsc do wody. Nie wygladalo to najlepiej, prad bystry, woda faktycznie po pas. To byla wiosna, wiec stan wody byl raczej wysoki. Trudno sobie wyobrazic jak w ogóle tam zejsc.
Postanowilismy wiec wrócic (i to chyba byl jednak blad, tak z perspektywy czasu).
Ruszylismy ta trasa obchodzaca wawóz z góry. No bajka to nie byla. Dorotka z lekiem wysokosci i ze Slawkiem wrócili sie przy pierwszych trudnosciach technicznych (i w sumie dobrze zrobili, bo potem bylo tylko gorzej). Ja tez powaznie myslalam o ewakuowaniu sie z nimi, ale zostalam przekonana przez Piotrka, który obiecal przenosil plecak w trudnych momentach, a takze mysla o tym, ze wrócic sie to znaczylo zrobic jakies 4-5 godzin dodatkowo i to pewnie biegiem.
Tak wiec w trójke ruszylismy ta sciezka. Takie to bardzo malo przyjazne, przewaznie kamieniste i zwirowe trawersy, zleby nad tym calym wawozem. Do tego praktycznie zero ubezpieczen. Jakies co jakis czas puszczone linki, na jedna zreszta nadzial sie Piotrek i potem krwawil jak dziki.
W sumie szlismy ten wawóz 2-3 godziny, na koniec bylo jeszcze takie niemile zejscie z 10 metrów w dól taka prawie lita skala. Sznurka tam zadnego nie dali, ani nic. A na dole krzyz.
No ale bylismy juz przy rzece, znów w wawozie. Okazalo sie, ze musimy jednak troszeczke popluskac sie w wodzie, ale to wszystko jednak bylo malo. I nie do pasa. Nudy!!
O 18 przybylismy do kabany (czyli jakby schroniska) u ujscia Cheile Rametului, gdzie czekalismy na Dorotke i Slawka do 20. Oni sobie szli natomiast przez kolejne, pelne krytych strzecha chatek, wsie.
W miedzyczasie Piotrek znalazl super miejsce na nocleg. No miejsce bylo faktycznie super. Widoczki miodzio, zwlaszcza rano. Ale podejscie to uaaahaaaa. I do tego spad taki, ze butelki same na dól spadaly, ale bylo milo jednak.
Dobranoc.

4 maja 2006 - czwartek
MONASTYR RAMET I SIGISHOARAklasztor Ramet

9.jpg Rankiem zjedlismy makaron (makaron z rana to jest jednak bardzo dobry pomysl, choc troche czasochlonny) iudalismy sie do monastyru Ramet w Valea Manastirii. Oj ladny monastyr. Wciaz go remontuja, tym niemniej i tak bylo blogo.

Monastyr Râmet - jego poczatki siegaja XIII w.

Autobus do Teius mielismy dopieroo 12, a byla 11.20 no wiec któz by tyle czekal?! Ruszylismy nogami. Wiele nie uszlismy, bo Piotrek zlapal stopa (wszyscy kierowcy sie lapia na te jego krecone loki, czy co?). Na pace z ziemniakami i czyms bialym, co brudzilo niemilosiernie nasze odswietne ubrania dojechalismy do Tjedziemy autostopem, jedziemy autostopemeius.
W Teius mielismy pociag do Sigishoary, ale za póltorej godziny, podjelismy wiec nieskuteczna próbe zlapania jakiegos stopa, po czym o 14.14 zasiedlismy w pociagu. W taki to oto sposób pozegnalismy góry Munti Trascaului.
O 16.20 przybylismy do Sigishoary. Oblegl nas nieomalze tlum oferujacy nam kwatery. Wlasciwie nie bardzo mielismy ochote za nocleg placic, ale ostatecznie zgodzilismy sie i wynajelismy kwatere niedaleko dworca PKP za 20 ROR od osoby.
O! A potem ruszylismy na miasto. Starówka, ladna, kolorowa. Piotrek wpadl w szal fotografowania. Ja bym to moze nawet obledem nazwala. A reszcie przed oczami stala juz wesolutka pizza, na która mielismy sie udac.

Sigishoara - polozona nad Wielka Tyrnawa, zamieszkane przez ok. 40 tys. mieszkanców. Jest jednym z najlepiej zachowanych sredniowiecznych zespolów miejskich w Europie srodkowo-wschodniej. Miasto w swych dziejach nie zostalo nigdy zniszczone przez zadna wojne i zachowalo niemal nie zmieniony uklad swej starej czesci. Czesto porównywane jest z Carcasonne we Francji.
W 1298 r. zalozyli tutaj klasztor Dominikanie. W tym samym mniej wiecej czasie osiedlili sie tutaj kolonisci sascy, wywierajacy odtad zdecydowany wplyw na dzieje miasta. W 1431 r. w Sighisoara urodzil sie Vlad Tepes, pózniejszy Hospodar Woloski znany jako legendarny Dracula. Od 1919 r. miasto nalezy do Rumunii. Sigishoara
Wiecej o Sigishoarze poczytac mozna na stronie Towarzystwa Polsko-Rumuńskiego w Krakowie.

10.jpg W koncu Piotrek sfotografowal juz zdaje sie wszystko co tylko mozna bylo i udalismy sie do Quatro Amici. Pizza byla przepyszna. Obsluga wielojezyczna i przystojna. Piwko dobre. Na koniec Slawek poprosil o "bill" a dostal "beer", ale jakos udalo sie to wyjasnic.
Po spozyciu udalismy sie jeszcze na maly spacerem po starówce. A potem tylko dobranoc.

5 maja 2006 - piatek
WRACAMY DO DOMU

O 7 powstalismy i wszyscy oprócz Agnieszki ruszylismy na miasto celem zdobycia biletów. Operacja ta byla bardzo skomplikowana. Bilety miedzynarodowe sprzedawane byly tylko w jednej agencji, której siedzibe nie sposób bylo znalezc. Nazwy agencji nie pamietam, ale ostatecznie sie udalo i do tego pani wladala jezykiem angielskim.
O 10.45 mial odjezdzac pociag do Krakowa. Czekamy, czekamy. Nic sie nie dzieje. Nagle pani przez semafor mówi: "klasjdlkjflasgkjhagoahg". Slawek schylil glowe, pomyslal, podumal i stwierdzil: "pociag ma pól godziny opóznienia". No nie pogada!
I faktycznie, tak bylo.
Do granicy wegierskiej dojechalismy szczesliwie, nawet sama granice pokonalismy bez przygód. Jeden maly problem, który mielismy to oczywisty brak biletów na trase od granicy wegierskiej do Miszkolca. Na stacji wyskoczyc sie nie dalo, bo stacji praktycznie nie bylo (zreszta Agnieszka zagrozila Piotrkowi nieomalze rozwodem jak wyskoczy po bilety, a pociag znów odjedzie). Wiec w takiej sytuacji nie pozostalo nic innego jak spokojnie czekac na rozwój sytuacji. A sytuacji rozwinela sie szybko, przyszedl do naszego przedzialu konduktor wegierski i poprosil o bilety - po wegiersku oczywiscie, a jezykami innymi nie wladal. Przy pomocy rak, kartek, map i dlugopisów wytlumaczylismy mu, ze chcemy kupic bilety do Miszkolca. Konduktor wyjal podreczny cennik biletów w kolei wegierskiej i napisal nam na kartce liczbe. Duza to byla liczba. Jak przemnozylismy to przy pomocy kalkulatora konduktora przez 5, to wyszlo, ze my po prostu tylu forintów nie mamy. Slawek w szale powyciagal z kieszeni wszystkie srodki platnicze jakie posiadal i pokazal konduktorowi. Konduktor pojal o co chodzi. Usmiechnal sie, kiwnal glowa i wyszedl. Mily byl.
Generalnie problem byl taki, ze skalkulowalismy ile pieniedzy wymienic nie wiedzac o tym, ze na Wegrzech do kazdego recznie wypisanego biletu dolicza sie 2000 forintów i podobno nie da sie 5 biletów wypisac na jednym blankiecie.
No w kazdym razie co bylo robic, sytuacja wydawala sie patowa. Chyba nas nie aresztuja. Zjedlismy jakiegos frykaska.
Po kilkudziesieciu minutach wpadl konduktor z wypisanymi biletami na jednym blankiecie. Cena biletów byla jakas podejrzenie niska.
Jak sie okazalo konduktor, poniewaz wiedzial ile mamy kasy, doczekal do stacji, od której cena biletu byla juz wystarczajaco niska, jak na nasze kieszenie i wypisal nam bilety od tej stacji. Ekstremalnie mily czlowiek.
No to teraz mielismy spokój az do Koszyc.
W Koszycach, a byla to noc, ja z Piotrkiem pobieglismy biegiem na stacje po bilety, a Slawek skal przy konduktorze, i przekonywal go, zeby jeszcze nie odjezdzal, bo mysmy pobiegli kupic bilety. No i udalo sie. W Muszynie juz bez problemów kupilismy bilet do Krakowa.
I jakos tak rankiem nasza wycieczka ulegla zakonczeniu.


Poniżej koszty wycieczki w przeliczeniu na 1 człeka (bez jedzenia kupowanego tak w Polsce jaki po drodze):
Kraków - Muszyna (PKP) - 36 PLN
Muszyna - Plavec (PKP) - 4 PLN
Plavec - Koszyce (PKP, lewizna) - 140 SEK (14 PLN)
Koszyce - Miszkolc (PKP, bilet w dwie strony) - 200 SEK (20 PLN)
Miszkolc - Polskladany - Biherkeresztet (PKP) - 2360 HUR (33 PLN)
Biherkeresztet - granica (taxi) - 1� (4 PLN)
granica - Oradea PKP (taxi) - 11 ROR (13 PLN)
Oradea PKP - Oradea PKS (taxi) - 4 ROR (5 PLN)
Oradea - Turda (PKS) - 20 ROR (24 PLN)
wstep do Cheile Turzii - 3 ROR (4 PLN)
Cheile Turzii - Moldovenesti (taxi) - 4 ROR (5 PLN)
monastyr Valea Manastirii - Teius (stop) - 2 ROR (2 PLN)
Teius - Shigishoara (PKP) - 7,60 ROR (9 PLN)
nocleg w Shigishoarze - 20 ROR (24 PLN)
Shigishoara - granica rumunsko-wegierska (PKP) - 41 ROR (50 PLN)
przekroczenie granicy (PKP) - 12 ROR (14 PLN)
granica rumunsko-wegierska - Miszkolc (PKP) - 2780 HUR (42 PLN)
Koszyce - Plavec (PKP) - 140 SEK (14 PLN)
Plavec - Muszyna (PKP) - 40 SEK (4 PLN)
Muszyna - Kraków (PKP) - 36 PLN
Całkowity koszt wycieczki bez wyżywienia to ok. 357 PLN

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.olga.prv.pl

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;