......... Kraj Krasnojarski i Stołby z kleszczami [Tuwa i Chakasja 2003] ... 25 czerwiec 2003 - środa POŻEGNANIE Z POLSKI Jak co roku około północy zebraliśmy się na dworcu PKP w Krakowie. Tym razem nasza 6-cio osobowa ekipa wzbogaciła się o Mirka... 26 czerwiec 2003 - czwartek JACEK Z BRZUCHEM PEŁNYM PIENIĘDZY Po dość szybkiej przesiadce na dworcu Warszawa Wschodnia, około 10 dojechaliśmy do Terespola. Tutaj jako, że granicę białoruską pokonywaliśmy nie po raz pierwszy, spokojnie usadowiliśmy się w "przedziale ławeczkowym" i cierpliwie czekaliśmy na celników. Jedyną nowością, choć nie zaskoczeniem, była jeszcze jedna deklaracja celna, którą należało wypełnić (oczywiście wszystkim było kompletnie obojętne w jakim języku - w końcu i tak nikt tego nie sprawdza). W Brześciu postanowiliśmy kupić bilety aż do samego Krasnojarska. Po pobieżnym obliczeniu wyszło, że na osobę będzie to około 110-120$. Tak więc każdy ze schowków w plecakach, tudzież w odzieży, ukradkiem wyjął kasę i Jacek, z 700$, udał się do kantoru... Po pewnym czasie powrócił, trzymając się za "spuchnięty" brzuch! Usadowił się między nami, otoczył plecakami i zza koszuli wyjął Cerkiew w BrześciuWÓR PIENIĘDZY!!! Jak się okazało była to dopiero pierwsza część naszej gotówki, ponieważ w kantorze zabrakło pieniędzy! Tak więc staliśmy się posiadaczami ok. 1mln. rubli białoruskich w banknotach po 1000 (dla porządku powiązanych gumkami w pakiety). Na szczęście z kupnem biletów za tą kasę nie było problemów. Ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu zwiedziliśmy Brześć. Szczególnie godna polecenia jest twierdza brzeska - ogromna, my mimo że niektórzy z nas są tutaj po raz 10, byliśmy w niej pierwszy raz. BRZEŚĆ - 300-tysięczne miasto nad rzeką Muchawiec. Założone w X w., do XIV w. we władaniu książąt ruskich, następnie zostało zajęte przez Litwinów. W 1390 r. otrzymało prawa miejskie. Na mocy unii polsko-litewskiej Brześć znalazł się w granicach Rzeczpospolitej. W 1569 r. w podpisano unię brzeską mającą na celu podporządkowanie kościoła prawosławnego papieżowi. W XIX w. w pobliżu miasta zbudowana została potężna twierdza. W 1918 r. w Brześciu podpisano brzeski traktat pokojowy pomiędzy nowym rządem radzieckim a państwami osi (Niemcami, Austro-Węgrami, Turcją i Bułgarią). W okresie międzywojennym miasto Pomnik Mickiewicza w Brześciunależało do Polski. W 1939 miejsce spotkania: wspólnej defilady wojsk niemieckich i sowieckich uczestniczących w agresji na Polskę. W 1941 r. twierdza brzeska broniła się przez miesiąc przed hitlerowcami. Po 1944 na terytorium Białorusi. W mieście zachowana jest XIX-wieczna cerkiew tzw. braterska, kościoły zakonne z XVII w. oraz przedwojenna polska zabudowa centrum. TWIERDZA BRZESKA - zespół fortyfikacji wzniesionych przez Rosjan przy ujściu rzeki Muchawiec do Bugu. W latach 1833-1838 na wyspie zbudowana została piętrowa cytadela. W 1870-1885 wybudowano dziesięć fortów w formie pierścienia. W 1913 dalsza rozbudowa umocnień. Wewnątrz twierdzy częściowo zachowane budowle sakralne -m. in. kościoły zakonne z XVII i XVIII w. O 18.35 usadowiliśmy się w plackarcie do Moskwy. Niestety pociąg był białoruski i pasażerowie w przeważającej części też, więc i jeden z kibelków był zamknięty i nocą głośno, a rano "puchnąca" kolejka do WC - ale cóż to są uroki Białorusi... 27 czerwiec 2003 - piątek ACH TE ROSYJSKIE KLIMATY... Około 11 przybyliśmy do Moskwy, wymieniliśmy całą kasę (nauczeni przykładem lat ubiegłych, czyli lepiej nosić niż się prosić). Przenieśliśmy się na dworzec jarosławski i ochotnicy udali się na Kuˇniecki Most, aby zakupić mapy. HISTORIA O TYM JAK POSZŁAM NA POCZTĘ Była 13.50 gdy zobaczyłam tabliczkę z napisem "Poczta". Spokojnie przystanęłam przy otwartym okienku i spokojnie czekam. Nie zagaduję, bo przecież nie uchodzi; cierpliwość to wielka cnota wszakże. Czekam i staram się sobie przypomnieć, jak jest znaczek po rosyjsku. W końcu doczekałam się! Pani mnie zauważyła - nie lada to sukces! Zauważyła wprawdzie, lecz po chwili... wyjęła karteczkę z napisem "Pierieriw na abied 14-15". "Ach" - pomyślałam - "może mi zegarek spóˇnia"... Stanęłam w drugim okienku. Czekam, czas do pociągu się mi kurczy, ale czekam, jestem druga! Przyszła i na mnie kolej, więc mówię pani w okienku: "Adna marka". Reakcja pani mnie trochę zaskoczyła, albowiem otwarła ona drzwi, wzięła telefon na długim kabelku i spokojnie krocząc wyszła na korytarz. "No cóż" - myślę sobie - "każdy musi mieć chwilę dla siebie". Rozmowa o przeżyciach codziennych mojej pani wydawała się nie mieć końca, a za mną w tym czasie utworzyła się spora kolejka. Na szczęście panią dopadła potrzeba niższego rzędu - zgłodniała. Pożegnała się z koleżanką i wtargała telefon do pomieszczenia. Tłum z nadzieją zafalował, lecz pani.... podeszła do lodówki i z całą powaga i dostojeństwem zrobiła sobie kanapkę z serem żółtym. Zgromadzony lud milczał. W końcu, gdy pani zjadła i popiła solidnie ciajem, zajęła się pospólstwem. Zresztą niewiele już jej czasu pozostało, bo nieuchronnie zbliżał się jej "Pierieriw na abied 15-16" 14.40 - wyjazd kupiejnym do Krasnojarska. 28 czerwiec 2003 - sobota Pomnik na granicy Europa-Azja PIERWSZE PIFKO W AZJI (JEDNO NA SIEDMIU) Zwykły dzień w pociągu, rozwiązujemy Jolkę na L i na K, natomiast na M jest nie do ruszenia, kompletnie zabuksowaliśmy. Około 21 przekraczamy granicę Europa-Azja, 1777 km od Moskwy. Z tej okazji w Jekaterynburgu (Swierdłowsku) kupiliśmy sobie jedno pifko i hucznie oblaliśmy tą niepowtarzalną chwilę. 29 czerwiec 2003 - niedziela ARMIA RADZIECKA Z NAMI OD DZIECKA W niedzielę dwóch niefrasobliwych uczestników wycieczki, Jacek i Wojtek, postanowiło uwiecznić Irtysz na swoich kamerach. O mało nie skończyło się to "Pożegnaniem ze sprzętem". W Omsku, niespodziewanie do naszych przedziałów wtargnęli zawiadomieni przez strażnika mostu milicjanci i zażądali pokazania nagrań. Na szczęście dzięki sile spokoju Wojtka i Jacka, oraz fascynacji techniką stróży prawa, przygoda skończyła się jedynie na zaprezentowaniu milicjantom możliwości obu kamer oraz cennej radzie, aby malcziki nie filmowały przypadkiem Obu w Nowosybirsku. Za Omskiem W mundurach rosyjskiej armiirozpoczęliśmy proces integracji z czterema wojakami zamieszkującymi sąsiednie kupe. Miłe, młode chłopaki: Aleksy i Siergiej - zawodowi żołnierze, major i porucznik, przydział rzuca ich co roku w coraz do inne miejsce w Rosji, zastanawiam się jak wytrzymują to ich rodziny..., Konstantin - najmłodszy z nich, żołnierz służby zasadniczej oraz Wladimir - milicjant, dlatego też nie pozwalał się fotografować, rzekomo jest to zabronione. Wypiliśmy z nimi parę półtoralitrowych, plastikowych butelek piwa. Piwo to ma kilka zalet: po pierwsze jest strasznie tanie, po drugie zdaje się w ogóle nie zawiera alkoholu, no i po trzecie cios w głowę opróżnioną z ożywczego płynu butelką nie powoduje szkód w organiˇmie uderzonego. Na koniec sołdaty nauczyły nas wierszyka: "Kto nie kurit, nie pijot, tot zdorowieńkim pomriot" 30 czerwiec 2003 - poniedziałek DOROTA DEMOLUJE KOLEJ ROSYJSKĄ Rano Dorota na spółkę z Konstantinem rozbili szybę na korytarzu. Na szczęście sprawcy nie zostali zauważeni, więc przygoda skończyła się tylko wizytą kilku pań i paroma pytaniami, co do czasu zajścia zdarzenia. Fakty ustaliliśmy wcześniej, więc za rozbicie szyby obwiniono ślepy los. O 15 (czasu lokalnego) przybyliśmy do Krasnojarska, na peronie zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia z około połową ludzi z naszego wagonu, z którymi zdążyliśmy zawrzeć znajomość. Na początek kupiliśmy bilety do Abakanu na środę, potem ruszyliśmy na lotnisko, aby nabyć bilety powrotne dla mnie i Wojtka. I tutaj ostrzeżenie: lotnisko znajduję się strasznie daleko od Krasnojarska, także w sumie zajęło nam Cerkiew w Krasnojarskuto mnóstwo czasu, który jak zwykle się kurczył nieprzeciętnie. Dopiero po 21 zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie spędzimy noc. Jedno zostało ustalone, na pewno spać w namiocie w środku miasta nie będziemy. Liczyliśmy po cichu na nocleg w kościele katolickim, w którym jakoby miał być polski ksiądz. Niestety okazało się, że parafia wynajmuje budynek od filharmonii, a nikt w otoczeniu nie miał pojęcia, gdzie i czy w ogóle znajduje się tutaj jakiś ksiądz. Podeliberowaliśmy i zdecydowaliśmy się udać do zapowiednika Stołby (autobus 50A). Na szczęście o 23.30 było jeszcze względnie jasno i komunikacja miejska kursowała, a zapowiednik znajduje się dość blisko Krasnojarska. Po przybyciu na miejsce zastanawialiśmy się nawet czy nie rozbić namiotu, ale bliskość turbazy, póˇna pora oraz komary przechyliły szalę na korzyść bardziej cywilizowanych warunków. Tak więc ok. 1 wykąpani, posnęliśmy parami w łożach małżeńskich w turbazie za 5$ od osoby. KRASNOJARSK - 900 tys. mieszkańców, nad Jenisejem, drugie co do wielkości miasto Syberii (po Nowosybirsku). W 1628 r. powstał tutaj fort Krasnyj Jar celem kolonizacji Syberii. Miasto rozwinęło się dzięki wybudowaniu kolei transyberyjskiej (1895r.) oraz wydobyciu złota. Do 1917 r. zsyłano tutaj początkowo dekabrystów i pietraszewców, a potem narodników i socjalistów. W latach 1905-1906 miasto było ośrodkiem rewolucyjnej Republiki Krasnojarskiej. Od 1934r. stolica Kraju Krasnojarskiego. KRASNOJARSKI KRAJ leży we wschodnio-centralnej Syberii i zajmuje powierzchnię 2,34 mln km2 (czyli jest prawie 8-krotnie większy od Polski), stanowi 13,6% powierzchni Rosji. Zamieszkuje go prawie 4 mln mieszkańców. Stolicą jest Krasnojarsk, a inne większe miasta to: Jenisejsk, Norylsk, Dudinka, Kanck, Aczińsk, Norylsk. Jak widać Kraj Krasnojarski rozciąga się na niesamowicie wielkiej przestrzeni od Sajanów aż po Ocean Arktyczny (4000 km). Ze względu na to klimat Krasnojarski Kraj jest bardzo zróżnicowany od wybitnie kontynentalnego po arktyczny. Największą rzeką jest Jenisej, który przepływa przez cały Krasnojarski Kraj, ponad 4000 km długości. Większość powierzchni pokrywa tajga syberyjska. Kolonizacja tych terenów rozpoczęła się w XVII w. Po odkryciu na Syberii bogatych złóż węgla i metali szlachetnych zapoczątkowało dynamiczny rozwój Krasnojarskiego Kraju. 1 lipiec 2003 - wtorekCiasownia - cerkiewka przy wejściu do rezerwatu Stołby FGOSIA ZDOBYWA SPRAWNOŚĆ TROPICIELA ŚCIEŻEK Po przebudzeniu się rano i zrobieniu około kopy kanapek okazało się, że śniadanie jest wliczone w cenę! Więc zjedliśmy oba i ruszyliśmy w stronę zapowiednika Stołby. Przy wejściu do rezerwatu znajduje się malutka cerkiewka (ciasownia) pod wezwaniem św. Idziego - patrona Syberii i Alaski, poświęcona pamięci ofiar gór: alpinistom, taternikom, stołbistom. Na murze obok cerkwi znajduje się mnóstwo tabliczek z nazwiskami osób, które zginęły w górach. Niestety cerkiewka była zamknięta. ZAPOWIEDNIK STOŁBY - rezerwat przyrody utworzony w 1925r. 47 tys. ha, z czego 1500 jest udostępnione do zwiedzania, granitowo-sjenitowe ostańce powstałe w wyniku milionów lat deszczów i wiatrów, które utworzyły ogromne figury ze skał. Jest tutaj około 80 grup ostańców, wysokości do 100 m, tajga jodłowa. Rezerwat jest miejscem częstych wycieczek szkolnych oraz terenem wspinaczkowym. Pierwsi amatorzy wrażeń pojawili się tutaj już w XIXw., a pierwszym zdobytym ostańcem był "drugi stołb". Pierwszy stołb (czyli wielki ostaniec) nazywał się po prostu "Pierwyj stołb" - i z perspektywy całej wycieczki, stwierdzam że zrobił na mnie największe wrażenie. Wielki, o niesamowitym kształcie (jakby kilkadziesiąt nałożonych na siebie grubych talerzy). Kilku tubylców akurat było w trakcie zdobywania go, Mirek z Dorotą też spróbowali, ale że i trasa bynajmniej nie była prosta, a skała potężna, więc się wycofali. Przez cały dzień chodziliśmy po ścieżkach od jednej skały do drugiej (były m. in. Babuszka, Dieduszka, Wnuczka, Wnuk, Pieria). W rezerwacie StołbyTeren przeogromny, zalesiony, mnóstwo ścieżek, na których tylko dzięki FGosi nie pogubiliśmy się, a nawet trafiliśmy do najciekawszych "okazów". W rezerwacie Stołby Idąc jedną ze ścieżek natrafiliśmy na ostrzeżenia o kleszczach, mimo upału wyubieraliśmy się w goretexy, spodnie, czapki i... postanowiliśmy zawrócić. Tym niemniej jeden z kleszczy wbił się w moje ciało. Przy pomocy zgrabnych rąk OGosi, po długich medytacjach, w którą stronę kręcić, udało się nam go pozbyć. Ponieważ nie wykazywałam chęci, aby zachować jego odwłok dla potomnych, więc go wyrzuciłam, czego w ciągu następnego tygodnia niejednokrotnie żałowałam. Ok. 20 wygłodniali, albowiem Mirek ze wszystkimi racjami żywnościowymi oddzielił się od nas zaraz na początku, zaczęliśmy się schodzić do turbazy. 2 lipiec 2003 - środa JACEK Z OGOSIˇ ZACHWYCENI HYDROELEKTROWNIĄ Tym razem noc w turbazie do najmilszych nie należała, pani kontrolująca budynek co minutę robiła obchód naszego korytarza zawzięcie stukając obcasami. A o 3 zorganizowała dyskotekę... Dzisiaj frakcja "uprzemysłowiona" (Jacek i OGosia) przekonała nas, że KONIECZNIE musimy zwiedzić hydroelektrownię w Diwnogorsku na Jeniseju, tym bardziej, że jest ona uwieczniona na 10-cio rublówkach. Dojechaliśmy tam elektriczką z Krasnojarska, a następnie wynajęliśmy 2 taksówki (po 120 rubli). Tutaj spędziliśmy trochę czasu, Jacek zagrał około 120 minut filmu, a OGosia zrobiła 75 zdjęć. Zapora wielka, nie powiem, ale czym się tutaj tak zachwycać to pojąć nie mogę?! Hydroelektowania w Diwnogorsku DIWNOGORSK - założony w 1957r. dla potrzeb budowy elektrowni, nazwa miasteczka pochodzi od "dziwnych gór Sajanów". Hydroelektrownia na Jeniseju została wybudowana w latach 1966-1982, ma 125 m. wysokości, 2150 km2 powierzchni i 73 km3 pojemności. Jest drugą co do wielkości hydroelektrownią w Rosji (6100 MW), po brackiej na Angarze. Po powrocie do Krasnojarska spędziliśmy parę godzin na dworcu, ponieważ ci którzy zamierzali wracać do Polski pociągiem, kupowali bilety. Pilnując bambetli zaobserwowałam, że coraz więcej osób ma tutaj komórki, ale wciąż są one postrzegane jako symbol bogactwa. Osobnik rozmawiający przez telefon chodząc w kółko, "zagarnia" dla siebie jak najwięcej terenu, co umożliwia mu poinformowanie większej ilości "pospólstwa" o tym, że komórkę posiada. Oczywiście głośno mówi, żywo gestykulując i spontanicznie, na cały głos się śmieje. Innym ciekawym zjawiskiem są milicjanci, którzy z tłumu kłębiącego się przed kasami "wyławiali" jednostki kulturowo obce, czyli wyglądem zbliżone do Czeczenów. Wreszcie po 17 zajęliśmy miejsca w plackarcie jadącej do Abakanu. 3 lipiec 2003 - czwartek ZWIEDZAMY ROSYJSKIE BALNICE Rano, o 10, wysiedliśmy na dworcu w stolicy Chakasji - Abakanie (o Abakanie i Chakasji można przeczytać w części Chakasja i abakańska Polonia, a także na stronie www.aczynsk.prv.pl) Podzieliliśmy się na dwie grupy, część męska miała za zadanie załatwić bilety do Kyzyła na dziś wieczór, część żeńska natomiast udała się ze mną, ofiarą ukąszenia kleszcza, na poszukiwanie jakiś sprawdzonych informacji dotyczących tego, czy może to być groˇne. W pociągu bowiem zostaliśmy porządnie nastraszeni kleszczami przez parę osób. Na początku udaliśmy się do losowo wybranego szpitala, w którym pierwszym pytaniem było, czy sprawcę całego zamieszania (czyli kleszcza) posiadamy. Oczywiście nie posiadaliśmy. Zebrało się konsylium 4 lekarzy i kilku pielęgniarek, pomedytowali, podumali i kazali jechać do szpitala zakaˇnego. Zamówili nam nawet taksówkę, którą za 30 rubelków dojechaliśmy gdzieś na przedmieścia. Tutaj już na nas czekano. Oczywiście kolejna seria pytań, co, gdzie, kiedy, i dlaczego go wyrzuciliśmy. W każdym razie dowiedzieliśmy się, że jest w tych rejonach straszna plaga zarażonych kleszczy, i praktycznie pół szpitala to osoby leżące z pokleszczowymi powikłaniami. Tak więc nie miałam nic przeciwko temu, aby zaaplikowali mi normalną podobno w takich sytuacjach końską dawkę penicyliny za 50$ (za który to zastrzyk, co ciekawe, muszą płacić także Rosjanie). Najpierw pobrano mi krew, FGosia czuwała, co by zrobili to strzykawką jednorazową, a potem jak mi walnęli 2 wielkie zastrzyki, to 4 dni miałam problemy z noszeniem plecaka. O TYM JAK ROSYJSKA SŁUŻBA ZDROWIA SPRAWDZA, CZY PACJENT NIE JEST UCZULONY NA PENICYLINĘ L(ekarka): Czy pani jest uczulona na penicylinę? O(la): Nie wiem? L: Nie wie pani? O: No, nie wiem? L: A miała pani kiedyś zastrzyk z penicyliny? O: Nie miałam. L: A tableki pani brała? O: Nie wiem. L: A na anginę to na pewno pani musiała mieć. O: Pewnie miałam, ale ja raczej nie choruję. L: Ale ogólnie pani jest zdrowa? O: Ogólnie, tak. L: To przyjmiemy, że nie jest pani uczulona! W tym czasie pareny (czyli faceci) nie załatwili biletu do Kyzyła, bo już ich nie było, i w zasadzie okazało się nam to na rękę, bo ja miałam mieć jutro wyniki badań. Oczywiście w tym momencie pojawił się pewien problem, bo nie bardzo mieliśmy pomysł gdzie spędzić pierwszą noc w Chakasji, ale na szczęście FGosia w Jackowej bibliotece znalazła kartkę z adresem do Abakańskiej Polonii. Pani Ludmiła Kocietowa, do której zadzwoniliśmy z wielką chęcią zgodziła się z nami spotkać. Przyszła ona na dworzec z panią Mariną, obie mają korzenie polskie, i wspólnie udaliśmy się do kaplicy. Oczekiwaliśmy kaplicy w rozumieniu polskim, tymczasem weszliśmy do starego, niezbyt czystego bloku, na trzecie piętro. Dopiero gdy otwarły się drzwi do jednego z mieszkań zobaczyliśmy kaplicę. Zrobiła na nas wrażenie, pięknie odnowione mieszkanie przerobione na kaplicę, ołtarz, obrazy, ławki - wszystko czego należało się w takim miejscu spodziewać. Dodatkowo "zakrystia", czyli dwa dodatkowe pokoje. Pani Ludmiła, po konsultacji z księdzem, zgodziła się na to abyśmy tutaj mogli spędzić noc. Naszej radości nie musze tłumaczyć, jak najbardziej cywilizowane warunki: prysznic, kuchnia, lodówka, do tego dwa łoża!! 4 lipiec 2003 - piątek "WASZA KREW POTIERIAŁA SIĘ" Dzisiaj podzieliliśmy się według innego kryterium: frakcja uprzemysłowiona (Jacek, OGosia, Wojtek i Mirek) pojechali wynajętą taksówką do odległej od Abakanu o 100 km hydroelektrowni Sajano-Suszeńskiej, druga frakcja (ja, FGosia i Dorota) zostałyśmy w Abakanie, jak się wydaje celem dalszego nawiedzania budynków rosyjskiej służby zdrowia. Sajańsko-Szuszeńska hydroelektrownia - jedna z największych elektrowni wodnych na świecie, zbudowana na Jeniseju w 1980r. Wysokość zapory to 240m (czyli dwa razy tyle co piramidy Cheopsa). Moc 6400 MW (jeśli komuś to coś mówi - mi kompletnie nic). W Szuszenskoje przebywał na zesłaniu w latach 1897-1900 sam towarzysz Lenin. Tak więc, aby nie wypaść z rytmu, od razu rano ruszyłyśmy z Dorotą do Instytutu Wirusologii, gdzie rzekomo miały na mnie czekać wyniki badań. Ale nie czekały. Albowiem moja "krew patieriała się" i pani pielęgniarka zaproponowała mi, żebym raz jeszcze oddała krew, tym razem z drugiej ręki, ponieważ ta z której oddałam krew straszliwie mi spuchła (ale podobno to "wsio normalne"). Potem poszłyśmy do zoo. Wycieczki tej zdecydowanie nie polecam miłośnikom zwierząt, warunki w jakich są one przetrzymywane uwłaczają ludzkiej godności! Małe klatki, bród, smród, strach się bać. Choć niektóre zwierzęta ciekawe, np. marały - czyli duże jelenie, spotykane tylko w Sajanach. Po tych przeżyciach znów udałyśmy sie do Instytutu Wirusologii, gdzie dowiedziałam się, że najprawdopodoniej "mój kleszcz" nie był zarażony. Postanowiliśmy oblać tą informację kwasem. Po południu, po zebraniu się wszystkich członków naszej ekspedycji, wysprzątaliśmy kaplicę i przeprowadziliśmy bardzo niebezpieczną akcję ściągnięcia majtek Doroty z balkonu piętro poniżej. O 16 przyszedł ksiądz Tomasz Zając, bardzo miły człowiek, zupełnie nie przeszkadzało mu, że w jego zakrystii, rozłożyło swój majdan 7 osób. Niedługo zaczęli się schodzić parafianie (więcej informacji o parafii, parafianach i klimatach na stronie www.aczynsk.prv.pl), przybyło ich około 20. Przeważnie są to potomkowie byłych zesłańców. W Abakanie działa prężna grupa Polonii, jednym z jej założycieli jest właśnie pani Ludmiła Kocietowa. Z Polski przyjeżdża co roku nauczyciel, który uczy chętnych języka polskiego, historii, a także przygotowuje młodzież do studiów w Polsce. Po różańcu odmówionym w języku polskim, serdecznie żegnani, pobiegliśmy na dworzec, gdzie mieliśmy kupione bilety na autobus do Kyzyła na 19. Oczywiście stan pojazdu, którym mieliśmy pokonać 350 km pozostawiał coś niecoś do życzenia. Osobiście miałam wątpliwości, czy to coś w ogóle ruszy, ale poza przystankami co jakiś czas, w celu nalania wody do chłodnicy, co po pewnym czasie, jako że siedzieliśmy z tyłu, zaczęło należeć do naszych obowiązków, dojechaliśmy bez niespodzianek. W autobusie zaczęliśmy wyczuwać "tuwińskie klimaty", zdecydowana większość pasażerów miała już mongolskie rysy, a my zaczęliśmy wzbudzać coraz większą ciekawość. ......... Tuwa Wschodnia i jeziora [Tuwa i Chakasja 2003] ... 5 lipiec 2003 - sobota "GAŚNICA JEST W KASIE BILETOWEJ" Rankiem, o 5.30, wytelepani, zaczadzeni i niewyspani (przynajmniej niektórzy, ja osobiście przespałam całą drogę), przybyliśmy na dworzec autobusowy w Kyzyle. Na nieprawdopodobnie odrapanej ścianie dworca znajdował się ślad po gaśnicy, a pod nim kartka "Gaśnica jest w kasie biletowej". W kasie zaś kartka "Przerwa śniadaniowa". Tutaj już zdecydowana większość ludzi to Tuwińcy, a chodząc po ulicach tylko z żadka słyszy się język rosyjski. Tubylcy wolą nazywać swój kraj: Tywa, Ulug chural to nazwa parlamentu Tuwy. Tuwa to bardzo biedny kraj, ludzie zajmują się tutaj głównie uprawą roślin (pszenica, warzywa) oraz hodowlą (owce, kozy). Tuwińcy czują się odrębną nacją, czemu trudno się dziwić, rysy mongolskie, język nie do zrozumienia, tymczasem starano się, i wciąż się do tego dąży, żeby zrobić z nich Rosjan. Chcieliby mieszkać we własnym niepodległym kraju. Szczególnie silne ruchy nacjonalistyczne ujawniają są na prowincji, gdzie Rosjanie są bardzo ˇle widziani. Wykształceni Tuwińcy natomiast zdają sobie sprawę z tego, że tak biedny kraj praktycznie nie ma szans na suwerenność, także gdy tylko ktoś ma sposobność, a oczywiście najczęściej są to ludzie wykształceni, ucieka do większych miast (Krasnojarsk, Nowosybirsk) i najczęściej nie wraca do korzeni. REPUBLIKA TUWY - to autonomiczna republika w azjatyckiej części Rosji przy granicy z Mongolią. Zajmuje obszar 171 tys. km2., czyli tyle co połowa Polski, a mieszka w niej niewiele ponad 300 tys. ludzi. Są to w zdecydowanej większości Tuwińców. Stolicą jej jest Kyzył, a główną rzeką Jenisej. Na terenie Tuwy znajdują się przepiękne góry: Sajan Zachodni, Ałtaj, Tannu-oła i Akademik Obruczewa. Pogoda w tym rejonie jest bardzo nieprzyjazna. Klimat umiarkowanie chłodny, wybitnie kontynentalny, temperatury od -40C w zimie do +40C w lecie (czego doświadczyliśmy na własnej skórze). Kotliny porośniętę są głównie roślinnością stepową, zaś w górach dominują iglaste lasy tajgi (którą również przebadaliśmy własnonożnie) oraz tundra wysokogórska. Historia Tuwy. Do I w. n.e. tereny te znajdowały się we władaniu wschodnioazjatyckich Hunów. W XIIIw. zajęte zostały przez Czingis-chana i do XVIII w. znajdowały się panowaniem mongolskim. Od XVII w. na obszarach republiki upowszechnił się lamaizm. W latach 1757-1912 Tuwa znana była jako Urianchaj pod panowaniem mandżurskich władców Chin. W 1914r. wcielona została do Rosji jako Kraj Urianchajski. 1918-1921 w tych rejonach toczyły się walki pomiędzy Armią Czerwoną i białoarmistami (pod dowództwem A.W. Kołczaka). Co bardzo ciekawe i mało komu wiadome, w latach 1921-44 Tuwa była niepodległą Tuwińską Republiką Ludową (Tannu-Tywa), skąd też do dzisiaj bardzo silne są wśród Tuwińców ruchy narodowowyzwoleńcze. W 1944 została wcielona do Rosji jako obwód autonomiczny. Po rozpadzie ZSRR, w 1991 doszło do wystąpień skierowanych przeciwko ludności pochodzenia rosyjskiego, zaś w 1992r. Tuwa podpisała nowy układ stowarzyszeniowy z Federacją Rosyjską. KYZYŁ - stolica republiki Tuwy, do 1914r. zwany był Białocarskiem. 73% mieszkańców miasta to Tuwińcy, ale liczba ta ze względu na biedę ciągle rośnie, ludzie przenoszą się do miasta w nadziei na poprawę warunków życia. Nieoficjalnie mówi się nawet, że 90% mieszkańców to Tuwińcy, ponieważ bardzo dużo z nich mieszka nielegalnie na przedmieściach u rodzin, którym udało się tutaj znaleˇć mieszkanie i pracę. Skontaktowaliśmy się z Borysem, Rosjaninem, znajomym pani Mariny z Abakanu, który jest szefem czegoś co nazywa się tutaj "służby specjalne", a przypomina trochę nasz GORP. Przedstawił nam parę propozycji spędzenia tych dwu tygodni, które chcieliśmy poświęcić na poznanie "klimatu" Tuwy, ale z żadnej z nich nie skorzystaliśmy... Po prostu chyba jednak wycieczki zorganizowane nie są dla nas. Po południu w tutejszym parku odbywał się festiwal bardowski, także przy okazji posłuchaliśmy kilku tutejszych śpiewaków. Oczywiście byliśmy usilnie zachęcami przez organizatorów do wzięcia udziału w koncercie. Na szczęście, tak dla publiczności jak i dla dobrego imienia polskiej muzyki, nie udało się nas przekonać, bo dodać muszę, że fałszujemy niemiłosiernie. Upał zrobił się nieprzeciętny, mimo zeszłorocznych doświadczeń w Ałtaju, nie bylyśmy na to przygotowani, do tego tubylcy stwierdzili, że dzisiaj to akurat jest chłodno. Wieczorem wynajętym busem udaliśmy się nad oddalone od Kyzyła o 40 km, słone jeziorka - Chadym, Dushol i Kok-hol. Jezioro Chadym to największe z jeziorek, za to o najmniejszym zasoleniu, woda jego podobna jest do morskiej. Ma do 10m. głębokości, wpada do niego rzeczka Chadym i nie ma w nim ryb. Jezioro Dushol (Swatikowo) to podobno obok morza Martwego, jedyny tak zasolony zbiornik wodny na świecie. Wpada do niego kilka słonych strumyków. Ma 1400 m. długości, 500 m. szerokości i do 4m. głębokości. Żyją w nim miliony bardzo malutkich słonowodnych, czerwonych rybek o nazwie artemie. Wcześniej, jeszcze za czasów ZSRR, było tu bardzo dużo pensjonatów, leczono tutaj choroby stawów, nerwów, nerek. W tej chwili wszystkie budynki są w stanie rozkładu. W jeziorku ciężko pływać ze względu na zasolenie, na dnie temperatura osiąga 40C, a różnica z temperaturą na powierzchni dochodzi do 15C. Jezioro Kok-hol (Sine Jezioro) nazwa jego pochodzi od mongolskiego słowa "chak" - solonczak, czyli wyschnięte słone błoto i tak mniej więcej to jeziorko wygląda. Jechaliśmy początkowo szosą asfaltową, po czym skręciliśmy na piaszczystą drogę wijącą się wśród pustynnych piasków. Nieˇle tam nami wytrzepało. Wydawało, że jedziemy na koniec świata, a tutaj zajechaliśmy do "kurortu" nad jeziorem Dushol. Standard naszego "pensjonatu" daleko odbiegał oczywiście od europejskiego - domki kempingowe z zapadającymi się łożami, bez prądu, wody i ubikacji, wychodek na polu, a prysznic z beczki z wodą nagrzewaną od słońca, ale za to widok na jezioro nieziemski... Od razu zawarliśmy pierwsze znajomości z tubylcami i nauczyliśmy się paru słów, które potem niejednokrotnie zjednywały nam ludzi: cietyrgien - dziękuję, ekuu - dzień dobry, bajerłyk - do widzenia. 6 lipiec 2003 - niedziela LEݎC NA JEZIORZE CZYTAMY GAZETĘ Od rana chętni do moczenia pluskali się w słonym Dusholu. Jeziorko jest pięknie położone, czyste, ludzi nad nim stosunkowo dużo, ale ponieważ są oni głównie rasy mongoloidalnej, więc dla nas była to bardziej atrakcja niż uciążliwość. Pływać w nim trudno, ale zabawy, co niemiara. Po wyjściu z wody na ciele wytrącają się kryształki soli, dość śmiesznie to wygląda, człowiek jest cały biały i do tego słony. Choć można być też czarnym i słonym gdy tylko uwierzy się w to, że słone błoto ma zbawienny wpływ na stawy. Oczywiście niektórzy z nas przekonani o słuszności tego zjawiska, paradowali w "błotnym przyodziewku". Po południu w ramach rozrywek grupowych zorganizowaliśmy sobie sesję zdjęciową z Gazetę Wyborczą, kolejno wszyscy uczestnicy wycieczki kładli się na wodzie i czytali gazetę, obfotografowywani i kręceni ze wszystkich stron. Jako że już dnia następnego mieliśmy wyjeżdżać, wzmogliśmy również działalność integracyjną. Ja z OGosią zostałyśmy zaproszone do domku wielopokoleniowej rodziny tuwińskiej, następnie OGosia i Dorota rozegrały trzy sety z tubylczymi siatkarzami. Ja w tym czasie nie mogłam opędzić się zgrai nieletnich Tuwińców, pragnących zaznajomić się z jakimś "Amerykańcem". Dla nich każdy obcokrajowiec to "Amerykaniec". Na koniec oczywiście pstryknęliśmy multum zdjęć i jak już się wydawało, że udało się nam uwolnić od na dłuższą metę trochę męczącego towarzystwa (głównie ze względu na to, że co parę chwil pojawiały się nowe dzieci i pytały o to samo), do procesu integracji przystąpił zarządca naszego pensjonatu, potem jego żona, 3 dzieci, brat, kuzyni, sąsiedzi... 7 lipiec 2003 - poniedziałek JACEK NAPASTOWANY SEKSUALNIE Rankiem byliśmy umówieni z busiarzem. Ku naszemu zaskoczeniu spóˇnił się tylko 30 minut(!!!) i bez problemów, a co najdziwniejsze nawet bez dodatkowej zapłaty, zgodził się nas podwieˇć nad trzecie ze słonych jeziorek: Kok-hol. Przypomina ono ogromną kałużę pokrytą krą, to której trudno się zbliżyć ze względu na otaczające go bagno. FGosia niefrasobliwie spróbowała przedostać się bliżej jeziora i tylko cudem uratowała od zatonięcia sandały. Dorota zaś znad jeziorek zwięła sobie na pamiątke 2kg. słonego błota, które ku mojemu zaskoczeniu uparcie transportowała przez resztę wycieczki. W Kyzyle, do którego ponownie zawitaliśmy, skierowaliśmy nasze kroki do OWIRU. Borys wciąż nalegał, że przed udaniem się nad granicę mongolską, koniecznie powinniśmy się zameldować. Oczywiście pani w urzędzie pojęcia nie miała co to jest wiza AB, i za diabła pojąć nie mogła, że możemy się przy jej pomocy swobodnie poruszać po Rosji. A gdy na jej pytanie gdzie mieszkamy, odpowiedzieliśmy, że gdzie popadnie, bo mamy namiot, kategorycznie odmówiła rejestracji. Na szczęście Dorota się nie zniechęciła, a wręcz można powiedzieć, że się zeˇliła i postanowiła o to zameldowanie zawalczyć. Udała się do dowolnie wybranego, jednego z dwu, hoteli w Kyzyle. Tam recepjonistka za 100 rubli zameldowała nas fikcyjnie na 3 tygodnie. Problem zniknął! Okazało się bowiem, że mając takie zaświadczenie nie musimy się meldować w OWIRZE. Tym niemniej pani urzędniczka zadzwoniła już w tym czasie do kogoś nad sobą z informacją, że grupa 7 Polaków nielegalnie porusza się po Tuwie. Na szczęście żadnych konsekwencji to dla nas nie miało - widocznie i tutaj pomału dociera Europa. O 11 wsiedliśmy do autobusu, który miał nas zawieˇć do Erzinu. Erzin to ostatnia osada przed granicą mongolską, to już praktycznie koniec świata, a z całą pewnością koniec Rosji. Bilety kupiliśmy 3 dni wcześniej, trudno je bowiem dostać, są stosunkowo tanie (ok. 100 rubli) w porównaniu z busem, który można wynająć, a który od naszej siódemki chciał 4000 rubli. Na przystanek podjechał autobus jeszcze bardziej trupiasty niż ten, który dowiózł nas tutaj z Abakanu, ale już przywykliśmy, również do tego, że co 30 minut kierowca zatrzymywał się, aby ochłodzić silnik. W autobusie jechali już tylko Tuwińcy, jeden z nich ostrzegł nas przed zapuszczaniem się w rejon Erzinu. Jest to podobno teren niebezpieczny ze względu na przemyt narkotyków. I faktycznie co jakiś czas mijaliśmy malutką plantację konopii. Inny Tuwiniec, w stanie upojenia alkoholowego, przysiadł się do Jacka i nagle zaczął go... macać po nogach. Jacek początkowo się uśmiechał, ale gdy "nasz nowy drug" zaczął go obejmować, się zdenerwował. Dopiero wtedy Tuwiniec powiedział (wybełkotał), że po prostu dziwią włosy na Jacka nogach, tubylcy są praktycznie nieowłosieni. W połowie drogi w miejscowości Bałgazyn była przewidziana przerwa, wkuszaliśmy wreszcie płowy, na które mieliśmy ochotę od zeszłego roku, i popiliśmy tutejszym specjałem: herbatą z mlekiem, która podobno bardzo dobrze gasi pragnienie. Gdy jadłam płow, kryjąc się w mizernym cieniu jakiegoś płotka, nagle z góry wylało się na mnie wiadro wody. Okazało się, że dzisiaj Tuwińcy obchodzą dzień Iwana Kupały - jest to zwyczaj bardzo podobny do naszego Śmigusa-Dyngusa. W tym dniu jeszcze Jacek zaliczył prysznic przez okno w autobusie. Krajobraz, który do tej pory był dość monotonny - pagórki pokryte stepową roślinnością, po minięciu Samagałtaj (o którym więcej można przeczytać niżej) zaczął się robić bardziej górzysty, co chwilę odsłaniały się coraz stromsze, piaszczysto-kamieniste stoki. Na każdej przełęczy trzepotały na wietrze kolorowe obo, a Tuwińcy otwierali okna i wyrzucali przez nie papierosy - jako dar dla bogów. O 16.30 przybyliśmy do Erzinu. Góry pozostały za nami, tutaj jest już tylko piach. W miasteczku pierwsze co rzuca się w oczy, to wielkie radary, które kiedyś stały na straży spokoju obywateli byłego ZSRR. Erzin to naprawdę koniec świada, ulice bez asfaltu, odrapana gastinica, nie mówiąc o tutejszej restauracji przypominającej wczesne lata 50-te. Ceny niesamowite, za dwudaniowy obiad dla 4 osób zapłaciliśmy 80 rubli (ok. 10 zł). Erzin - mieszka w nim 3000 ludzi, zaś w całym regionie (kożuchu) 11 tysięcy. Część tubylców utrzymuje się z pasterstwa, z czego zaś żyje reszta - nie mam pojęcia, może z przemytu... Jeden pasterz ma w swoim stadzie około 700-1000 kóz. Natomiast hodowcy wielbłądów, wyruszają ze swoimi zwierzętami na pustynię i tylko raz w miesiącu prowadzą je do wodopoju. My niestety byliśmy w Erzinie w czasie wypasu, także nie udało się nam zobaczyć żadnego wielbłąda. Praktycznie nie ma tutaj aut, ale udało się nam, dzięki kierowcy autobusu, wynając (za 500 rubli) coś ogromnego, co przypominało ni to autobus, ni to ciążarówkę. Tym pojazdem dojechaliśmy do jeziora Tore-Chol przy granicy mongolskiej. Po drodze pokonaliśmy przepiękną przełęcz, z wielką skałą w kształcie orła (jest to ostaniec o nazwie Kara-haja), nic dziwnego, że jest to święte miejsce Tuwińców. Oczywiście w takim miejscu nie mogło zabraknąć i obo. Gdy wysypaliśmy się z naszego pojadu zobaczyliśmy wielkie, przepiękne, przeczyste, błękitne jezioro. Nad wodą latające mewy, a w jeziorze pluskające się kaczki, do tego pieszczysta plaża i nawet drzewo na opał (!). Na początek wszyscy rzucili się do wody, włącznie z Tuwińcami, którzy nas tutaj przywieˇli. Potem, po pożegnaniu z tubylcami, każdy już samotnie udał się na wieczorny spacer po wydmach. Ciekawym zjawiskiem były tworzące się podwójne cienie od odbijającego się w jeziorze zachodzącego słońca. Wieczorem, gdy siedzieliśmy sobie przy ognisku, podjechało na koniach do nas dwu Tuwińców i poprosiło o papierosy, których nie mieliśmy, za to poczęstowaliśmy ich cukierkami. Ale nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że to nie będzie ostatni nasz z nimi kontakt... Tej nocy pierwszy raz rozbiliśmy namiot, ale spać w nim zdecydowałam się tylko ja i OGosia. 8 lipiec 2003 - wtorek FGOSIA NIEOMALŻE UPROWADZONA PRZEZ TUWIŃCÓW O 2.30 do mojej uśpionej świadomości pomału przedostało się wrażenie, że na zewnątrz dzieje się coś dziwnego... Szybko, więc wyjęłam stopery z uszu, odplątałam okulary ze sznurków na szczycie namiotu, odszukałam but, w którym schowana była moja czołówka, zaświeciłam ją i... okazało się, że już jest po przygodzie! Z relacji świadków naocznych, czyli osób śpiących na zewnątrz, dowiedziałam się, że nagle, gdy ogień już dogasł, a księżyc jeszcze nie wzeszedł, nad leżącą nieopodal namiotu FGosią pojawiło się 3 jeˇdˇców. Jeden z nich zszedł z konia, pochylił się nad FGosią, przekonany zapewne, że to nasze wieści, już-już miał ją sobie zarzucić na siodło, gdy FGosia oprzytomniała i odezwała się do śpiącego również na polu Jacka. Jackowi oczywiście to wezwanie nie zmąciło snu. Na szczęście dużo czujniejszy okazał się Wojtek, który odpowiedział FGosi, płosząc w ten sposób Tuwińców, którzy wskoczyli na konie i odjechali kawałek dalej. Tutaj w samotności spała Dorota. Wszyscy trzej zbliżyli się do niej, ale na szczęście szybko zorientowali się, że również ten pakunek, to nie nasze rzeczy, ale ludzki odwłok i nie śpiesząc się odjechali. Wśród naszej braci teraz dopiero pojawiło się coś na kształt paniki, rozważaliśmy nawet wystawienie posterunków, ale zaraz wszyscy posnęli. Tak oto przekonaliśmy się, że zasada: "Plecaki w namiocie, my na zewnątrz" - jeszcze raz okazała się słuszna. Zapewne, gdyby nie chęć części naszej grupy to nocowania pod gołym niebem, pożegnalibyśmy się tej nocy z naszym dobytkiem, bo nikomu nie przyszłoby do głowy gnieść się z plecakami w namiocie. Rankiem, zanim jeszcze upał zaczął dawać się nam we znaki, Jacek z Wojtkiem z namiotu skonstruowali coś na kształt daszku. Potem zaczęła się nieprzeciętna żarka. Wszyscy, po kolei, zrobili pranie, Wojtek zbudował fortecę, potem ja zbudowałam fortecę. Dorota z wody wychodziła tylko do toalety. Jacek badał budowę wydm, chodząc z patykiem po piachu, dopóki upał go nie zmógł, wtedy jak zaległ to nie ruszył się przez 5 godzin. Olbrzymie kanie polowały nad jeziorem, co jakiś czas któraś nurkowała do wody i odfruwała z upolowaną rybką. Wojtek postanowił zmierzyć południe słoneczne - wyszło, że jest około 13.30. Ja z uwagi na znikome, ale wciąż jeszcze występujące prawdopodobieństwo wystąpienia powikłań pokleszczowych, powinnam zmierzyć sobie gorączkę, ale od upału termometr stracił swoje własności - permanentnie wskazywał 42,5C. Przechodzące krowy przepuściły atak na nasze obozowisko, na szczęście udało się go odeprzeć. Zrobiliśmy sobie z patyków ścieżkę od daszku naszego to wody, bo piasek zrobił się taki gorący, że nawet chodząc w klapkach trudno było wytrzymać. Na koniec dwóch Tuwińców na koniach, zrobiło sobie koło nas "myjnię końską" - zapewne chcieli się popisać, a tylko zabrudzili nam wodę! O 17, jako że niedługo miał przyjechać umówiony wehikuł, zaczęliśmy się pakować - bardzo powoli, żeby nie dostać udaru. Nagle, miast ogromnego pojazdu, przyjechały dwie Wołgi z 4 Tuwińcami i mała Tuwinką. Jakoś udało się nam załadować! Wracając, mknęliśmy po pustyni z prędkością 150km/h, wzniecając za sobą tumany kurzu... Przed 21 przybyliśmy do Samagałtaj, miejscowości w jednej trzeciej drogi między Erzinem a Kyzyłem. Wysiedliśmy z samochodów i chcieliśmy zapłacić Tuwińcom, umówione 700 rubli, gdy oni nagle stwierdzili, że owszem umówiliśmy się na 700 rubli, ale od jednego auta, a oni przyjechali dwoma i zażądali 1400 rubli. My im 700, oni 1400. Impas. W końcu stwierdziliśmy, że damy im 1000. Oni dalej twardo stali przy swoim. Sytuacja zrobiła się patowa. Na szczęście plecaki wyjęliśmy już z samochodów, więc tak naprawdę to my byliśmy górą. Zaczęliśmy, więc pomału wchodzić do gastinicy. Tuwińcy chyba przestraszyli się, że nic nie zapłacimy, wzięli te 1000 rubli i odjechali. Złożyliśmy bety w pokojach i ruszyliśmy na poszukiwanie świątyni lamaistów. Samagaltaj - do 1921r. był centrum administracyjnym Tuwy. Założony w 1773, gdy po raz pierwszy w tym miejscu zbudowano chór (świątynię lamaiską), w tym roku obchodzi swoje 230 lecie. Kiedyś był tutaj duży ośrodek lamaizmu, znajdowała się tutaj szkoła kształcąca przyszłych duchownych. Lamaizm - to odmiana buddyzmu rozpowszechniona w Tybecie i Mongolii. Ukształtował sie na przełomie XIV i XV w. i zwany jest Żółtym Kościołem od koloru nakryć głowy noszonych przez jego wyznawców, w odróżnieniu od przedstawicieli niezreformowanego buddyzmu, noszących czerwone nakrycia głowy. Charakterystyczną cechą lamaizmu jest przerzucenie odpowiedzialności za rozumienie i przestrzeganie dogmatów na jednostki specjalnie do tego przygotowane - na lamów i tym samym uwolnienie wyznawców od potrzeby wnikania w istotę obrzędów i przykazań. Lamaizm to ogromna ilość bóstw, duchów i demonów, zauważa się tutaj wpływy pierwotnego szamanizmu i animizmu, co miało też niebagatelny wpływ na popularność tej religi. Najważniejszymi postaciami w hierarchii lamajskiej są dalaj-lama oraz panchen-lama. W XVII wieku wzniesiono najpiękniejszą buddyjską budowlę klasztorną - pałac w Lhasie, który od razu stał się siedzibą dalaj-lamów. Obecny - czternasty już - dalaj-lama zmuszony do emigracji w wyniku chińskiej okupacji Tybetu mieszka obecnie w Dharamsali w i jest uważany za jeden z najwyższych autorytetów moralnych na świecie. Kilkakrotnie odwiedził Polskę Chodząc sobie po miasteczku, spotkaliśmy tutejszego miłośnika kolarstwa - 18-letniego Saszę, który krążył do ulicach z siostrą na ramie. Zaprowadził nas do świątyni lamaiskiej, która niestety była zamknięta. Opowiedział o życiu w tym oddalonym od cywilizacji miejscu, o ludziach, którzy tutaj mieszkają i o pożarach tajgi, których nikt nie gasi, bo nikt nie ma na to pieniędzy. A swoją drogą dymy z palącego się lasu na tle zachodzącego słońca, robiły niesamowite wrażenie. Gdy zajęci byliśmy robieniem zdjęć temu zjawisku, na drodze pojawił się nagle motor, taki z wózkiem z boku (jak na filmach z czasów II wojny światowej). Siedziało w nim dwu milicjantów i milicjantka, w błękitnych okrągłych hełmach. Bardzo zabawnie i oryginalnie wyglądali, szczególnie Tuwińka w mundurze. Zatrzymali nas, pogadali, spytali skąd jesteśmy i jak się nam podoba, a na koniec dali radę - żebyśmy uważali chodząc po drogach, Dziwne - nie pytali ani o zameldowanie, ani o wizy! Póˇniej już uważając, chodziliśmy sobie po Samagałtaju mówiąc do napotkanych ludzi "ecu" ("cześć"). Wzbudzało to ciekawość graniczącą z zachwytem. Zanim doszliśmy do gastinicy, podążała za nami spora gromadka tubylców. W gastinicy umówiliśmy się z Saszą, który przyniósł gitarę i rozpoczął się koncert śpiewu "khoomey". Sasza chodzi do szkoły muzycznej w Kyzyle, gdzie uczy się właśnie tak śpiewać. Khoomey to charakterystyczny tuwiński, gardłowy śpiew, pieśniarze wydobywają z siebie zadziwiająco niskie dˇwięki, podobno w jednym momencie śpiewają dwoma głosami. W czasach totalitaryzmu śpiew ten pozwolił przetrwać narodowi, identyfikował jego członków, na każdej uroczystości przynajmniej kilku jej uczestników potrafi zaśpiewać w ten sposób. Jeden z tuwińskich zespołów był nawet na festiwalu w Polsce. Osobiście nagrałam cały występ Saszy, będziemy sobie go w długie, chłodne i ciemne zimowe wieczory słuchać. 9 lipiec 2003 - środa JACKA ATAKUJˇ DWIE NIETRZEŹWE ROSJANKI O 8.15 autobusem jadącym do Kyzyła opuściliśmy Samagałtaj. Nagle na środku pustkowia zostaliśmy zatrzymani przez "kontrolę autobusową". Jest to niespotykane chyba nigdzie indziej zjawisko. Busikiem po republice jeżdżą sobie dwie panie z kierowca. Ich zadaniem jest zatrzymywanie spotkanych autobusów i sprawdzanie biletów pasażerom. W czasie, gdy konduktorki sprawdzały nasz autobus, kierowcy przelewali sobie benzynę przy pomocy jakiegoś węża. W południe ponownie zawitaliśmy do Kyzyła. Biletów do Ak-Dowuraka nie było, więc znów czekało nas kiblowanie w tym mieście. Ulokowaliśmy się w dobrze nam już znanym parku i w grupkach bądˇ solo, rozpoczęliśmy wycieczki po mieście. Zwiedziliśmy muzeum regionalne, udaliśmy się pod pomnik centrum Azji, bowiem Kyzył to jedno z kilku miast, które szczyci się mianem "centrum Azji", każde z tych miejscowości wyznacza ten punkt inaczej, ale dzięki temu jest co zwiedzać. Oglądnęliśmy także namiot, w którym mieszkają szamaniści, niestety nie są zbyt chętni, do wpuszczania turystów do środka. Mnie z FGosią udało się trafić w chórze (świątyni) na nabożeństwo lamaistów, generalnie sprowadzało się ono, do słuchania bardzo fajnych śpiewo-modłów dwóch lamów. Po nabożeństwie chwilę porozmawiałyśmy z lamą, wykształconym, młodym człowiekiem (i do tego bardzo przystojnym:-) ), który od razu przeszedł na angielski. Jacek, który śpiąc na ławce w parku, pilnował w tym czasie naszych rzeczy, został zaatakowany przez dwie nietrzeˇwe Rosjanki. Ponieważ nie bardzo mieliśmy gdzie spędzić noc, właściciel biura podróży Alash Travel, znajomy Borysa, zgodził się abyśmy przenocowali się w ich siedzibie. Alash Travel to bardzo profesjonalna firma, organizują wycieczki po terenie całej Tuwy, specjalizując się w ratfingach po Małym Jeniseju. Gościł nas Tuwiniec, Arłan, bardzo ciekawie i specyficznie mówił o tym co się dzieje aktualnie w Tuwie. O dążeniach prowincji do niepodległości, o biedzie społecznej i ubóstwie intelektualnym, o zakładach "planowo ubytecznoje" (czyli planowo niedochodowych), o prezydencie republiki, który sam zmienił konstytucję i w ten sposób już 8 lat jest u władzy, a na koniec o tutejszych starowierach, którzy jeszcze w latach 80-tych żyli ściśle według swojej wiary, a teraz zaczynają dostrzegać "wartość" pieniądza. ......... Tuwa Zachodnia i Sajany [Tuwa i Chakasja 2003] ... 10 lipiec 2003 - czwartek AZBESTOWA ZAWIEJA W AK-DOWURAKU O 9 wyruszyliśmy autobusem jadącym do Teeli, w stronę najdzikszych obszarów Tuwy. Mieszkańcy Kyzyła tereny te nazywają "Indiami", ze względu na panującą tam biedę. W zapchanym autobusie dużą część podróżnych stanowiły dzieci, nawet dwumiesięczne niemowlęta (bez pieluch!), siedziały cichutko, nie płakały i nie krzyczały. Oczywiście co parę minut przystawaliśmy w celu wystudzenia silnika, w tym czasie zgraja dzieci wyskakiwała z pojazdu w poszukiwaniu jakiegoś krzaczka, w zastępstwie toalety. Jeśli postój wypadł w pobliżu strumyka, pasażerowie uzupełniali wodę w kanistrach i butelkach, aby na następnym przystanku mieć co wlać do chłodnicy. Trasa wiedzie prosto na zachód, w poprzek republiki, bardzo szeroką doliną Wielkiego Jeniseju. Niestety była mgła także niewiele widzieliśmy, a podobno droga ta jest przepiękna. Mniej więcej w połowie drogi w naszym autobusie, już i tak zapchanym, zaczęły pojawiać się dzieci. Co parę kilometrów stojące samotnie przy bezludnej drodze 6-cio, 8-miolatki zatrzymywały autobus. Po paru takich przystankach, cały autobus wprost zapchany był dziećmi. Siedziały wszędzie, na kolanach, na plecakach, na bańkach z mlekiem, gdzie tylko było trochę miejsca. OGosia zastanawiała się nawet nad adopcją trójki bardzo miłych dzieci, ale póˇniej okazało się, że gdzieś w tyle autobusu była ich mama. Tereny między Kyzyłem a Ak-Dowurakiem nazywane są Doliną Śmierci, ze względu na konopie, które się tutaj uprawia. O 15.15 dojechaliśmy do Ak-dowuraka, autobus pojechał dalej, do Teeli. Wszystkie dzieci przykleiły buzie do szyby i na pożegnanie namiętnie nam machały. Ak-Dowurak - to 14-sto tysięczne miasto w zachodniej części republiki Tuwy. Jeszcze parę lat temy było tutaj wielkie zagłębie azbestowe. Zresztą miasto powstało dzięki odkryciu w tym miejsciu jego złoży. Sprowadzano wtedy Tuwińców z całej Tuwy, obiecywano pracę i dobre zarobki. Niestety po odkryciu rakotwórczych właściwości azbestu, kopalnię zamknięto. Kiedyś pracowało w niej 7000 ludzi, w tej chwili ostatnia setka pracuje nad demontażem zakładu. Wielkim dramatem jest to, że do najbliższego miasta, Kyzyła, jest ponad 300km. Tuwińcy, wiedzeni nadzieją łatwiejszego życie w mieście, kilkanaście lat temu, pozbyli się swoich gospodarstw, wysprzedali zwierzęta, i w tej chwili nie ma dla nich powrotu, są skazani na to miasto. W Ak-Dowuraku żyje tylko kilkunastu Rosjan. Po 1991 roku i zamieszkach o podłożu niepodległościowym, w których zginęło kilku Rosjan, zdecydowana większość z nich opuściła miasto. Zostały tylko najsilniejsze jednostki, które umiały sobie zjednać tubylców i którzy w tej chwili żyją w dużo lepszych warunkach niż Tuwińcy, to oni przeważnie są właścicielami sklepów, zakładów itp. Zgromadzeni na dworcu mężczyˇni byli bardzo do nas nieprzyjaˇnie nastawieni, nie bardzo wierzyli, że nie jesteśmy Rosjanami. Dla nich rosyjski jest drugim językiem, więc trudno im rozpoznać, kto mówi nim płynnie, a kto nie. Dopiero gdy zaczęliśmy mówić między sobą po polsku, dali spokój. Wojtek, Dorota i Fgosia poszli na poszukiwanie Rosjanina, znajomego Arłana z Kyzyła, który miał nam pomóc przedostać się w góry. W tym czasie reszta pilnowała plecaków. Wzbudziliśmy delikatnie mówiąc sensację. Zaprzyjaˇniliśmy się ze Sławem, strażnikiem dworcowym. Do jego zadań należało pilnowanie dwu ławek, gdy pojawiali się pasażerowie wyjmował je z pomieszczenia. Gdyby nie miał ich na oku, z pewnością w ciągu 3 minut zniknęłaby bez śladu. Sławo był bardzo miły, ugotował nam wody, zaprosił do siebie, do pokoju przydworcowego. Póˇniej zjawiło się koło nas kilkunastu chłopców w wieku 10-12 lat. Trudno się z nimi rozmawiało, ponieważ nie znają oni rosyjskiego. Starsi obywatele jeszcze coś tam mówią, natomiast młodzież, mimo że uczą się rosyjskiego w szkole, nie umieją praktycznie nic powiedzieć. Bieda, jakiej nigdy wcześniej nie widzieliśmy w Rosji. Na widok ciastka (a słodycze w Rosji są bardzo tanie), dzieciom oczy wychodziły z orbit i bez skrępowania brały po kilka. Miasto sprawia bardzo przygnębiające wrażenie, bardzo szerokie ulice, oczywiście niewyasfaltowane, przy których stoją malutkie, drewniane, brzydkie domki. Podobno gdzieś na przedmieściach jest też blokowisko. Nad tym wszystkim góruje wielka hałda azbestu. Gdy już dobrze się na dworcu zadomowiliśmy, podjechała do nas milicja. Stróż prawa spytał się skąd jesteśmy oraz gdzie i kiedy się wybieramy. Powiedział, że jeśli będziemy siedzieć tutaj dłużej niż godzinę, on nie bierze odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo... Na razie byliśmy spokojni, bo umówieni byliśmy z Maksymem, znajomym Arłana, który zawieˇć nas miał w Sajany Zachodnie w okolice góry Kyzył-Tajgi. Ale o 19.30 rzeczywiście zaczęło robić się niewesoło. Noc zbliżała się nieuchronnie, po Maksymie, który miał być godzinę temu, śladu nie było, do tego zrobiła się niesamowita wichura. Wiało od strony góry azbestowej, wszędzie unosił się pył, jak w trakcie burzy piaskowej. W sekundzie pokryci byliśmy warstwą tłustego azbestu, wszystkie białe rzeczy zrobiły się czarne. Wszystko było lepkie, na czele z włosami. Jak oni tutaj żyją? Gdy po kilkunastu minutach wiatr trochę przycichł, podeszło do nas kilku podejrzenie wyglądających Tuwińców. Dzieci uciekły, stróż dworcowy też się skrył w swoim pomieszczeniu, gdzie niestety przybyli dorwali go i nieˇle potarmosili, także póˇniej już do nas się nie zbliżył. Gdy wyczyścili sobie teren, przysiedli się do nas i zaczęli zagadywać. Nie wiadomo, co by z tego wyniknęło, ale na szczęście na horyzoncie zobaczyliśmy półciężarówkę Maksyma. Ufffffffff!!!!!!!! Maksym z synem i żoną, jechali do Abakanu po zaopatrzenie do sklepu, który mają w Ak-Dowuraku. Gdy o 20.30, po ponad 5 godzinach na "dzikim zachodzie" zatrzasnęły się za nami drzwi paki, poczuliśmy niesamowitą ulgę. Po pierwsze, że opuszczamy to niezbyt gościnne miasto, a po drugie, że my nie musimy żyć w takich warunkach, w kompletnej biedzie i beznadziei, bez szans na poprawę w przyszłości. Po godzinie jazdy drzwi otwarły się i z upalnej budy wydostaliśmy się na zimne powietrze. Dojechaliśmy do ujścia doliny potoku Bolszoj Gandałyk, kilkanaście kilometrów przed przełęczą Sajańską, na 67 kilometrze drogi Ak-Dowurak - Abaza. Tutaj pożegnaliśmy Maksyma i jego rodzinę i wreszcie, po dwu tygodniach, byliśmy w górach! Sajany ukazały nam we mgle, wielkie i lesiste, deszczowe. Gdy zastanawialiśmy, gdzie rozbić obozowisko, przegalopowało obok nas kilku jeˇdˇców na koniach. Okazuje się, że co roku Tuwińcy objeżdżają w grupkach górami całą Tuwę, śpią przeważnie na przełęczach, w jurtach innych współbratyńców. Rozbiliśmy się niedaleko drogi, spaliśmy wszyscy w namiocie, razem z plecakami, także komfortu wielkiego nie było. Do tego wszyscy się lepiliśmy od azbestu, ale zrobiło się tak zimno, że nikt nie miał ochoty zażywać kąpieli w przydrożnym strumyku. 11 lipiec 2003 - piątek JAK ATAKUJE DOROTĘ Około 8 rano rozpadało się, co natychmiast odczuliśmy namacalnie. Zaczęło lać się na nas z sufitu namiotu, woda ciekła po ścianach. Przyznać trzeba, że nie rozbiliśmy się wzorowo, ponieważ po pierwsze była noc, po drugie jesteśmy lenie (i to do tego lenie na wakacjach), no a poza tym spaliśmy w trójce w 5 osób z plecakami i deską do pracowania, którą FGosia nabyła nieopatrznie w Kyzyle i do Polski przytachać postanowiła. Deska wprawdzie jest duża i nieporęczna, ale za piękna i unikatowa. Deszcz ostatecznie przeczekaliśmy w namiocie, w skrytości ducha mając nadzieję, że ktoś wreszcie z niego wyjdzie i nałoży na tropik pelerynę. Nie ruszył się nikt! A śpiwory puchowe mokły... Na szczęście zlitował się nam nami klimat sajański i wkrótce przestało padać. Sajany to góry znajdujące się na terytorium Rosji i Mongolii, między Ałtajem a Przybajkalem. Zbudowane ze skal prekambryjskich i paleozoicznych, odmłodzone w wyniku ruchów tektonicznych w trzeciorzędzie i czwartorzędzie. Dzielą się na dwa łańcuchy górskie: Sajan Zachodni i Sajan Wschodni rozdzielone kotlinami: Minusińską, Todzyńską i Tuwińską. Klimat wybitnie kontynentalny. Sajan Wschodni to pasmo górskie o wysokościach 1000-2500 m n.p.m i długości 1000 km. Najwyższym jego szczytem jest Munku Sardyk - 3492 m n.p.m. Sajan Zachodni to pasmo o długości 650 km, najwyższym jego szczytem jest Kyzył Tajga - 3121 m n.p.m, którego mieliśmy nadzieję zdobyć. Przecięty jest on głębokim przełomem rzeki Jenisej. Najwyższe Sajanów pasma charakteryzują się bardzo stromymi, kamienistymi stokami oraz ostrymi graniami. Rozpowszechniona jest tutaj tajga złożona ze świerków, jodeł i limb syberyjskich, w wyższych partiach zachowała się tylko limba. W wyższych partich lasy sosnowo-modrzewiowe utrzymują się tylko na zboczach południowych, podczas gdy północne pokrywają lasy limbowo-modrzewiowe, a wąskie doliny zarastają tajgą jodlowo-swierkową. W głębokich dolinach występują stepy, a powyżej granicy lasu tundra i pola ruchomych głazów (tzw. kurumy). Informacje o Sajanach w dużej części zaczerpnęłam ze strony SKPT w Gdańsku. Po śniadaniu ruszyliśmy w Sajany w górę potoku Bolszoj Gandałyk, celem naszym było jeziorko, znajdujące się tuż u podnóży Kyzył-Tajgi, najwyższego szczytu Sajanu Zachodniego. Kilkaset metrów od drogi minęliśmy osadę tuwińską złożoną z 4 jurt. Tubylcy chyba się nas przestraszyli, bo nikogo nie było na zewnątrz. A szkoda, bo liczyliśmy po cichu na jakieś małe "zwiedzanko". Nagle na dróżce, telepiąc się po wybojach, pojawiła się łada. Początkowo nawet zaczęliśmy się obawiać, że to może ta osławiona mafia rosyjska, której mimo, że w Rosji jesteśmy po raz któryś, jeszcze nie udało się nam spotkać, ale okazało się, że to wóz milicyjny. Stróże prawa wyskoczyli z niego i ruszyli w stronę Wojtka. Oczywiście myśleliśmy, że celem ich było przejrzenie naszych papierów, pozwoleń, bumag, pieczątek itp., a tymczasem miły pan, zapytał czy u nas wszystko w porządku, czy nas już ktoś może okradł, a na koniec podzielił się z nami spostrzeżeniem o tubylcach: "Tuwińcy bardzo lubią innostrańców, ale ich rzeczy jeszcze bardziej". Sam też na Rosjanina nie wyglądał. A potem nadeszła godzina 13.10, która omało nie stała się ostatnią Doroty. Wędrując sobie beztrosko, na horyzoncie zobaczyliśmy jaka. Jak to zwierzę na stokach polskich gór trochę rzadziej spotykane niż w Sajanach, tako wszyscy porzucili swój dobytek, naprętce wydobyli, pochowane uprzednio przed deszczem, atrybuty turysty współczesnego, czyli kamery tudzież aparaty i rzucili się stadnie w stronę rzeczonego osobnika. Dorota, jako że nogi ma najdłuższe, wyprzedziła tłum i pierwsza znalazła dogodne miejsce do uwiecznienia zwierzęcia na klatce swego filmu (mieliśmy nadzieję, że nie uwiecznia wszystkich momentów na 1 klatce - jak się jej to już w przeszłości zdarzało). Jak, jak każdy wie, to taka duża krowa, ale tutaj przekonaliśmy się, że nasze krowy dużo mniej agresywne są i co najważniejsze rogów nie mają. Tymczasem niespodziewanie zza drzewa wychyliła głowę jaczyca, za nią zaś dreptało małe jaczę. Jaczyca, widząc zapewne po raz pierwszy w życiu człeka z aparatem, ruszyła z impetem w jego stronę. Dorota w nogi, a rogi tuż-tuż. Wydłużyła krok i czmychnęła w las. Jaczyca na szczęście po przepędzeniu wroga z własnego terenu straciła zupełnie nim zainteresowanie. Póˇniej na naszej drodze stanęło jeszcze ogromne stado jaków. Już z większym szacunkiem, żeby nie powiedzieć, ze strachem, staraliśmy się je ominąć. Na szczęście nie były za bardzo nami zaciekawione. Powolutku udało się nam przejść obok tych wielkich zwierząt (jednak krowy to nie są) już bez przygód. Idąc w górę doliny natrafiliśmy na kolejną osadę ludzką, także w tej chwili bezludną. Kilka koni uwiązanych było u wejść do jurt, prawdopodobnie więc znów tubylcy skryli się przed nami. Trasa, którą szliśmy wiedzie wzdłuż dużego, rwącego potoku, bardzo głęboką doliną. Po obu jej stronach wznoszą się bardzo strome stoki. Zbocza południowe zupełnie bezleśne, natomiast północne gęsto porośnięte tajgą. Wędrując w górę wciąż wypatrywaliśmy Kyzył-Tajgi, która powinna się, co jakiś czas odsłaniać. Niestety szczytu tego nie zobaczyliśmy przez cały czas naszego pobytu w górach. Przed naszym wzrokiem chroniła go mgła sajańska. O 19 wygodna ścieżka, którą do tej pory beztrosko wędrowaliśmy, zeszła do wody. Stanęliśmy przed dylematem, którą stroną potoku iść. Ponieważ nikomu nie chciało się butów zdejmować i wpław pokonywać rwącą rzekę, postanowiliśmy dalej iść orograficznie lewą jej stroną. Niestety okazała się to być decyzja nietrafiona. Brzeg stał się bardzo stromy, skała wchodziła wprost do wody. Do tego trudno tworzywo to skałą w ogóle było nazwać, obsypujące się spod stóp i rąk kamyki. Ci, którzy szli wyżej strącali głazy na tych pod nimi. A my, cóż w bawełnę owijać, do czegoś takiego niezbyt przygotowani byliśmy. Dorota wędrowała z błotem w reklamówce, FGosia z deską do prasowania, ja mam lęk wysokości, a Wojtek uginał się pod ciężarem plecaka, w którym niósł wszystko, ponieważ mieliśmy się tym podzielić, ale jakoś tak zeszło. Poruszaliśmy się, więc z prędkością pół kilometra na godzinę. A przed nami było ich jeszcze 10... Nagle ktoś wpadł na pomysł, choć nie wiem dlaczego nie wymyśliliśmy tego wcześniej, że można przecież ten potok przejść. Myśl wydała się dobra, żeby nie powiedzieć genialna. Gorzej było z wykonaniem... Bolszoj Gandałyk to bowiem rzeczka górska, spad ma dość duży, a co z tym się wiąże i nurt rwący. Na szczęście byliśmy już porządnie zdeterminowani, a na drugiej stronie rzeki przyjacielsko szumiał las, dając nadzieję na wieczorne ognisko, a zapewne i jakieś miejsce na namiot by się znalazło. Tak, więc wszyscy po kolei wspierając się na kijkach tudzież jakiś patykach pokonali potok. Byliśmy doszczętnie mokrzy, choć jakimś trafem nikt nie zaliczył kąpieli... Na drugim brzegu trafiliśmy na zarys czegoś, co przypominało ścieżkę, wiec szło się względnie wygodnie i o niebo bezpieczniej niż drugą stroną. Przedzieraliśmy się przez powalone drzewa, wielkie zielska, strumyki spływające nie wiadomo skąd, ale i tak było to nic w porównaniu ze skałami, o które rozbijał Bolszoj Gandałyk po drugiej stronie. W tym dniu aż do bólu poznaliśmy, co to znaczy "paguliac po tajdze". Wreszcie o 22 podjęliśmy decyzję, że do jeziorka, nie dojdziemy. Znaleˇliśmy dość przyjazne miejsce, akurat na dwa namioty. Nad ogniskiem porozwieszaliśmy nasze mokre rzeczy, czyli praktycznie wszystko co mieliśmy w plecakach i posnęliśmy... 12 lipiec 2003 - sobota FGOSIA ZNALAZŁA ROBOTĘ Sobotni, dżdżysty dzień nie zaczął się najlepiej. Tropinka, którą do tej pory szliśmy, znów tradycyjnie zeszła do wody. Najprawdopodobniej była to droga do wodopojów dla zwierząt. Ponownie musieliśmy przedzierać się przez chaszcze, powalone drzewa, krzewy i ogromne głazy, byle w górę. I wreszcie nasz trud został nagrodzony, udało się nam wyjść z lasu! Znależliśmy się na skraju czegoś co przypominało wielkie głazowisko. Od tego miejsca (ok. 1900 m. npm.) Sajany nabierają bardziej alpejskiego charakteru, stoki stają się kamieniste, a granie ostre. Doszliśmy do drogi, która wiedzie doliną Małego Gandałyku, a która wychodzi na trasę między Ak-Dowurakiem, a Abazą parę kilometrów wyżej niż Bolszoj Gandałyk. Przeszliśmy jeszcze kilka kilometrów w strugach obfitego deszczu, który akurat przybrał na sile i oczom naszym ukazało się przepiękne, dość duże jeziorko o nazwie Kup-Chol. Przemoczeni byliśmy do suchej nitki, włącznie z namiotami, które mokre zwinęliśmy rano. Drewno na potencjalne ognisko zostało kilka kilometrów za nami, a wszystkie góry spowite były gęstą mgłą, co raczej nie dawało szansy na choć czasową poprawę pogody. Wydawać by się mogło, że gorzej być nie może, gdzie my biedni spać będziemy, przy czym się ogrzejemy i wysuszymy nasz dobytek?? Sytuacja nasza tak wygląda z perspektywy czasu, w tamtym zaś momencie na myśl nam nie przyszło zadawać sobie takie pytania. I okazało się, że słusznie nie zadręczaliśmy się na zapas. Poprzez strugi deszczu na brzegu jeziorka dostrzegliśmy trzy domki. Niewiele się namyślająć pognaliśmy ku nim jak najprędzej. Zastaliśmy w nich sześciu Rosjan i Tuwińca. Okazało się, że przyjechali tutaj dwoma Ułazami na ryby. Zaprosili nas do jednej z chatek chatek, w której byli zadomowieni. Nam kazali rozgościć się w drugiej, w której niestety nie było kozy, więc i perspektyw na wysuszenie również. Było za to przyjemnie sucho. Trzecia chatka służyła za opał, rozbierało się ją po prostu po kolei, aby napalić w kozie. Obok chatek stał wychodek!! Wychodek na wysokości 2200 m.npm., w odległości 100 kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji - to jest coś! Podobno wplanach było kiedyś wybudowanie tutaj turbazy, ale skończyło się tylko na dobrych chęciach i, na szczęście dla nas, na tych trzech prowizorycznych budynkach. Nie długo dane nam było zaznać samotności w naszym domku, natychmiast zaproszeni zostaliśmy przez Rosjan do ich posesji. Zagospodarowaliśmy oczywiście od razu wszystkie patyki, gwoˇdzie i sznurki wokół paleniska. FGosia w tym czasie zajmowała się oprawianiem ryb (pielców) w towarzystwie Tuwińca, tak zaimponowała im swoim zaangażowaniem, że nawet chcieli ją przyjąć do swojej ekipy na pomocnika. W nagrodę, za pracę FGosi, zostaliśmy ugoszczeni zupą rybną (uchą), w której pływały chyba wszystkie możliwe części rybiego ciałą. Ale była przepyszna. Do tego zagrycha - czyli pielec na surowo. Całe popołudnie - Siergiej - ich przywódca, milicjant w Ak-Dowuraku, zabawiał nas opowieściami przeróżnego typu, a to zagadki, a to przyśpiewki lub opowiadania. Nieprawdopodobnie miły i towarzystki człowiek. Wieczorem ok. 20.30 rybacy wypłynęli jeszcze raz na jezioro, żeby zebrać sieci, które wcześniej zastawili. Na polu było 8C i wciąż lało, a co gorsza nic zmiany pogody nie zapowiadało. Podobno w Sajanach Zachodnich skupiają się wszystkie deszcze z okolicy... Na kolację zaprosiliśmy Rosjan do naszej chatki na kanapeczki. Póˇniej zgodnie zalegliśmy: ma dolnych pryczach po dwie pary, na górnych osobnicy solo (z uwagi na znikomą szerokość pryczy wyższej), zaś Wojtek wybrał glebę pod nami - przynajmniej nie miał ciasno. 13 lipiec 2003 - niedziela JACEK I OGOSIA PIEJˇ (Z ZACHWYTU) Na niedzielę zaplanowe mieliśmy zdobycie Kyzył-Tajgi, najwyższego szczytu Sajanów Zachodnich. Najbardziej niecierpliwi z nas, już od piątej wstawali i kontrolowali pogodę. Ja do zbyt napalonych oczywiście nie należałam. Gdy około 10 wymotałam się z ciepłego śpiworka i wyszłam na zewnątrz, zrozumiałam dlaczego nikt nie robił wcześniej pobudki. Do wychodka musiałam iść na pamięć, zza mgły ledwo było go widać. Póˇniej, w ciągu dnia, mgła trochę zrzedła, także mogliśmy mniej więcej stwierdzić, gdzie jest góra, którą chcieliśmy zdobyć. Kyzył-Tajga w całości nie odsłoniła się nam przez cały czas naszego pobytu nad jeziorem Kup-Chol. Czekając na jakiś cud, na choć mizerną poprawę pogody, graliśmy w "państwa, miasta..." w odmianie rosyjskiej: państwo lub kraina w byłym ZSRR, miasto w Rosji, imie rosyjskie, poeta rosyjski, władca rosyjski - chyba zaczynamy mieć na tym punkcie jakiś odchył... Po południu względnie wypogodziło się, więc każdy ruszył na spacer. Wyrzuciło nas z tej ciasnej chatki jak z katapulty, wszyscy mieli już dość bezruchu na 20m2. Około 16 Rosjanie wyjechali, zostawili nam cztery kopy rybek i trochę drzewa na opał. Przeprowadziliśmy się do chatki z kozą. A potem już nie zważając na deszcz i mgłę postanowiliśmy gdzieś pójść. Upatrzyliśmy sobie dolinę, którą płynął jeden z dopływów Wielkiego Gandałyku. Zapewne nad nią wznosi się ogromna sylwetka Kyzył-Tajgi, ale my widzieliśmy tylko mgłę. Trawersując, szliśmy w górę strumyka, nagle poprzez mgłę dostrzegliśmy jeziorko, a potem kolejne, w sumie cztery. Na ich powierzchni znajdowały się małe lodowce, w super niebieskawym odcieniu, ze szczelinami. Oczywiście wszyscy bohatersko, pozując do zdjęć, stawali w rozkroku nad tymi szparami w lodzie i uśmiechali się do obiektywu. Jacek i OGosia, czyli zawodowa frakcja nauczycielska, zachwycali się jakimiś formami geologicznymi, meandrami, erozjami, morenami. Wprost piali z zachwytu. Mieliśmy ochotę obejść jeszcze najwyższe, zielone jeziorko, ale deszcz przybrał na sile, zaczęła się niesamowita ulewa. Do oczywiście mgła się obniżyła, tak więc stwierdziliśmy, że bezpieczniej będzie z tej atrakcji zrezygnować, tymbardziej, że i tak zapewne nic byśmy nie zobaczyli. Wróciliśmy do naszej bazy oczywiście totalnie przemoczeni, ale to już zaczynało być dla nas regułą. Zrobiliśmy sobie uchę i poszliśmy spać z nadzieją na poprawę pogody. 14 lipiec 2003 - poniedziałek JA I FGOSIA TRENUJEMY BIEGI NA ŁYŻACH JEZIORNYCH O 9.30 Dorota obudziła nas okrzykiem "Słonko! Kyzył-Tajga!!". Wszyscy z nadzieją wyskoczyli ze śpiworów, rzucili się do drzwi, a na zewnątrz... dalej mleko. Mgła podniosła się tylko nieco wyżej. Poza tym godzina była wybitnie nie sprzyjająca do rozpoczynania wyprawy na najwyższy szczyt Sajanów Zachodnich. Z braku lepszych zajęć, zaczęliśmy deliberować nad dalszym przebiegiem naszej wyprawy. Czyli zrobiliśmy to, czego się robić na wyprawie nie powinno. Zabrało nam to mnóstwo czasu i jeszcze więcej nerwów. Pojawiło się kilka propozycji, co do tego, co robić w zaistniałej sytuacji. W pewnym momencie wydawało się, że osiągnęliśmy konsensus. Zaczęliśmy się pakować, żeby zejść na dół i ewentualnie przemieścić się w jakieś inne, miejmy nadzieję mniej deszczowe i mniej mgliste, góry. Akurat w tej chwili na momencik wyszło słońce. Szybko, więc rozpakowaliśmy się i postanowiliśmy wykorzystać tą poprawę pogody na spacer dookoła jeziora Kup-Chol. Wyruszyliśmy o 15, każdy praktycznie osobno. Oczywiście poprawa pogody była wybitnie tymczasowa i znów się zamgliło, do tego trasa dookoła jeziorka okazała się być bardzo nieprzyjazna. Błoto i bagno, w które człowiek zapadał się po kostki, co kilkadziesiąt metrów trzeba było pokonywać coraz to nowe strumyki, a urozmaiceniem były cieki wodne niewidoczne dla oka ludzkiego, czyli pokryte darnią. Bardzo fajnie się w nie wpadało, mięciutko i niestety mokrutko. Roślinność przypomina tundrową, malutkie, niewysokie krzewinki i połacie jakiś "porostów". Po pokonaniu 1/10 trasy, na drugim brzegu jeziora wypatrzyliśmy Urala, który w nieprawdopodobny sposób pokonywał ogromną, podmokłą górę. Tego nasze cieżarówki na pewno nie potrafią. Ja z FGosią ruszyłyśmy Uralowi naprzeciw, miałyśmy nadzieję dogonić go przy ujściu doliny. Ruszyłyśmy jak szalone, na szczęście Ural ugrzązł w jakimś bagnie, więc udało się nam dojść do drogi nawet przed nimi. Za chwilę dojechała cieżarówka i wysypało się z niej 10 chłopa, Rosjan, w dresach a la Ferdek Kiepski. Byli bardzo mili, zrobili sobie z nami mnóstwo zdjęć. Tym razem to oni traktowali nas jako atrakcję rejonu. Obserwując nas z daleka, podobno byli bardzo zaciekawieni, co to za dwóch osobników "na łyżach" po jeziorze się porusza. Na pożegnanie dali nam trochę sucharów i rybkę. Po tej akcji, którą reszta ekipy obserwowała przez kamerę z drugiego brzegu, prawie wszyscy wróciliśmy do bazy. Tylko Dorota poszła sama gdzieś na jakąs górkę, a Jacek postanowił jednak obejść Kup-Chol dookoła. Ja i obie Gosie, też się zaparłyśmy i postanowiłyśmy zdobyć jakąś, choćby najmniejszą górkę. Upatrzyłyśmy sobie niezbyt wysoki szczycik niedaleko nas. Po raz kolejny, chyba dzisiaj już 6, musiałyśmy pokonać lodowatą rieczkę. Już nawet zaczęłyśmy chodzić z ręcznikami, żeby nie wycieraż nóg w skarpetki (te rosyjskie kąpiele na pewno się kiedyś na naszych stawach zemszczą). Widok ze szczytu wynagrodził nam trudy przepraw. Było przepięknie. Siedząc w dolinie, otoczeni mgłami, nie mieliśmy pojęcia, że wokół są same góry. Patrząc na południe widać zbocza zalesione, natomiast na północ - tylko nagie stoki. Do tego jakieś 100-200 metrów nad nami wisiały deszczowe chmury, więc wszystko robiło jeszcze bardziej niesamowite wrażenie. Zachód słońca odbijał się w jeziorze, które całe spowite było mgłami, światło pojawiało się jakby znikąd. Oczywiście Kyzył-Tajga cała znajdowała sie w tumanie. Nazwaliśmy ten szczycik MOM, od pierwszy liter imion zdobywców (zdobywczyń). O 21 zeszłyśmy do chatek, gdzie akurat wróciła Dorota z jakiejś góry, którą nazwała na swoją cześć Dorota-Tajga oraz Jacek, któremu udało się obejść jezioro w 3 godziny, a któremu suszenie jego nowych Karimorów w tej chwili na pewno zajmie więcej niż 3 godziny. Na kolację zjedliśmy zdobyczne suchary, napaliliśmy w kozie na maksa i w tym upale zalegliśmy. 15 lipiec 2003 - wtorek JACEK LEDWO UCHODZI Z ŻYCIEM, W OSTATNIEJ CHWILI UMYKAJˇC SPRZED PASZCZY PSÓW TUWIŃSKICH O 7 rano Jacek zrobił pobudkę. Wszyscy (prawie) byli zachwyceni i zaskoczenii tym, że nie dał sygnału do wstawania o godzinę wcześniej, czyli tak jak było wieczorem umówione. Poza Mirkiem. Opinię Mirka na temat tego, że ktoś śmie budzić jego "skromną osobę" w środku nocy, a także tego co zaszło póˇniej, postanowiłam nie przelewać na papier... Fakt faktem, o 8.30, rozpoczęliśmy odwrót spod Kyzył-Tajgi, która nie dość, że nie dała się nam zdobyć, to nawet się nam przez te kilka dni nawet nie ukazała. Wracaliśmy tym razem doliną Małego Gandałyka. Tak naprawdę, do końca nie wiemy, który z Gandałyków był którym. Mapa wskazywała inaczej, inaczej mówili Rosjanie, a wątpliwości dopełniało to, że podobno do góry szliśmy Bolszym Gandałykiem, który wydawał się nam dużo mniejszym od Małego, choć zdecydowanie bardziej rwącym. Biegliśmy na dół jak kozice. Droga była dość szeroka, ale wybitnie "samochodowa". Więc naturalnie co kilkadziesiąt metrów prowadziła wprost przez rzekę. Tak, więc około 20 razy przejść musieliśmy przez Gandałyk wpław, a zabierało nam to mnóstwo czasu. Głównie z tego powodu, że nikomu nie chciało się za każdym razem, zdejmować obuwia, więc wytrwale budowaliśmy sobie z kamyczków ścieżkę. Jak już ją zbudowaliśmy okazywało się, że i tak nie da się po niej rzeczki suchą nogą pokonać, więc w efekcie i tak zdejmowaliśmy buty. Przechodziliśmy potok, ubieraliśmy buty, a w tym czasie, ci którzy szli jako pierwsi informowali już, że była to decyzja nietrafiona i... kolejny raz trzeba potok przekroczyć. I tak, bez przesady, kilkadziesiąt razy, na dystańsie 15 kilometrów. Dolina, jakkolwiek się ona nazywa, jest przepiękna. Tradycyjnie już z północne jej stoki porośnięte tajgą, południowe zaś kompletnie łyse. Ok. 13 usłyszeliśmy szczekanie psów. Okazało się, że doszliśmy do osady tuwińskiej. Kilka jurt, nad którymi powiewała flaga republiki Tuwy. Psy wyglądały wybitnie groˇnie, strach było się do nich zbliżyć, a droga prowadziła akurat przez "ich terygorium". Na szczęście z jurty wyszła gospodyni i je odgoniła, co umożliwiło nam podejście do domostwa i zakupienie mleka i sera. Zapłaciliśmy za nie chyba, jak dla tubylców bardzo wygórowaną cenę (30 rubli), ponieważ natychmiast zapałali do nas sympanią i zaprosili do środka. A może wynikało to bardziej z tego, że przekonali się, że nie jesteśmy Rosjanami, tylko "Amerykańcami"... Jurta tuwińska jest bardzo przypomina ałtajską. Na środku stoi koza, której komin wychodzi na zewnątrz przez dziurę w dachu. Na kozie Tuwińki pieką placki i w jakiś dziwny sposób wyrabiają przepyszny ser. Po bokach jurty stoją łóżka i komody, a na podłodze leżą kolorowe dywaniki. Na ścianie wisiał portret bardzo ładnej Tuwińki, jak się okazało była to nasza gospodyni w latach swej młodości. Generalnie w jurcie jest bardzo kolorowo i przytulnie, a także sucho i ciepło, a my wciąż byliśmy przemarznięci i mokrzy. Zostaliśmy ugoszczeni mlekiem, śmietaną i serem, zrobiliśmy kilka zdjęć, po czym pożegnaliśmy się i poszliśmy dalej. Ponownie "żegnani" przez sfory psów. O 15 wreszcie doszliśmy do drogi Ak-Dowurak - Abaza. Tu już od 2 godzin czekał na nas Jacek, który szedł sam przodem, a któremu nie udało się uniknąć bardziej osobistego kontaktu z domowymi zwięrzętami tuwińskimi - czyli psami. Tak zapamiętale przed nimi uciekał, że naciągnął sobie wiązadło i ledwo chodził, a można wręcz powiedzieć, że prawie utracił tą umięjętność. Nie zwarzając na ostrzeżenia Jacka, że siedzi tu już 2 godziny i nic nie jechało, ustawiliśmy się na drodze celem złapania jakiegoś stopa. Znając Jacka podejrzewaliśmy bowiem, że godzinę i 55 minut z tych 2 godzin - przespał... Ale o 15.30 - jeszcze nie przejechało żadne auto! Zabraliśmy się do rozpalania ogniska. 15.50 - przejechało 1. auto, ale wybitnie zapchane. 16.05 - przejechała łada z przyczepką. I... zatrzymała się. Siedziało w niej dwu Tuwińców: ojciec i syn. Jechali do Abakanu, co dla nas było wyjątkową okazją. Zabraliśmy się: ja, FGosia i Mirek. Reszta została. Akurat przyrządzali sobie kafkę z mlekiem tuwińskim, przykro było ich opuszczać... Droga do Abazy wiedzie przez przełęcz Sajańską (2200 mnpm). Łada męczyła się niesamowicie pokonując kolejne metry wzniesień, a nam z każdym kilometrem odsłaniały się coraz piękniejsze widoki. Podjeżdżaliśmy bardzo wysoko, przełęcz Sajańska to jedna z wyższych przełęczy w Sajanach. Dookoła widać było same niezalesione, żółte szczyty. Tradycyjnie wszystko w deszczowych, ale na szczęście niezbyt gęstych, chmurach. Droga z asfaltowej zrobiła się żwirowa. Co jakiś czas bardzo się zwężała, widać, że w zimie część szosy osunęła się wraz ze schodzącymi lawinami. Na szczęście ruch był niewielki... Zjeżdżając z przełęczy w stronę Abazy, krajobraz zmienił się diametralnie. Im niżej, tym więcej było zieleni na bardzo stromych zboczach. Droga, w niektórych swych fragmentach wykuta jest w skale. Momentami piaszczysta, a cały czas bardzo kręta. Ciekawa jest nazwa rzeki, której doliną jechaliśmy, nazywa się ona Bolszoj On, niżej łączy się z Małym Onem, aby już razem wpaść do rzeki o nazwie Ona. Drogę Ak-Dowurak - Abaza wybudowano stosunkowo niedawno, aby połączyć Abazę z Ak-Dowurakiem i dalej z Mongolią. W latach 80-tych przejeżdżały nią tysiące ciężarówek wiozących azbest do Abazy, skąd już koleją transportowaną go wgłąb Rosji. Dopóki nie było tej trasy azbest transportowano przez Kyzył, nadrabiając w ten sposób dobrych kilkaset kilometrów. I zanieczyszczając przy okazji teren prawie całej republiki. O 20 przybyliśmy do Abazy, trochę przeliczyliśmy się z czasem, myśleliśmy że będziemy tutaj dużo wcześniej, w końcu to tylko 100km, a jechaliśmy je 3 godziny. Zauważyliśmy za to, że Tuwińcy to, przynajmniej na jezdni, bardzo ostrożny naród. Jechaliśmy 30km/h po trasie, którą przejeżdżają 2 auto na godzinę - szybkość bardzo porównywalna do rowerowej. Abaza to bardzo ładnie położone wśród gór miasteczko, nad rzeką Abakan. Samym położeniem trochę przypomina Krościenko (choć być może, to tylko moje subietywne wrażenie). Od naszego kurortu różni go jednak to, że u podnóży gór znajduje się blokowisko, a w jego tle hałdy, hałdy i hałdy. Wydobywano w nim i nadal wydobywa się rudy żelaza i molibdemu. Kopalnią jest jedna z otaczających miasto gór, a góra to jedna wielka odkrywka rudy żelaza. W momencie, gdy całą górę wywiezie się i przerobi na stal zainteresowanie górników przeniesie się na kolejną górę. Po 23, po 7 godzinach męczącej jazdy, siedzieliśmy bowiem w tyle w trójkę z plecakami, wreszcie dojechaliśmy do Abakanu. Poczuliśmy się prawie jak w domu. Nie zwarzając na póˇną porę, zadzwoniliśmy do pani Ludmiły Kocietowej, która przy pierwszym naszym pobycie w Abakanie, obiecała nam dać klucz do kaplicy. Niestety w jej mieszkaniu nikt nie odbierał telefonu. Udaliśmy się, więc osobiście pod kaplicę, licząc nie wiem na co? Chyba na cud. Kaplica była oczywiście zamknięta. Wróciliśmy więc na dworzec. ......... Chakasja i abakańska Polonia [Tuwa i Chakasja 2003] ... 16 lipiec 2003 - środa PONOWNIE NAWIEDZAMY BALNICE Wróciliśmy na dworzec kolejowy i tutaj spotkaliśmy Wojtka i OGosię, którzy przyjechali w drugiej turze. Ja z OGosią pędem rzuciłyśmy się w stronę sklepów. Na szczęście, mimo iż zbliżała się 1 w nocy, były otwarte. Nakupiłyśmy tonę piecieni, lizaków i 10 hektolitrów soków. Reszta grupy udała się na poszukiwanie jakiejś gastinicy. Znaleˇli, ale bardzo drogą, a tu noc i tak pomału już dobiegała końca... A więc udaliśmy się do poczekalni dworcowej, gdzie jak już wcześniej zauważyliśmy, wszyscy "bezdomni" spali pokotem. Wyjęliśmy również karimaty, wygodnie porozkładaliśmy się pod ławkami (jako, że wprawę w spędzaniu nocy na dworcach już mamy) i ustaliliśmy dyżury. O 4.40 zostałam obudzona przez Gosię na moją wachtę. Jacka i Doroty wciąż nie było, za to na mojej karimacie rozłożył się bardzo miły kotek... Po godzinie obudziłam Wojtka i znów poszłam spać (z kotkiem). Trzeba stwierdzić, że mimo mało komfortowego otoczenia spało mi się bardzo dobrze. O 8 Wojtek zadzwonił do pani Ludmiły, która tym razem odebrała telefon i zaprosiła do swojego mieszkania. Ja z Wojtkiem zostaliśmy wytypowani do odbycia tej wycieczki. Odnaleˇliśmy blok i klatkę, weszliśmy i poczuliśmy się jak w Rosji. Korytarz totalnie odrapany, brudny i porysowany, na szczęście państwo Kocietowowie mieszkali na parterze, więc odpadła nam bardzo wątpliwa przyjemność podróży windą. Jak potem się przekonaliśmy, w mieszkania pani Ludmiły było bardzo miło i przyjemnie. Tym razem jednak tylko wzięliśmy od niej klucz do kaplicy i wróciliśmy do wciąż zatopionej w śnie reszty grupy. Poskładaliśmy pakunki i udaliśmy się do kaplicy. Jakże miło się poczuliśmy... Od razu rzuciliśmy się do kuchni celem przyrządzenia sobie ciału. A tu czajnik nie rabotajet! Już-już mieliśmy go naprawiać, gdy okazało się, że na szczęście Wojtek przyczytał każdą kartkę wywieszoną na drzwiach do wszystkich klatek w okolicy i dzisiaj w Abakanie przewidziany jest 20-sty stopień zasilania! Wypiliśmy, więc wodę. Abakan to 160-tysięczne miasto w Rosji, u ujścia rzeki Abakan do Jeniseju. Stolica republiki Chakasji. Miasto zostało założone w 70-tych latach XVIII w. jako wieś Ust-Abakanskoje. Prawa miejskie uzyskało w 1931 roku i od tego czasu nazywa się Abakan. Jest tutaj port rzeczny i lotniczy. Wyższa szkoła pedagogiczna oraz instytut naukowo-badawczy historii, języka i literatury. W Abakanie działa jeden z bardziej znanych na świecie Teatrów Lalek - "Skazka", założony w 1979 roku. Więcej o samym Abakanie poczytać można na stronie www.aczynsk.prv.pl O 11 przyjechali Jacek z Dorotą. Okazało się, że dojechali cysterną do Abazy, a tam przenocowali w gastinicy. Jacek okulał już zupełnie. Potem nastąpiły zajęcia w podgrupach: ja i Wojtek pojechaliśmy do aeroportu z pytaniem, czy nie moglibyśmy wymienić sobie biletów na inny dzień - okazało się, że nie moglibyśmy. Mirek poszedł kupować bilety do Ergaki, dla tych, którzy byli chętni jeszcze tam się udać. Jacek i Dorota udali się zaś na poszukiwania kolejnej balnicy, tym razem szukali tej, w której pracuje pani Ludmiła, aby Jackowi zreperować nogę, która nie rapotajet. Po naszym powrocie z lotniska zastaliśmy w kaplicy panią Galinę z 10-letnim Saszą. Przyjechali tutaj z Irkucka. Mają w dieriewni Wastoczne, oddalonej od Abakanu o 50km. rodzinę, ale ponieważ autobus jeˇdzi tam dwa razy w tygodniu, więc przyszli do kościoła. Adres do kaplicy mieli z parafii w Irkucku. Pani Galina jest prawnuczką jednego z przywódców powstańców styczniowych zesłanych w okolice Abakanu. Niestety nie za wiele potrafiła powiedzieć na temat swoich korzeni. Za to sporo dowiedzieliśmy się od niej na temat warunków życia trochę mniej majętnych warstw społeczeństwa rosyjskiego. Pani Galina pracuje w Irkucku jako sprzątaczka zarabiając 1000 rubli, a mieszkanie (czyli pokój ze wspólną ubikacją na korytarzu) wynajmuje za 600 rubli. Wychodzi, więc na to, że żyją za 400 rubli - 80 złotych miesięcznie! Początkowo w to trudno było nam uwierzyć, ale z czasem zauważyliśmy, że są delikatnie mówiąc wygłodniali. Przez cały czas naszego wspólnego przebywania kupowaliśmy nowe wiktuały, które oni z niezmąconym spokojem i wytrwałością zjadali, aż do samych okruszków. Nieprawdopodobne! Kilo piecieni na stole - za 5 minut nie ma nic, 2 litry kwasu - to samo, pierożki - znikają, maliny i jabłka - też. I to przez trzy dni! Przez cały ten czas rozmawialiśmy z panią Galiną i Saszą, ćwicząc rosyjski. Pani Galina bardzo lubiła opowiadać, zupełnie nie przejmując się tym, że w momencie, gdy zaczyna jakiś trudniejszy temat, my dużej części z tego, co mówi nie rozumieliśmy. Sasza w Irkucku uczy się polskiego, ale chyba się za bardzo w to nie angażuje, bo wiele powiedzieć nie umiał, choć pewnie po kontakcie z nami nabierze większych chęci. Pani Galina chciałaby, aby jej syn w przyszłości wyjechał na studia do Polski. To wśród polonii w Rosji bardzo modny trend. Wyjazd do Polski traktują jako jedyną możliwość wyrwania się z rosyjskiej biedy. Pewnie nie jest wykluczone, że Sasza za kilka lat zacznie studia w Polsce, tym bardziej, że wydawał się być bardzo inteligentny. Po 3 godzinach oczekiwania na powrót Jacka z balnicy, wreszcie się z Dorotą pojawili. Okazało się, że Jacek tak się tymi czynnościami związanymi z jego osobą zestresował, że w kolejce do rentgena zemdlał. Pół balnicy go cuciło, bo innostraciec w szpitalu to już wielka sensacja, ale innostraniec, który oddał ducha w oczekiwaniu na prześwietlenie - to już rewelacja. Wszystkie badania załatwiła mu pani Ludmiła, która tam pracuje, za darmo i nawet bez kolejki. Ciekawy jest system przyjmowania przez lekarzy pacjentów chirurgicznych. Jeśli zajście, które uraz spowodowało zaszło w ciągu ostatnich 3 dni, to człowiek taki musi stać w wielkiej kolejce, albo płacić za wizytę prywatną. Jeśli natomiast uraz jest starszy niż trzy dni, to pacjentowi przysługuje obsługa w pierwszej kolejności. Podejrzewam, że prowadzi to do tego, że wszyscy siedzą w domu z połamanymi nogami lub rękami i czekają te 3 dni, żeby tylko nie stać na ciemnym, zimnym i zatłoczonym korytarzu kilka godzin, w oczekiwaniu na wizytę. W każdym razie okazało się, że Jackowi nic groˇnego się nie stało, naciągnął tylko wiązadło. Dostał maść do smarowania, która wydzielała taki zapach, że wszyscy musieli się w czasie smarowania ewakuować z "pokoju zabiegowego". Po południu każdy indywidualnie oddał się zajęciom, które wydały mu się w tej chwili najbardziej interesujące, czyli: Jacek i Wojtek poszli spać, FGosia i Dorota poszły do muzeum, OGosia i ja na targ, a Mirek wysyłać maila do kafejki internetowej. Targ w Abakanie, podobnie jak inne w rosyjskich miastach, to coś, co u nas przestaje już istnieć. Mnóstwo kolorowych budek, a także osób sprzedających przeróżne rzeczy bezpośrednio z sumek (wielkich toreb w charakterystyczne czerwono-biało-niebieskie pasy). Kupić można wszystko, za niewielką kwotę. Oczywiście jakość produktów jest proporcjonalna do ich ceny. Ja na przykład nabyłam zegarek za całe 20 rubli (3 zł), który przestał mi chodzić dopiero w Polsce! Natomiast za grosze kupić można wszelkiego rodzaju orzeszki, słoneczniki, dynie - babuszki sprzedają je za 5-10 rubli od stakanczika (czyli plastikowego kubka). Dla osób o słabej woli 3 godziny na targu, to około 5 stakanczików, czyli 2 kg nadwagi. Bardzo tanie i smaczne są także piecienie (ciastka), za 20 rubli (2-3 zł) można kupić worek kilowy. Za to nieosiągalne dla przeciętnego Rosjanina (a i dla nas również dość drogie) są owoce, np. jabłka - 80 rubli (10 zł), jeszcze droższe wszelkiego rodzaju wiśnie, czereśnie. Jedynie malinki bardzo tanie i pyszne - toteż zjadłam ich chyba 5 kg. Po powrocie z Rynku zastałam w kościele sypialnię. Z zakrystii dochodził zwarty chrap Wojtka, Jacka i Saszy. Gdy wynudzona siedzeniem w samotności pani Galina mnie dorwała, to mówiła ciągiem 3 godziny - potem miałam nawet sny w języku rosyjskim. Wieczorem irkuczcycy poszli spać do pani Ludmiły, która zaprosiła ich do swojego mieszkania. A my zaczęliśmy robić rozliczenia, albowiem następnego dnia z rana mieliśmy się rozdzielić. Ja i Wojtek w sobotę planowaliśmy odlatywać do Polski, Jacek z powodu awarii nogi miał przez jakiś czas zakaz poruszania się, potem zaś planował pojechać na Sachalin. Reszta grupy wybierała się w góry Ergaki, leżące na granicy Chakacji i Tuwy, w 1/3 drogi między Abakanem a Kyzyłem. Masyw Ergaki znajduje sie w centralnej części Sajanów Zachodnich. Rozciąga się długości 80 km i szerokości 70km. Krajobraz Ergaków jest bardzo "glacjalny" (o ile się wogóle takiego sformuowania używa??). Bardzo dużo w górach tych pięknych jezior, rwących potoków, wodospadów i samotnych skał, żadna z dolin nie jest podobna do siebie. Najwyższe wzniesienie masywu ma 2281 metrów. Drogi na praktycznie wszystkie szczyty są trudne, a niektóre z nich są nawet niedostępne. Nazwa Ergaki wywodzi się z języka starotureckiego i oznacza "palce". Zapewne tubylcom niektóre skały kojarzyły się z palcem, ze względu na to, że są bardzo strzeliste. Zima w tym rejonie jest długa i mroˇna (do -35C), natomiast lato - krótkie i dość chłodne, nawet w lipcu zdarzają się przymrozki. Częste są burze i gradobicia (czego doświadczyła ta część naszej grupy, która się w Ergaki wybrała). Ergaki to przede wszystkim "poligon" dla wspinaczy, nie tylko z Abakanu i Chakasji, ale także z oddalonego o kilkaset kilometrów Krasnojarska. Ponieważ do rozliczeń zabrał się Mirek, więc pojawiły się kłopoty z wyzerowaniem konta, braki w kasie, oskarżenia o kradzież, żądania zwrotu pieniędzy itp. Na przyszłość radzę każdemu, kto ma ochotę zabrać na długi wyjazd kogoś nowego, trochę go wcześniej przetestować. A gdy już w czasie pierwszego dnia wyjazdu okaże się, że z człowiekiem jest coś nie tak, natychmiast go z grupy, w taki czy inny sposób, relegować. Aby potem w Reisebuchu (czyli dzienniku z podróży) nie pojawiały się zapisy jak w moim: "Ja to w całe te wakacje nie dość, że straciłam 550$, 17 dni urlopu i dobry humor, to jeszcze złudzenia". W każdym razie grupa, która w Ergani nie jechała (ja, Jacek i Wojtek) udała się tłumnie na spoczynek do pokoju księdza. Tym razem na łożu księżowskim zaległ poszkodowany w kontaktach z autochtonicznymi psami - Jacek. Reszta zamknęła się w zakrystii ze świecą i deliberowali dalej. 17 lipiec 2003 - czwartek WRESZCIE MAMY WAKACJE O 8 rano dziewczęta wybierające się w Ergaki (Gosie i Dorota) obudziły mnie, abym zamknęła za nimi drzwi. Okazało się, że wczorajsze ich ustalenia doprowadziły do tego, że (mega) Mirek postanowił w Ergaki udać się oddzielnie. Na szczęście dysponowaliśmy odpowiednią ilością namiotów, kocherów i innych niezbędnych w górach rzeczy, rozłam był więc możliwy... A my zostaliśmy w końcu sami, zapanował błogi spokój... wreszcie wakacje. Ale cisza została wkrótce zakłócona, ponieważ przyszli pani Galina z Saszą. Pani Galina zaczęła "nadawać", a Sasza grać na kościelnych organach. Tak więc przebiegle zostawiłam malczików w tym głośnym kościele samych i udałam się na miasto. Zaliczyłam chakaskie muzeum krajoznawczo-przyrodnicze, parę pomników, kafejkę internetową i oczywiście targ. Chakasja to republika na południu Rosji, w dorzeczu rzeki Jenisej, o powierzchnia 62 tys. km2, ma 581 tys. mieszkańców i znajdują się w niej tylko 5 miast. Zamieszkała jest głównie przez Rosjan, Chakasów, Ukraińców. Na północy i w centrum regionu jest to pagórkowata wyżyna, która przechodzi na południu i zachodzie w wysokie pasma Ałatau Kuˇnieckiego, Gór Abakańskich i Sajanu Zachodniego. Klimat panuje tutaj umiarkowany chłodny, wybitnie kontynentalny. Z historii Chakasji. Na początku XIII w. plemiona zamieszkujące te tereny zostały one podbite przez Mongołów, następnie, po upadku Złotej Ordy, powstały tam półfeudalne księstwa. Od XVII do początku XVIII w. ziemie dzisiejszej Chakasji zostały włączone do Rosji, która po wybudowaniu na Syberii kilku warowni (Tomsk - 1604 rok, Krasnojarsk - 1628 rok) rozpoczęła kolonizację tych terenów. W czasie wojny domowej w Rosji, Chakasja została zajęta w 1918-23 przez białogwardzistów. W 1923 roku utworzono chakaski powiat (ujezd) narodowy, przekształcony w 1930 - w Chakaski Obwód Autonomiczny Rosyjskiej Federacyjnej SRR. 3 lipca 1991 została proklamowana autonomiczna republika Chakasji. W marcu 1992 roku władze Chakasji podpisały, wraz z 18 innymi republikami, nowy układ federacyjny z Rosją. Autochtonicznymi mieszkańcami terenów Chakasji są Chakasi - blisko spokrewnieni z Mongołami, należą do grupy narodów sajańskich, do niedawna nazywano ich Tatarami abakańskimi. Język chakaski wywodzi się z grupy języków tureckich. Zainteresowanych bardziej szczegółowymi informacjami zapraszam na stronę: www.aczynsk.prv.pl Po powrocie do domu-kościoła natrafiłam na dochodzący z kuchni zachęcający zapach kapuśniaczku a la Wojtek T. Chłopcy oczywiście spali, wybudziłam ich z pewnym trudem, po czym zjedliśmy obiad i Jacek z Wojtkiem ruszyli na miasto, natomiast ja zajęłam się wysprzątaniem kościoła, zakrystii i plebani. Przy tej czynności, gdy z odkurzaczem w ręku przedzierałam między rzędami ławek, zastał mnie ojciec Tomasz z Miszą (ministrantem). Na szczęście Misza był pierwszy raz w Abakanie, więc udali się na wycieczkę krajoznawczą po mieście, co pozwoliło mi bezstresowo dokończyć odgruzowywanie przybytku bożego. Póˇniej przyszli pani Galina i Sasza, więc trzeba ich było dokarmić (ze śląskiego: nafutrować) oraz Jacek i Wojtek. Przebraliśmy się w "niedzielne" ciuchy, czyli: Jacek odnalazł w plecaku jeszcze jakąś względnie niepotarganą koszulkę, Wojtek wymienił jednego żółtego T-shirta na innego, też żółtego (oczywiście niewykluczone jest, że tylko nam powiedział, że wymienił, a cały czas chodził w jednym), a ja przywdziałam jaskrawo pomarańczową koszulkę z napisem o bardzo głębokiej treści, w języku rosyjskim: Misza + Olia = serce Zdiest był Wasia Tak! Odstrzeleni byliśmy wybitnie. O 17.30 zaczęli się schodzić parafianie, około 10 osób. Na początku tradycyjnie był różaniec, a potem zostaliśmy oddelegowani do zaprezentowania pani organistce jakiejś kościelnej pieśni po polsku. Ona wprawdzie z nut czytała, ale po polsku mówiła mniej więcej tak jak ja po rosyjsku, czyli prawie nic. Ponieważ, jak już wcześniej pisałam, talentów muzycznych nie posiadamy, więc pewnie nasze nauki śpiewu na niewiele się zdały, ale przynajmniej się staraliśmy. W tym dniu msza była po polsku, więc nie mieliśmy trudności językowych. Po nabożeństwie jeszcze trochę porozmawialiśmy z ojcem i wszyscy, tak parafianie jak i ksiądz, się rozeszli. Ojciec Tomasz i Misza zostali zaproszeni do pani Ludmiły na nocleg, a z nami w kościele tym razem spać mieli pani Galina i Sasza. Póˇniej udałam się na nocny spacer po Abakanie, zrobiło się już chłodniej, więc wędrowało się bardzo przyjemnie. Mogłabym tutaj zamieszkać (ale na maksymalnie rok). Po powrocie do domu zastałam w łazience panią Galinę, jest to o tyle godne odnotowania, że brała prysznic przez równe 1,5 godziny! Także dopiero około północy poszliśmy spać. Gdy w czasie pobytu pani Galiny w łazience, zmywałam gary, zostałam nagle zawołana przez Wojtka, który od dobrej godziny coś robił na podłodze między ławkami. Podeszłam do niego, a on tkwił z błędnym wzrokiem utkwionym w mapę Kazachstanu, prawie że się przestraszyłam! Zaczął snuć opowieści z jakich to lotnisk za rok, będziemy wracać z wyprawy nad jezioro Aralskie i w góry Tien-szan. Co ciekawe jeszcze dzień wcześniej uparcie twierdził i zarzekał się, że już nigdzie nie jedzie, bo kosztuje go to za dużo nerwów (patrz: Mirek), a on potrzebuje spokoju i stabilizacji. Ale cóż widać w jego przypadku czas bardzo szybko leczy rany. 18 lipiec 2003 - piątek JACEK ZAŁATWIA SOBIE PLECY O 9.30 pomału wygrzebałam się z pościeli i wesoło ruszyłam na targ po świeże bułeczki (pomału zaczynaliśmy się tutaj czuć jak u siebie w domu). Zjedliśmy śniadanko, wypiliśmy kafke i znów zrobiło się południe... Ja osobiście postanowiłam się wziąć w garść i gdzieś się ruszyć z tego mieszkania-kościoła. Pożegnałam panią Galinę i Saszę, którzy dzisiaj wreszcie mieli udać się do rodzinnej dieriewni - Wastocznego. Planowaliśmy nawet z nimi tam się wybrać, aby zwiedzić rosyjską wieś, ale ponieważ autobus powrotny był za 3 dni, więc zrezygnowaliśmy. Za cel dzisiejszej wycieczki wybrałam sobie Minusińsk, miasteczko położone kilkanaście kilometrów od Abakanu. Tak, autobusy jak i marszrutki (czyli busiki) jeżdża tam co kilkanaście minut. Ja wybrałam publiczny środek transportu i dojechałam tam autobusem za 10 rubli. Oczywiście, ponieważ Minusińsk był dla mnie miejscowością kompletnie nieznaną i pojęcia nia miałam gdzie wysiąść, więc dojechałam do końca. Kupiłam stakanczik orzeszków i stwierdziłam, że muszę czymś do tego centrum podjechać, bo jednak ta zajezdnia autobusowa, to zdecydowanie została ulokowana na przedmieściach. Choć tak budowla dworcowa, jak i atmosfera w niej panująca same w sobie ciekawe, to wolałabym po zmroku tego obiektu sama nie zwiedzać. Minusińsk to miasto leżące w kotlinie Milusińskiej, nad Jenisejem, zamieszkałe przez około 75 tysięcy mieszkańców. Powstało w 1822 roku. Znajduje się w nim dość znane muzeum im. Martianowicza założone już w 1877 roku. Na tutejszym cmentarzu znajduje się kilkanaście polskich grobów, ślad po deportacjach w tutejsze tereny Polaków, już od czasów Aleksandra I. W centrum, do którego wreszcie udało mi się trafić, zwiedziłam bardzo ładną, niewielką cerkiewkę, o mało charakterystyczym "spłaszczonym" kształcie. Niestety akurat była w remoncie, ale na szczęście udało mi się do niej wejść. Następnie postanowiłam poszukać cmentarza, który jest podobno zabytkowy i dużo na nim polskich nagrobków. Naturalnie go nie znalazłam, bo nie chciało mi się nikogo o niego pytać (mimo, co z dumą stwierdzić muszę: wiem jak jest cmentarz po rosyjsku). Udało mi się za to trafić do muzeum im. Martianowicza. Wstęp kosztował dla innostrańców 30 rubelków, ale za to muzeum jest ogromne!!! Kilkadziesiąt sal, w tym kilka ekspozycji w języku polskim i o Polsce, a także o Chakasach, ich tradycji i kulturze, o zesłańcach i mnóstwo innych. Możnaby po nim chodzić i dwa dni, ale mój "czas dobiegał końca", więc po 2 godzinach opuściłam muzeum wpisując się do księgi gości po rosyjsku (wielki to postęp w stosunku do tego, co było dwa lata temu, gdy po rosyjsku umiałam tylko "dwa" i "da"). Na zakończenie wycieczki postanowiłam jeszcze udać się na tutejszy targ, ruszyłam nogami - bo chodzić lubię. Nabiłam chyba 7 kilometrów, albowiem okazało się, że Minusińsk to bynajmniej nie mała mieścina. Po drodze trafiłam na starszą dzielnicę miasta, z ładnymi drewnianymi domkami, z których każdy miał piękne okiennice. A na targu jak na targu, kupiłam stakanczik orzeszków i dwa stakancziki malinek. No, a potem musiałam jeszcze wrócić do Abakanu. Ulica wielka, przystanki cztery, a do tego z mnóstwa przejeżdżających busów i autobusów żaden się na nich nie zatrzymywał. Poczułam się z lekka skonfudowana. I chcąc, nie chcąc musiałam przemóc moją nieśmiałość i niechęć do porozumiewania się w języku, którego nie znam i zasięgnąć informacji u ludności tubylczej. Tutejsza ludność tubylcza jako, że z innostrańcami ma mało do czynienia, jest jeszcze do nich dość przyjaˇnie nastawiona, takoż udało mi się wreszcie zlokalizować przystanek z odchodzącymi marszrutkami do Abakanu. Po 17 wreszcie przybyłam do kościoła! Okazało się, że w czasie mojej nieobecności Jackowi nie udało się nawet wyjść z kościoła. Ledwo co wyszedł ze śpiwora i dodać należy, że bynajmniej nie była to niemoc fizyczna, tylko czyste lenistwo. Wojtek natomiast, który miał na dzień dzisiejszy bardzo ambitne cele, zabuksował na targu i też nigdzie więcej nie był. Przed 18 tradycyjnie zaczęli się schodzić parafianie, dzisiaj tak różaniec jak i msza z kazaniem miały być po rosyjsku. Po 50 "zdrowaśkach" w języku Dostajewskiego (jak to się mówi, żeby nie powtarzać dwa razy tego samego słowa), mogłabym je powtarzać jak tabliczke mnożenia. Co ciekawe po powrocie do Polski, gdy gdzieś pierwszy raz usłyszałam Zdrowaś Mario, zaczęłam jej drugą część dokańczać po rosyjsku. Po mszy zostaliśmy zaproszeni przez panią Ludmiłę do jej mieszkania na pożegnalną kolację. Znów przyoblekliśmy się w "niedzielne" kreacje i pojechaliśmy do państwa Kocietowów. Tutaj na nas już czekano Była pani Ludmiła, jej mąż - również mający polskie korzenie, oraz ojciec Tomasz i Misza. Pani Ludmiła przygotowała tyle przysmaków, że omało nie skończyło się to, jak rok temu w Kosz-Agaczu (tutaj możesz poczytać o tym niezapomnianym przeżyciu). Jacek napalił się na przyjazd do Abakanu jako nauczyciel polskiego, rozmawiali z mężem pani Ludmiły na ten temat praktycznie przez cały wieczór. Jacek postanowił jutro iść do szefa Polonii, aby załatwił mu tą pracę. Oczywiście na postanowieniu się skończyło... Bardzo miło spędziliśmy czas, dopiero po 1 ojciec Tomasz odwiózł nas do mieszkania. Strasznie przykro nam było, że już jutro musimy to miasto opuszczać. Nawet Wojtek nie wyglądał na szczęśliwego z tego powodu, mimo że wcześniej twierdził, że wolałby już w Katowicach spędzać wakacje niż w Abakanie. 19 lipiec 2003 - sobota POZOSTAWIAMY JACKA SAMEGO NA PASTWĘ DZIKICH ROSJAN Rano przyrządziliśmy sobie tradycyjnie śniadanko złożone ze świeżych bułeczek (oj, w Krakowie to ja się tak dobrze nie odżywiam...). Zaczęliśmy się z Wojtkiem pakować, oczywiście ładując sobie do plecaków wszystko to, co Jackowi miało już być nie potrzebne. Na szczeście w tym roku FGosia postanowiła sama odtransportować do Polski swoje suweniry, dzięki czemu plecak Wojtka był lżejszy o 10 kg. W drodze na lotnisko zwiedziliśmy jeszcze nowowybudowaną, ładną cerkiew. Zupełnie przypadkiem spotkaliśmy w niej jeszcze raz ojca Tomasza i Miszę, ojciec był akurat strofowany przez jakiegoś "ministranta" za to, że robił zdjęcia. Natomiast Jacek zupełnie beztrosko nakręcił kawałek nabożeństwa. Przed 12 przybyliśmy na lotnisko, tym razem nasze plecaki ważyły tylko po 14kg. Samolot leciał z Władywostoku, więc pełno w nim jest Chińczyków, w zasadzie 90% pasażerów stanowili obywatele tej nacji (dość przystojni - nie powiem, tyle że trudno było z nimi znaleˇć wspólny język). Do samolotu, miast jak na cywilizowanym lotnisku autobusem, doszliśmy nogami. Do tego wpuszczali na pokład według jakiegoś dziwnego klucza, pierwsze niebieskie bilety, potem białe. My z Wojtkiem mieliśmy białe, ale były przyporządkowane do miejsc, więc nie obawialiśmy się o to, że będziemy stać. Po wejściu do samolotu okazało się, że numeracja sobie, a każdy siada gdzie chce. Siedliśmy sobie z przodu, mając na uwadze, to, że żarełko będzie dostarczone szybciej, a mi już w brzuchu burczało. Jacek kręcił nas zawzięcie z okiem dworca. Zostawał sam, wczoraj kupił sobie bilet do Tajszetu, a potem... się zobaczy może na Sachalin. Dodam, że Jacek na Sachalin dojechał, zwiedził po drodze kilka miast, m. in. Brack (i oczywiście hydroelektrownię na Angarze), Siewierobajkalsk, Tyndę, Komsomolsk nad Amurem, Chabarowsk, Władywostok i Nachotkę oraz cały Sachalin na czele z Jużno-Sachalińskiem. Ale o tym, co tam przeżył ja już opisywać nie będę! Wylecieliśmy o 13.40 i trasę Abakan-Moskwa długości 3514 km. mieliśmy pokonać w 3 godziny i 40 minut. Udało się nam szybciej. Standard w samolocie stosunkowo wysoki, cukierki i picie w dowolnych ilościach gratis, gazetki i zabawki dla dzieci też. Oczywiście miało to swoje odbicie w cenie, bilet kosztował nas po 5900 rubli (ok. 800 zł). Niestety w czasie lotu okazało się, że tym razem żarełko szło z tyłu i znów musieliśmy czekać... O 14 czasu moskiewskiego wylądowaliśmy na lotnisku Domodiedowo. Marszrutką dojechaliśmy do metra, a potem na Dworzec Jarosławski, gdzie zostawiliśmy nasze wieści i udaliśmy się na miasto realizować nasze plany zwiedzalnicze. Moim priorytetem był oczywiście nieodżałowanej pamięci towarzysz Lenin. Niestety za każdym razem, gdy jestem w Moskwie, coś staje mi na przeszkodzie, aby miejsce jego wiecznego pochówku nawiedzić. I tym razem nie było inaczej. Cały Plac Czerwony był zamknięty. Oczywiście dowiedzieć się z jakiego powodu, było kompletnie niewykonalne. Tak więc zadowoliłam się obserwacją zmiany warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Chciałam poczekać na kolejną zmianę, ale Wojtek jakoś nie podziela mojej fascynacji bocianim krokiem i zaciągnął mnie w stronę cerkwi Chrystusa Zbawiciela. Nigdy tam poprzednio nie byłam. Robi wrażenie, wielka, ogromna i piękna, tyle że... raczej ciekawa jako obiekt turystyczny, a nie miejsce modlitwy. Przy wejściu fotokomórki, wszędzie pełno ochraniarzy i milicjantów, a przed ikonostasem odbywa się normalne nabożeństwo, któremu wszyscy turyści, przeważnie innostrańcy, namiętnie się przyglądają. Nasunęło mi się pytanie, czy żeby prowadzić takie nabożeństwo trzeba skończyć teologię, czy może szkołę aktorską? Wśród piętrzącego się tłumu, tylko bardzo nieliczne jednostki przyszły tutaj celem zaspokojenia potrzeb religijnych, a nie estetycznych. Ale pewnie to i tak lepsze niż basen... Po zwiedzeniu cerkwii moje pragnienia zwiedzalnicze zostały zaspokojone, teraz przystąpiliśmy do realizacji planu Wojtka. On sobie wymarzył wyjazd na wieżę Ostankino oraz zakup map na Kuˇnieckim Moście. Z Kuˇnieckim Mostem problemów nie było, ponieważ ja już tam byłam, natomiast do Ostankina jechaliśmy i jechaliśmy, a potem jeszcze szliśmy i szliśmy, a jak już doszliśmy, to przeczytaliśmy kartę, że wieża jest nieczynna. Teraz wreszcie, nie mając już nic do zwiedzenia, mogliśmy zacząć wczuwać się w klimat Moskwy. O 20 doszliśmy pod pomnik kosmonautów i zalegliśmy pokotem pod nim. Pomnik jest fajny, strasznie wysoki i strzelisty. To taka jakby cieniutka, pochylona wieża, ale niesamowicie wysoka. Rozpoczęło się dekadentystyczne oczekiwanie na odjazd ostatniego pociągu z wakacji, nastrój wzmacniała różnica czasu, dla naszych organizmów było już dobrze po północy. Wreszcie o 22.57 nastąpił odjazd naszego pociągu do Brześcia. Na koniec pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu i kupiliśmy sobie pościel, natomiast darowaliśmy sobie na dzisiaj uciechy kulinarne i higienę osobistą. Chyba nie doczekalibyśmy, ani na wyjazd poza zonę, ani tym bardziej na osiągnięcie przez kipiatok temperatury uznawanej powszechnie za wymaganą do sporządzenia napoju zwanego herbatą. Posnęliśmy pokotem, o pustych żołądkach, ale za to pełnych pęcherzach. Ostatnia noc na wschodzie. 20 lipiec 2003 - niedziela 6 GODZIN W OCZEKIWANIU NA SPOTKANIE Z DŁUBIˇCYMI W NOSIE CELNIKAMI Gdy przewracając się z boku na bok stwierdziłam, że nie wykrzesam z mego organizmu już ani minutki snu, i spojrzałam na zegarek, była dopiero 7.30 - przeraziłam się: nigdy nie budzę się dobrowolnie o tej godzinie! Ale po zaangażowaniu szarych komórek w proces myślowy wydedukowałam, że w Abakanie już po 13 - i to mnie trochę uspokoiło. Wojtek w najlepsze natomiast spał sobie dzierżąc w dłoni bumagę. Ciekawe, czy usnął w kolejce do ubikacji...? Rosyjska bumaga ma w przybliżeniu tyle metrów, co 8 rolek naszych papierów toaletowych. Zawsze się zastanawiałam jak można coś tak delikatnego zwinąć tak mocno. Bumaga może pełnić, oprócz funkcji, dla której została stworzona, także funkcję obronną - cios czymś tak twardym, to wstrząs mózgu gwarantowany. O 13 przybiliśmy do brzeskiego portu. Niestety pociąg do Terespola był dopiero o 16.50, postanowiliśmy, więc skorzystać z oferty pewnego pana, który za 3$ podwiózł nas do samochodowego przejścia granicznego. I to był nasz błąd, ale cóż - przeraziliśmy się czterogodzinnego oczekiwania w Brześciu. W zamian za to zafundowaliśmy sobie sześciogodzinne oczekiwanie na samochodowym przejściu granicznym, w upale i bezruchu. Na razie jednak pełni werwy zaczęliśmy wypytywać stojących w kolejce kierowców, o to czy nie przewieˇliby nas przez granicę. Dość szybko zgodziła się nas przetransportować pewna pani, która przemycała benzynę do Polski. Okazało się, że jeszcze musieliśmy zakupić coś, co nazywa się "taksa klimatyzacyjna" i kosztuje 3$. Następnie zaś wygodnie usadowiliśmy się w samochodzie licząc na to, że niezbyt długa kolejka samochodów posuwać będzie się dość sprawnie. Nadzieje nasze bardzo szybko rozwiała "nasza pani", która przekraczała tą granicę kilka razy w tygodniu. Uświadomieni zostaliśmy przez nią, że proces przekraczania granicy może potrwać parę godzin. Teraz akurat była przerwa na obiad, która może trwać nawet do... 2 godzin. Tym niemniej było to niesamowite przeżycie! Przed nami stało 20 samochodów, zaś po terminalu kręciło się około 50 celników i milicjantów, którzy z niezmąconym spokojem wypuszczali jedno auto na pół godziny. Wszyscy pogasili silniki i, tylko w razie potrzeby, popychali swoje pojazdy. Pani zostawiła nam kluczyki i kazała dbać o kolejkę. Sama udała się zaś na pogawędkę ze znajomymi. Czas sączył się baaaardzo powoli, zaczynaliśmy z Wojtkiem żałować, że daliśmy się nabrać na przekroczenie tej granicy samochodem. Upał zrobił się niesamowity, a my w tym ciasnym samochodzie, duszno, gorąco, a do tego my tradycyjnie bez żadnego prowiantu. Zostały nam wprawdzie zupki chińskie, ale w tych warunkach trudno byłoby je do spożycia przygotować. Jednym słowem nuda, czekanie na Godota. Co pewien czas, któryś z kierowców oferował 1$ za przepuszczenie go o kilka aut do przodu. Oczywiście nikogo taki biznes nie interesował. "Nasza pani" natomiast dla skrócenia sobie czasu oczekiwania rozpoczęła rozmowę-monolog. Wyrzucała z siebie z niesamowitą szybkością potok słów. Potrafiła wypowiedzieć się na każdy dowolny temat, który akurat przyszedł jej do głowy. My za bardzo nie byliśmy w stanie z nią konwersować, tym bardziej, że mieszała rosyjski z białoruskim i ukraińskim, dodając czasem jakieś słowo po polsku. A nawijała przez 3 godziny. Ale trzeba przyznać, że w tym czasie dowiedzieliśmy się sporo na temat sytuacji życiowej przeciętnego mieszkańca Białorusi. Okazuje się, że większość Białorusinów nie zna innego języka prócz rosyjskiego. Po rozpadzie ZSRR do szkół, jako język wykładowy, wprowadzono białoruski, podczas gdy ani kadra pedagogiczna, ani tym bardziej dzieci i młodzież, tym językiem nie władają. Nie czują oni zupełnie potrzeby posiadania własnego, suwerennego kraju. W szkole uczą się zarówno historii Rosji, jak i Białorusi. Być może opinie te, były to tylko subiektywne przemyślenia tejże pani, ale z pewnością jest w tym trochę prawdy. Wreszcie o 18 udało się nam wjechać na jedno z kilku stanowisk na terminalu. Teraz zrozumieliśmy, dlaczego kolejka tak powoli się porusza. Głównym zajęciem celników było bowiem... dłubanie w nosie (i to dosłownie). Siedzieli oni sobie grupkami na osłoniętych od słońca ławeczkach i dłubali w nosie. Za naszym samochodem stanęło sobie kilku umundurowanych obywateli: pięciu zielonych i dwu niebieskich i w najlepsze... obijali się o siebie piersiami. A my na czczo! Zaczęliśmy rozważać, czy nie zacząć zjadać suwenirów: cukierków na ciśnienie, sachara z samolotu, albo niesamowitej kawki 3 w 1. Wreszcie celnicy zaczęli oglądać wnętrze naszego wozu. Oglądać, bo bynajmniej wielkie sprawdzanie to nie było. Najpierw przeanalizował nas zielony, potem niebieski, ale generalnie bez względu na kolor munduru, większość siedziała i paliła. Co bardziej zapobiegliwi i przedsiębiorczy kierowcy biegali od jednego celnika do drugiego, przekonując go, żeby sprawdził akurat jego samochód w pierwszej kolejności. A w Abakanie właśnie wybiła północ. A my wciąż w kolejce. I wciąż na czczo. Nareszcie o 18.50 przekroczyliśmy granicę! Pierwszy raz po wjechaniu na teren Polski, rzeczywiście zauważyłam, że standard życia w naszym kraju jest zdecydowanie wyższy niż na wschodzie. Starsi eleganccy, wysportowani emeryci pedałujący po ścieżkach rowerowych, zamiast sflustrowanych, zniszczonych życiem babć i dziadków przemycających benzynę przez granicę. Pani podwiozła nas do samego dworca, na do widzenia daliśmy jej 2$, co sprawiło jej widoczną radość. Udało się nam zdążyć na pociąg o 18.43 do Warszawy. Natychmiast po zajęciu miejsc w przedziale rozkopaliśmy plecaki i wydłubaliśmy z nich jakieś stare konserwy i czerstwy chleb. Rzuciliśmy się na to jak sępy. W Warszawie ja na szczęście już o 23 miałam pociąg do Krakowa, Wojtka czekało jeszcze półtoragodzinne oczekiwanie na transport do Katowic. W pociągu, mimo że postanowiłam pilnować bagażu, usnęłam natychmiast. Obudziło mnie pytanie jakiegoś człowieka: "To Kraków?" Ha! I to był Kraków! Właśnie wjeżdżaliśmy na Dworzec Główny. A ja bez butów, rzeczy z rozpakowanego plecaka walają się po całym przedziale, na wszystkich półkach mój dobytek... Złapałam to wszystko w objęcia i wyskoczyłam z wagonu. Była 4 w nocy. Za 5 godzin rozpoczynałam pracę... Oj! Nie było to elastyczne przejście od urlopu do pracy ukropu.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.olga.prv.pl
|