Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Ałtaj 2002
 ......... 7 pierwszy dni... czyli "długa droga na Ałtaj" [Ałtaj 2002] ...

W tym roku, po długich dysputach i kilkakrotnych zmianach planów (od "Urala po raz kolejny" poprzez daleki Sahalin, a na "dzikim" Norylsku skończywszy) zdecydowaliśmy się nagle, tydzień przed wyjazdem, na Ałtaj.
27.06.2002

Pierwszy etap, to jak zwykle - podróż pociągiem. W tą stronę jeszcze nie jest ona ani nudna ani męcząca, tymniemniej zdecydowaliśmy się na podróżowanie w wagonach kupiejnych (może są one droższe, ale komfort o wiele większy, a kontakty z tubylcami już nie są dla nas taką atrakcją). W pociągu Brześć - Moskwa po raz pierwszy w czasie naszych wypraw spotkaliśmy się z niemiłym prowadnikiem. Powitał nas słowami "Głodny prowadnik - zły prowadnik", a skończyło się na zimnym kipiatoku. Na szczeście do Moskwy nie jest tak daleko...

28.06.2002

W Moskwie, nauczeni doświadczeniem lat minionych, szukaniem w panice kantorów, wymienianiem dolarów u jakiś podejrzanych typów, wymieniliśmy praktycznie całą gotówkę (co okazało się być bardzo dobrym pomysłem). Walizki nasze zostawiliśmy, jak zwykle, w kościele na Małej Guzińskiej i udaliśmy się na dworzec Jarosławski. Tutaj po półgodzinnym staniu w kolejce do informacji dowiedzieliśmy się, że najbliższe bilety do Nowosybirska są dopiero na pociąg dnia następnego... Na szczęście i tutaj doświadczenie nam pomogło, ponieważ wszyscy pozostali okupywaliśmy kolejki do kas. Tu stało się wprawdzie dłużej, ale i efekty jakby były lepsze. Okazało się mianowicie, że bilety się znalazły i do tego w dwu kupe w kupie.

Specjalny wagon
Jak się potem dowiedzieliśmy w każdym pociagu jest wytypowany jeden specjalny wagon, w którym jedzie kierownik pociągu, a w którym bilety są zarezerwowane dla jakiś specjalnych osobistości. Podejrzewam, że my nimi nie byliśmy, tymniemniej od dobrej woli kasjerki zależy, w którym momencie zadecyduje, że "osobistość" się już nie pojawi i bilety można sprzedać pospólstwu. Tym razem było to niecałe dwie godziny przed odjazem pociągu.

29.06.2002 i 30.06.2002

Po dwu i pól dobach jazdy zjawiliśmy się, niestety o północy, w Nowosybirsku. Oko nam zbielało!! Takiego dworca się nie spodziewaliśmy. Czysty, świeży, duży, jasny, kilka poczekalni, gostnica (choć szanse na nocleg w niej są niewielkie), nawet internet cafe (chociaż akurat ten przybytek był "zakryty na zimu"). Do tego w poczekalni znajdowała się wystawa fotograficzna z najpiększniejszych zakątków Rosji. Oglądanie jej umilało czas "dyżurujących", ponieważ musieliśmy spędzić na dworcu noc, więc tradycyjnie rozstawiliśmy dwuosobowe wahty.

01.07.2002

Nowosybirsk, to nowe miasto, powstalo w 18.. roku. Jest to trzecie co do wielkości miasto w Rosji, ma 1,8 mln mieszkańców.
Dworzec w Nowosybirsku wybudowany został przez Chińczyków, z daleka dostrzec można, że jest on w kształcie lokomotywy pędzącej w stronę Moskwy.

Generalnie w Nowosybirsku nie ma nic ciekawego ("Workuta przy tym to raj"). Jeden stojący Lenin w otoczeniu kilku żołnierzy, których karabiny wymierzone są w odnowiona, chyba niedawno, małą cerkiewkę stojącą na środku głównej ulicy miasta. Niemniej jednak można w tutejszych księgarniach zaopatrzyć się w mapy, trzeba być tylko dociekliwym. Tutejsze panie ekspedientki nie bardzo znają geografię swojego kraju i niektóre nazwy im nic nie mówią, także trudno ich posądzać nawet o złą wole. O widokówkach natomiast trzeba zapomnieć. O MacDonaldach też.
Tak więc po zaopatrzeniu się w nieprzebrane ilości map, byliśmy bardzo zadowoleni, gdy po 22 godzinnym oczekiwaniu wsiedliśmy do pociągu do Bijska. Jeszcze tylko zdarzyła się nam ciekawa przygoda. Bowiem przez cały czas pobytu w Nowosybisku nasze tobołki pozostawiliśmy w "kamerze chronienia". Przed odjazdem pociągu przyszliśmy je odebrać i okazało się, że jest to niemożliwe, ponieważ w jednej z sumek jest... bomba. Pirotechnicy w odmianie rosyjskiej zgromadzili się wokół kuferka i coś radzili. Oczywiście okazało się, że to nie była bomba i odzyskaliśmy nasze bagaże.

02.07.2002

Bijsk to 250-tysięczne miasto (w Rosji nazywa się to miasteczkiem). Wiadomo, że w początkach XVIII wieku wybuduwano tutaj gród, który miał strzec Rosję przed najazdami Mongołów i Chńczyków. Przez miasto przepływa Bija, która parę kilometrów za miastem łączy się z Katuniem, dając początek Obowi. Tutaj w 1939 roku był zesłany, wraz z rodzina, Wojciech Jaruzelski. I tutaj też na cmentarzu spoczywa jego ojciec, który zmarł w 1943 roku. W 1940 roku zesłano tutaj kilka tysięcy Polaków, Litwinów i Białorusinów. Jest to końcowa stacja jednej z odnóg kolei transyberyjskiej.
Podobno bezrobocie sięga tutaj 40%. Dawniej rozwijał się tutaj przemysł zbrojeniowy, teraz trudno im się przekształcić na coś mniej strategicznego.
W Bijsku ma swój początek jedna z bardziej znanych dróg w Rosji - M52 - znana jako Trakt Czujski. Porównywana ona jest często, ze względu na urok, z Route 66. Stąd to granicy z Mongolią (przejście tylko dla mieszkańców Rosji i Mongolii) jest ponad 600 km. Dwa razy Traktem Czujskim przejeżdżał rajd Paryż - Dakar. Tylko około 1% mieszkańców Bijska pojawia się od czasu do czasu w cerkwi, do kościóła katolickiego chodzi około 50 osób, jest to nowa parafia powstała w 1997 roku, prowadzona przez księdza Andrzeja Obuchowskiego.

W Bijsku spędziliśmy czas w katolickiej parafii prowadzonej właśnie przez księdza Andrzeja Obuchowskiego. W parafii oprócz niego są tutaj jeszcze katechetka Ania oraz siostra Clair z RPA, która jest tutaj dopiero 3 miesiące i jak mówi do wszystkiego można się w Rosji przyzwyczaić, ale nie do "russian toilets". (o parafii w Bijsku przeczytać można więcej na stronie księdza Andrzeja www.bijsk.prv.pl)

 ......... 3411 m. n.p.m., czyli warto było jechać - góry Ałtaj [Ałtaj 2002] ...

03.07.2002

Wreszcie, po siedmiu dniach, wsiedliśmy do busa, którym mieliśmy pokonać prawie cały Trakt Czujski, aż do Kosz-Agacza. Niestety nie udało nam się załatwić jakiegoś busa nie z "mafii". Mafia - w Rosji oznacza praktycznie wszystko co jest zorganizowane w pewien monopol. W tym przypadku, było to po prostu kilku busiarzy, którzy nie pozwalali turystom na "rejsy" tańsze niż 4.800 rubli.

Ałtaj - to potężny łańcuch górski w Azji Środkowej, na terytorium Rosji (w Kraju Ałtajskim i Republice Ałtaj), Kazachstanu, Mongolii i Chin. Rozciąga się na przestrzeni ok. 2000 km. Obszar Ałtaju jest bardzo słabo zaludniony.
Dzieli się on na:
- część północno-zachodzi - czyli najwyższy Ałtaj właściwy (w Rosji i Kazachstanie)
- część centralna - Ałtaj Mongolski
- część południowo-wschodnia - Ałtaj Gobijski.
Górotwór ten był kilkakrotnie fałdowany, ostatecznie wypiętrzony w orogenezie alpejskiej. Składa się z szeregu pasm i grup górskich (najwyższe z nich to Góry Katuńskie i Czujskie). Najwyższym szczytem jest Biełucha 4506 m n.p.m. Poszczególne pasma oddzielone są od siebie głębokimi dolinami i kotlinami, zwanymi stepami (Czujski, Kurajski). Najwyższe partie Ałtaju cechują się wysokogórską rzeˇbą alpejską. Klimat jest tutaj umiarkowany chłodny górski, wybitnie kontynentalny, z gorącymi latami i bardzo zimnymi zimamy (do -60C). Szczególnie suche są dna kotlin, położone w cieniu opadowym, np. w Kotlinie Czujskiej ok. 100 mm opadu rocznie. Północno-zachodnie stoki otrzymują do 2000 mm.
W terenie Ałtaju znajduje się ponad 3500 jezior, m.in. największe: Teleckie i Marka-kol. Przepływają przez niego liczne rzeki, np.: Buchtarma, Bija, Czuma, Katuń, ˇródła Obu i Irtyszu. Wilgotniejszą część północną porasta tajga (zajmująca 70% pow. Ałtaju, w zachodniej części jodłowa, w południowej modrzewiowa, w północno-wschodniej jodłowo-limbowa). Część południową zajmują suche stepy i pustynie, wyższe partie zaś - łąki górskie i lodowce (900 km2). W Ałtaju rośnie obficie żeń-szeń, zw. tu złotym korzeniem. Z flory spotkać można tutaj m.in.: susły, chomiki dżungarskie, górskie rysie indyjskie, sobole, łosie, piżmowce, marale, niedżwiedzie, rosomaki, syberyjskie kozły górskie, archary (owce górskie).
Występują bogate złoża: cynku, ołowiu, rtęci, żelaza, miedzi i złota, a także węgla kamiennego.
Historia
Ałtaj do Rosji przyłączono w połowie XVIII wieku, gdy zagrożeni przez Chińczyków zajsanowie (wodzowie ałtajskich plemion, ten urząd przetrwał do dziś) oddali się pod panowanie carów. Przemierzały wówczas tę trasę liczne rosyjskie karawany. Z roku na rok coraz więcej kupców (szczególnie bijskich) dorabiało się sporych fortun. Finansowali oni następnie prace nad ulepszaniem Traktu Czujskiego, które w latach osiemdziesiątych XIX stulecia prowadził między innymi polski inżynier Antoni Breszczyński.

Po przejechaniu ponad 100 kilometrów Traktu Czujskiego, kilkakrotnej walce z niedomykającymi się drzwiami naszego busa, siadł w nim pasek klinowy. Raz, drugi, trzeci - kierowca nasz zakładał coraz to nowe paski, zakupywane od przejeżdżających drogą Ład. W końcu i on się poddał. Wysadził nas gdzieś..., kilkanaście kilometrów za Szebalinem, a sam ruszył do pobliskiego pasiołka obiecując nas zabrać za "chwilę" (wyjaśnienia rosyjskich jednostek czasowych - patrz w aneksie). Zdecydowaliśmy się coś złapać. I jakimś dziwnym trafem się udało. Zatrzymał się nam "krokodyl" z zabudowaną, szczelnie zamkniętą paką. Fgośka z Dorotą siadły w szoferce, a reszta władowała się do tego metalowego pudła. Pierwsze wrażenie było nieciekawe. Przejeżdżaliśmy przez najpiękniejszy kawałek Ałtaju w ciemnej, zamkniętej pace, na pochyłym tapczanie, wśród skrzynek jabłek i przeboju Rosji: dwulitrowych butelek z piwem. Dodatkowo po jakimś czasie dał się zauważyć niejaki deficyt tlenu. Co gorsza również trudności w komunikacji z przodem, co w przypadku "awarii pęcherza" nie było bynajmniej najmilsze dla niektórych z nas. Wjechaliśmy niesamowitą, wykutą w skale drogą na przełęcz Ciemińską. Po paru godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w ałtajskim zajeˇdzie (przed Inią). Standard jest tutaj naprawdę europejski. W jurcie posadzono nas przy niskiem stoliku, kilka Ałtajek w fartuszkach skakało obok nas, serwując nam coraz to inne dania. Na koniec, już gratis "ciekien" - czyli skisłe mleko oraz "sznaps" - czyli wódka ałtajska pita z w specyficzny sposób: należy trzymac kieliszek za dno. W sumie posiłek ten kosztował nas 140 rubli za 7 osób!!!
Już po północy dojechaliśmy do Aktaszu, gdzie kierowca wysadził na przy gostnicy, a sam pojechał dalej zjeżdżając z Traktu Czujskiego.

04.07.2002

Rano zaserwowaliśmy sobie banię. Pan rozpalający w niej nie zareagował na nasze prośby odnośnie tego jakie temperatury tolerujemy. Tak więc pociliśmy się w pomieszczeniu, w którym temperatura dochodziła chyba do 1000C.

Bania - to taki rosyjski substytut łazienki. Stoi ona sobie przeważnie kilka metrów od budynku mieszkalnego. Składa się z trzech pomieszczeń. W pierwszym z nich panuje temperatura dla przeciętnego śmiertelnika już trudna do zniesienia. Jest to "przebieralnia". Następnie przechodzi się do drugiego pomieszczenia, w którym temperatura jest już dużo wyższa. W tym pomieszczeniu znajdują się pojemniki z zimną wodą, miski i rondelek. Ciepła woda znajduję się natomist w pomieszczeniu nr 3 nad paleniskiem. Polacy robią to tak: łapią za rondelek otwierają drzwi do pomieszczenia nr 3, starają się tam jak najmniej wsunąća a nabrać jak najwięcej tejże gorącej wody, uważając przy tym, żeby nie dostać udaru. Jeśli operacja się ta powiedzie, miesza się zdobyczną wodę gorącą z zimną i już wodą o pożądanej temperaturze polewa się całe ciało. Rosjanie natomiast siedzą sobie w pomieszczeniu nr 3, po czym przechodzą do nr 2 i tutaj polewają się zimną wodą, po czym znów idą do pomieszczenia nr 3 i się nagrzewają.
Generalnie pomysł jest rewelacyjny, po paru minutach do temperatury w pomieszczeniu nr 3 się człowiek przyzwyczaja, a brud wypełza się z ciała wszystkimi porami.
No a na koniec niestety jest trzeba wyjść na chłod na zewnątrz...

Po zaliczeniu bani, Jackowi udało się wynająć ciężarówkę za 1.700 rubli.
Podróż na pace wśród pokrapującego deszczu i wiatru nie wydawała się być na początku przyjemnością, ale po paru kilometrach, gdy wyjrzało słońce a wiatr chłodził nas po twarzach, ten środek transportu okazał się być rewelacyjny.
Widoki zrobiły się rewelacyjne. W tle alpejskie szczyty pokryte śniegiem, a na pierwszym planie żółto-czerwone górki z licznymi kanionami po wyschniętych rzekach. REWELKA!
Do tego co chwilę na drodze pojawiały się krowy. A to sobie szły, a to stały, a to w najlepsze leżały. Krowa to jest zwierzę niesamowite, nie robi na niej wrażenia, ani klakson, ani widok przejeżdzającego samochodu, ona sobie po prostu z całym dostojeństwem i powagą chwili leży. Toteż nikt tutaj ich nie wyklina, ani nie próbuje klaksonić, po prostu kierowcy starają się je omijać.
Widok z ciężarówki rozciągał się na wszystkie strony świata, można było robić zdjęć do woli! Minęliśmy Kosz-Agacz i polną drogą dojechaliśmy do Kokorii a potem dalej. Ponieważ chcieliśmy wysiąść nad rzeką, tak więc kierowca tam się skierował. Nagle na pace zrobił się ruch! Podjechaliśmy na skraj głębokiej doliny. Myśliliśmy, że to koniec wycieczki, że zejdziemy z tej góry na nogach, a tymczasem samochód zaczął zjeżdżać w dół. Przed nami widzieliśmy tylko przepaść, a auto osuwało się w nią. Nie pozostało nam nic innego jak tylko zaufać jego hamulcom... które na szczęście okazały się być sprawne.
W końcu dojechaliśmy na duże plato nad rzeczką. Tutaj podziękowaliśmy kierowcy i rozbiliśmy obóz, tutaj spędziliśmy 2 noce. Dolina była na wysokości około 2000 mnpm. Koło wieczora niestety okazało się, że pojawiły się komary. Wprawdzie było ich mniej niż na Uralu, za to gryzły potwornie, a po jakimś czasie zniknęły. Jak potem zauważyliśmy pojawiały się one tylko na dwie godziny dziennie (w okolicach zachodu słońca). Jak wiadomo najlepszym środkiem przeciw komarom jest wiatr, a tutaj na szczęście wiało praktycznie non-stop. Natomiast pojawił się nam inny problem: brak opału. Wprawdzie nad rzeczką było trochę wątłych drzewek, ale do rzeczki było 300 metrów bystrej skarpy. Dorota jako pierwsza wrzuciła krowi placek do ogniska. Palił się rewelacyjnie i wbrew obawom nie śmierdział. Także Jacek wieczorem chodził dookoła obozu i zbierał krowie placki.
Od razu w pierwszy dzień poszliśmy sobie na mały rekonansik na parę pobliskich górek. Widok z nich roztaczał się niesamowity. Góry te zupełnie nie przypominają tych znanych nam z Polski ani Europy. Są dość płaskie, niezalesione, stepowe. Wszedzie trawa, piach i nory suślików. Co jakiś czas przebiegał od jamki do jamki jakiś suślik. Suślik to takie małe żyjątko przypominające świstaka.

05.08.2002

W tym dniu dzien postanowiliśmy zdobyć Wielką Łapę. Zwyczajem z minionego roku, niektórym górkom nadawaliśmy własne nazwy. Wielka Łapa była to dość płaska, ale rozległa góra, cała czerwona, poprzecinana niesamowitą ilością wyschniętych koryt rzek. Po wejściu na Wielką Łapę poszliśmy dalej na sąsiednich górek (do 2.400mnpm). Oczywiście ponieważ wiał zimny wiatr zapomnieliśmy jak wysoko jesteśmy i że słońce tutaj nieˇle przygrzewa. Przy tym okazało się, że wyjeżdżając z Polski o komarach pomyśleliśmy, natomiast o słońcu zapomnieliśmy. W plecakach znalazł się tylko jeden krem z jakimś mizernym filtrem. Na szczęście po paru godzinach uświadomiliśmy sobie fakt istnienia słońca i zaczęliśmy chodzić w hustach i gazach na twarzach oraz ubrani od stóp do głów, co i tak nie uchroniło Wojtka i Jacka od oparzeń.

06.07.2002

Następnego dnia dostaliśmy zaproszenie do "dzieckiego łągra". Na sąsiednim plato, 3 km od nas, znajdowała się dziecięca kolonia. Wszystkie dzieci z Kokorii przyjeżdżały tutaj na wakacje. Spały w drewnianych jurtach, była polowa kuchnia i bania, a poza tym wszystko tak jak u nas na koloniach: gry i zabawy. Oczywiście zostaliśmy otoczeni przez dzieci. Jacek z Ogośką - nauczyciele geografii rozpoczęli lekcje, pokazywali dzieciom gdzie leży Polska, przeglądali ich podręczniki. Nauczyliśmy się też on nich paru słów po ałtajski (byjan - dziękuję, dżakszybokzyn - do widzenia). Na pamiątkę zostawiliśmy im wszystkie nasze drobne polskie monety i zorganizowaliśmy sesję zdjęciową. Zostaliśmy również zaproszeni do jurty ałtajskiego małżeństwa, które tam mieszkało. Poczęstowani zostaliśmy super placuszkami o nazwie borsok i kajmakiem, czyli słodką śmietaną z krowiego mleka.

Język ałtajski należy do tureckiej grupy języków. W pisowni używają cyrylicy wzbogaconej o 4 dodatkowe litery:
H- - czytane w sposób dla nas nie do wypowiedzenia
j - dż
ö - yh
ü - uh
Dowiedzieliśmy się także, że obo zwane jest tutaj dżalama. Są to paski z białego, koniecznie nieobrębionego materiału, o szerokości 4 cm. Wiązane są one na przełęczach, przy strumykach, aby zapewnić szczęście w podróży.
Innym zwyczajem jest zebranie na przełęczy parzystej ilość kamieni, następnie należy się pomoglić o pomyślną drogę. Na koniec dostaliśmy arczyn - czyli świętą gałązkę dawaną podróżnym na szczęśliwą podróż.
Podobnie jak np. u Indian, imiona, miasta, góry nazywa się na część jakiś zjawisk, zdarzeń lub zwierząt. Kosz-Agacz oznacza w języku ałtajskim - mało drzew. Natomiast syn właścicielki jurty miał na imię Aktasz czyli Biały Kamień. Sama nazwa Ałtaj w tutejszym języku oznacza Złote Góry.
Ałtajcy mieszkają w jurtach. Jurta zbudowana jest z krowich skór. Wprawny budowniczy potrafi ją rozłożyć w godzinę. Można manerwować jej rozmiarem, można nie rozbijać ją na całą szerokość przez co staje się wyższa, albo gdy mamy odpowiednio dużo miejsca rozłożyć całkowicie i wtedy jest ona niska, ale za to duża.
Na Ałtaju do dziś przetrwali szamani. Wprawiają się oni w trans i przenoszą się w światy dobrych i złych duchów, aby rozwiązywać z ich pomocą różne doczesne problemy. Coraz większą popularność zyskuje Ak-Dian, "biała wiara", zwana także burchanizmem. Jest to odmiana szamanizmu z elementami lamaizmu, ograniczono w niej krwawe ofiary. Nabiera ona stopniowo cech religii narodowej, mimo że sami Ałtajcy twierdzą, że są chrześcijanami.

Po południu tego dnia, gdy słońce już troche mniej przypiekało ruszyliśmy do upatrzonego wcześniej celu, grupy gór po drugiej stornie doliny. Musieliśmy przejść przez Step .........
Sam step jak i przejście po nim było niesamowity. Dolina, którą przechodziliśmy jest szeroka na kilkanście kilometrów. My mieliśmy do pokonania około 20 km. Liczyliśmy, że po drugiej stronie doliny gdzieś wśród widocznych drzew powinien znajować się jakiś potok (na mapie była zaznaczona tam rzeczka, ale linią przerywaną). Idąc udało się nam podjechać kawałek cieżarówką, ale do upatrzonego lasku i tak wciąż było daleko i do tego pojawiły się komary. Ubraliśmy się w maski. Na szczęście Wojtek wypatrzył na choryzoncie zimnik.

Zimnik - to chata ałtajska, którą Ałtajcy używają sezonowo. Np. w czasie wypasania krów. Krowy wypasa się tutaj w specyficzny sposób: po prostu się je wypuszcza i one sobie chodzą. Wszystkie chaty w rejonie Kosz-Agacza miały płaskie dachy - albo ściśniej ich po prostu nie miały, dom kończył się na suficie nad pomieszczeniem. Do końca nie doszliśmy dlaczego tak dziwnie budują oni swoje domy. Jedna usłyszanych przez nas wersji głosi, że po prostu nie ma tutaj w zimie zbyt obfitych opadów śniegu, w związku z tym nie ma potrzeby budować pochyłych dachów. Ałtaj to najdalej w Rosji położone miejsce od jakiegokolwiek morza lub oceanu, toteż klimat jest tutaj subkontynentalny z upalnymi latami (i chłodnymi nocami) oraz bardzo mroˇnymi zimami. Sami Ałtajcy twierdzili, że nie budują dachów, ponieważ ich na to nie stać. A pewnie prawda tkwi gdzieś po środku.

Tą noc spędziliśmy, więc w zimniku, w których zamieszkiwały pewna Kazaszka z nastolednią córką. Były one trochę przestraszone i przejęte naszą wizytą - w sumie trudno im się dziwić - nagle 15 km od jakiejkolwiek osady ludzkiej, w środku stepu pojawia się grupa sześciu Polaków...

07.07.2002

Około południa ruszyliśmy. Znów w stronę lasku. Syn Kazaszki, który rano przybył na koniu, zapewniał nas, że wody tam nie ma, bo wszystko wyschło. A jednak była. Trafiliśmy na całkiem solidną rzeczkę, wśród modrzewiowego lasku, rozbiliśmy się na całkiem przyjemnej polance. Tutaj spedziliśmy 4 noce - na wysokości 2200-2300 m npm.
Jeszcze tego samego dnia, bez Wojtka, ruszyliśmy na pobliską górę. Ponieważ dysponowaliśmy tylko mapą 1:200.000, a na razie w wśród licznych szczytów trudno się nam było zorientować, oszacowaliśmy ją na jakieś 2.800 mnpm. Podejście nie było ciekawe, osuwające się spod stóp kamienie, ruchome piargi, dość stromo jak na ten rodzaj podłoża - dwa kroki do przodu krok do tyłu. Ale po 21 godzinach zdobliśmy szczyt. Z góry otworzył się nam niesamowity widok na kolejne niezliczone pasma. Zobaczyliśmy odległą o 50 km Mongolię i zaplanowaliśmy parę wycieczek na kolejne dni. Zejście, mimo moich obaw, okazało się dużo prostsze, po prostu się jechało na dół w tych piargach, jak po śniegu. Na dole, po dokładnym przestudiowaniu mapy, okazało się ze byliśmy na 3.200 mnpm!! Nasz pierwszy 3-tysięcznik.

08.07.2002

Na ten dzień zaplanowaliśmy udać się na widoczny z wczorajszego Giewontu - Wielbłąda. Nazwa powstała oczywiście od przypominającego dromadera kształtu góry. W rzeczywistości góra ta nazywała się Saljuzem (3.411m npm) i jako jedna z dwu była zaznaczona na naszej mapie. Niestety (a może dla naszych cer na szczęście) pogoda się popsuła, kropiło, a szczyty były zamglone. Tymniemniej o 7 rano wyruszyliśmy. Po drodze Ogośka, która miała "słaby dzień" postanowiła zamienić go na "dzień higieniczny" i wróciła do obozu. Wchodziliśmy dość przyjemną granią, wprawdzie w jednym momencie trzeba było przetrawersować, wśród piargów i kamieni, jakiś szczyt. Miłe toto nie było, ale nikt na szczęście nie dostał żadnym kamykiem w głowę, ani się nie stoczył... Wiało niesamowicie, wiało i było zimno. Od około 13 powoli, bo niektórym brak tlenu dawał się już we znaki, po kolei kolejni uczestnicy zjawiali się na szczycie. Widok przedstawił się rewelacyjny. Nawet udało się nam, że na chwilę wyszło słońce. Wszędzie dookoła góry i góry i góry. Bystre i bardziej płaskie, te dalej oświetlone, inne zaś we mgłach. Te na ostatnim tle, w stronę Biełuchy, zaśnieżone. Jacek naocznie zobaczył, że jego wymarzony szczyt (Tanbur 3.505 mnpm) jest chyba poza naszymi możliwościami, tudzież z uwagi na ukształkowanie terenu, tudzież nasz ekwipunek (a raczej jego brak). Na szczycie zrobiliśmy sobie oczywiście około tuzina zdjęć w różnych ujęciach, z różnych aparatów. Postanowiliśmy schodzić inną, dalszą trasą. Też granią, ale okrężną i trochę mniej stromą. Po zejściu z góry czekało nas niestety jeszcze 4 kilometry po stepie do obozu... i o 19.30 przywitała nas Ogośka wrzątkiem.
Wrzątkiem z tego powodu, że jadło nam "dobiegało końca". Wyruszyliśmy w góry trochę niesrasobliwie z 8 bochenkami chleba (rosyjskiego), konserw było wprawdzie pod dostatkiem, ale nawet kus-kusa i soji zaczynało brakować.
Do tego wieczorem okazało się, że namiot trzyosobowy na 6 osób z plecakami to jednak trochę za mało. A tutaj noc zapowiadała się deszczowo i niewiadomo dlaczego Wojtek nie chciał spać tradycyjnie na zewnątrz? Po wielu debatach Wojtek zaległ w przedsionku, plecaki w workach na zewnątrz, a reszta ściśnięta w namiocie.

09.07.2002

Dzień kolejny. Tym razem to ja postanowiłam przeznaczyć go na cele higieniczne. Rano, po wyjściu z namiotu, zobaczyliśmy, że wszystkie szczyty są zaśnieżone. Śnieg zaczynał się 100 m. nad naszym obozem. Wszyscy oprócz mnie, około południa wyruszyli na niedługą wycieczkę nad jeziorko, które widzieliśmy wczoraj z Wielbłąda. Wycieczka okazała się nie być wcale taką krótką. Wrócili dopiero około 20.30, przewiani i przemoczeni.

10.07.2002

Ostatni dzień naszego pobytu w tym miejscu, przeznaczyliśmy na odpoczynek. Tymniemniej około 11 część grupy stwierdziła, że siedzieć tak jest nudnawo, tym bardziej, że nie ma co jeść! Wyruszyliśmy (bez Wojtka i Ogośki) na górę wznoszącą się nad naszym obozem i dalej granią "dokąd się da". "Góra nad naszym obozem" okazała się być bardzo mało przyjazną turystycznie. Bardzo stroma i o specyficznej budowie: prosto w górę iść się nie dało, natomiast trawersowanie też było niemiłe - po prostu było za stromo. Ale w końcu na nią weszliśmy i potem już granią ruszyliśmy dalej. Na wysokości ok. 3000 natrafiliśmy na super łączkę, wielkości około małego boiska, cała zakwiecona, głównie w czymś co przypominało nasze maki, tylko żółte i trochę mniejsze. Weszliśmy na szczyt 3.060 mnpm i tutaj się rozdzieliliśmy, ja i Fgośka postanowiłyśmy schodzić, a Jacek z Dorotą poszli dalej. Zejście przez tą "Górę nad naszym obozem" było tragiczne. O ile wejście zajęło nam 30 minut, to ja schodziłam 40 minut zaliczając w tym czasie parę "obsuwek". Jacek z Dorotą w tym dniu zaliczyli jeszcze jedną górkę, już podobno dużo bardziej stromą przypominającą naszego tatrzańskiego Mnicha.
Schodząc z góry zauważyłam, że potoku nad którym biwakujemy nie nigdzie dalej w stepie. Zainteresowana tym faktem poszłam wzdłuż niego. I rzeczywiście po 100 metrach znikał pośród kamieni stepu. Dolina biegła jeszcze w stepie pare kilometrów, ale wody już nie było. Tylko więc przypadkiem nie ominęliśmy tej rzeczki parę dni wcześniej, gdy tutaj przybyliśmy.

11.07.2002

Następny dzień - 11 lipiec to dzień moich imienin i odwrotu spod gór. 25 kilometrów po stepie, w upale, bez cienia cienia, co gorsza już totalnie bez jedzenia (moją imieninową czekoladę zjedliśmy na początku). Żyliśmy tylko nadzieją, że może po tej "drodze" coś pojedzie. Idąc natrawiliśmy na ałtajski cmentarz, totalnie w stepie, dookoła nic tylko mizerna trawa i piach. Cmentarz był "czynny". Dookoła każdego grobu Ałtajcy budują płotki, dlatego cmentarz z daleka wygląda jak miasteczko jakiś krasnali. Powietrze drgało. Cienia w promieniu 10 kilometrów nie uświadczysz, poza cieniem z naszych plecaków, który w południe skurczył się praktycznie do zera. Po ponad 6 godzinach drogi, resztką sił z żołądkami na kręgosłupie dobiliśmy wreszcie do Kokorii. Tu akurat stał busik! Jackowi po krótkiej wymianie zdań udało się przekonać kierowcę, żeby za 200 rubli zawiózł nas do Kosz-Agacza.
W Kosz-Agaczu ulokowaliśmy się w gastnicy (45 rubli od osoby z pościelą). Cena noclegu była proporcjonalna do warunków lokalowych. Russian Toilets jak po wojnie wietnamskiej - tak się przechylił, że trudno było do niego wejść, natomiast dużo prościej wpaść do którejś z licznych w nim dziur. Po ulokowaniu się ruszyliśmy na żer. Po tak długim niejedzeniu i skurczeniu się naszych żołądków obiad w postaci płowów (ryż z ziemniakami, mięsem i warzywami) tudzież łagmanów (bulion z ziemniakami, mięsem i warzywami), wywołał w naszych organizmach nagłe zainteresowanie wyżej opisanym przybytkiem.

Kosz-Agacz to ałtajskie miasteczko. Liczy 3 tysiące mieszkańców. My zawitaliśmy do niego w środku kontynentalnego lata, tak więc bardzo zdziwił nas widok pochylonych domów i słupów - okazuje się, że podobnie jak za kołem polarnym jest tutaj wieczna zmarzlina. W to niesamowicie gorące lato ziemia rozmarza tylko kilka metrów w głąb. Domy, jak już to wcześniej opisałąm, są pozbawione dachów, płaskie. Powoduje to, że miasteczko sprawia wrażenie bardzo egzotycznego.
Głównym ˇródłem dochodów mieszkańców, oprócz hodowli, jest przemyt, stąd też w co drugim domu znajduje się sklep.
Z Kosz-Agacza tylko trzy razy w tygoniu, we wtorki, piątki i niedziele, odchodzi autobus do Górnoałtajska, to bliższych miejscowości jest trochę więcej autobusów.

Po uporaniu się z boleściami żołądków, przed gostnicą natrafiliśmy na dwójkę turystów z Londynu. Jak się okazało zostali oni wysłani i wyekwipowani przez BBC, żeby nagrać audycję o śpiewach ałtajskich. Niestety wyszli sobie na wycieczkę w góry i... pogubili się. Zapodział im się pewien Ian! Jeszcze inna trójka Anglików zajmowała się w tej chwili jego poszukiwaniem. Zaangażowano w to również miejscową milicję i około połowy mieszkańców miasta. Za pośrednictwem nas, Anglicy kontaktowali się z miejscową milicją i mieszkańcami. Tradycyjny dialog wyglądał tak:
1. wersja mniej skomplikowana (przy udziale 3 osób)
Anglicy -> Wojtek (angielski)
Wojtek -> milicja (rosyjski)
2. wersja wilojęzyczna (co najmniej 4 osoby)
Anglicy -> OGoski (angielski)
Ogoska -> Doroty (polski)
Dorota -> Rosjan (rosyjki)
Na szczęście wszystko dobrze się zakończyło. Ian znalazł się w jednej z wiosek 25 kilometrów od Kosz-Agacza i został przywieziony przez milicję. Po czym już cała szóstka udala się na festiwal ałtajski do Ciemał. Gdzie i my mieliśmy się niebawem znaleˇć.

 ......... 70 tysięcy ludzi, czyli festiwal w Ciemał [Ałtaj 2002] ...

12.07.2002

Rano o godzinie 7 umówiliśmy się z tym kierowcą, który wiózł nas wczoraj z Kokorii. Ale jak to w Rosji - nie zjawił się. Kierowaliśmy się już w stronę zawalonego ludnoscią tubylczą przystanku, gdy na szczęście, zapoznany wczoraj geolog obiecał, że załatwi nam transport. Troche obawialiśmy się, że będzie to znów mafia i zażyczą sobie 5.000 rubli. Okazało się, że kierowcą był Kazach i zgodził się nas zawieˇć do Ciemał za 2.300 rubli. Wyjeżdżając z miasta zboczyliśmy jeszcze na chwilę do pewnej jurty, w której produkują znany w okolicy kumys. My zakupiliśmy 1,5 litra, a nasz kierowca... kanister 50 litrowy! Podróż mijała nam w miłej atmosferze. Dorota z niezachwianą miną i spokojem, zagadywała pana, wszystkie dyskusje zaczynając od sformuowania "Skażytie wy mienia pażausta...". Okazało się, że nasz kierowca mieszka w Górnoałtajsku, jeden z jego braci jest naczelnikiem Kosz-Agacza, drugi zaś ministrem republiki Ałtaj.

Republika Ałtaj - stolicą jej jest Górnoałtajsk. Od kilkunastu lat cieszy się ona stosunkowo dużą autonomią, ma swój parlament zwany "El Kurułtaj", a między Republiką Ałtaj a Krajem Ałtajskim znajdują się nawet posterunki. Sprawdzają one jednak podobno tylko ciężarówki. Republika Ałtaj jest wielkości Węgier a zamieszkuje na niej tylko 200 tysięcy mieszkańców, z czego 70% to Rosjanie, a reszta to przeważnie Ałtajczycy i Kazachowie.

Ok. 15 przybyliśmy do Ciemał. Odbywał się tutaj doroczny, znany nie tylko w okolicy, festiwal ałtajski. Tutaj przywitały nas niesamowite tłumy ludzi! Przeczekawszy deszcz, rozbiliśmy się wśród setek namiotów i przyczep kampingowych, z trudnem znajdując miejsce. Wieczorem dzieląc się na dwie turach ruszyliśmy "na kramy" wzbogacone licznymi dawkami płowu, także na piwem Boćka.

13.07.2002

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od ustalenia dyżurów przy namiocie. W sumie uciążliwe to nie było - każdy miał dyżur co 5 godzin przez godzinę. Następnie kroki nasze skierowaliśmy w kierunku wozów milicyjnych, albowiem spotkana wczoraj pani milicjantka w cywilu radziła się nam u milicji zameldować się. Meldowanie to było bardzo miłe i niestresujące, tymniemniej bardzo czasochłonne. Należało przypomnieć sobie między innymi daty urodzeń rodziców i rodzeństwa, terminy i miejsca pobytów poprzednich w Rosji i inne równie absurdalne informacje. Do tego wszystko było oczywiście po rosyjsku, a błędy były konsekwentnie podkreślane i zwracane do poprawki. Na koniec pani milicjantka zaprosiła nas na posterunek do Górnoałtajska.
Już zameldowani ruszyliśmy na festiwal. Odbywały się zawody sportowe (m. in. strzelanie z łuku, jazda konna, powożenie itp), występu artystyczne Ałtajców występujących w ich niesamowicie kolorowych strojach, do tego pokazy jurt ałtajskich z różnych rejonów Ałtaja. Do każdej z jurty można było wejść, zrobić sobie zdjęcie, panie gospodynie częstowały przysmakami, opowiadały historię i odpowiadały na pytania. Podobno na festiwalu było 70 tysięcy ludzi. Przyznać trzeba, że organizacja bardzo dobra i sprawna. Najciekawsze było rozwiązanie z ubikacjami, dookoła było pełno wybudowanych toalet, w odmianie otwartej (bezdrzwionej) trzyosobowej (patrz Aneks). Na festiwalu spotkaliśmy też przypadkiem księdza Andrzeja z Bijska, a także zagubionych Anglików z Kosz-Agacza. Wieczorem występowała największa gwiazda rosyjskiego rocka.
O północy, niestety nienauczenie przykładem dni minionych, umówiliśmy się z Kazachem, z którym tutaj przyjechaliśmy. Zwinęliśmy namiot, pożegnaliśmy się z sąsiadami i poszliśmy w umówione miejsce. Poczekaliśmy godzinkę i... wróciliśmy z powrotem, rozbiliśmy namiot i posnęliśmy.

......... 4 Celcjusza, czyli jezioro Teleckie [AŁTAJ 2002] ...

14.07.2002

Następnego dnia rano, jakimś cudem udało się nam wydostać "komeciejskim rejsem" z Ciemał. W autobusie przeżyliśmy niesamowitą kłótnię starszej jegomościni, która zdecydowanie nie chciała za przejazd zapłacić. Jako argumentu używała legtymacji jakiegoś z licznych w byłym ZSRR związku. I nie zapłaciła. A co się przy tym nakrzyczała! I jaką dyskusję wśród pasażerów, na tematy gospodarczo-polityczne, wzbudziła!
W tłoku dojechaliśmy do Górnoałtajska, skąd zdecydowawszy nie korzystać z usług mafii (chcieli 2.000 zeszli do 1.400 rubli), też zapchanym autobusem (za 400 rubli) pojechaliśmy do Artybasza nad jeziorem Teleckim.

Jezioro Teleckie - jest to piąte co do wielkości jezioro w Rosji. Ma około 70 km długości i 325 metrów głębokości. Położone jest wśród łańcuchów górskich o wysokości 1200-2000 m.n.p.m.
Na wschód od jeziora Teleckiego znajduje się wielki zapowiednik. Niestety najbardziej znany jest on z tego, że spadają tu rakiety odpalane z Bajkonuru. Nad Jeziorem Teleckim odpada pierwszy człon rakiety i spada gdzieś w tych okolicach. Niestety radioaktywność odpadów powoduje zwiększoną zachorowalność na raka wśród mieszkańców. Teren ten jako "śmietnik radioaktywny" wybrano ze względu na to, że w tej części Ałtaju, jest najmniejsze zaludnienie.

Artybasz miała to być miejscowość letniskowa, gdzie przyjeżdżają wszyscy prominenci, tak więc nastawiliśmy się na prysznic i miękkie łóżeczka. Niestety poza dużą ilością turystów, nic kurortu nie przypominało. Zaplecze sanitarne kiepskie (Russian toilets, pokoje i domki bez wody, kran z zimną wodą na zewnątrz i "letnia bania"). Za pokój trzeba było zapłacić 180 rubli, więc zdecydowaliśmy się na namiot. Potem okazało się, że nie był to dobry pomysł, ponieważ niesamowicie się rozlało, a my, jak to już wcześniej doświadczyliśmy - w 6 do namiotu nie wchodzimy. Tak więc tym razem, zrobiliśmy małą roszadę. Posnęliśmy w 5 w namiocie, plecaki z trudem upchnęliśmy do przedsionka, a Dorota znalazła sobie miejsce w pobliskiej budce zadaszonej. Jak się póˇniej okazało przeżyła w niej dyskotekę oraz napad miłości pewnej pary. Spała mało, ale za to miała sucho. Jeszcze wieczorem do naszego namiotu zaglądnął pewien człowiek, który zaproponował nam przejazd na koniec jeziora, za 2.100 rubli. Była to rzadka okazja, ponieważ statki wycieczkowe jeżdżą tylko do wodospadu w 1/3 jeziora, a wynajęcie łódki na tą trasę dla 6 osób to byłby wydatek z pewności ponad 6.000 rubli.

15.07.2002

Tak więc kolejnego dnia rano wyruszyliśmy kutrem "Jurtok". Jechała z nami wycieczka młodzieży z miasta. Po drodze wysiedliśmy na chwilę pod wodospadem Korby. I popłunęliśmy dalej. Pogoda była super, jezioro jako że wąskie i wijące się między wysokimi górami robiło niesamowite wrażenie.
Po 5-6 godzinach dobiliśmy do drugiego brzegu, gdzie młodzież przy pomocy Ałtajców i po przyuczeniu przez przewodnika, że "Ałtajcy może inaczej wyglądają, ale to też ludzie", wysiadła na brzeg. A my popłunęliśmy z powrotem.
Ok. 19 w z góry upatrzonym miejscu poprosiliśmy o przystanek. Wyrzuliliśmy nasze rzeczy i żegnani syreną ze statku, zostaliśmy na brzegu sami. Sytuacja nie rysowała się najlepiej, jako że brzeg był wąski i nienadający się do zamieszkania, a wokoło albo woda albo tundra Nie wiadomo co gorsze.
Jednak udało się nam znaleˇć, kilkadziesiąt metrów dalej niewielką, kamienista plażkę, widać że urzywaną, bo w lesie stała niewielka budka rybacka. Wieczorem po pięknym zachodzie słońca posnęliśmy wśród szumu fal.

16.07.2002

Dzień następny postanowiliśmy przeznaczyć na nicnierobienie. Cały dzień praliśmy, jedliśmy znów resztki pokarmowe i próbowaliśmy pływać, co proste nie było z uwagi na tempteraturę wody. Zanurzanie się do przyjemności nie należało. Właściwie sytuacja nie była kolorowa, bo upał był nie do wytrzymania, a zanurzyć się nie dało, bo woda była lodowata. Tymniemniej Dorota kilka razy po kilkanaście minut pływała obserwowana z brzegu przez 5 par oczu z podziwem/niezrozumieniem patrzących na jej zapał.
Około południa do naszego brzegu przybiła łódka wraz z mieszkający na drugim brzegu jeziora, strażnikiem parku narodowego. Wieczorem przyjechał jeszcze raz z synem i żoną. Okazało się, że żona jego jest z pochodzenia Polką, niestety polskeigo nie znała. Oni zaś pochodzili z Żytomierza na Ukrainie, po wybuchu w Czarnobylu mogli sobie wybrać dowolne miejsce do osiedlenia się. I wybrali to bezludzie. Żyją bez prądu, z dala od osad ludzkich, do Aktasza jest 30 minut wodą, lądem pewnie z parę godzin przedzierania się po tundrze, i mówią że to im wystarcza. Posiedzieli dwie godziny i odpłynęli a my przyżądziliśmy sobie super przywiezione przez nich rybki (sigi i ciebagi).

17.07.2002

Rano zgodnie z planem mieliśmy wyruszyć na nogach do Aktasza. Wczoraj jednak odwiedzający nas strażnik uświadomił nas, że przejście tym brzegiem jest praktycznie niemożliwe, ale obiecał, że nas podwezie motorówką, bo i tak zamierzał pojechać do Artybasza. Tak więc już po 30 minut znów byliśmy przy "uzdrowiskowym" molo. Zaliczyliśmy jeszcze zimną banie, parę lodów i ruszyliśmy za Artybasz, żeby znaleˇć miejsce na nocleg. W sumie rozbiliśmy się nad Biją niedaleko drogi.
Po południu poszliśmy jeszcze do Jogacza, czyli miasta po drugiej stronie Biji. Miasto to to standard rosyjski, wszędzie błoto, sklepy obskurne, zaopatrzenie słabe ("taśma klejącą się nie klei", "nożyczki nie tną", "dlugopis nie piszę" - parę cytatów z tego co powiedziały nam sprzdawczynie na nasze pytania o produkty).
Wieczorem, ponieważ znów się zachmurzyło, ponownie pojawiły się problemy z noclegiem. Dorota leżąc pod drzewem, twardo twiedziła że na nią nie leje. Natomiast Wojtek po godzinie leżenia na deszczu, postanowił wejść do przedsionka, co spowodowało, że plecaki weszły do namiotu, Fgośka wryła się na mnie, ja na Ogośkę, Ogośka na Jacka, Jacek na ścianę i modliliśmy się tylko, żeby jednak Dorota nie poczuła tego deszczu....

 ......... 3.500 km, czyli "powrót do domu" [Ałtaj 2002] ...

18.07.2002

Rankiem jakimś cudem udało się nam wsiąść do autobusu do Górnoałtajska, stamtąd zaś już szybko złapaliśmy autobus do Bijska i już o 13 po pokonaniu ponad 300 km zawialiśmy w miłe progi kaplicy w Bijsku. Odmoczyliśmy się w bani i lekko odpraliśmy. Następnie wszyscy, oprócz mnie i Wojtka, którzy mieliśmy wieczorem powracać, zaczęli się nagle przepakowywać. Niebawem okazało się dlaczego... przygotowali oni dla nas pakunki. Dość ciężkie.
Wieczorem poszliśmy na chwilę do księdza, porozmawialiśmy z nim momencik i już niestety z Wojtkiem musieliśmy pędzić na pociąg do Nowosybirska, dˇwigając na plecach jakieś niesamowite ciężary.

19.07.2002

Bardzo wczesnym rankiem przybyliśmy z Wojtkiem do Nowosybirska. Niestety mieliśmy w nim spędzić prawie cały dzień. Jakoś się nam to udało! Czas minął nam głównie na oglądaniu ludu rozyjsiego w poczekalni na lotnisku.
O 17.25 mieliśmy samolot do Moskwy. Po wielu trudach udało się nam skompresować nasze plecaki do 20 kg. wymaganym przy wejściu do samolotu. Jeszcze tylko Wojtek został na chwilę przetrzymamy przez władzę, albowiem w jego plecaku na dnie odkryto jakieś podejrzane, niezidentyfikowane kuleczki. Na szczęście Wojtek szybko domyślił się, że to pewnie kamyki pamiątkowe Fgośki i opowiedział jakąś bajkę na temat tego, że jest geologiem.
Po wejściu do samolotu okazało się, że jedna pani stoi! Wojtek na szczęście znał realia rosyjkie i udało się nam zająć dwa miejsca obok siebie, wprawdzie z widokiem na skrzydło, ale lepszy rydz niż nic. Pora odlotu planowanego już dawno minęła, a stewardessy zapamiętale liczyły pasażerów. Potem następiła kolejna kontrola biletów i jeszcze jedno przeliczenie i wreszcie wystartowaliśmy. Do końca nie wiemy, gdzie ta biedna pani siedziała? Może jej jakiś taborecik dostawili?
Na lotnisku Wnukowo wylądowaliśmy po ponad 3 godzinach lotu. Potem bardzo sprawdnie i szybko przedostaliśmy się "marszrutną taksi" do metra, a stąd na Dworzec Białorski.
I tu nas trochę przytrzymało. Okazało się, że najbliższe bilety na pociąg do Brześcia są na godzine 22:40 ale.... na jutro. Wprawdzie jechał jeszcze ekspres do Warszawy, ale cena jego (1.220 rubli) trochę nas zniechęliła.
Na szczęście po dworcu kręcił się pewnien pan, który reklamował autobus do Mińska za 600 rubli. Zdecydowaliśmy się wybrać taką opcję. Niestety ruszyliśmy dopiero o północy, po półgodzinnym oczekiwaniu, które trwało 2,5 godziny.

20.07.2002

Od 0:20 co jakiś czas robiliśmy postój na pchanie naszego międzynarodowego autokaru. Panowie grzecznie wysiadali i pchali. Tymniemniej o 9 wylądowaliśmy na dworcu w Mińsku. A dworzec kolejnowy w Mińsku to nie byle co! Warto to zobaczyć. Nowiutki, z tablicami o ilości wolnych miejsc na poszczególne pociągi w poszczególnych klasach wagonów! Robi wrażenie. Nie mówiąc o użyteczności.
Stąd po parogodzinnym czekaniu dojechaliśmy plackartą do Brześcia, do którego jakimś cudem zdąrzyliśmy przybyć jeszcze przed ostatnim pociągiem do Terespola. Przy przekraczaniu granicy okazało się, że wprowadzono nowy przepis - dwudolarową opłatę niewiadomo za co. Do pociągu było 10 minut, my już po przejściu 3 granicy, a oni o jakiś bzdurnych 2 dolarach! Na szczęście celnik kazał nam wsunąć 6 dolarów (granicę przekraczaliśmy jeszcze ze spotkamym w Brześciu Poznaniakiem, który wracał z Tien-Szanu) i przepuścił nas. W pociągu międzynarodowym Brześć-Terespol pierwszy raz spotkaliśmy się z przeszukiwaniem naszych plecaków. Na szczęście Wojtkowi nie zajrzeli do trzymanej w dłoni reklamówki, w której przemycał 3 kartony papierosów.
Z Terespola sprawnie przedostaliśmy się z przesiadką w Siedlcach do Warszawy, skąd o 0:40 mieliśmy pociąg do Katowic i Krakowa. Tak więc jeszcze do Częstochowy jechaliśmy z Wojtkiem razem i dopiero tutaj się rozdzieliliśmy. Kraków powitałam, o 7 rano w niedzielę 21 lipca.
A reszta kompanii zaliczyła jeszcze spływ Obem z Tomska do .............., skąd Dorota z Fgośką wróciły do Polski. Natomiast Jacek z Ogośką po spłynięciu barką do Salechardu, wizycie na Uralu Polarnym na 106 km, odwiedzinach u pani Hajdarowej w Workucie oraz paru dniach w Petersburgu, dopiero 16 sierpnia powitali rodzinne strony.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.olga.prv.pl

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2010 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;